Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

Wpisy

  • wtorek, 07 lutego 2017
    • Polska, kraj nienormalnych kredytów: "Alicja", franki... a teraz problem "Rodziny na Swoim"

      Komitet Stabilności Finansowej jest obecnie urobiony po pachy szukaniem rozwiązań dla problemu kredytów frankowych. Jedni chcą banki karać, inni nagradzać, jeszcze inni ładnie poprosić żeby przewalutowały frankowiczom kredyty po jakimś "ludzkim" kursie. Oczywiście byłoby najlepiej, gdyby ten kurs sam z siebie zrobił się "ludzki", co nie jest niemożliwe ;-). Ale po ewentualnym "uwolnieniu" frankowiczów - nawet jeśli ono w ogóle nastąpi - nasz problem z kredytami hipotecznymi się nie skończy. Nie skończy się, bo Polska jest krajem kredytów zmiennoprocentowych oraz klientów, którzy żyją chwilą, nie zastanawiających się co będzie, gdy ich rata znienacka pójdzie w górę. Jeśli inflacja się roznamiętni i WIBOR wzrośnie z 1,7% do np. 4,7% - a to zapewne kiedyś nastąpi - to raty zwykłych, złotowych kredytów hipotecznych zwiększą się przeciętnie o 350 zł, czyli o jedną czwartą. Zapewne wtedy też pojawią się pytania dlaczego banki nie zabezpieczyły klientów przed nadmierną wahliwością raty.

      W Polsce prawie nie ma kredytów hipotecznych o stałym oprocentowaniu - czyli najbezpieczniejszej odmiany długu hipotecznego - bo musiałyby być droższe, a więc słabiej dostępne. A wtedy nikt nie byłby zadowolony. Piszę, że "prawie" nie ma, bo od czasu jakiś bank od niechcenia liźnie ten temat, ale od razu się wycofuje. Nie ma też kredytów, które byłyby zabezpieczone wyłącznie hipoteką na mieszkaniu, a nie dochodami i całym majątkiem kredytobiorcy. Bo one też musiałyby być droższe. I wtedy też nikt nie byłby zadowolony. W przeszłości "produkowano" natomiast masowo nie tylko wyjątkowo wahliwe kredyty denominowane lub indeksowane do walut obcych, ale i wymyślano najróżniejsze toksyczne konstrukcje, jak słynny kredyt "Alicja" (polegający na sztucznym obniżaniu raty i dopisywaniu pozostałej części do kapitału, czyniąc z kredytobiorcy dożywotniego niewolnika), czy kredyt "Rodzina na Swoim", którego rata przez osiem lat jest niska, a potem następuje wielkie "bum". Albo wielkie "srrrrru", jak kto woli.

      Czytaj też: Zatrważające. W tych bankach dostaniesz kredyt, na który cię nie stać

      Czytaj też: Frankowicze pytają ile kosztowały dopłaty do kredytów złotowych. Policzyłem

      Kryzysik wynikający z "Rodziny na Swoim" chyba się wkrótce rozpocznie. Pamiętacie tę słynną dopłatę? Grupa jej beneficjentów nie jest to może tak liczna grupa, jak frankowicze (tych jest 550.000 plus rodziny), ale też spora (200.000 kredytów). Był to program wspierania budownictwa funkcjonujący w latach 2007-2013, poprzednik "Mieszkania dla Młodych". O ile jednak w dzisiejszym programie preferencja polega na jednorazowej refundacji części wkładu własnego klienta, to "Rodzina na Swoim" miała dużo bardziej ryzykowny mechanizm - dopłaty do rat. Każdy kredytobiorca, który załapał się do udziału w programie (trzeba było spełnić określone w ustawie wymogi) otrzymuje od Banku Gospodarstwa Krajowego refundację połowy raty odsetkowej, którą nalicza bank-kredytodawca. Jeśli więc spłacam 500 zł raty, z czego 100 zł stanowią odsetki, to z własnej kieszeni płacę 550 zł raty, zaś Bank Gospodarstwa Krajowego "dolewa" pozostałe 50 zł.

      Owa dopłata z BGK nie obowiązuje przez cały czas spłaty, lecz tylko przez osiem pierwszych lat. Niektórzy beneficjenci programu zderzyli się już więc z bolesną rzeczywistością i dużą podwyżką rat - w latach 2007-2008 udzielono łącznie 10.000 kredytów z dopłatami do odsetek. Ale największa fala umów, w których kończą się dopłaty, właśnie się zaczyna. W 2017 r. skończą się dopłaty do 31.000 kredytów udzielonych osiem lat wcześniej, w przyszłym roku - do 43.000 kredytów, zaś w latach 2019-2020 r. - łącznie do 96.000 kredytów. Każdy z tych kredytów czeka w najbliższych latach kilkusetzłotowy wzrost comiesięcznych rat. Owszem, kredytobiorcy powinni zawczasu oszacować swoje możliwości finansowe tak, jakby pieniędzy z BGK nie było. Ale przy zaciąganiu kredytu mało kto zastanawia się co będzie za osiem lat. Bierze się największy kredyt, na jaki cię w danej chwili stać. A dzięki dopłacie rządowej wielu stać było na więcej (ten sam mechanizm zresztą zadziałał przy kredytach frankowych).

      Czytaj też: Chcesz wyrwać się z mieszkania na kredyt we frankach? Droga przez mękę

      Czytaj też: Bajeczka o bankowcu i parasolu, czyli ubezpieczenie od... wysokiego LIBOR-u

      Ten, kto zadłużył się "pod korek", a w czasie ośmiu lat otrzymywania dopłat nie powiększył znacząco swojego wynagrodzenia i nie przeznaczył na poduszkę finansową choćby części pieniędzy zaoszczędzonych na dopłatach, może mieć problem. Wprawdzie od 2007 r. przeciętne wynagrodzenie w Polsce wzrosło z 2900 zł do 4200 zł brutto, a więc w stopniu dwa razy większym, niż wynosi wysokość dopłat do odsetek, ale wiadomo, że znacznie więcej osób jest poniżej przeciętnej, niż powyżej. Zapytałem bank ING, który był jednym z pożyczających w ramach "Rodziny na Swoim" o ewentualne okoliczności łagodzące, a więc o to czy rzeczywiście wzrost raty będzie dla niektórych kredytobiorców nie do uniesienia. ING radzi, by nie wpadać w panikę, gdyż...

      "Program Rodzina na Swoim polegał na tym, że klient uzyskiwał dopłatę 50% do płaconych odsetek w okresie ośmiu lat od uruchomienia kredytu. Z formalnego punktu widzenia po ośmiu latach klient będzie musiał płacić 100% odsetek. Należy mieć na uwadze jednak dwie rzeczy: 1) struktura formy spłaty jest mocno przesunięta w kierunku rat równych czyli na początku klient płaci więcej odsetek niż kapitału, a ta struktura zmienia się w czasie czyli po ośmiu latach jest już inna struktura kapitalowo-odsetkowa czyli klient płaci nieco większy kapitał niż na początku czyli nieco niższe odsetki; 2) od momentu udzielenia kredytu zmienił się poziom stóp procentowych co ma wpływ na poziom raty i strukturę płaconych kapitału i odsetek. Ale jest prawdą, że klient będzie musiał zapłacić 100% odsetek, a nie 50%, jak w okresie dopłat. 

      Frankowicze się pewnie oburzą, że porównuję ich do klientów "Rodziny na Swoim". Liczba kredytobiorców frankowych jest ponad dwa razy większa, ale z drugiej strony duża część z nich to osoby bardzo dobrze sytuowane (taki był profil kredytobiorcy frankowego w większości banków - choć były też banki, które właśnie najbiedniejszych klientów ubierały we franki), za to kredytobiorca z "Rodziny na Swoim" to raczej finansowy średniak łamane przez szarak.

      Czytaj też: Każdy kredyt hipoteczny to tykająca bomba zegarowa. Jak ją rozbroić?

      Czytaj też: Ile naprawdę warte jest twoje mieszkanie? Sprawdzisz w necie za 30 zł

      Czytaj też: Wow! Wymyślili kredyt hipoteczny tak elastyczny jak... debet plus chwilówka

      "Alicja", kredyty walutowe, "Rodzina na Swoim" - to są wszystko pomysły rodem z biednego kraju, którego obywateli nie stać jeszcze na "normalny" kredyt hipoteczny, o stałym oprocentowaniu przez cały czas spłaty rat (albo zmienianym tylko raz na 10 lat), z wysokim wkładem własnym (przynajmniej 30% wartości nieruchomości), zabezpieczony wyłącznie hipoteką na nieruchomości. Może przez te wszystkie dziwactwa pt. "teraz płać mniej, a potem się zobaczy" musieliśmy przejść, bo inaczej nie mieszkalibyśmy we własnych mieszkaniach finansowanych takimi dziwacznymi kredytami, tylko w czynszówkach wybudowanych przez, tfu, tfu, niemiecki kapitał. Ale może teraz, bogatsi o te wszystkie doświadczenia - i świadomi tego, że jeszcze przez 5-10 lat będą nam się odbijały czkawką - wreszcie byśmy pomyśleli o wprowadzeniu na rynek "normalnych" kredytów hipotecznych? Może nikt ich nie będzie kupował, bo wszyscy będą chcieli mieć takie, które "dzisiaj są tańsze", ale przynajmniej będziemy mieli czyste sumienie, że próbowaliśmy polizać normalności.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (14) Pokaż komentarze do wpisu „Polska, kraj nienormalnych kredytów: "Alicja", franki... a teraz problem "Rodziny na Swoim"”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 07 lutego 2017 09:11
  • niedziela, 05 lutego 2017
    • Jak spać spokojnie i wykręcać zyski trzy razy wyższe, niż na bankowej lokacie? Ja robię to tak

      dywidendalogo11W dzisiejszym tekście z cyklu "Dywidenda jak w banku" zwierzę się Wam z wyników mojego inwestowania pieniędzy w zeszłym roku. I na tym przykładzie pokażę, że różnorodność w lokowaniu oszczędności nie musi oznaczać wysokiego ryzyka. Jestem człowiekiem, który ryzykować bez sensu nie lubi i trzy razy się zastanowi zanim zabierze pieniądze z oazy bezpieczeństwa - czyli z banku. Jednak mimo tego konserwatyzmu część swoich oszczędności trzymam w innych miejscach, niż bank. Uważam, że to zwiększa szansę na osiągnięcie długoterminowego celu, którym w moim przypadku jest święty spokój ;-)) rozumiany jako możliwość robienia tylko tego, na co rzeczywiście mam ochotę.

      Wybierając wiele miejsc lokowania oszczędności wystawiam pieniądze na różne rodzaje ryzyka, nie tylko na jeden - co jest bezpieczniejsze, bo: a) wszystkie ryzyka naraz się nie zmaterializują, b) większość z nich nawzajem się znosi. Jeśli padnę ofiarą jednego z nich, to w innej części portfela z tego samego powodu zanotuję zyski. Uważam też, że dzięki alternatywnym formom lokowania mój cel zrealizuję z większym naddatkiem, bo większość pozabankowych sposobów lokowania oszczędności dawała w przeszłości długoterminowo wyższe dochody, niż pożyczanie pieniędzy bankowi

      Czytaj też: Dlaczego lokowanie pieniędzy tylko w banku jest dla mnie zbyt ryzykowne?

      CEL NUMER 1, CZYLI DEPOZYT RAZY TRZY. Nie mam szklanej kuli, więc nie wiem które z moich lokat kapitału przyniosą długoterminowo większy, a które mniejszy zysk. W banku teoretycznie zysk jest pewny, ale tylko pod warunkiem, że nie zje go (albo całego kapitału) inflacja lub dewaluacja (czyli spadek wartości krajowego pieniądza względem zagranicznych walut). Mogę mieć na koncie miliony, które nie będą nic warte. Wielokrotnie w naszej historii zdarzało się, że pieniądz okazywał się bezwartościowy. Dlatego nie trzymam pieniędzy tylko w banku, lecz w różnych miejscach (w jakich - napiszę dalej). Staram się tak dobrać te miejsca, by łącznie stanowiły miks o niskim ryzyku, zapewniający mi przez większość lat dochód znacznie większy, niż w banku. Wektory ryzyka są bowiem różnie skierowane - jeśli w jednym miejscu tracę, w innym zwykle zyskuję. 

      Nie mam pewności, że tak będzie zawsze, ale dopóki moja długoterminowa, średnia stopa zysku jest znacznie wyższa od bankowego depozytu - strategii nie zmieniam. Mój długoterminowy cel w inwestowaniu oszczędności wynosi trzykrotność tego, co dostałbym w banku. To wbrew pozorom ambitne zadanie, bo po pierwsze w ciągu ostatnich 10 lat średnie oprocentowanie depozytu rocznego w bankach wyniosło ok. 3%, a po drugie mój cel ma zostać osiągnięty przy zachowaniu bardzo niskiego ryzyka (jestem w stanie zaakceptować maksymalnie kilkuprocentową stratę w złym roku i nie zniosę bycia pod kreską dłużej, niż przez dwa lata z rzędu). Przez przygniatającą większość mojej 25-letniej historii lokowania oszczędności udaje mi się osiągać ów długoterminowy cel (choć np. w 2015 r. się to nie udało). Jaki mam na to patent? O tym w dalszej części tekstu. 

