Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

Wpisy

  • piątek, 07 kwietnia 2017
    • Nie do wiary! Bank udzielił mu kredytu "na gębę"! I windykował Bogu ducha winną kobietę!

      ZAPROSZENIE: Uruchomiłem nowy serwis www.subiektywnieofinansach.pl, w którym znajdziecie jeszcze więcej felietonów, prześwietleń, porównań i porad dotyczących Waszych portfeli. Znajdziecie tam też zaproszenie na czat, podczas którego będziecie mogli zadać mi pytania na żywo. Zapraszam do nowej odsłony subiektywności!

      W bankach powinien panować ład i porządek, gdyż są tam nasze pieniądze. To oczywista oczywistość i nikt nawet nie chce myśleć, że w którymś banku mogą pod tym względem występować jakieś niedociągnięcia. Np. takie, że przychodzi facet do banku i bierze kredyt na swoją żonę, z którą właśnie się rozwodzi. Po to w banku są procedury, weryfikacja tożsamości, przepisy i konieczność osobistego podpisania umowy przez klienta, żeby takie rzeczy nie mogły się wydarzyć. A jednak się wydarzyły. Moja czytelniczka przez kilka lat walczyła o to, by windykatorzy i komornicy przestali ścigać ją za długi zaciągnięte bez jej zgody i wiedzy. Myślicie, że bank jej pomógł w tej walce? W najlepszym razie można powiedzieć, że zachowywał chłodną obojętność. Cokolwiek zmieniło się dopiero po tym, gdy do akcji wkroczyła subiektywność. Przypadek? Nie sądzę.

      Ta historia burzy krew w żyłach, więc sugeruję, by zapoznawać się z nią trzymając się mocno poręczy fotela. Pani Martyna, posiadaczka konta w jednym z bardzo dużych polskich banków, na początku 2011 r. stała się też posiadaczką kredytu o wartości 43.500 zł. Stała się nią zaocznie i wbrew włanej woli. Do oddziału banku udał się w jej zastępstwie ukochany mąż. Złożył wniosek o wspólny kredyt, podał wszystkie potrzebne dane osobowe (swoje i żony), przyniósł swoje zaświadczenie o dochodach i umówił się na podpisanie umowy. Na tę "uroczystość" przyszedł sam, mówiąc pracownicy banku, że żona właśnie miała wypadek i że jest w szpitalu. Zadeklarował, że zawiezie jej umowę do podpisu i już za godzinkę jest z powrotem. Ba, połączył się nawet telefonicznie z jakąś kobietą, która porozmawiała z pracownicą banku i potwierdziła, że okoliczności są wyjątkowe i byłoby dobrze, gdyby bank poszedł jej na rękę.

      Jak się pewnie domyślacie, ani żona nie była w szpitalu, ani nikt do niej nie dzwonił. Szanowny mąż potrzebował wkręcić pracownika banku, by na chwilę wydano mu umowę i by mógł podpisać się na niej (oraz na oświadczaniu o egzekucji) zamiast żony. A więc po prostu sfałszować jej podpis. Poszło mu o tyle łatwo, że był wówczas pracownikiem Ministerstwa Finansów, a więc uchodził w oczach pracownicy banku za niezwykle wiarygodną osobę. Ówczesna małżonka dowiedziała się o tym, że jest stroną jakiejś umowy kredytowej dopiero po półtora roku, gdy było już po rozwodzie. Dowiedziała się od komornika, który przysłał jej ostateczne wezwanie do zapłaty. Były mąż oczywiście kredytu nie spłacał. Wyjachał z kraju, a bank oczywiście nie miał czasu, by zająć się szukaniem wiatru w polu, tylko zabrał się za egzekucję długu z współkredytobiorcy.

      "Natychmiast udałam się do banku wskazanego w piśmie i opowiedziałam o zaistniałej sytuacji. Odesłano mnie do oddziału w którym została podpisana umowa. Tam już czekała na mnie dyrektorka banku i menager ds. klienta. Pokazałam pismo od komornika. Wyjaśniłam, że nigdy nie zaciągałam kredytu i nigdy wcześniej nie byłam w tym banku. Pani dyrektor oznajmiła mi, że wie, iż w banku nie byłam, bo nie mogłam w nim być, ponieważ mój mąż powiedział, że leżałam w szpitalu. Poprosiłam o wgląd do umowy"

      - opowiada mi pani Martyna. Wgląd uzyskała, ale tylko jeszcze bardziej się zdenerwowała. Dokumentacja kredytowa była niekompletna, zawierała wiele braków w miejscach, gdzie powinny być podpisy żony i pracownika banku. Natomiast tam, gdzie podpisy żony były, oczywiście miały się nijak do rzeczywistych wzorów podpisów, które nieszczęsna kobieta złożyłą w banku przy okazji zakładania tam konta. No, ale skoro praocwnik banku wydaje współkredytobiorcy umowę celem jej zdalnego podpisania przez drugiego współkredytobiorcę, to tym bardziej nie będzie się zajmował spradzaniem podobieństwa tego podpisu do orginału. Jak zaufanie to zaufanie ;-).

      "Prosiłam, by dyrektorka oddziału wstrzymała przeciwko mnie egzekucję komorniczą. Powiedziała, że niestety nie może tego zrobić i że mi współczuje. Na policji złożyłam zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa. Wszczęto dochodzenie pod kątem podrobienia mojego podpisu na umowie kredytowej. Policja wezwała bank do wydania oryginału umowy i wszelkiej dokumentacji związanej z kredytem. Bank początkowo zasłaniał się tajemnicą bankową. Powołano grafologa"

      - opowiada pani Martyna. Ekspertyza z lutego 2015 r. potwierdziła, że podpisy na umowie nie należą do mojej czytelniczki. I że jest duże prawdopodobieństwo, że zostały sfałszowane przez byłego męża, chociaż nie można sprawdzić tego jednoznacznie (brak wystarczającego materiału porównawczego). Sprawę umorzono z powodu niewykrycia sprawcy. Pani Martyna twierdzi, że bankowcy w tej sprawie nie poddali się biernie biegowi wydarzeń, lecz nawet posuęli się do sfałszowania jednego z dokumentów. Zmieniono imię i nazwisko jednej z osób, która reprezentowała bank podczas zawarcia umowy. Pani Martyna na bieżąco robiła ksero z akt i twierdzi, że dysponuje w tej sprawie dowodami. Fakt: gdybym w taki sposób dał ciała przy podpisywaniu umowy kredytowej to też chciałbym z niej potem zniknąć ;-).

      "Po umorzeniu sprawy dotyczącej sfałszowania podpisu złożyłam kolejne zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa. Oskarżyłam bank i mojego byłego męża o to, że wspólnie zawarli umowę kredytową na moje dane, a długiem bezprawnie bank obciążył mnie i do dnia dzisiejszego uporczywie traktuje mnie jak dłużnika, nasyłając na mnie komornika. Komornik zajął mi nawet zwrot kosztów sądowych jakie zasądzono mi od męża za sprawę rozwodową. Sama wychowuję dziecko, nie mogę normalnie funkcjonować i pracować, bo jestem dłużnikiem banku. Nie wiem co powinnam zrobić, bo nie ufam już nikomu. Proszę o jakąkolwiek poradę, Z góry bardzo dziękuję"

      - napisała pani Martyna. Szlag mnie trafił, więc natychmiast pobiegłem do banku i zadałem tylko dwa proste pytania: 1. Jak to możliwe, że bank wydaje klientowi umowę kredytową i pozwala na jej zdalne podpisanie przez współmałżonka (nie mając możliwości sprawdzenia autentyczności podpisu). 2. Dlaczego bank nadal windykuje klientkę, skoro wiadomo, że jest ofiarą wyłudzenia? Bank oczywiście zasłonił się tajemnicą bankową i odesłał mnie z kwitkiem. Natychmiast uruchomiłem więc prywatne znajomości - mam takie "kontakty operacyjne" w większości banków, których używam w sytuacjach szczególnie trudnych i gardłowych (to jest powód, dla którego nie podaję na razie nazwy banku - nie chcę kłopotów dla dobrego człowieka, który sprawę ekspresowo odkręcił). Tydzień temu dostałem informację, że bank definitywnie zakończył postępowanie windykacyjne wobec pani Martyny (podobno było od 2013 r. zawieszone, ha, ha!) i wysłał do BIK prośbę o usunięcie informacji o jej długu. Nie rozumiem dlaczego nie zostało to zrobione w 2015 r., gdy sąd stwierdził fałszerstwo podpisu. Albo jeszcze wcześniej, gdy okazało się, że pracownicy banku dali się oszukać jak dzieci.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „Nie do wiary! Bank udzielił mu kredytu "na gębę"! I windykował Bogu ducha winną kobietę!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 07 kwietnia 2017 08:48
  • czwartek, 06 kwietnia 2017
    • Jak nie płacić klientom krocia za depozyty? Jest pewien prosty trik... Tylko oni go stosują

      Kilka razy pisałem Wam już o dziwnym pomyśle Idea Banku, który postanowił pobawić się w inkasenta i wprowadził na rynek pierwszą sieć mobilnych wpłatomatów, jeżdżących od klienta do klienta i przyjmujących szmal. Na początku wydawało się, że będzie to głównie pomysł marketingowy, taka reklama banku i rodzaj wiadomości: "zobaczcie jacy jesteśmy pomocni, nawet po kasę do klientów przyjeżdżamy". Okazuje się jednak, że robi się z tego nie tylko reklamówka, ale i poważny biznes. Bank pochwalił się, że za pośrednictwem tych maszyn do banku wpływa już ponad 50 mln zł miesięcznie. Jeśli ten trend się utrzyma, w skali roku mobilne wpłatomaty będą pozyskiwać dla banku - lekko licząc - pół miliarda złotych.

