Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

02. Kredyty konsumenckie

  • piątek, 07 kwietnia 2017
    • Nie do wiary! Bank udzielił mu kredytu "na gębę"! I windykował Bogu ducha winną kobietę!

      ZAPROSZENIE: Uruchomiłem nowy serwis www.subiektywnieofinansach.pl, w którym znajdziecie jeszcze więcej felietonów, prześwietleń, porównań i porad dotyczących Waszych portfeli. Znajdziecie tam też zaproszenie na czat, podczas którego będziecie mogli zadać mi pytania na żywo. Zapraszam do nowej odsłony subiektywności!

      W bankach powinien panować ład i porządek, gdyż są tam nasze pieniądze. To oczywista oczywistość i nikt nawet nie chce myśleć, że w którymś banku mogą pod tym względem występować jakieś niedociągnięcia. Np. takie, że przychodzi facet do banku i bierze kredyt na swoją żonę, z którą właśnie się rozwodzi. Po to w banku są procedury, weryfikacja tożsamości, przepisy i konieczność osobistego podpisania umowy przez klienta, żeby takie rzeczy nie mogły się wydarzyć. A jednak się wydarzyły. Moja czytelniczka przez kilka lat walczyła o to, by windykatorzy i komornicy przestali ścigać ją za długi zaciągnięte bez jej zgody i wiedzy. Myślicie, że bank jej pomógł w tej walce? W najlepszym razie można powiedzieć, że zachowywał chłodną obojętność. Cokolwiek zmieniło się dopiero po tym, gdy do akcji wkroczyła subiektywność. Przypadek? Nie sądzę.

      Ta historia burzy krew w żyłach, więc sugeruję, by zapoznawać się z nią trzymając się mocno poręczy fotela. Pani Martyna, posiadaczka konta w jednym z bardzo dużych polskich banków, na początku 2011 r. stała się też posiadaczką kredytu o wartości 43.500 zł. Stała się nią zaocznie i wbrew włanej woli. Do oddziału banku udał się w jej zastępstwie ukochany mąż. Złożył wniosek o wspólny kredyt, podał wszystkie potrzebne dane osobowe (swoje i żony), przyniósł swoje zaświadczenie o dochodach i umówił się na podpisanie umowy. Na tę "uroczystość" przyszedł sam, mówiąc pracownicy banku, że żona właśnie miała wypadek i że jest w szpitalu. Zadeklarował, że zawiezie jej umowę do podpisu i już za godzinkę jest z powrotem. Ba, połączył się nawet telefonicznie z jakąś kobietą, która porozmawiała z pracownicą banku i potwierdziła, że okoliczności są wyjątkowe i byłoby dobrze, gdyby bank poszedł jej na rękę.

      Jak się pewnie domyślacie, ani żona nie była w szpitalu, ani nikt do niej nie dzwonił. Szanowny mąż potrzebował wkręcić pracownika banku, by na chwilę wydano mu umowę i by mógł podpisać się na niej (oraz na oświadczaniu o egzekucji) zamiast żony. A więc po prostu sfałszować jej podpis. Poszło mu o tyle łatwo, że był wówczas pracownikiem Ministerstwa Finansów, a więc uchodził w oczach pracownicy banku za niezwykle wiarygodną osobę. Ówczesna małżonka dowiedziała się o tym, że jest stroną jakiejś umowy kredytowej dopiero po półtora roku, gdy było już po rozwodzie. Dowiedziała się od komornika, który przysłał jej ostateczne wezwanie do zapłaty. Były mąż oczywiście kredytu nie spłacał. Wyjachał z kraju, a bank oczywiście nie miał czasu, by zająć się szukaniem wiatru w polu, tylko zabrał się za egzekucję długu z współkredytobiorcy.

      "Natychmiast udałam się do banku wskazanego w piśmie i opowiedziałam o zaistniałej sytuacji. Odesłano mnie do oddziału w którym została podpisana umowa. Tam już czekała na mnie dyrektorka banku i menager ds. klienta. Pokazałam pismo od komornika. Wyjaśniłam, że nigdy nie zaciągałam kredytu i nigdy wcześniej nie byłam w tym banku. Pani dyrektor oznajmiła mi, że wie, iż w banku nie byłam, bo nie mogłam w nim być, ponieważ mój mąż powiedział, że leżałam w szpitalu. Poprosiłam o wgląd do umowy"

      - opowiada mi pani Martyna. Wgląd uzyskała, ale tylko jeszcze bardziej się zdenerwowała. Dokumentacja kredytowa była niekompletna, zawierała wiele braków w miejscach, gdzie powinny być podpisy żony i pracownika banku. Natomiast tam, gdzie podpisy żony były, oczywiście miały się nijak do rzeczywistych wzorów podpisów, które nieszczęsna kobieta złożyłą w banku przy okazji zakładania tam konta. No, ale skoro praocwnik banku wydaje współkredytobiorcy umowę celem jej zdalnego podpisania przez drugiego współkredytobiorcę, to tym bardziej nie będzie się zajmował spradzaniem podobieństwa tego podpisu do orginału. Jak zaufanie to zaufanie ;-).

      "Prosiłam, by dyrektorka oddziału wstrzymała przeciwko mnie egzekucję komorniczą. Powiedziała, że niestety nie może tego zrobić i że mi współczuje. Na policji złożyłam zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa. Wszczęto dochodzenie pod kątem podrobienia mojego podpisu na umowie kredytowej. Policja wezwała bank do wydania oryginału umowy i wszelkiej dokumentacji związanej z kredytem. Bank początkowo zasłaniał się tajemnicą bankową. Powołano grafologa"

      - opowiada pani Martyna. Ekspertyza z lutego 2015 r. potwierdziła, że podpisy na umowie nie należą do mojej czytelniczki. I że jest duże prawdopodobieństwo, że zostały sfałszowane przez byłego męża, chociaż nie można sprawdzić tego jednoznacznie (brak wystarczającego materiału porównawczego). Sprawę umorzono z powodu niewykrycia sprawcy. Pani Martyna twierdzi, że bankowcy w tej sprawie nie poddali się biernie biegowi wydarzeń, lecz nawet posuęli się do sfałszowania jednego z dokumentów. Zmieniono imię i nazwisko jednej z osób, która reprezentowała bank podczas zawarcia umowy. Pani Martyna na bieżąco robiła ksero z akt i twierdzi, że dysponuje w tej sprawie dowodami. Fakt: gdybym w taki sposób dał ciała przy podpisywaniu umowy kredytowej to też chciałbym z niej potem zniknąć ;-).

      "Po umorzeniu sprawy dotyczącej sfałszowania podpisu złożyłam kolejne zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa. Oskarżyłam bank i mojego byłego męża o to, że wspólnie zawarli umowę kredytową na moje dane, a długiem bezprawnie bank obciążył mnie i do dnia dzisiejszego uporczywie traktuje mnie jak dłużnika, nasyłając na mnie komornika. Komornik zajął mi nawet zwrot kosztów sądowych jakie zasądzono mi od męża za sprawę rozwodową. Sama wychowuję dziecko, nie mogę normalnie funkcjonować i pracować, bo jestem dłużnikiem banku. Nie wiem co powinnam zrobić, bo nie ufam już nikomu. Proszę o jakąkolwiek poradę, Z góry bardzo dziękuję"

      - napisała pani Martyna. Szlag mnie trafił, więc natychmiast pobiegłem do banku i zadałem tylko dwa proste pytania: 1. Jak to możliwe, że bank wydaje klientowi umowę kredytową i pozwala na jej zdalne podpisanie przez współmałżonka (nie mając możliwości sprawdzenia autentyczności podpisu). 2. Dlaczego bank nadal windykuje klientkę, skoro wiadomo, że jest ofiarą wyłudzenia? Bank oczywiście zasłonił się tajemnicą bankową i odesłał mnie z kwitkiem. Natychmiast uruchomiłem więc prywatne znajomości - mam takie "kontakty operacyjne" w większości banków, których używam w sytuacjach szczególnie trudnych i gardłowych (to jest powód, dla którego nie podaję na razie nazwy banku - nie chcę kłopotów dla dobrego człowieka, który sprawę ekspresowo odkręcił). Tydzień temu dostałem informację, że bank definitywnie zakończył postępowanie windykacyjne wobec pani Martyny (podobno było od 2013 r. zawieszone, ha, ha!) i wysłał do BIK prośbę o usunięcie informacji o jej długu. Nie rozumiem dlaczego nie zostało to zrobione w 2015 r., gdy sąd stwierdził fałszerstwo podpisu. Albo jeszcze wcześniej, gdy okazało się, że pracownicy banku dali się oszukać jak dzieci.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „Nie do wiary! Bank udzielił mu kredytu "na gębę"! I windykował Bogu ducha winną kobietę!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 07 kwietnia 2017 08:48
  • czwartek, 22 grudnia 2016
    • Pożyczkowe last minute: jak (niestety) zadłużyć się na święta i (być może) nie zbankrutować?

      Czyżby powoli szło ku dobremu w pożyczkach gotówkowych? Już jakiś czas temu zaobserwowałem wypłaszczenie, a potem nawet niewielki spadek marż generowanych przez banki na sprzedaży pożyczek gotówkowych. Nie do końca wierzyłem tym danym, bo choć źródło było wiarygodne (Narodowy Bank Polski), to nie sądzę, żeby dało się wyciągać daleko idące wnioski bez dogłębnej analizy setek ofert pod kątem dodatkowych kosztów (głównie prowizji i ubezpieczeń) oraz bez przeprowadzenia mystery shopping (celem sprawdzenia jakie pożyczki są rzeczywiście oferowane w przypadku ofert widełkowych). Jednak patrząc na ostatnio reklamowane pożyczki gotówkowe zaczynam przypuszczać, że do bankowych łepetyn wreszcie zaczęło docierać, że Polak - choć generalnie pragnący szybkiego pieniądza, na cenę zwracający mniejszą uwagę - ma jednak próg bólu. Ci, którzy go nie mają, i tak już poszli do pozabankowych firm pożyczkowych (podobno kontrolują już więcej, niż 25% rynku pożyczek do 4000 zł).

      Nie jestem fanem pożyczania pieniędzy na święta, wakacje, czy wyjazdy zimowe. Uważam, że bank służyć powinien głównie do pozyskiwania pieniądza na cele "inwestycyjne" - a więc np. kurs językowy, dzięki któremu będziemy mogli więcej zarabiać, albo np. remont warsztatu pracy, nowy komputer pozwalający zwiększyć efektywność pracy... Czystej konsumpcji nie finansowałbym kredytem, choć wiem, że pewnej części z Was do swojej filozofii nie przekonam. Zadłużycie się, bo uważacie, że tak trzeba. A jeśli już to zrobicie - banki generują w okresie przedświątecznym jedną czwartą rocznej "produkcji" kredytów gotówkowych! - to przynajmniej zróbcie to tanio lub względnie tanio, by zminimalizować ryzyko wpadnięcia w pętlę zadłużenia. Dziś o kilku ofertach, które zaliczają się do tej właśnie kategorii (choć z pewnymi zastrzeżeniami). 