      ZAPISZCIE SIĘ NA NEWSLETTER "DYWIDENDY JAK W BANKU". Nie chcę żebyście przegapili kolejne teksty, w których ujawnię konkretne patenty na sensowne oszczędzanie poza bankiem. W ramach akcji będzie też publikował artykuły Longterm.pl oraz Stowarzyszenie Inwestorów Indywidualnych. Każdy z tych tekstów będzie z innej strony pokazywał lokowanie pieniędzy poza bankiem, poza Polską i poza najczęściej spotykanymi formami oszczędzania. Zapraszam do formularza zapisu na newsletter, który jest na stronie akcji "Dywidenda jak w banku"

      dywidenda222

      Przeczytajcie: Jak zbudować sobie stabilny portfel inwestycji: radzi Albert "Longterm" Rokicki

      CEL NUMER 2: ZARABIAĆ I NIE RYZYKOWAĆ. Przez większość lat mojej "walki o święty spokój" zyski mojego portfela przeróżnych lokat i inwestycji są między 6% a 8%. Zaawansowani inwestorzy giełdowi zapewne uśmiechają się teraz z politowaniem, bo oni rocznie są w stanie wykręcać kilkanaście i kilkadziesiąt procent rocznego zysku. Też kiedyś byłem takim spekulantem giełdowym, który zarabia i zamienia w pył fortuny (choć wtedy niestety nie było jeszcze foreksu, który pozwala czynić to jeszcze szybciej ;-)) i wiem, że wysoki zysk wiąże się zawsze z ryzykiem wysokiej straty. A ja te moje procenty staram się osiągać w sposób bardzo mocno ograniczający ryzyko strat. Musiałby się wydarzyć nie lada kataklizm, bym przy mojej strategii lokowania kapitału osiągnął mocno ujemny wynik. I jednocześnie niewiele trzeba, bym zarobił więcej, niż w banku. Jak to robię?

      PO PIERWSZE: DEPOZYTY BANKOWE, CZYLI 1,4%. Podstawą jest oczywiście pakiet inwestycji o stałym bądź możliwym do przewidzenia dochodzie. Wśród nich oczywiście muszą być z konieczności depozyty bankowe - zysk najniższy z możliwych, lecz gwarantowany. Rentowność miksu lokat, które w zeszłym roku posiadałem w bankach wyniosła 1,4% i zdaję sobie sprawę z tego, że niejeden "wyjadacz wisienek" wykręcił więcej. Przechodzenie z banku do banku, wyłapywanie promocji, zakładanie lokat "na nowe środki", zmienianie kont oszczędnościowych jak rękawiczki... Gdybym się bardziej postarał, to pewnie wykręciłbym 2%. Ale jest jak jest. Byłem leniwy i nie zmieniłem banku kilka razy. Byłem też gapa i nie zorientowałem się, że jeden z banków zrolował mi promocyjny depozyt z 2,2% na 0,7%. Ziarnko do ziarnka i te pół punktu procentowego ekstra odeszło w siną dal (a w zasadzie do bankowego rachunku zysków ;-)).

      depo13latopen

      PO DRUGIE: OBLIGACJE RZĄDU I FIRM, CZYLI 4,5%. Oprócz depozytów bankowych do w miarę "przewidywalnej" kategorii inwestycji zaliczam obligacje emitowane przez polski rząd oraz przez najbardziej wiarygodne firmy. To oczywiście nie jest już zysk bez ryzyka, bo każda firma może zbankrutować lub nie wypłacić odsetek od wyemitowanych przez siebie obligacji. Ale po pierwsze nie stawiam na jednego konia, a po drugie starannie dobieram obligacje, w które inwestuję. Mój portfel obligacji - w którym zawierają się też dziesięcioletnie obligacje emitowane przez polski rząd - w zeszłym roku przyniósł mi 4,5% zysku z wypłacanych odsetek. To rentowność charakterystyczna dla portfela obligacji firm o naprawdę niskim ryzyku upadłości (miałem kiedyś obligacje oprocentowane na 10% rocznie, ale to była rosyjska ruletka i ja akurat nie wygrałem ;-)). Mój cel dla portfela obligacji to dochód dwa razy wyższy, niż na depozycie w banku. Jak widać w zeszłym roku został ociągnięty. I to pomimo faktu, że średnią rentowność tej części portfela zaniżają obligacje rządowe, których oprocentowanie (jest liczone według wzoru inflacja plus 2,75%) jest znacznie niższe od procentów od obligacji korporacyjnych (od WIBOR plus 0,9% do WIBOR plus 4%) 

      PO TRZECIE: FUNDUSZE LOW-RISK, CZYLI 2%. Mam też portfel funduszy inwestycyjnych o niskim ryzyku. Są w nim fundusze inwestujące w światowe obligacje, fundusze rynku pieniężnego (będące ekwiwalentem depozytów bankowych) oraz fundusze tzw. absolutnej stopy zwrotu. A więc takie, które co prawda wystawiają część pieniędzy na rynek kapitałowy, ale ich celem jest przede wszystkim zabezpieczyć wypracowane zyski (jeśli coś zarobią, to natychmiast "uciekają w bezpieczeństwo"). To teoretycznie bezpieczniejszy miks, niż samodzielnie kupowane obligacje, bo fundusz inwestycyjny sam w sobie jest instrumentem rozpraszającym ryzyko. Nie jestem zbyt zadowolony z wyników funduszy o niskim ryzyku w zeszłym roku. W sumie były 2% na plusie (choć spodziewałem się 4-5% zarobku). "Zawalił" jeden z funduszy absolutnej stopy zwrotu i jeden z globalnych funduszy obligacyjnych. Ale najważniejsze, że nie były poniżej dochodów z depozytu bankowego. 

      PO CZWARTE: NIERUCHOMOŚCI, CZYLI 4,5%. Osobną kategorią lokat kapitału są nieruchomości. To oczywiście już jest "zabawa" nie dla każdego, lecz dla osób, które już zarządzają dość dużym kapitałem. Ale to się zmieni, bo w tym roku rząd chce wprowadzić do obrotu tzw. REIT-y, czyli możliwość uczestniczenia w wynajmie np. centrów handlowych (będzie można kupić "cegiełkę" udziałów w dochodach z wynajmu) Wbrew pozorom wynajem nie jest z definicji lokatą kapitału skazaną na krociowe zyski. W moim przypadku - po odliczeniu kosztów remontów, zdarzających się okresów "bezkrólewia" (nie korzystam z pośredników, więc bywają one dość długie), kosztów finansowania oraz kosztów wynikających z przyjmowania najemców o ponadprzeciętnie wysokiej "reputacji" (kosztem niższego przychodu) - wychodzi ok. 4,5-5% w skali roku (nie liczę tu zmian wartości samej nieruchomości - rentowność odnoszę wyłącznie do kosztów zakupu nieruchomości pomniejszonych o obciążenia). Oczywiście nieruchomość to też nie jest lokata kapitału bez ryzyka. W przypadku wojen, najazdu kosmitów, albo innych "przyjemności" tego typu nie odzyskamy pieniędzy ze zniszczonej nieruchomości, nawet jeśli ją ubezpieczyliśmy. Dlatego, w odróżnieniu od wielu inwestorów, nie trzymam w nieruchomościach większości aktywów - uważam, że niska płynność i niemożność przesunięcia w inne miejsce w kryzysowej sytuacji to duża 

      BUFOR, KTÓRY DAJE SWOBODĘ. To ciułanie procentów z inwestycji, które przynoszą przewidywalny dochód (różnią się co najwyżej płynnością oraz rodzajem ryzyka, na które są wystawione pieniądze) służy w moim przypadku wypracowaniu "premii", czyli poduszki bezpieczeństwa pozwalającej w miarę bezpiecznie lokować pozostałe pieniądze na rynku kapitałowym. Zakładam, że w długim terminie lokowanie na rynku kapitałowym przyniesie mi dochody wyższe, niż którakolwiek z inwestycji, o których pisałem powyżej. Ale w poszczególnych latach może być różnie. Nie lubię tracić pieniędzy, dlatego staram się "wykręcić" z inwestycji o przewidywalnym dochodzie nadwyżkę w porównaniu do "gołego" oprocentowania depozytów na tyle wysoką, by powetowała mi ewentualne straty na rynku kapitałowym. W zeszłym roku wszystkie pozabankowe lokaty kapitału o przewidywalnym dochodzie wypracowały mi "premie". Na szczęście ta "poduszka finansowa" tym razem w ogóle nie była mi potrzebna, bo na rynku kapitałowym też poszło mi dobrze (o czym piszę niżej). Ale nie zawsze tak bywało (o tym też za chwilę).

      partnerBPHTFITEN PROJEKT EDUKACYJNY WSPIERAJĄ FUNDUSZE INWESTYCYJNE BPH. Zaprosiliśmy je do współpracy, bo to pierwsza rodzina funduszy, która zaproponowała klientom fundusz nie tylko inwestujący w spółki dywidendowe, ale i wypłacający dywidendęWięcej o funduszu BPH Dywidendowy pisałem  jakiś czas temu w bloguZobaczcie też inne propozycje od funduszy BPH. Zwróciłbym Waszą uwagę na fundusz BPH Globalny: w ciągu pięciu ostatnich lat dawał stabilny zysk rzędu 8% w skali roku i ani razu nie zanotował poważniejszej wtopy (choć był to czas hossy w USA i Europie Zachodniej, więc miał łatwo). Dość ciekawą opcją może być też BPH Selektywny, będący funduszem absolutnej stopy zwrotu z wynikiem średnio 5,8% rocznie przez ostatnich 5 lat. Jak na fundusze tego typu to niezły wynik. 

      funds5y2017FUNDUSZE INWESTYCYJNE, CZYLI AMBICJE ROSNĄ. Lokowanie na rynku kapitałowym prowadzę przede wszystkim za pośrednictwem funduszy inwestycyjnych (choć mam też ETF-y i inne cudeńka, o których będę pisał przy innej okazji). Dzielę je na dwie kategorie: na inwestycje krajowe i zagraniczne. Te krajowe nie przekraczają 50% wszystkich inwestycji w akcje (zwykle jest to ok. 30-35%). Zagranicznych jest więcej, bo i świat jest większy, niż nasza Polska, dając więcej możliwości. Mam fundusze akcji środkowoeuropejskich, fundusze "tematyczne" (czyli lokujące na całym świecie, ale tylko w określone branże), fundusze globalne oraz takie, które inwestują tylko na światowych rynkach wschodzących. Mam też fundusze o bezpiecznym profilu, ale za to denominowane w euro lub w dolarach (dzięki temu uniezależniam się częściowo od od ryzyka "zniszczenia" wartości złotego, co byłoby niekorzystne dla wartości moich pieniędzy w banku. Tak jak wcześniej wspomniałem - uważam, że w terminie 20-30 lat inwestycje w akcje - głównie spółek dywidendowych - przyniosą mi o kilka punktów procentowych wyższy zysk, liczony w skali roku, niż obligacje, nieruchomości, czy fundusze niskiego ryzyka. Nie mówiąc już o depozytach bankowych.

      POLSKIE AKCJE - PLUS 14%. ZAGRANICZNE - PLUS 6%. W zeszłym roku znacznie więcej, niż na inwestycjach globalnych zarobiłem na funduszach inwestujących w akcje polskich spółek. Wydawało się, że w czasach "dobrej zmiany" nie da się w Polsce zarobić pieniędzy (byli tacy, którzy namawiali mnie do przerzucenia całości kapitału za granicę), ale ostatecznie wynik wyniósł plus 14%. Może to dlatego, że postawiłem - za radą innych mądrych ludzi - głównie na akcje średnich spółek. Na funduszach inwestujących za granicą miałem 6% zarobku, co jest wynikiem dość wstydliwym, biorąc pod uwagę hossę panującą w USA. Przyznam, że zbyt mało pieniędzy ulokowałem w spółki amerykańskie, a zbyt wiele w fundusze działające na rynkach wschodzących (m.in. w Azji). Ale w perspektywie wielu lat uważam, że moja strategia się opłaci. W taki sposób inwestuję pieniądze już od dobrych kilku lat i cały czas czekam na to, aż rynki wschodzące "odpalą". A że odpalą pokazuje ten wykres zachowania wszystkich rynków tego typu:

      EMERGING20LAT

      W zeszłym roku nie musiałem "użyć" bufora bezpieczeństwa. Do zysków przekraczających oprocentowanie lokat, które otrzymałem z relatywnie bezpiecznych inwestycji, doszły zyski z bardziej wahliwych inwestycji na rynku kapitałowym. Ale nie zawsze tak było. W 2015 r. w funduszach polskich akcji miałem 7% strat (to i tak był świetny wynik, biorąc pod uwagę kilkunastoprocentowe straty indeksów), zaś na inwestycjach w fundusze zagraniczne miałem 4% "w plecy" (było słabo w Azji, a w Europie i USA ledwo wyszedłem na zero). W tamtym roku część "poduszki finansowej" wypracowanej z inwestycji o przewidywalnym dochodzie "zjadły" straty z funduszy inwestycyjnych, ale... i tak cały portfel był na plusie i to wyraźnym.