      Samochodów z wpłatomatami na pokładzie ideabankowcy mają już 19 i są one dostępne dla klientów we wszystkich największych polskich miastach. A na ten rok - o czym też już pisałem - bank planuje podwojenie liczby wpłatomatów na kółkach. To może oznaczać, że w przewidywalnej przyszłości takie gotówkowe assistance będzie generowało bankowi wpływy depozytowe rzędu miliarda złotych w skali roku. To już nie są żarty, bo chociaż portfel depozytowy Idea Banku jest wart aż 14 mld zł, to wciąż jest to nieduża instytucja finansowa, która zwykle musi się nieźle napocić, żeby przyciągnąć od klientów lokaty.

      Ile bank może zarabiać na tym, że odbiera od klientów szmal osobiście? Zapraszam do lektury komentarza w serwisie "Subiektywnie o finansach"

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „Jak nie płacić klientom krocia za depozyty? Jest pewien prosty trik... Tylko oni go stosują”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 06 kwietnia 2017 19:22
    • W subiektywności idzie nowe. Po ośmiu latach blog się rozrasta. Poznajcie wersję deluxe!

      Dziś dla mnie ważny dzień. Oddaję w Wasze ręce nową stronę "Subiektywnie o finansach". Od dziś interwencje w Waszych sprawach, prześwietlenia reklam, recenzje nowych ofert finansowych i poradniki edukacyjne, a także moje programy wideo będę prezentował na stronie www.subiektywnieofinansach.pl. Mam nadzieję, że odświeżona "subiektywność" przypadnie Wam do gustu. Dzięki nowemu układowi treści będę mógł Wam pokazać więcej ciekawych tekstów naraz i w bardziej atrakcyjnej - jak sądzę - formie. "Jednowymiarowość" blogu zawsze mi troszkę doskwierała, zwłaszcza w najbardziej "płodne" dni, kiedy miałem Wam do powiedzenia więcej, niż byłem w stanie zmieścić na blogowej stronie.

      Dla tych z Was, którzy pożądają po prostu codziennej dawki felietonu o pieniądzach, zmieni się niewiele - na samej górze nowej strony znajdziecie najważniejsze teksty, które napisałem w ostatnich dniach. Dla tych, którzy oczekują ode mnie więcej... cóż, teraz będzie mi łatwiej Wam dogodzić. Na nowej stronie "Subiektywnie o finansach" znajdziecie m.in.:

      >>> specjalną sekcję "Prześwietlamy reklamy" z analizami reklam emitowanych obecnie w mediach. Sprawdzam, czy w ofertach nie ma haczyków i czy reklamy nie pomijają niczego ważnego. Jeśli jeszcze nie prześwietliłem reklamy, która Was zainteresowała - po prostu dajcie znać przez formularz kontaktowy na stronie

      >>> sekcję dla posiadaczy oszczędności "Prześwietlamy inwestowanie". Będę tam przedstawiał nowe pomysły na lokowanie oszczędności - oferty akcji, obligacji korporacyjnych, najciekawsze fundusze, inwestycje alternatywne...

      >>> dla tych z Was, którzy mają bardzo sprecyzowane zainteresowania, przygotowałem cztery sekcje tematyczne - "Wokół portfela" (o nowych ofertach banków, firm ubezpieczeniowych, pośredników), "W twojej sprawie" (tu zebrałem wszystkie sprawy, w których ostatnio występowałem w Waszej obronie i powstał o tym tekst - bo wiele spraw udaje mi się dla Was załatwić też "zakulisowo" i bez śladów), "Portfel i technologie" (tu będą moje felietony o nowinkach technologicznych, które ułatwiają zakupy, zarządzanie pieniędzmi albo ich transferowanie) oraz "Na wokandzie" (tu zebrałem najciekawsze, przełomowe albo w jakiś sposób znaczące wyroki sądowe z dwóch ostatnich lat - to nie jest baza wszystkich wyroków, ale przegląd najciekawszych).

      >>> sekcję "Dziś porównuję", w której analizuję kilka podobnych do siebie produktów finansowych i pomagam Wam dokonać wyboru lepszego z nich

      >>> bazę wiedzy o Waszych portfelach, gdzie znajdziecie najciekawsze felietony na temat tego jak oszczędzamy, ile zarabiamy, jak pracujemy, jak kupujemy i płacimy. Jeśli szukacie nowych danych dotyczących finansów - jest szansa, że tam je znajdziecie

      >>> nową sekcję poradnikową. Piszecie do mnie żebym poradził Wam coś na taki czy inny problem finansowy. Większość tych problemów omawiałem już w ciągu ośmiu lat blogowania, ale te poradniki były do tej pory mocno schowane i jedyną szansą, żeby do nich dotrzeć, było przeczesywanie wyszukiwarek. Teraz będzie prościej. Najważniejsze poradniki zebrałem w jednym miejscu, a sukcesywnie będę dokładał kolejne - będą to zaktualizowane wersje poradników opublikowanych na samcik.blox.pl.

      >>> na nowej stronie będę prowadził dla Was czaty i webinary. Ostatnio nie byłem w stanie odpowiadać na wszystkie Wasze mejle, ale chcę, żebyśmy utrzymywali systematyczny kontakt, dlatego wkrótce zaproponuję nowe formy, dzięki których - mam nadzieję - będę bardziej dla Was dostępny jeśli będziecie potrzebowali porady dotyczącej pieniędzy

      >>> łatwiej dostaniecie się teraz do moich filmów, bo dorobiłem się wreszcie sekcji z klipami wideo, które na samcik.blox.pl musiałem wrzucać pod najnowszym tekstem i tym samym zamulać stronę. Teraz moje najpopularniejsze cykle wideo będziecie mogli obejrzeć w jednym miejscu (a reszta - tak jak dotąd - jest na YouTube).

      >>> mam specjalne miejsce na sondy i ankiety - będę Was pytał o różne sprawy i prosił o opinię. Jeśli Wam się spodoba i będziecie chętnie odpowiadać - będę ogłaszał wyniki raz na jakiś czas na "Subiektywnie o finansach"

      Od razu proszę, żebyście dodali nową stronę "Subiektywnie o finansach" do ulubionych i nie zapominali o niej przy porannej kawie oraz przy innych okazjach :-). Nie lubię zmian i łatwo przywiązuję się do starego, ale... blog ma już dokładnie osiem lat i tydzień. W ciągu 2927 dni opublikowałem w nim 3366 wpisów. Czyli średnio więcej, niż jeden dziennie (włączając święta)! Kliknęliście w tym czasie notki blogu aż 34.576.000. Mój licznik odwiedzin orzekł, że tylko przez ostatnie cztery lata było tu prawie 8,2 mln ludzi (lub trochę mniej jeśli czasem czyścicie w swoich komputerach cookies ;-)). Wszyscy zasłużyliśmy na nową odsłonę ;-).

      Bardzo Wam dziękuję za to, co było i z nadzieją czekam na to co będzie. Postaram się trzymać poziom i - tak jak do tej pory - okraszać subiektywność solidnymi argumentami. Nie zmieni się też inna cecha blogu: w dalszym ciągu - tak, jak przez poprzednich osiem lat - codziennie będę Wam serwował coś nowego, nierzadko podnosząc przy tym ciśnienie bankowcom ;-)). Gorąco zapraszam do odwiedzania - dziś i codziennie - nowej strony www.subiektywnieofinansach.pl. Napiszcie czy Wam się podoba.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (39) Pokaż komentarze do wpisu „W subiektywności idzie nowe. Po ośmiu latach blog się rozrasta. Poznajcie wersję deluxe!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 06 kwietnia 2017 09:01
  • środa, 05 kwietnia 2017
    • Chcesz auto zastępcze? To je sobie weź. Ale lepiej, żebyś go nie potrzebował daleko od domu

      Firmy ubezpieczeniowe straciły w zeszłym roku na sprzedanych przez siebie polisach dla naszych samochodów okrągły miliard złotych. Nad kreskę nie wyprowadziły ich nawet drastyczne podwyżki cen zaordynowane klientom! Jednocześnie bowiem rosła liczba zgłaszanych szkód i koszty ich likwidacji (m.in. wyższe odszkodowania). Nic więc dziwnego, że ubezpieczyciele robią co się da, by naprawianie naszych samochodów kosztowało ich jak najmniej. Opisywałem już pomysły jednej z największych firm ubezpieczeniowych, która wyceniając szkodę wpisuje do kosztorysu "domyślny" rabat w wysokości 30% wartości prac, który klient miałby wynegocjować z warsztatem. Jeśli mu się to nie uda - ubezpieczyciel bez szemrania podniesie wycenę. Ale jeśli klient nie wpadnie na pomysł, by zakwestionować bazowy kosztorys, zaś warsztat nie obniży swojego wynagrodzenia, to klient dopłaca do naprawy z własnej kieszeni, choć przecież po to kupił ubezpieczenie, by tych kosztów uniknąć.

