Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

Wpisy

  • poniedziałek, 06 marca 2017
    • Chcesz pożyczyć pieniądze? Daj hasło do PayPala, Facebooka i Google'a. U nich to już rusza!

      No i zaczyna się. Już jakiś czas temu zapowiadałem, że nasza wiarygodność płatnicza będzie zależała nie tylko od tego co na nasz temat jest w BIK-u (czyli od historii spłat poprzedniech kredytów) oraz od tego czy dobrze spłacamy bieżące rachunki (a więc czy nie "wisimy", jako nierzetelni płatnicy, na czarnych listach biur informacji gospodarczej). W ocenie naszej wiarygodności zaczyna się liczyć to, co piszemy na Facebooku, jakich mamy znajomych w internecie, co wiadomo o nas w LinkedIn oraz czy mamy podpiętą kartę do PayPala (i ewentualnie jaka to jest karta, z jak wysokim limitem). Jestem dziwnie pewien, że za kilka lat będzie to już standard we wszystkich bankach, które udzielają kredytów konsumpcyjnych, samochodowych lub hipotecznych. Ale, jak to zwykle bywa, wszystko zaczyna się od firm technologicznych, działających w branży finansowej.

      Czytaj też: Chwilówka przez internet z weryfikacją przez Facebooka? Podłe, ale...

      Czytaj też: To nie jest śmieszne. Cena twojej polisy może zależeć od... Google'a

      Kokos, największy w Polsce serwis pożyczek społecznościowych, właśnie poinformował swoich użytkowników, że od 9 marca (czyli już od najbliższego czwartku) każdy pożyczkobiorca, wstawiając na tę platformę swoją prośbę o pożyczkę, będzie otrzymywał scoring - od A do E. Dzięki temu osoby, które lokują swoje oszczędności w takie pożyczki, będą mogły oszacować swoje ryzyko. Częścią tego scoringu będzie ocena wiarygodności wystawiana na podstawie tego ile Kokos wie o swoim użytkowniku (a więc czy zweryfikował konto bankowe, numer telefonu i czy potwierdził adres zamieszkania), ale drugą częścią będzie tzw. scoring społecznościowy, wystawiany wspólnie z firmą FriendlyScore. Niedawno w blogu testowałem całą procedurę przyznawania ratingu, bo tak się składa, że FriendlyScore już takie scoringi wystawia klientom firm pożyczkowych w Wielkiej Brytanii.

      kokossss1

      Będzie tak: FriendyScore i Kokos.pl poproszą potencjalnego pożyczkobiorcę o podłączenie jego kont w serwisach społecznościowych (LinkedIn, Google, Twitter i Facebook) do konta na Kokos.pl. Wyświetli się ekran, na którym będzie można z poziomu FriendlyScore zalogować się do poszczególnych portali społecznościowych. Na koncie Google zbadają codzienną aktywność, zainteresowania i kontakty użytkownika (i z których aplikacji Google korzysta, czy np. prowadzi kalendarz). Na Twitterze prześwietlą kto kogo śledzi i czym użtkownik się interesuje. Na LinkedIn zweryfikują historię zawodową, zaś na koncie PayPal przeanalizują co, kiedy i za ile klient kupował, a więc ile mniej więcej może zarabiać. Z PayPala pobiorą dane adresowe i sprawdzą czy użytkownik ma kartę kredytową i ewentualnie jaką. Social scoring bazuje m.in. na algorytmie, który bierze pod uwagę zidentyfikowane wcześniej korelacje. Np. sprawdza spójność wpisywanego miejsca pracy w różnych mediach społecznościowych (wykrywając ewentualne nieścisłości).

      friendlyscore

      Przeszedłem przez weryfikację scoringową na FriendlyScore i powiem szczerze, że jestem pod wrażeniem jak to chodzi. Przypięcie do Facebooka zajęło kilka sekund, a potem - przy weryfikacji w kolejnych portalach społecznościowych - system już sam rozpoznawał mnie po nazwisku lub po zdjęciu, więc tylko klikałem zgodę na przekazanie aplikacji wszystkich danych oraz nerki. Strach obleciał mnie przy PayPalu. FriendlyScore obiecuje, że nie sprzedaje żadnych danych na temat swoich klientów, ani nie gromadzi żadnych haseł. Jest też obietnica, że żaden żywy człowiek nie będzie czytał danych, które system wysysa z portali społecznościowych, podobno wszystko jest automatyczne. Obleciał mnie cykor i weryfikację PayPala odpuściłem. Mimo wszystko FriendlyScore przepuścił mnie do finalnej oceny i po jakichś 10 sekundach wypluł wynik: 913 na 1000 możliwych punktów i ocena "impressive".

      Czytaj: Chcieli zrobić nam społecznościowy blitzkrieg. Nie wyszło. Wycofują się z Polski

      Od marca przez podobną procedurę będą przechodzili wszyscy pożyczkobiorcy na Kokosie. Oczywiście nikt ich nie zmusi, by się obnażali ze swoimi społecznościowymi tajemnicami, ale wtedy niechybnie będą mieli niższy scoring i będą musieli pożyczać pieniądze drożej bądź nie pożyczą ich w ogóle (bo nie będzie chętnych inwestorów). Sam fakt, że największy w Polsce portal pożyczek społecznościowych wprowadza scoring oceniam bardzo pozytywnie. Pożyczki społecznościowe to z definicji ryzykowna zabawa (dość często ze swoim zapotrzebowaniem na pieniądze idą tam klienci, którzy wcześniej zostali wyrzuceni przez okno nie tylko z banków, ale i z firm pożyczkowych). Natomiast bardzo jestem ciekaw jak zostanie przyjęta "inwigilacja" społecznościowa prowadzona z otwartą przyłbicą. Bo nieoficjalnie być może niektóre banki już sprawdzają swoich klientów na Fejsiku. Skoro nawet ZUS przyznaje, że szuka tam fikcyjnych "użytkowników" zwolnień L-4 to nie wierzę, że banki też nie idą tą drogą. Ale co innego robić to zakulisowo, a co innego oficjalnie, czarno na białym.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Chcesz pożyczyć pieniądze? Daj hasło do PayPala, Facebooka i Google'a. U nich to już rusza!”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 06 marca 2017 09:36
  • niedziela, 05 marca 2017
    • Płaciłem okiem, a mój mózg "powiedział" jakie auto powinienem kupić. Dziwna ta przyszłość

      GSMA_mobile_world_congress_MWCNa targach Mobile World Congress 2017 w Barcelonie miałem okazję zobaczyć i momentami nawet poczuć na własnej skórze jak w najbliższym czasie będzie się zmieniało nasze życie. Jak będzie w nie wchodziła sztuczna inteligencja, boty, automatyczni asystenci, czujniki monitorujące każdy nasz ruch, biometria. I jak urządzenia nas otaczające będą się ze sobą łączyły i za naszymi plecami "dogadywały się" ze sobą. Formalnie po to, żebyśmy mieli łatwiej, ale tak naprawdę to trudno powiedzieć jak to się skończy. Niektóre z tych pomysłów są jeszcze na etapie wizji i oczekiwania, aż świat pokryje internet nowej generacji 5G (ma to nastąpić już w ciągu czterech najbliższych lat), a niektóre są bardzo realne. O kilku już pisałem w poprzednich relacjach z MWC 2017, a teraz chciałbym zaserwować Wam przegląd tych, które mnie najbardziej zauroczyły, przeraziły albo zadziwiły.

      Czytaj też: Te "inteligentne" okulary zastąpią smartfona i kartę płatniczą?

      Czytaj też: To może być prawdziwa bomba. Ekran, który jest... terminalem płatniczym!

      Czytaj też: Jest jeszcze szybszy i wygodniejszy sposób płacenia smartfonem! Debiut!

      CAŁE MIASTA ZROBIONE Z INTELIGENCJI. To był jeden z motywów przewodnich najważniejszego kongresu telekomunikacyjnego. W wielu miejscach pokazywano technologie służące do tworzenia i zarządzania inteligentnymi usługami, urządzenia, które to ułatwiają, a także systemy informatyczne, które to wszystko mają spinać. W małej skali poczujemy to już w tym roku - pisałem z Barcelony, że Deutsche Telekom testuje już usługę "parkowania przez internet", czyli tworzenia mapy wolnych miejsc parkingowych (tworzonej na podstawie danych ze specjalnych czujników oraz internetu wąskopasmowego). I że będzie oferował liczniki prądu umożliwiające wizualizację i zarządzanie zużyciem energii w naszych mieszkaniach. A w skali miasta to może wyglądać tak, jak na poniższym filmiku. Stopień wypełnienia śmietników miejskich monitorowany online, natężenie ruchu na drogach regulowane inteligentnym systemem sygnalizacji, parki miejskie podlewane zdalnie, w zależności od potrzeb. I sporo danych dotyczących tego co dzieje się w mieście dostarczanych na nasze smartfony, które z wykorzystaniem tych danych będą nam sugerowały najbardziej rozsądne rozwiązania.

      ROBOT-ASYSTENT NA KAŻDE ZAWOŁANIE. DOSŁOWNIE. Samsung na swoim stoisku, poza nowymi urządzeniami i całym przemysłem rozrywkowym opartym na wirtualnej rzeczywistości, zaprezentował swoją wizję naszego życia za lat kilka lub kilkanaście. Życie to będzie przebiegało lekko, łatwo i przyjemnie, gdyż większość prostych decyzji będzie podejmowała za nas automatyczna asysta. Już dziś w niektórych domach jest słynna Alexa i inne tego rodzaju roboty potrafiące rozpoznawać polecenia głosowe. Można je poprosić o włączenie ulubionej muzyki, albo o sprawdzenie prognozy pogody. W przyszłości taki automatyczny asystent ma być na tyle "inteligentny", że zdejmie z nas większość rzeczy, o których powinniśmy pamiętać. Podpowie co mamy do zrobienia danego dnia, zasugeruje kiedy (bo lodówka pusta) i gdzie powinniśmy zrobić zakupy (bo taniej lub bliżej), wybierze za nas bilety na pociąg lub samolot... Na razie to tylko wizja, ale jej realizacja zależy nie tyle od ograniczeń sztucznej inteligencji (bo ją można rozbudowywać w nieskończoność) ile pojemności sieci - automatyczny asystent będzie mógł nas wyręczyć, o ile będzie się łączył z jak największą liczbą urządzeń, baz danych oraz miejsc. I to będzie musiał być internet niezawodny oraz o wysokiej przepustowości. Czyli 5G

      20170228_1447591INTERNET RZECZY... TAKICH, KTÓRE URATUJĄ ŻYCIE. Nie grzeje mnie internet rzeczy. Nie działa na mnie wizja samonapełniającej się lodówki (jestem w stanie się obyć bez automatycznych zakupów przez internet). Trochę cieplej myślę o czujnikach, które pozwalają w sklepie kupować bez przechodzenia przez kasę (jeśli wszystkie produkty, które kupuję, automatycznie "doliczą się" do rachunku, to kwestia kasy przestaje mieć znaczenie). Ale to, co autentycznie mnie podnieciło, to pokazany na stoisku koreańskiej firmy telekomunikacyjnej KT system bezpieczeństwa w górach. Ma być wprowadzony na terenie całej Korei Południowej wiosną tego roku w oparciu o specjalną sieć nadajników telekomunikacyjnych. Żeby z niego korzystać wystarczy specjalna kurtka wyposażona w sensory mierzące podstawowe funkcje życiowe, nadajnik GPS oraz detektor sytuacji awaryjnych, który w razie potrzeby niezależnie od "właściciela" nada sygnał SOS do centrum ratunkowego. Kurtka ma "działać" nawet wtedy, gdy turysta będzie poza zasięgiem "normalnej" sieci telekomunikacyjnej. I taki internet rzeczy to ja rozumiem, a nie jakieś-tam napełnianie lodówki. Kiedy zobaczymy go w Tatrach?

