Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

02. Kredyty konsumenckie

  • poniedziałek, 21 maja 2018
    • Niewielka (i krótka) zaległość odcięła mojej czytelniczce drogę do kredytu. Jak to możliwe?

      W BIK za kilkadziesiąt złotych można kupić raport z informacjami na swój temat (a od niedawna nie tylko na swój). Jedną z konsumentek, która udała się do BIK, by zaspokoić swoją ciekawość, jest moja czytelniczka, pani Grażyna. Miało być dobrze, ale… pani Grażyna od czasu, gdy zajrzała do BIK, nie może odzyskać równowagi duchowej.

      Nikt nie lubi być niesprawiedliwie oceniany, a moja czytelniczka ma przekonanie, że kciuk Cezara przekręcił się w dół zupełnie bez podstawy. A że co Cezara nie da się napisać odwołania, więc jej mąż napisał do mnie:

      „Od jakiegoś czasu szykowaliśmy się z żoną na kredyt hipoteczny. Od 2015 r. żona miała trzy kredyty i wszystkie na tip-top płacone, bez żadnych opóźnień. Ostatnio kupiła samochód na raty i z tytułu tego kredytu też wszystko jest płacone terminowo, z małym ale… Dostała z banku monit za niedosłanie cesji polisy i ma opóźnienie w płatności tych 25 zł. Opóźnienie – 7 dni. Reszta historii kredytowej: pico bello. Jakie było nasze zdziwienie, gdy okazało się, że jej scoring z tego powodu spadł do 457 pkt. lub – jak kto woli – 68%, co oznacza że o kredycie prawdopodobnie możemy zapomnieć”

      – pisze mąż pani Grażyny. A w załączeniu przesyła całą dokumentację, a więc wydruki z raportów BIK. Rzeczywiście, zobowiązania w trakcje spłaty są dwa, zaś w rubryce „najgorsza historyczna płatność” jest zaznaczone jedno zielone i jedno żółte kółeczko. Patrząc na historię zobowiązania zaznaczonego na żółto widać zaległość w wysokości 25 zł między 8 a 15 marca. Potem już jest „bez zaległości”.

      W drugim kredycie przy żadnej racie nie ma opóźnienia, a BIK podaje też, że w 2017 r. pani Grażyna skończyła spłacać także trzeci kredyt, ale on też jest oznaczony jako „zielony”, czyli bez żadnych, nawet najmniejszych opóźnień. W historii jest też zobowiązanie z tytułu kredytu studenckiego, oznaczone jako „przechowywane w celach statystycznych” – też „zielone”.

      Co się stało? O tym do jakich wniosków doszedłem po analizie danych i rozmowach z ludźmi od scoringów przeczytacie w pełnej wersji tekstu na www.subiektywnieofinansach.pl. Link do tekstu znajdziecie tutaj

      ---------------------------------------------------------------------------

      Uwaga: na tej stronie ukazują się tylko skrócone wersje niektórych artykułów powstających w ramach projektu "Subiektywnie o finansach". Wszystkie teksty w pełnych wersjach - od jednego do trzech artykułów dziennie - ukazują się na mojej nowej stronie www.subiektywnieofinansach.pl  Dopisz ten adres do ulubionych w swojej wyszukiwarce i zaglądaj codziennie. Na mojej nowej stronie znajdziesz rady dotyczące lokowania oszczędności, wychodzenia z tarapatów i ostrzeżenia jak nie wpaść w pułapkę.

      Jeśli masz konto na Facebooku, to koniecznie zapisz się do obserwowania fan-page'u "Subiektywnie o finansach". Tam wrzucam nie tylko zajawki własnych tekstów, ale też komentuję różne wydarzenia i nowości z branży finansowej. Żeby zostać fanem subiektywności kliknij tutaj i zostań fanem

      Zapisz się na mój newsletter i odbierz zestaw praktycznych poradników, w tym przegląd najlepszych kont bankowych ułatwiających oszczędzanie

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Niewielka (i krótka) zaległość odcięła mojej czytelniczce drogę do kredytu. Jak to możliwe? ”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 21 maja 2018 08:06
  • poniedziałek, 13 listopada 2017
  • środa, 18 października 2017
  • czwartek, 12 października 2017
  • piątek, 07 kwietnia 2017
    • Nie do wiary! Bank udzielił mu kredytu "na gębę"! I windykował Bogu ducha winną kobietę!

      ZAPROSZENIE: Uruchomiłem nowy serwis www.subiektywnieofinansach.pl, w którym znajdziecie jeszcze więcej felietonów, prześwietleń, porównań i porad dotyczących Waszych portfeli. Znajdziecie tam też zaproszenie na czat, podczas którego będziecie mogli zadać mi pytania na żywo. Zapraszam do nowej odsłony subiektywności!

      W bankach powinien panować ład i porządek, gdyż są tam nasze pieniądze. To oczywista oczywistość i nikt nawet nie chce myśleć, że w którymś banku mogą pod tym względem występować jakieś niedociągnięcia. Np. takie, że przychodzi facet do banku i bierze kredyt na swoją żonę, z którą właśnie się rozwodzi. Po to w banku są procedury, weryfikacja tożsamości, przepisy i konieczność osobistego podpisania umowy przez klienta, żeby takie rzeczy nie mogły się wydarzyć. A jednak się wydarzyły. Moja czytelniczka przez kilka lat walczyła o to, by windykatorzy i komornicy przestali ścigać ją za długi zaciągnięte bez jej zgody i wiedzy. Myślicie, że bank jej pomógł w tej walce? W najlepszym razie można powiedzieć, że zachowywał chłodną obojętność. Cokolwiek zmieniło się dopiero po tym, gdy do akcji wkroczyła subiektywność. Przypadek? Nie sądzę.

      Ta historia burzy krew w żyłach, więc sugeruję, by zapoznawać się z nią trzymając się mocno poręczy fotela. Pani Martyna, posiadaczka konta w jednym z bardzo dużych polskich banków, na początku 2011 r. stała się też posiadaczką kredytu o wartości 43.500 zł. Stała się nią zaocznie i wbrew włanej woli. Do oddziału banku udał się w jej zastępstwie ukochany mąż. Złożył wniosek o wspólny kredyt, podał wszystkie potrzebne dane osobowe (swoje i żony), przyniósł swoje zaświadczenie o dochodach i umówił się na podpisanie umowy. Na tę "uroczystość" przyszedł sam, mówiąc pracownicy banku, że żona właśnie miała wypadek i że jest w szpitalu. Zadeklarował, że zawiezie jej umowę do podpisu i już za godzinkę jest z powrotem. Ba, połączył się nawet telefonicznie z jakąś kobietą, która porozmawiała z pracownicą banku i potwierdziła, że okoliczności są wyjątkowe i byłoby dobrze, gdyby bank poszedł jej na rękę.