      Innym pomysłem ubezpieczycieli są "manewry" z samochodami zastępczymi. Dziś już rzadko zdarza się, że auta zastępczego się klientowi całkiem odmawia (bo np. mógłby jeździć tramwajem). Ale ubezpieczyciele - korzystający przeważnie z pośrednictwa firm wynajmujących auta - starają się na nich jak najbardziej zaoszczędzić. Znajomy opowiadał mi, że niedawno został wysłany po auto zastępcze za miasto (bo firma, z którą współpracował ubezpieczyciel, miała siedzibę na lotnisku) i tam też musiał je zwrócić. Co prawda w warsztacie przekonywali go, że może żądać auta "z dostawą", ale ani firma ubezpieczeniowa, ani firma wynajmująca samochody nie honorowała takiego żądania. Ale to jeszcze pół biedy: na każde lotnisko zwykle da się dojechać komunikacją publiczną w ciągu godziny lub dwóch. Gorzej, gdy z usług ubezpieczyciela (i auta zastępczego) musimy skorzystać z dala od domu.

      W takiej sytuacji znalazł się mój czytelnik, pan Artur, który jechał właśnie na długi weekend, gdy okazało się, że tym samym pasem ruchu, również na długi weekend, lecz znacznie szybciej, podróżuje pewna pani. Jak łatwo się domyślić, różnica prędkości doprowadziła do najechania na samochód pana Artura i konieczności skorzystania z lawety, warsztatu i auta zastępczego. Rzecz działa się - co jest kluczowe dla sprawy - ok. 45 km od miejsca zamieszkania mojego czytelnika. Szkoda była likwidowana z polisy OC sprawczyni, która wylegitymowała się polisą PZU. Państwowa firma ubezpieczeniowa bardzo szybko zorganizowała auto zastępcze i pan Artur właściwie bez opóźnienia dotarł na miejsce wypoczynku. Jego samochód zaś trafił do warsztatu. Kłopot w tym, że każda naprawa kiedyś się kończy.

      "Po naprawie pojechałem po swój pojazd do warsztatu. I zadzwoniłem do PZU z prośbą o to, by odebrano ode mnie auto zastępcze. Otrzymałem informację, że nie istnieje taka możliwość. Pojazd zastępczy muszę oddać do wypożyczalni, z której został mi dostarczony, niezależnie od odległości. Pani konsultantka oświadczyła, że moja prośba, by ktoś przyjechał po auto zastępcze nie ma związku ze szkodą".

      Pan Artur żali się, że przecież przepisy mówią, iż koszty związane ze zdarzeniem i powstałe w wyniku zdarzenia ubezpieczeniowego są pokrywane z polisy sprawcy. Przedstawicielka ubezpieczyciela nie zgodziła się, iż czas i koszty związane z dostarczeniem auta zastępczego do siedziby wypożyczalni (i powrotu) są związane bezpośrednio ze szkodą. Słowo klucz w tym momencie to "bezpośrednio". Ów brak "bezpośredniości" kosztów pan Artur raczy kwestionować.

      "Czy miałem jakiś wpływ na taki rozwój sytuacji? Przecież to nie ja zdecydowałem kiedy i gdzie ktoś najedzie na mój samochód. To nie moja wina, że odległości między warsztatem, a siedzibą wypożyczalni, są duże. Dlaczego mam ponosić tego koszty i konsekwencje?"

      - pyta pan Artur. Poprosił on firmę wynajmującą pojazd o odebranie go z wskazanego miejsca na koszt klienta. Firma wysłała pracownika i wystawiła za tę usługę fakturę, której pokrycia ubezpieczyciel odmówił. Cóż, każdy tu chciał zaoszczędzić, a na koniec zapłacił za to poszkodowany. Z jednej strony jestem w stanie zrozumieć, że firma ubezpieczeniowa nie jest skłonna płacić za każdą fanaberię klienta zwiążaną z dostarczeniem mu auta zastępczego. Sam ostatnio pisałem, że trzeba zapanować nad kosztami likwidacji szkód. Coraz częściej zdarza się np. że warsztat, widząc klienta z polisą w ręce, nie stara się naprawić auta po możliwie najniższych kosztach, lecz wręcz przeciwnie. Czyni to w dobrze pojętym interesie swojego klienta, ale ze szkodą dla wszystkich płacących składki - bo prędzej czy później koszty likwidacji szkód są wliczane w ceny składek.

      Ale z drugiej strony czy oczekiwanie, by auto zastępcze można było zostawić w tym miejscu, z którego odbiera się swój samochód, bądź też w miejscu zamieszkania klienta, jest zbyt wyuzdane? Bo w tej sytuacji aż strach wyjeżdżać z miasta. Może się okazać, że będę miał wypadek 100 km od domu, najbliższy warsztat licencjonowany będzie 50 km od domu, a samochód zastępczy będę musiał zwrócić jeszcze w innym miejscu - 75 km od domu. A może pobranie i odstawienie auta zastępczego powinno być elementem "wkładu własnego" klienta w szkodę? Jak sądzicie? 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Chcesz auto zastępcze? To je sobie weź. Ale lepiej, żebyś go nie potrzebował daleko od domu”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 05 kwietnia 2017 09:13
  • wtorek, 04 kwietnia 2017
    • "Henryk" czyli przyszłość narodu. Na co wydaje kasę? I dlaczego banki go kochają?

      Tylko 3% Polaków (nieco ponad 700.000 osób w 38-milionowym kraju) przekracza próg dochodów, który powoduje konieczność płacenia 32% podatku dochodowego. A przecież ten próg nie jest jakoś szczególnie wysoki jak na realia społeczeństw Zachodu - 85.000 zł rocznie, czyli 7.000 zł miesięcznie na rękę. Złotych, nie euro. Z kolei liczba osób, które deklarują dochód do opodatkowania wyższy niż milion złotych, wynosi tylko nieco ponad 20.000. Pomiędzy tymi "z drugiego progu", a zwykłymi Polakami, którzy z mniejszym lub większym kłopotem wiążą co miesiąc koniec z końcem, są tzw. "Henryki". To ludzie już wystarczająco dobrze radzący sobie finansowo, że zaspokoili podstawowe potrzeby - z reguły mają mieszkanie, samochód, prywatną polisę medyczną i dzieci w prywatnych szkołach - i bez problemu stać ich na mniejsze lub większe zbytki. Mający wysokie dochody, ale jeszcze nie bogaci. Ich "kryptonim" pochodzi od rozwinięcia skrótu HENRY ("high earnings, not rich yet").

      To o tyle kluczowa grupa, że skoro żyjemy w kraju, gdzie 10% Polaków zgromadziło 50% oszczędności, to "Henryki" mogą spróbować trochę namieszać w statystykach i znacząco zwiększyć skalę naszego narodowego bogactwa. A z punktu widzenia firm sprzedających elektronikę, turystykę i dobra luksusowe skuteczne dotarcie do tej grupy konsumentów to gwarancja złotego deszczu w rachunku wyników. "Henrykom" przyjrzała się pracownia badań społecznych GfK wspólnie z firmą Clue PR. Pod lupę trafiły osoby w wieku 25-45 lat, mające co najmniej średnie wykształcenie, 3000 zł indywidualnego dochodu na rękę (59% ma więcej, niż 4000 zł), deklarujące, że nie wydają "na życie" wszystkiego co zarobią (stać je na oszczędzanie lub na oszczędności) oraz korzystające z większości zdobyczy dobrobytu takich jak samochód, zmywarka do naczyń, szybki internet, karta kredytowa czy fundusze inwestycyjne.

      Czytaj też: Co trzeci w pracy się nie męczy, co szósty budzi postrach w sklepie. Tacy smart-Polacy. Aż strach pomyśleć co by było gdybyśmy wszyscy byli smart ;-)

      Próba badawcza nie była nadzwyczaj liczna - nieco ponad 300 osób - ale za to porównano ją z grupą tzw. przeciętnych obywateli, nie spełniających definicji HENRY. Z badania nie wynika też jak liczna w skali kraju jest grupa Polaków, którą można zaliczyć do HENRY, ale biorąc pod uwagę, że mediana zarobków w Polsce to jakieś 2500-2600 zł na rękę (czyli połowa ludzi zarabia więcej, a połowa mniej), można przypuszczać, że jest to co prawda mniejszość, ale dość liczna. Czym więc wyróżniają się "Henryki" wśród Polaków-szaraków? Z badania GfK i Clue wyczytałem następujące prawidłowości.