      Niedawno pisałem o piłkarsko-świątecznej pożyczce w BZ WBK (do 4000 zł, najwyżej na rok), która - jeśli weźmiesz ją w oddziale lub przez telefon (w wersji internetowej jest mniej korzystna) oraz wykażesz się asertywnością i nie dasz sobie wcisnąć w pakiecie ubezpieczenia - może być rzeczywiście niedroga. Oprocentowanie jest niskie - ledwie 4% w skali roku. Do tego 5,5% prowizji. Też ujdzie, bo są banki, które bez żenady biorą 16-20%. Przykładowo: pożyczając 2000 zł na rok zapłaciłbym 43 zł odsetek i 110 zł prowizji (lub ciut więcej jeśli ta prowizja byłaby wliczona w kredyt, a więc oprocentowana). W sumie do zwrotu miałbym więc o 153 zł więcej, niż pożyczyłem. A miesięcznie oddawałbym niecałe 180 zł raty (z czego 13 zł przypadałoby na koszty).

      fabiaaaa

      Dziś opowiem o podobnej ofercie Alior Banku, po którym akurat nie spodziewałbym się postawy prokonsumenckiej. Ten bank przyzwyczaił mnie do tego, że dzięki skutecznemu marketingowi wyciska z klientów najwyższe marże. Przeważnie kredytowe produkty Alior Banku są bardzo "wdzięcznym obiektem" do prześwietlania. Ostatnio Alior Bank przestał jednak reklamować badziewne oferty spod znaku "pożyczkowca", tylko coś dziwnego: "Tanią pożyczkę na dowód".

      aliorpozyczkadowod

      Wniknąłem w ofertę i... O ile w oprocentowaniu zmieniło się niewiele - wynosi 4,9% w skali roku - to obniżono do sztywnych 6% prowizję. Pieniądze do 14.000 zł Alior pożyczy bez konieczności przynoszenia zaświadczeń o dochodach (wystarczy mieć dowód osobisty, swój niestety ;-)), nie ma też ograniczeń jeśli chodzi o okres kredytowania (pożyczka nie musi być bardzo krótka, limit wynosi do 12 lat, choć brania aż tak długich pożyczek nie rekomenduję). Nie piszą też nic o posiadaniu konta, ubezpieczenia, ani innych produktów. Nie można mieć tylko w Alior Banku żadnych aktywnych pożyczek (jak masz drogą to masz spłacać drogą ;-)). Chcąc skorzystać z wyższej pożyczki, niż owe 14.000 zł trzeba się liczyć z zastosowaniem "oferty standardowej". Czyli jakiej? Takiej lub siakiej ;-)

      aliortaryfasmieszne

      Niecałe 5% oprocentowania i 6% prowizji to nie jest jakiś szał pał, ale nie można powiedzieć, żeby była do droga pożyczka. Drogie są te z oprocentowaniem 3% i prowizją 16% oraz z ubezpieczeniem 0,2% kwoty kredytu miesięcznie ;-)). Gdybym chciał pożyczyć 2000 zł na rok, to zapłaciłbym na starcie 120 zł prowizji, a potem w ratach 52 zł odsetek. W sumie koszt wyniósłby 170 zł w skali roku. Trochę więcej, niż w przypadku oferty BZ WBK. Biorąc pod uwagę, że jest to pożyczka "na twarz", bez konieczności dostarczania żadnych dokumentów, da się przeżyć. Oczywiście wskazana jest spora asertywność, bo przecież nie mogę wykluczyć, że brak obowiązkowych elementów dodatkowych oznacza, że nie są one "wymuszane" przez doradcę kredytowego. Przecież może się okazać, że jeśli nie wezmę "darmowego" konta z dziesiątkami warunków darmowości, albo ubezpieczenia, to nagle okaże się, że nie mam zdolności kredytowej. Albo że mam ją, ale przy poziomie prowizji 16%.

      Na święta z ofertą nie-takiej-złej mikropożyczki ;-) wyjechał też Bank Millennium. On też nie jest jakoś specjalnie znany z tanich pożyczek, ale zaprezentował promocję skierowaną wyłącznie do swoich klientów, którzy w dodatku ostatnio nie pożyczali w tym banku pieniędzy. Promocja polega na tym, że kto pożyczy pieniądze na maksymalnie rok, zapłaci za pieniądze tylko 3% oprocentowania i 2% prowizji. Pardon, jest też mała pułapka - w ramach promocji trzeba wykupić ubezpieczenie spłaty kredytu, które poza promocją jest fakultatywne. Cena ubezpieczenia wynosi 0,3% kwoty kredytu miesięcznie i jest doliczana z góry do kwoty kredytu. Oznacza to, że przy rocznym terminie spłaty jest to dodatkowe 3,6% "prowizji". Mamy więc ofertę pożyczki z oprocentowaniem 3% i prowizją 5,6%. Pożyczając w Banku Millennium nasze 2000 zł na rok zapłacę 33 zł odsetek i 112 zł kosztów dodatkowych. W sumie: 145 zł. Nawet ciut mniej, niż u Borka i Fabiańskiego w BZ WBK.

       mille3211

      Podsumujmy więc: w czasach, gdy do każdej pożyczki gotówkowej banki dokładają obowiązkowo kilkunastoprocentową prowizję, a konsolidacja kredytu wiąże się z zamianą mniejszego kredytu na większy, niżej oprocentowanego na wyżej oprocentowany oraz z zapłatą za to wszystko dodatkowej opłaty, pojawiają się oferty, które mógłbym polecić nie tylko najgorszemu wrogowi ;-). Pożyczając na rok 2000 zł w BZ WBK muszę oddać o 153 zł więcej, niż pożyczyłem. W Banku Millennium - 145 zł więcej. W Alior Banku - 170 zł. Wciąż nie można powiedzieć, że są to pożyczki bardzo tanie (taniość u mnie zaczyna się w okolicach 9% na wskaźniku RRSO, co w przypadku 2000 zł pożyczki oznaczałoby jakieś 100 zł kosztów), ale... cieszę się, że bankowcy wreszcie zaczynają dostrzegać, że jak będą się dalej ścigać z firmami pożyczkowymi na drożyznę w pożyczaniu pieniędzy, to zabrną w ślepy zaułek.

      Te trzy pożyczki świąteczne, które powyżej opisałem - niskokwotowe, krótkoterminowe i do wzięcia bez formalności - są ewidentną próbą odparcia przez banki ofensywy firm pożyczkowych. Kto umie liczyć, wie co z tą wiedzą zrobić. Dla porównania powiem, że 12-miesięczna pożyczka w wysokości 2000 zł w firmie Wonga.com kosztuje już nie 145-170 zł dodatkowych kosztów, lecz 970 zł, że w Providencie identyczna pożyczka będzie kosztowała 1070 zł w opłatach, w Zaplo.pl - 1210 zł, a Profi Credit chyba sam wstydzi się tego co robi, bo nawet nie wystawia ceny, tylko każe zostawić adres e-mail. Jeszcze jakiś czas temu firmy pożyczkowe chwaliły się, że u nich jest szybciej, wygodniej i bardziej uczciwie, bo przejrzyście. Jeśli w bankach - przynajmniej w segmencie, o który toczy się bój, czyli roczne pożyczki do 4000 zł - będzie równie szybko, tylko trochę mniej wygodnie, równie przejrzyście i dość tanio, to w firmach pożyczkowych zbiorą się przy choince sztaby kryzysowe. Choć i tak się już zebrały po ostatnich propozycjach zaostrzenia ustawy antylichwiarskiej ;-)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „Pożyczkowe last minute: jak (niestety) zadłużyć się na święta i (być może) nie zbankrutować?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 22 grudnia 2016 09:10
  • piątek, 09 grudnia 2016
    • Będzie nowa antylichwa! Rząd jednym ruchem... skasuje branżę pożyczkową? Provident już tonie

      Wygląda na to, że nadchodzi ustawa antylichwiarska w wersji 3.0. Ministerstwo Sprawiedliwości umieściło w czwartek późnym wieczorem na swoich stronach internetowych projekt zmian w prawie, które jeszcze bardziej mają przykręcić śrubę lichwiarzom. W jaki sposób? O ile projekt nie dotyka maksymalnego oprocentowania kredytów i pożyczek - nadal wynosić ma dwukrotność sumy stopy referencyjnej NBP i "bonusu" w wysokości 3,5% (punktu procentowego) - o tyle koszty pozaodsetkowe mają być mocno przycięte. Będzie można naliczyć maksymalnie 10% prowizji od udzielonej pożyczki oraz nie więcej niż 10% pozostałych kosztów, ale liczonych już w skali roku. Dziś progi są znacznie łagodniejsze: prowizja może wynieść nawet 25%, zaś koszty dodatkowe - nawet 30% w skali roku. Projekt nowego prawa antylichwiarskiego ustala też nową zasadę, że wszystkie koszty pozaodsetkowe mogą stanowić maksymalnie 75% wartości kredytu (dziś jest to 100%). Tak się zastanawiam czy przypadkiem niektóre nisko oprocentowane i wysoko "ospreadowane" kredyty hipoteczne by pod to nie podpadały ;-)).

      Czytaj też: Dziwna sytuacja? Gdy firmy chwilówkowe chwalą ustawę antylichwiarską

      ANTYLICHWA 3.0: JAK TO BĘDZIE DZIAŁAŁO? Co wprowadzenie tych regulacji oznaczałoby w praktyce? Otóż pożyczając 1000 zł na rok zapłaciłbym maksymalnie 54 zł odsetek (bo 10% oprocentowania, przy uwzględnieniu spadającego kapitału do spłaty, daje taki właśnie wynik), nie więcej niż 100 zł prowizji na starcie oraz nie więcej, niż 100 zł kosztów dodatkowych. A więc taka pożyczka nie będzie mogła kosztować więcej, niż 254 zł od każdego pożyczonego tysiąca. Dziś maksimum odsetkowe jest takie samo (54 zł od każdego tysiąca w skali roku), ale najwyższa możliwa prowizja wynosi 250 zł, zaś koszty dodatkowe - 300 zł. A więc najdroższa pożyczka może kosztować nawet 600 zł od każdego tysiąca rocznie. Nowe zasady ograniczają więc "sufit" kosztowy pożyczki więcej, niż o połowę.

      A jeśli chodzi o pożyczkę-chwilówkę? Dziś 1000 zł pożyczony na miesiąc może kosztować maksymalnie 8 zł w odsetkach, 250 zł w prowizji oraz 25 zł w kosztach dodatkowych - łącznie 283 zł od pożyczonego tysiąca. Licząc to samo przy nowych zasadach otrzymamy maksymalny koszt pożyczki jako 8 zł w odsetkach, 100 zł w prowizji oraz 9 zł w kosztach dodatkowych. W sumie 117 zł od każdego pożyczonego tysiąca złotych miesięcznie. "Sufit" spada więc o więcej niż połowę. Na tym nie koniec. Każdy, kto udzieli pożyczki o kosztach przekraczających wspomniane wyżej progi, narazi się na karę więzienia do pięciu lat. Nie ma więc żartów, lichwa stanie się przestępstwem ciężkim. Aha, pozaodsetkowe koszty kredytu są zdefiniowane jako wszystko, co klient może zapłacić - łącznie z kosztami obsługi domowej, składkami ubezpieczeniowymi itp. Uciec więc będzie trudno.  No, chyba, że do celi ;-)

      deltonsss

      KOGO ZABOLI? FIRMY POŻYCZKOWE PRZESTANĄ ISTNIEĆ? Co tak radykalne obniżenie maksymalnych kosztów pożyczek może oznaczać dla banków i firm pożyczkowych? Powtórzmy: za 1000 zł pożyczki na rok "sufit" spadnie do 250 zł z obecnych 600 zł, a dla 1000-złotowej pożyczki na miesiąc - do niecałych 120 zł z obecnych prawie 300 zł. Jeśli chodzi o bankowców to zmiany dotkną tylko najbardziej pazernych bankowców. Tych, którzy żądają dziś od klientów prowizji przekraczającej 10% pożyczonej kwoty. Są na rynku oferty, w których maksymalna prowizja sięga nawet 20% i pod rządami nowej ustawy to będzie nie do utrzymania. Większość rozsądnych ofert pożyczek nie przekracza owych 10% prowizji, więc w bankach pandemonium raczej nie będzie.