      SPRYTNY SAMOCHÓD WYCZUJE CIĘ LEPIEJ, NIŻ ŻONA. Bardzo dużo było w Barcelonie o tzw. connected cars, czyli samochodach, które są stale podłączone do internetu i dzięki temu mogą aktywnie asystować swojemu właścicielowi. I tu już nie chodzi tylko o przekazywanie informacji o sytuacji na drodze, monitorowanie jazdy samochodu (to istotne dla właścicieli firm, którzy chcą wiedzieć gdzie są kierowcy) oraz o dostarczanie usług typu infotainment (czyli ściąganie z sieci ulubionej muzyki lub informacji określonego typu ze stacji radiowych). Widziałem rozwiązania, które pozwalają przekazywać do "centrum zarządzania" samochodem - i tam przetwarzać - multum informacji ze smartwatchów lub smartfonów. A to już wrota to takiej konfiguracji pracy silSEAT21nika samochodu, by np. nie pozwolił za bardzo rozpędzić się komuś, kto jest bardzo zdenerwowany. Widziałem też systemy, które pozwalają tankować samochód i płacić za paliwo z wykorzystaniem aplikacji mobilnej i komputera pokładowego w aucie. W samochodach czeka nas ewidentnie technologiczna rewolucja.

      NEUROKONFIGURATOR, CZYLI TWÓJ MÓZG WIE LEPIEJ. Miałem okazję testować na sobie również zdobycze neuromarketingu. Firma Seat zaprezentowała neurokonfigurator, czyli urządzenie, które sprawdza co nam się podoba na podstawie sygnałów podprogowych wysyłanych przez nasze mózgi. Rzecz wygląda tak, że nakładam na głowę specjalną obręcz połączoną ze sprzętem do badania reakcji mojego mózgu, kładę ręce na pulpicie (niektóre palce są ułożone na metalowych przyciskach), a potem oglądam wyświetlane na ekranie obrazy. Czasem system każe mi na kilka sekund zamknąć oczy, czasem oglądać ludzi skaczących na spadochronie, albo takich, którzy leżą na hamaku i się nudzą. System sprawdza moje reakcje na wyświetlanie różnych kolorów, a na koniec orzeka jakie parametry auta pasują do mojej osobowości. Ja "zasłużyłem" na silnik 2.0 TDI jako osobnik bardziej wyluzowany, niż zestresowany, a także na więcej elektroniki łączącej mnie ze światem, bo wyszło, że jestem "uspołeczniony" oraz bardziej innowacyjny, niż klasyczny. Bardziej racjonalny, niż emocjonalny o osobowości - uwaga, niektórzy bankowcy mogą nie uwierzyć - "wrażliwy".

      PŁACENIE NA OKO. W sposobach płacenia rewolucja dopiero co była. Najpierw weszły do powszechnego użytku karty zbliżeniowe, a ostatnio różne sposoby płacenia za pomocą smartfona - czy to poprzez BLIK, czy to poprzez zbliżenia (w dwóch opcjach: HCE oraz Android Pay, a wkrótce być może jeszcze jedna technologia zbliżeniowa, która też miała premierę w Barcelonie). Donosiłem Wam, że w ramach zbliżeniowości za chwilę upowszechnią się specjalne ekrany, które nie tylko będą emitowały reklamy, ale będą też terminalami płatniczymi. Na horyzoncie jest płacenie biometryczne, które miałem okazję wypróbować, bo prezentowała takie cuda organizacja płatnicza Visa. Rzecz polega na... płaceniu okiem. Na razie Visa prezentuje ten sposób zatwierdzania zakupów w ramach wirtualnej rzeczywistości, ale wkrótce mają wejść do sprzedaży "inteligentne okulary" (było o nich w blogu w jednej z relacji z Barcelony) i kto wie czy płacenie okiem nie będzie w dalszej przyszłości jedną z ich funkcji.

      Procedura wygląda tak, że trzeba skupić wzrok przez kilka sekund na wskazanym miejscu na ekranie (jest tam niewielkie kółko), a w tym czasie wypełnia się wskaźnik zgody na przeprowadzenie transakcji. Jeśli choćby na moment przeniosę wzrok ze wskazanego miejsca, płatność zostanie anulowana. Proste jak drut. A zamiast loginu i hasła jest oczywiście weryfikacja siatkówki oka. Pewnie nie za rok, ani za dwa, ale za kilka lat ten sposób płacenia - najpierw w grach VR, a potem w prawdziwym życiu - stanie się przynajmniej opcją do wyboru, o ile nie nowym standardem.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      niedziela, 05 marca 2017 20:37
  • sobota, 04 marca 2017
    • Bitcoin wart już tyle, ile uncja złota. Co to jest? Dlaczego drożeje? Czy warto go mieć?

      Zapytało mnie w piątek kilkoro czytelników o to czy warto inwestować w bitcoina. Powód jest oczywisty: przeczytaliście w wielu mediach, że bitcoin jest teraz tak cenny jak złoto i poczuliście głód wiedzy. Pokrótce przypomnę, że bitcoin - czyli najsłynniejsza cyfrowa waluta - osiągnął w piątek cenę rynkową 1380 dolarów, co przelicza się na prawie 5200 zł. Tymczasem uncja złota warta jest teraz "tylko" 5000 zł, a w oryginalnej walucie - 1330 dolarów. Brzmi to fantastycznie. A magia jest jeszcze większa jeśli dodamy, że w ciągu ostatnich trzech lat wartość bitcoina podskoczyła z niecałych 2000 zł ponad dwukrotnie. W tym samym czasie jedna z najsilniejszych walut świata, czyli amerykański dolar, zwiększyła swoją wartość o 25%.

      btcquotes6y

      Skoro to jest takie fajne, tanie cenne i tak zwiększa swoją wartość, to może mogłoby być dobrą lokatą kapitału? I co to w ogóle jest ten bitcoin? Wbrew pozorom nie jest to żadna czarna magia, już kilka lat temu w centrum Warszawy zapłaciłem w kawiarni bitcoinem za kawę i w blogu opublikowałem relację z tego wydarzenia ;-).

      CO TO JEST BITCOIN I JAK WYGLĄDA? Bitcoin w ogóle nie wygląda, bo jest cyfrowy. Możesz mieć pieniądz w formie materialnej (gotówki, czeku), w formie elektronicznej (zapis na koncie w banku, saldo na wydanej przez bank karcie płatniczej) lub w formie cyfrowej. A więc jako plik zakodowany w smartfonie lub na twardym dysku komputera, będący odpowiednikiem banknotu. Tak jak banknot ma liczne zabezpieczenia w formie znaków wodnych, nitek zabezpieczających itp., tak pieniądz cyfrowy jest zabezpieczony kryptograficznie przed skopiowaniem lub fałszerstwem. Cyfrowy pieniądz przechowujemy w cyfrowym "portfelu", czyli w specjalnej aplikacji w smartfonie. Przekazujemy go innym osobom wysyłając po prostu na innego smartfona. Oczywiście można go też zamieniać na "normalną" walutę na giełdzie (jest podzielny na części do ośmiu miejsc po przecinku), a nawet połączyć wymianę z wypłatą bankomatową. Na świecie jest już 840 bankomatów wypłacających bitcoiny (z czego połowa w USA i Kanadzie).

      MWEC115_bitcoi_20151228130939_ZHCZYM RÓŻNI SIĘ BITCOIN OD PIENIĄDZA BANKOWEGO? Czym różni się cyfrowy pieniądz od bezgotówkowego, czyli po prostu złotówek zdeponowanych na naszych kontach, czyli zapisanych na serwerach banków? Przekazywanie pieniądza bezgotówkowego z miejsca A do miejsca B uwierzytelniają instytucje finansowe. Przelewy, płatności kartami, czy transakcje dokonywane za pośrednictwem smartfona, trafiają do banków pośredniczących, izb rozliczeniowych, agentów rozliczeniowych lub organizacji płatniczych, które zatwierdzają transakcję i zezwalają na przeksięgowanie pieniędzy. Klient tylko loguje się do konkretnej instytucji finansowej i wydaje jej zlecenie, a za cały transfer odpowiada system bankowy. Ten system kosztuje, bo potrzebuje pośredników, instytucji rozliczających, serwerów na których przechowuje się wszystkie dane i salda, a także systemu kontroli, który ma ograniczyć oszustwa i fraudy.

      DO CZEGO PRZYDAJE SIĘ BITCOIN? Zwolennicy cyfrowego pieniądza - technologia służąca do jego wytwarzania nazywa się blockchain - twierdzą, że niedługo cyfrowy pieniądz będzie podstawową formą rozliczeń między ludźmi. W przypadku cyfrowej gotówki, takiej jak bitcoin, nie zlecasz przelewu, czy albo płatności, rozumianej jako przeksięgowanie pieniędzy z konta osoby A w jednym banku na konto osoby B w drugim banku (za pośrednictwem izby rozliczeniowej oraz agregatora płatności, takiego jak PayU lub organizacji płatniczej takiej jak Visa). Tu po prostu wysyłasz zaszyfrowany "banknot" ze swojego wirtualnego portfela na wirtualny portfel osoby B, z pominięciem banków. Dzięki temu przesunięcie pieniądza na drugi koniec świata prawie nic nie kosztuje. Gdyby były w to zaangażowane banki, Skoro sam cyfrowy pieniądz, znajdujący się w naszych smartfonach, jest zabezpieczony kryptografią, to nie ma potrzeby budowania sieci pośredników, którzy będą uwierzytelniali, że taka a taka kwota przeszła od tego konsumenta do innego.

      bitcoinminerDLACZEGO BITCOIN JEST ANTYINFLACYJNY? Poza tym transakcja bitcoinem zawsze będzie anonimowa, podczas gdy z banku do banku nie można przelać pieniędzy nie ujawniając swojego nazwiska. Jeśli coś kupujesz lub sprzedajesz, a nie chcesz pozostawić śladów - bitcoin się do tego bardzo dobrze nadaje. Z tego powodu nie jest lubiany przez banki centralne i rządy. Natomiast lubiany przez sprzedawców twardej pornografii, narkotyków, handlarzy bronią i innych przyjemniaczków. Oczywiście nie tylko przez nich, ale przez nich też ;-)). Trzecia zaleta bitcoina polega na tym, że nie jest podatny na inflację. "Zaszyty" w nim algorytm powoduje, że nie można go "emitować" w nieskończoność, jak tradycyjnych dolarów, euro, czy złotówek. Maksymalna liczba bitcoinów może wynieść 21 mln. Co ciekawe, nie gwarantuje tego żaden bank centralny, tylko zdefiniowany na początku istnienia tego pieniądza algorytm tworzenia nowych bitcoinów. "Wykopuje się" je za pomocą komputerów o ogromnej mocy obliczeniowej. Im bliżej granicy 21 mln bitcoinów tym moc obliczeniowa konieczna do "zainwestowania" jest większa. I tym większe jest ryzyko, że cena rynkowa, za którą będzie można sprzedać bitcoina nie pokryje kosztów "kopalnianych".