      "HENRYK": OBYWATEL ŚWIATA I EGOISTA? Wśród "Henryków" większy, niż w całym społeczeństwie jest odsetek osób preferujących aktywne spędzanie czasu, niż leżenie plackiem na plaży (53% vs 48%) i mniejszy odsetek osób lubiących jeździć w to samo miejsce (30% vs 35%). Lubią gdy coś się dzieje, lubią przeżywać emocje (36% vs 28%). Cóż, dla zwykłego Polaka-szaraka emocjonujący jest każdy dzień, bo walka o związanie końca z końcem zwykle wyczerpuje energetycznie. "Henrykom" te emocje odpadają, więc szukają sobie innych. Aż 27% "Henryków" przyznaje, że nie interesuje się sprawami kraju i koncentruje się na własnym życiu (17% wśród ogółu pytanych), aż 40% czuje się obwatelami świata (wśród przeciętnych Polaków 34%). Może i HENRY nie interesuje się niczym poza swoimi sprawami, ale za to interesuje się pracą. 27% z nich to pracownicy umysłowi, 23% reprezentuje wolne zawody, a 20% pełni stanowiska kierownicze.

      "HENRYK": LUBI SOBIE KUPIĆ WYJĄTKOWOŚĆ. Przeciętny "Henryk" ma bardziej nabożny stosunek do pieniędzy, niż przeciętny Polak-szarak. Aż 45% "Henryków" przyznaje, że bez posiadania odpowiednich pieniędzy trudno być szczęśliwym. Większy odsetek deklaruje, że ważne jest, by żyć na odpowiednim poziomie (27% vs 20%). Mniej osób wśród "Henryków" zaklina się, że nie chce być definiowana przez swój stan posiadania (51% vs 61% wśród "zwykłych" Polaków). Tylko 20% "Henryków" mówi, że lubi posiadać to, co ma większość ludzi. Reszta, jak sądzę, lubi mieć to, na co innych ludzi nie stać ;-). Dobra wiadomość jest taka, że mimo charakterystycznego dla "utracjuszy" rysu aż 61% (vs 57% w całej grupie Polaków) deklaruje skłonność do oszczędzania pieniędzy, by coś wyjątkowego sobie kupić.

      ZA CO CHĘTNIE ZAPŁACI "HENRYK"? Aż 45% osób z grupy HENRY ma kupiony przed pracodawcę lub przez nich samych pakiet prywatnych usług medycznych (wśród pozostałych przepytywanych - 33%). Ponad 40% kupiło sobie karnet na pływalnię lub siłownię, 40% ma kredyt mieszkaniowy (w obu przypadkach jest to o mniej więcej 10 punktów procentowych wyższy wynik, niż wśród pozostałych pytanych). HENRY-ki chętniej, niż pozostali konsumenci korzystają z płatnych serwisów wideo (Netflix, Ipla, HBO), nieco chętniej niż inni płacą za treści w internecie (27% vs 23%) i częściej, niż inni posyłają dzieci do prywatnej szkoły lub przedszkola (robi to co piąty). 75% obywateli HENRY ma w domu szybki internet, 93% kupiło sobie samochód.

      "HENRYK": MIŁOŚNIK BANKÓW. Wygląda na to, że "Henryki" mają większą skłonność do beztroski finansowej, niż przeciętny obywatel. Wynika to zapewne z tego, że życie ich nie zmusza do oglądania każdej złotówki przez lupę. 23% nie przywiązuje wagi do kontrolowania domowych finansów (wśród reszty Polaków deklaruje tę beztroskę tylko 14%, choć nie wiadomo czy szczerze), zaś 57% stara się zarządzać kasą (wśród pozostałych Polaków - 75%). "Henryk" w większym stopniu, niż Polak-szarak uważa, że kredyty są dla ludzi (37% vs 27%), w mniejszym stopniu zaś deklaruje, że lepiej unikać kredytów (42% vs 51%).

      cluehenry

      Procent "Henryków" deklarujących, że warto oszczędzać (44%) jest mniejszy, niż średnia społeczna (68%). Większy zaś jest wśród "Henryków" procent osób uważających, że warto wydawać pieniądze jeśli się je ma (29% vs 19%). Aż 67% obywateli HENRY ma kartę kredytową (biorąc pod uwagę, że w Polsce banki wydały ponad 2 mln kart kredytowych, można by szacować liczebność "Henryków" na 1,5 mln osób. Aż 83% z nich przyznaje, że wystarcza im na życie i odkładają pieniądze, to odkładają je na... przyszłe wydatki: przyjemności, zakupy, wyjazdy. Nie, nie pojawia się w ich deklaracjach dodatkowa emerytura :-).

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „"Henryk" czyli przyszłość narodu. Na co wydaje kasę? I dlaczego banki go kochają?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 04 kwietnia 2017 09:06
  • poniedziałek, 03 kwietnia 2017
    • E-sklep, w którym nie trzeba się rejestrować, a płacisz jednym klikiem? Otworzył go... bank

      Banki coraz bardziej intensywnie rozpychają się w usługach niefinansowych, w których dostarczanie pieniądza lub transferowanie go z miejsca na miejsce jest tylko tłem właściwego biznesu. Jednym z takich obszarów są programy rabatowe - mając dostęp do milionów klientów bank może być pośrednikiem między sieciami handlowymi, a konsumentami i pobierać za to pośrednictwo prowizję. Pomysły są najróżniejsze: mBank przystąpił do największego w Polsce programu lojalnościowego Payback, Bank Millennium wypuścił na rynek aplikację Goodie, która na razie jest tylko słupem ogłoszeniowym, ale gdy nabierze "inteligencji", może być też maszynką do zarabiania pieniędzy przez bank. PKO BP kupił operatora zdecentralizowanych programów rabatowych, które może tworzyć i "przypinać" do kart płatniczych każdy sklepikarz.

      Z kolei Raiffeisen Bank uruchomił w weekend swój nowy program lojalnościowy #korzystaj. Jest on dostępny tylko dla klientów banku (można wejść tylko po zalogowaniu) i pozwala kupować różne usługi i towary bez wychodzenia z bankowości elektronicznej lub mobilnej. Klient po prostu wybiera to, co chce kupić, zatwierdza transakcję jednym kliknięciem i zapłacone. I właśnie łatwość kupowania, a nie rabaty, mają być głównym wabikiem raiffeisenowego programu lojalnościowego. Użytkownicy, nawet jeśli nie będą mieli do załatwienia żadnego przelewu, mają wchodzić do banku tylko po to, żeby sprawdzić co jest aktualnie na wirtualnych półkach w jego "sklepie". Czy to się może udać? Na pierwszy rzut oka trudno sobie wyobrazić, by bank mógł być lepszym e-sklepem, niż "prawdziwy" e-sklep, ale jeśli przyjrzeć się temu bliżej...

      raiffeisenkorzytsaj2

      O ile w normalnym sklepie internetowym trzeba się rejestrować, zakładać konto, tracić czas na płacenie przelewem pay-by-link albo kartą oraz denerwować się czy ów sklep nie okaże się fatamorganą, o tyle w sklepie u Raiffeisena te wszystkie problemy znikają. Rejestrować się nie trzeba, bo "biletem wstępu" jest zalogowanie się do banku przez internet lub w aplikacji mobilnej. Płatność jest "jednoklikowa", zaś za wiarygodność sklepu ręczy bank. W tym modelu bank jest takim małym "allegro", który z jednej strony przyłącza do sieci sklepy i je weryfikuje, a z drugiej strony ułatwia autentykację klienta i zapewnia sprawne zawarcie transakcji oraz jej rozliczenie. Do tego wszystkiego dochodzi element lojalnościowy - możliwość płacenia za zakupy punktami zdobytymi za aktywne bankowanie z Raiffeisenem.

      Istota tego programu rabatowego polega bowiem nie na tym, że w bankowym "sklepie" ceny są bardziej okazyjne, niż gdzie indziej. One są standardowe, natomiast bank może "zasponsorować" klientowi część zakupu, o ile ten wcześniej zdobył punkty lojalnościowe. Co miesiąc Raiffeisen będzie wysyłał użytkownikom programu sugestie o tym co powinni zrobić (lub czego nie robić) w banku, by zdobyć jak najwięcej punktów. I tak w kwietniu do wzięcia bez większego wysiłku jest 40 pkt., ale pod warunkiem, że jesteś nowym klientem. Aby tyle uciułać trzeba aktywować i zapłacić jeden raz za zakupy kartą debetową (za to jest np. 5 pkt.), jeden raz telefonem (Raiffeisen oferuje aplikację mobilną do której podpina klientom karty płatnicze - 5 pkt.), jeden raz wejść do nowo aktywowanej bankowości internetowej, wymienić walutę w e-kantorze R-dealer, aktywować powiadomienia SMS-owe o transakcjach oraz złożyć dyspozycję przelewu wynagrodzenia do Raiffeisena (tu przykładowa "stawka" wynosi 10 pkt).