      Jak się pewnie domyślacie, ani żona nie była w szpitalu, ani nikt do niej nie dzwonił. Szanowny mąż potrzebował wkręcić pracownika banku, by na chwilę wydano mu umowę i by mógł podpisać się na niej (oraz na oświadczaniu o egzekucji) zamiast żony. A więc po prostu sfałszować jej podpis. Poszło mu o tyle łatwo, że był wówczas pracownikiem Ministerstwa Finansów, a więc uchodził w oczach pracownicy banku za niezwykle wiarygodną osobę. Ówczesna małżonka dowiedziała się o tym, że jest stroną jakiejś umowy kredytowej dopiero po półtora roku, gdy było już po rozwodzie. Dowiedziała się od komornika, który przysłał jej ostateczne wezwanie do zapłaty. Były mąż oczywiście kredytu nie spłacał. Wyjachał z kraju, a bank oczywiście nie miał czasu, by zająć się szukaniem wiatru w polu, tylko zabrał się za egzekucję długu z współkredytobiorcy.

      "Natychmiast udałam się do banku wskazanego w piśmie i opowiedziałam o zaistniałej sytuacji. Odesłano mnie do oddziału w którym została podpisana umowa. Tam już czekała na mnie dyrektorka banku i menager ds. klienta. Pokazałam pismo od komornika. Wyjaśniłam, że nigdy nie zaciągałam kredytu i nigdy wcześniej nie byłam w tym banku. Pani dyrektor oznajmiła mi, że wie, iż w banku nie byłam, bo nie mogłam w nim być, ponieważ mój mąż powiedział, że leżałam w szpitalu. Poprosiłam o wgląd do umowy"

      - opowiada mi pani Martyna. Wgląd uzyskała, ale tylko jeszcze bardziej się zdenerwowała. Dokumentacja kredytowa była niekompletna, zawierała wiele braków w miejscach, gdzie powinny być podpisy żony i pracownika banku. Natomiast tam, gdzie podpisy żony były, oczywiście miały się nijak do rzeczywistych wzorów podpisów, które nieszczęsna kobieta złożyłą w banku przy okazji zakładania tam konta. No, ale skoro praocwnik banku wydaje współkredytobiorcy umowę celem jej zdalnego podpisania przez drugiego współkredytobiorcę, to tym bardziej nie będzie się zajmował spradzaniem podobieństwa tego podpisu do orginału. Jak zaufanie to zaufanie ;-).

      "Prosiłam, by dyrektorka oddziału wstrzymała przeciwko mnie egzekucję komorniczą. Powiedziała, że niestety nie może tego zrobić i że mi współczuje. Na policji złożyłam zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa. Wszczęto dochodzenie pod kątem podrobienia mojego podpisu na umowie kredytowej. Policja wezwała bank do wydania oryginału umowy i wszelkiej dokumentacji związanej z kredytem. Bank początkowo zasłaniał się tajemnicą bankową. Powołano grafologa"

      - opowiada pani Martyna. Ekspertyza z lutego 2015 r. potwierdziła, że podpisy na umowie nie należą do mojej czytelniczki. I że jest duże prawdopodobieństwo, że zostały sfałszowane przez byłego męża, chociaż nie można sprawdzić tego jednoznacznie (brak wystarczającego materiału porównawczego). Sprawę umorzono z powodu niewykrycia sprawcy. Pani Martyna twierdzi, że bankowcy w tej sprawie nie poddali się biernie biegowi wydarzeń, lecz nawet posuęli się do sfałszowania jednego z dokumentów. Zmieniono imię i nazwisko jednej z osób, która reprezentowała bank podczas zawarcia umowy. Pani Martyna na bieżąco robiła ksero z akt i twierdzi, że dysponuje w tej sprawie dowodami. Fakt: gdybym w taki sposób dał ciała przy podpisywaniu umowy kredytowej to też chciałbym z niej potem zniknąć ;-).

      "Po umorzeniu sprawy dotyczącej sfałszowania podpisu złożyłam kolejne zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa. Oskarżyłam bank i mojego byłego męża o to, że wspólnie zawarli umowę kredytową na moje dane, a długiem bezprawnie bank obciążył mnie i do dnia dzisiejszego uporczywie traktuje mnie jak dłużnika, nasyłając na mnie komornika. Komornik zajął mi nawet zwrot kosztów sądowych jakie zasądzono mi od męża za sprawę rozwodową. Sama wychowuję dziecko, nie mogę normalnie funkcjonować i pracować, bo jestem dłużnikiem banku. Nie wiem co powinnam zrobić, bo nie ufam już nikomu. Proszę o jakąkolwiek poradę, Z góry bardzo dziękuję"

      - napisała pani Martyna. Szlag mnie trafił, więc natychmiast pobiegłem do banku i zadałem tylko dwa proste pytania: 1. Jak to możliwe, że bank wydaje klientowi umowę kredytową i pozwala na jej zdalne podpisanie przez współmałżonka (nie mając możliwości sprawdzenia autentyczności podpisu). 2. Dlaczego bank nadal windykuje klientkę, skoro wiadomo, że jest ofiarą wyłudzenia? Bank oczywiście zasłonił się tajemnicą bankową i odesłał mnie z kwitkiem. Natychmiast uruchomiłem więc prywatne znajomości - mam takie "kontakty operacyjne" w większości banków, których używam w sytuacjach szczególnie trudnych i gardłowych (to jest powód, dla którego nie podaję na razie nazwy banku - nie chcę kłopotów dla dobrego człowieka, który sprawę ekspresowo odkręcił). Tydzień temu dostałem informację, że bank definitywnie zakończył postępowanie windykacyjne wobec pani Martyny (podobno było od 2013 r. zawieszone, ha, ha!) i wysłał do BIK prośbę o usunięcie informacji o jej długu. Nie rozumiem dlaczego nie zostało to zrobione w 2015 r., gdy sąd stwierdził fałszerstwo podpisu. Albo jeszcze wcześniej, gdy okazało się, że pracownicy banku dali się oszukać jak dzieci.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „Nie do wiary! Bank udzielił mu kredytu "na gębę"! I windykował Bogu ducha winną kobietę!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 07 kwietnia 2017 08:48
  • czwartek, 22 grudnia 2016
    • Pożyczkowe last minute: jak (niestety) zadłużyć się na święta i (być może) nie zbankrutować?