      DLACZEGO BITCOIN DROŻEJE? Wartość bitcoina zmienia się w sposób wyjątkowo gwałtowny, ale częściej jego notowania idą w górę, niż w dół. Teraz cena jest rekordowa co wynika z rosnącego zainteresowania tym pieniądzem w Azji (głównie w Chinach) oraz z planów wprowadzenia pierwszego funduszu inwestycyjnego (tzw. ETF), który inwestowałby w bitcoina, co otworzyłoby ten pieniądz na nowe rynki. Wartość wszystkich bitcoinów znajdujących się dziś w obrocie to zaledwie 18-20 mld dolarów, gdy w samej tylko Polsce w obrocie jest równowartość 300 mld dolarów. W tej sytuacji wystarczy choćby niewielki wzrost popytu, by cena szybowała w górę (lub niewielki wzrost podaży, by dramatycznie spadała). Roczne wydobycie złota to 180.000 ton, zaś w ziemi jest złoto warte jeszcze 7 bilionów dolarów. Bitcoina - coraz częściej porównywanego do "cyfrowego złota" - jest znacznie mniej. Moda na bitcoina nasila się w czasach obaw o to, że świat znalazł się w rękach wariatów, zaś liczba dolarów i euro drukowanych przez banki centralne rodzi wzrost inflacji. Ludzie szukają lokat kapitału, które są niepodatne na inflację.

      CZY TO MOŻE BYĆ DOBRA INWESTYCJA? Mówienie o bitcoinie w kategorii klasycznej inwestycji trochę mnie drażni. Inwestowanie to dla mnie lokowanie kapitału w coś, czego wartość zależy od jakichś obiektywnych czynników, nie zaś od czystej spekulacji. Jeśli mam akcje, to jej wycena związana jest z tym czy dana spółka zarabia pieniądze i czy jego dobrze zarządzana. W przypadku bitcoina głównym elementem wyceny jest jego rzadkość oraz moda na jego posiadanie wynikająca z możliwości anonimowego przesuwania oraz niepodatności na inflację (im więcej osób chce posiadać dobro rzadkie, tym ono jest więcej warte). Z tego samego powodu dobrą inwestycją bywają alkohole inwestycyjne, znaczki pocztowe, stare samochody... Jest tego mało, a ludzie akurat mają fanaberię, żeby to mieć. O ile w przypadku dobrze zarządzanej firmy brak mody wśród inwestorów na posiadanie jej akcji raczej nie sprowadzi wyceny do śmieciowej wartości, o tyle w przypadków dóbr, których wycena "wisi" na modzie - nie jest to wykluczone. Bitcoin przeżywał krachy, które zbijały jego wartość o kilkadziesiąt procent w ciągu kilku godzin. Co będzie jeśli powstanie jakiś fajniejszy, lepiej promowany cyfrowy pieniądz?

      bitcoindigital

      Czytaj też: Największa polska giełda bitcoina okradziona! Wyparowało 5 mln zł!

      Czytaj też: Pewien Czech dla jaj kupił w 2009 r. pakiecik 5000 bitcoinów za równowartość 70 zł. I zapomniał o sprawie. Jeśli nie pozbył się tych bitcoinów, to dziś jest posiadaczem 6,5 mln dolarów, czyli 26 mln zł. Powinszować ;-) 

      CZY BITCOIN MOŻE BYĆ NIC NIEWART? Na niekorzyść bitcoina jako "poważnej waluty" przemawiają ogromne wahania jego wartości (kto chciałby np. przechowywać oszczędności "na czarną godzinę" lub przyjmować wynagrodzenie za pracę w pieniądzu, który z dnia na dzień może być wart np. połowę poprzedniej wartości?), ale też ciągle nowe afery ze "znikaniem" giełd bitcoinowych, które są okradane przez internetowych złodziei (a przecież jeśli chcesz np. sprzedać bitcoina i zamienić go na dolary, euro czy złotówki, to musisz iść na giełdę i tam dokonać transakcji wymiany). Poza tym trzeba pamiętać, że bitcoin nie będzie nigdy pieniądzem masowo używanym w realnym świecie. Nie zanosi się, by sieć sklepów akceptujących płatności bitcoinem oplotła glob (karty płatnicze sprawdzają się wystarczająco dobrze), więc będzie to zawsze pieniądz "internetowy". Jakkolwiek coraz częściej kupujemy w sieci, to jeszcze przez chwilę większe pieniądze będziemy wydawali w realnych sklepach. Jedynym gwarantem wartości bitcoina jest zaufanie jego użytkowników - jeśli ktoś lub coś to zaufanie poderwie, może to być pieniądz bez żadnej wartości, bo nie stoi za nim żaden konkretny majątek. Gdyby pojawił się inny cyfrowy pieniądz, który zdobyłby popularność bitcoin również może ucierpieć.

      Czytaj też: Bitcoinowy forex, czyli tu bitcoina kupisz i sprzedasz z... dźwignią!

      ILE W PRZYSZŁOŚCI MOŻE KOSZTOWAĆ BITCOIN? Nie wykluczam, że bitcoin będzie za kilka lat wart jeszcze znacznie więcej, niż uncja złota ;-). Biorąc prognozy analityków z początku tego roku można było usłyszeć, że bitcoin w 2017 r. zdrożenie do 1500 dolarów, a najwięksi optymiści mówili o 2000-3000 dolarów na koniec roku (ale warto wziąć poprawkę, że o cenach wypowiadają się zwykle ludzie "z branży", którym może zależeć, by bitcoin drożał). Efekt dobra rzadkiego, rosnąca moda na aktywa niepodatne na inflację, coraz więcej osób zainteresowanych przeprowadzaniem transakcji internetowych w sposób anonimowy - to czynniki, które mogą powodować, że bitcoin będzie coraz cenniejszy. Prawo popytu i podaży i tyle. Sam mam w swoim smartfonie kawałek bitcoina, który jest wart coraz więcej. Ale warto pamiętać, że to jest klasyczna inwestycja alternatywna - uzależniona od mody. No i oczywiście bez gwarancji ochrony kapitału ;-)). Może się zdarzyć, że nielegalne transakcje, do których nierzadko wykorzystywany jest bitcoin, sprowokują władze najważniejszych krajów do zdelegalizowania tej "waluty" (na razie ją tolerują, choć z trudem), a to mogłoby wywołać kolejny krach.

      Więcej o prognozach cen dla bitcoina znajdziecie tutaj i tutaj

      Więcej o bitcoinieo przyczynach wzrostów cen bitcoina było w CNBC

      JAK SIĘ KUPUJE BITCOINA? Jeśli ktoś chciałby się bawić w kupowanie i sprzedawanie bitcoinów, to nie jest to szczególnie skomplikowana sprawa. Trzeba sobie ściągnąć którą z aplikacji bitcoinowych, a w tej aplikacji założyć wirtualny portfel, w którym będą przechowywane nasze bitcoiny. Potem idzie się do internetowego kantoru bitcoinowego (działa ich w sieci sporo), podaje się kilka danych oraz adres posiadanego portfela, płaci się przelewem, PayPalem bądź kartą płatniczą i czeka się na zaksięgowanie bitcoinów w swoim portfelu. Oczywiście instytucje organizujące handel bitcoinami nie są pod nadzorem Komisji Nadzoru Finansowego i przeważnie mają nieustalony poziom reputacji, więc warto najpierw poczytać w internecie na temat wybranego serwisu, z którego usług chcemy skorzystać. Na każdym etapie tej "zabawy" pamiętajmy, że bitcoin to jednak nie jest złoto i można sobie wyobrazić sytuację, że będzie kiedyś wart zero lub coś koło tego. Więcej o kupowaniu i sprzedawaniu bitcoinów piszą tutaj.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (15) Pokaż komentarze do wpisu „Bitcoin wart już tyle, ile uncja złota. Co to jest? Dlaczego drożeje? Czy warto go mieć?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      sobota, 04 marca 2017 10:05
  • piątek, 03 marca 2017
    • Czy banki celowo utrącają wnioski klientów o wsparcie? Zapytałem państwowy bank i...

      Niedawno opisywałem w blogu słabe działanie funduszu wsparcia kredytobiorów w tarapatach. Mało kto z niego korzysta, choć formalnie jest to jedna z najłatwiejszych dróg ratunkowych w sytuacji, gdy nie starcza nam pieniędzy na zapłatę rat kredytowych. Ustawa regulująca działalność funduszu mówi, że przez 18 miesięcy całość lub część tych rat (do 1500 zł miesięcznie) może opłacać Bank Gospodarstwa Krajowego, który na ten cel otrzyma pieniądze od banku, który udzielił pechowemu klientowi kredytu. Co prawda pomoc jest zwrotna, ale... można ją zwracać przez bardzo długi okres i nie jest oprocentowana. A klient ostatecznie może też wystąpić o umorzenie swoich zobowiązań. Oczywiście, nie jest też tak, że bankowcy będą przez półtora roku płacić raty za każdego, kto jest pod finansową ścianą. Trzeba się "wykazać": a) statusem bezrobotnego lub b) wysoką relacją raty kredytowej do dochodów (minimum 60%), albo c) niskim dochodem na osobę w rodzinie (poniżej 634 zł po odliczeniu raty kredytu)

      Wszystko pięknie, ale gdy przyjdzie co do czego, to bywa, że klienci odbijają się od ściany. Nie jestem w stanie oszacować jak często się to dzieje, ale sądząc po nikłym wykorzystaniu funduszu - całkiem nierzadko. Opisałem dwa takie przypadki: w obu bank bardzo skrupulatnie żądał od klienta dokumentów potwierdzających jego prawo do korzystania ze wsparcia. W jednym przypadku procedura skończyła się odmową po tym jak bank zastosował manipulację, by udowodnić, że klient zarabia za dużo, a w drugiej klientka stwierdziła, że żadnych dokumentów dostarczać nie zamierza, bo z ustawy nie wynika, by musiała to robić. Rzeczywiście, ustawa - choć krótka - dość nieprecyzyjnie wypowiada się na temat weryfikacji wniosku o wsparcie. Część moich czytelników, frankowiczów, uważa wręcz, że żadnej weryfikacji być nie powinno, wystarczy wniosek oraz oświadczenia klienta potwierdzające jego sytuację, podpisane pod rygorem odpowiedzialności karnej. Bank przyjmujący wniosek w takiej sytuacji miałby być tylko notariuszem, skrzynką pocztową. Bankowcy z kolei twierdzą, że weryfikować wnioski muszą i basta. I że musi ta weryfikacja następować już na poziomie przyjmowania wniosku o wsparcie. 