      MOJE INWESTYCJE MAJĄ... SIĘ "SZACHOWAĆ". Moje inwestycje na rynku kapitałowym - m.in. w funduszach, w akcjach spółek dywidendowych, w ETF-ach, a także alternatywne (o nich będzie za chwilę) nie mają przynosić gigantycznych, najwyższych z możliwych zysków, bo to musiałoby się odbywać kosztem wysokiego ryzyka. One w dużej części wzajemnie mają się "pilnować", szachować. Jeśli rynki rozwijające słabo sobie radzą, to lepiej jest na tych rozwiniętych. Jeśli tracę pieniądze w polskich funduszach, to zwykle lepiej radzą sobie te zagraniczne (zwłaszcza denominowane w euro). Jeśli dobrze jest na polskim rynku - to w tyłek dostaną inwestycje denominowane w euro. Nigdy nie osiągnę takiego wyniku, jaki mają najlepsze fundusze "monotematyczne" (np. fundusze akcji amerykańskich w ciągu pięciu lat zarobiły 70%). Bo też nigdy nie jadę na jednym (ani nawet na dwóch) koniu. Nie będę pierwszy na mecie. Ale nigdy nie będę też ostatni.

      GOLDwig20LAT1ZŁOTO I INNE INWESTYCJE ALTERNATYWNE, CZYLI 10,5% Ostatnim elementem układanki są inwestycje alternatywne. To alkohole inwestycyjne, złoto i srebro, ewentulalnie inne metale szlachetne (zdarzyło mi się też mieć opcje na wieprzowinę lub kontrakty terminowe na ropę naftową, ale to egzotyka). Podstawowym elementem inwestycji w każdym dobrze zrobionym portfelu powinno być złoto - w monetach, sztabkach lub udziałach w funduszach inwestycyjnych (mogą kupować złoto w sztabkach, kontrakty terminowe bądź akcje kopalń złota). Teoretycznie inwestycje alternatywne powinny "działać" przeciwnie do rynków kapitałowych - jeśli zyskuję na akcjach, to  powinienem tracić na inwestycjach alternatywnych. I na odwrót. W praktyce różnie bywa. W zeszłym roku na inwestycjach alternatywnych "wykręciłem" 10,5% zysku (w górę ruszyło złoto oraz notowania wina na londyńskiej giełdzie). Wyjątkowo zdarzyło się tak, że zarobiłem i na funduszach i na inwestycjach alternatywnych, ale nie jest to zasadą. 

      JAK SIĘ ZA TO ZABRAĆ? To już koniec pogadanki o moich inwestycjach w zeszłym roku i nie tylko ;-)). Mam nadzieję, że choć trochę przekonałem Was do tego, że warto patrzeć na oszczędności szerzej, niż tylko przez pryzmat bankowego depozytu. Nawet nie chodzi o to, żeby mieć więcej zysku, niż te 2% w banku. Chodzi o to, że każdy procencik dodatkowego średniorocznego zysku w perspektywie kilkudziesięciu lat oznacza ogromne różnice w uzyskanym kapitale. Jeśli położę kwotę 50.000 zł na 2%-ową lokatę na 30 lat, to po tym czasie wyjmę 90.500 zł. Jeśli to będzie 4%-owa lokata, to wyjmę... 162.000 zł. A jeśli 6%-owa, to już... 290.000 zł. A to chyba jest różnica czy się ma 90.000 zł czy 290.000 zł, prawda? Zwłaszcza jeśli te 6% nie byłoby wynikiem hazardowego ryzyka, tylko bardzo bezpiecznej strategii lokowania oszczędności.

      Dlatego moim celem nie jest długoterminowy zysk na poziomie oprocentowania bankowego depozytu, tylko jego trzykrotności. Oczywiście: najpierw trzeba te 50.000 zł mieć. Ale już jedna czwarta Polaków jest w stanie odkładać dość sensowne pieniądze na bliższą lub dalszą przyszłość. Rzecz w tym, żeby - jeśli już mamy podstawową poduszkę finansową złożoną z 6-12 krotności miesięcznych zarobków - zacząć budować finansową niezależność i zamożność nie tylko w banku. Inwestowanie pieniędzy - w szczególności w akcje dużych, prywatnych spółek, corocznie wypłacających dywidendę - nie jest żadną wiedzą tajemną. W jaki sposób krok po kroku się za to zabrać, opowiem w kolejnych tekstach z cyklu "Dywidenda jak w banku". Nikt nie musi mieć od razu takiego portfela inwestycji jak ja - budowałem go przez ćwierć wieku. Ale cierpliwie, krok po kroku...

      Najważniejsze jest zrozumienie, że akcje spółek to nie jest nic strasznego. Że to "cegiełki" własności firm, które coś produkują, zatrudniają ludzi, osiągają zyski i dzielą się nimi z właścicielami (czyli posiadaczami tych "cegiełek"). Owszem, wartość rynkowa akcji zmienia się - czasem bardzo gwałtownie - ale w długim terminie dobrze zarządzana firma raczej zyskuje na wartości, niż bankrutuje. CCC, LPP, CD Projekt, Wawel, Dębica, Żywiec... to przykłady firm, które przez ostatnich kilkanaście lat przyniosły swoim akcjonariuszom krociowe zyski. Mając udziały w spółce giełdowej - czy to bezpośrednio, czy przez fundusz inwestycyjny - ponoszę ryzyko, że ona zbankrutuje, ale z drugiej strony, jeśli jednak nie zbankrutuje, mam pewność, że moje akcje nigdy padną ofiarą inflacji, ani dewaluacji. Kawałek majątku dobrze zarządzanej firmy łatwiej utrzymuje realną wartość, niż zapis w bankowym systemie informatycznym, że mam tyle a tyle pieniędzy na depozycie w takim a takim banku. Nie mówiąc już o zapisach w ZUS-owskim systemie a propos mojej emerytury ;-)).

      A fundusz inwestycyjny lub ETF? To też nie jest żadne czary-mary. To pośrednik, który w zamian za kilka procent prowizji rocznie zwalnia mnie z obowiązku wybierania najbardziej perspektywicznych spółek i selekcjonuje je sam (lub - jeśli to ETF - inwestuje we wszystkie jak leci). Czy to zawsze jest gwarancja sukcesu? Jasne, że nie! Wiadomo: są fundusze lepsze i gorsze. Są zarządzający-nieudacznicy i są geniusze (choć ja wolę solidnych rzemieślników). Dlatego nie "strzelam" na oślep i nie idę do pierwszego lepszego funduszu. Selekcja zajmuje mi jednak niewiele czasu: godzinę, może dwie. Jeśli straciliście kiedyś dużo pieniędzy w funduszach (znam osobiście ludzi, którzy w ciągu kilku lat stracili połowę kapitału), to znaczy, że źle się za to zabraliście albo ktoś Was źle pokierował. Że postawiliście wszystko na jedną kartę. Ja inwestuję w funduszach od 20 lat i ani razu nie zbankrutowałem. Dzielę pieniądze pomiędzy różne rodzaje funduszy, różne rodziny, różne rejony świata i różne waluty inwestycji, dzięki czemu ograniczam ryzyko. Więcej o moich funduszach inwestycyjnych - w kolejnym odcinku. 

      Przeczytajcie poprzednie moje teksty z cyklu "Dywidenda jak w banku":

      >>> 13 kwietnia: "W poszukiwaniu dywidendy pewnej jak w banku, czyli wielka koalicja rusza do akcji" - o tym dlaczego lokuję swoje pieniądze nie tylko w banku i dlaczego biorę udział w największej edukacyjnej akcji blogerów, jaką kiedykolwiek widział nasz kraj. 

      >>> 16 kwietnia: "Buty, ciuchy, cukierki. Kto dobrze przewidział, z 10.000 zł wycisnął... milion" - o spółkach-ikonach warszawskiej giełdy, na których każdy, kto uwierzył w ich pomysł na zarabianie pieniędzy, mógł zostać bardzo zamożnym człowiekiem. Takie okazje na rynku kapitałowym są zawsze, także teraz. 

      >>> 21 kwietnia: "Na jak długo trzeba kupić akcje, żeby mieć (prawie) pewność, że się zarobi?" - o tym, że inwestowanie pieniędzy wcale nie musi być bardzo ryzykowne, gdyż statystyki z ostatnich 100 lat pokazują, że w długim terminie ryzyko utraty zainwestowanego w akcje kapitału jest niewielkie. A przynajmniej tak było do tej pory

      >>> 11 maja: "Oprocentowanie lokat sięga dna. Wyższe zyski tylko dla pięknych i bogatych?" - o tym jakie warunki trzeba spełnić, żeby wychylić nos z banku i zacząć lokować oszczędności w spółki wypłacające regularnie dywidendy.Oprócz tego polecam wpisy nawiązujące do akcji:

      >>>  25 maja. "Oszczędności ulokowane w tym banku przez ostatnich pięć lat dawały po 5% rocznie. Jak?" - o tym dlaczego swoją przygodę z inwestowaniem warto zacząć od kupna udziałów w spółkach wypłacających z roku na rok dywidendę? o ile kapitał, za który kupiliśmy akcje, potraktujemy jak długoterminowy depozyt. 

      >>> 17 czerwca: "Jak dostać money-back z urzędu skarbowego? 875 zł do wzięcia i tylko pół roku, by o to zadbać!" - o tym, że z dywidend można zmontować sobie nie tylko plan systematycznego oszczędzania, ale wręcz... dodatkową emeryturę. I jeszcze zanim na tę emeryturkę przejdziemy - dostawać co roku kasę z urzędu skarbowego. W tym roku do wyjęcia co najmniej 875 zł.

      >>> 8 lipca: "Bogowie odcinania kuponów. Dla nich ceny akcji mogłyby spaść nawet do zera"- o tym jak duże znaczenie może mieć systematycznie wypłacana dywidenda dla wyników długoterminowego inwestowania w akcje. I kilkanaście przykładów spółek, które do tej pory świetnie się sprawdzały jako "obiekt" takiego stylu inwestowania.

      >>> 19 lipca: "Odcinanie kuponów dla zabieganych? Są już fundusze, w których kupony... odcinają się same". O tym jakie fundusze akcji dywidendowych są dostępne na polskim rynku i czym się od siebie różnią

      >>> 28 lipca: "Rzecz o pieszczeniu portfela, czyli jak inwestuję swoje oszczędności. I jak je namnażam". O tym jak sam zabrałem się za lokowanie oszczędności, w co wkładam swoje prywatne pieniądzę i jak ogarniam strach przed ryzykiem.

      >>> 1 grudnia: "Idą wielkie zmiany dla naszych oszczędności! Jak się na nie przygotować?". O tym jak przygotować oszczędności na czasy niskich stóp procentowych i rosnącej inflacji, spowodowanej dużymi wydatkami socjalnymi państwa.

      >>> 16 grudnia: "Jeszcze tylko dwa tygodnie, by zasłużyć na duży prezent. 875 zł do wzięcia". O tym jak ulokować pieniądze na IKZE i rzutem na taśmę załapać się na pieniądze z Urzędu Skarbowego

      Zapraszam do obejrzenia wideoklipów, które już powstały w ramach naszej akcji. Wkrótce zobaczycie kolejne!:

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (13) Pokaż komentarze do wpisu „Jak spać spokojnie i wykręcać zyski trzy razy wyższe, niż na bankowej lokacie? Ja robię to tak”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      niedziela, 05 lutego 2017 09:42
  • piątek, 03 lutego 2017
    • Atak hakerów na polskie banki? Zaczęło się od... internetowej strony KNF. Czy jest się czego bać?

      Serwis zaufanatrzeciastrona.pl, specjalizujący się w tematyce cyberbezpieczeństwa, podniósł dziś ciśnienie posiadaczom depozytów w bankach, a na pewno samym bankowcom :-)). Poinformował bowiem, że na serwery co najmniej kilku banków przesączyło się złośliwe oprogramowanie, które mogło "wyłudzić" i przekazać złoczyńcom jakieś dane. Nie wiadomo jakie konkretnie i czy również takie, które dotyczyłyby klientów banków (osobowe, adresowe, finansowe). Raczej nie chodzi o dane, które umożliwiłyby wypływ pieniędzy z naszych kont. Co ciekawe, "bramą" do włamań na bankowe serwery miała być... strona internetowa Komisji Nadzoru Finansowego, czyli "firmy", która nadzoruje standardy bezpieczeństwa w całej branży bankowej. Urząd KNF już zresztą potwierdził moim kolegom z Cashless.pl, że "zidentyfikowana została próba ingerencji z zewnątrz w system informatyczny obsługujący stronę internetową". A sama strona została wyłączona (ponoć na prośbę policyjnych ekspertów od cyberprzestępczości).

      Czytaj też: Bank pomoże klientom walczyć z cyberprzestępcami. Zainstaluje im...

      Czytaj też: Wchodzisz do banku przez smartfona, a tam... bywa niebezpiecznie

      Czytaj też: Internetowy szantażysta wykradł dane klientów banku. Precedens? 

      JAK ZADZIAŁALI HAKERZY? Rozejrzałem się w sytuacji i... coś jest na rzeczy. Z tego, co nieoficjalnie mówią mi znajomi będący blisko całej "afery" wynika, iż rzeczywiście na stronie internetowej KNF ktoś zagnieździł wirusa. Teoretycznie mógł na niego trafić każdy, kto wchodził na stronę KNF (nie tylko bankowcy), ale wirus był umieszczony nie na stronie głównej, lecz w sekcji, którą interesują się głównie pracownicy banków. Każdy, kto przeklikał się po tej sekcji był "częstowany" złośliwym oprogramowaniem (być może umieszczonym na jakiejś fałszywej podstronie, "udającej" część serwisu KNF, ale niekoniecznie). To oprogramowanie o charakterze szpiegowskim miało za zadanie wysyłać dane - nie wiadomo jakie - do wskazanych komputerów, prawdopodobnie związanych z organizatorami "akcji". I oczywiście rozprzestrzeniać się w sieci bankowych komputerów, by dotrzeć jak najbliżej miejsc, w których gromadzone są wrażliwe dane o pieniądzach lub klientach. Oprogramowanie ponoć zostało "uszyte" specjalnie pod potrzeby polskich użytkowników, a więc raczej na nasi rodzimi hakerzy za tym stoją (choć nie wiadomo czy stoją :-) hobbistycznie, czy jako czyiś najemnicy).