      Mając te punkty można już iść na zakupy. Przelicznik jest prosty jak drut: 1 pkt. przekłada się na 1 zł, które można wydać w raiffeisenowym sklepie. Przy każdej transakcji pojawia się suwak, na którym klient może określić jaką część ceny płaci punktami, a jaką część gotówką ściąganą z karty płatniczej podpiętej do #korzystaj. Nie dość więc, że mamy e-sklep z bardzo łatwą płatnością i z możliwością zalogowania się doń poprzez konto bankowe, ale i jest przy tym e-sklepie program lojalnościowy premiujący najbardziej aktywnych klientów.

      korzystaj_40_pkt

      Nieźle? To teraz kilka słów o wadach i niedociągnięciach. Pierwsza rzecz to głębokie "zakonspirowanie" programu w czeluściach bankowości internetowej Raiffeisen Banku. W weekend, gdy po raz pierwszy testowałem #korzystaj (sprowokowany reklamą telewizyjną), wszedłem na stronę programu (korzystaj.pl), stamtąd zostałem odesłany na stronę logowania do banku, a jak już dostałem się na konto w Raiffeisenie to... przez dłuższą chwilę musiałem szukać przycisku z nazwą programu. Znalazłem na jednej z podstron. Mam nadzieję, że raiffeisenowcy to poprawili lub zaraz poprawią. Druga rzecz to rejestracja w programie. Przy próbie pierwszego zakupu system wymusza uzupełnienie krótkiego formularza z danymi osobowymi (większość "wypełnia się" sama na podstawie danych w systemie banku) oraz kliknięcie zgód marketingowych (m.in. na udostępnienie danych objętych tajemnicą bankową partnerom handlowym Raiffeisena), następnie każe wybrać kartę, która będzie używana w ramach programu, a na koniec weryfikuje tę kartę - klient musi podać numer CVC z odwrotu plastiku. Deczko skomplikowane.

      Trzecia rzecz to jakość nagród. Docelowo mają tam być rzeczy powszechnie poważane i będące przedmiotem pożądania wielu, ale na razie nie ma się czym podniecać. Program ma raptem sześciu partnerów (sklepy internetowe publio.pl i virtualo.pl, sieć kin Cinema City, firma od diet pudełkowych LightBox, prezentowy pośrednik KatalogMarzeń.pl oraz Storytel (abonamenty na audiobooki). Można więc kupić bony podarunkowe, zaproszenie do aktywności związanych z adrenaliną (drifting, kurs bezpiecznej jazdy, nurkowanie, sesja jogi, jazda quadem, off-road, sesja zdjęciowa, masaż, kolacja we dwoje, kurs sushi, voucher do spa oraz e-booki i audiobooki i diety podełkowe. Być może dla młodych klientów Raiffeisena są na tej liście jakieś atrakcje, ale ja na razie nie poczułem weny, by skorzystać z usług e-sklepu.

      raiffeisen_korzystaj

      Brakuje mi na raiffeisenowych półkach gadżetów elektronicznych, smartfonów, najbardziej cenionych marek luksusowych, rzeczy budzących emocje i pożądanie. No i brakuje mi subtelnego big-data. Jako rasowy facet gubię się mają na wierualnej półce 2956 audiobooków. Ale gdyby Raiffeisen, korzystając za moimi plecami z tego wszystkiego co wie o moich zainteresowaniach i zakupach (a wie dużo, oj dużo) wyświetlił mi przed nosem coś, co w głębi duży chciałbym mieć... Bycie zwykłym sklepem internetowym z łatwą płatnością i bez logowania jest fajne, ale oczekuję efektu wow. Jak już on będzie, to #korzystaj rzeczywiście może się stać konkurencją dla sklepów internetowych. Albo raczej wrotami dla klientów Raiffeisena, by z tych sklepów korzystać łatwiej, szybciej i na preferencyjnych warunkach (punkty dla aktywnych).

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „E-sklep, w którym nie trzeba się rejestrować, a płacisz jednym klikiem? Otworzył go... bank”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 03 kwietnia 2017 10:04
  • niedziela, 02 kwietnia 2017
    • Chcesz zarobić na zakupach? Duża sieć sklepów spożywczych szuka współwłaścicieli

      Od czasu do czasu zwracam Waszą uwagę na potencjalnie ciekawe pozabankowe lokaty kapitału. A wśród nich - na oferty spółek wchodzących na giełdę. Z reguły takie debiuty są mniej ryzykowne, niż zakup udziałów w spółkach już notowanych na parkiecie (bo dotychczasowi właściciele muszą zaoferować dyskonto cenowe). A mieć cząstkę własności porządnej, dobrze prosperującej spółki jako dodatkowy "fundusz emerytalny" to rzecz, która mnie kręci. Jeśli kręci też kogoś z Was, to uprzejmie donoszę, że jeszcze tylko dziś można zapisywać się na akcje dużej sieci sklepów spożywczych Dino. To okazja do tego, by - będąc konsumentem - przestać tylko płacić za zakupy, ale i zacząć zarabiać na tym, że inni wydają w sklepach pieniądze.

      Dino jest siecią ponad 600 sklepów obecną głównie w mniejszych miastach (i na peryferiach największych aglomeracji). Rozwija się szybko, bo rocznie powstaje po 100 nowych sklepów tej marki. Choć sieć musi rywalizować z jednej strony z takimi potentatami jak hipermarkety Carrefour, Auchan i Tesco, zaś z drugiej z sieciami dyskontów (Biedronka, Lidl i inni), to wygląda na to, że znalazła sobie miejsce na rynku gdzieś pomiędzy tymi konceptami. Typowy sklep Dino jest mniejszy od Biedronki (więc łatwiej i szybciej robi się tam zakupy), ale większy od Żabki (a więc oferuje większy wybór towarów). Ma służyć do niezbyt dużych, codziennych zakupów, ale asortymentem skutecznie zniechęcać klientów do wypraw w kierunku hipermarketów. Ani to delikatesy (jak Piotr i Paweł, czy dogorywająca Alma), ani sklep z taniochą. 

      sklepdino

      Dino nie należy do rynkowych gigantów. Wspomnianych wyżej 600 sklepów w zeszłym roku wypracowało niecałe 3,4 mld zł przychodów i jakieś 150 mln zł zysków. Dla porównania: największa pod względem obrotów Biedronka w swojej sieci 2700 sklepów wypracowuje 36-37 mld zł obrotów (jest więc 10-krotnie większa, niż Dino), zaś sprzedana niedawno - za jakieś 4 mld zł - sieć Żabka generuje niecałe 6 mld zł obrotów i ma 4200 sklepów (a więc jest niecałe dwa razy większa). Pod względem wartości obrotów Dino reprezentuje mniej więcej taki potencjał jak Polomarket, czy Netto. I dwa razy większy gracz, niż np. Stokrotka, czy Piotr i Paweł. Właścicielem połowy akcji jest prywatny inwestor Tomasz Biernacki, zaś drugą połowę (49%) kontroluje fundusz Enterprise Investors. I to właśnie on chce się pozbyć swoich akcji, wprowadzając sieć Dino na giełdę i sprzedając nam jej udziały.

      Czy warto je od Amerykanów kupić? Do zalet Dino z pewnością należy to, że jest poukładanym, rentownym biznesem. Przy prawie pięć razy mniejszej od Żabki liczbie sklepów wypracowuje więcej, niż połowę jej obrotów. Ma wysoką i od kilku lat rosnącą rentowność (ponad 20% na poziomie brutto). Sklepy stawia jako placówki własne (a nie w formie dużo tańszej franczyzy). Taka forma prowadzenia biznesu oznacza, że każdy sklep to początkowa inwestycja rzędu aż 2,5 mln zł i nie da się wejść z marszu do centrów dużych miast. Ale za to później łatwiej jest pilnować kosztów i jakości. Za cztery lata Dino chce podwoić liczbę posiadanych sklepów, poprawiając w dodatku rentowność tych, które już ma. Czyli odebrać klientów konkurencyjnym sklepom, których jest coraz więcej. Już co czwarty sklep Dino w promieniu pięciu kilometrów ma więcej niż pięć konkurencyjnych sieci sklepów (nie licząc malutkich, prywatnych sklepów osiedlowych).

      Czy jest na to szansa? W przeliczeniu na milion mieszkańców mamy ponad dwa razy mniej sklepów spożywczych, niż Niemcy i prawie dwa razy mniej, niż Francuzi (my ok. 80 a oni 120-180). Ale z drugiej strony oni mają więcej pieniędzy do wydania. W Wielkiej Brytanii, która też biedna nie jest, liczba sklepów na milion mieszkańców jest porównywalna do polskiej. Poza tym rynek sklepów spożywczych się konsoliduje (nie wiadomo czy Dino osiągnęlo już poziom "to big to fail"), a przykład Almy pokazuje, że niewiele trzeba, żeby się przwrócić - wystarczy słaba lokalizacja sklepów, marny marketing i zła polityka cenowa oraz produktowa. Nad sieciami handlowymi wisi groźba podatku handlowego (na razie mglista) oraz zakazu handlu w niedzielę. Niewykluczone, że decyzja Enterprise Investors, by teraz pozbyć się połowy udziałów w Dino, w jakimś stopniu wynika z faktu, że najszybszy i najłatwiejszy etap budowania ogólnopolskiej sieci sklepów już się skończył. Teraz trzeba będzie na dobre zacząć wchodzić w szkodę Żabkom, Biedronkom i innym owadom.