      A firmy pożyczkowe? Tu będzie gorzej. Pożyczając dziś 1000 zł na rok w firmie pożyczkowej Wonga zapłacę ponad 480 zł kosztów. W Providencie - 530 zł. W firmie pożyczkowej Zaplo.pl - 429 zł (ale w tym przypadku to obliczenie dla pożyczki półrocznej). Obecne koszty pożyczek są więc dwukrotnie wyższe niż "sufit", który chce wprowadzić minister Zbigniew Ziobro. To de facto utrąca możliwość udzielania jakichkolwiek pożyczek z obsługą domową. W chwilówkach nie jest inaczej. Vivus pożycza dziś 1000 zł na miesiąc przy koszcie 157 zł. Wonga bazowo oferuje cenę prawie 260 zł, ale dla najlepszego klienta jest w stanie obniżyć ją nawet do 142 zł. W żadnym przypadku obecne oferty firm chwilówkowych nie mieszczą się jednak w kwocie 117 zł miesięcznego kosztu maksymalnego, który proponuje Ministerstwo Sprawiedliwości. Gdy w połowie piątkowej sesji na giełdzie w Londynie firma IPF, właściciel Providenta, podała informację o planowanej zmianie prawa antylochwiarskiego, notowania akcji spadły w jednej chwili prawie o połowę. Nie jest to dziwne, skoro 60-70% zysków całego IPF (działającego w 11 krajach na świecie) przynosi Polska.

       PROVIDENT_QUOTES1

      CZY "ANTYLICHWA ZIOBRY" TO DOBRY POMYSŁ? Jestem ostatnim, który sprzeciwiłby się walce z lichwą. Od wielu lat apeluję, by zrobić coś z bandyterką pt. "pierwsza pożyczka gratis" i o to, by zwiększyć odpowiedzialność firm pożyczkowych za to do jakiego stanu doprowadzają swoich klientów. Pożyczkodawcy oczywiście deklarują, że pożyczają tylko pięknym i bogatym, ale jestem przekonany, że - tak jak bankowcy - najbardziej lubią konsumentów "na kroplówce", którzy jeszcze dług spłacają, ale już są finansowymi niewolnikami pożyczkodajni. Ale ten projekt ministra Ziobro, będąc na miejscu funkcjonariuszy rządu i posłów, porządnie bym przemyślał. Istnieje bowiem taki poziom "sufitu" antylichwiarskiego, poniżej którego pojawić się mogą skutki uboczne w postaci rozwoju szarej strefy.

      Dozwolony koszt pożyczki powinien być na tyle niski, by nie usprawiedliwiać złodziejskiej marży pożyczkodawcy, ale na tyle "sprawiedliwy", by nie zmuszał pożyczkodajni do wyrzucania dużej części klientów poza nawias, nie kierował ich do pożyczkodawców działających poza legalnym obrotem. I windykujących długi z bejsbolem w ręce. W nieoficjalnym obrocie pieniądz jest jeszcze droższy, a zasady obowiązujące tego, kto jest dłużnikiem, są jeszcze bardziej surowe. Od samego wprowadzenia prawa zabraniającego lichwy ona nie zniknie. Ludzie nadal będą pożyczali pieniądze na wysoki procent, tylko częściej będą robili to nieoficjalnie, poza granicami prawa. Z tego powodu - choć nie jestem miłośnikiem branży pożyczkowej, co wierni czytelnicy bloga mają okazję obserwować - nie byłbym zwolennikiem jej całkowitego zlikwidowania. 

      Nie wiem czy limit w postaci niecałych 120 zł od pożyczki 1000 zł wziętej na miesiąc i 250 zł dla takiej samej pożyczki na rok to warunki już przekraczające granicę rozsądku, powodujące szybką śmierć sektora pożyczek pozabankowych (choć wiem, że samo sprawdzenie pożyczkodawcy w trzech BIG-ach i jednym BIK-u kosztuje grubo ponad stówkę...). Ale wolałbym, żeby Minister Sprawiedliwości pokazał jakieś dane, które uzasadniałyby taki a nie inny poziom maksymalnych kosztów pożyczki. Tymczasem w projekcie ustawy żadnych wyliczeń nie ma. To każdy błąd może słono kosztować. Jeśli limity okażą się nie trafione, to minister będzie odpowiedzialny za wykwit podziemia pożyczkowego i windykacyjnego. W projekcie nie ma co prawda wyliczeń, ale są punkty odniesienia:

      "Przykładowo w Niemczech wyzysk uregulowany jest jako uzyskanie nadmiernych korzyści w wyniku braku doświadczenia, wykorzystania trudnej sytuacji finansowej, słabszego osądu sytuacji. Ustawodawca niemiecki nie posłużył się kryterium odsetek maksymalnych, ale orzecznictwo sądów niemieckich doprecyzowuje, że odsetki lichwiarskie to w przybliżeniu odsetki, których stopa przewyższa o 12% odsetki rynkowe. (...) We Francji pożyczką lichwiarską jest pożyczka, której wartość realnej stopy procentowej (wliczając w to wszelkie prowizje i opłaty) przekracza o 30% wartość przeciętnej stopy procentowej dla podobnych pożyczek udzielanych przez instytucje finansowe (...) 

      A tak naprawdę wolałbym, żeby nie produkowano kolejnych ustaw ograniczających administracyjnie jakieś parametry pożyczek (każde takie prawo da się ominąć), lecz żeby ktoś wreszcie ruszył łepetyną i ograniczył sens udzielania zbyt drogich pożyczek. Niechby było tak, że każdy konsument, który uzna, że został wpędzony w pętlę długów przez bank lub firmę pożyczkową, może zgłosić się do specjalnego sądu z roszczeniem umorzenia kredytu lub pożyczki. Wtedy pożyczkodawca musiałby udowodnić, iż dokładnie sprawdził, że w momencie udzielania pożyczki klient nie był przekredytowany. Inaczej sąd orzekałby umorzenie nieuczciwie "wyprodukowanego" długu. Przy takim działaniu prawa każda firma pożyczkowa i każdy bank brałaby współodpowiedzialność za sprawdzenie (choćby za pomocą ankiety) czy dana osoba jeszcze powinna się zadłużyć. Choć oczywiście to nie zadziała jeśli klient poda nieprawdziwe dane o swojej sytuacji finansowej.

      WZÓR NA RRSO BĘDZIESZ MUSIAŁ ZNAĆ NA PAMIĘĆ. Z najnowszym pomysłem na antylichwę jest jeszcze inny problem. Wygląda na to, że przepisy - mające ukręcić łeb także prywatnym pożyczkom, takim których ofiarą padają ludzie tracący mieszkania z powodu małej pożyczki wziętej w desperacji pod zastaw całego majątku - zmuszą każdego, kto pożycza pieniądze do poznania wyższej matematyki. Jest w ustawie mianowicie taki zapis:

       ziobroantylichwa21

      Oznaczać to może, że chcąc pożyczyć od cioci 300 zł na święta powinienem przygotować dla niej formularz informacyjny, w którym wyłuszczę nie tylko wszystkie koszty pożyczki, ale też wyliczę RRSO. Zna ktoś wzór na RRSO? No to teraz poznacie. Albo będziecie musieli zejść do szarej strefy. Co tam szarej, do czarnej! Intencje tego zapisu są szlachetne, ale być może restrykcje nie powinny dotyczyć pożyczek w rodzinie i na małe kwoty. Choć z drugiej strony... może obowiązek poznania RRSO wcale nie jest taki zły?

      CZY "ANTYLICHWA ZIOBRY" BĘDZIE SZCZELNA? Po lekturze ustawy odnoszę wrażenie, że nie zmienia ona nic jeśli chodzi o zakres "podmiotowy" działania antylichwy. A jeśli tak, to nadal pozostaną otwarte furtki, które już dziś stoją przed lichwiarzami otworem. A więc limitami nie będą objęte np. karty kredytowe. Niektóre firmy pożyczkowe mają już zresztą kupione w krajach Unii Europejskiej licencje bankowe, więc będą mogły całkiem prosto przerobić się na oddziały banków, działające na zasadzie unijnego paszportu i oferować swoje drogie pożyczki za pośrednictwem kart kredytowych. Ich oprocentowanie nie może co prawda przekraczać 10% (tak samo, jak szybkich pożyczek), ale - o ile się orientuję - "plastików" nie dotyczą regulacje prowizyjne. Może więc się okazać, że tak samo, jak lichwa 2.0 nie wykosiła "pierwszej pożyczki gratis", bo lichwiarze znaleźli prosty sposób na jej obejście, tak i nowa "antylichwa Ziobry" nie spowoduje zniknięcia lichwiarskich pożyczek. Choć pewnie wymusi zmianę ich "opakowania".

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (16) Pokaż komentarze do wpisu „Będzie nowa antylichwa! Rząd jednym ruchem... skasuje branżę pożyczkową? Provident już tonie”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 09 grudnia 2016 20:13
  • poniedziałek, 28 listopada 2016
    • "Pierwsza gratis" już nikogo nie podnieca? Przed świętami pożyczkodajnie wymyśliły... to ;-)

      Okres przedświąteczny to tradycyjnie najbardziej pracowity okres dla wszelkiej maści pożyczkodajni, zwłaszcza tych pozabankowych, które w największym stopniu żerują na klientach potrzebujących pieniędzy nagle i na cito: na wakacje, wyprawkę szkolną, wyprawienie świąt. Jak ktoś potrzebuje wymienić samochód, zrobić w mieszkaniu większy remont, albo zafundować sobie jakąś grubszą przyjemność - częściej idzie do banku, niż do pożyczkodajni. W tym roku firmy pożyczkowe mają wyjątkowo trudne życie, bo niefartem wszedł w życie :-) program "Rodzina 500 plus" i podobno zaorał dużą część popytu na pożyczki-chwilówki. Jakoś nie chce mi się w to wierzyć, ale pewnie trochę klientów pożyczkodawcom odjechało. 