      JAKI ZASIĘG MIAŁA AKCJA? Taki atak nazywa się w języku informatyków "watering hole" i trochę przypomina phishing, którego ofiarą padamy przez własną nieostrożność. O ile jednak w przypadku phishingu złodzieje sami wysyłają nam fałszywe linki do stron udających serwisy bankowe, żeby wyłudzić dane do logowania (albo infekują nas wirusami śledzącymi to, co wpisujemy na klawiaturze, żeby trafić na loginy i hasła), o tyle w tym przypadku po prostu umieścili wirusa na stronie KNF i liczyli, że informatycy urzędu go nie zauważą. Pracownicy banków nieświadomie - przy okazji zwykłego klikania na stronie KNF - sobie to-to ściągali. Niektórzy z moich informatorów mówią, że w sumie w ten sposób wirus przedostał się na komputery służbowe pracowników czterech banków. Inni mówią, że ów malware był "widziany" w większości banków (być może w większości z nich został wykryty i unieszkodliwiony "na wejściu"). Być może informacja o czterech narażonych bankach dotyczy właśnie tego, że tam zauważono jakąś aktywność wirusa). Podobno w czwartek wieczorem w Związku Banków Polskich spotkali się spece od bezpieczeństwa kilku banków i ustalali plan działania.

      CZY NASZE DANE I PIENIĄDZE SĄ BEZPIECZNE? Pieniądze raczej na pewno tak, bo to wirus o charakterze szpiegowskim, nastawiony na wykradanie danych. Do prób wykradania z banków pieniędzy używa się innego rodzaju szkodliwego oprogramowania i raczej pomagają w tym przekupieni pracownicy banków, współpracujący przy forsowaniu zapór bezpieczeństwa. A jeśli oni nie chcą współpracować, to przygotowuje się wirusy "uszyte pod klientów" banków. Nawet gdyby tym razem było inaczej i ktoś chciał ukraść nam pieniądze z bankowych serwerów, to i tak bank je zrefunduje. Związek Banków Polskich oficjalnie zapewnił, że pieniądze klientów banków są bezpieczne. Co do danych o naszych nazwiskach, adresach, transakcjach i saldach to nie ma absolutnej pewności, że nic istotnego nie wypłynęło ("straty" są dopiero szacowane, a systemy informatyczne banków przeszukiwane w poszukiwaniu badziewia), ale pracownicy firm pomagających bankom w utrzymywaniu bezpieczeństwa mówią, że trzeba by ogromnego zbiegu niekorzystnych okoliczności, by tego typu wirus wykradł jakieś istotne dane.

      Dlaczego? Zainfekowany użytkownik musiałby się bowiem zalogować do bazy danych zawierających wrażliwe dane i "przekazać" jej wirusa bądź wywołać transfer danych na komputer złodzieja. Zdaniem moich rozmówców bardzo dużo rzeczy musiałoby pójść nie tak, żeby coś takiego się wydarzyło. Po pierwsze wśród pracowników, którzy "poczęstowali się" wirusem umieszczonym na stronie kNF musieliby być tacy, którzy rzeczywiście mają dostęp do baz danych z wrażliwymi informacjami (a takich osób w bankach w praktyce jest niewiele). Po drugie komputer takiego pracownika musiałby być słabo zabezpieczony (już typowa antywirusowa ochrona przeglądarki powinna wyhaczyć jakieś dziwne skrypty, które powodują wzmożony wypływ danych "w świat", a są też inne zabezpieczenia tzw. stacji końcowych w bankach). Po trzecie same serwery bankowe też z reguły mają porządne zabezpieczenia i trudno sobie wyobrazić, by nie pojawiły się alerty bezpieczeństwa wraz z kopiowaniem danych).

      Czytaj też: Wielki wypływ danych z bazy PESEL. Czy jest się czego bać?

      INFORMATYCZNA KOMPROMITACJA KNF? Wygląda więc na to, że my, klienci, nie mamy powodów do wielkich obaw. Oczywiście to wszystko są pierwsze, nieoficjalne informacje, obarczone ryzykiem pomyłki. Nie wiadomo jak bardzo "złośliwe" oprogramowanie pojawiło się na komputerach pracowników banków, ale między posiadaniem wirusa, który coś-tam przekazuje złodziejom (np. to, co wpisujemy na klawiaturze), a kopiowaniem zawartości baz danych o klientach i ich pieniądzach jest spora różnica. Nie mówiąc już o "kopiowaniu" samych pieniędzy klientów. To była raczej próba szpiegowskiej akcji na zasadzie: "wstrzykniemy badziewie tam gdzie przychodzą bankowcy, zobaczymy kto się złapie i co z tego wyjdzie". Jeśli banki mają dobrze skrojone zasady zabezpieczenia i monitorowania dostępu do ważnych danych - powinno wyjść niewiele. Najgorsze jest to, że źródłem wirusa jest Komisja Nadzoru Finansowego. Z opublikowanych przez serwis zaufanatrzeciastrona.pl logów wynika, że skrypt wstrzyknięty przez hakerów na witrynę KNF siedział tam od października 2016 r. Jak to możliwe, że nie zadziałały zabezpieczenia monitorujące integralność strony? Czy strona KNF była hostowana w zewnętrznej firmie, w której standardy bezpieczeństwa nie były tak wysokie, jakie być powinny? W miarę dopływu informacji będę aktualizował ten tekst.

      PRZYPOMINAM ZASADY BEZPIECZEŃSTWA. Oto dekalog działań, które są po mojej stronie i na które - niezależnie od tego jak bank pilnuje i unowocześnia swoje systemy informatyczne - mam wpływ. Hasło do konta staram się co jakiś czas zmieniać (niektóre banki, w których mam konto, taką zmianę same rekomendują) i jest to zawsze nieoczywiste, dość trudne do "obczajenia" hasło, różne od tego, którego używam do zakupów w Allegro, logowania się do chmur i innych rzeczy w internecie, np. otwierania e-poczty. Jest oczywiste, że zainwestowałem w program antywirusowy i nigdy nie wchodzę do banku z nie swojego komputera. Nie wiem jak jest zabezpieczony i czy ktoś nie zainstalował na nim key-loggera, czyli wirusa do czytania haseł. Telefon komórkowy, na który przychodzą hasła SMS, jest w miarę sterylny, a więc nie ma tam miliona aplikacji i gier, które mogłyby żądać co chwilę jakiejś aktualizacji. Trzy razy zastanowię się, zanim zatwierdzę w telefonie jakąkolwiek aktualizację.

      W tych bankach, w których jest to możliwe, mam wykupioną usługę SMS-ów potwierdzających każdą transakcję (mogę szybko zareagować gdyby coś działo się na koncie). Nie wyrzucam też bez czytania e-wyciągów z konta, zawsze przeglądam je w poszukiwaniu podejrzanych transakcji. No i zawsze czytam uważnie SMS-y autoryzacyjne, potwierdzając zgodność kwot i numerów kont, a więc upewniając się czy zatwierdzam właściwą transakcję. Aha, no i wykupiłem usługę informacyjną o tym czy ktoś składa w jakimkolwiek banku lub dużej firmie pożyczkowej zapytanie kredytowe na mój temat. Również po to, bym mógł szybko zareagować, gdybym stał się ofiarą kradzieży tożsamości. A na koniec mam dla Was krótki wideofelieton o tym jak powinno wyglądać naprawdę bezpieczne zatwierdzanie transakcji płatniczych w banku.

      Czytaj też: Złodzieje będą mieli trudniej - oto nowy sposób autoryzowania przelewów

      Czytaj też: Przełom w sprawie kradzieży pieniędzy z naszych kont? Ależ wyrok!

      Czytaj też: Oto pięć przykazaź speca od bezpieczeństwa. Wykuć na blaszkę!

      UOKIK PRZECZYTAŁ BLOG I... ZAPŁACĄ 40 MLN ZŁ! Pamiętacie moje oburzenie ściemą reklam o "LTE bez limitu"? W UOKiK to przeczytali, też im kapcie spadły i właśnie nałożyli na Plusa 40 mln zł kary. Są surowsi, niż ja ). Tutaj więcej o karze dla Cyfrowego Polsatu i Plusa oraz o surowym obliczu prezesa UOKiK. Coś mi mówi, że za pewien czas kary będą też za telekomunikacyjne stręczycielstwo.

      O LOKOWANIU OSZCZĘDNOŚCI W AKCJI "DYWIDENDA JAK W BANKU". Od wiosny 2016 r. w blogu trwa akcja "Dywidenda jak w banku", w której zdradzam sposoby na w miarę bezpieczne lokowanie oszczędności inaczej, niż tylko na depozycie bankowym. Zapisując się na newsletter akcji nie przegapicie żadnego z kolejnych tekstów, klipów wideo, webinarów, ani konkursów. W akcji bierze też udział Longterm.pl, najstarszy bloger zajmujący się inwestowaniem długoterminowym - Giełda Papierów Wartościowych oraz Stowarzyszenie Inwestorów Indywidualnych. Obejrzyjcie też jak - wspólnie z Longtermem - mierzyliśmy się z lękami związanymi z lokowaniem oszczędności, zwiedzaliśmy kasyno, udaliśmy się na ryby. Zabawne i pouczające.

      ZOBACZ MOJE PROGRAMY WIDEO! Zapraszam do obejrzenia pierwszego sezonu tygodnika wideo "KASOWNIK SAMCIKA". Jest tam o sprytnych sposobach na oszczędzanie, o studiowaniu, pracowaniu, zaciąganiu kredytu hipotecznego, o zakupach, kontach bankowych, ubezpieczeniach, lokatach, podatkach... Poza poradami w każdym wydaniu czerstwy żart prowadzącego :-)), ciekawostka o pieniądzach oraz finansowy trik Samcika. Zapraszam do obejrzenia wszystkich zeszłorocznych odcinków. Wkrótce kolejna seria! Subskrybuj kanał YouTube "Subiektywnie o finansach"!

      Zapraszam też do obejrzenia spektakularnego cyklu wideo "OD OSZCZĘDZANIA DO INWESTOWANIA". W ośmiu odcinkach realizowanych przy "wsparciu" wszystkich możliwych żywiołów opowiadam o tym, jak małymi krokami zabrać się do oszczędzania pieniędzy i co można zrobić, żeby namnażały się szybciej.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „Atak hakerów na polskie banki? Zaczęło się od... internetowej strony KNF. Czy jest się czego bać?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 03 lutego 2017 14:02
    • Oto najsolidniejsze marki świata. Warte tyle, co... ćwierć Polski ;-). Ich zmiany niosą nam kłopoty

      Każde dziecko wie, że solidna marka to dobro nieocenione. Nad jej wartością pracuje się latami, a stracić wszystko można w jedną chwilę. Dzięki solidnej reputacji marki jej właściciel może brać za swoje usługi - lub produkty - znacznie więcej pieniędzy, niż konkurenci, nawet jeśli różnica w jakości dostarczanej klientowi jest niewielka. Są firmy, w których najcenniejszym aktywem jest właśnie marka, brand, znak firmowy, logo. Całą resztę można kupić albo outsourcować. Widać to świetnie choćby w świecie finansów, gdzie produkty są w zasadzie takie same, a różnią się głównie "opakowaniem". Cytowałem kiedyś w blogu badania wiarygodności banków, z których wyszło, że duża część klientów nie wyobraża sobie lokowania pieniędzy gdzieś indziej, niż w PKO BP, choć przecież w innych bankach oprocentowanie jest wyższe, a gwarancje państwowe dla depozytów - identyczne. To właśnie dzięki reputacji marki PKO BP może mieć koszt pozyskiwania pieniądza od klientów na poziomie 0,7%, a inne banki muszą płacić dwa razy więcej.

      Nieprzypadkowo wspomniałem o największym polskim banku: kilka dni temu dziennik "Rzeczpospolita" ogłosił wyniki rankingu najcenniejszych polskich marek i PKO BP był w nim na trzecim miejscu, utrzymując miano najcenniejszego brandu finansowego - "skarbonka" została wyceniona na 3,2 mld zł (mniej więcej tyle, ile wynosi roczny zysk banku ;-)). Na drugim miejscu znalazła się Biedronka (3,8 mld zł), zaś na pierwszym - Orlen (3,9 mld zł). Wartość marki wynika po części z sieci dystrybucji i udziałów rynkowych, ale nie tylko. Idąc do PKO BP mamy irracjonalne poczucie większego bezpieczeństwa pieniędzy, niż w banku w Pcimiu, tankując na Orlenie wydaje nam się, że to paliwo będzie wyższej jakości, niż na stacji no-name, a wybierając Biedronkę spośród innych "owadów" wierzymy, że kupimy tam tańsze i świeższe towary. Dzięki temu - między innymi - firmy te zarabiają większe miliardy, niż konkurenci oferujący zbliżoną jakość i może nawet lepsze ceny.