      Ale mimo tych wszystkich zastrzeżeń, nie ma dwóch zdań, że Dino jest porządną, dobrze naoliwioną maszynką, która mimo sporego zadłużenia w bankach (450 mln zł - to też ryzyko, bo banki mają to do siebie, że w razie jakichkolwiek kłopotów potrafią błyskawicznie "dobić" ofiarę) generuje zyski i zwiększa rentowność. Jeśli się zdecydujecie na zakup tych akcji (trzeba się spieszyć, zamówienie w biurze maklerskim (do wybiru macie DM Alior, DM PKO BP, mDm i jeszcze kilka innych biur) składać można jeszcze tylko w poniedziałek. Cena maksymalna (po takiej trzeba się zapisać, jeśli zainteresowanie będzie takie sobie, to firma zaodrynuje "rabat") wynosi 33,5 zł za akcję. Na każdą akcję przypada dziś 1,5 zł zysku (na razie pewnie nie ma mowy o dywidendzie, bo Dino potrzebuje kasy na inwestycje - 200-300 mln zł rocznie), co oznacza, że wskaźnik Cena/Zysk wynosi ponad 22.

      To niemało. W przypadku dużych, porządnych spółek okazją jest C/Z w okolicach 15-16. Trudno więc mówić o "promocji", ale jeśli szefom Dino uda się zrealizować plan rozwoju i powiększyć do 2020 r. sieć sklepów do 1200, zaś ich obroty napompować do 6-8 mld zł, to firma może wskoczyć do pierwszej szóstki największych sieci marketów w Polsce. A wtedy również na każdą akcję będzie przypadało znacznie więcej zysku, niż dziś, co będzie miało przełożenie na cenę akcji. Zagrożeń na horyzoncie jest sporo (jako się rzekło - najszybszy i najłatwiejszy etap rozwoju Dino może mieć już za sobą), ale kto nie ryzykuje... Mało kto przypuszczał, że takie firmy jak LPP, CCC, czy CD Projekt po 10-20 latach od debiutu będą miały wartość 10-20-krotnie większą, niż na starcie. Jeśli macie w okolicy sklep Dino, a rozważacie możliwość, by stać się jego współwłaścicielem, to koniecznie odwiedźcie go zanim zapiszecie się na akcje. Pierwsze wrażenie jest najważniejsze.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Chcesz zarobić na zakupach? Duża sieć sklepów spożywczych szuka współwłaścicieli”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      niedziela, 02 kwietnia 2017 19:17
  • sobota, 01 kwietnia 2017
    • Będzie specjalny fundusz na odszkodowania dla milionów oszukanych klientów? Branża w popiele

      Długo trwało, ale wygląda na to, że branża finansowa wreszcie zaczyna myśleć innymi kategoriami, niż tylko żądza pieniądza. Ostatnio spotykałem się z kilkoma prezesami banków oraz firm ubezpieczeniowych i z ich ust usłyszałem, że planują utworzenie specjalnego funduszu do wypłacania odszkodowań klientom, którzy padli ofiarą missellingu lub toksycznych produktów finansowych. W pierwszej kolejności mają zostać "obsłużeni" ci, którzy kupili polisy inwestycyjne oraz część posiadaczy kredytów hipotecznych we frankach (ci, którzy mają abuzywne klauzule w umowach). Ale pieniądze mają też dostać posiadacze "lewych" ubezpieczeń do kredytów (będących ukrytymi prowizjami), polis na życie ze skandalicznymi wyłączeniami odpowiedzialności oraz pakietów inwestycyjnych, które były wciskane klientom jako "pewna lokata kapitału"). 

      Bankowcy, ubezpieczyciele, a nawet pośrednicy finansowi chcą - w miarę możliwości - rozliczyć się ze wszystkimi, których w ciągu poprzednich 20 lat skrzywdzili. Co się stało? Przecież do tej pory jakiekolwiek działania branży finansowej były wymuszane zmianami w prawie albo niekorzystnym orzecznictwem sądów. Przedstawiciele Związku Banków Polskich oraz Polskiej Izby Ubezpieczeń w nieoficjalnych rozmowach mówią, że - m.in. dzięki codziennej lekturze blogu "Subiektywnie o finansach" - zrozumieli, iż warto ponieść karę za grzechy, by zacząć od nowa. Co prawda branży bankowej udało się ostatnio przekonać prezydenta oraz prezesa Polski, iż jest "too big to pay" (za duża, by płacić), ale bankowcy mają już dość wytykania ich palcami. Prezes pewnego banku opowiadał mi, że jadąc tramwajem do pracy usłyszał matkę mówiącą do dziecka: "patrz, tak wygląda bankster, tfu", a na spowiedzi nie dostał rozgrzeszenia za pierwszym podejściem. To musiało zaboleć. I chyba dlatego branża myśli o posypywaniu głów popiołem tak intensywnie, że cała wkrótce będzie w popiele.

      Ciekawe czy kulminacyjnym momentem będzie samobiczowanie prezesów największych instytucji finansowych podczas pielgrzymki do Świątyni Pieniądza w Toruniu. Wcześniej - w ciągu dwóch najbliższych tygodni - ma być ogłoszone zobowiązanie do utworzenia Funduszu Rekompensacyjnego. Banki zobowiążą się do przekazywania nań co najmniej 50% swoich corocznych zysków przez najbliższych 10 lat, zaś ubezpieczyciele - co najmniej 25% rocznych zysków. Finansiści uzyskali od wicepremiera Mateusza Morawieckiego zapewnienie, iż przekazane kwoty będą mogli odpisać od podatku bankowego. Z kolei minister Mariusz Błaszczak zapewnił, że Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego nie zakończy przed 2125 r. analizy wszystkich umów frankowych, zabezpieczonych ostatnio w bankach. Niezależna komisja złożona z przedstawicieli Związku Banków, Polskiej Izby Ubezpieczeń, KNF-u, UOKiK-u, Rzecznika Finansowego - ponoć chęć mediacji zadeklarowal Episkopat Polski (na osobistą prośbę prezesa NBP Adama Glapińskiego) - będzie decydowała o kolejności wypłat rekompensat poszczególnym klientom. Branża finansowa liczy, że efektem jej zobowiązań będzie wzrost akceptacji społecznej i powrót szacunku do zawodu finansisty. Jak sądzicie, czy jest na to szansa?

      MOŻE I JEST, ALE JEŚLI SPOJRZYCIE NA DATĘ PUBLIKACJI... CÓŻ, TO AKURAT BYŁ MÓJ ŻART PRIMA-APRILISOWY. MAM NADZIEJĘ, ŻE PROROCZY...

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (9) Pokaż komentarze do wpisu „Będzie specjalny fundusz na odszkodowania dla milionów oszukanych klientów? Branża w popiele”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      sobota, 01 kwietnia 2017 08:40
  • piątek, 31 marca 2017
    • Dziwaczne? Udzielili pożyczek, a teraz chcą się z nami... podzielić zyskiem. Testuję!

      Różne dziwne sposoby lokowania pieniędzy ostatnio widziałem, więc nie byłem zdziwiony informacją, że do Polski wchodzi firma zajmująca się pośredniczeniem między posiadaczami kapitału, a firmami pożyczkowymi. Platforma internetowa o nazwie Mintos.com oferuje możliwość lokowania w pożyczki pochodzące z portfeli pozabankowych firm udzielających pożyczek w kilkunastu krajach i w siedmiu różnych walutach. Trochę to przypomina znane w Polsce pożyczki społecznościowe, w których hegemonem jest firma Kokos.pl. Tyle, że w pożyczkach społecznościowych po drugiej stronie inwestora jest bezpośrednio osoba fizyczna-pożyczkobiorca, a tutaj mówimy o "rynku wtórnym", a więc pożyczki wystawiają ci, którzy już ich udzielli - firmy pożyczkowe. Jaki mają w tym interes? Prawdopodobnie chodzi o przyspieszenie rolowania kapitału oraz o podzielenie się ryzykiem w przypadku pożyczek, które zbytnio nie performują.