      Na domiar złego do gry wchodzą też banki. W telewizji można zobaczyć reklamy nie najgorszych pakietów pożyczkowych na Święta. Jak żyć? Pożyczkodajnie też mają przedświąteczne promocje. I to jakie! Nie, tym razem nie będę się znęcał nad "pierwszą pożyczką gratis", bo to zupełnie inna para kaloszy. Nie, nie chodzi mi też o teksty typu "dzienny koszt tylko 1,3 zł od każdego pożyczonego tysiąca". Pożyczkodajnie muszą mieć kiepskie zdanie o swoich klientach, skoro wydaje im się, że oni nie wiedzą, że rok ma aż 365 dni, a 1,3 zł dziennie to ponad 470 zł rocznie :-)

      dziennykoszt

      Są jeszcze lepsze numery. Np. firma pożyczkowa Zaplo, specjalizująca się w wyższych, bardziej długoterminowych pożyczkach (należy do tego samego właściciela co Vivus i ma za zadanie zmiażdżyć Providenta), opowiada w reklamach, że już od początku spłacania rat umarza klientom połowę odsetek. A jak przez pół roku grzecznie spłacasz, to umarzają wszystkie. I co, pożyczka jest gratis? Nie, no bez jaj ;-)

      zaplo

      W tej firmie - jak i w każdej innej, która pożycza pieniądze - odsetki to tylko drobna część łącznych kosztów pożyczania pieniędzy. Główną ich częścią jest prowizja, której dziwnym trafem Zaplo nie zwraca. Pożyczając 2000 zł na pół roku muszę oddać o 860 zł więcej, niż wziąłem. Z tego najwyżej 56 zł stanowią odsetki, bo wyższe być po prostu nie mogą - działa ustwa antylichwiarska. A więc czytając promocję Zaplo.pl wprost, trzeba byłoby napisać, że jeśli będę spłacał grzecznie raty pożyczki, to na starcie z 860 zł kosztów firma umorzy mi... 27 zł. Majtki spadają z wrażenia. W tym kontekście "ulga" w postaci możliwości płacenia tylko połowy odsetek (czyli zaoszczędzenia np. kilkudziesięciu złotych z grubych setek złotych łącznych obciążeń) nie wygląda kusząco. Nota bene nie jest to jedyna firma oferująca tego typu karesy. Podobną promocję znalazłem w innej pożyczkodajni - Profi Credit.

      proficreditdozaplo

      Są i tacy artyści, którzy przy terminowej spłacie pożyczki doliczają punkty Payback ;-). Ale - oczywiście - w Zaplo, czy Profi Credit rzadziej odrzucają wnioski pożyczkowe. Do takich firm nie idzie się "zamiast" iść do banku, tylko wtedy, gdy z banku już wyrzucili. Chciałbym wierzyć, że reklama "taniej" pożyczki jest czytana przez potencjalnych klientów tak, jak powinna być czytana - czyli "być może jest to ciut mniej obrzydliwie droga pożyczka, niż w innych niebankowych pożyczkodajniach". Ale czy klienci rzeczywiście tak to czytają? Wiara umiera ostatnia ;-)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (9) Pokaż komentarze do wpisu „"Pierwsza gratis" już nikogo nie podnieca? Przed świętami pożyczkodajnie wymyśliły... to ;-)”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 28 listopada 2016 19:19
  • czwartek, 20 października 2016
    • Wreszcie ktoś wymyślił konsolidację kredytów tanią i uczciwą? Owszem, do połowy ;-)

      Czy można w sposób uczciwy konsolidować klientom kredyty? Od pewnego czasu w zasadzie odradzam moim czytelnikom kredyty konsolidacyjne. Nie dlatego, że łączenie kilku wcześniej zaciągniętych długów pod jednym dachem to zły pomysł. Przeciwnie: w teorii to zawsze powinno oznaczać obniżenie kosztu, bo wszystko w hurcie jest tańsze - pieniądz też. Bankowi powinno opłacać się zrefinansowanie klientowi zadłużenia, bo nie dość, że pozyskuje nowego kredytobiorcę, nie dość, że na tym zarobi, to jeszcze pomoże wyjść z długów komuś, kto wkrótce mógłby znaleźć się na aucie i zostać skazanym na korzystanie z oferty lichwiarzy. Tyle teorii. A w praktyce jest tak, że pod przykrywką konsolidacji banki prowadzą grabieżczą politykę wpuszczania klientów w pętlę długów. Oprocentowanie, owszem, obniżą, ale dorzucą taką prowizję na start, że dług zamiast spadać - rośnie. Obniżka dotyczy tylko poziomu miesięcznych rat do spłacenia i wynika z rozbicia owego wyższego długu na dłuższe raty.

      Czytaj też: Prześwietlam konsolidację z "pożyczkowca" oraz tę z miksera

      Opisywałem w ostatnich miesiącach wiele takich kredytów konsolidacyjnych, które w rzeczywistości stanowią odwrotność uczciwej konsolidacji długów. I ostrzegałem: płacenie wysokich prowizji przy zaciąganiu kredytu konsolidacyjnego oznacza, że nawet przy bardzo niskim oprocentowaniu cała oferta staje się pułapką. A prowizja to przecież nie wszystko - niektóre banki, także te polskie, narodowe, patriotyczne, które nie wyprowadzają zysków za granicę (jakby to miało znaczenie, czy po okradzeniu klienta pieniądze złodziej zostawi w kraju, czy prześle za granicą), dorzucają też ubezpieczenie, które de facto jest kolejną "prowizją". Oczywiście: w każdym banku można negocjować i prowizję oraz nie zgodzić się na dodatkową polisę, ale przeważnie jedynym celem dla klienta jest obniżenie miesięcznej raty i ów klient jest gotów zapomnieć jak bardzo przez to wydłuża się i powiększa jego kredyt.

      Czy istnieją uczciwe kredyty konsolidacyjne? Tak, choć trzeba się sporo nabiegać, żeby taki znaleźć - to te, które nie wiążą się z koniecznością zapłaty prowizji, ani ubezpieczenia oraz mają niskie oprocentowanie. Nie najgorszy kredyt konsolidacyjny - choć spełniający tylko część wyżej wytłuszczonych warunków "uczciwości" - ostatnio pojawił się w ofercie ING Banku. Oprocentowanie jest znacznie wyższe, niż w reklamowane przez konkurencję - wynosi 8,99% (może być ciut mniejsze, nawet 7,79%, ale trzeba być dobrym klientem i zapewne zanęcić bankowców gotowością wzięcia dodatkowych produktów: konta, karty itp.). Ale za to bank obiecuje, że nie pobierze ani grosza prowizji, o ile co najmniej połowa pożyczki (minimum 4000 zł) zostanie przeznaczona na połączenie zobowiązań kredytowych z innych banków (druga połowa to mogą być długi z ING). Mamy więc kredyt na 8,99% bez prowizji i bez obowiązkowego ubezpieczenia (można je wykupić dobrowolnie). Bank dodatkowo obiecuje, że zwróci część pierwszej raty (do 200 zł).

      ingworonowicz

      Czy to się może opłacić? Cóż, Jeśli mam do spłacenia jakiś dług złożony z kilku różnych kredytów i ich średnie oprocentowanie jest wyższe, niż to oferowane przez bank ING, to przeniesienie może być dobrym pomysłem. Kłopot w tym, że przy oprocentowaniu kredytu w ING na poziomie 8,99% i limicie oprocentowania zapisanym w ustawie na poziomie 10% maksymalny możliwy "uzysk" klienta jest niewielki. Najważniejsza rzecz do ugrania to wygoda (jeden kredyt zamiast kilku), przejrzystość (płacisz tylko odsetki, żadnych ukrytych prowizji) oraz elastyczność. W ING możesz umówić się na spłatę relatywnie niewielkich rat (czyli rozłożyć kredyt na dłużej, na czym oczywiście bank zarobi, bo dłużej będzie naliczał odsetki), ale bez żadnych ograniczeń nadpłacać je, zmniejszając saldo zadłużenia i obniżając przyszłe raty.

      Obiektywnie rzecz biorąc ING-owski kredyt konsolidacyjny, któremu "twarz" w kampanii reklamowej da aktor Adam Woronowicz, nie jest jakoś szczególnie tani - pożyczając 38.000 zł na sześć lat przy oprocentowaniu 8,60% zapłacimy w sumie 10.940 zł odsetek, czyli oddamy bankowi prawie 49.000 zł - ale z drugiej strony jest tańszy od przeciętnego nowego kredytu gotówkowego, który, po doliczeniu prowizji, przeważnie kosztuje 15-20% w skali roku. Rzecz jasna jest tańszy przy założeniu, że bank nie kantuje już na etapie wizyty klienta w oddziale - np. pracownik nie mówi "ojej, system mówi, że nie ma pan zdolności kredytowej, ale ona będzie jak weźmie pan w pakiecie konto", albo "ojej, nie ma pan zdolności do kredytu bez prowizji, ale jak pan zapłaci prowizję, to zdolność się znajdzie". Bo choć ING może udzielić kredyty bez prowizji, to może i zażądać prowizji - i to nawet 7,99%, czyli tyle, ile pobierają inne banki. Obietnica z reklamy mówi, że jeśli przyjdziesz po co najmniej 8000 zł i przynajmniej połowa z tej sumy to będą kredyty z innych banków - prowizji nie zapłacisz. Ale czy przy tzw. desku nie okaże się coś innego? Lepiej, żeby się nie okazało, bo w najbliższych dniach nawiedzę jeden z oddziałów ING i sprawdzę co tam się opowiada klientom. Relacja z tej wycieczki będzie oczywiście w blogu ;-).

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Wreszcie ktoś wymyślił konsolidację kredytów tanią i uczciwą? Owszem, do połowy ;-)”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 20 października 2016 09:02
  • wtorek, 18 października 2016
    • Ale numer! Muszą umorzyć klientowi część długu, bo... przegięli z opłatami. Dorzuciłbym chłostę ;-)

      Pożyczki niezabezpieczone są drogie i coraz droższe. Wynika to z jednej strony z pazerności finansistów, którzy głównie na pożyczkach dziś zarabiają swoje miliardy, a z drugiej strony na gamoniowatości Polaków, którzy nie szukają pożyczek jak najtańszych, tylko jak najszybszych. Mamy w Polsce ustawę antylichwiarską (a nawet dwie), ale jeszcze do niedawna istniał genialny w swej prostocie pomysł na ustalenie dowolnie wysokiej ceny pożyczki - do mieszczącego się w limicie antylichwy oprocentowania dodawało się prowizję, opłatę przygotowawczą, ubezpieczenie spłaty pożyczki na wypadek komplikacji losowych pożyczkobiorcy oraz różne opłaty serwisowe. Jeśli chodzi o te ostatnie, to ich najbardziej znaną odmianą była opłata za obsługę domową, którą pobiera - kiedyś obowiązkowo, dziś fakultatywnie - największy do niedawna niebankowy pożyczkodawca - Provident.

      Dziś już - a dokładniej od kilku miesięcy - manewry z różnymi opłatami i prowizjami są nieco trudniejsze, bo antylichwą objęte są nie tylko odsetki, ale i pozaodsetkowe koszty kredytu (inna sprawa, że limit na nie jest ustawiony wysoko i większość pożyczkodawców się mieściła jeszcze zanim wprowadzono obostrzenia). Ale co się nachapali różni "artyści" od pożyczania pieniędzy, to ich. No właśnie, czy aby na pewno? Adwokat Grzegorz Prigan z krakowskiej kancelarii prawniczej Laurifer przesłał mi niedawno bardzo ciekawy wyrok sądowy, z którego wynika, że firma pożyczkowa Provident musiała zwrócić klientowi dużą część kosztów pożyczki, bowiem prawnicy skutecznie zakwestionowali... koszty obsługi domowej. Klient pożyczki nie spłacił (nie wiem czy dlatego, że nie miał pieniędzy, czy też doszedł do wniosku, że została upstrzona kanciarskimi zastrzeżeniami w umowie), a firma pożyczkowa nie miała zamiaru się z nim cackać, więc skierowała sprawę do sądu, żądając zwrotu 3940 zł.