      Czyżby powoli szło ku dobremu w pożyczkach gotówkowych? Już jakiś czas temu zaobserwowałem wypłaszczenie, a potem nawet niewielki spadek marż generowanych przez banki na sprzedaży pożyczek gotówkowych. Nie do końca wierzyłem tym danym, bo choć źródło było wiarygodne (Narodowy Bank Polski), to nie sądzę, żeby dało się wyciągać daleko idące wnioski bez dogłębnej analizy setek ofert pod kątem dodatkowych kosztów (głównie prowizji i ubezpieczeń) oraz bez przeprowadzenia mystery shopping (celem sprawdzenia jakie pożyczki są rzeczywiście oferowane w przypadku ofert widełkowych). Jednak patrząc na ostatnio reklamowane pożyczki gotówkowe zaczynam przypuszczać, że do bankowych łepetyn wreszcie zaczęło docierać, że Polak - choć generalnie pragnący szybkiego pieniądza, na cenę zwracający mniejszą uwagę - ma jednak próg bólu. Ci, którzy go nie mają, i tak już poszli do pozabankowych firm pożyczkowych (podobno kontrolują już więcej, niż 25% rynku pożyczek do 4000 zł).

      Nie jestem fanem pożyczania pieniędzy na święta, wakacje, czy wyjazdy zimowe. Uważam, że bank służyć powinien głównie do pozyskiwania pieniądza na cele "inwestycyjne" - a więc np. kurs językowy, dzięki któremu będziemy mogli więcej zarabiać, albo np. remont warsztatu pracy, nowy komputer pozwalający zwiększyć efektywność pracy... Czystej konsumpcji nie finansowałbym kredytem, choć wiem, że pewnej części z Was do swojej filozofii nie przekonam. Zadłużycie się, bo uważacie, że tak trzeba. A jeśli już to zrobicie - banki generują w okresie przedświątecznym jedną czwartą rocznej "produkcji" kredytów gotówkowych! - to przynajmniej zróbcie to tanio lub względnie tanio, by zminimalizować ryzyko wpadnięcia w pętlę zadłużenia. Dziś o kilku ofertach, które zaliczają się do tej właśnie kategorii (choć z pewnymi zastrzeżeniami). 

      Niedawno pisałem o piłkarsko-świątecznej pożyczce w BZ WBK (do 4000 zł, najwyżej na rok), która - jeśli weźmiesz ją w oddziale lub przez telefon (w wersji internetowej jest mniej korzystna) oraz wykażesz się asertywnością i nie dasz sobie wcisnąć w pakiecie ubezpieczenia - może być rzeczywiście niedroga. Oprocentowanie jest niskie - ledwie 4% w skali roku. Do tego 5,5% prowizji. Też ujdzie, bo są banki, które bez żenady biorą 16-20%. Przykładowo: pożyczając 2000 zł na rok zapłaciłbym 43 zł odsetek i 110 zł prowizji (lub ciut więcej jeśli ta prowizja byłaby wliczona w kredyt, a więc oprocentowana). W sumie do zwrotu miałbym więc o 153 zł więcej, niż pożyczyłem. A miesięcznie oddawałbym niecałe 180 zł raty (z czego 13 zł przypadałoby na koszty).

      fabiaaaa

      Dziś opowiem o podobnej ofercie Alior Banku, po którym akurat nie spodziewałbym się postawy prokonsumenckiej. Ten bank przyzwyczaił mnie do tego, że dzięki skutecznemu marketingowi wyciska z klientów najwyższe marże. Przeważnie kredytowe produkty Alior Banku są bardzo "wdzięcznym obiektem" do prześwietlania. Ostatnio Alior Bank przestał jednak reklamować badziewne oferty spod znaku "pożyczkowca", tylko coś dziwnego: "Tanią pożyczkę na dowód".

      aliorpozyczkadowod

      Wniknąłem w ofertę i... O ile w oprocentowaniu zmieniło się niewiele - wynosi 4,9% w skali roku - to obniżono do sztywnych 6% prowizję. Pieniądze do 14.000 zł Alior pożyczy bez konieczności przynoszenia zaświadczeń o dochodach (wystarczy mieć dowód osobisty, swój niestety ;-)), nie ma też ograniczeń jeśli chodzi o okres kredytowania (pożyczka nie musi być bardzo krótka, limit wynosi do 12 lat, choć brania aż tak długich pożyczek nie rekomenduję). Nie piszą też nic o posiadaniu konta, ubezpieczenia, ani innych produktów. Nie można mieć tylko w Alior Banku żadnych aktywnych pożyczek (jak masz drogą to masz spłacać drogą ;-)). Chcąc skorzystać z wyższej pożyczki, niż owe 14.000 zł trzeba się liczyć z zastosowaniem "oferty standardowej". Czyli jakiej? Takiej lub siakiej ;-)

      aliortaryfasmieszne

      Niecałe 5% oprocentowania i 6% prowizji to nie jest jakiś szał pał, ale nie można powiedzieć, żeby była do droga pożyczka. Drogie są te z oprocentowaniem 3% i prowizją 16% oraz z ubezpieczeniem 0,2% kwoty kredytu miesięcznie ;-)). Gdybym chciał pożyczyć 2000 zł na rok, to zapłaciłbym na starcie 120 zł prowizji, a potem w ratach 52 zł odsetek. W sumie koszt wyniósłby 170 zł w skali roku. Trochę więcej, niż w przypadku oferty BZ WBK. Biorąc pod uwagę, że jest to pożyczka "na twarz", bez konieczności dostarczania żadnych dokumentów, da się przeżyć. Oczywiście wskazana jest spora asertywność, bo przecież nie mogę wykluczyć, że brak obowiązkowych elementów dodatkowych oznacza, że nie są one "wymuszane" przez doradcę kredytowego. Przecież może się okazać, że jeśli nie wezmę "darmowego" konta z dziesiątkami warunków darmowości, albo ubezpieczenia, to nagle okaże się, że nie mam zdolności kredytowej. Albo że mam ją, ale przy poziomie prowizji 16%.

      Na święta z ofertą nie-takiej-złej mikropożyczki ;-) wyjechał też Bank Millennium. On też nie jest jakoś specjalnie znany z tanich pożyczek, ale zaprezentował promocję skierowaną wyłącznie do swoich klientów, którzy w dodatku ostatnio nie pożyczali w tym banku pieniędzy. Promocja polega na tym, że kto pożyczy pieniądze na maksymalnie rok, zapłaci za pieniądze tylko 3% oprocentowania i 2% prowizji. Pardon, jest też mała pułapka - w ramach promocji trzeba wykupić ubezpieczenie spłaty kredytu, które poza promocją jest fakultatywne. Cena ubezpieczenia wynosi 0,3% kwoty kredytu miesięcznie i jest doliczana z góry do kwoty kredytu. Oznacza to, że przy rocznym terminie spłaty jest to dodatkowe 3,6% "prowizji". Mamy więc ofertę pożyczki z oprocentowaniem 3% i prowizją 5,6%. Pożyczając w Banku Millennium nasze 2000 zł na rok zapłacę 33 zł odsetek i 112 zł kosztów dodatkowych. W sumie: 145 zł. Nawet ciut mniej, niż u Borka i Fabiańskiego w BZ WBK.