      Z pewnym przestrachem założyłem sobie konto na Mintos.com, wpłaciłem parę groszy (niestety trzeba to zrobić zwykłym przelewem bankowym, którego zaksięgowanie zajmuje dwa dni) przewalutowałem na euro i rzuciłem się w wir pożyczania pieniędzy na wysoki procent. Do portfela wrzuciłem w styczniu trzy pożyczki w Gruzji i jedną na Łotwie. Oprocentowanie trzech "gruzińskich" pożyczek wynosiło 13,5% w skali roku, zaś "łotewskiej" - 11,8% w skali roku. Wszystkie w momencie ich zakupu przeze mnie były spłacane terminowo, zaś kapitał miał być zwrócony w ciągu czterech miesięcy. Jak łatwo policzyć, w tym czasie - o ile nie zdarzyłoby się nic nieprzewidzianego - powinienem zainkasować 4% zysku licząc w euro (zysk w złotych zależy oczywiście od tego jak będzie się zmieniał kurs euro do naszej waluty).

      fastinvest2

      Każda pożyczka została dość dokładnie opisana: przykładowo jestem inwestorem w wynoszącej równowartość 172 euro pożyczce w Gruzji, której operatorem jest firma Lendo. Klient do tej pory spłacił 20 euro, zaś z pozostałej kwoty 120 euro (czyli 80%) ma ośmioro inwestorów, a ja mam 6% udziałów w tym "konsocjum". Resztę wciąż firmuje własnym kapitałem Lendo. Albo pożyczka na Łotwie, której pożyczkodawcą była firma Banknote. Klient pożyczył 411 euro, zaś 95% tej pożyczki "zrefinansowało" 23 inwestorów, z czego mój udział w "konsorcjum" wynosił 2%. Tę ostatnią pożyczkę klient spłacił przed terminem i tym sposobem odzyskałem prawie 11 euro (z odsetkami). Z drugiej strony jedna z pożyczek w Gruzji już jest przeterminowana... W środkowej kolumnie Mintos.com podał mi efekt już zakończonych inwestycji, zaś w prawej - stan inwestycji trwających: dwie małe spłacają się regularnie, a jedna - pechowo ta największa - na razie ma 30 dni opóźnienia. Jak znam rynek szybkich pożyczek, to tych pieniędzy już nie odzyskam.  

      mintossaldo

      Oczywiście nie wiem jakie są warunki pożyczek udzielonych klientom Lendo i Banknote. Zakładam, że koszty - tak samo, jak w przypadku naszych pożyczek pozabankowych - wynoszą nie kilkanaście, lecz kilkadziesiąt lub kilkaset procent w skali roku. A to, że firmy wystawiają te pożyczki na platformę internetową, "odpalając" inwestorom po kilkanaście procent zysku, jest inną odmianą zewnętrznego finansowania. Zamiast emitować obligacje, firmy szukają kapitału u internautów.

      Z Mintos.com współpracuje kilkanaście firm pożyczkowych (Nord Lizings, IFN Extra Finance, ITF, Aventus, Credit Star, Agro Kredit, Lendo, Acema, Mogo, a ze znanych w Polsce Kredito, CreamFinance, Aforti). Proces inwestowania pieniędzy jest prosty, bo po prostu klikam ikonkę "invest", określam kwotę inwestycji, potwierdzam i... gotowe (podobno gotowe, bo zaraz napiszę o moich wątpliwościach co do tego interesu). Jest wyszukiwarka pożyczek według kilku parametrów, m.in. oprocentowania, kraju pochodzenia klienta, waluty, statusu (pożyczka spłacana w terminie lub opóźniona), wartości i celu (pożyczka konsumpcyjna, na samochód, na własny biznes, hipoteczna). Jest też opcja autoinvest, która pozwala automatycznie rozproszyć pieniądze pomiędzy pożyczki o ustalonych przez inwestora parametrach. W portalu jest też zaszyty kantor internetowy, tzn. mogę wpłacić złote, a potem zamienić je na euro, korony duńskie lub czeskie, funty i inwestować w tych walutach.

      Fajne? Dla kogoś, kto chce zarobić kilka razy tyle co w banku i jest gotów na ostrą jazdę - być może. No bo tak: po pierwsze to są pożyczki pozabankowe o bardzo wysokim profilu ryzyka. Niedawno cytowałem w blogu statystyki BIK, z których wynika, że wśród klientów pozabankowych firm pożyczkowych tylko co trzeci nie miał nigdy kłopotów ze spłatą jakiegoś długu. Zaś prawie połowa miała solidne opóźnienia. Bardzo bym się zdziwił, gdyby żadna z "moich" pożyczek nie zdefaultowała (czyli - mówiąc po ludzku - gdyby wszystkie zostały spłacone). Ale to tylko jedna z wątpliwości. Są inne. Z firmą pożyczkową nie mam żadnej umowy na piśmie, tak samo zresztą, jak z portalem pośredniczącym w inwestycji. Jeśli klient nie odda pieniędzy - wiadomo, że tracę. Jeśli firma pożyczkowa będzie miała kłopoty finansowe? Jestem pierwszy w kolejce do "obcinki". Jeśli ktoś uzna, że nie musi mi płacić, bo mu się nie chce? Mogę popsioczyć w monitor i tyle. Jeśli portal pośredniczący w transferze pieniędzy się nagle zwinie? Bye bye, gotówko.

      fastinvest3Nie można oczekiwać od firm fintechowych, że będą miały wiarygodność wielkich korporacji. Wpłacając pieniądze do Mintos.com przekazuję je na konto w PKO BP, a pieniądze trafiają do Paysera, firmy pośredniczącej w transferach pieniężnych. Nie mam żadnej pewności, że rzeczywiście są w cokolwiek inwestowane. Poza tym oprocentowanie oferowane przez firmy pożyczkowe działające na Mintos.com przewyższa próg antylichwiarski, zaś przyjmowanie pieniędzy "pod" inwestycje w pożyczki można by uznać za obciążanie środków ryzykiem, a więc za nielegalną działalność parabankową. 

      Co ciekawe, Mintos.com nie jest jedyną firmą proponującą internautom w Polsce "podwykonawstwo" w działalności pożyczkowej. Jakiś czas temu trafiłem w necie na ofertę platformy Fastinvest.pl, która pod każdym względem bardzo przypomina Mintos.com. Jej strona jest wierną kopią "mintosowej", choć nigdzie na stronie internetowej firma nie podaje żadnych informacji o swoim pochodzeniu. Konto ma w ING Banku Śląskim, ale wpłacane pieniądze też trafiają do Paysera. Co ciekawe, Fastinvest.pl oferuje inwestowanie w pożyczki z Polski i Hiszpanii przy bardzo podobnych stopach oprocentowania, jak Mintos.com. Mogę np. "kupić" udział w pożyczce dla 36-latka z Tarnowa, który pożyczył 4100 zł na pół roku. Klient ma miesięczny dochód 2300 zł, zobowiązania 580 zł, a oprocentowanie, które mogę otrzymać to 12% w skali roku. Nie wiadomo która firma pożyczkowa udzieliła pożyczki, którą chce się "podzielić". 

      fastinvest1fastinvest4

      Podejrzane są oferowane przez Fastinvest.pl "gwarancje". Jak widzę słowo "gwarancja" przy jakiejkolwiek inwestycji, to nóż mi się w kieszeni otwiera. A jeśli jest to inwestycja w pożyczki pozabankowe,to już w ogóle. Tymczasem Fastinvest.pl kusi inwestorów gwarancją odkupu (czyli mogę w każdej chwili przerwać inwestowanie i odzyskać pieniądze) oraz gwarancją spłaty (portal przejmuje dług pożyczkobiorcy i przy 3-dniowym lub dłuższym opóźnieniu oddaje pieniądze inwestorom w imieniu spóźniającego się klienta). Jest to zacny pomysł, ale chętnie bym się dowiedział jaką wartość ma ów fundusz gwarancyjny, bo jeśli 30% pożyczek okaże się niespłacalnych to mam wątpliwości czy jakiekolwiek "gwarancje" to utrzymają. No, ale to tylko takie moje zrzędzenie starego tetryka. Generalnie biznes jest jak złoto: być "podwykonawcą" firmy pożyczkowej i zarobić 12% na pożyczce, na której oni zarabiają np. 150% :-).

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (8) Pokaż komentarze do wpisu „Dziwaczne? Udzielili pożyczek, a teraz chcą się z nami... podzielić zyskiem. Testuję!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 31 marca 2017 09:04
  • środa, 29 marca 2017
    • Murapol szuka wspólników do budowy mieszkań. Gwarantuje 5% rocznie, a jak się uda to 9%

      Fundusz inwestycyjny, który inwestuje w nieruchomości mieszkaniowe i gwarantuje co najmniej 5% rocznego zysku? To najnowszy pomysł firmy Heritage Real Estate (specjalizuje się w doradztwie na rynku nieruchomości), Murapolu (jeden z największych polskich deweloperów, kiedyś pisałem o nim w kontekście obligacji, które dla nas emitował) oraz towarzystwa funduszy inwestycyjnych Saturn. Jego udziały będzie można kupić najprawdopodobniej już w kwietniu. Fundusz ma być bezpieczniejszą alternatywą dla indywidualnego kupowania mieszkań na wynajem. Pieniądze będą inwestowane w grunty, na których Murapol będzie budował osiedla mieszkaniowe i je sprzedawał, dzieląc się zyskiem z uczestnikami funduszu. Ostatecznie, po doliczeniu udziału w zyskach ze sprzedaży mieszkań, inwestycja ma przynieść do 9% rocznego zysku (choć gwarantowane będzie tylko wspomniane wyżej 5%).