      "Bank-kredytodawca jest zobowiązany do stwierdzenia przesłanek do udzielenia wsparcia i dopiero na tej podstawie może podpisać umowę z klientem. Podpisana umowa z klientem jest przekazywana do BGK. Wsparcie wypłacane jest automatycznie po zarejestrowaniu w systemie BGK i przekazaniu umowy, więc dokumenty uzasadniające sytuację klienta są niezbędne już w dniu złożenia wniosku"

      - powiedziano mi w jednym z banków. Między argumentami banków, że mają obowiązej weryfikować skrupulatnie sytuację klientów i to jeszcze zanim wniosek o wsparcie trafi do BGK, a stanowiskiem frankowiczów, że żadnej weryfikacji być nie musi, bo bank-kredytodawca na tylko przyjąć dokumenty, sprawdzić czy wszystkie pola są wypełnione i wysłać wszystko do BGK, jest przepaść. W poprzednim wpisie stanąłem pośrodku tego sporu: z mojego rozumienia ustawy wynikało,  że bank może weryfikować sytuację klienta (taki, aczkolwiek mało wyraźny, zapis znalazłem), ale nie byłem pewien czy ta weryfikacja nie powinna następować dopiero po zakwalifikowaniu wniosku przez BGK. A banki "zniechęcają" klientów swoim formalizmem już wcześniej. Postanowiłem pójść do źródła, czyli do BGK właśnie. Stanowisko banku-operatora programu powinno być wyważone i obiektywne, bo to nie jego pieniądze idą do kredytobiorców w potrzebie, tylko kaska z międzybankowej zrzutki. W BGK twierdzą, że weryfikacja, i owszem, jest niezbędna, zaś wniosek o wsparcie musi zawierać dodatkowe dokumenty potwierdzające sytuację klienta, a nie tylko "gołe" oświadczenia.

      "Konieczność dołączenia do wniosku o wsparcie dodatkowych dokumentów potwierdzających prawdziwość złożonych oświadczeń wynika z art. 8 ust. 2 ustawy. Jest w nim mowa o zawarciu umowy o udzieleniu wsparcia po dokonaniu przez kredytodawcę weryfikacji i stwierdzeniu spełnienia warunków ustawowych do przyznania wsparcia. Ponadto w art. 6 ust. 3 ustawy, w którym jest mowa o wzorze wniosku, ustawodawca wskazał na potrzebę rzetelnego udokumentowania danych niezbędnych do przyznania wsparcia

      - napisano mi w Banku Gospodarstwa Krajowego. Ich zdaniem jest to standard nie tylko wynikający z ustawy, ale też uzgodnień przyjętych przez sektor bankowy oraz Radę Prawa Bankowego i Komitet ds. Finansowania Nieruchomości w obecności Ministerstwa Finansów. To jednak wciąż nie wyjaśnia nadzwyczajnej skrupulatności banków w żądaniu od klientów coraz to nowych dokumentów. Nawet jeśli weryfikacja musi nastąpić, to dlaczego banki przeprowadzają ją w taki sposób, który sugeruje, że nie są zainteresowane, by klient przeszedł pozytywnie przez całą procedurę? Na to pytanie eksperci BGK już nie do końca odpowiadają:

      "Lista i zakres informacji wymaganych w dodatkowych dokumentach jest ustalany indywidualnie przez każdego z kredytodawców, gdyż w myśl zapisów ustawy weryfikację i decyzję w zakresie przyznania wsparcia podejmuje kredytodawca. Rolą Banku Gospodarstwa Krajowego jest wypłata wsparcia na podstawie zwartej umowy pomiędzy kredytodawcą a kredytobiorcą. BGK nie podpisuje z kredytobiorcą umowy o wsparcie"

      - a więc na koniec jest niestety dokładnie tak, jak napisałem we wpisie poświęconym kłopotom moich czytelników. Skoro banki składają się na fundusz - który, w przypadku, gdyby nie został wykorzystany, z powrotem wpłynie do ich skarbców - i same ustalają w jaki sposób mają weryfikować klientów chętnych do otrzymania pomocy, to tutaj nigdy nie będzie łatwo. Choć oczywiście deklaracje bankowców są tak wzruszające, że nie byłem w stanie ich czytać inaczej, jak tylko ze łzami w oczach:

      "Nie utrudniamy nikomu otrzymania wsparcia. Wręcz odwrotnie, pracownicy działu przeterminowanych należności w rozmowie z klientami, którzy nie spłacają terminowo rat, weryfikują czy dana osoba może skorzystać z ustawy pomocowej i informują klienta o takiej możliwości, jeśli tylko spełnia do niej przesłanki. Nie wymagamy żadnych ekstra dokumentów. W przypadku statusu osoby bezrobotnej jest to zaświadczenie o statusie osoby bezrobotnej oraz ostatnie świadectwo pracy i klient automatycznie dostaje wsparcie bez wyciągów, liczenia zdolności itp."

      - piszą mi z jednego z banków (nie ujawnię teraz z którego, bo właśnie sprawdzam ich prawdomówność i nie chcę wywierać dodatkowej presji ;-)). W innym banku usłyszałem z kolei, że są tak kochani i tak wyrozumiali dla klientów w tarapatach, że spokojnie mogliby wystąpić o kanonizację, a może nawet i beatyfikację.  

      "Różne sytuacje życiowe rozpatrujemy na korzyść klientów. Np. jeśli rozwiedli się i jedna osoba wyprowadziła się z kredytowanej nieruchomości, to możemy przyjąć dochód jednej osoby do wyliczenia wskaźnika DTI. Nie uwzględniamy przychodów klientów takich jak 500+, zasiłku dla bezrobotnych i innych świadczeń - co też jest dla nich korzystne"

      Wychodzi więc na to, że jest świetnie, wszystko hula bez zarzutu, a banki wręcz zabijają się, by udzielić wsparcia jak największej liczbie klientów. Skoro jest tak dobrze, to... dlaczego jest tak źle? Dawajcie znać jakie są Wasze doświadczenia i będziemy razem walczyć o to, żeby było lepiej. Szlaki w kilku bankach mam już przetarte, więc może uda się na tym ugorze coś wyhodować. Empatię bankową na przykład ;-)).

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (15) Pokaż komentarze do wpisu „Czy banki celowo utrącają wnioski klientów o wsparcie? Zapytałem państwowy bank i...”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 03 marca 2017 09:47
  • czwartek, 02 marca 2017
    • Jeszcze szybszy i wygodniejszy sposób płacenia smartfonem? Polska firma chce podbić nim świat

      GSMA_mobile_world_congress_MWCSposobów wygodnego płacenia telefonem jest już sporo i trudno wyobrazić sobie, byśmy potrzebowali dalszych wynalazków w tej dziedzinie. Sprawa wygląda tak, że przy kasie sklepowej wyciągamy z kieszeni smartfona, wzbudzamy go, zbliżamy do terminala i rachunek zapłacony (ewentualnie po drodze wbijamy jeszcze PIN). Trzeba mieć tylko w smartfonie aktywowaną aplikację mobilną swojego banku (tak to działa w PKO BP, Pekao, BZ WBK, Eurobanku, Getinie, Raiffeisenie oraz Banku Millennium, gdzie używają technologii HCE) lub aplikację Android Pay z przypiętą do niej kartą płatniczą (a przypiąć ją mogą na razie klienci Alior Banku, BZ WBK i banku T-Mobile). Czy może być jeszcze prościej? W zasadzie nie, choć przecież zdarzają się narzekania, że smartfon czasem "nie łapie" kontaktu z terminalem tak łatwo, jak zwykła karta plastikowa. No i wszystko oparte jest o technologię zbliżeniową, której nie obsługują w Polsce popularne smartfony Apple'a. Nawet jeśli jesteś klientem banku, w którym można już płacić smartfonem, to z "jabłuszkiem" nic nie wskórasz.

      Polska spółka Braintri pokazała na targach WMC 2017 w Barcelonie, że płacenie zbliżeniowe smartfonem może być jeszcze wygodniejsze i bardziej dostępne, niż z wykorzystaniem technologii NFC. Jej pomysł nazywa się Jiffee i wykorzystuje technologię BLE (czyli tę samą, która obsługuje w naszych smartfonach bluetooth). Innymi słowy: smartfon łączy się z terminalem płatniczym (bądź z drugim smartfonem) przez bluetooth i tą drogą wymienia zakodowane informacje potwierdzające transakcję. To z kolei oznacza, że płatność może przebiegać nieco szybciej oraz można ją przeprowadzić również iPhone'm, a nie tylko urządzeniem z systemem Android. Minusy? Żeby terminal płatniczy mógł "czytać" sygnały wysyłane przez smartfona, musi mieć specjalną przystawkę. I to do niej, a nie do terminala, przykłada się smartfona, żeby zapłacić.

      20170228_130251

      Czytaj też inne moje teksty z Mobile World Congress w Barcelonie:

      >>> "Ja tylko oglądam"? Żarty się kończą, gdy ekran jest jednocześnie... terminalem płatniczym. Testowałem pierwszą na świecie technologię ekranu z funkcją płatniczą!

      >>> Okulary, które zastąpią smartfona i kartę płatniczą? To tylko jeden przykład rewolucji, która nadciąga. Już w tym roku inteligentne liczniki prądu oraz parkowanie przez internet

      Udało mi się osobiście przetestować działanie Jiffee, choć system jeszcze nie jest dostępny dla klientów i jeszcze przez jakiś czas nie będzie - dopiero tydzień temu Braintri złożyła w jego sprawie wniosek patentowy, a w Barcelonie jest światowa premiera tej nowinki. Za wcześnie więc jeszcze, by oceniać wartość nowego sposobu płacenia, ale trzeba przyznać, że w transakcjach testowych Jiffee spisuje się bez zarzutu. Płatności są błyskawiczne i ani razu nie zdarzyło mi się, bym musiał kilka razy zbliżać bądź wręcz przykładać smartfon do czytnika (w przypadku transakcji Android Pay niestety był taki incydent). Zresztą zobaczcie sami:

      Żeby móc używać Jiffee będzie trzeba ściągnąć sobie aplikację z AppStore lub sklepu Google'a i przypiąć do niej kartę (nie jest to trudne, odbywa się mniej więcej tak samo, jak przypinanie plastiku do aplikacji Ubera, czyli poprzez zrobienie karcie zdjęcia). Fajnym udogodnieniem ma być to, że można przypiąć do Jiffee kilka tzw. źródeł pieniądza i dopiero po zatwierdzeniu transakcji zdecydować czy obciążona ma być np. karta debetowa, kredytowa, czy konto bankowe. System potrafi nie tylko rozliczać transakcje mobilne, ale też naliczać rabaty lub punkty lojalnościowe - wszystko zależy od oprogramowania, które się do niego włoży.