       mille3211

      Podsumujmy więc: w czasach, gdy do każdej pożyczki gotówkowej banki dokładają obowiązkowo kilkunastoprocentową prowizję, a konsolidacja kredytu wiąże się z zamianą mniejszego kredytu na większy, niżej oprocentowanego na wyżej oprocentowany oraz z zapłatą za to wszystko dodatkowej opłaty, pojawiają się oferty, które mógłbym polecić nie tylko najgorszemu wrogowi ;-). Pożyczając na rok 2000 zł w BZ WBK muszę oddać o 153 zł więcej, niż pożyczyłem. W Banku Millennium - 145 zł więcej. W Alior Banku - 170 zł. Wciąż nie można powiedzieć, że są to pożyczki bardzo tanie (taniość u mnie zaczyna się w okolicach 9% na wskaźniku RRSO, co w przypadku 2000 zł pożyczki oznaczałoby jakieś 100 zł kosztów), ale... cieszę się, że bankowcy wreszcie zaczynają dostrzegać, że jak będą się dalej ścigać z firmami pożyczkowymi na drożyznę w pożyczaniu pieniędzy, to zabrną w ślepy zaułek.

      Te trzy pożyczki świąteczne, które powyżej opisałem - niskokwotowe, krótkoterminowe i do wzięcia bez formalności - są ewidentną próbą odparcia przez banki ofensywy firm pożyczkowych. Kto umie liczyć, wie co z tą wiedzą zrobić. Dla porównania powiem, że 12-miesięczna pożyczka w wysokości 2000 zł w firmie Wonga.com kosztuje już nie 145-170 zł dodatkowych kosztów, lecz 970 zł, że w Providencie identyczna pożyczka będzie kosztowała 1070 zł w opłatach, w Zaplo.pl - 1210 zł, a Profi Credit chyba sam wstydzi się tego co robi, bo nawet nie wystawia ceny, tylko każe zostawić adres e-mail. Jeszcze jakiś czas temu firmy pożyczkowe chwaliły się, że u nich jest szybciej, wygodniej i bardziej uczciwie, bo przejrzyście. Jeśli w bankach - przynajmniej w segmencie, o który toczy się bój, czyli roczne pożyczki do 4000 zł - będzie równie szybko, tylko trochę mniej wygodnie, równie przejrzyście i dość tanio, to w firmach pożyczkowych zbiorą się przy choince sztaby kryzysowe. Choć i tak się już zebrały po ostatnich propozycjach zaostrzenia ustawy antylichwiarskiej ;-)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (9) Pokaż komentarze do wpisu „Pożyczkowe last minute: jak (niestety) zadłużyć się na święta i (być może) nie zbankrutować?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 22 grudnia 2016 09:10
  • piątek, 09 grudnia 2016
    • Będzie nowa antylichwa! Rząd jednym ruchem... skasuje branżę pożyczkową? Provident już tonie

      Wygląda na to, że nadchodzi ustawa antylichwiarska w wersji 3.0. Ministerstwo Sprawiedliwości umieściło w czwartek późnym wieczorem na swoich stronach internetowych projekt zmian w prawie, które jeszcze bardziej mają przykręcić śrubę lichwiarzom. W jaki sposób? O ile projekt nie dotyka maksymalnego oprocentowania kredytów i pożyczek - nadal wynosić ma dwukrotność sumy stopy referencyjnej NBP i "bonusu" w wysokości 3,5% (punktu procentowego) - o tyle koszty pozaodsetkowe mają być mocno przycięte. Będzie można naliczyć maksymalnie 10% prowizji od udzielonej pożyczki oraz nie więcej niż 10% pozostałych kosztów, ale liczonych już w skali roku. Dziś progi są znacznie łagodniejsze: prowizja może wynieść nawet 25%, zaś koszty dodatkowe - nawet 30% w skali roku. Projekt nowego prawa antylichwiarskiego ustala też nową zasadę, że wszystkie koszty pozaodsetkowe mogą stanowić maksymalnie 75% wartości kredytu (dziś jest to 100%). Tak się zastanawiam czy przypadkiem niektóre nisko oprocentowane i wysoko "ospreadowane" kredyty hipoteczne by pod to nie podpadały ;-)).

      Czytaj też: Dziwna sytuacja? Gdy firmy chwilówkowe chwalą ustawę antylichwiarską

      ANTYLICHWA 3.0: JAK TO BĘDZIE DZIAŁAŁO? Co wprowadzenie tych regulacji oznaczałoby w praktyce? Otóż pożyczając 1000 zł na rok zapłaciłbym maksymalnie 54 zł odsetek (bo 10% oprocentowania, przy uwzględnieniu spadającego kapitału do spłaty, daje taki właśnie wynik), nie więcej niż 100 zł prowizji na starcie oraz nie więcej, niż 100 zł kosztów dodatkowych. A więc taka pożyczka nie będzie mogła kosztować więcej, niż 254 zł od każdego pożyczonego tysiąca. Dziś maksimum odsetkowe jest takie samo (54 zł od każdego tysiąca w skali roku), ale najwyższa możliwa prowizja wynosi 250 zł, zaś koszty dodatkowe - 300 zł. A więc najdroższa pożyczka może kosztować nawet 600 zł od każdego tysiąca rocznie. Nowe zasady ograniczają więc "sufit" kosztowy pożyczki więcej, niż o połowę.

      A jeśli chodzi o pożyczkę-chwilówkę? Dziś 1000 zł pożyczony na miesiąc może kosztować maksymalnie 8 zł w odsetkach, 250 zł w prowizji oraz 25 zł w kosztach dodatkowych - łącznie 283 zł od pożyczonego tysiąca. Licząc to samo przy nowych zasadach otrzymamy maksymalny koszt pożyczki jako 8 zł w odsetkach, 100 zł w prowizji oraz 9 zł w kosztach dodatkowych. W sumie 117 zł od każdego pożyczonego tysiąca złotych miesięcznie. "Sufit" spada więc o więcej niż połowę. Na tym nie koniec. Każdy, kto udzieli pożyczki o kosztach przekraczających wspomniane wyżej progi, narazi się na karę więzienia do pięciu lat. Nie ma więc żartów, lichwa stanie się przestępstwem ciężkim. Aha, pozaodsetkowe koszty kredytu są zdefiniowane jako wszystko, co klient może zapłacić - łącznie z kosztami obsługi domowej, składkami ubezpieczeniowymi itp. Uciec więc będzie trudno.  No, chyba, że do celi ;-)

      deltonsss

      KOGO ZABOLI? FIRMY POŻYCZKOWE PRZESTANĄ ISTNIEĆ? Co tak radykalne obniżenie maksymalnych kosztów pożyczek może oznaczać dla banków i firm pożyczkowych? Powtórzmy: za 1000 zł pożyczki na rok "sufit" spadnie do 250 zł z obecnych 600 zł, a dla 1000-złotowej pożyczki na miesiąc - do niecałych 120 zł z obecnych prawie 300 zł. Jeśli chodzi o bankowców to zmiany dotkną tylko najbardziej pazernych bankowców. Tych, którzy żądają dziś od klientów prowizji przekraczającej 10% pożyczonej kwoty. Są na rynku oferty, w których maksymalna prowizja sięga nawet 20% i pod rządami nowej ustawy to będzie nie do utrzymania. Większość rozsądnych ofert pożyczek nie przekracza owych 10% prowizji, więc w bankach pandemonium raczej nie będzie.