      Sąd wszystko zmierzył, zważył i policzył i doszedł do wniosku, że aż 58% kwoty udzielonej pożyczki stanowiły koszty obsługi domowej, co oznacza, że właśnie ta pozycja odpowiadała za większość kosztów pożyczki. Tenże sąd - i to w dwóch instancjach - zinterpretował ekstra-obciążenie jako "ukrytą formę obciążenia umownego" i zastosował słynny art. 385 Kodeksu cywilnego, uznając opłatę za obsługę w domu za niewiążącą klienta. Sąd uznał część providentowych opłat za praktykę dążącą do "ukrywania pod nazwą opłaty przygotowawczej, manipulacyjnej, operacyjnej czy też pod inną nazwą kosztów, składających się na całkowity koszt kredytu". I uznał, że niektóre z nich wiążą się z utrudnieniem konsumentowi możliwości skorzystania z prawa do odstąpienia od umowy. Sąd podkreślił w uzasadnieniu, że pożyczkodawca może pobrać tylko taką opłatę, która "służy pokryciu kosztów rozpatrzenia wniosku kredytowego oraz przygotowania i zawarcia umowy kredytowej". I że musi liczyć się z koniecznością uzasadnienia wysokości pobieranej opłaty.

      Sąd uznał, że Provident nie udowodnił, by opłata za obsługę w domu, stanowiąca 1743 zł była jakkolwiek związana z poniesionymi przez firmę kosztami przygotowania lub zawarcia umowy. Owszem, firmy pożyczkowe mogą pobierać też "koszty usług dodatkowych w przypadku gdy ich poniesienie jest niezbędne do uzyskania kredytu", ale zdaniem sądu rejonowego oraz okręgowego opłata za obsługę pożyczki w domu w kwocie przewyższającej połowę kwotę udzielonej pożyczki "nie może być uznana za koszty niezbędne do uzyskania kredytu, w szczególności przy naliczeniu również opłat z innego tytułu, które łącznie przekraczają kwotę udzielonej pozyczki". Wyrok jest prawomocny, więc można powiedzieć, że poza opłatami likwidacyjnymi w polisach inwestycyjnych, klauzulami waloryzacyjnymi w kredytach hipotecznych, da się skutecznie zakwestionować także zapłacone firmom pożyczkowym pieniądze, które nie są "niezbędne dla uzyskania kredytu" oraz nie służą "pokryciu kosztów rozpatrzenia wniosku i zawarcia umowy". Wyrok z uzasadnieniem do pobrania tutaj. Gdyby takie spojrzenie sądów się rozpowszechniło, to kto wie czy nie pomogłoby pożyczkobiorcom bardziej, niż wszystkie razem wzięte ustawy antylichwiarskie.

      Na marginesie zauważę, że kancelaria Laurifer jako jedyna znana mi kancelaria prawnicza postanowiła pokazać ludzką twarz i - omijając zakaz reklamy obowiązujący branżę prawniczą - nakręciła kilka klipów, w których plastycznie pokazuje konsumentom, że "orzeł może". Na tle tych wszystkich innych prawniczych smutasów można powiedzieć, że to wręcz show ;-). Oczywiście, skuteczność prawników nie zależy od tego czy potrafią pokazać się multimedialnie, ale niewątpliwie jest to jeden z pomysłów na upowszechnianie wśród Polaków stanu, w którym konsument nie musi być bezradny wobec korporacji finansowych

      CO PONIEDZIAŁEK MÓJ NOWY PROGRAM WIDEO! Zapraszam do oglądania nowego tygodnika wideo o wdzięcznej nazwie "Kasownik Samcika". Będzie o sprytnych sposobach na oszczędzanie, o studiowaniu, pracowaniu, zaciąganiu kredytu hipotecznego, o zakupach, kontach bankowych, ubezpieczeniach, lokatach, podatkach...Poza poradami w każdym wydaniu czerstwy żart prowadzącego :-)), ciekawostka o pieniądzach oraz finansowy trik. Żeby nie przegapić kolejnych odcinków - zapraszam do subskrybowania kanału YouTube "Subiektywnie o finansach"  

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „Ale numer! Muszą umorzyć klientowi część długu, bo... przegięli z opłatami. Dorzuciłbym chłostę ;-)”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 18 października 2016 08:56
  • poniedziałek, 10 października 2016
    • Rodzice pomogli ci zaciągnąć kredyt? Dbaj o ich zdrowie, bo inaczej... "randka" z windykatorem

      Bankowcy nieustannie zapewniają, że kochają wszystkich swoich klientów, że są ich przyjaciółmi na dobre i na złe, zaś konieczność windykowania nie spłacanych na czas kredytów ich zawsze boli. W niektórych listach moich czytelników rysuje się inny obraz relacji bank-kredytobiorca. Są to relacje bardziej oziębłe. Czasem wręcz śmiertelnie oziębłe. Do tego stopnia skostniałe, że potrafią powodować nawet windykowanie kredytu prawidłowo obsługiwanego ;-). Sprawa, którą dziś opiszę, jest dość zagadkowa, bo dotyczy osoby, która zmarła oraz banku, który... też w pewnym sensie "zmarł". Otóż mama mojego czytelnika zaciągnęła kredyt w Sygma Banku, ktory już nie istnieje, został wchłonięty ostatnio przez BGŻ BNP Paribas. Kredyt nie był jeszcze spłacony, gdy starsza pani zeszła z tego padołu łez. Pech chciał, że mniej więcej w tym samym czasie BGŻ BNP Paribas - w ramach porządków "poprzejęciowych" - zrobił przegląd kredytów Sygmy i sprzedał wszystkie, które nie były regularnie spłacane. Nabywcą był fundusz sekurytyzacyjny, a jego zbrojnym ramieniem jest firma windykacyjna EOS.

      W tej puli sprzedawanych kredytów znalazł się też ten, który zaciągnęła mama mojego czytelnika. Nie wiem w jaki sposób ów czytelnik się o tym dowiedział - prawdopodobnie w skrzynce pocztowej mamy pewnego dnia znalazł list z wezwaniem do zapłaty, podpisany przez windykatorów i opiewający na kwotę 3900 zł. Sprawa w zasadzie byłaby zrozumiała, gdyby nie fakt, że... mimo śmierci mamy mojego czytelnika ów kredyt był przez cały czas systematycznie spłacany. Jak to możliwe? Czy ktoś wymyślił transfery pieniężne z zaświatós? Nie. Po prostu mój czytelnik osobiście spłacał raty. I to nie tylko po śmierci mamy, ale od samego początku. Choć kredyt był zaciągnięty formalnie przez starszą panią, to tak naprawdę pieniądze były przeznaczone na potrzeby mojego czytelnika i to on od początku spłacał raty. Zdziwiony pismem otrzymanym od EOS natychmiast napisał list do BGŻ BNP Paribas z prośbą o wyjaśnienia.

      "Proszę o wyjaśnienie sytuacji związanej z windykacją kredytu jaki został udzielony mojej nieżyjącej już mamie, a który spłacem od początku umowy, zgodnie z harmonogramem spłat. Na jakiej podstawie Sygma Bank skierował do windykacji prawidłowo spłacany kredyt? Do dnia dzisiejszego spłaciłem zgodnie z harmonogramem 21 rat. W załączeniu kopie przelewów"

      - napisał klient. Dodał też, że wysłał akt zgonu do Sygma Banku oraz ustalił telefonicznie z jego pracownikami, że nadal będzie spłacał kredyt zgodnie z rozpiską. I że Sygma Bank nie informował o żadnych nieprawidłowościach w spłacie kredytu (bo takich nie było), natomiast z nieznanych przyczyn skierował kredyt do windykacji. Gdyby podejrzewać, że bankowcy są bardzo niegodziwi, można byłoby uknuć taką hipotezę, że bank sprzedał wszystkie kredyty, o których wiedział, że kredytobiorca już nie żyje, żeby nie bawić się w kotka i myszkę ze spadkobiercami. Większość z tego typu kredytów rzeczywiście z definicji staje się trudna do odzyskania (przynajmniej do czasu sądowego orzeczenia o spadkobraniu), ale ten konkretny kredyt akurat był spłacany zgodnie z terminami, więc nie trzeba było nic knuć, tylko czekać aż się spłaci, niekoniecznie przelewami z zaświatów.

      Bank mógłby spróbować wyjaśnić sprawę, ale poszedł po linii małego oporu i odpowiedział klientowi, że po pierwsze z jego papierów wynika, że kredyt nie był spłacany prawidłowo, a po drugie żadnych informacji na ten temat nie udzieli - a już na pewno nie przekaże klientowi danych dotyczących splaconych rat - bo dopóki nie dostanie papierów z sądu o tym, że mój czytelnik przejął prawa do spadku (oraz długów po zmarłej), to jest "osobą trzecią", z którą nie ma powodu gadać. Potem klient napisał analogiczną prośbę do firmy windykacyjnej EOS, ale ta odpowiedziała podobnie: jak przyniesiesz, drogi kliencie, kwity sądowe o przejęciu spadku, to może ci coś powiemy. Generalnie więc klientowi odmówiono - i to solidarnie, w dwóch miejscach - prawa do informacji i do złożenia reklamacji.

      "Bank nie ingeruje w działania podejmowane przez nowego nabywcę wierzytelności, co oznacza, że nie ponosi odpowiedzialności za jakość świadczonych przez niego usług. Bank, przenosząc wierzytelność, potwierdza istnienie długu i odpowiada jedynie za to, że wierzytelność mu przysługuje oraz za poprawność podania wartości przeniesionego długu"

      Czy można mieć pretensje do banku i firmy windykacyjnej, że dziś odmawia klientowi informacji? Zapewne nie, bo kredyt został zaciągnięty na nazwisko jego mamy. Bank nie widzi potrzeby sprawdzania czegokolwiek, bo jak już sprzedał kredyt, to sprzedał. I basta. Owszem, można by go "przepisać" ze zmarłej osoby na członka rodziny (mającego zdolność kredytową), ale wiatr historii zawiał w inną stronę. Mój czytelnik poinformował windykatorów, że w związku z całym zamieszaniem przestaje spłacać kredyt i dzięki temu problem będzie miał nie tylko on, ale też firma windykacyjna. Miała na koncie pięknie spłacany kredyt, a teraz będzie musiała się z klientem dogadywać po nowemu. Wydawało się, że sytuacja jest beznadziejna i nie do uratowania, ale na szczęście obudził się bank. Po niewczasie, ale lepiej późno, niż później. Napisał klientowi tak:

      bgzeospodp

      W sumie więc historia - po dobrych kilku miesiącach walki - ma szansę zakończyć się happy endem. Dla Was, moi mili, nauczka z tej przygody mojego czytelnika jest taka, że jeśli wzięliście kredyt na babcię, dziadka albo rodziców, to w przypadku - odpukać - ich śmierci, kredyt bardzo szybko może trafić do windykacji. A jak już tam trafi, to będzie trudno wyciągnąć od windykatora jakąkolwiek informację, nie mówiąc już o dogadywaniu się z nim. Trzeba mieć bardzo dobrą, kompletną dokumentację spłaty rat, bo np. może się zdarzyć, że windykator będzie chciał wyciągnąć od Was drugi raz pieniądze, które już wpłaciliście do banku. A bank nie stanie po Waszej stronie, tylko odmówi jakichkolwiek informacji. W tym przypadku na koniec na szczęście bank się zlitował, ale nie chcę myśleć jak długo trwałoby rozplątywanie sprawy, gdyby bankowcy nie postanowili wykazać odrobiny człowieczeństwa. 