      Pytania i wątpliwości? Dziś nie jestem w stanie zweryfikować tezy, że transakcje z wykorzystaniem BLE są równie bezpieczne jak HCE i nie wiążą się z ryzykiem przechwycenia jakichś informacji przez ewentualnego złodzieja. Pewne jest to, że na targach w Barcelonie, gdzie "szum w eterze" był ogromny, przy testowych transakcjach Jiffee ani razu nie "zgłupiał" z powodu nadmiaru smartfonów w okolicy. Twórcy systemu zapewniają, że żadnych dziur bezpieczeństwa nie ma, ale dopóki nie przetestujemy go w warunkach bojowych... Nie wiadomo też jak dokładnie będzie przebiegał proces rejestracji do usługi - czy będzie to wystarczająco wygodne. Po trzecie nie wiemy czy Jiffee będzie przyjazny dla sprzedawców (a tylko wtedy sklepikarze będą mieli cień powodu, by oferować go swoim klientom).

      Czytaj też: Nie pokochałeś jeszcze płacenia smartfonem? Oni mają na to sposób

      No i wreszcie - to chyba najważniesze - nie wiadomo czy w wymyślony przez Polaków nowy standard płacenia uwierzy jakiś duży bank (i wprowadzi do swojej aplikacji mobilnej zamiast HCE lub Android Pay'a) lub jakaś sieć handlowa (Empik, Carrefour lub któraś z podobnych). To może nie być takie łatwe, bo jeśli sklepikarze mają już terminale płatnicze dostosowane do płatności zbliżeniowych, to po co mieliby dokładać kolejne ogniwo, wymagające w dodatku niewielkiej, ale jednak zajmującej miejsce przystawki do terminala? Niewykluczone, że Jiffee znajdzie sojusznika w systemie BLIK, który pozwala na płacenie smartfonem, ale nie w oparciu o technologię zbliżeniową, tylko o znacznie mniej wygodne kody jednorazowe (jest podobno jakiś problem z wprowadzeniem HCE do BLIKa). Podobno są już rozmowy w sprawie ewentualnej współpracy Jiffee i BLIKa, co wyniosłoby nowy sposób płacenia zbliżeniowego na orbitę ;-).

      System ma tę zaletę, że nie wymaga terminala płatniczego, transakcje można przeprowadzać bezpośrednio ze smartfona sprzedawcy na smartfon kupującego. Oczywiście oba smartfony muszą być wyposażone w aplikację Jiffee, zaś sprzedający musi być podpięty do którejś z firm rozliczających transakcje międzybankowe. To może być w przyszłości ciekawa opcja dla drobnych przedsiębiorców, którzy chcą akceptować transakcje bezgotówkowe, ale nie chcą inwestować w terminale płatnicze. Zapewne z tego powodu stoisko Braintri w Barcelonie jest chętnie odwiedzane przez przedstawicieli krajów afrykańskich, które inwestują w płatności mobilne, ale nie upowszechniły się tam terminale płatnicze w sklepach. Niewykluczone więc, że Jiffee zrobi karierę, ale nie u nas, lacz tam, gdzie rządzą dziś płatności typu "smartfon do smartfona".

      O LOKOWANIU OSZCZĘDNOŚCI W AKCJI "DYWIDENDA JAK W BANKU". Od wiosny 2016 r. w blogu trwa akcja "Dywidenda jak w banku", w której zdradzam sposoby na w miarę bezpieczne lokowanie oszczędności inaczej, niż tylko na depozycie bankowym. Zapisując się na newsletter akcji nie przegapicie żadnego z kolejnych tekstów, klipów wideo, webinarów, ani konkursów. W akcji bierze też udział Longterm.pl, najstarszy stażem bloger zajmujący się inwestowaniem długoterminowym, a także Giełda Papierów Wartościowych oraz Stowarzyszenie Inwestorów Indywidualnych i BPH TFI. Obejrzyjcie też jak - wspólnie z Longtermem - mierzyliśmy się z lękami związanymi z lokowaniem oszczędności, zwiedzaliśmy kasyno, udaliśmy się na ryby. Zabawne i pouczające.

      ZOBACZ MOJE PROGRAMY WIDEO! Zapraszam do obejrzenia pierwszego sezonu tygodnika wideo "KASOWNIK SAMCIKA". Jest tam o sprytnych sposobach na oszczędzanie, o studiowaniu, pracowaniu, zaciąganiu kredytu hipotecznego, o zakupach, kontach bankowych, ubezpieczeniach, lokatach, podatkach... Poza poradami w każdym wydaniu czerstwy żart prowadzącego :-)), ciekawostka o pieniądzach oraz finansowy trik Samcika. Zapraszam do obejrzenia wszystkich zeszłorocznych odcinków. Wkrótce kolejna seria! Subskrybuj kanał YouTube "Subiektywnie o finansach"!

      Zapraszam też do obejrzenia spektakularnego cyklu wideo "OD OSZCZĘDZANIA DO INWESTOWANIA". W ośmiu odcinkach realizowanych przy "wsparciu" wszystkich możliwych żywiołów opowiadam o tym, jak małymi krokami zabrać się do oszczędzania pieniędzy i co można zrobić, żeby namnażały się szybciej.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Jeszcze szybszy i wygodniejszy sposób płacenia smartfonem? Polska firma chce podbić nim świat”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 02 marca 2017 11:01
  • środa, 01 marca 2017
    • Koniec ery money-backów? mBank zapłaci za zakupy... punktami Payback. Prześwietlam!

      Największy w Polsce program lojalnościowy Payback ostatnio przeżywa okres burz i naporów. Stracił jednego z najcenniejszych partnerów, sieć Empik, z programu wypisał się też jakiś czas temu bank BZ WBK, który najwyraźniej stwierdził, że nie jest to dla klientów jakaś szczególna wartość dodana. O wadach Paybacka pisałem już w blogu nie raz, więc nie będę się powtarzał. Hasłowo przypomnę tylko, iż nie widzę szans powodzenia dla programu, który w XXI wieku wciąż opiera się na plastikowych kartach, bonusowe punkty "wypluwa" w formie papierowych "paragonów", zaś aplikację mobilną ma głównie po to, żeby klient mógł sprawdzić ile ma punktów. Payback nie ma argumentów, by przekonywać swoich członków do większych zakupów w sieciach handlowych, które się z nim sprzymierzyły. Nie ma ich tym bardziej, że jest to program punktowy, w którym odległość między procesem kupowania, a odbiorem nagrody jest przepastna.

      Mimo tych wszystkich problemów na wejście do Paybacka zdecydował się mBank, czwarty największy bank w Polsce, obsługujący pewnie z 5 mln klientów. Payback nie został "zainstalowany" na ich rachunkach. Kto chce zbierać punkty Payback używając produktów mBanku musi sobie sam za to "zapłacić". A więc założyć specjalną odbianę eKonta Payback, które od zwykłego różni się tym, że jest obowiązkowa opłata za kartę debetową w wysokości 2 zł. Od swego zarania mBank był instytucją, która podstawowe usługi dawała za free - początkowo bez żadnych warunków, a ostatnio z warunkami, ale dość łatwymi do spełnienia. eKonto Payback jest chyba pierwszym z podstawowych rachunków, w którym nie ma możliwości korzystania z usług "za zero". Dlatego właśnie piszę, że prawo do nabijania sobie punktów Payback w mBanku trzeba sobie "kupić". Kosztuje dokładnie 2 zł miesięcznie.

      paybackmmb1

      No to teraz policzmy czy ten deal się opłaca, Wiedza ta może się przydać nie tylko nowym klientom, którzy zastanawiają się które z oferowanych rachunków sobie zaordynować, ale i tym już korzystającym z usług mBanku, bo i oni mogą skonwertować swoje "zwykłe" konto na paybackowe. Ile punktów można zebrać w zamian za ponoszenie 2-złotowej, bezwarunkowej opłaty za konto? Na starcie - za samo przypięcie do programu karty debetowej - dostaje się 3000 pkt. Jeśli w ciągu trzech pierwszych miesięcy zrobimy co najmniej dwie transakcje kartą płatniczą dostaniemy dodatkowo 1000 pkt. (to jednorazowy bonus). Jeśli przez co najmniej dwa z trzech pierwszych miesięcy posiadania eKonta Payback wpływy na nie będą przekraczały 1000 zł, to bank dorzuci kolejny 1000 pkt. jednorazowej "zapomogi". Wychodzi, że dość łatwo i prawie bezkosztowo można "zasłużyć" w mBanku na 5000 pkt. Payback, co przekłada się na 50 zł w wartości nagród (Payback ma dość prosty przelicznik: 100 pkt to 1 zł w nagrodach)

      Co dalej? Dalej przestaje być tak wesoło, bowiem mBank przyznawał będzie 1 pkt. Payback za każde 2 zł zapłacone kartą w sklepie, ale... tylko przez pierwsze pół roku. Docelowo przelicznik został ustawiony na 1 pkt. za 4 zł wydane kartą. Najwyraźniej w banku nie ma wiary, iż perspektywa punktów Payback skłoni klientów do porzucenia gotówki i płacenia wyłącznie plastikiem :-)). Przy założeniu, że miesięczny "urobek" płatności kartą wyniesie 1000 zł (to dużo nawet jak na nowoczesnych klientów mBanku), przybędzie za to 500 pkt Payback w pierwszych miesiącach (czyli 5 zł, co przekłada się na 0,5% money-backu w nagrodach) oraz 250 pkt. miesięcznie w kolejnych (czyli 2,5 zł w nagrodach za wydany kartą 1000 zł - 0,25% money-backu). Nie można powiedzieć, by był to hit sezonu, choć oczywiście lepszy taki money-back, niż żaden.

      paybackmmb3Trzeba jednak pamiętać, że dochody z punktów Payback muszą pokryć 2-złotową opłatę miesięczną za kartę. Przy 1000 zł obrotów na karcie (po ukończeniu 6-miesięcznego okresu promocyjnego) klient wychodzi de facto na zero (płaci 2 zł za kartę i dostaje 2,5 zł w nagrodach za punkty Payback). Interes zaczyna się opłacać (ale i tak w mikroskali) dopiero przy 2000 zł obrotów miesięcznie kartą. Wtedy do wzięcia jest 5 zł w nagrodach miesięcznie, czyli - po potrąceniu opłaty za kartę - zyskuje się 3 zł miesięcznie i 36 zł w skali roku. Szaleństwo. Oczywiście: są wśród nas heavy-userzy kart płatniczych, którzy wykręcają swoimi kartami 5000 zł miesięcznego obrotu i więcej. Ale przed rozbiciem banku z punktami Paybank mBank się dobrze zabezpieczył - przestaje naliczać punkty po przekroczeniu przez klienta 2000 zł miesięcznego obrotu kartami. Innymi słowy: z wachlowania plastikiem da się "ukręcić" najwyżej 3 zł w nagrodach miesięcznie netto (przez pierwsze pół roku - 8 zł miesięcznie). No, może nawet 10 zł, bo ostatnio weszła dodatkowa promocja: zwrot opłaty za kartę debetową po dokonaniu co najmniej transakcji kartą (lub BLIK-iem) w miesiącu. Ta promocja obowiązuje przez pierwszych sześć miesięcy korzystania z karty. Oznacza to de facto, że przez pierwsze pół roku używania konta z programem Paybank klient może wyciskać z niego nawet 10 zł miesięcznie.