      Zainteresowani? Nie dziwię się ;-). Inwestowanie w nieruchomości ostatnio jest w modzie. Przy ekstremalnie niskiej opłacalności trzymania pieniędzy w banku posiadacze większej gotówki szukają alternatywy i przeznaczają rekordowo wysokie kwoty na zakup mieszkań za gotówkę (w zeszłym roku ponoć ponad 7,7 mld zł). Dochód z wynajmu - zwłaszcza jeśli nie występują koszty kredytu - sięga 4-5% zainwestowanego kapitału. A bezpieczeństwo inwestycji w nieruchomości, przynajmniej w oczach przeciętnego Kowalskiego, jest porównywalne do lokaty bankowej. Pojawiają się więc coraz to nowe pomysły firm, którzy chcą na tym trendzie zarobić. Dosłownie kilka dni temu pisałem o kupującej biurowce i centra handlowe firmie Griffin, która sprzedawała akcje za ponad 700 mln zł, obiecując nabywcom 6,5-7% rocznej dywidendy z wynajmu zakupionych powierzchni.

      Fundusz, który w kwietniu wprowadzić na rynek HRE, Murapol i Saturn TFI to przedsięwzięcie, które na pierwszy rzut oka przypomina niesławne fundusze Arka Nieruchomości, czy BPH Nieruchomości, które zebrały od klientów po kilkaset milionów złotych, by na 10 lat zainwestować tę kasę w mieszkania, biurowce i centra handlowe. Jak pewnie pamiętacie skończyło się to spektakularną klęską, bo kupione nieruchomości straciły na wartości, a reszty dzieła zniszczenia dokonał lewar z kredytów bankowych, dzięki któremu fundusze chciały zwiększać skalę biznesu. HRE-Murapol FIZAN - bo tak ma się nazywać fundusz gwarantujący 5% rocznego zysku z nieruchomości - będzie inwestował na krótszy termin. Inwestorzy mają dostać pieniądze z powrotem (wraz z zyskami) już po trzech latach. Inwestycją zaś będzie współzarządzał Murapol, czyli firma deweloperska, która zjadła zęby na budowaniu i sprzedaży mieszkań. No i tu ma nie być spekulacji, czyli gry obliczonej na wzrost wartości nieruchomości w długim okresie. Zakup gruntu, budowa mieszkań i ich sprzedaż z zyskiem w jak najszybszym terminie - tak to ma działać.

      Złoty interes? Być może, ale... Po pierwsze nie będzie to fundusz dla każdego. HRE-Murapol FIZAN ma charakter funduszu zamkniętego, a jego udziały będą oferowane tylko specjalnie zaproszonym klientom. Każda kolejna emisja certyfikatów (czyli udziałów w funduszu) będzie się odbywała co miesiąc i będzie obejmowała maksymalnie 149 inwestorów, z których każdy musi być gotowy do wyłożenia co najmniej 200.000 zł. W Murapolu i HRE mówią, że przygotowują też wersję funduszu dla zwykłych śmiertelników, dysponujących małymi kwotami, ale najpierw chcą wszystko przetestować na mniejszej liczbie dużych inwestorów. Zaproszenia do udziału w funduszu będą dostawać m.in. klienci VIP banków, z którymi zamierza współpracować Saturn TFI.

      Czy 5% zysku rocznie z trzyletniej inwestycji w nieruchomości to dla VIP-a atrakcyjna propozycja? Umiarkowanie, bo za 200.000 zł to on sam może sobie kupić kawalerkę (może nie w Warszawie, ale w Łodzi już na pewno) i zarabiać na jej wynajmowaniu nawet więcej, niż owe 5% gwarantowane przez HRE-Murapol. Oczywiście: inwestycja poprzez fundusz ma tę zaletę, że nie trzeba ponosić żadnych kosztów transakcyjnych (związanych z zakupem lokalu, przystosowaniem do wynajmu i poszukiwaniem chętnych) oraz rozprasza się ryzyko pomiędzy wiele nieruchomości. No i HRE-Murapol FIZAN daje szansę na jeszcze wyższy zarobek, niż owe 5%, bo będzie też dzielił się z inwestorami zyskiem ze sprzedaży mieszkań (o tym więcej napiszę za chwilę). Ale z drugiej strony HRE-Murapol FIZAN też ma koszty dodatkowe - przy sprzedaży certyfikatów sprzedawcy mogą brać aż do 5% prowizji na wejściu (choć mogą też zejść z nią do 0%).

      Druga wątpliwość dotyczy gwarancji zysku i opcji na jego podwyższenie. Od strony formalnej fundusz będzie lokował pieniądze klientów w akcje spółek celowych, które będą prowadziły poszczególne projekty budowlane. Powoływanie celowych spółek inwestycyjnych (tzw. SPV) nie jest niczym dziwnym, tak działają wszystkie duże firmy deweloperskie. Dzięki temu można prowadzić i rozliczać budowy w sposób uporządkowany i klarowny (każda ma "swoje" koszty i przychody). Ale oczywiście oznacza to też ryzyko dla udziałowca funduszu HRE-Murapol. Kupując certyfikaty inwestycyjne nie staje się na trzy lata właścicielem kawałka gruntu, czy budynku, a jedynie pośrednim udziałowcem spółki, która prowadzi budowę. Gdyby ta spółka celowa np. okazała się niewypłacalna, klient zostaje z bezwartościowym papierem. Oczywiście: w tym konkretnym przypadku gwarantem tego papieru jest jeden z największych w kraju deweloperów, więc ryzyko jest mniejsze. Ale jest.

      Z gwarancją zysku też jest dziwnie. Gwarantem jest Murapol - marka solidna, ale mimo wszystko nie zasługująca jeszcze na miano "niezniszczalnej". Nie jest to więc tak solidna gwarancja, jak państwowa, która dotyczy depozytów w bankach. A te 5% rocznie? Cóż, to poziom dość bezpieczny, bo większość dużych firm deweloperskich pracuje na marżach rządu 20% i większych. Wydaje się więc, że nie ma ryzyka, iż Murapol nie będzie w stanie zarobić tyle, by wypełnić zobowiązanie wobec klientów. Z kolei opcja zwiększenia zysków jest bardzo mglista. Otóż jak już Murapol sprzeda mieszkania będące przedmiotem inwestycji w certyfikaty HRE-Murapol FIZAN, to ma podzielić się zyskami z klientami funduszu. W jakiej proporcji? To zależy od decyzji firmy. W papierach pojawia się informacja, że zysk ten może zostać zwiększony do 9% rocznie, ale tak naprawdę będzie zależał od widzimisię organizatorów całego interesu. To słaby punkt, bo widzimisię ma to do siebie, że jeździ na pstrym koniu.

      Jeśli masz milion złotych w inwestycjach i szukasz nowego pomysłu na ulokowanie 200.000 zł z tej kwoty, to właśnie do ciebie przyjdzie HRE-Murapol FIZAN z propozycją zarabiania na budowie mieszkań w ramach trzyletniego dealu. Możesz liczyć na 5% zysku rocznie (a więc ma mniej więcej tyle samo, ile miałbyś z samodzielnej inwestycji w nieruchomość na wynajem) gwarantowanego reputacją dużej firmy deweloperskiej. Musisz liczyć się z koniecznością zapłaty do 5% opłaty "startowej" (co może zjeść jedną trzecią zysku z inwestycji). Masz opcję na większy zysk niż 5% rocznie, o ile firmie deweloperskiej uda się sprzedać mieszkania po dobrej cenie. Ale deweloper nie będzie miał obowiązku dzielenia się z tobą, w umowie nie będzie żadnego mechanizmu, ani wskaźnika, który określiłby ile ci się należy w ramach udziału w zyskach dewelopera. W miarę pewne jest tylko te 5% w skali roku (minus opłata startowa). I co o tym myślicie? Okazja? Kant?

      Podobną konstrukcję do pomysłu HRE i Murapolu miał fundusz stworzony przez Forum TFI, który zarabiał na renowacjach już istniejących mieszkań, a konkretnie - zabytkowych kamienic w Krakowie. Fundusz nazywał się Prestiżowe Inwestycje Krakowskie FIZ i zebrał 30 mln zł. Kupił za tę kasę trochę nieruchomości, przerobił je na luksusowe apartamenty, sprzedał i po dwóch latach wykupił wyemitowane certyfikaty, dając swoim udziałowcom 9% zysku w skali roku. Widać więc, że moda na nieruchomości pobudza wielu ;-). Ale warto pamiętać, że to jednak ryzykowna branża, bardzo podatna na wahania koniunktury w gospodarce. Zaś gwarancja firmowana przez prywatną firmę jest warta tyle, ile dobre imię i renoma tej firmy. Nawet największa renoma nie trwa wiecznie.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Murapol szuka wspólników do budowy mieszkań. Gwarantuje 5% rocznie, a jak się uda to 9%”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 29 marca 2017 19:37

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


użytkowników on-line