      A firmy pożyczkowe? Tu będzie gorzej. Pożyczając dziś 1000 zł na rok w firmie pożyczkowej Wonga zapłacę ponad 480 zł kosztów. W Providencie - 530 zł. W firmie pożyczkowej Zaplo.pl - 429 zł (ale w tym przypadku to obliczenie dla pożyczki półrocznej). Obecne koszty pożyczek są więc dwukrotnie wyższe niż "sufit", który chce wprowadzić minister Zbigniew Ziobro. To de facto utrąca możliwość udzielania jakichkolwiek pożyczek z obsługą domową. W chwilówkach nie jest inaczej. Vivus pożycza dziś 1000 zł na miesiąc przy koszcie 157 zł. Wonga bazowo oferuje cenę prawie 260 zł, ale dla najlepszego klienta jest w stanie obniżyć ją nawet do 142 zł. W żadnym przypadku obecne oferty firm chwilówkowych nie mieszczą się jednak w kwocie 117 zł miesięcznego kosztu maksymalnego, który proponuje Ministerstwo Sprawiedliwości. Gdy w połowie piątkowej sesji na giełdzie w Londynie firma IPF, właściciel Providenta, podała informację o planowanej zmianie prawa antylochwiarskiego, notowania akcji spadły w jednej chwili prawie o połowę. Nie jest to dziwne, skoro 60-70% zysków całego IPF (działającego w 11 krajach na świecie) przynosi Polska.

       PROVIDENT_QUOTES1

      CZY "ANTYLICHWA ZIOBRY" TO DOBRY POMYSŁ? Jestem ostatnim, który sprzeciwiłby się walce z lichwą. Od wielu lat apeluję, by zrobić coś z bandyterką pt. "pierwsza pożyczka gratis" i o to, by zwiększyć odpowiedzialność firm pożyczkowych za to do jakiego stanu doprowadzają swoich klientów. Pożyczkodawcy oczywiście deklarują, że pożyczają tylko pięknym i bogatym, ale jestem przekonany, że - tak jak bankowcy - najbardziej lubią konsumentów "na kroplówce", którzy jeszcze dług spłacają, ale już są finansowymi niewolnikami pożyczkodajni. Ale ten projekt ministra Ziobro, będąc na miejscu funkcjonariuszy rządu i posłów, porządnie bym przemyślał. Istnieje bowiem taki poziom "sufitu" antylichwiarskiego, poniżej którego pojawić się mogą skutki uboczne w postaci rozwoju szarej strefy.

      Dozwolony koszt pożyczki powinien być na tyle niski, by nie usprawiedliwiać złodziejskiej marży pożyczkodawcy, ale na tyle "sprawiedliwy", by nie zmuszał pożyczkodajni do wyrzucania dużej części klientów poza nawias, nie kierował ich do pożyczkodawców działających poza legalnym obrotem. I windykujących długi z bejsbolem w ręce. W nieoficjalnym obrocie pieniądz jest jeszcze droższy, a zasady obowiązujące tego, kto jest dłużnikiem, są jeszcze bardziej surowe. Od samego wprowadzenia prawa zabraniającego lichwy ona nie zniknie. Ludzie nadal będą pożyczali pieniądze na wysoki procent, tylko częściej będą robili to nieoficjalnie, poza granicami prawa. Z tego powodu - choć nie jestem miłośnikiem branży pożyczkowej, co wierni czytelnicy bloga mają okazję obserwować - nie byłbym zwolennikiem jej całkowitego zlikwidowania. 

      Nie wiem czy limit w postaci niecałych 120 zł od pożyczki 1000 zł wziętej na miesiąc i 250 zł dla takiej samej pożyczki na rok to warunki już przekraczające granicę rozsądku, powodujące szybką śmierć sektora pożyczek pozabankowych (choć wiem, że samo sprawdzenie pożyczkodawcy w trzech BIG-ach i jednym BIK-u kosztuje grubo ponad stówkę...). Ale wolałbym, żeby Minister Sprawiedliwości pokazał jakieś dane, które uzasadniałyby taki a nie inny poziom maksymalnych kosztów pożyczki. Tymczasem w projekcie ustawy żadnych wyliczeń nie ma. To każdy błąd może słono kosztować. Jeśli limity okażą się nie trafione, to minister będzie odpowiedzialny za wykwit podziemia pożyczkowego i windykacyjnego. W projekcie nie ma co prawda wyliczeń, ale są punkty odniesienia:

      "Przykładowo w Niemczech wyzysk uregulowany jest jako uzyskanie nadmiernych korzyści w wyniku braku doświadczenia, wykorzystania trudnej sytuacji finansowej, słabszego osądu sytuacji. Ustawodawca niemiecki nie posłużył się kryterium odsetek maksymalnych, ale orzecznictwo sądów niemieckich doprecyzowuje, że odsetki lichwiarskie to w przybliżeniu odsetki, których stopa przewyższa o 12% odsetki rynkowe. (...) We Francji pożyczką lichwiarską jest pożyczka, której wartość realnej stopy procentowej (wliczając w to wszelkie prowizje i opłaty) przekracza o 30% wartość przeciętnej stopy procentowej dla podobnych pożyczek udzielanych przez instytucje finansowe (...) 

      A tak naprawdę wolałbym, żeby nie produkowano kolejnych ustaw ograniczających administracyjnie jakieś parametry pożyczek (każde takie prawo da się ominąć), lecz żeby ktoś wreszcie ruszył łepetyną i ograniczył sens udzielania zbyt drogich pożyczek. Niechby było tak, że każdy konsument, który uzna, że został wpędzony w pętlę długów przez bank lub firmę pożyczkową, może zgłosić się do specjalnego sądu z roszczeniem umorzenia kredytu lub pożyczki. Wtedy pożyczkodawca musiałby udowodnić, iż dokładnie sprawdził, że w momencie udzielania pożyczki klient nie był przekredytowany. Inaczej sąd orzekałby umorzenie nieuczciwie "wyprodukowanego" długu. Przy takim działaniu prawa każda firma pożyczkowa i każdy bank brałaby współodpowiedzialność za sprawdzenie (choćby za pomocą ankiety) czy dana osoba jeszcze powinna się zadłużyć. Choć oczywiście to nie zadziała jeśli klient poda nieprawdziwe dane o swojej sytuacji finansowej.