      ZOBACZ MÓJ NOWY PROGRAM WIDEO! W każdy poniedziałek rano, razem z najnowszym wpisem blogowym - oraz przed godz. 9.00 na kanale blogu "Subiektywnie o finansach" w YouTube - zapraszam do oglądania nowego tygodnika wideo "Kasownik Samcika". Będzie o sprytnych sposobach na oszczędzanie, o prywatnych lekarzach, o studiowaniu, pracowaniu, zaciąganiu kredytu hipotecznego, o zakupach, kontach bankowych, ubezpieczeniach, lokatach, podatkach...Poza poradami w każdym wydaniu czerstwy żart prowadzącego :-)), ciekawostka o pieniądzach oraz finansowy trik Samcika. Zapraszam do obejrzenia pierwszego odcinka. A żeby nie przegapić kolejnych - do subskrybowania kanału YouTube "Subiektywnie o finansach"  

      A TERAZ... CHŁOŃ SUBIEKTYWNOŚĆ TAK JAK LUBISZ. Subiektywność jest multifunkcyjna i się często dyslokuje ;-). Można ją spotkać tu i tam. W internecie, mediach społecznościowych, na wideo, w prasie, książkach oraz na spotkaniach, odczytach, konferencjach - wszędzie tam, gdzie mówi się o pieniądzach.

      autopromo4SPOTKAJ MNIE W NECIE... Blog "Subiektywnie o finansach" codziennie, od ponad siedmiu lat, zapewnia niezbędną dawkę wiedzy o Waszych pieniądzach. Prześwietlanie produktów finansowych, ekskluzywne wiadomości o nowych produktach oraz piętnowanie skandalicznych praktyk i interwencje w Waszych sprawach. Dołącz do niemal 200.000 czytelników i codziennie zaglądaj na samcik.blox.pl, nowy wpis wpada tu zwykle tuż po godz. 9.00. Jeśli chcesz wiedzieć jeszcze więcej i ze mną podyskutować, zostań fanem blogu na Facebooku (jest nas już 35.000!), na Twitterze (tu wraz ze mną rządzi blisko 10.000 followersów). Zapraszam też do bezpośredniego kontaktu mejlowego:  maciej.samcik@gazeta.pl. Postaram się odpowiedzieć na każdy e-mail, choć nie obiecuję, że odpowiem szybko ;-).

      samcikrysZAMÓW MÓJ NEWSLETTER... Bądź na bieżąco ze wszystkimi moimi pomysłami, zamawiając specjalny newsletter, w którym będę raz w tygodniu informował Cię o najciekawszych wydarzeniach wokół Twojego portfela. Dla stałych czytelników będę też miał specjalne bonusy, o których również dowiesz się tylko dzięki newsletterowi. Obiecuję, że nie będzie żadnego spamu, zresztą niczym nie ryzykujesz - newsletter jest darmowy. W zamian za to, że się zapiszesz, dostaniesz unikalny zestaw poradników, które ułatwią ci poruszanie się wśród produktów finansowych. Jak nie dać się naciąć na ubezpieczeniu, jak chronić się przed internetowymi złodziejami pieniędzy i tożsamości, jak wybrać najlepszy kredyt hipoteczny, jak zabrać się do inwestowania oszczędności... Formularz zapisu na newsletter pokaże się po tym jak klikniesz na logo blogu na górze strony i przejdziesz na stronę główną.

      autopromo2...ZOBACZ MNIE W EKSTREMALNYCH AKCJACH. Opowiadam o domowych finansach nie tylko tekstem, ale i ruchomymi obrazami. Żeby Ci się nie nudziło robię przy tym różne głupie rzeczy: skakałem na spadochronie, dałem sobie obić twarz przez byłego trenera Tomasza Adamka, latałem w tubie aerodynamicznej, w której ćwiczą kosmonauci, ćwiczyłem na najnowocześniejszym w Polsce symulatorze lotów, jeździłem autobusem, gokartem, grałem w golfa i ruletkę. Wszystkie te przygody są na mojej "stronie" youtubowej. Zasubskrybuj mój kanał na Youtube (w tym kinie siedzi już ponad 2000 fanów i jest ponad 70 filmów, które obejrzano więcej, niż ćwierć miliona razy). 

      ekipasamcikanewSUBIEKTYWNA EKIPA SAMCIKA IDZIE NA OSTRO W "WYBORCZEJ". Blog "Subiektywnie o finansach" zyskał tak dużą popularność, że zaowocował autorskimi stronami w "Gazecie Wyborczej". Co czwartek na stronach gospodarczych "Wyborczej" ukazuje się tygodnik "Pieniądze Ekstra", w którym ja i grupa moich kolegów, zwana złowróżbnie Ekipą Samcika, radzi jak sprytnie kupować, jak się nie dać nabrać w sklepie, co zrobić, żeby wyplątać się z finansowych tarapatów i jak mieć więcej pieniędzy. Jeśli potrzebujesz rady albo pomocy w sprawie niekoniecznie związanej z produktami finansowymi - pisz na ekipasamcika@wyborcza.biz. Moi ludzie (mam nadzieję :-)) nie zostawią Cię bez pomocy. 

      autopromo3SUBIEKTYWNOŚĆ DO PODUSZKI, NA WAKACJE, NA PREZENT: o oszczędzaniu, inwestowaniu i zarządzaniu domowymi pieniędzmi piszę też w moich książkach, które możesz kupić w dobrych księgarniach oraz w internecie. Dowiesz się z nich jak założyć pierwszy plan systematycznego oszczędzania, jak nie dać się okraść przez internet, jak odróżnić tani kredyt od drogiego, jak nie dać się nabić w niby-ubezpieczenie, jak nauczyć dziecko oszczędności...

      dywidendascreenZAMÓW DARMOWY KURS O PODSTAWACH INWESTOWANIA! Zastanawiasz się jak zabrać się za systematyczne oszczędzanie? Masz już oszczędności i czujesz, że nie powinieneś ograniczać się do ich trzymania wyłącznie w banku? Masz obawy, że sprawy w kraju nie idą w dobrym kierunku i chcesz zabezpieczyć pieniądze przed ewentualnymi turbulencjami? Wejdź na stronęwww.dywidendajakwbanku.pl, gdzie wspólnie z Albertem "Longterm" Rokickim opowiadam o tym jak zapewniam sobie niezależność od nacjonalizacji, inflacji i innych chorób charakterystycznych dla trzymania oszczędności wyłącznie w banku. Na czym polega posiadanie kawałka własności wielkiego, stabilnego koncernu i jak ten kawałek własności traktować jako równoważnik bankowego depozytu. Na stronie akcji "Dywidenda jak w banku" znajdziesz teksty poradnikowe o oszczędzaniu i inwestowaniu, zapis webinarów, czyli spotkań na żywo, które odbyliśmy z internautami, a także miniserial wideo. A na dokłądkę e-booka o budowaniu portfela spółek dywidendowych. Solidna porcja wiedzy podana w lekkostrawnej formule. Naprawdę warto!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (13) Pokaż komentarze do wpisu „Rodzice pomogli ci zaciągnąć kredyt? Dbaj o ich zdrowie, bo inaczej... "randka" z windykatorem”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 10 października 2016 09:32
  • piątek, 16 września 2016
    • Gwarantowali najtańszy kredyt, teraz się kajają. Urzędnicy w eurofii, a klienci... dostaną ochłap

      Wygląda na to, że Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów wreszcie zabrał się za wyjątkowo wkurzającą praktykę na rynku kredytów gotówkowych - za "gwarancję najniższej ceny". Od kilku lat niezmiennie dziwię się w blogu jak to możliwe, że dwa-trzy banki jednocześnie gwarantują, że ich produkt jest najtańszy. Owszem, można to technicznie wytłumaczyć: w jednym najniższa ma być rata, w drugim oprocentowanie, w trzecim prowizja... Ale najśmieszniejsze jest to - czytaliście zresztą wpis na ten temat w blogu - że żaden z banków, które gwarantują "najtańszość", w żadnym aspekcie najtańszy po prostu nie jest. Dlaczego więc gwarantują, że pokryją różnicę w cenie kredytu jeśli klient znajdzie coś tańszego? Bo doskonale wiedzą, że 99% klientów w ogóle nie sprawdzi czy to, co widzą w reklamie, jest prawdą. Pozostały 1% sprawdzi i im się być może odda tę różnicę, o ile spełnią wysublimowane warunki formalne typu "przynieś podpisaną umowę kredytową z konkurencyjnym bankiem" :-).

      W czwartek Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów ogłosił, że Alior Bank - jeden z banków "gwarantujących najtańszość" - przyznał się do wprowadzania w błąd swoimi reklamami i że będzie oddawał klientom część kosztów kredytów. UOKiK, całkiem zresztą słusznie, doszedł do wniosku, że nie wolno ogłaszać w reklamie "gwarancji najniższej raty", skoro obietnica ta jest tylko teoretyczna do momentu, gdy klient sam nie przebiegnie się po wszystkich bankach, nie weźmie formularzy informacyjnych dotyczących ich pożyczek i na koniec nie przyniesie ich do Aliora. Do momentu, kiedy klient sam nie zbierze ofert z innych banków ta gwarancja po prostu nie zadziała. Prawidłowo sformułowana reklama powinna więc brzmieć: "jeśli, chcąc sprawdzić czy jesteśmy najtańsi, dostaniesz ofertę kredytu i podpiszesz umowę z innym bankiem i ona będzie korzystniejsza, niż nasza, to w porównaniu do tego jednego banku zejdziemy z ceny, choć wciąż nie wiadomo czy nadal będziemy najtańsi, mimo, że to obiecujemy". Ale reklama brzmiała inaczej: "gwarancja najniższej raty".

      Kto dostanie zwrot kosztów? Klienci, którzy poszli do Aliora po kredyt gotówkowy zwabieni ową "gwarancją". Ponieważ kontrola UOKiK dotyczyła reklamy emitowanej w telewizji w zeszłym roku, bank będzie wypłacał pieniądze tylko "zeszłorocznym" klientom. A dokładniej tym, którzy zaciągnęli kredyty między 1 kwietnia 2015 r. a 30 września tegoż roku. Ile bank zwróci w ramach tej swoistej kajanki? Kredytobiorcy dostaną zwrot odsetek za ostatni rok spłaty kredytu. Jeśli ktoś jeszcze nie doszedł jeszcze ze spłatą swojej pożyczki do ostatniego roku - to wkrótce bank po prostu przestanie mu naliczać odsetki (będzie trzeba płacić tylko sam kapitał). Jeśli ktoś już zakończył spłatę kredytu - bank też odda mu nadpłacone odsetki. Wszyscy, którym się coś należy, dostaną odpowiednie powiadomienie od Aliora. To druga tego typu ugoda wynegocjowana przez UOKiK z bankiem. Wcześniej Getin zadeklarował, że wypłaci po 100 zł klientom, których reklamacje rozpatrywał zbyt długo.

      Mój donos do UOKiK. Ale numer! Gwarancja najniższej raty... pożyczki pozabankowej! 