      Większe bonusy punktowe (nie licząc 5000 pkt na start i podwójnej "wagi" punktowej przez pierwszych sześć miesięcy) są do "ukręcenia" za korzystanie z dodatkowych produktów banku, czyli kredytu odnawialnego (plus 1000 pkt. jednorazowo, czyli 10 zł "w naturze"), karty kredytowej (też 1000 pkt.) oraz kredytu gotówkowego (1 pkt. za każdy pożyczony 1 zł). Gdybym więc wziął 10.000 zł kredytu gotówkowego, dostałbym 10.000 pkt., które przekładają się na 100 zł nagrody. I to już jest coś. Przy założeniu, że za ten kredyt - wzięty na rok - zapłaciłbym 8% oprocentowania (w sumie odsetki wyniosłyby 432 zł) i 3% prowizji (300 zł), koszt kredytu wyniósłby 732 zł, ale 100 zł "odzyskać" można w nagrodach z punktów Payback. To oznacza, że punktasy przekładają się na obniżkę oprocentowania o niecałe 2% (punkty procentowe) bądź o 1% rabatu w prowizji. Szału nie ma, ale ulga jest zauważalna.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „Koniec ery money-backów? mBank zapłaci za zakupy... punktami Payback. Prześwietlam!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 01 marca 2017 18:37
    • Sensacje NASA, nowe planety, obce cywilizacje... Jak możesz zarobić na podboju kosmosu?

      Podbijanie kosmosu, poznawanie cywilizacji pozaziemskich, wizyty UFO na naszym niebie oraz próby znalezienia przez naukowców (w bliższych lub dalszych okolicach Ziemi) jakichś planet zdatnych do zamieszkania - to tematy dość dalekie od naszych finansów osobistych, aczkolwiek ostatnio bardzo zajmujące. No, może z wyjątkiem katastrofistów, którzy spodziewają się, że agresywni Obcy już czają się za rogiem naszego Wszechświata i tylko czekają na groźny moment, by pozbyć się ludzkości. Taka świadomość musi wpływać na zachowania konsumenckie :-))). Osobiście, gdybym był obcą cywilizacją (a czasami, gdy rozmawiam z bankowcami, mam takie uczucie), to poczekałbym spokojnie jeszcze kilkaset lat aż ludzkość sama się powyrzyna, zatruje, wysuszy albo zanihiluje w inny sposób - jesteśmy już na dobrej drodze. Ale za to Elon Musk ogłosił właśnie, że w 50-tą rocznicę postawienia nogi człowieka na księżycu wyśle tam znów swojego człowieka. Oczywiście w jego spółce SpaceX trwają też przygotowania do misji na Marsa.

      Zainteresowanie Obcymi najbardziej zwiększyło się po ostatniej konferencji NASA, na której ogłoszono, że całkiem niedaleko Ziemi - w odległości 39 lat świetlnych (to tylko 400 bilionów kilometrów stąd ;-)) - odkryto układ, który ma aż siedem planet krążących wokół gwiazdy o nazwie TRAPPIST-1. I wszystkie mogą być zdatne do życia! "Odkrycie tak wielu skalistych planet przy jednej z gwiazd daje nadzieję na to, że planety typu ziemskiego są w kosmosie liczne i powszechne, a więc znacznie zwiększa szansę to, że nie jesteśmy samotni we Wszechświecie. Do tej pory astrofizycy poszukiwali planet raczej przy gwiazdach bardziej podobnych do Słońca, teraz zapewne na wyścigi zaczną się uważniej przyglądać tzw. czerwonym karłom, czyli zimnym gwiazdom, choć oczywiście są one trudniejsze do wypatrzenia i śledzenia" - piszą moi koledzy z Wyborczej.pl.

      Zła wiadomość jest taka, że przez pierwszy miliard lat po narodzinach gwiazdy tego typu "świecą dość mocno, nawet jaśniej niż dziś Słońce. W tym okresie każda planeta, która znajdzie się zbyt blisko, zostanie dosłownie zgrilowana". Więc ta szczęśliwa siódemka planet podobnych do Ziemi też mogła tego doświadczyć, chyba że... "powstały w dużej odległości od gwiazdy i dopiero migrowały w jej pobliże, to być może nie straciły lotnych składników, takich jak np. woda". Tym niemniej odkrycie TRAPPIST-1 może być początkiem poszukiwań innych tego typu układów planetarnych i nawet jeśłi ten konkretny okaże się niewypałem (choć w tym kontekście raczej trzeba byłoby napisać, że jest "przepalony"), to może znajdą się inne. A jeśli tak, to czas zabrać się za zarabianie na tych poszukiwaniach ;-)).

      luksusoweschronySCHRON LEPSZĄ INWESTYCJĄ, NIŻ MIESZKANIE? Jeśli ktoś nie liczy na cierpliwość Obcych, lecz spodziewa się ich nalotu w każdej chwili, to oczywiście inwestuje w złoto fizyczne oraz w... schron. Prywatne schrony są już prawie tak samo popularną inwestycją jak pracownicze ogródki działkowe. Podstawowy wariant takiego schronu w USA kosztuje niecałe 40.000 dolarów (takie ceny jakiś czas temu gwarantowała firma Atlas, która to-to buduje). W Wielkiej Brytanii z kolei - w zależności od jakości wykonania, ceny porządnych bunkrów kształtują się od 20.000 funtów do nawet 125.000 funciaków. Oczywiście firma zajmująca się tą działalnością oferuje też wersję podstawową, czyli zwykłą ziemiankę w cenie 6.000 funtów. Ostatnio słyszałem o luksusowych wersjach schronów, przypominających podziemne apartamenty, których koszt opiewa już na 10 mln dolarów. Gdyby się okazało, że "coś" nas nawiedzi, to schron może być znacznie lepszą inwestycją kapitału, niż "tradycyjna" nieruchomość. ;-))

      JEŚLI "ONI" PRZYLECĄ, ZAROBISZ 20-KROTNIE. Firma bukmacherska PaddyPower prowadzi zakłady, których stawką jest udowodnienie istnienia Obcych. Do wzięcia jest całkiem sporo, ale najlepsze okazje od konferencji NASA są już niestety nieaktualne. Otóż gdyby w tym roku ktoś udowodnił istnienie Obcych, to firma bukmacherska wypłaciłaby za każdego zainwestowanego w taki zakład pieniążka aż 33. Jeśli więc za chwilę pojawią się dowody na istnienie obcych cywilizacji, posiadacze takich zakładów za zainwestowane np. 100 dolarów dostaną 3300 "zielonych". Dla kolejnych lat zakłady były nieco mniej rentowne (ok. 25 dolarów za każdego postawionego). Tak było przed newsem z NASA, bo teraz niestety prawdopodobieństwo odkrycia Obcych rośnie i zakład w PaddyPower dotyczący roku 2017 jest wyceniany już tylko na 20:1. A na 2019 r. już tylko na 18:1. Kiepsko, ale jeśli jesteście optymistami co do tego, że nie jesteśmy w kosmosie sami... Czekam z utęsknieniem na wprowadzenie takich zakładów przez STS ;-). Na razie zapraszam do PaddyPower ;-)

      UFOlockheedJAK MIEĆ DZIAŁKĘ W ZYSKACH Z WYPRAWY NA MARSA? Jeśli zaś nie jesteście hazardzistami oraz nie obstawiacie najazdu Obcych, to oczywiście jest też opcja zarabiania na odkrywaniu kosmosu "tradycyjnymi" metodami. Niestety, słynny SpaceX Ellona Muska nie jest notowany na giełdzie, ale amerykańscy spece od inwestowania radzą np., by zainwestować w akcji Lockheeda Martina, firmy co prawda specjalizującej się w technologiach lotniczych i wojskowych, ale która ma też dywizję kosmiczną. Ta część działalności firmy była trzecią największą pod względem przychodów i drugą najbardziej rentowną. Z 51 mld dolarów przychodów część kosmiczna daje Lockheedowi już prawie 10 mld dolarów. Firma prowadzi np. program Mars Base Camp, który zakłada wysłanie na orbitę Marsa ludzi w 2028 r. Lockheed Martin jest też obecny przy każdej misji NASA na Marsa. Wspólnie z Boeingiem Lockheed ma spółkę, która dostarcza silniki do rakiet. W ciągu trzech lat kurs akcji Lockheeda na nowojorskiej giełdzie poszedł w górę ze 160 do 260 dolarów.

      A MOŻE ZAINWESTOWAĆ W... RAKIETY? Boeing to też zresztą beneficjent podboju kosmosu, jego część zajmująca się obroną, kosmosem i technologiami bezpieczeństwa ma ok. 15 mld dolarów rocznych przychodów (10% całości). Czystą grą na udany podbój kosmosu byłby też zakup akcji firmy Aerojet Rocketdyne, która zajmuje się dostarczaniem rozwiązań dla przemysłu kosmicznego i wojskowego. Firma jest malutka, rocznie ma raptem 1,5 mld dolarów przychodu, ale jest partnerem US Air Force w rozbudowie silników do myśliwców. No i ma miliard dolarów wartości rynkowej. Myśląc o udziale w zyskach z podboju kosmosu możecie też zainwestować w akcje firmy Orbital ATK, która ponad jedną czwartą przychodów osiąga ze sprzedaży technologii kosmicznych (usługi inżynieryjne dla stacji kosmicznych, satelity, komponenty do rakiet). Rocznie z tego tytułu firma ma 1,2 mld dolarów przychodów.

      JAK KUPIĆ "KOSMICZNE" AKTYWA? Jak widzicie, Obcych nie trzeba się bać (choć nie zaszkodzi kupić zakładu, który dobrze "zapłaci", gdyby przypadkiem zabłądzili w odmętach Wszechświata i zawitali na trzecią planetę od słońca ;-)), a co więksi optymiści mogą ulokować oszczędności w akcjach spółek, które na pewno zarobią najwięcej, gdyby udało się odkryć w kosmosie coś, na czym jest woda. Jeśli chodzi o największe spółki z amerykańskiej giełdy, takie jak Lockheed Martin, czy Boeing, to nie ma większego problemu, by stać się ich współwłaścicielami z poziomu fotela w polskim domu ;-). Możliwość zakupu zagranicznych akcji oferują niektóre biura maklerskie, zarówno polskie (np. Bossa), jak i globalne (np. DeGiro). Transakcje nie są tak tanie, jak w przypadku polskiej giełdy, ale w przypadku spodziewanych kosmicznych zysków oczywiście nie ma to większego znaczenia. W spółki amerykańskie można też inwestować za pośrednictwem kontraktów CFD (to nie to samo, co akcje - nie dają prawa do dywidendy, kojarzą się też z większym ryzykiem, bo inwestuje się z tzw. dźwignią finansową, no i w przypadku bankructwa któregoś z pośredników w transakcji pieniądze, o ile się orientuję, się anihilują). 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 01 marca 2017 08:52
  • wtorek, 28 lutego 2017
    • "Ja tylko oglądam"? Żarty się kończą, gdy ekran jest jednocześnie... terminalem płatniczym!