      WZÓR NA RRSO BĘDZIESZ MUSIAŁ ZNAĆ NA PAMIĘĆ. Z najnowszym pomysłem na antylichwę jest jeszcze inny problem. Wygląda na to, że przepisy - mające ukręcić łeb także prywatnym pożyczkom, takim których ofiarą padają ludzie tracący mieszkania z powodu małej pożyczki wziętej w desperacji pod zastaw całego majątku - zmuszą każdego, kto pożycza pieniądze do poznania wyższej matematyki. Jest w ustawie mianowicie taki zapis:

       ziobroantylichwa21

      Oznaczać to może, że chcąc pożyczyć od cioci 300 zł na święta powinienem przygotować dla niej formularz informacyjny, w którym wyłuszczę nie tylko wszystkie koszty pożyczki, ale też wyliczę RRSO. Zna ktoś wzór na RRSO? No to teraz poznacie. Albo będziecie musieli zejść do szarej strefy. Co tam szarej, do czarnej! Intencje tego zapisu są szlachetne, ale być może restrykcje nie powinny dotyczyć pożyczek w rodzinie i na małe kwoty. Choć z drugiej strony... może obowiązek poznania RRSO wcale nie jest taki zły?

      CZY "ANTYLICHWA ZIOBRY" BĘDZIE SZCZELNA? Po lekturze ustawy odnoszę wrażenie, że nie zmienia ona nic jeśli chodzi o zakres "podmiotowy" działania antylichwy. A jeśli tak, to nadal pozostaną otwarte furtki, które już dziś stoją przed lichwiarzami otworem. A więc limitami nie będą objęte np. karty kredytowe. Niektóre firmy pożyczkowe mają już zresztą kupione w krajach Unii Europejskiej licencje bankowe, więc będą mogły całkiem prosto przerobić się na oddziały banków, działające na zasadzie unijnego paszportu i oferować swoje drogie pożyczki za pośrednictwem kart kredytowych. Ich oprocentowanie nie może co prawda przekraczać 10% (tak samo, jak szybkich pożyczek), ale - o ile się orientuję - "plastików" nie dotyczą regulacje prowizyjne. Może więc się okazać, że tak samo, jak lichwa 2.0 nie wykosiła "pierwszej pożyczki gratis", bo lichwiarze znaleźli prosty sposób na jej obejście, tak i nowa "antylichwa Ziobry" nie spowoduje zniknięcia lichwiarskich pożyczek. Choć pewnie wymusi zmianę ich "opakowania".

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (18) Pokaż komentarze do wpisu „Będzie nowa antylichwa! Rząd jednym ruchem... skasuje branżę pożyczkową? Provident już tonie”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 09 grudnia 2016 20:13
  • poniedziałek, 28 listopada 2016
    • "Pierwsza gratis" już nikogo nie podnieca? Przed świętami pożyczkodajnie wymyśliły... to ;-)

      Okres przedświąteczny to tradycyjnie najbardziej pracowity okres dla wszelkiej maści pożyczkodajni, zwłaszcza tych pozabankowych, które w największym stopniu żerują na klientach potrzebujących pieniędzy nagle i na cito: na wakacje, wyprawkę szkolną, wyprawienie świąt. Jak ktoś potrzebuje wymienić samochód, zrobić w mieszkaniu większy remont, albo zafundować sobie jakąś grubszą przyjemność - częściej idzie do banku, niż do pożyczkodajni. W tym roku firmy pożyczkowe mają wyjątkowo trudne życie, bo niefartem wszedł w życie :-) program "Rodzina 500 plus" i podobno zaorał dużą część popytu na pożyczki-chwilówki. Jakoś nie chce mi się w to wierzyć, ale pewnie trochę klientów pożyczkodawcom odjechało. 

      Na domiar złego do gry wchodzą też banki. W telewizji można zobaczyć reklamy nie najgorszych pakietów pożyczkowych na Święta. Jak żyć? Pożyczkodajnie też mają przedświąteczne promocje. I to jakie! Nie, tym razem nie będę się znęcał nad "pierwszą pożyczką gratis", bo to zupełnie inna para kaloszy. Nie, nie chodzi mi też o teksty typu "dzienny koszt tylko 1,3 zł od każdego pożyczonego tysiąca". Pożyczkodajnie muszą mieć kiepskie zdanie o swoich klientach, skoro wydaje im się, że oni nie wiedzą, że rok ma aż 365 dni, a 1,3 zł dziennie to ponad 470 zł rocznie :-)

      dziennykoszt

      Są jeszcze lepsze numery. Np. firma pożyczkowa Zaplo, specjalizująca się w wyższych, bardziej długoterminowych pożyczkach (należy do tego samego właściciela co Vivus i ma za zadanie zmiażdżyć Providenta), opowiada w reklamach, że już od początku spłacania rat umarza klientom połowę odsetek. A jak przez pół roku grzecznie spłacasz, to umarzają wszystkie. I co, pożyczka jest gratis? Nie, no bez jaj ;-)

      zaplo

      W tej firmie - jak i w każdej innej, która pożycza pieniądze - odsetki to tylko drobna część łącznych kosztów pożyczania pieniędzy. Główną ich częścią jest prowizja, której dziwnym trafem Zaplo nie zwraca. Pożyczając 2000 zł na pół roku muszę oddać o 860 zł więcej, niż wziąłem. Z tego najwyżej 56 zł stanowią odsetki, bo wyższe być po prostu nie mogą - działa ustwa antylichwiarska. A więc czytając promocję Zaplo.pl wprost, trzeba byłoby napisać, że jeśli będę spłacał grzecznie raty pożyczki, to na starcie z 860 zł kosztów firma umorzy mi... 27 zł. Majtki spadają z wrażenia. W tym kontekście "ulga" w postaci możliwości płacenia tylko połowy odsetek (czyli zaoszczędzenia np. kilkudziesięciu złotych z grubych setek złotych łącznych obciążeń) nie wygląda kusząco. Nota bene nie jest to jedyna firma oferująca tego typu karesy. Podobną promocję znalazłem w innej pożyczkodajni - Profi Credit.

      proficreditdozaplo

      Są i tacy artyści, którzy przy terminowej spłacie pożyczki doliczają punkty Payback ;-). Ale - oczywiście - w Zaplo, czy Profi Credit rzadziej odrzucają wnioski pożyczkowe. Do takich firm nie idzie się "zamiast" iść do banku, tylko wtedy, gdy z banku już wyrzucili. Chciałbym wierzyć, że reklama "taniej" pożyczki jest czytana przez potencjalnych klientów tak, jak powinna być czytana - czyli "być może jest to ciut mniej obrzydliwie droga pożyczka, niż w innych niebankowych pożyczkodajniach". Ale czy klienci rzeczywiście tak to czytają? Wiara umiera ostatnia ;-)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (9) Pokaż komentarze do wpisu „"Pierwsza gratis" już nikogo nie podnieca? Przed świętami pożyczkodajnie wymyśliły... to ;-)”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 28 listopada 2016 19:19
  • czwartek, 20 października 2016
    • Wreszcie ktoś wymyślił konsolidację kredytów tanią i uczciwą? Owszem, do połowy ;-)