      Żadna polska marka nie zmieściła się jednak w rankingu 500 najbardziej wartościowych marek globalnych, który przygotowuje od ponad 10 lat londyński Brand Finance. Spojrzałem z ciekawości na najnowsze, opublikowane właśnie, cyferki i muszę przyznać, że dzieją się tam rzeczy wielkie. Najcenniejszą marką świata przestało być już nadgryzione jabłko Apple'a, zaś jego miejsce zajął Google. Ten brand wyceniono na 109,5 mld dol., czyli równowartość 440 mld zł. Innymi słowy: na jedną czwartą PKB Polski (czyli wartości rynkowej wszystkich wytworzonych przez nas przez cały rok towarów i usług) oraz na więcej, niż roczne wydatki budżetu państwa (niecałe 400 mld zł). Powyżej 100 mld dol. warte są jeszcze znaki firmowe wspomnianego już Apple'a i Amazon.com. W pierwszej dziesiątce są dwa telekomy, dwaj producenci sprzętu mobilnego, cztery firmy internetowe i tylko dwie firmy ze "starej" gospodarki - chiński bank ICBC oraz sieć marketów Walmart.

      all2017

      W top ten naliczyłem też tylko dwie marki spoza USA - to koreański Samsung oraz ICBC właśnie. Ten ranking, jakkolwiek subiektywny - bo jednak wartość marki nie zawsze pokrywa się z wartością rynkową firmy - pokazuje małość Starego Kontynentu, przynajmniej w sensie tworzenia marek budzących respekt i uwielbienie na całym świecie. Pierwsze marki europejskie pojawiają się dopiero pod koniec drugiej dziesiątki - to niemieckie BMW (wartość 37,1 mld dol.), Deutsche Telekom (36,4 mld dol.) i brytyjski Shell (36,7 mld dol.). To trzy jak najbardziej tradycyjne firmy, ze "starej" gospodarki. Jeszcze 10 lat temu w dziesiątce najcenniejszych marek świata Europa miała HSBC i Nokię, a tuż za dziesiątką mieściły się Vodafone i L'Oreal. Coś musi być nie tak z konkurencyjnością Europy, skoro zjada nas Ameryka i Azja. Zwłaszcza ta druga. Dziesięć lat temu w pierwszej dwudziestce najcenniejszych marek nie było żadnej chińskiej i tylko jedna azjatycka (Toyota). A dziś? Trzy koncerny z Chin (ICBC, China Mobile, China Construction Bank), dwa z Japonii (Toyota, NTT) i koreański Samsung.

      Przebiegłem po najcenniejszych markach z poszczególnych branż. Czołowe pozycje mogą być ważne dla tych z Was, którzy lubią zadawać szyku i pokazywać się wyłącznie w towarzystwie najbardziej cenionych marek ;-). Powinniście więc zajechać do pracy Toyotą (ponad 46 mld dol. wartości trademark) lub BMW, w ostateczności Mercedesem (wartości marki 35,5 mld dol.). W ręku raczej Coca-cola, niż Pepsi (32 mld dol. vs 18 mld). W ręku iPhone (w ostateczności Samsung, cała reszta odpada w przedbiegach). W barku Budweiser (jest nawet cenniejszą marką, niż Heineken) i Johnnie Walker (najcenniejsza marka alko). Jeśli kosmetyki to tylko Johnson's i L'Oreal, w ostateczności Nivea. Zakupy mimo wszystko w Tesco (wygrywa z Carrefeourem i Lidlem). Na nogach raczej Nike, niż Adidas, nie mówiąc już o innych markach. Torebka od Louis Vuitton, cała reszta ostatecznie może być z H&M. Może nie będzie zbyt ekskluzywnie, ale za to marka najsilniejsza ;-)). Polisa na życie najpewniej od Allianza. Podczas weekendowego zwiedzania mieszkamy w Hiltonie (od biedy może być Marriott, gorzej z Hyattem lub Sheratonem ;-)). W telewizji oglądamy tylko Disneya (broń Boże Warner Bros!) i dziennik Fox News (marka BBC schodzi na psy). W lekach najszybciej efekt placebo pojawia się przy produktach Roche (ewentualnie Pfizer). Na kanapkę oczywiście tylko do McDonald's, a po meble - do... Ikei.

      Na koniec przyjrzę się jeszcze mojej ukochanej branży bankowej. W setce najcenniejszych światowych marek jest dziś 14 banków mniej więcej tyle samo, ile było 10 lat temu. Ale jest zmiana jakościowa. Przed dekadą najbardziej wartościową marką bankową był zarejestrowany w Wielkiej Brytanii (choć faktycznie pochodzący z Hong-Kongu) bank HSBC, zaś w setce mieściło się jeszcze siedem banków europejskich: Santander i BBVA z Hiszpanii, Credit Suisse i UBS ze Szwajcarii, BNP Paribas, Barclays i Deutsche Bank. Dziś ostały się ledwie trzy - HSBC ze zdewaluowaną prawie o połowę wartością marki, Santander i BNP Paribas. Siłę brandów trzech europejskich bankowych potęg razem wziętych podliczono na kwotę mniejszą, niż wycena logotypu chińskiego lidera ICBC (prawie 48 mld dol.). Choć akurat w siłę marek chińskich banków za bardzo nie wierzę (zobaczymy co z nią będzie jak trzeba będzie urealnić ryzyko w "książkach").

      UOKIK PRZECZYTAŁ BLOG I... ZAPŁACĄ 40 MLN ZŁ! Pamiętacie moje oburzenie ściemą reklam o "LTE bez limitu"? W UOKiK to przeczytali, też im kapcie spadły i właśnie nałożyli na Plusa 40 mln zł kary. Są surowsi, niż ja ). Tutaj więcej o karze dla Cyfrowego Polsatu i Plusa oraz o surowym obliczu prezesa UOKiK. Coś mi mówi, że za pewien czas kary będą też za telekomunikacyjne stręczycielstwo.

      "SPRAWA...", CZYLI OD ZERA DO MILIONERA I Z POWROTEM. Miałem ostatnio przyjemność znów gościć w programie "Sprawa dla reportera". Tym razem p. red. Elżbieta Jaworowicz zaprosiła mnie do skomentowania sprawy dużego producenta konserw rybnych i jego żony. Sprzedali firmę za grube miliony, mąż zniknął z kasą, a żona została z długami i ze skarbówką na karku. Zapraszam do obejrzenia ;-)

      sprawawittbrodt3sprawawittbrod1

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „Oto najsolidniejsze marki świata. Warte tyle, co... ćwierć Polski ;-). Ich zmiany niosą nam kłopoty”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 03 lutego 2017 08:47
  • czwartek, 02 lutego 2017
    • Budowali piramidę z polis, a potem club dla biznesu. Ich los wypełnił się jak... ich matryca ;-)

      Pamiętacie jak kilka lat temu recenzowałem matrycę konsumencką Paytrade i podejrzewałem, że to może być piramida finansowa? Granica między zwykłym pomysłem na sprzedaż bezpośrednią (czyli sytuacją, w której zadowolony konsument poleca dany produkt innemu, a nawet staje się jego sprzedawcą), a piramidą finansową (gdzie zarobek jest niemożliwy bez napływu nowych uczestników, bo wynika głównie z wpłacanych przez nich składek) jest cienka. W przypadku Paytrade przedmiotem handlu były polisy inwestycyjne. Kupowało się polisę i namawiało do tego samego znajomych, a znajomi - swoich znajomych i tak dalej. Im większej liczbie osób polecę polisy oraz im aktywniej te osoby będą polecały je swoim znajomym, tym więcej pieniędzy zarobię. To jeszcze nic złego.

      Ale w Paytrade była też obietnica:"Prędzej czy później matryca konsumencka się wypełni i będziesz zarabiał nawet kilkadziesiąt procent na miesiąc!". A więc poza kupowaniem samych polis musiał "odchodzić" handel prowizjami na dużą skalę. Polisa była najpewniej tylko czymś, co miało "udawać", że jest przedmiotem obrotu, a tak naprawdę były nimi premie od nowo-pozyskanych uczestników. Dziś tak naprawdę nie ma już potrzeby, by szukać jakichś produktów, które będą "udawały", że jesteśmy w normalnym biznesie. Coraz częściej piramidki tworzą się z wykorzystaniem niematerialnych usług. Np. kupujesz pakiet reklam w internecie: niby coś-tam komuś wyświetlasz, ale tak naprawdę najbardziej kusi cię obietnica, że z powrotem dostaniesz więcej pieniędzy, niż włożyłeś. To "więcej" oczywiście wynika z napływu nowych chętnych, którzy też wykupują "składki" po to, żeby wyjąć więcej, niż włożyli.

      Czytaj też: Cudotwórcy w tarapatach, czyli Dymitr i James proszą o pomoc. Pomożecie?

      Paytrade zakończył żywot, gdy matryca się wypaliła zamiast się wypełnić ;-), ale w zeszłym roku karierę w Polsce robiła jej bliźniacza spółka Paytrade International Club. Nobliwa, acz podobna do poprzedników nazwa budziła jednoznaczne skojarzenia i pewnie dlatego wysłannicy "internationalu" próbowali mnie skłonić do wykasowania z internetu wcześniejszych tekstów o Paytrade argumentując, że są "nieaktualne" i "wprowadzają w błąd". Nowy Paytrade nie zajmował się już bowiem sprzedażą polis, ale... usług dla przedsiębiorców. Płaciło się "wpisowe" i otrzymywało się dostęp do najróżniejszych niepotrzebnych nikomu bonusów. Oczywiście była też druga "nóżka", czyli premie za przyciągnięcie nowych klubowiczów. Sprawa się rypła dość szybko, bo jesienią zeszłego roku Paytrade International Club stał się przedmiotem zainteresowania prokuratury, gdyż zaczęli się zgłaszać ludzie, którzy nie zarobili obiecywanej fortuny mimo skutecznej "pracy" nad pozyskiwaniem kolejnych jele... tfu, członków. A jeśli jakimś klubem dla jele... tfu, biznesmenów zajmuje się prokurator to przyszłość nie bywa różowa. Wszedłem ostatnio na stronę Paytrade: wieżowce piękne, jak zwykle, ale jakby pusto.

      paytradebaner

      Strona wciąż w przebudowie, miała wystartować na początku stycznia, a tu... nicość. Napisałem mejla z rozpaczliwym pytaniem "kiedy restart?", ale nie dostałem odpowiedzi. Ale przynajmniej mejla nie odbiło, więc serwer wciąż opłacony ;-)). Kto włożył do klubu pieniądze, żeby wyjąć wielokrotnie więcej, może szukać swojej kasy w USA. "Dziennik Gazeta Prawna" pisał jesienią, że klub jest internacjonalny w pełnym tego słowa znaczeniu, bo siedzibę ma w przyczepie kempingowej zaparkowanej w jednym z amerykańskich stanów. Międzynarodowość posunięta do granic możliwości. Znacznie dalej, niż w czasach gdy budowało się matrycę konsumencką w detalu ;-). No, ale prawdziwy biznes nie zna granic. Albo inaczej: umie przekraczać każde granice. Nie mam wątpliwości, że to tylko przejściowy kryzys Paytrade i wkrótce firma znów zacznie "nadawać". A jak nie ta, to inne. Chętnych do osiągania dochodu pasywnego. Nie ma znaczenia co się kupuje lub sprzedaje. Najważniejsze jest to, że się zarabia za nic-nie-robienie. A to się zawsze dobrze sprzedawało ;-).

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Budowali piramidę z polis, a potem club dla biznesu. Ich los wypełnił się jak... ich matryca ;-)”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 02 lutego 2017 20:38
    • Asystent dla każdego? Płacisz 134 zł rocznie i... święty spokój w razie awarii sprzętu domowego

      Assistance domowe, samochodowe lub zdrowotne jest coraz częściej istotnym dodatkiem do innych usług finansowych. Firmy ubezpieczeniowe dzięki nim mogą drożej wyceniać swoje polisy, banki mogą pobierać opłaty za konta lub nagradzać aktywnych klientów (np. Raiffeisen ostatnio zabrał darmowe assistance nieaktywnym klientom, a pozostawił tym, którzy traktują go jako główny bank - wcześniej tę samą strategię stosował Alior Bank), zaś firmy pożyczkowe - ocieplać wizerunek (ostatnio opisywałem ofertę pożyczki z lekarzem w pakiecie za 3 zł tygodniowo). Usługi assistance bywają dokładane nawet do czynszu za mieszkanie, choć niestety nie jest to jeszcze obyczaj, lecz raczej ekstrawagancja. Rocznie z assistance - czyli pomocy w naprawieniu sprzętu domowego, dostawy leków, zorganizowania wizyty lekarza domowego, odpalenia auta w ciężki mróz - korzysta 2,5 mln Polaków. Ma je do dyspozycji jakieś 18 mln osób, z czego prawie połowa w ogóle o tym... nie wie.

      Czytaj też: ROR jak zestaw Lego. Dokup debet, money-back albo... asystenta

      Czytaj też: Auto na mrozie nie chce odpalić? Sprawdź polisę, może masz assistance?

      Ale dziś nie o tym chcę pisać. Ostatnio nie było, niestety, możliwości kupienia domowego - czyli najbardziej "podstawowego" - assistance solo, czyli bez spakietowania takiej usługi z innym produktem finansowym. Jakiś czas temu dostałem od jednej z firm specjalizujących się w assistance specjalną kartę (podobną do płatniczej), która służyła jako "klucz" do pomocy fachowców wszelkiej maści, ale okazało się, że nie jest ona w seryjnej sprzedaży. Ostatnio w kilku bankach pojawiły się oferty assistance medycznego, turystycznego lub samochodowego, które można kupić niezależnie od innych produktów finansowych. Mondial Assistance sprzedaje - pod marką Elvia - polisy turystyczne. Ale dopiero kilka tygodni temu pojawiła się w sprzedaży pierwsza samodzielna oferta assistance domowego. Taka, którą można kupić przez internet i przez rok cieszyć się świętym spokojem. Jeśli w domu coś się popsuje, po prostu dzwonię i zamawiam usługę odpowiedniego fachowca, który rzecz naprawi za darmo (kasę weźmie co najwyżej za części).

      Rzecz nazywa się "Pomoc w domu" i jest do kupienia na stronie internetowej firmy Europ Assistance (to jeden z trzech największych w Polsce - obok Mondial Assistance i Axy - dostawców tego typu usług do firm finansowych, które następnie oferują je nam w pakiecie ze swoimi produktami). W tym samym miejscu można też kupić pakiet "Pomoc rowerowa" i "Pomoc na drodze", ale nimi nie będę się dziś zajmował. Żeby zakupić roczny pakiet usług assistance domowego trzeba wypełnić niezbyt długi formularz (firma prosi o podanie kilku danych osobowych, numeru telefonu oraz e-maila i oczywiście adresu ubezpieczanego lokalu), zapłacić przelewem online, BLIK-iem albo kartą płatniczą i odebrać e-maila (oraz SMS-a) z numerem polisy. Mnie udało się sfinalizować transakcję w pięć minut (aczkolwiek wcześniej poświęciłem kilka razy tyle na prześwietlenie ogólnych warunków polisy, szukając - swoim zwyczajem - haczyków). Aha, polisa zaczyna działać dopiero po kilku dniach od jej zawarcia - chodzi o to, żeby nie kupować jej w chwili, gdy już wiemy, że cieknie nam kran i potrzebujemy hydraulika.

      Ile to kosztuje i dlaczego tak drogo? Najtańszy pakiet Europ Assistance wycenia na 72 zł rocznie. W tej cenie mamy zagwarantowany - w razie awarii w domu - dojazd i usługi ślusarza (gdy drzwi zatrzasną się od środka razem z kluczem), hydraulika (gdy uszczelka się rozszczelniła), elektryka (gdy zrobi się zwarcie i wysadziło bezpieczniki), dekarza, murarza, glazurnika, malarza, stolarza, szklarza, technika urządzeń grzewczych i klimatyzacyjnych. Gdy coś się zepsuje po prostu dzwonimy i prosimy, żeby spec właściwej specjalizacji przyjechał i naprawił. Ograniczenia? W najtańszej opcji można tylko raz w roku wezwać ślusarza, najwyżej dwa razy w roku innego specjalistę, zaś wartość ich pracy (dojazd plus roboczogodziny) w każdej z tych interwencji nie może przekroczyć 200 zł. Najgorsza wiadomość jest taka, że tania opcja nie obejmuje pomocy epecjalisty od sprzętu AGD (lodówka, pralka, zmywarka), RTV (telewizor) oraz informatyka. A to ten sprzęt najczęściej dziś przyprawia nas o ból głowy w czasie awarii).

      Za dostęp do specjalistów naprawiających urządzenia RTV i AGD trzeba zapłacić już 115 zł rocznie, zaś za pełen wypas, czyli pakiet zawierający również pomoc informatyka - już 134 zł. W tym najszerszym pakiecie wyższe są też limity świadczeń. Mamy to co jest w podstawowej opcji, ale z możliwością aż czterokrotnego zamówienia specjalisty od hydrauliki, elektryki itp. oraz dwukrotnego wezwania ślusarza, dwa razy możemy wezwać człowieka ogarniającego awarie RTV i AGD i raz informatyka - każda pomoc może być warta maksymalnie 500 zł. Cena dwa razy wyższa, niż w tanim pakiecie, ale usług w wachlarzu pomocowym też więcej. No i jeszcze - tego się zwykle nie docenia - w każdym z pakietów (także tym najtańszym) jest dostęp do kilku infolinii. Nawet jeśli wykorzystamy już limit bezpłatnych świadczeń, to możemy dzwonić do woli i pytać o polecanych przez Europ Assistance specjalistów w dowolnej dziedzinie. W infolinii powiedzą też w którym sklepie dany sprzęt jest najtańszy i znajdą informatyka działającego w trybie 24h na dobę.

      Minusy? Choćby ten, że jakakolwiek pomoc przysługuje dla sprzętu nie starszego, niż pięć lat. Wiek sprzętu trzeba udokumentować, co oznacza, że warto trzymać w domowym archiwum nie tylko formularze gwarancji producenta, ale i faktury zakupu. Jest to dziwne ograniczenie. Owszem, stary sprzęt psuje się często, więc firmy assistance muszą więcej płacić usługodawcom (częstsze wizyty), ale właśnie po to są limity liczby wizyt w ciągu roku. Jeśli wizyty "naprawiaczy" mają dotyczyć tylko relatywnie nowego sprzętu, to po co ograniczenia dotyczące liczby świadczeń w ciągu roku? Istnieją one w bardzo dużej liczbie usług assistance oferowanych w Polsce. Niedawno wzywałem assistance do zepsutej pralki (mam te usługi w ramach polisy mieszkaniowej) i tam też postawiono mi warunek - albo udowodnię wiek sprzętu, albo będę musiał zapłacić za wizytę).

      O tym, że brak porządku w papierach może spowodować, iż firma ubezpieczeniowa zechce zepchnąć z siebie odpowiedzialność z tytułu assistance niech świadczy przypadek jednego z moich czytelników, od wielu lat klienta Alior Banku korzystającego z usługi "Pomocni Fachowcy" (assistance dostarczane przez firmę Mondial Assistance). Częścią tych usług jest pokrycie kosztów naprawy telefonu w razie awarii bądź zakupu nowego w razie kradzieży bądź rozboju.

      "Padłem ofiarą rozboju, w wyniku którego utraciłem telefon komórkowy. Poszedłem więc na policję zgłosić sprawę, zablokowałem u operatora numer IMEI i razem z dowodem zakupu wysłałem papiery do ubezpieczyciela. W odpowiedzi zostałem poproszony o przesłanie oryginału potwierdzenia zakupu telefonu, ponieważ wysłany przeze mnie nie spełnia ich wymogów. Wysłałem więc jeszcze raz wspomniany dokument, tym razem oryginał – wcześniej była to kserokopia"

      - opowiada klient. W kolejnym piśmie Mondial Assistance stwiedził jednak, że ten dokument nie jest paragonem fiskalnym ani fakturą. Klient został poinformowany jakie wymogi powinien spełniać paragon – 18 punktów - i faktura – 15 punktów. Wiedza ta bardzo mu się przyda kiedy będzie planował rozpoczęcie działalności gospodarczej :-)). Czytelnik zeznaje, że OWU usługi mówi jedynie, iż cena zakupu to wartość telefonu komórkowego wskazana na dokumencie zakupu (paragon), nigdzie nie ma mowy o tym, że musi to być paragon z kasy fiskalnej lub faktura VAT. Klient więc odwołał się od decyzji.

      "Wysłany przeze mnie paragon jednoznacznie wskazuje o który telefon chodzi – znajduje się na nim numer IMEI. Nie miałem więc zamiaru się poddawać. Po odrzuceniu odwołania złożyłem skargę do Rzecznika Finansowego, który napisał do Mondial Assistance prośbę o wyjaśnienie. Ubezpieczyciel ponownie odmówił. Teraz szykuję się do pozasądowego postępowania przed Rzecznikiem Finansowym".

      W tym przypadku prawdopodobnie nie chodziło o udowodnienie wieku sprzętu, ale o przyczenienie się do braków formalnych, by nie trzeba było wypłacać klientowi dość wysokiego świadczenia. Tak czy siak: wygląda na to, że firmy assistance próbują na nas oszczędzać - oczekiwałbym, że przynajmniej w najdroższych pakietach nie będzie wieku sprzętu jako cezury wyłączającej mozliwość bezpłatnej pomocy. 

      Wróćmy do usług assistance, które można kupić solo w firmie Europ Assistance. Poza ograniczeniem wynikającym z liczby i wartości kwotowej napraw oraz z wieku sprzętu jest też kilka wyłączeń odpowiedzialności ubezpieczyciela, które - przy dużej dozie złej woli po stronie usługodawcy, o co go jednak nie podejrzewam - mogłyby utrudnić nam życie. Jest więc ograniczenie odpowiedzialności z powodu "uszkodzenia, uderzenia, upadku lub zalania sprzętu AGD, RTV, IT, o ile nie było to wynikiem zdarzenia losowego", jak również ograniczenie z powodu "użytkowania sprzętu niezgodnie z instrukcją obsługi" (czy jeśli komputer jest mocno zakurzony, to assistance może odmówić jego naprawienia?), jak również z powodu "wycieku wody, pary lub cieczy z baterii (wannowej, kuchennej, umywalkowej, prysznicowej), kranu oraz spłuczki". Nie jestem hydraulikiem, ale czy  awarie hydrauliczne polegają właśnie na wyciekach różnych cieczy. 

      Czy warto płacić od 72 do 134 zł rocznie za tego typu ochronę? Cóż, jeśli potencjalny klient ma porządek w papierach i większość jego sprzętów nie przekracza 5-letniego czasu od zakupu, to... wydatek może zwrócić się już po pierwszej wizycie hydraulika, eletryka czy "naprawiacza" sprzętu AGD lub RTV. Bardziej jednak przekonują mnie korzyści "niefinansowe". Po pierwsze w razie awarii nie musimy szukać przypadkowych "naprawiaczy" w mieście, nie mając pewności czy nie są to nieudacznicy. Po drugie assistance daje spokój tym z nas, którzy nie mają duszy majsterkowiczów. Ja tak właśnie mam: kiedyś - opowiadałem Wam o tym w blogu - miałem awarię w toalecie. Wezwałem fachowca (korzystając zresztą z usług concierge oferowanych przez jeden z banków), który zrobił mądrą minę, przepchał toaletę trzema ruchami z użyciem zwykłej "przepychaczki", po czym zażądał 50 zł za know-how. Gdybym miał wykupione assistance, to "know-how" kupiłbym płacąc ryczałtem, a nie za każdym razem osobno ;-).

      Uważam, że tego rodzaju usługi - assistance kupowane bezpośrednio w firmie świadczącej tego typu usługi, bez "przypięcia" ich do innych produktów, np. finansowych - będą coraz popularniejsze. Wariant minimum to po prostu informacja o pomocnych i wiarygodnych fachowcach w okolicy, zaś wariant maksimum - to usługi takie, jakie właśnie zaproponował Europ Assistance. Krok w kierunku zaoferowania klientom pośrednictwa w dotarciu do sprawdzonego fachowca ostatnio zrobiła firma Mondial Assistance, która dla klientów z Warszawy uruchomiła "sklepik" z fachowcami. Można sobie kupić za kilkadziesiąt złotych wizytę fachowca konkretnej specjalności. Tej usługi jeszcze jednak nie testowałem.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „Asystent dla każdego? Płacisz 134 zł rocznie i... święty spokój w razie awarii sprzętu domowego ”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 02 lutego 2017 09:00
  • środa, 01 lutego 2017
    • Podatek bankowy ma już rok. Kto go naprawdę zapłacił? Myślisz, że banki? No to... liczymy ;-)

      Minął dokładnie rok od wprowadzenia w Polsce podatku bankowego. Jak pamiętacie, został on wprowadzony w najostrzejszej formule jaka istnieje w przyrodzie, a więc jako "kara" dla banków za udzielanie kredytów (bo do tego sprowadza się uznanie bankowych aktywów jako podstawy do opodatkowania - rekomendowałem bardziej profesjonalne dokopanie bankom). Pierwotnie rząd planował, że nowa danina przyniesie 6,5-7 mld zł do budżetu państwa, potem - że 5,5 mld zł, zaś wysocy oficjele związani z partią rządzącą zapewniali, że porafią zapobiec przerzuceniu podatku na klientów banków. Paweł Szałamacha, który zarządzał Ministerstwem Finansów w pierwszych miesiącach władzy PiS obiecywał, że gdy państwowy PKO BP - w ramach patriotycznej postawy - utrzyma dotychczasowe warunki depozytów i kredytów, to wywrze presję na inne banki, by też powstrzymały się przed zdzieraniem z klientów skóry. Dziś już wiemy, że to było tylko czcze gadanie. Czas więc na wstępny bilans. Kto i ile zapłacił "składki" na podatek bankowy?

      ILE PODATKU BANKI WZIĘŁY NA SWOJĄ "KLATĘ", A ILE NA NASZĄ? Od razu trzeba zastrzec, że ostateczny bilans wprowadzenia tej daniny jest mniejszy, niż to, co planował rząd. Zamiast 5 mld zł rocznych dochodów prawdopodobnie w zeszłym roku było najwyżej 3-3,5 mld zł (w połowie roku bilans wynosił miliard, a we wrześniu - 2 mld zł). Jaką część z tych 3-3,5 mld zł banki wzięły na klatę, a jaką część przerzuciły - wbrew obiecankom rządu - na swoich klientów? Spójrzmy na zyski branży. Rok 2015 banki kończyły zyskiem netto w okolicach 13,1 mld zł. Ale to wynik już po obciążeniu branży kosztami upadłości kilku SKOK-ów oraz SK Banku, co pochłonęło 5 mld zł (choć większość kasy banki już wcześniej "zachomikowały" w ramach składek do Bankowego Funduszu Gwarancyjnego). Z kolei po trzech kwartałach tego roku banki zarobiły 11,4 mld zł, a ich całoroczne zyski sięgać mogą 14-14,5 mld zł (ale tu korekta w drugą stronę - 1,5 mld zł to jednorazowy "zastrzyk" uzyskany od amerykańskiej Visy za sprzedaż udziałów w Visa Europe). Można więc zaryzykować stwierdzenie, że z odprowadzonego do urzędów skarbowych podatku banki jakiś miliardzik - no, może półtora - wzięły na klatę (głównie w postaci niższych prowizji kredytowych - z danych KNF wynika, że zyski prowizyjne banków w 2016 r. spadły o ok. 800 mln zł). A reszta?

      Czytaj też: Banki "zapomniały" wypłacić nam 900 mln zł odsetek. Poszły na podatek.

      OBNIŻYLI CI OPROCENTOWANIE LOKATY? PŁACISZ PODATEK BANKOWY. Przez cały zeszły rok wskaźnik WIBOR, odzwierciedlający cenę pieniądza w handlu między bankami stał w miejscu w okolicach 1,7%. Tymczasem oprocentowanie depozytów systematycznie szło w dół. Jak wynika z danych zamieszczonych na stronie polskabankowosc.com.pl pod koniec 2015 r. średnie oprocentowanie najlepszych depozytów rocznych wynosiło 2%, a pod koniec 2016 r. - już tylko 1,7%. Dwuletnie spadły z 2,3% do 2%.

      polskabankowoscoprocentowaniedepo

      To nie są duże różnice, ale z danych NBP wynika, że osoby prywatne powierzyły bankom 660 mld zł. Oczywiście część z tych pieniędzy i tak nie jest oprocentowana (leżą na ROR-ach). Ale 291 mld zł to klientowskie depozyty terminowe, których oprocentowanie w ciągu roku spadło, by banki mogły zwiększyć marżę odsetkową, poprawić zyski i mieć z czego zapłacić podatek bankowy. Policzmy: 0,3% (pkt. proc.) liczone od prawie 300 mld zł... to miliard. Kolejne 100 mld zł to pieniądze na kontach oszczędnościowych, których "przecena" oprocentowania dotknęła proporcjonalnie nawet bardziej, niż depozytów. Obniżka odsetek o 0,4% (pkt. proc.) - a taka była skala "ścinki" w większości banków - oznacza o 400 mln zł więcej w kasach banków. Wygląda mi na to, że deponenci "zapłacili" w niższym oprocentowaniu depozytów 1,4 mld zł podatku bankowego.

      BRAŁEŚ KREDYT NA MIESZKANIE? DORZUCIŁEŚ SIĘ DO PODATKU BANKOWEGO. Drugim widocznym trendem wynikającym z wprowadzenia podatku bankowego było podwyższanie marż kredytów hipotecznych. Ich rentowność - po opodatkowaniu aktywów banków - jest najniższa, więc nic dziwnego, że bankowcy właśnie tym kredytom podwyższyli cenę. Średnia marża nowo udzielanego kredytu hipotecznego wynosiła rok temu 1,7-2% (w zależności od wkładu własnego). Dziś jest to 2,1-2,3%. Wzrost wyniósł mniej więcej 0,3% (pkt. proc.). Jeśli banki rocznie pożyczają nam kredytów o wartości 40 mld zł na średni okres 25 lat, to wyższa marża przekłada się na 200 mln zł rocznie wyższych rat (i 2 mld zł w całym okresie kredytowania).

      redniamara_2016

      Wychodzi na to, że najbardziej dołożyli się do podatku bankowego deponenci (zarobili o 1,4 mld zł mniej, niż gdyby podatku nie było), w drugiej kolejności same banki (odpuściły 800 mln zł prowizji), a w trzeciej - osoby zaciągające kredyty hipoteczne (zapłaciły w tym roku o 200 mln zł wyższe raty). Ale one będą "płaciły" podatek bankowy jeszcze przez dłuuuugie lata ;-). Czy w 2017 r. te proporcje ułożą się tak samo? Śmiem wątpić, bo w tym roku banki nie dostaną 1,5 mld zł "prezentu" od Amerykanów, a to może ograniczyć ich chęć do partycypowaniu w podatku bankowym. Zresztą widać co dzieje się z prowizjami za konta i karty - jest dopiero miesiąc po Sylwestrze, a bankowcy już zaczynają dokręcać śrubę.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (10) Pokaż komentarze do wpisu „Podatek bankowy ma już rok. Kto go naprawdę zapłacił? Myślisz, że banki? No to... liczymy ;-)”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 01 lutego 2017 11:31
  • wtorek, 31 stycznia 2017
    • Badania pokazują jak nas ubogaciła "Rodzina 500+". Jest tylko jedno małe "ale"...

      Od czasu do czasu przyglądam się wynikom badań i sondaży na temat naszego oszczędzania i inwestowania pieniędzy. Jakkolwiek są to cyferki obarczone dużym marginesem błędu - Polacy, mówiąc o pieniądzach, uwielbiają koloryzować - to jednak można wyciągnąć z nich pewne wnioski. Mogą być one tym bardziej doniosłe, że w budżetach domowych kilku milionów rodzin widać już skutki programu "Rodzina 500+". Z wcześniejszych sondaży wynikało, że mniej więcej co szósta rodzina przeznacza pieniądze z rządowych dopłat bezpośrednich ;-)) na dzieci nie tylko na wyuzdaną konsumpcję, ale i do kieszonki z oszczędnościami. Choć z nieznanych bliżej przyczyn nikt nie chce za oszczędzane pieniądze kupować obligacji wicepremiera Morawieckiego ;-). To oznacza, że powinna się zmniejszyć - i to znacznie - liczba osób, które nie mają żadnych oszczędności (od wielu lat deklarowała ten przykry stan mniej więcej połowa Polaków).

      I chyba tak właśnie się dzieje. Z "Barometru ING" wynika, że odsetek osób mających jakiekolwiek oszczędności wzbił się do poziomu 68%. Zaś "Postawy Polaków wobec finansów i technologii internetowych", badanie przeprowadzone późną kesienią 2016 r. przez ARC Rynek i Opinia na zlecenie XTB oraz PayU pokazuje, że procent tych, którzy oszczędzają wynosi 64%. Przy czym podejście badaczy do tego pytania jest bardzo liberalne, bo do oszczędzających zaliczano każdego, kto zadeklarował, że w ciągu roku cokolwiek odłożył.

      arcxtb001

      Wygląda na to, że "Rodzina 500+" to rodzaj zewnętrznego "dopalacza", który co prawda przyspiesza oszczędzanie, ale tylko krótkoterminowo, bez uruchomienia jakichkolwiek sprzężeń zwrotnych. Bo kiedy zapytać ludzi jak się ma relacja pieniędzy, które wydają do tych, które zarabiają to jest w dalszym ciągu po staremu - połowa wydaje wszystko co zarabia albo nawet więcej, a druga połowa coś-tam może zaoszczędzić. Gdyby 500+ się skończyło, to odsetek oszczędzających znów wróci poniżej 50%. Program "Rodzina 500+", najkrócej mówiąc, pozwala zwiększyć bazę osób mających jakiekolwiek oszczędności o 15%, dając im niestety tylko rybę, a nie wędkę, dzięki której mogliby to swoje oszczędzanie napędzić.

      arcxtb000

      Aczkolwiek - to już w blogu obnażałem wielokrotnie - tylko mniej niż połowa z tej "większej połowy" oszczędzających, odkłada pieniądze systematycznie. Z badań PayU i XTB wynika, że mniej więcej jedna trzecia z oszczędzających jest systematyczna, zaś spory procent "się stara, ale nie zawsze wychodzi". Trzeba założyć, że rzadko kiedy wychodzi ;-)). Mamy więc 64% oszczędzających, z czego co trzeci (czyli jakieś 21%) oszczędza systematycznie. To niezły wynik, bo we wcześniejszych badaniach wychodziło 12-14%, zaś kilka lat temu były to wręcz odsetki jednocyfrowe.

      arcxtb11

      Po ile oszczędzamy miesięcznie? Tu też od lat się niewiele zmienia. Mniej więcej połowa przyznających się do oszczędzania odkłada kwoty zbyt symboliczne, by zbudować porządną poduszkę finansową i osiągnąć zamożność lub przynajmniej niezależność finansową. A druga połowa jest w stanie odłożyć więcej, niż 250 zł miesięcznie. I zapewne z tych osób w większości rekrutują się systematycznie oszczędzający.

      arcxtb2

      Jeśli już oszczędzamy (aby przechować pieniądze i wydać później) lub inwestujemy (aby zwiększyć ich wartość) to cele są raczej krótkoterminowe, zaś czasokres - w większości nie przekraczający roku-dwóch. Tylko 13% z "większej połowy" oszczędzających Polaków ma horyzont czasowy przekraczający pięć lat. W realiach zachodnich to jest short-term. Można więc powiedzieć, że chętniej oszczędzamy systematycznie, powoli dorastamy, ale wciąż jesteśmy w "szortach" ;-)

      arcxtb3

      Można więc założyć, że co trzecia z osób systematycznie odkładających pieniądze i inwestujących je nie tylko w banku czyni to długoterminowo. To głównie oni budują swoją finansową zamożność, reszta po prostu oszczędza odraczając konsumpcję na później. No, chyba że założymy, iż osoby odpowiadające "trudno powiedzieć" też oszczędzają długoterminowo. Z teminem dążącym do nieskończoności ;-). Boję się jednak, że w tej odpowiedzi chodzi raczej o drugie dno pt. "w każdej chwili może się okazać, że wydam zaoszczędzone pieniądze" ;-).

      arcxtb41

      Dlaczego nie inwestujemy pieniędzy? Albo nie mamy kasy albo... to dla nas za trudne. Połowa z tych, którzy nie inwestują mówi bez ogródek, że nie ma pieniędzy - co się zgadza z innymi ustaleniami - zaś 44% przyznaje się, że nie ma odpowiedniej wiedzy. Reszta szuka innych wymówek, ale w gruncie rzeczy też chodzi o to samo - brak rozeznania o co w tym całym inwestowaniu chodzi. To jest powód, dla którego w blogu będzie więcej o podstawach inwestowania pieniędzy i o tym dlaczego warto trzymać je nie tylko w banku.

      arcxtb5

      O LOKOWANIU OSZCZĘDNOŚCI W AKCJI "DYWIDENDA JAK W BANKU". Od wiosny 2016 r. w blogu trwa akcja "Dywidenda jak w banku", w której zdradzam sposoby na w miarę bezpieczne lokowanie oszczędności inaczej, niż tylko na depozycie bankowym. Zapisując się na newsletter akcji nie przegapicie żadnego z kolejnych tekstów, klipów wideo, webinarów, ani konkursów. W akcji bierze też udział Longterm.pl, najstarszy bloger zajmujący się inwestowaniem długoterminowym - Giełda Papierów Wartościowych oraz Stowarzyszenie Inwestorów Indywidualnych. Obejrzyjcie też jak - wspólnie z Longtermem - mierzyliśmy się z lękami związanymi z lokowaniem oszczędności, zwiedzaliśmy kasyno, udaliśmy się na ryby. Zabawne i pouczające.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Badania pokazują jak nas ubogaciła "Rodzina 500+". Jest tylko jedno małe "ale"...”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 31 stycznia 2017 19:56
    • Kolejki w przychodni? Oto "Uber dla pacjentów". Lekarz z aplikacji przyjedzie w godzinę?

      W najróżniejszych dziedzinach życia pojawiają się aplikacje, które ułatwiają kontakty między ludźmi, którzy czegoś poszukują i tymi, którzy mają tego w nadmiarze. Są aplikacje towarzyskie ze słynnym Tinderem na czele (nie trzeba już zamienić z nikim słowa ani spojrzenia, żeby wiedzieć, że nas lubi ;-)), są transportowe z Uberem, BlaBlaCarem, Yanosikiem (w przypadku tej ostatniej apki dzielimy się nie tyle samochodem co informacją na temat tego co widać za oknem ;-)), są też turystyczne, ułatwiające znalezienie noclegu poza hotelem (AirBnB). Ba, pojawiły się społecznościowe aplikacje do lokowania oszczędności (Kokos), do wymiany walut (Walutomat) i czego tam jeszcze chcecie. Nie ma bata - to musiało wreszcie dotrzeć do branży medycznej. Musiało tym bardziej, że wszyscy właśnie albo stoją w kolejce do lekarza, albo nie mogą się do niego dodzwonić, albo dodzwonili się do rzeźnika w kitlu, a nie lekarza. Potrzeba bezpieczeństwa związana z dostępem do sprawdzonego lekarza, gdy będziemy w pilnej potrzebie, jest jedną z najważniejszych. Więc ona też musiała trafić do aplikacji ;-).

      Czytaj też: Tego boimy się w życiu najbardziej. Oto nowy pomysł na ratowanie zdrowia

      W poniedziałek wystartował serwis HomeDoctor.pl, który ma łączyć lekarzy pierwszego kontaktu, dysponujących akurat wolnym czasem, z pacjentami potrzebującymi szybkiej i wygodnej porady, diagnozy albo konsultacji. Pomysł jest prosty jak drut - pacjent rejestruje się na platformie (wymagane są jedynie dane osobowe i adresowe, e-mail, numer telefonu i hasło, nie trzeba wypełniać żadnej ankiety medycznej), zamawia wizytę domową internisty na cito bądź na później - w określonym przez siebie, dwugodzinnym przedziale czasowym - płaci kartą kredytową bądź przelewem pay-by-link i czeka na wizytę. Twórcy serwisu twierdzą, że średni czas oczekiwania na wizytę to 49 minut, zaś maksymalny przewidziany zasadami działania serwisu to jedna godzina. A ceny? Cóż, nie jest tanio. Podobno najtańsza wizyta domowa jest od 99 zł, przy odrobinie szczęścia można trafić wizytę za 129 zł, zaś standardowa stawka to 149 zł.

      homeform

      Na razie usługa jest dostępna jedynie dla Warszawy i okolic. Nie dziala też jeszcze w ramach aplikacji mobilnej (ma się pojawić w sklepach Apple'a i Androida pod koniec lutego). Nie można niestety zaprosić do domu lekarza żadnej konkretnej specjalności (są tylko interniści, podczas gdy mi przydałby się dziś raczej laryngolog), ani wezwać człowieka w kitlu w sytuacjach innych, niż zwykła konsultacja (jeśli czujemy się naprawdę źle - po staremu musimy dzwonić po pogotowie). Należy się spodziewać, że przez HomeDoctor.pl nie da się zamówić do domu żadnego uznanego lekarza "z nazwiskiem". Oni nie mają ani nadmiaru czasu, ani nie "uprawiają" wizyt domowych, mają za to listę stałych pacjentów, którzy w razie potrzeby dzwonią do nich na komórkę. Nie potrzebują żadnej aplikacji. Mówimy o usługach młodych lekarzy na dorobku, którzy - tak, jak kierowcy Ubera - mogą poświęcić kilka godzin dziennie na jeżdżenie do pacjentów w zamian za wypłacaną przez pośrednika prowizję. A jest się czym dzielić. Próbowałem zamówić lekarza na popołudnie:

       homedoctor51

      Możliwość ominięcia kolejek w przychodniach i dojazdu lekarza do miejsca zamieszkania pacjenta (oraz fakt, że najpewniej jest to jakoś-tam zweryfikowany lekarz, a nie przysposobiony do leczenia ludzi weterynarz ;-)) to niewątpliwe zalety serwisu. O atrakcyjności cen możemy dyskutować, ale znajoma lekarka - bardzo doświadczona pediatra - za wizytę domową liczy sobie ponad 200 zł (a i tak nie może się opędzić od pacjentów), więc ceny w granicach 100-150 zł dla pewnej grupy potencjalnych pacjentów mogą być akceptowalne. Kłopot w tym, że na razie chyba lekarzy współpracujących z serwisem nie ma zbyt wielu. W poniedziałek, tuż po udostępnieniu serwisu pacjentom, zamówiłem lekarza na cito i po kilkudziesięciu sekundach "mielenia" mojego zamówienia serwis oświadczył, że nie ma homedoctor21lekarza, który by się podjął wizyty domowej w ciągu godziny. Próbowałem od razu zamówić lekarza na 14.00 i... też się okazało, że nie ma chętnych. Aplikacja więc jest, ale gwarancji, że ktoś przyjedzie i nas zbada - nie ma. Owszem, może i czas dojazdu do pacjenta wynosi 49 minut, ale jaka część chętnych w ogóle zostaje obsłużona? Tym serwis HomeDoctor.pl się nie chwali.

      Czytaj też: Bank miał zwracać część wydatków na leki. Ale.. nie zawsze zwraca. O co chodzi?

      Czytaj też: Złotą rączkę i domowego lekarza dokupisz już nawet do... czynszu za mieszkanie. Ale czy warto?

      Cóż, pierwsze koty za płoty, może system się rozkręci (choć wiele zależy od tego jaką część z ceny zapłaconej przez pacjenta inkasuje pośrednik, a co za tym idzie - czy usługa będzie atrakcyjna dla lekarzy, a nie tylko dla pacjentów). Trochę wody w Wiśle upłynie zanim usługa będzie dostępna nad Wartą lub Odrą, czy też nad Bałtykiem ;-)), nie mówiąc już o mniejszych miastach. Choć sam pomysł na łączenie lekarzy z pacjentami za pomocą nowoczesnych technologii jest dobry. Sam się dziwię dlaczego aplikacja LuxMedu, którą mam w smartfonie, daje tak mało możliwości - przecież spokojnie mogłaby być platformą otwartą, zapewniającą nie tylko możliwość rezerwacji w ramach usług tej konkretnej sieci medycznej. Dostęp do lekarzy bez kolejek to dziś usługa, która bywa dołączana do najróżniejszych usług - do szybkich pożyczek pozabankowych, do najbardziej wypasionych kont i kart bankowych, a nawet do usług telekomunikacyjnych (w tym wypadku są to porady lekarza zdalnego, ale telemedycyna też będzie się w najbliższym czasie mocno rozwijać).

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Kolejki w przychodni? Oto "Uber dla pacjentów". Lekarz z aplikacji przyjedzie w godzinę? ”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 31 stycznia 2017 09:39
  • poniedziałek, 30 stycznia 2017
    • Konta z dożywotnią gwarancją darmowości idą do piachu? Pocztowcy dadzą klientom wycisk

      Coraz mniej jest kont bankowych, które oferują bezwarunkową darmowość. O ile mi wiadomo, urocze "zero" za komplecik pt. konto bankowe z kartą debetową oferują bez żadnych warunków już tylko Orange Finanse i Nest Bank. Wykruszają się też banki, które postanowiły wyróżnić się innym mechanizmem - gwarancją utrzymania darmowości swojego konta. Od 1 lutego Bank Pocztowy wycofuje z oferty "Konto Zawsze Darmowe", które oferowało dożywotnie zero za prowadzenie ROR-u. Kto już je założył może być pewny, że nadal będzie korzystał z danej w przeszłości obietnicy, ale nowi klienci już się nie zapiszą. To oznacza, że na rynku pozostają tylko dwa banki gwarantujące, że nie wprowadzą opłat za prowadzenie ROR-u - Alior ("Konto Wyższej Jakości" z gwarancją na pięć lat) oraz Raiffeisen ("Wymarzone Konto").

      Czytaj też: Jeden z nielicznych rachunków za bezwarunkowe zero. I bonusy za dzieci!

      BANK POCZTOWY JUŻ NIC NIE GWARANTUJE. W obu przypadkach - Aliora i Raiffeisena - gwarancja nie dotyczy darmowości plastiku - Raiffeisen każe płacić zań 3 zł bez możliwości zwolnienia, a Alior - 12 zł (z możliwością zwolnienia po zapłaceniu kartą 700 zł miesięcznie albo wpływie 2500 zł). Bank Pocztowy oferował darmoszkę bez warunków i z gwarancją na całe życie - jeśli ktoś nie miał karty do konta, to nie musiał wypełniać żadnych warunków. Jeśli klient Pocztowego miał kartę - to mógł ją mieć również za darmo po zapłaceniu kartą za zakupy 300 zł miesięcznie (nie miała znaczenia liczba transakcji). Od środy  "Konta Zawsze Darmowego" nie będzie już w ofercie.

      CHODZISZ NA POCZTĘ? ZAPŁACISZ ZA KONTO JAK ZA ZBOŻE. Bank Pocztowy bez gwarancji darmowego konta nie będzie już tak atrakcyjną opcją dla osób lubiących postać w kolejce do okienka i wypisać papierowe polecenie przelewu długopisem. I stanie się zupełnie nieatrakcyjną opcją dla osób, które lubią płacić tylko gotówką. Zamiast "zawsze darmowego" Bank Pocztowy będzie miał bowiem w ofercie "Bliskie Konto Pocztowe", które charakteryzuje się 10-złotową opłatą miesięczną (dla seniorów - 5 zł), z której będzie można zejść do zera dopiero po zapłaceniu kartą w sklepach łącznie 300 zł (nie musi to być jedna transakcja). Bez dodatkowych opłat będzie można wpłacać i wypłacać z konta gotówkę w placówkach pocztowych oraz wykonywać przelewy przez internet i w automatycznym serwisie telefonicznym (czyli bez korzystania z "żywego" konsultanta). Za dodatkowe 5-7 zł będzie można zamówić sobie gotówkę z dostawą do domu (czyli z dowozem przez listonosza).

      ROR ZA DARMO? TYLKO Z PLASTIKIEM I INTERNETEM. Krótko pisząc: kto nie lubi (lub nie ma gdzie) płacić za zakupy kartą płatniczą najtańsze konto w Pocztowym będzie miał za 10 zł (jeśli jest emerytem - to za 5 zł). A kto nie lubi robić przelewów automatycznie (przez telefon lub internet), to zapłaci nawet więcej. Polecenie przelewu zlecone osobiście na poczcie ma kosztować dodatkowo 2,5 zł). Wypłaty z bankomatów też będą kosztowały dodatkowo (to uwaga do tych, którzy mają do placówki poczty dalej, niż do bankomatu). Każde skorzystanie z bankomatu będzie "wyceniane" na 2 zł. Ma-sa-kra. Jak żyć? Przepis dla nowych klientów, którzy nie będą się cieszyli "prawami nabytymi", jest prosty.  Wypłaty gotówki - tylko na poczcie. Przelewy - tylko w internecie. Zakupy - co najmniej za 300 zł w ciągu miesiąca płatne kartą. Inaczej za "Bliskie Konto Pocztowe" będziecie płacili jak za zboże. Nie wiem czy znajdą w Pocztowym jakichś chętnych do założenia wchodzącego właśnie do oferty rachunku.

      WYPASIONY ROR NA POCZCIE ZA 15 ZŁ MIESIĘCZNIE. Jak ktoś chce mieć "w cenie" wszystkie podstawowe usługi - czyli kartę debetową, wszystkie w kraju bankomaty, wypłaty gotówki na poczcie, dowolne przelewy bez względu na sposób ich wykonania (internet, telefon, placówki pocztowe) - to może sobie założyć drugi wchodzący właśnie do sprzedaży rachunek - "Pocztowe Konto Bez Ograniczeń". Pakiecik usług jest dość przyjemny i rozbudowany, ale cena zabija - 15 zł miesięcznie. Dla otrząśnięcia się z szoku można dodać, że w tej cenie jest jedna miesięcznie dostawa gotówki przez listonosza. Nie wiem ilu fanów Poczty Polskiej jest gotowych płacić 15 zł miesięcznie za wypasione konto. I jeszcze bardziej nie wiem jak to możliwe, że poczta, mając "nadreprezentację" klientów tradycyjnych, przyzwyczajonych do obsługi placówkowej, każe im płacić za możliwość złożenie polecenia przelewu (np. płatności za prąd i gaz) na poczcie oraz za dostawę kasy przez listonosza. W ten sposób Bank Pocztowy sam sobie "uszkodził" dwie kluczowe przewagi konkurencyjne, które jeszcze mu zostały. Chociaż być może to zamierzona strategia, by zyskać nową cechę - klientów używających kart płatniczych.

      KUPUJ LEKI, CHODŹ DO TEATRU: ODDADZĄ 20 ZŁ MIESIĘCZNIE. Żeby nie było, że pocztowi bankowcy są tak całkiem źli i podli, to wprowadzają też money-back pod nazwą "Same korzyści". Będzie można sobie wybrać jedną kategorię transakcji, za którą bank będzie zwracał 5%, ale nie więcej, niż 20 zł miesięcznie oraz 200 zł do końca 2017 r. Oczywiście pod warunkiem, że zakupy lub usługi z tej kategorii zostaną opłacone kartą. Do wyboru są następujące kategorie: wydatki zdrowotne (czyli w aptekach, ale warto uważać, bo już klienci innego banku się na to nacięli), kulturalne (kina, teatry, muzea, opery, filharmonie - kiedyś takim hedonistom płaciło się nawet 60 zł miesięcznie), sportowe (sklepy sportowe i rowerowe, serwisy sportowe, pływalnie, baseny i aquaparki, parki rozrywki, kluby sportowe oraz fitness, obozy sportowe i rekreacyjne, stoki narciarskie, szkoły tańca). Aby money-back był w ogóle naliczony trzeba "wykręcić" kartą 300 zł miesięcznie. Z kolei żeby owe 5% w całości wykorzystać trzeba zrobić zakupy za 400 zł, co nie jest bardzo wygórowaną kwotą, choć nie każdy ma na tyle wysokie dochody, żeby to wykręcić. Ale jeśli ktoś już wykręci to... można wziąć sobie w Pocztowym konto deluxe za 15 zł miesięcznie, mieć furę usług w abonamencie i wydając po 400 zł np. na leki refinansować sobie tę opłatę za konto. Money-back w Pocztowym jest wart pochwały, choć skorzystają z niego tylko klienci, których stać na to, by wywać 400 zł miesięcznie na leki lub przyjemności.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „Konta z dożywotnią gwarancją darmowości idą do piachu? Pocztowcy dadzą klientom wycisk”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 30 stycznia 2017 19:25

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


użytkowników on-line