      GSMA_mobile_world_congress_MWCWitryna sklepu to przede wszystkim przestrzeń reklamowa. Sklepy coraz częściej inwestują więc w ekrany próbujące "porozumiewać się" z przechodzącymi ludźmi. Powiedzmy sobie szczerze: atrakcyjna, spersonalizowana treść wyświetlająca się na ekranie może skłonić przypadkową osobę, żeby zajrzała do sklepu, do którego zwykle nie zagląda, bo nie zna danej marki. Wiem, że są już technologie, które "badają" przechodzących obok sklepów ludzi. A więc ekran wystawiony w witrynie "wie", że przechodzi obok niego mężczyzna w średnim wieku, albo studentka biegnąca na zajęcia. I może dostosować przekaz reklamowy do tej osoby, zwracając się bezpośrednio do niej. Dzięki temu sklepowa witryna przestaje być tylko miejscem na plakaty, czy banery. Zresztą wiem, że również banki myślą o wykorzystaniu tej technologii, bo to jest ta kategoria miejsc, do których mało kto wejdzie z własnej woli. Zwłaszcza, że banki chcą być tam, gdzie robimy zakupy, czyli w centrach handlowych. I walczyć z nimi w nowoczesny sposób o uwagę klientów.

      Czytaj też: Magiczne okulary, czyli... smartfon już niepotrzebny

      Ale spersonalizowana reklama wyświetlana na ekranie to nie wszystko. Ekran potrafi także... sprzedawać. Na WMC 2017 w Barcelonie firma Think&Go (część Ingenico, znanego u nas głównie z dostarczania do sklepów terminali płatniczych) pokazała mi jak można przerobić ekran na angażujące miejsce robienia zakupów. Przechodzicie obok sklepu, biura podróży, albo banku i możecie kupić coś bez wchodzenia do środka. Ekran jest po prostu terminalem płatniczym. Widziecie ofertę, wyjmujecie kartę płatniczą, albo smartfona (o ile ma funkcję płatności mobilnych), zbliżacie i gotowe. W ten sposób w centum handlowym można wydawać pieniądze znacznie szybciej, niż "tradycyjną" metodą, czyli poprzez zwiedzanie sklepów. Kiedyś tę funkcję próbowano wprowadzić za pomocą QR kodów, ale wygląda na to, że świat zmienia się tak szybko, że zastąpią je po prostu interaktywne ekrany.

      20170227_151240

      Co ciekawe, takie ekrany (co zobaczycie na poniższym filmiku prosto z Barcelony) nie muszą służyć wyłącznie do zakupów, ale np. do wciągania przechodzących klientów do rozwiązywania zagadek, quizów, do konkursów z nagrodami. Elementem, który komunikuje się z ekranem nie musi być wcale karta płatnicza, może to być np. karta lojalnościowa, na którą za pomocą ekranu możemy nabić sobie punkty. Ekrany mogą też służyć do wpłacania darowizn na cele charytatywne (wyobrażam sobie, że właśnie w ten sposób mógłby promować się w witrynie bank - a obok ekranu mogłaby być drukarka, z której wypadałoby piękne potwierdzenie, że jesteśmy dobrym człowiekiem oraz ze sprytnie zawoalowaną ofertą, iż dla dobrych ludzi ten bank ma ofertę niedostępną dla innych).

      Ekran, który nie tylko wyświetla, ale potrafi "scharakteryzować" klienta (a więc zaserwować mu konkretny przekaz) oraz ma funkcję płatniczą, a do tego może wciągnąć go do zabawy...  no, to może być ciekawa opcja dla centrów handlowych. A i dla branży finansowej, bo cóż szkodzi, by na takim ekranie pojawiły się rabaty oferowane klientom danego banku? "Rejestracja" do skorzystania z oferty odbywałaby się poprzez przyłożenie karty bankowej do ekranu będącego elementem wirtyny banku, zaś sam rabat byłby automatycznie naliczany przy zakupie konkretnego towaru. Jeśli banki mają "władzę" nad milionami posiadaczy kart płatniczych, to takie interaktywne ekrany mogą im pomóc tę "władzę" wykorzystać do lojalizowania klientów i nakłaniania ich do tego, by podejmowali takie decyzje zakupowe, w których bank będzie miał prowizję od sklepu.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „"Ja tylko oglądam"? Żarty się kończą, gdy ekran jest jednocześnie... terminalem płatniczym!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 28 lutego 2017 18:57
    • MWC 2017: magiczne okulary zamiast smartfona oraz karty płatniczej. Pomogą też zaparkować

      GSMA_mobile_world_congress_MWCNa World Mobile Congress w Barcelonie, czyli chyba najbardziej prestiżowej konferencji telekomunikacyjno-technologicznej na świecie, największymi wydarzeniami są oczywiście debiuty najnowszych modeli smartfonów i tabletów. Swoje najnowsze flagowce zaprezentowały m.in. Huawei i Sony, ale ja przeczesuję stoiska wystawców głównie pod kątem nowinek finansowych. I trochę w poszukiwaniu wiedzy o tym jak będzie wyglądało nasze życie za kilka lat. Wygląda na to, że szumnie zapowiadany przez firmy technologiczne internet rzeczy (w skrócie ioT) jest już tuż-tuż. Najróżniejsze rozwiązania dotyczące inteligentnych domów oraz inteligentnych miast w zasadzie są już gotowe (np. systemy sterowania ruchem samochodowym w skali miasta, określające stopień wypełnienia miejskich koszy na śmieci, systemy wyszukiwania miejsc parkingowych), a najbardziej zaawansowane z nich czekają już tylko na internet nowej generacji 5G, którym świat ma być opleciony do 2020 r. Internet piątej generacji wygląda tak: 

      5ggraph

      INTERNET RZECZY, CZYLI TY JUŻ NIC NIE MUSISZ. Ma być tak pojemny i niezawodny, że zniesie wszystkie bariery, które dziś sprowadzają się do słabego zasięgu lub zbyt dużej liczby użytkowników, by sieć mogła ich "udźwignąć". Pierwsze testy się już odbywają, a po rozmowach z przedstawicielami firm telekomunikacyjnych wnoszę, że główne pytanie brzmi nawet nie "kiedy to będzie gotowe", ale "kto za to zapłaci". Samsung - poza nowym tabletem i kilkoma innymi gadżetami - pokazał w Barcelonie (na specjalnej makiecie) jak będzie wyglądało nasze życie pod rządami internetu 5G. Otóż będzie nim zarządzała połączona z internetem nasza asystentka-bot, która przypomni o ważnym spotkaniu, urodzinach żony, podpowie trasę dojazdu do pracy bez korków, zamówi bilet na samolot (wszystko w oparciu o komendę głosową swojego "właściciela"), a także powie co trzeba zjeść na śniadanie, żeby nie przytyć. Aha, jeśli będziecie chcieli zrobić zakupy, to w bazie danych znajdzie najbliższy lub najtańszy sklep z danym produktem. Tak, generalnie Wasz mózg przestanie być potrzebny, bo robo-asystent będzie myślał za Was. 

      MARNUJESZ PRĄD? WSKOCZYSZ DO WYŻSZEJ TARYFY. Na razie jednak internetu 5G nie ma, więc schodzimy na ziemię. A tu już w tym roku będziemy mieli prostsze, ale też ciekawe rozwiązania opierające się na IoT. Już w tym roku w ośmiu krajach - w tym w Polsce - Deutsche Telekom wspólnie z dostawcą urządzeń pomiarowych Ista zaoferują nowe usługi dla odbiorców energii elektrycznej. Liczniki będą nie tylko przekazywać zdalnie wyniki zużycia prądu do centrali bez konieczności wizyty inkasenta (to niektóre z nich potrafią już dzisiaj), ale - w oparciu o specjalną sieć, którą zapewni telekom - będzie można za ich pomocą monitorować zużycie prądu, zapisywać, wizualizować klientom i wyceniać w dużo bardziej zaawansowany sposób energię elektryczną. Zapewne w oparciu o systemy Ista i Deutsche Telekom powstaną niedługo jeszcze bardziej wysublimowane taryfy na prąd, niż tylko "ekologiczne", z taryfą dzienną i nocną. Wiedząc kto, gdzie i ile prądu zużywa będzie też można profilować taryfy dla użytkowników na danym osiedlu (bo np. mają inny profil zużycia, niż przeciętna).

      smartparkingMIEJSCA PARKINGOWE ZNAJDZIESZ W SMARTFONIE. To już się dzieje. Również w tym roku prawdopodobnie będziemy mieli na większą skalę testy systemów ułatwiających znajdowanie miejsc parkingowych w centrach miast. Wiem, że w Warszawie prowadzone są już pierwsze testy kilku technologii. M.in. takiej, w której dane o wolnych miejscach są przekazywane za pomocą kamer przemysłowych do centrali i udostępniane użytkownikom specjalnej aplikacji. W niemieckim Bonn w październiku zeszłego roku ruszył pilotażowy system zarządzania miejscami parkingowymi w oparciu o specjalne czujniki oraz wąskopasmowy internet. Dzięki pożerającej mało internetu i mało energii technologii taki czujnik będzie działał na jednej baterii nawet przez 10 lat. Użytkownicy systemu będą mogli już w drodze dowiedzieć się czy tam, gdzie się wybierają, są wolne miejsca parkingowe. W przyszłości system będzie mógł np. kierować kierowców na najbliższe parkingi mające więcej wolnych miejsc lub różnicować opłaty za parkowanie w zależności od "obłożenia" poszczególnych miejsc. To melodia przyszłości, ale zmora szukania przez pół godziny miejsca do zaparkowania może odejść w niebyt już za kilkanaście miesięcy.

      zeissglassesINTELIGENTNE OKULARY POKAŻĄ CI DROGĘ. Deutsche Telekom i produkująca m.in. okulary firma Zeiss pokazały też w Barcelonie prototyp "inteligentnych okularów". Zapytacie: co z tego, przecież były już Google Glass i na razie się nie przyjęły. Ale te okulary z wyglądu nie różnią się od normalnych. A od produktu Google różnią się tylko tym, że moc obliczeniową pobierają z sieci telekomunikacyjnej. Szkła są jednocześnie ekranem, na którym można wyświetlać dowolne dane w ramach tzw. rozszerzonej rzeczywistości (nawigacja, wspomniane wyżej dane o miejscach parkingowych w okolicy itp.). W tym roku mają być gotowe pomysły na komercyjne wykorzystania tego cacka i zobaczymy czy to będzie przełom, czy strzał kulą w płot. Nie jest to zresztą jedyny przykład inteligentnych okularów, w tym roku ma być gotowy konkurencyjny projekt prowadzony przez firmę Vuzix i Toshibę.

      Według prezesów niemieckiej firmy telekomunikacyjnej w przyszłości takie inteligentne okulary mogą zastąpić smartfona - przynajmniej w niektórych aktywnościach - bowiem... nie zajmują rąk. Mając nie tylko połączenie z internetem, ale i czujniki rozpoznawania głosu mogą służyć np. do prowadzenia rozmów. Choć nie wyobrażam sobie wysyłania z takich okularów SMS-a, to podobno w erze 5G będą już tylko wideokonferencje, żadnych SMS-ów ;-)). Okulary mogą też łączyć się przez internet z samochodem, którym kierujemy i np. podpowiadać najlepszą trasę bądź ostrzegać przed zagrożeniami (taki Yanosik, tylko bez smartfona ;-)). Ale idźmy dalej: skoro okulary mogą być moim smartfonem, to niewykluczone, że mogą być też... kontem bankowym, a już na pewno "kartą płatniczą" z wbudowaną opcją biometrycznego potwierdzania transakcji. I w ten sposób wizja "płacenia bez płacenia" przestaje być bajką. 

      Wygląda więc na to, że internet rzeczy już tu jest, a na przykładach z życia wziętych zobaczymy go najdalej za kilka miesięcy. Pewnie w pierwszym rzędzie będą to różnego rodzaju czujniki "przyczepione" do sprzętów które używamy, ale wizja samonapełniającej się lodówki, samoprowadzącego się samochodu i tego, że każdy z nas będzie tylko furą liczb przetwarzanych przez wielką sieć internetową, też nie jest już kosmicznie odległa. Nie wiem czy się z tego cieszyć, czy wręcz przeciwnie, ale są tego wszystkiego plusy dodatnie: dzięki tym wszystkim czujnikom będziemy mogli żyć zdrowiej, bo np. będzie możliwe monitorowanie na bieżąco tego co dzieje się z naszym ciałem po wypiciu butelki coli, co bardzo mocno może wpłynąć na konsumpcję ;-). Więcej wieści o technologicznych nowościach prosto z Barcelony - wkrótce w blogu.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „MWC 2017: magiczne okulary zamiast smartfona oraz karty płatniczej. Pomogą też zaparkować”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 28 lutego 2017 08:54
  • poniedziałek, 27 lutego 2017
    • Bank czekał do ostatniej chwili z odpowiedzią na reklamację i... pomylił się? Stawką 1800 zł!

      Relacje niektórych banków z ich klientami trudno uznać za przyjazne. Przypominają raczej ciągłą walkę o to, by w granicach wyznaczonych prawem, umowami i regulaminem pognębić przeciwnika i wycisnąć z niego jak najwięcej. Obie strony stosują zarówno wysublimowane taktyki, jak i zwykłą, starą jak świat grę na czas. Jeśli można drugiej stronie zrobić pod górkę czekając z wykonaniem kolejnego ruchu do końca dozwolonego prawem terminu - to tak właśnie się robi. Czasem obie strony dochodzą do ściany, bowiem potyczka merytoryczna zaczyna przekształcać się w proceduralną: czy jakiś termin w ramach gry na czas nie został przekroczony? Czy procedura nie została naruszona? Dziś taka właśnie potyczka, której treścią jest termin odpowiedzi banku na reklamację klienta. Jak wiadomo, zgodnie z prawem wynosi on 30 dni pod karą automatycznego uwzględnienia reklamacji. Klient twierdzi, że bank termin przekroczył, a bank - że bynajmniej.

      Poszło o odsetki, które bank BGŻ BNP Paribas miał naliczać klientowi w promocyjnej wysokości. Bonusowe oprocentowanie miało wynosić aż 4% w skali roku, ale oczywiście nie miało dotyczyć wszystkich pieniędzy zgromadzonych na koncie, lecz "do wysokości najwyższego pojedynczego wpływu zaksięgowanego na koncie w miesiącu naliczenia odsetek promocyjnych, nie więcej niż 5000 zł". Ja to rozumiem w taki sposób, że bank wybiera najwyższy w danym miesiącu wpływ (najczęściej jest to przelew wynagrodzenia) i nalicza w tym miesiącu 4% odsetek od tego przelewu (jeśli jest wyższy, niż 5000 zł - to nalicza 4% tylko dla 5000 zł). Klient zrozumiał chyba jakoś inaczej ten warunek, bo policzył, że w ciągu roku bank powinien mu naliczyć 1943 zł, podczas gdy bank naliczył mu łącznie 143 zł.

      Już na pierwszy rzut oka widać, że klient nie ma racji w sporze merytorycznym, ale roszczenie oficjalnym kanałem reklamacyjnym zgłosił, więc należy mu się formalna odpowiedź. O ile kiedyś bank mógł takiego klienta po prostu zignorować (np. wychodząc z założenia, że na głupie pytania nie odpowiada, choć to może niegrzeczne), to od 2015 r. obowiązuje "Ustawa o rozpatrywaniu reklamacji przez podmioty rynku finansowego", która zobowiązuje firmy finansowe do udzielenia odpowiedzi na reklamację "bez zbędnej zwłoki, jednak nie później niż w terminie 30 dni od dnia otrzymania reklamacji". Ustawa dodaje, że "do zachowania terminu wystarczy wysłanie odpowiedzi przed jego upływem", czyli nie musi ona dotrzeć do konsumenta, a jedynie zostać do niego wysłana w ciągu 30 dni. I jeszcze: "W przypadku niedotrzymania terminu (...) reklamację uważa się za rozpatrzoną zgodnie z wolą klienta".

      Mój czytelnik, pan Krzysztof, wysłał reklamację 6 grudnia o godz. 11.02 drogą e-mailową. Czekał na odpowiedź, czekał, czekał, aż się doczekał. Nadeszła - również wysłana e-mailem - 5 stycznia po godz. 17.43. Oczywiście odmowna. Pan Andrzej zaczął szybko liczyć dni i doszedł do wniosku, że literalnie rzecz biorąc bank... nie zmieścił się w terminie.

      "Tak sobie liczę i wyszło mi, że 30 dni to 43.200 minut. Licząc od daty oraz godziny wysłania reklamacji wyszło mi, że odpowiedź powinieniem dostać do godz. 11:02 dnia 5 stycznia. A otrzymałem tego dnia o godz. 17:43. Dla mnie to przypadek, w którym - zgodnie z ustawą o rozpatrywaniu reklamacji - bank "pogrzebał" sprawę. Jeśli podmiot do którego jest skierowana skarga się spóźni lub w ogóle nie odpowie, reklamacja będzie uznana za rozpatrzoną po myśli klienta. W tym wypadku, wg mojego roszczenia, stawką jest 1800 zł"

      Klient zażądał od banku przelania 1800 zł (czyli tej części z 1943 zł, której bank - jego zdaniem - nie wypłacił) w ciągu kolejnych 30 dni. O ile mi wiadomo, bank nie zapłacił. Czy złamał prawo? A może to klient niesłusznie się pieni? Biorąc pod uwagę meritum sprawy jest dla mnie oczywistym, że klient pieni się niesłusznie, bo żadną miarą 4% w skali roku od kwoty nie przekraczającej 5000 zł nie może dać prawie 2000 zł. Ale czy od strony proceduralnej bank się nie zagapił i nie powinien zapłacić? Formalnie od wysłania reklamacji do nadejścia odpowiedzi minęło 30 dni i kilka godzin. Ale są przepisy, które narzucają nieco inną interpretację wydarzeń:

      "Termin na odpowiedź liczy się od następnego dnia po dniu, w którym nastąpiło pewne zdarzenie. Takim zdarzeniem przeważnie jest otrzymanie pisma z urzędu pocztą (decyzji, postanowienia, wezwania) lub ogłoszenie decyzji. Jeśli postanowienie w swojej sprawie otrzymałem w poniedziałek 10 listopada i mam siedmiodniowy termin na zażalenie, to termin zaczyna biec od wtorku, czyli ostatnim dniem terminu jest poniedziałek 17 listopada"

      - piszą dość zgodnie portale prawnicze. A więc - inaczej, niż chciałby klient - odpowiedź z banku została wysłana w 29-tym dniu procedury (bo dzień wysłania reklamacji, czyli 6 grudnia, się nie liczy). Poza tym - i to jest drugi punkt dla banku w tym sporze - "w przypadku, gdy jakiś termin oznaczony jest w dniach, wówczas kończy się z upływem ostatniego dnia". A więc nawet gdyby bank odpowiedział klientowi następnego dnia, czyli 6 stycznia, to i tak miałby czas do północy, zatem godz. 17.43 byłaby całkiem w porządku. Bank jest więc "w prawie" i to podwójnie. Nie bardzo natomiast rozumiem dlaczego jeszcze się z klientem drażnił, czekając z odpowiedzią do ostatniej chwili. Do bankowców mam prośbę: nie prowokujcie takich napięć, bo po pierwsze nie służy to dobrym relacjom z klientami, a po drugie może się zdarzyć, że kiedyś się jednak nie zmieścicie w terminie i będzie obciach.

      Na obciachu może się nie skończyć, bowiem - jak donosi mi mec. Mariusz Korpalski, który jest na pierwszej linii frontu walki sądowej konsumentów z instytucjami finansowymi - Rzecznik Finansowy zajął wreszcie jednoznaczne stanowisko w sprawie skutków prawnych spóźnionej odpowiedzi banku na reklamację klienta. Zdaniem Rzecznika są to skutki bardzo daleko idące. Rzecznik zastanawiał się czy jeżeli w reklamacji klient zaproponuje konkretne rozwiązanie, którego przyjęcie oznacza w istocie zawarcie nowej umowy (np. ugody), to spóźniona reakcja banku oznacza "mimowolne podpisanie" takiej umowy przez bank? Owocem tego zastanawiania się jest konkluzja, iż owszem - tak właśnie należy rozumieć opóźnienie terminu rozpatrzenia reklamacji przez bank.

      To stanowisko Rzecznika jest zgodne z wcześniejszym stanowiskiem Sądu Najwyższego sformułowanym przy okazji rozpatrywania uprawnień konsumenta w umowie sprzedaży (wyrok o sygnaturze IV CSK 75/12). I oznacza, że jeśli składacie jakąś reklamację, to zawsze możecie dodać dla kurażu daleko idącą propozycję rozwiązania sporu. Jeśli bank nie zdąży odpowiedzieć na reklamację, zaś sąd podzieli rozumowanie Rzecznika Finansowego, dostaniecie rekompensatę taką, że ho-ho! Pamiętacie słynną sprawę klienta banku, który postanowił zrobić dopiski do umowy kredytowej, z których to dopisków wynikało, że umowa de facto jest nieoprocentowana? Bank się zagapił i podpisał tak poprawioną umowę, a potem chciał ścigać klienta w sądzie. Ostatecznie rzecz zakończyła się ugodą, ale w obecnych warunkach prawnych tego typu manewry mogą się okazać - co by nie mówić - znacznie łatwiejsze do przeprowadzenia.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (21) Pokaż komentarze do wpisu „Bank czekał do ostatniej chwili z odpowiedzią na reklamację i... pomylił się? Stawką 1800 zł!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 27 lutego 2017 08:54

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


użytkowników on-line