      Czy można w sposób uczciwy konsolidować klientom kredyty? Od pewnego czasu w zasadzie odradzam moim czytelnikom kredyty konsolidacyjne. Nie dlatego, że łączenie kilku wcześniej zaciągniętych długów pod jednym dachem to zły pomysł. Przeciwnie: w teorii to zawsze powinno oznaczać obniżenie kosztu, bo wszystko w hurcie jest tańsze - pieniądz też. Bankowi powinno opłacać się zrefinansowanie klientowi zadłużenia, bo nie dość, że pozyskuje nowego kredytobiorcę, nie dość, że na tym zarobi, to jeszcze pomoże wyjść z długów komuś, kto wkrótce mógłby znaleźć się na aucie i zostać skazanym na korzystanie z oferty lichwiarzy. Tyle teorii. A w praktyce jest tak, że pod przykrywką konsolidacji banki prowadzą grabieżczą politykę wpuszczania klientów w pętlę długów. Oprocentowanie, owszem, obniżą, ale dorzucą taką prowizję na start, że dług zamiast spadać - rośnie. Obniżka dotyczy tylko poziomu miesięcznych rat do spłacenia i wynika z rozbicia owego wyższego długu na dłuższe raty.

      Czytaj też: Prześwietlam konsolidację z "pożyczkowca" oraz tę z miksera

      Opisywałem w ostatnich miesiącach wiele takich kredytów konsolidacyjnych, które w rzeczywistości stanowią odwrotność uczciwej konsolidacji długów. I ostrzegałem: płacenie wysokich prowizji przy zaciąganiu kredytu konsolidacyjnego oznacza, że nawet przy bardzo niskim oprocentowaniu cała oferta staje się pułapką. A prowizja to przecież nie wszystko - niektóre banki, także te polskie, narodowe, patriotyczne, które nie wyprowadzają zysków za granicę (jakby to miało znaczenie, czy po okradzeniu klienta pieniądze złodziej zostawi w kraju, czy prześle za granicą), dorzucają też ubezpieczenie, które de facto jest kolejną "prowizją". Oczywiście: w każdym banku można negocjować i prowizję oraz nie zgodzić się na dodatkową polisę, ale przeważnie jedynym celem dla klienta jest obniżenie miesięcznej raty i ów klient jest gotów zapomnieć jak bardzo przez to wydłuża się i powiększa jego kredyt.

      Czy istnieją uczciwe kredyty konsolidacyjne? Tak, choć trzeba się sporo nabiegać, żeby taki znaleźć - to te, które nie wiążą się z koniecznością zapłaty prowizji, ani ubezpieczenia oraz mają niskie oprocentowanie. Nie najgorszy kredyt konsolidacyjny - choć spełniający tylko część wyżej wytłuszczonych warunków "uczciwości" - ostatnio pojawił się w ofercie ING Banku. Oprocentowanie jest znacznie wyższe, niż w reklamowane przez konkurencję - wynosi 8,99% (może być ciut mniejsze, nawet 7,79%, ale trzeba być dobrym klientem i zapewne zanęcić bankowców gotowością wzięcia dodatkowych produktów: konta, karty itp.). Ale za to bank obiecuje, że nie pobierze ani grosza prowizji, o ile co najmniej połowa pożyczki (minimum 4000 zł) zostanie przeznaczona na połączenie zobowiązań kredytowych z innych banków (druga połowa to mogą być długi z ING). Mamy więc kredyt na 8,99% bez prowizji i bez obowiązkowego ubezpieczenia (można je wykupić dobrowolnie). Bank dodatkowo obiecuje, że zwróci część pierwszej raty (do 200 zł).

      ingworonowicz

      Czy to się może opłacić? Cóż, Jeśli mam do spłacenia jakiś dług złożony z kilku różnych kredytów i ich średnie oprocentowanie jest wyższe, niż to oferowane przez bank ING, to przeniesienie może być dobrym pomysłem. Kłopot w tym, że przy oprocentowaniu kredytu w ING na poziomie 8,99% i limicie oprocentowania zapisanym w ustawie na poziomie 10% maksymalny możliwy "uzysk" klienta jest niewielki. Najważniejsza rzecz do ugrania to wygoda (jeden kredyt zamiast kilku), przejrzystość (płacisz tylko odsetki, żadnych ukrytych prowizji) oraz elastyczność. W ING możesz umówić się na spłatę relatywnie niewielkich rat (czyli rozłożyć kredyt na dłużej, na czym oczywiście bank zarobi, bo dłużej będzie naliczał odsetki), ale bez żadnych ograniczeń nadpłacać je, zmniejszając saldo zadłużenia i obniżając przyszłe raty.

      Obiektywnie rzecz biorąc ING-owski kredyt konsolidacyjny, któremu "twarz" w kampanii reklamowej da aktor Adam Woronowicz, nie jest jakoś szczególnie tani - pożyczając 38.000 zł na sześć lat przy oprocentowaniu 8,60% zapłacimy w sumie 10.940 zł odsetek, czyli oddamy bankowi prawie 49.000 zł - ale z drugiej strony jest tańszy od przeciętnego nowego kredytu gotówkowego, który, po doliczeniu prowizji, przeważnie kosztuje 15-20% w skali roku. Rzecz jasna jest tańszy przy założeniu, że bank nie kantuje już na etapie wizyty klienta w oddziale - np. pracownik nie mówi "ojej, system mówi, że nie ma pan zdolności kredytowej, ale ona będzie jak weźmie pan w pakiecie konto", albo "ojej, nie ma pan zdolności do kredytu bez prowizji, ale jak pan zapłaci prowizję, to zdolność się znajdzie". Bo choć ING może udzielić kredyty bez prowizji, to może i zażądać prowizji - i to nawet 7,99%, czyli tyle, ile pobierają inne banki. Obietnica z reklamy mówi, że jeśli przyjdziesz po co najmniej 8000 zł i przynajmniej połowa z tej sumy to będą kredyty z innych banków - prowizji nie zapłacisz. Ale czy przy tzw. desku nie okaże się coś innego? Lepiej, żeby się nie okazało, bo w najbliższych dniach nawiedzę jeden z oddziałów ING i sprawdzę co tam się opowiada klientom. Relacja z tej wycieczki będzie oczywiście w blogu ;-).