      Fakt, że UOKiK zajął się niby-gwarancjami, które mogą zadziałać tylko wtedy, gdy klient się bardzo spoci (w praktyce - prawie nigdy), jest dobrą wiadomością. Tym lepszą, że przecież przeciętny Polak reaguje orgazmem na słowo "gwarancja". Pamiętacie Amber Gold? Wystarczyło, że Marcin P. napisał w reklamach swoich "lokat w złoto", że są objęte "gwarancją", by Naród się rzucił na nie, łapiąc obietnice z naiwnością młodego pelikana. Być może jest to ostrzeżenie także dla innych banków i firm finansowych, które zechcą wpisać do reklam, że są "naj...", ale tylko pod warunkiem, że klient sam to sprawdzi. Alior Bank ma jedne z droższych kredytów na rynku, a mimo to przez ostatnie cztery lata bezkarnie wmawia klientom, że jest inaczej i że to gwarantuje. To dobrze, że za tę ściemę zapłaci, ale... szkoda, że zapłaci tak mało. Mam wrażenie, że UOKiK, za cenę wizerunkowego sukcesu, załatwił sprawę wyjątkowo tanio.

      Czytaj też: Ten bank najskuteczniej wyciska klientów. Jak to się robi? Oto recepta

      Po pierwsze 99% kredytów gotówkowych jest spłacanych w ratach równych, co oznacza, że największą część odsetek bank inkasuje na początku okresu spłaty, a na końcu spłaca się już w zasadzie tylko kapitał. Jeśli więc Alior miałby dostać naprawdę po kieszeni, to powinien oddawać odsetki z pierwszego, a nie z ostatniego roku spłaty. Po drugie każde dziecko - nawet zatrudnione w UOKiK-u - musi wiedzieć, że w przypadku aliorowskich pożyczek odsetki stanowią góra jedną czwartą łącznych kosztów pożyczki. Większość ceny bank chowa w pobieranej z góry i w dodatku kredytowanej prowizji. A czasem i w ubezpieczeniach, które jeszcze kilka lat temu były klientom wkładane niemal w standardzie (dopiero ostatnio Komisja Nadzoru Finansowego tego zabroniła), a teraz są dorzucane co prawda dobrowolnie, ale bez nich nie da się wejść na pokład "pożyczkowca" ;-)

      Jeśli więc bank, który wprowadzał ludzi w błąd w reklamach - i dzieki tym reklamom pozyskał większość klientów na kredyt gotówkowy - a teraz oddaje niewielką część z zainkasowanych odsetek, czyli zapewne nie więcej, niż 10% swojego zarobku na kredycie, to można powiedzieć, że wykpił się wyjątkowo tanio, wręcz prawie za darmo. Znam przypadki, w których tego typu kary są wliczone w model biznesowy nieuczciwych przedsięwzięć. Co ciekawe, choć reklam z "gwarancją najniższej ceny" nie zobaczymy już w telewizji, to bank wystawia tę gwarancję, w mniej restrykcyjnej formie, ale wciąż uzależnioną od przebiegnięcia się klienta po wszystkich bankach i zebrania formularzy informacyjnych - na swojej stronie internetowej. A więc zabawa się nie skończyła. Będzie trwała dalej, choć dalej od oczu wścibskich urzędników UOKiK-u. Najnowsza edycja - jak wynika z regulaminu promocji - kończy się w ostatnim dniu października.

      Może niepotrzebnie się czepiam? Niewątpliwie idzie ku dobremu. Obiecywanie w reklamie rzeczy, które są uwarunkowane trudnym do wykonania wysiłkiem klienta, zostało po raz pierwszy ukarane surowiej, niż tylko zgryźliwym tekstem na blogu. Kłopot w tym, że - tak samo, jak w przypadku ugód dotyczących polis inwestycyjnych - bank, w ramach tej kary, zwraca nam ochłap, co oznacza, że kara jest nieadekwatna do winy. Więc nauczka dla banku żadna. Grunt, że urzędnicy mają sukces, a bank wciąż robi swoje i zarabia pieniądze. A zarabia je m.in. wystawiając obietnicę, której prawdziwości sam - w odniesieniu do każdego klienta z osobna i wszystkich razm - nie jest w stanie udowodnić. Typowy układ win-win? ;-)

      aliorraaaaty

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (9) Pokaż komentarze do wpisu „Gwarantowali najtańszy kredyt, teraz się kajają. Urzędnicy w eurofii, a klienci... dostaną ochłap”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 16 września 2016 09:10
  • czwartek, 25 sierpnia 2016
    • Jak twardziel z twardzielem, czyli bankier kontra Samcik. Walki w kisielu to przy tym pikuś :-))

      Zadzwonił do mnie ostatnio telemarketer z jednego z kilku banków, w których mam konta, karty, pewne oszczędności oraz limit kredytowy. Zadzwonił w celu wiadomym: żeby coś sprzedać. Oczywiście negocacji nie zaczyna się od tekstu typu: "mam smoka i nie zawaham się go użyć", więc telemarketer bardzo ostrożnie stąpał na polu minowym samcikowej jaźni. Oczywiście: celem ostatecznym miało być sprzedanie Samcikowi jakiegokolwiek długu. Bo kredyty konsumpcyjne są dziś dla banków najważniejszym źródłem przychodów. Na hipotekach zarabiają mało (po wprowadzeniu podatku bankowego - bardzo mało), na prowadzeniu kont też kokosów nie zbijają (większość ROR-ów kosztuje mało lub nic), dochody na transakcjach zostały zdemolowane przez ustawę ograniczającą interchange, sprzedaż ubezpieczeń rozwaliła z kolei rekomendacja KNF ograniczająca możliwość robienia klientów w bambuko na polisach grupowych. Zostaje kredyt na konsumpcję. Jak największy. A więc - do roboty

      PODEJŚCIE PIERWSZE: KARTA KREDYTOWA. Każdy saper zaczyna od rozpoznania terenu, więc telemarketer zapytał mnie czy częściej płacę kartą czy gotówką. Gdy odpowiedziałem, że plastikiem, natychmiast zaproponował "kartę płatniczą zapewniającą dodatkowe środki". Dlaczego nie "kredytową"? Cóż, kieszonkowiec, który chciałby ci wyjąć z kieszeni portfel też nie szturcha cię przed "skokiem", tylko stara się wykonać swoją robotę bezszelestnie ;-). Pan zapytał jaki limit wydatków by mnie interesował i dodał, że ta karta pozwala płacić pieniędzmi banku. Koszt - 70 zł rocznie (chyba, że wykonam dużo rocznego obrotu lub jeszcze więcej transakcji). "Ale ja już mam u was kartę kredytową..." - syknąłem. "To może chce pan drugą, będzie pan mógł płacić na zmianę, raz tą, raz tamtą?" - zapytał rezolutnie saper. "Nie? To może chociaż podwyższy pan limit na tej karcie, ktrą pan ma?" - dodał zrezygnowany.

      PODEJŚCIE DRUGIE: KREDYT ODNAWIALNY. Pierwsze natarcie nieudane, przeciwnik okazał się niepodatny na efekt zaskoczenia. Ale telemarketer postanowił przyatakować z drugiej flanki: "A może skorzystałby pan z limitu odnawialnego? Ile by pan chciał mieć na dodatkowe wydatki? Wykorzystuje pan 1000 zł i miesięcznie płaci od tego tylko 8 zł odsetek. Tyle co nic" - przyładował z grubej rury. W tym momencie sprowokowałem dłuższą chwilę krępującej ciszy, bo chciałem ustalić czy telemarketer wspomni coś o prowizjach związanych z kredytem odnawialnym. Ale nic, cisza. Pewnie, po co opowiadać klientowi, że uruchomienie kredytu kosztuje 3% w skali roku, lecz co najmniej 70 zł, a przedłużenie na kolejny rok - automatycznie 2,5%? I że te prowizje liczą się od całości limitu, a nie od jego wykorzystanej części? Owszem, jak klient będzie upierdliwy i zapyta to się mu powie, ale... może nie zapyta?

      PODEJŚCIE TRZECIE: TANIA GOTÓWKA DO RĘKI. "Ale... ja już mam u was limit kredytu odnawialnego i nie potrzebuję drugiego..." - odpowiedziałem kiedy krępująca cisza zaczęła być już krępująca nawet dla mnie. "W porządku" - powiedział telemarketer, którego cierpliwość została wystawiona na ciężką próbę. W jego głosie usłyszałem, że czas na plan C. "A gdyby miał pan wielką kwotę pieniędzy do zagospodarowania, to na co by ją pan wydał?" - zapytał niewinnym głosikiem. Nie odpowiedziałem, choć kusiło mnie, żeby rzucić tekstem typu "chciałbym gwiazdkę z nieba". Moje milczenie zostało przyjęte za dobrą monetę, więc telemarketer drążył dalej: "Po co odkładać przez pół życia, gdy możemy zrealizować marzenia już dziś, a zaoszczedzone w ten sposób pieniądze przeznaczyć na spłatę dogodnych rat? I już dziś cieszyć się spełnionymi marzeniami? Mam dla pana naprawdę bardzo atrakcyjną ofertę". 

      PODEJŚCIE TRZECIE I PÓŁ: JESZCZE TAŃSZA GOTÓWKA DO RĘKI. Teraz ja poczułem krew. Najbardziej niewinnym głosikiem, na jaki mnie było stać, zapytałem: "A gdybym tak pożyczył 20.000 zł na dwa lata, to ile bym płacił"? Telemarketer, z trudem ukrywając radość, oświadczył, że może mi pożyczyć pieniądze na 6,99%. "To atrakcyjne oprocentowanie, prawda?" - upewnił się czy na pewno dobrze usłyszałem, że to "sześć", a nie "sześćdziesiąt sześć". Podły jestem, bo udałem głupka: "No, tanio, tanio. A jest jakaś prowizja? Bo wie pan, czasem przy tych kredytach to są jakieś dodatkowe ubezpieczenia, prowizje..." - z miną cherubinka przyładowałem w miękkie podbrzusze. Facet odparł, że owszem, jest prowizja, 8,99% "w skali roku" (tak powiedział, "w skali roku" - pewnie się pomylił, ale jeśli nie, to klękajcie narody). I że łącznie koszt kredytu wyniósłby 4500 zł, z czego 1050 zł to odsetki, 1935 zł prowizja, a 1529 zł ubezpieczenie.

      Zrzuciłem maskę idioty i zadałem kolejny cios: "Wie pan, ja tu widzę niezły przekręt. Kredyt na 6,99% z prowizją 8,99%? To są jakieś jaja?". Po chwili grozy usłyszałem w słuchawce, że to nie są jaja i żebym nie zabijał posłańca. Oraz że oczywiście można negocjować. "No, ja myślę" - powiedziałem triumfalnie, widząc oczami wyobraźni telemarketera z gardłem w żelaznym uścisku. "Z ubezpieczenia zrezygnujemy. A ile by pan chciał zapłacić tej powizji?". Nie widzę żadnego powodu, bym musiał płacić jakąkolwiek prowizję za kredyt, w sprawie którego ktoś do mnie przychodzi, żeby mi go sprezentować. I taką też informację przekazałem telemarketerowi. "Aż tak, to nie mogę zejść z ceny. Może się jakoś dogadamy"? - usłyszałem w słuchawce płaczliwy głosik. "Dobra, ile?" - warknąłem. "Mam informację, że mogę zejść do 7,99%. No dobrze, do 6,99%" - dorzucił telemarteter szybko, słysząc mój dziki wrzask w słuchawce. "Ale to już jest maks" - szepnął.

      PODEJŚCIE CZWARTE: PŁATNA KARTA DEBETOWA. Nie dogadaliśmy się. Jeśli bank, w którym mam konto od wielu lat i nienaganną historię, oferuje mi "najbardziej atrakcyjny" kredyt gotówkowy z nie najgorszym co prawda oprocentowaniem, ale chce jeszcze 6,99% prowizji za jego udzielenie, to chyba mu się scoring przegrzał. Dałbym głowę, że słyszałem gong i głos sędziego, że "zwycięzcą walki przed czasem jest Macieeeeej...". Ale nie, to był głos telemarketera, który co prawda brzmiał metalicznie, ale zapewne tylko z powodu zakłóceń w transmisji. "Skoro pan nie potrzebuje gotówki, to może prestiżową kartę płatniczą typu gold?" - zapytał. Zdziwiłem się. Jeszcze przed chwilą byłem dla mojego banku śmieciowym klientem, którego można obrażać proponując kredyt gotówkowy z prowizją 9%, a teraz nagle stałem się "prestiżowym" klientem, godnym statusu gold? "O kartach kredytowych już gadaliśmy" - powiedziałem władczo. "Nie, nie, to nie kredytowa, to płatnicza. To jest, chciałem powiedzieć, debetowa" - dodał telemarketer.

      "Ale po co mi, do ciężkiej cholery, kolejna karta debetowa, skoro jedną już mam?" - powiedziałem najbardziej dobrotliwym głosem, na jaki mnie było stać. "Bo ta jest prestiżowa, daje bezpłatne bankomaty na całym świecie i możliwość bezpłatnego wpłacania pieniędzy we wpłatomatach na pana konto" - odpowiedział człowiek po drugiej stronie wirtualnego drutu. "O ile mi wiadomo wpłatomaty i tak są bezpłatne..." - odparłem ozięble. "Bankomaty na całym świecie bez opłat" - powtórzył też ozięble. "Aha, jest jeszcze serwis konsjerż, gdyby pan chciał zarezerwować bilety na mecz za granicą, albo coś...". No, ten konsjerż to rzeczywiście jest coś. Co prawda w gratisie tylko organizują usługi (a za samą usługę trzeba płacić), ale kilka razy taki konsjerż uratował mi tyłek.

      CIOS KOŃCZĄCY. Byłem dziwnie pewny, że telemarketer nie proponowałby mi karty debetowej, gdyby była ona za darmo, czyli na tych samych warunkach jak ta, którą cieszę się dzisiaj. Oczywiście w czasie rozmowy na temat prestiżowej karty gold nie padło ani słówko, że ona coś kosztuje. Ale wiedziałem już, że oferta banku dzieli się na tę część, o której telemarketer mówi sam i tę, którą trzeba z niego wycisnąć, skłaniając go do pokonania wstydu. No i wycisnąłem. Karta debetowa w wersji gold miesięcznie miałaby mnie kosztować mniej więcej dychę (no, chyba że zapłaciłbym nią w ciągu miesiąca 2000 zł w sklepach, wtedy już nic by nie kosztowała). Po co miałbym zamieniać darmową kartę debetową na taką, która kosztuje dychacza? Darmowe bankomaty na całym świecie? Za wypłatę kasy nie wezmą, ale za to dowalą taką prowizję przy przewalutowaniu transakcji na złote, że używanie plastiku poza Polską byłoby samobójstwem. Wpłatomaty? I tak mam je za darmo. W sumie więc z "pakietu korzyści" zostaje konsjerż. Skoro konsultant widzi, że korzystam z karty kredytowej, która kosztowałaby mnie słono, gdybym nie wykręcił nią dość wysokich obrotów, to po co proponuje mi kartę debetową, która też kosztuje słono jeśli nie wykręcę nią dość wysokich obrotów? Czy aby nie po to, by mnie... wyobracać? ;-). Pamiętajcie, nie dajcie się wyobracać, bo do Was też na pewno zadzwonią. Mam nadzieję, że nie jest jeszcze za późno? ;-)

      Straciłem kilkanaście minut, ale to pikuś. W celach szkoleniowych chętnie będę takie rozmowy odbywał nawet raz w tygodniu. Nie mogę jednak zrozumieć dlaczego bank, który powinien wiedzieć o swoim kliencie wszystko, w lot odczytywać jego potrzeby, mieć rozłożony na czynniki pierwsze jego profil konsumencki, traci czas swoich pracowników? Po co dzwonić do gościa, który ma kartę debetową, kredytową, linię kredytową z ofertą wzięcia... drugiej karty kredytowej, droższej karty debetowej oraz drugiego limitu kredytu odnawialnego? Po co dzwonić do gościa, który w życiu nie wziął ani złotówki kredytu gotówkowego (a w dodatku ma na koncie i dochody i osad sprawiające, że raczej szybkiej gotówki nie potrzebuje) z ofertą kredytu konsumpcyjnego z prowizją 9%? Po co opowiadać temu gościowi o tym, że "nie warto przez całe życie czekać ze spełnianiem marzeń", skoro ten gość ma w banku otwarte niemal wszystkie możliwe produkty oszczędnościowe, a więc gołym okiem widać, że nie jest podatny na takie opowieści? Po co? 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (18) Pokaż komentarze do wpisu „Jak twardziel z twardzielem, czyli bankier kontra Samcik. Walki w kisielu to przy tym pikuś :-))”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 25 sierpnia 2016 09:23
  • piątek, 29 lipca 2016
    • Raty ze sklepu szybsze, niż te z internetu? Zanim pomyślisz... wyjdziesz z telewizorem :-)

      Możliwość rozbicia płatności na raty to z punktu konsumenta duża wygoda, zwiększająca szansę na to, że kupi coś drogiego. Nic więc dziwnego, że firmy, które zarabiają na rozliczaniu płatności za nasze zakupy, wychodzą ze skóry, żeby raty były nie tylko dostępne, ale i możliwie jak najłatwiejsze w obsłudze. Od dobrych kilku miesięcy rozbijanie zakupów na raty - i to nieoprocentowane - proponuje swoim użytkowników PayU, duży pośrednik w rozliczaniu transakcji online. Raty zero procent są dostępne dla wszystkich zakupów na Allegro (trzeba mieć tylko zdolność kredytową). Kilka tygodni temu podobne rozwiązanie, wspólnie z bankiem Santander Consumer (grupa BZ WBK) zaproponował inny agregator transakcji - Przelewy24. Jeśli kupujesz coś w e-sklepie i ma on możliwość zapłacenia via Przelewy24, to możesz zażyczyć sobie rat (choć tym razem zdaje się, że nie są to raty zero procent).

      Automatyczne rozbijanie transakcji na raty (tych, które klient chce spłacać z opóźnieniem) wprowadził też MasterCard w swoim systemie płatności MasterPass. Ale w tym wypadku trzeba zapłacić w e-sklepie kartą banku, który dogadał się z MasterCardem. Ja w ten sposób mogę rozbijać transakcje internetowe opłacone kartą Raiffeisena. Na tym tle coraz bardziej blado prezentują się systemy ratalne dostępne w sklepach stacjonarnych. Tu wciąż dużo jest formularzy, papierologii, składania podpisów na kilkunastu stron regulaminów, umów i potwierdzeń. Co prawda klient, który widzi przed sobą wymarzony telewizor i ma w perspektywie możliwość zabrania go do domu od razu, jest skłonny większych poświęceń, niż internauta, który często porzuca wypełniony już towarami e-koszyk i idzie do konkurencyjnego.

      Czytaj też: za zakupy internetowe zapłacisz w... Link4. I dorzucą ubezpieczenie

      Czytaj też: Coraz więcej bonusów przy e-zakupach. Raty za zero i kurier gratis

      Niemniej jednak również w realnych sklepach cierpliwość klientów będzie coraz mniejsza, bo przecież mamy w kieszeniach smartfony, a w nich kilka banków oferuje już kredyty "na jeden klik". Widzisz super-telewizor? Logujesz się do swojej aplikacji bankowej, informujesz bank o chęci zassania kredytu gotówkowego, a bank - na podstawie wykonanego jakiś czas wcześniej scoringu - udostępnia ci żądaną kwotę w ciągu kilku minut. Ta formuła może być zagrożeniem dla tych banków, które są silne w udzielaniu kredytów bezpośrednio w sklepach, bo współpracują z największymi sieciami. Takim bankiem jest Credit Agricole, który niegdyś występował pod marką Lukas Bank. Lukasowe raty - już pod marką CA Raty - są nadal często spotykane, można je zassać w 12.000 sklepów. Pytanie czy klienci będą skłonni je zasysać, jeśli będzie to wyglądało tak, jak do tej pory - że trzeba stać w kolejce, czekać na scoring, a na koniec jeszcze podpisywać tony dokumentów.

      Czytaj też: Przyszedł po raty zero procent, ale dowiedział się, że... właśnie wyszły

      Klienta "z ulicy" - bo taki głównie jest klientem rat w sklepach stacjonarnych - szybką ścieżką obsłużyć się nie da. Trzeba wrzucić do systemu trochę jego danych (być może da się to zrobić automatem, skanując dowód osobisty klienta i zsyłając wyczytane z niego dane do elektronicznego formularza), potem przepuścić klienta przez BIK oraz ewentualnie przez BIG-i (to na szczęście da się już zrobić w minutę, dwie) oraz spisać umowę. W tej ostatniej części procesu Credit Agricole zaczął ciekawy eksperyment - "wrzucony" do systemu i zweryfikowany w BIK klient ma już tylko jedno zadanie: przekazać sprzedawcy kod SMS, który otrzyma od banku na swój telefon komórkowy. Ten kod jest  jak podpis pod umową, którą klient jednocześnie dostanie na e-mail. Zero drukowania -nastu stron, podpisywania, parafowania. To dobra wiadomość. Zła jest taka, że też zero czytania tego, co się podpisuje :-). Fakt, że dziś i tak mało który klient czyta umowę o kredyt ratalny, ale przynajmniej mógłby ją przeczytać. W nowej procedurze akceptacja warunków kredytu nie wymaga już żadnych rozterek, ani hamletyzowania. Jeden SMS-ik i już - klient ukredytowany.

      No i sam nie wiem czy się cieszyć - że w punktach kredytowych różnych Saturnów i Media Marktów wreszcie przestaną się kłębić tłumy :-) - czy martwić. No bo tak: masz puls, masz dowód, masz smartfona i sprawa kredytu na wyuzdaną konsumpcję może być przeprowadzona, przy dobrych wiatrach, w kilkadziesiąt sekund. Elektronicznie (dzięki skanowaniu i ściąganiu danych) wypisywany wniosek o kredyt, błyskawiczna weryfikacja klienta, potwierdzenie umowy SMS-em i finito. Niech jeszcze tylko punkt kredytowy w sklepie zastąpią mobilni sprzedawcy, opłacani prowizjami przez poszczególne marki. Chodzisz sobie alejką z telewizorami, a tu wyrasta jak spod ziemi elokwentny doradca klienta z tabletem w ręce. Krótka nawijka, skanik, BIK-uś, SMS-ik i nawet nie zauważysz jak doradca klienta wpakuje cię do taksówki z nowo kupionym na raty sprzęcikiem. Skąd taksówka? A bo z taksówkarzami banki też zaczynają współpracować. I taksówkę też można zamówić przez aplikację bankową ;-)

      BZWBK_MOJE_PIERWSZE_KIESZONKOWE_LCD_1360x768

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „Raty ze sklepu szybsze, niż te z internetu? Zanim pomyślisz... wyjdziesz z telewizorem :-)”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 29 lipca 2016 09:14

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


użytkowników on-line