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Wreszcie ktoś wymyślił konsolidację kredytów tanią i uczciwą? Owszem, do połowy ;-)”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 20 października 2016 09:02
  • wtorek, 18 października 2016
    • Ale numer! Muszą umorzyć klientowi część długu, bo... przegięli z opłatami. Dorzuciłbym chłostę ;-)

      Pożyczki niezabezpieczone są drogie i coraz droższe. Wynika to z jednej strony z pazerności finansistów, którzy głównie na pożyczkach dziś zarabiają swoje miliardy, a z drugiej strony na gamoniowatości Polaków, którzy nie szukają pożyczek jak najtańszych, tylko jak najszybszych. Mamy w Polsce ustawę antylichwiarską (a nawet dwie), ale jeszcze do niedawna istniał genialny w swej prostocie pomysł na ustalenie dowolnie wysokiej ceny pożyczki - do mieszczącego się w limicie antylichwy oprocentowania dodawało się prowizję, opłatę przygotowawczą, ubezpieczenie spłaty pożyczki na wypadek komplikacji losowych pożyczkobiorcy oraz różne opłaty serwisowe. Jeśli chodzi o te ostatnie, to ich najbardziej znaną odmianą była opłata za obsługę domową, którą pobiera - kiedyś obowiązkowo, dziś fakultatywnie - największy do niedawna niebankowy pożyczkodawca - Provident.

      Dziś już - a dokładniej od kilku miesięcy - manewry z różnymi opłatami i prowizjami są nieco trudniejsze, bo antylichwą objęte są nie tylko odsetki, ale i pozaodsetkowe koszty kredytu (inna sprawa, że limit na nie jest ustawiony wysoko i większość pożyczkodawców się mieściła jeszcze zanim wprowadzono obostrzenia). Ale co się nachapali różni "artyści" od pożyczania pieniędzy, to ich. No właśnie, czy aby na pewno? Adwokat Grzegorz Prigan z krakowskiej kancelarii prawniczej Laurifer przesłał mi niedawno bardzo ciekawy wyrok sądowy, z którego wynika, że firma pożyczkowa Provident musiała zwrócić klientowi dużą część kosztów pożyczki, bowiem prawnicy skutecznie zakwestionowali... koszty obsługi domowej. Klient pożyczki nie spłacił (nie wiem czy dlatego, że nie miał pieniędzy, czy też doszedł do wniosku, że została upstrzona kanciarskimi zastrzeżeniami w umowie), a firma pożyczkowa nie miała zamiaru się z nim cackać, więc skierowała sprawę do sądu, żądając zwrotu 3940 zł.

      Sąd wszystko zmierzył, zważył i policzył i doszedł do wniosku, że aż 58% kwoty udzielonej pożyczki stanowiły koszty obsługi domowej, co oznacza, że właśnie ta pozycja odpowiadała za większość kosztów pożyczki. Tenże sąd - i to w dwóch instancjach - zinterpretował ekstra-obciążenie jako "ukrytą formę obciążenia umownego" i zastosował słynny art. 385 Kodeksu cywilnego, uznając opłatę za obsługę w domu za niewiążącą klienta. Sąd uznał część providentowych opłat za praktykę dążącą do "ukrywania pod nazwą opłaty przygotowawczej, manipulacyjnej, operacyjnej czy też pod inną nazwą kosztów, składających się na całkowity koszt kredytu". I uznał, że niektóre z nich wiążą się z utrudnieniem konsumentowi możliwości skorzystania z prawa do odstąpienia od umowy. Sąd podkreślił w uzasadnieniu, że pożyczkodawca może pobrać tylko taką opłatę, która "służy pokryciu kosztów rozpatrzenia wniosku kredytowego oraz przygotowania i zawarcia umowy kredytowej". I że musi liczyć się z koniecznością uzasadnienia wysokości pobieranej opłaty.

      Sąd uznał, że Provident nie udowodnił, by opłata za obsługę w domu, stanowiąca 1743 zł była jakkolwiek związana z poniesionymi przez firmę kosztami przygotowania lub zawarcia umowy. Owszem, firmy pożyczkowe mogą pobierać też "koszty usług dodatkowych w przypadku gdy ich poniesienie jest niezbędne do uzyskania kredytu", ale zdaniem sądu rejonowego oraz okręgowego opłata za obsługę pożyczki w domu w kwocie przewyższającej połowę kwotę udzielonej pożyczki "nie może być uznana za koszty niezbędne do uzyskania kredytu, w szczególności przy naliczeniu również opłat z innego tytułu, które łącznie przekraczają kwotę udzielonej pozyczki". Wyrok jest prawomocny, więc można powiedzieć, że poza opłatami likwidacyjnymi w polisach inwestycyjnych, klauzulami waloryzacyjnymi w kredytach hipotecznych, da się skutecznie zakwestionować także zapłacone firmom pożyczkowym pieniądze, które nie są "niezbędne dla uzyskania kredytu" oraz nie służą "pokryciu kosztów rozpatrzenia wniosku i zawarcia umowy". Wyrok z uzasadnieniem do pobrania tutaj. Gdyby takie spojrzenie sądów się rozpowszechniło, to kto wie czy nie pomogłoby pożyczkobiorcom bardziej, niż wszystkie razem wzięte ustawy antylichwiarskie.

      Na marginesie zauważę, że kancelaria Laurifer jako jedyna znana mi kancelaria prawnicza postanowiła pokazać ludzką twarz i - omijając zakaz reklamy obowiązujący branżę prawniczą - nakręciła kilka klipów, w których plastycznie pokazuje konsumentom, że "orzeł może". Na tle tych wszystkich innych prawniczych smutasów można powiedzieć, że to wręcz show ;-). Oczywiście, skuteczność prawników nie zależy od tego czy potrafią pokazać się multimedialnie, ale niewątpliwie jest to jeden z pomysłów na upowszechnianie wśród Polaków stanu, w którym konsument nie musi być bezradny wobec korporacji finansowych

      CO PONIEDZIAŁEK MÓJ NOWY PROGRAM WIDEO! Zapraszam do oglądania nowego tygodnika wideo o wdzięcznej nazwie "Kasownik Samcika". Będzie o sprytnych sposobach na oszczędzanie, o studiowaniu, pracowaniu, zaciąganiu kredytu hipotecznego, o zakupach, kontach bankowych, ubezpieczeniach, lokatach, podatkach...Poza poradami w każdym wydaniu czerstwy żart prowadzącego :-)), ciekawostka o pieniądzach oraz finansowy trik. Żeby nie przegapić kolejnych odcinków - zapraszam do subskrybowania kanału YouTube "Subiektywnie o finansach"  

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „Ale numer! Muszą umorzyć klientowi część długu, bo... przegięli z opłatami. Dorzuciłbym chłostę ;-)”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 18 października 2016 08:56

Archiwum

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny