Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

04. Lokowanie oszczędności

  • poniedziałek, 17 kwietnia 2017
    • Duży windykator chce pożyczyć od nas pieniądze. Płaci ponad 6% w skali roku. Warto?

      Ostatnio otwiera się przed nami sporo ciekawych, pozabankowych opcji lokowania kapitału. Zaraz na początku roku można było kupić obligacje Giełdy Papierów Wartościowych, jednej z najbardziej wiarygodnych dużych firm (z oprocentowaniem WIBOR plus 0,95%). I była to pierwsza od dawna oferta obligacji sprzedawanych zwykłym ciułaczom przez firmę z "pierwszej ligi". W ostatnich tygodniach mieliśmy też sprzedaż akcji spółki Griffin Real Estate, dzięki której można długoterminowo zarabiać na dywidendach z wynajmu biurowców i centrów handlowych (deklarowana szacowana dywidenda: 6-7% rocznie). To pierwsza tego typu spółka, która sprzedała nam swoje udziały. Pieśnią ostatnich dni była z kolei sprzedaż akcji sieci supermarketów Dino - to największa oferta akcji w ostatnich latach (warta 1,6 mld zł). A jednocześnie możliwość, by stać się udziałowcem czegoś tak "dotykalnego" jak sklep spożywczy.

      Czytaj też: Murapol szuka chętnych do pomocy. Płaci 5% rocznie. Lub więcej

      To też ciekawe: fundusz, który raz w roku wypłaca "odsetki"

      Nowy pomysł na inwestowanie: podzielą się z nami zyskiem  z chwilówek

      Kto ma trochę pieniędzy do ulokowania, może więc wybierać i przebierać. Propozycja, którą dziś zrecenzuję, nie należy - tak jak wcześniej wspomniane - do przełomowych, ale jest do rozważenia dla osób, które są skłonne podjąć pewne ryzyko, by wyciskać z oszczędności 6-7% w skali roku. Rusza sprzedaż obligacji drugiej największej w Polsce spółki windykacyjnej - GetBack. Oprocentowanie godne: WIBOR plus 4,4% (a więc na dziś: 6,1% w skali roku). Pieniądze są do zwrotu za trzy lata, a odsetki będą wypłacane kwartalnie. Zapisy - jak to przy obligacjach - są na zasadzie "kto pierwszy ten lepszy", więc decyzję warto podjąć szybko. Start sprzedaży we wtorek 18 kwietnia

      GetBack zajmuje się dwoma rzeczami. Po pierwsze kupuje od banków i firm telekomunikacyjnych pakiety nie spłaconych długów i próbuje z nich wycisnąć więcej, niż za nie zapłacił. Po drugie jest wynajmowany jako „zarządca” cudzych wierzytelności z zadaniem odzyskania jak największej kwoty (od czego ma procent). Pierwszy rodzaj działalności jest bardziej dochodowy, a drugi – mniej ryzykowny.

      W sumie – biorąc pod uwagę portfele własne i cudze – GetBack zarządza wierzytelnościami wartymi 20 mld zł. To połowa wartości portfeli długów zarządzanych przez lidera windykacji Kruka oraz dwa razy tyle, ile mają „pod opieką” inni duzi gracze Kredyt Inkaso oraz Best. GetBack jest zyskownym przedsięwzięciem – w zeszłym roku miał 200 mln zł czystego zysku (w 2015 r. było 120 mln zł, zaś w 2014 r. – tylko 45 mln zł). To oznacza, że odzyskuje więcej pieniędzy, niż wydaje na zakupy pakietów długów.

      GetBack w zeszłym roku kupił na własność lub wziął do obsługi czyjeś długi za 6 mld zł. Jego zadłużenie długoterminowe wzrosło ze 150 do 600 mln zł, zaś krótkoterminowe – z 300 do 650 mln zł. A więc sprawa jasna: GetBack zadłużył się na dodatkowe 800 mln zł, żeby kupić długi, na których w przyszłości chciałby dobrze zarobić. Firma ma już prawie 1,3 mld zł zadłużenia i – jak widać – wciąż jej mało skoro przychodzi do nas po pieniądze. W sumie chce od nas pożyczyć do 300 mln zł, a w tej emisji – do 60 mln zł. Do tej pory GetBack wyemitował obligacje za 850 mln zł (trafiły do instytucji finansowych).

      Więcej o GetBack znajdziecie pod tym linkiem (www.rynekobligacji.com)

      Warunki dotyczące oprocentowania i terminu spłaty obligacji są ustawione na zachęcającym poziomie. Trzy lata to krótszy termin, niż ten, na który opiewają np. emisje Kruka. A oprocentowanie jest wyższe – Kruk ostatnio emitował obligacje przy oprocentowaniu WIBOR plus 3,15-3,3%, Best przy oprocentowaniu 3,3% powyżej WIBOR-u, a GetBack płaci aż 4,4% powyżej WIBOR-u. To warunki charakterystyczne dla emisji firm o średnim ryzyku. Te „pierwszoligowe” płacą w okolicach 1-2% powyżej WIBOR-u, zaś bardziej ryzykowne – mniej więcej 8-9% w skali roku (czyli 6-7% powyżej WIBOR-u).

       

      Czytaj o obligacjach Bikershop. 8,8% zysku z pedałowania

      GetBack to duży gracz na rynku, który do tej pory szybko w Polsce rósł. Ale jednocześnie „zawodnik” mocno zadłużony i mający ryzykowną, choć do tej pory skuteczną strategię rozwoju. Firmom windykacyjnym do tej pory sprzyjało prawo, ale te dobre czasy prawdopodobnie się kończą. Skraca się termin przedawnienia roszczeń, zaś sądy – badające spory wierzycieli z dłużnikami – będą wkrótce miały obowiązek z urzędu badać czy dług nie jest przedawniony (do tej pory robiły to tylko na wyraźne żądanie dłużnika). Świadomość konsumentów jest coraz większa, coraz więcej prawników specjalizuje się w sprawach konsumenckich, orzeczenictwo sądów coraz bardziej sprzyja konsumentom w sporze z instytucjami finansowymi.

      To wszystko nie sprzyja skuteczności windykatorów, choć zapewne w większym stopniu skutki tych zmian odczują mniejsze firmy, niż największe. I te, które mają słabe portfele długów. Na razie nie ma powodów, by zakładać, by któraś z tych „przypadłości” dotyczyła GetBack, choć jakość ostatnio zakupionych długów jest przecież jeszcze zagadką.  Gdybyście się zdecydowali na zakup obligacji GetBack, to zapisy przyjmują w Haitong Banku, biurach maklerskich Alior Banku oraz Banku Millennium, u maklerów CitiHandlowego i w dwóch niedużych biurach: Michael Ström DM oraz Vestor DM.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 17 kwietnia 2017 19:08
  • czwartek, 06 kwietnia 2017
  • środa, 29 marca 2017
    • Murapol szuka wspólników do budowy mieszkań. Gwarantuje 5% rocznie, a jak się uda to 9%

      Fundusz inwestycyjny, który inwestuje w nieruchomości mieszkaniowe i gwarantuje co najmniej 5% rocznego zysku? To najnowszy pomysł firmy Heritage Real Estate (specjalizuje się w doradztwie na rynku nieruchomości), Murapolu (jeden z największych polskich deweloperów, kiedyś pisałem o nim w kontekście obligacji, które dla nas emitował) oraz towarzystwa funduszy inwestycyjnych Saturn. Jego udziały będzie można kupić najprawdopodobniej już w kwietniu. Fundusz ma być bezpieczniejszą alternatywą dla indywidualnego kupowania mieszkań na wynajem. Pieniądze będą inwestowane w grunty, na których Murapol będzie budował osiedla mieszkaniowe i je sprzedawał, dzieląc się zyskiem z uczestnikami funduszu. Ostatecznie, po doliczeniu udziału w zyskach ze sprzedaży mieszkań, inwestycja ma przynieść do 9% rocznego zysku (choć gwarantowane będzie tylko wspomniane wyżej 5%).

      Zainteresowani? Nie dziwię się ;-). Inwestowanie w nieruchomości ostatnio jest w modzie. Przy ekstremalnie niskiej opłacalności trzymania pieniędzy w banku posiadacze większej gotówki szukają alternatywy i przeznaczają rekordowo wysokie kwoty na zakup mieszkań za gotówkę (w zeszłym roku ponoć ponad 7,7 mld zł). Dochód z wynajmu - zwłaszcza jeśli nie występują koszty kredytu - sięga 4-5% zainwestowanego kapitału. A bezpieczeństwo inwestycji w nieruchomości, przynajmniej w oczach przeciętnego Kowalskiego, jest porównywalne do lokaty bankowej. Pojawiają się więc coraz to nowe pomysły firm, którzy chcą na tym trendzie zarobić. Dosłownie kilka dni temu pisałem o kupującej biurowce i centra handlowe firmie Griffin, która sprzedawała akcje za ponad 700 mln zł, obiecując nabywcom 6,5-7% rocznej dywidendy z wynajmu zakupionych powierzchni.

      Fundusz, który w kwietniu wprowadzić na rynek HRE, Murapol i Saturn TFI to przedsięwzięcie, które na pierwszy rzut oka przypomina niesławne fundusze Arka Nieruchomości, czy BPH Nieruchomości, które zebrały od klientów po kilkaset milionów złotych, by na 10 lat zainwestować tę kasę w mieszkania, biurowce i centra handlowe. Jak pewnie pamiętacie skończyło się to spektakularną klęską, bo kupione nieruchomości straciły na wartości, a reszty dzieła zniszczenia dokonał lewar z kredytów bankowych, dzięki któremu fundusze chciały zwiększać skalę biznesu. HRE-Murapol FIZAN - bo tak ma się nazywać fundusz gwarantujący 5% rocznego zysku z nieruchomości - będzie inwestował na krótszy termin. Inwestorzy mają dostać pieniądze z powrotem (wraz z zyskami) już po trzech latach. Inwestycją zaś będzie współzarządzał Murapol, czyli firma deweloperska, która zjadła zęby na budowaniu i sprzedaży mieszkań. No i tu ma nie być spekulacji, czyli gry obliczonej na wzrost wartości nieruchomości w długim okresie. Zakup gruntu, budowa mieszkań i ich sprzedaż z zyskiem w jak najszybszym terminie - tak to ma działać.

      Złoty interes? Być może, ale... Po pierwsze nie będzie to fundusz dla każdego. HRE-Murapol FIZAN ma charakter funduszu zamkniętego, a jego udziały będą oferowane tylko specjalnie zaproszonym klientom. Każda kolejna emisja certyfikatów (czyli udziałów w funduszu) będzie się odbywała co miesiąc i będzie obejmowała maksymalnie 149 inwestorów, z których każdy musi być gotowy do wyłożenia co najmniej 200.000 zł. W Murapolu i HRE mówią, że przygotowują też wersję funduszu dla zwykłych śmiertelników, dysponujących małymi kwotami, ale najpierw chcą wszystko przetestować na mniejszej liczbie dużych inwestorów. Zaproszenia do udziału w funduszu będą dostawać m.in. klienci VIP banków, z którymi zamierza współpracować Saturn TFI.

      Czy 5% zysku rocznie z trzyletniej inwestycji w nieruchomości to dla VIP-a atrakcyjna propozycja? Umiarkowanie, bo za 200.000 zł to on sam może sobie kupić kawalerkę (może nie w Warszawie, ale w Łodzi już na pewno) i zarabiać na jej wynajmowaniu nawet więcej, niż owe 5% gwarantowane przez HRE-Murapol. Oczywiście: inwestycja poprzez fundusz ma tę zaletę, że nie trzeba ponosić żadnych kosztów transakcyjnych (związanych z zakupem lokalu, przystosowaniem do wynajmu i poszukiwaniem chętnych) oraz rozprasza się ryzyko pomiędzy wiele nieruchomości. No i HRE-Murapol FIZAN daje szansę na jeszcze wyższy zarobek, niż owe 5%, bo będzie też dzielił się z inwestorami zyskiem ze sprzedaży mieszkań (o tym więcej napiszę za chwilę). Ale z drugiej strony HRE-Murapol FIZAN też ma koszty dodatkowe - przy sprzedaży certyfikatów sprzedawcy mogą brać aż do 5% prowizji na wejściu (choć mogą też zejść z nią do 0%).

      Druga wątpliwość dotyczy gwarancji zysku i opcji na jego podwyższenie. Od strony formalnej fundusz będzie lokował pieniądze klientów w akcje spółek celowych, które będą prowadziły poszczególne projekty budowlane. Powoływanie celowych spółek inwestycyjnych (tzw. SPV) nie jest niczym dziwnym, tak działają wszystkie duże firmy deweloperskie. Dzięki temu można prowadzić i rozliczać budowy w sposób uporządkowany i klarowny (każda ma "swoje" koszty i przychody). Ale oczywiście oznacza to też ryzyko dla udziałowca funduszu HRE-Murapol. Kupując certyfikaty inwestycyjne nie staje się na trzy lata właścicielem kawałka gruntu, czy budynku, a jedynie pośrednim udziałowcem spółki, która prowadzi budowę. Gdyby ta spółka celowa np. okazała się niewypłacalna, klient zostaje z bezwartościowym papierem. Oczywiście: w tym konkretnym przypadku gwarantem tego papieru jest jeden z największych w kraju deweloperów, więc ryzyko jest mniejsze. Ale jest.

      Z gwarancją zysku też jest dziwnie. Gwarantem jest Murapol - marka solidna, ale mimo wszystko nie zasługująca jeszcze na miano "niezniszczalnej". Nie jest to więc tak solidna gwarancja, jak państwowa, która dotyczy depozytów w bankach. A te 5% rocznie? Cóż, to poziom dość bezpieczny, bo większość dużych firm deweloperskich pracuje na marżach rządu 20% i większych. Wydaje się więc, że nie ma ryzyka, iż Murapol nie będzie w stanie zarobić tyle, by wypełnić zobowiązanie wobec klientów. Z kolei opcja zwiększenia zysków jest bardzo mglista. Otóż jak już Murapol sprzeda mieszkania będące przedmiotem inwestycji w certyfikaty HRE-Murapol FIZAN, to ma podzielić się zyskami z klientami funduszu. W jakiej proporcji? To zależy od decyzji firmy. W papierach pojawia się informacja, że zysk ten może zostać zwiększony do 9% rocznie, ale tak naprawdę będzie zależał od widzimisię organizatorów całego interesu. To słaby punkt, bo widzimisię ma to do siebie, że jeździ na pstrym koniu.

      Jeśli masz milion złotych w inwestycjach i szukasz nowego pomysłu na ulokowanie 200.000 zł z tej kwoty, to właśnie do ciebie przyjdzie HRE-Murapol FIZAN z propozycją zarabiania na budowie mieszkań w ramach trzyletniego dealu. Możesz liczyć na 5% zysku rocznie (a więc ma mniej więcej tyle samo, ile miałbyś z samodzielnej inwestycji w nieruchomość na wynajem) gwarantowanego reputacją dużej firmy deweloperskiej. Musisz liczyć się z koniecznością zapłaty do 5% opłaty "startowej" (co może zjeść jedną trzecią zysku z inwestycji). Masz opcję na większy zysk niż 5% rocznie, o ile firmie deweloperskiej uda się sprzedać mieszkania po dobrej cenie. Ale deweloper nie będzie miał obowiązku dzielenia się z tobą, w umowie nie będzie żadnego mechanizmu, ani wskaźnika, który określiłby ile ci się należy w ramach udziału w zyskach dewelopera. W miarę pewne jest tylko te 5% w skali roku (minus opłata startowa). I co o tym myślicie? Okazja? Kant?

      Podobną konstrukcję do pomysłu HRE i Murapolu miał fundusz stworzony przez Forum TFI, który zarabiał na renowacjach już istniejących mieszkań, a konkretnie - zabytkowych kamienic w Krakowie. Fundusz nazywał się Prestiżowe Inwestycje Krakowskie FIZ i zebrał 30 mln zł. Kupił za tę kasę trochę nieruchomości, przerobił je na luksusowe apartamenty, sprzedał i po dwóch latach wykupił wyemitowane certyfikaty, dając swoim udziałowcom 9% zysku w skali roku. Widać więc, że moda na nieruchomości pobudza wielu ;-). Ale warto pamiętać, że to jednak ryzykowna branża, bardzo podatna na wahania koniunktury w gospodarce. Zaś gwarancja firmowana przez prywatną firmę jest warta tyle, ile dobre imię i renoma tej firmy. Nawet największa renoma nie trwa wiecznie.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Murapol szuka wspólników do budowy mieszkań. Gwarantuje 5% rocznie, a jak się uda to 9%”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 29 marca 2017 19:37
  • poniedziałek, 20 marca 2017
    • Wreszcie wygodne oszczędzanie na emeryturę? Bank pomoże wycisnąć kasę ze skarbówki!

      Jak część z Was zapewne wie, istnieją dwa preferencyjne "opakowania" dla oszczędności emerytalnych, które pozwalają zaoszczędzić na podatkach. Pierwsze to IKE (przy wypłacie po osiągnięciu wieku emerytalnego nie oddaje się 19% podatku Belki) oraz IKZE (można odpisać wpłacone w danym roku kwoty od podatku - do poziomu ok. 5100 zł). W ramach IKE i IKZE można oszczędzać w bankach, funduszach inwestycyjnych, firmach ubezpieczeniowych i biurach maklerskich. Korzysta z tej opcji jakieś 1,5 mln ludzi, którzy umieścili na tych kontach 7,7 mld zł. Byłoby więcej, ale chyba nam się nie chce "bawić" w formalności przy zakładaniu kont, wybieranie najlepszej opcji i pilnowanie limitów wpłat. Nie pomaga nawet to, że każdy kto ma IKZE i wpłacił na nie 5000 zł może w PIT-ku za zeszły rok odpisać sobie od podatku co najmniej 875 zł.

      Czytaj też: Na czym będzie polegała reforma OFE i ZUS-u planowana przez PiS?

      Od dziś ma być łatwiej. Do oferty Raiffeisen Polbanku wchodzi bowiem - a we wszystkich placówkach ma być dostępny od przyszłego poniedziałku - ciekawy pakiecik: "Wymarzona emerytura". Polega on na tym, że wpłacasz jednorazowo pieniądze, a bankowcy je automatycznie umieszczają w trzech miejscach w taki sposób, żebyś jak najwięcej zyskał na podatkach. Jest tylko jeden warunek - na start musisz mieć przy duszy 25.000 zł i być gotowym, by zablokować tę kasę z myślą o przyszłej dodatkowej emeryturze. "Wymarzona emerytura" od strony technicznej jest polisą ubezpieczeniową dostarczoną przez firmę Uniqa. Dlaczego trzeba wpłacić aż 25.000 zł? Cóż, chodzi o to, żeby po wykorzystaniu limitów rocznych wpłat na IKZE (5112 zł) oraz IKE (mniej więcej 12.800 zł) poza korzyściami podatkowymi była z tego jakaś sensowna sumka na dodatkową emeryturę.

      Do pakietu jest dołączone coś w rodzaju "podatkowego assistance". A więc raz w roku dostaniemy czuły liścik od firmy Uniqa z prostą jak cep instrukcją co gdzie trzeba wpisać do PIT-a żeby odpisać sobie pieniądze zgromadzone w "Wymarzonej emeryturze" od podatku. Limit pierwszej wpłaty jest dość wysoki, ale później idzie już z górki, bo można wpłacać dowolne kwoty. Bank będzie oczywiście przypominał, że warto zainwestować w każdym roku przynajmniej te kilkanaście tysięcy, by w pełni wykorzystać limity wpłat na IKE i IKZE, ale klient nie będzie miał obowiązku systematycznego dopłacania kasy do polisy - to będzie tylko dobrowolna, choć silnie rekomendowana opcja.

      Co ciekawe, z polisy będzie można też kasę za darmo wypłacić - przynajmniej częściowo. Chodzi o to, żeby w sytuacji awaryjnej klient mógł skorzystać z pieniędzy i nie tracić korzyści podatkowych. Jedynym warunkiem jest to, by na po takiej wypłacie na polisie zostało te "startowe" 25.000 zł. Można też pozbyć się większej kwoty - tracąc korzyści podatkowe - ale wtedy na koncie musi zostać przynajmniej 5000 zł. Ponieważ cały pakiecik jest polisą ubezpieczeniową, są też - drobne, bo drobne, ale jednak - elementy ochrony ubezpieczeniowej. W razie śmierci naturalnej właściciela "Wymarzonej emerytury" (czego oczywiście nikomu nie życzę, ale wypadki chodzą po ludziach), cały rejestr przechodzi na własność osoby uposażonej, którą wskażemy w umowie. Co ważne - przechodzi "automatycznie", poza postępowaniem spadkowym. Gdyby zeszło nam się z tego padołu łez i rozpaczy w ramach nieszczęśliwego wypadku, firma dołoży jeszcze 5% do zebranej kwoty. Ze względu na ubezpieczeniową formę pakietu nie ma podatku od darowizny (gdybyśmy chcieli "Wymarzoną emeryturę" komuś zprezentować).

      No i jeszcze najważniejsza kwestia: w co będą lokowane te pieniądze i ile to będzie kosztowało? Otóż nie będzie pełnej dowolności - klient ma do wyboru cztery tzw. portfele, czyli strategie inwestowania pieniędzy ustawione od najbezpieczniejszej do najbardziej ofensywnej. Najbezpieczniejsza będzie oferowała nędzne kilka procent zysków rocznie, ale praktycznie bez ryzyka jakichkolwiek przejściowych strat (choć żadnej gwarancji dochodowości nikt tu nie oferuje). Najbardziej ofensywna prawdopodobnie pozwoli uzyskać najwyższą dodatkową emeryturę, ale może się zdarzyć, że przez kilka lat będziemy pod kreską, bo kasa będzie inwestowana w fundusze akcji. Portfelami będzie zarządzać Union Investment, czyli dość solidne towarzystwo funduszy, jedno z największych tzw. niezależnych, nie należących do żadnego dużego banku.

      Teraz opłaty. Za zarządzanie tym całym interesem - czyli przyjęcie pieniędzy klienta, rozdzielenie ich pomiędzy IKE, IKZE i część dodatkową, za korzyści spadkowo-ubezpieczeniowe, a także za podatkowe assistance - twórcy "Wymarzonej emerytury" (czyli Raiffeisen i Uniqa) pobiorą 1,19% rocznej prowizji. Oczywiście w wynikach osiąganych przez fundusze będzie też "schowana" druga opłata za zarządzanie, pobierana przez Union Investment. Ale tę byśmy i tak płacili, nawet jeśli lokując oszczędności samodzielnie w funduszach. Tak naprawdę jedynym ekstra-obciążeniem jest te 1,19%. Czy to dużo czy mało? Cóż, wszystko jest kwestią punktu odniesienia. Przyjmując, że w pierwszym roku wpłacę tylko minimalne 25.000 zł, opłata wyniesie prawie 300 zł. Biorąc pod uwagę, że na bieżąco od PIT-a odpiszę dzięki "Wymarzonej emeryturze" jakieś 900 zł, za bankową asystę zapłacę aż 30% "prowizji" od zysku podatkowego. Słono.

      Ale z drugiej strony ta polisa inwestycyjna jest - jak na polskie warunki - bardzo elastyczna. Pozwala wpłacać i wypłacać nadwyżkę ponad "startową" wartość inwestycji bez żadnych prowizji, ani opłat likwidacyjnych. Nie ma też często spotykanej w polisach inwestycyjnych opłaty administracyjnej (czyli stałych np. 10 zł za "posiadanie rachunku"). Dla kogoś kto ma oszczędności, ale nie ma czasu zastanawiać się ile powinien wpłacić na IKE, ile na IKZE oraz gdzie ulokować ewentualną nadwyżkę, "Wymarzona emerytura" może być sensownym pomysłem. Wiadomo, że elitarnym, bo 25.000 zł do zablokowania z myślą o przyszłej emeryturze mają tylko ci najbardziej zapobiegliwi z nas. Ale to dobrze, że tego typu pakiety schodzą "pod strzechy". Już kilka lat temu widziałem niemal identyczne rozwiązanie w bankowości prywatnej PKO BP.  Ale było dostępne tylko dla milionerów. 

      Czytaj też: Młodzi bogowie i kubka miętolenie. Komu opłaci się gwarantowana emerytura?

      Każdą opcję, która pozwala wygodnie oszczędzać na emeryturę i płacić niższe podatki witam w blogu z otwartymi ramionami. I tak, jak testuję własnymi pieniędzmi "Wymarzone perspektywy", czyli niskokosztową polisę inwestycyjną oferowaną przez Raiffeisena wspólnie ze znienawidzonym TUnŻ Europa (mam strategię "niebieską" i w zeszłym roku zarobiłem dzięki niej 5,3%), tak oczywiście przetestuję dla Was również "Wymarzoną emeryturę". Raiffeisenowcy zeznają, że w "Wymarzonej perspektywie" jest dziś 900 mln zł, a w identycznym koncepcie o nazwie "Unikatowe strategie" - 400 mn zł. Zaś dołączając do tego produkty stricte depozytowe, czyli konto oszczędnościowe i ROR o nazwie "Wymarzone konto" Raiffeisen przez rok zebrał z rynku depozytowego 6 mld zł. Biorąc pod uwagę, że cały "urobek" banków to 30 mld zł świeżych oszczędności - wynik "Raiffka" prezentuje się naprawdę godnie.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Wreszcie wygodne oszczędzanie na emeryturę? Bank pomoże wycisnąć kasę ze skarbówki!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 20 marca 2017 09:08
  • niedziela, 26 lutego 2017
    • ZUS wystraszył tylko tych, którzy już potrafią sobie wyobrazić, że będą jego podopiecznymi?

      Już ponad 900.000 osób oszczędza w ramach Indywidualnych Kont Emerytalnych (IKE), czyli tej odmiany gromadzenia kapitału, która w przyszłości pozwoli nie płacić podatku od zysków kapitałowych. Zaś prawie 650.000 osób ma pieniądze na Indywidualnych Kontach Zabezpieczenia Emerytalnego (IKZE), które pozwalają oszczędzać na emeryturę odliczając zebrane kwoty od podatku PIT. Tak wynika z opublikowanych właśnie danych Komisji Nadzoru Finansowego na koniec 2016 r. Przy założeniu, że jakaś część ludzi oszczędza i w IKE i w IKZE, można szacować, że na dodatkową emeryturę postanowiło gromadzić pieniądze 1,2 mln Polaków. Z tego mniej więcej jedna trzecia robi to systematycznie, a więc ich zainteresowanie gromadzeniem kasy na lepsze jutro nie jest pozorne. Mamy więc w kraju 16 mln pracujących i z tego jakieś 400.000 osób - czyli 2-3% osób zarabiających pieniądze - aktywnie korzysta z preferowanych podatkowo mechanizmów oszczędzania na emeryturę. Te osoby wpłaciły w zeszłym roku w ramach tych mechanizmów prawie 1,5 mld zł nowych pieniędzy.

      Czytaj też: Co drugi z nas nigdy nie będzie miał oszczędności, bo... nie umie

      Oczywiście mówimy tylko o oszczędzających w IKE i IKZE, jest zapewne jakaś grupa osób, które nie korzystają z żadnego z tych mechanizmów, a też gromadzą oszczędności w bankach, funduszach inwestycyjnych, nieruchomościach, albo w sztabkach złota. Ponad 50 mld zł jest w polisach inwestycyjnych, 100 mld zł w funduszach inwestycyjnych, 660 mld zł w bankach. Jakaś część z tych pieniędzy jest pewnie "parkowana" z myślą o emeryturze. Ale jaka? Trudno wyczuć - zapewne lwia część to inwestycje krótkoterminowe. Wracając do IKE i IKZE: w sumie na jednych i drugich kontach emerytalnych zebraliśmy 7,7 mld zł, czyli kwotę zauważalną. Inna sprawa, że jeszcze kilka lat temu w drugim filarze emerytalnym, czyli na kontach OFE, było aż 300 mld zł naszych pieniędzy. Na tym tle pieniądze uciułane na IKE i IKZE wyglądają blado. Gdyby je wypłacać każdemu posiadaczowi konta w IKE lub IKZE w porcjach po 1000 zł miesięcznie (np. na dodatkową emeryturkę), to wystarczyłoby na pięć miesięcy. Co nie oznacza, że z ostatnich danych o naszym oszczędzaniu na emeryturę nie można wyciągnąć żadnych optymistycznych wniosków.

      Czytaj też: Polacy rzucili się do gromadzenia. Ogromne wzrosty oszczędności!

      STRACH MA DWA RAZY WIĘKSZE OCZY. Z dwóch preferencyjnych mechanizmów oszczędzania na emeryturę większe znaczenie ma IKE - ta forma gromadzenia kapitału jest starsza i ma mniej ograniczeń - na IKE można po prostu wpłacić więcej pieniędzy (ale za to nie ma bieżącego odpisu od podatku PIT). Z 7,7 mld zł, które mamy odłożone w dwóch "wehikułach emerytalnych" większość przypada na IKE. W zeszłym roku otworzyliśmy 85.000 nowych rachunków tego typu. To znacznie więcej, niż w poprzednich latach. W 2015 r. było to 66.000 nowych rachunków, zaś w 2014 r. - 47.500. Wartość pieniędzy zgromadzonych na IKE wzrosła zaś w zeszłym roku o 900 mln zł i wynosi już 6,6 mld zł (rok wcześniej wzrost był mniejszy i wyniósł "tylko" 700 mln zł). Widać więc, że zainteresowanie oszczędzaniem na emeryturę - oraz świadomość, że ZUS nie załatwi nam kolorowej przyszłości - wolno bo wolno, ale się upowszechnia.

      FUNDUSZE NA TOPIE, POLISY W ODWROCIE. Z 85.000 nowo-otwartych rachunków aż 51.000 osób wybrało jako inwestycję w ramach IKE fundusze inwestycyjne. Tylko 17.500 osób postanowiło "opakować" w IKE polisę inwestycyjną, zaś 12.500 osób - depozyt bankowy. Widać, że firmy ubezpieczeniowe straciły dużą część zaufania Polaków jeśli chodzi o ich rolę pośrednika w inwestowaniu pieniędzy. Z 900.000 kont IKE wciąż większość - aż 570.000 kont - to te ubezpieczeniowe (czyli różnego rodzaju polisy inwestycyjne), ale liczba IKE w formie funduszy inwestycyjnych wynosi już 236.000 i rośnie naprawdę szybko. Co ciekawe, tylko na mniej niż co czwarte konto IKE założone w firmie ubezpieczeniowej w zeszłym roku zostały wpłacone pieniądze! W przypadku IKE w formie funduszy inwestycyjnych - wpłata była na prawie co drugie. Choć kont w formie ubezpieczeniowej jest dwa i pół raza więcej, niż w formie funduszowej, to na obu rodzajach IKE jest prawie po tyle samo pieniędzy - ok. dwa miliardy złotych. W ubezpieczeniowych o 200 mln zł więcej, ale prawdopodobnie już raz rok ta różnica zostanie ostatecznie zniwelowana.

      ELITA: WPŁACILI PO 10.000 ZŁ I KUPILI... AKCJE. To pokazuje skalę zniechęcenia ludzi to ubezpieczeń inwestycyjnych. Ale prawdziwą elitą wśród oszczędzających na emeryturę w ramach IKE są ci, którzy konto emerytalne otworzyli w biurze maklerskim, a więc inwestują swoje oszczędności w akcje spółek i notowane na giełdzie obligacje. Takich kont jest tylko 27.500, ale zgromadziliśmy na nich aż miliard złotych - połowę tego, co na kontach ubezpieczeniowych, których funkcjonuje dwadzieścia razy więcej! W zeszłym roku na więcej, niż co drugie konto IKE w biurze maklerskim wpłaciliście nowe pieniądze. A w dodatku średnia wpłata wynosiła ponad 9.000 zł, trzy razy tyle, ile do IKE ubezpieczeniowych. Szacunek. A podobno styl niemieckiego emeryta nie jest dla nas ;-). Sporą "wydajnością" mogą się też pochwalić IKE w formie depozytu bankowego lub obligacji. Takich rachunków nie mamy dużo - tylko 64.000 sztuk - ale jest na nich 1,2 mld zł i w zeszłym roku na dwie trzecie z tych kont zostały wpłacone nowe pieniądze!

      IKE MEKKĄ WAPNIAKÓW. Nie zmieniło się natomiast to, że na emeryturę oszczędzają w Polsce głównie ci, dla których dzwoni już ostatni dzwonek, a więc osoby po 40-tce. Tylko nieco ponad 10% rachunków IKE (95.000 sztuk) mają założone osoby przed 40-tką! Oczywiście nie ma nic zdrożnego w oszczędzaniu na emeryturę z czterema krzyżykami na karku, ale wtedy oszczędności przyrastają wolniej ("śniegowa kula" nie tyle ma czasu, by się rozpędzić). Zaczynając oszczędzanie w młodości można odkładać cztery razy mniejsze pieniądze, by osiągnąć po 60-tce tę samą sumę co ktoś, kto zaczął oszczędzanie w średnim wieku. I dopóki wśród tych kilku procent zapobiegliwych emerytalnie Polaków będą głównie wapniaki, cała zabawa z trzecim filarem będzie trochę nez sensu. Czas żeby program zachęt do samodzielnego oszczędzania na emeryturę wicepremiera Morawieckiego wyszedł wreszcie z excela. 

      Czytaj też: Sześć pomysłów żeby chciało nam się chcieć oszczędzać na potem

      5% KASY JUŻ JEST. A RESZTA? Średnie saldo zebrane przez statystycznego posiadacza konta IKE nie powala na kolana - to 7.300 zł. Nie można powiedzieć, że da się z tego urzeźbić sensowny dodatek do emerytury. Szczerze pisząc to zaledwie 5% kwoty potrzebnej, by chociaż przez 15 lat mieć 1000-złotowy dodatek do państwowej emeryturki. Biorąc jednak pod uwagę, że tylko co trzecie IKE jest aktywne, trzeba szacować, że ów procent na kontach najbardziej systematycznych ciułaczy jest znacznie bardziej skoncentrowany i zebrali już 10% kwot potrzebnych, by na emeryturze mieć zabezpieczone godne warunki finansowe. Średnia wpłata nowych pieniędzy na IKE w zeszłym roku wyniosła 3.700 zł, czyli nieco ponad 300 zł miesięcznie. To niezły pieniądz, ale jeśli 90% posiadaczy IKE to ludzie po 40-tce, więc nie jestem przekonany czy nie powinni jeszcze podkręcić tempa.

      BĘDZIE REKORDOWY MONEY-BACK ZE SKARBÓWKI! Na koniec dwa słowa o rachunkach IKZE, do których założenia namawiałem Was w zeszłym roku w celu optymalizacji podatkowej. Przyznam szczerze, że sukces tych moich namów był połowiczny. Z jednej strony założyliście w 2016 r. "tylko" 63.000 nowych kont IKZE (rok wcześniej było 92.000 kont), ale z drugiej strony napływ pieniędzy był bardzo wysoki - ponad poł miliarda złotych. W 2015 r. "udział" IKZE w "rynku" preferencyjnych form oszczędzania na emeryturę wyniósł tylko 10%. Teraz wynosi już blisko 15%. W zeszłym roku wartość kasy zgromadzonej przez nas na kontach IKZE się niemal podwoiła. Tylko na co czwarte IKZE została wpłacona w zeszłym roku jakaś kasa, ale widać, że jak ktoś wpłacał, to od razu "pod korek". Dwie trzecie nowo-otwartych kont IKZE było otwieranych pod skrzydłami funduszy inwestycyjnych. To nie wszystko - wśród 87.000 kont IKZE, które prowadziły fundusze inwestycyjne, na aż 71.000 kont wpłynęły w 2016 r. pieniądze. Dla porównania: firmy ubezpieczeniowe zdołały zmobiliozować do wpłat tylko 62.000 osób, choć prowadzą aż 450.000 kont IKZE!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „ZUS wystraszył tylko tych, którzy już potrafią sobie wyobrazić, że będą jego podopiecznymi?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      niedziela, 26 lutego 2017 15:54
  • czwartek, 23 lutego 2017
    • Twój bank mało płaci? 7 prostych sposobów na to jak wycisnąć więcej procentów z lokaty w banku

      Oprocentowanie większości depozytów, które trzymamy w bankach, nie chroni już oszczędności przed inflacją. Czas więc ruszyć się z fotela i spróbować przynajmniej zmniejszyć straty. Postanowiłem więc dziś zebrać w jednym miejscu zebrać rady dla tych, którzy chcieliby, żeby pieniądze trzymane przez nich w banku nie traciły realnie na wartości. Tym tematem powinno zainteresować się wielu, bo prawie połowa naszych oszczędności leży w kilku największych bankach, które nigdy nie rozpieszczały klientów atrakcyjnym oprocentowaniem. Pieniądze leżą i się marnują z niskim procentem, bo po prostu nie chce nam się ich zabrać, trzymamy je w danym banku od lat "z przyzwyczajenia". A także z przekonania, że dla kilku groszy dodatkowego zysku z oprocentowania nie opłaca się robić zamieszania z przechodzeniem do innego banku.

      Czytaj: To koniec pewnej ery. Idą (jeszcze) gorsze czasy dla oszczędności. Co robić?

      Jeśli ktoś ma np. 10.000 zł, to przy oprocentowaniu 1% w skali roku będzie czerpał ze swoich oszczędności 80 zł odsetek (po potrąceniu podatku Belki), a przy oprocentowaniu 1,2% zysk zwiększy się raptem do 96 zł. Dla 16 zł dodatkowych odsetek naliczonych przez cały rok większość ciułaczy nie zechce zdzierać zelówek w butach. Ale gdyby rzecz dotyczyła już 25.000 zł, zaś różnica w oprocentowaniu sięgnęła 0,5 pkt. proc., to stawka zaczyna być zauważalna - 110 zł. Z moich obserwacji wynika, że mniej więcej taka właśnie - pół punktu procentowego, w porywach nawet do całego punktu - jest różnica między oprocentowaniem pieniędzy w dużych i w małych bankach. Co więcej, trzymając pieniądze poza największymi bankami, płacącymi najmarniej, zwykle udawało się w przeszłości chronić realną wartość oszczędności.

      inflacja_w_polsce_10lat_i_depo

      Dowody? Oto wykres pokazujący jak mniej więcej kształtowała się w przeszłości relacja inflacji do oprocentowania pieniędzy w dziesięciu najlepiej płacących bankach w danym momencie. Nie są to bardzo dokładne dane, ale mam sporo archiwalnych materiałów porównawczych, na podstawie których to mniej więcej oszacowałem. I - co ważne - pokrywa się mniej więcej z obserwacjami, które poczyniłem na podstawie analizy własnego portfela depozytów. Tak jak niedawno pisałem w blogu, średnie oprocentowanie moich prywatnych pieniędzy w zeszłym roku wyniosło 1,4%. Jakieś 30-40% depozytów (to się zmieniało w czasie) trzymałem w skarbcach największych banków, a 60-70% w bankach mniejszych (powiedzmy, że spoza pierwszej ósemki na rynku). I tę strategię polecam każdemu, kto chciałby spać spokojnie, a z drugiej strony nie tracić realnej wartości swoich pieniędzy w banku. Jak jeszcze zwiększyć opłacalność trzymania pieniędzy w banku?

      Czytaj też: Nadeszła depozytowa katastrofa. W tych bankach pieniądze już tracą

      ROR: RACZEJ OSZCZĘDZAJ ROZSĄDNIE.  Wiadomo, że część kasy leży tam, bo czeka aż jutro, pojutrze lub za kilka dni ją wydamy. Ale czasem jest to stały "osad", który traktujemy w kategoriach poduszki finansowej "na wszelki wypadek". O ile w czasie deflacji można było takie przetrzymywanie nadwyżek finansowych na nie oprocentowanych ROR-ach rozgrzeszać, o tyle teraz jest to już karygodne. Nawet pieniądze, które będą nam wkrótce potrzebne warto przesunąć na konto oszczędnościowe, by pracowały choćby na ułamek procenta. Przesunięcie kasy z ROR-u na konto oszczędnościowe zajmuje w dzisiejszych czasach kilkadziesiąt sekund (i to razem z czasem potrzebnym na założenie konta oszczędnościowego), więc nawet jeśli będzie to gra warta kilku złotych, to i tak warto. Po czym poznać milionera? Że bardzo się złości, gdy choćby okruch jego fortuny się marnotrawi.

      POZWÓL KASIE "POZDRÓŻOWAĆ". Banki w Polsce nie cenią lojalnych klientów, zwykle najwyższe oprocentowanie miewają tzw. lokaty na nowe środki. Nowe, czyli takie, które wpłynęły z innego banku (przesunięcie osadu z ROR-u albo pieniędzy z konta oszczędnościowego zwykle nie kwalifikuje się jako nowe środki). Można dostać ekstra mniej więcej 0,5 pkt. proc., choć nie zawsze jest to bonus bezwarunkowy (czasem wiąże się z obowiązkiem założenia i zasilenia ROR-u). Ja mam kilka ROR-ów, więc zdarza się, że przerzucam pieniądze między nimi. Tak czy owak: wykonując cztery "wędrówki" w roku (czyli wędrując między bankami z depozytem kwartalnym) możemy znacząco zwiększyć procent na depozycie. Warto raz w miesiącu sprawdzać w internecie zestawienia najlepszych depozytów i kont oszczędnościowych - szukamy oczywiście najlepszych ofert "na nowe środki" bez dodatkowych warunków bądź z łatwymi do spełnienia (np. trzeba tylko założyć ROR i wpłacić nań określoną kwotę, ale nie trzeba mieć karty i nią płacić).

      SPRAWDŹ "OSZCZĘDNOŚCIÓWKĘ" W PROMOCJI. Czasem nawet mając w banku tylko "stare środki" warto się rozejrzeć czy np. niektóre okresy lokowania depozytów nie dają większej możliwości zarobku, niż inne. Np. trzymając pieniądze na sześciomiesięcznej lokacie można zarobić ciut więcej, niż na czteromiesięcznej. Są banki, w których taki "arbitraż" opłaca się też przy zmianie lokaty terminowej na konto oszczędnościowe (choć na zdrowy rozum depozyt powinien "płacić" lepiej, bo wiąże się z koniecznością zablokowania pieniędzy). Przykładowo w ING mają promocję na nowo otwierane konta oszczędnościowe (płacą 2% przez cztery miesiące), a na lokacie rocznej da się wycisnąć tylko 1%. Oczywiście: interes się nie "zepnie" jeśli w porę nie zabierzemy pieniędzy z konta oszczędnościowego, bo jego standardowe oprocentowanie spadnie do 0,7 proc. w skali roku. Według serwisu bankobranie.blogspot.com w czterech bankach są teraz promocje kont oszczędnościowych (Orange Finanse, Deutsche Bank, Millennium, Eurobank). Nie sprawdzałem, ale jeśli macie ROR-y w tych bankach, to zerknijcie na warunki promocji, może opłaca się przez kilka miesięcy mieć tam nie tylko ROR, ale i "oszczędnościówkę"?

      WEŹ LOKATĘ PRZEZ SMARTFONA. Część banków promuje korzystanie z bankowości mobilnej. Ściągając sobie na smartfona aplikację mobilną banku i aktywując ją nabywamy prawo do założenia z jej pomocą lokaty znacznie lepiej oprocentowanej, niż zwykła, zakładana w oddziale lub przez bankowość internetową. Bankiem, w którym zwykle opłaca się założyć lokatę przez smartfona jest Bank Millennium (tu można wycisnąć 2,5%) oraz BZ WBK (też 2,5%). Aż 3% za lokatę założoną przez smartfona zapłaci Getin Bank, zaś Raiffeisen - 2,2%. Lokatę mobilną na 1,75% (niestety tylko na miesiąc) lub na 1,2% (na pół roku) ma PKO BP, który za "zwykłe" lokaty płaci ok. 1,1%. Zwykle takie depozyty są ograniczone do trzech miesięcy i mają maksymalny próg 10-20 tys. zł. Ale zawsze coś.

      UPIECZ DWIE PIECZENIE NA JEDNYM OGNIU. Jeśli jesteś niezadowolony z usług swojego obecnego banku, to możesz upiec dwie pieczenie na jednym ogniu i przenieść się do konkurencji pod warunkiem, że zaoferuje promocyjny depozyt. Warto odwiedzić oddział banku, który polecają znajomi, albo zadzwonić na infolinię i zapytać o ile więcej bank zapłaci za depozyt przy przeniesieniu konta. Np. Toyota Bank zapłaci 2,5% na lokacie 160-dniowej, ale pod warunkiem, że założysz w nim nowe konto. W mBanku przez trzy miesiące nowi klienci mogą mieć nawet 3,5%. Nest Bank daje nowym posiadaczom kont osobistych trzymiesięczną lokatę na 4% w skali roku. Prawie każdy bank ma taką ofertę. Niektóre banki mają też promocje polegające na wypłacaniu klientom premii finansowej za założenie konta. Taka premia może wynosić od 100 zł do 300 zł. Obecnie mają w ofercie takie bonusy m.in. ING, mBank, Citibank oraz wspomniany Toyota Bank. Jeśli masz np. 10.000 zł oszczędności, to premia oznacza de facto równowartość dodatkowego 1-3 pkt. proc. rentowności depozytu.

      NIE ROZMIENIAJ SIĘ NA DROBNE. Jestem wielkim fanem dywersyfikacji i rozpraszania oszczędności w wielu miejscach (ze względów bezpieczeństwa i zdrowego rozsądku). Ale nadmierne rozdrabnianie się w przypadku depozytów bankowych oznacza niestety wymierne straty. Oprocentowanie dla różnych kwot depozytów się spłaszcza, ale jeśli chodzi o oprocentowanie kont oszczędnościowych to wciąż widać różnicę na korzyść większych osadów. W BZ WBK za Konto Max Oszczędnościowe płacą 0,5% w skali roku, ale jeśli masz więcej, niż 100.000 zł, to 0,76%. W mBanku na koncie oszczędnościowym eMax Plus mając do 50.000 zł można zarobić 0,5%, zaś przy większych saldach - 0,65-1%. Może się więc opłacić umieszczenie większej kwoty w jednym banku (oczywiście kwota ta nie powinna przekraczać państwowej gwarancji dla depozytów w przypadku upadłości banku - równowartości 100.000 euro). Część banków od depozytu rzędu 50.000 zł może proponować indywidualne warunki, lepsze o 0,1-0,2% od standrdowych.

      ZAUWAŻ TEŻ MALUCHA. Wystarczy rzut oka na bankowe tabele z oprocentowaniem i już widać, że mniejsze banki płacą znacznie lepiej, niż duże. A cieszą się takimi samymi, państwowymi gwarancjami depozytów. Liderem w depozytach trzymiesięcznych jest PBS Ciechanów (czyli jeden z większych banków spółdzielczych, któremu niedawno jeszcze groziła utrata płynności z powodu paniki klientów po wprowadzeniu do banku zarządu komisarycznego). Tu bez żadnych dodatkowych warunków można umieścić pieniądze na trzy miesiące przy oprocentowaniu 2,05%. Idea Bank i Lion's Bank dają 1,85%, zaś Plus Bank - 1,65%. W porównaniu z ofertą największych banków - pomijając promocje płacą one ok. 1% - jest sporo szczodrzej. Inny bank spółdzielczy - neoBank - płaci za sześciomiesięczne depozyty 1,5% w skali roku, a za trzymiesięczne - 1,8% (ale ta druga oferta dotyczy tylko nowych środków). Dla odważnych są też SKOK-i, których sytuacja finansowa jest kiepska, ale są objęte państwowymi gwarancjami depozytów. Największy SKOK Stefczyka za depozyt półroczny płaci 1,8%.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (9) Pokaż komentarze do wpisu „Twój bank mało płaci? 7 prostych sposobów na to jak wycisnąć więcej procentów z lokaty w banku”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 23 lutego 2017 08:55
  • wtorek, 14 lutego 2017
    • Nadeszła depozytowa katastrofa. W tych bankach twoje pieniądze już tracą na wartości

      GUS podał, że ceny towarów i usług w skali ostatniego roku - czyli licząc od stycznia do stycznia - wzrosły o 1,8%. To oznacza, że jeśli ktoś rok temu zakopał w ogródku 1000 zł i dziś z powrotem wykopał i włożył do portfela, realnie stracił 18 zł. Część wartości tego tysiączka - w przeliczeniu na koszyk towarów - wyparowała. To sytuacja od dawna niespotykana, bo przez ostatnich kilka lat mieliśmy w Polsce deflację, a więc ceny nie rosły, zaś realna wartość pieniędzy nie spadała. Teraz to się gwałtownie zmieniło (nie mówcie, że Was nie ostrzegałem). Problem mają nie tylko ci, którzy zakopali 1000 zł w ogródku, ale też ci, którzy trzymają kasę w bankach. Na wartości realnie traci wszystko, co do rok temu zostało oprocentowane niżej, niż na 2,2%. Tylko takie lub wyższe odsetki od pieniędzy, zakontraktowane rok temu na stały procent, pozwoliłyby pokryć inflację i podatek Belki (wynosi 19% od zysków z lokaty). Mało który bank płacił tyle za standardowy depozyt (średnie oprocentowanie najlepszych depozytów wynosiło rok temu 2%).

      Czytaj też: Inflacja w Polsce najwyższa od czterech lat! Najnowsze dane GUS

      inflacja2016

      Czytaj też: Podatek bankowy ma już rok. Kto go naprawdę zapłacił? Policzyłem

      Postanowiłem sprawdzić jaka część dziś zakładanych depozytów może przynieść realną stratę przy założeniu, że inflacja utrzymałaby się w okolicach 1,8% przez kolejny rok. Już na starcie trzeba powiedzieć, że z 660 mld zł pieniędzy, które mamy w bankach, jakąkolwiek szansę na utrzymanie realnej wartości będzie miała - przy tych założeniach - mniej, niż połowa. Tylko 291 mld zł stanowią bowiem depozyty terminowe. Reszta to kasa na ROR-ach (w sposób oczywisty tracąca na wartości, bo nieoprocentowana) oraz na kontach oszczędnościowych. Te ostatnie w kilku małych bankach pozwalają wciąż nieźle zarobić (w Orange Finanse 3,5% do 10.000 zł, w BGŻ Optima 2,3% bez limitu, w Deutsche Banku - 2,55% do 100.000 zł, w Banku Millennium 2,5% do 100.000 zł), ale po pierwsze promocyjny procent obowiązuje tylko przez trzy-cztery miesiące, po drugie jest to oferta dla nowych klientów lub nowych środków, a po trzecie w największych bankach oprocentowanie kont oszczędnościowych jest znacznie niższe, niż w małych bankach-challengerach.

      W PKO BP dla podstawowego konta oszczędnościowego jest to 0,5% i jeszcze trzeba płacić 1 zł miesięcznie za prowadzenie rachunku (co oznacza, że przy 1000 zł salda realnie zarabia się tylko 0,38%). W Banku Pekao standardowe oprocentowanie konta "Dobry Zysk" dla kwot poniżej 100.000 zł wynosi jedynie 0,2% w skali roku. W BZ WBK jest Konto Max Oszczędnościowe, które płaci 0,5% w skali roku (chyba, że mamy więcej, niż 100.000 zł, to 0,76%). W mBanku na koncie oszczędnościowym eMax Plus mając do 50.000 zł można zarobić 0,5%, zaś przy większych saldach - od 0,65% w skali roku do 1%. Bank Millennium ostatnio uruchomił Konto Oszczędnościowe Profit, na którym przez pierwsze trzy miesiące można zarobić 2,5%, jednak to promocja dla nowych środków. Standardowe oprocentowanie w Banku Millennium to 0,6% (przy dużych kwotach 0,7-1,1%). W ING Banku jest 2% przez cztery miesiące, a później oprocentowanie spada do 0,7%. To jest, nie bójmy się tego słowa, nędza.   Jeśli ze 100 mld zł, które trzymamy na kontach oszczędnościowych, choćby 20 mld zł da zysk większy, niż 2,2 % (czyli z szansą na realny wzrost wartości pieniądza), to będzie dobrze.

      Czytaj też: Uwaga, idą duże zmiany dla naszych oszczędności! Jak się przygotować?

      No dobra, może chociaż w depozytach jest lepiej? Z danych KNF wynika, że 75% rynku depozytów kontroluje tylko 10 największych banków, zaś z moich obliczeń (opartych na cyferkach ze sprawozdań banków) wychodzi, że tylko cztery największe banki kontrolują co najmniej 44% naszych oszczędności. Są to oczywiście PKO BP (ok. 18% rynku), Bank Pekao (ok. 11%), BZ WBK (ok. 8%) oraz mBank (ok. 7%). Prawdopodobnie na piątym miejscu znalazłby się Bank Millennium albo ING (oba banki nie dorównują skalą działalności "wielkiej czwórce", ale oba mają bardzo silną "nogę" depozytową. Jedno jest pewne - niemal połowa naszych oszczędności jest w czterech największych, najbardziej wiarygodnych (zdaniem wielu) bankach. Skoro - jak już ustaliliśmy - 270 mld zł "zaparkowane" na ROR-ach realnie traci na wartości, jak również dzieje się tak z lwią częścią pieniędzy na kontach oszczędnościowych, to może chociaż ta połowa depozytów, którą mamy w największych bankach, da radę utrzymać realną wartość naszych oszczędności?

      konkurencja_w_bankach

      PKO BP zachwala lokaty mobilne, które dają "nawet 1,75% w skali roku". Jeszcze kilka miesięcy temu - gdy był to czysty zysk, pomniejszony co najwyżej o podatek Belki, to nie byłby zły pomysł. Ale dziś ta, najlepsza w ofercie banku, lokata nie pokrywa nawet inflacji. Standardowa, internetowa lokata 12-miesięczna w PKO BP płaci - w zależności od salda - tylko 1,1-1,3%. Nieco więcej można wycisnąć z przywróconego ostatnio do macierzy "żubra" - Bank Pekao płaci za lokatę roczną zakładaną przez internet 1,55%. W BZ WBK można założyć Lokatę Mobilną i zarobić 2,5%, ale oprocentowanie będzie tak wysokie tylko przez cztery miesiące (i tylko do 20.000 zł). Standardowy depozyt w BZ WBK - jeśli założymy go przez internet - ma oprocentowanie 1% i jest rolowany co miesiąc (bez gwarancji, że w następnym miesiącu oprocentowanie będzie takie samo). Można też wziąć depozyt od razu na rok, ale wtedy odsetki wyniosą tylko 0,5%. mBank daje po oczach lokatą na 3,5%, ale tylko dla nowych klientów i tylko na trzy miesiące. Dotychczasowym klientom mBank zapłaci 1,7% za nowe środki i można wybrać jeden z trzech terminów, z których najdłuższy wynosi dziewięć miesięcy. W Banku Millennium lokata Millenet o rocznym terminie jest wyceniona na 1,1%. ING za identyczną zapłaci 1%

      Czytaj też: Konkurencja między bankami coraz mniejsza, a ich zyski... coraz większe

      Wychodzi więc na to, że nie tylko 270 mld zł na ROR-ach straci w najbliższych miesiącach realnie na wartości. I nie tylko - ostrożnie licząc - 80 mld zł ze 100 mld zł, które trzymamy na kontach oszczędnościowych ma wielkie szanse na podobny los. Także okrągłe 100% z połowy pieniędzy na depozytach terminowych, które przechowujemy w największych bankach (czyli, lekko licząc, 135 mld zł) również prawdopodobnie będzie warte mniej, niż dziś, gdy dostaniemy te pieniądze z powrotem. Poza moimi rachunkami pozostaje 155 mld zł depozytów, które trzymamy gdzie indziej, niż w skarbcach największych banków. Być może część z nich zostanie zakontraktowana na oprocentowanie 2,2% lub wyższe, ale... to niełatwe. Nawet BGŻ Optima, który przeważnie na tle konkurencji ma uczciwe stawki, płaci za depozyt 2% w skali roku.

      Czytaj też: Jak spać spokojnie i wyciskać z oszczędności trzy razy tyle, co w banku?

      Bardzo optymistycznie zakładam, że połowa pieniędzy trzymanych poza największymi bankami zdoła się uratować przed zębem inflacji. W skali wszystkich naszych pieniędzy trzymanych w bankach byłoby to nie więcej, niż 10%. Dla większości z nas zakładanie dziś nowego depozytu oznacza walkę o jak najmniejszą realną stratę, a nie o realny zysk. Niestety, takie czasy... Gdyby chociaż ktoś pomyślał o zdjęciu na jakiś czas jarzma podatku Belki... Na to się nie zanosi. A bankowcy będą z tej sytuacji czerpać pełnymi garściami, proponując nam rzeczy, które tylko przypominają depozyty, ale za to pięknie się świecą. O tych świecidełkach niedawno było w blogu, zapraszam do lektury ku przestrodze.

      O LOKOWANIU OSZCZĘDNOŚCI W AKCJI "DYWIDENDA JAK W BANKU". Od wiosny 2016 r. w blogu trwa akcja "Dywidenda jak w banku", w której zdradzam sposoby na w miarę bezpieczne lokowanie oszczędności inaczej, niż tylko na depozycie bankowym. Zapisując się na newsletter akcji nie przegapicie żadnego z kolejnych tekstów, klipów wideo, webinarów, ani konkursów. W akcji bierze też udział Longterm.pl, najstarszy stażem bloger zajmujący się inwestowaniem długoterminowym, a także Giełda Papierów Wartościowych oraz Stowarzyszenie Inwestorów Indywidualnych. Obejrzyjcie też jak - wspólnie z Longtermem - mierzyliśmy się z lękami związanymi z lokowaniem oszczędności, zwiedzaliśmy kasyno, udaliśmy się na ryby. Zabawne i pouczające.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Nadeszła depozytowa katastrofa. W tych bankach twoje pieniądze już tracą na wartości”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 14 lutego 2017 09:06
  • czwartek, 26 stycznia 2017
    • Idziesz do banku po zwykłą lokatę, a wychodzisz z... czymś dziwnym. Czy warto dać się nabrać?

      Coś złego zaczęło się dziać w bankach w ostatnich kilku miesiącach. Z jednej strony bankowcy coraz bardziej obniżają oprocentowanie depozytów (w ciągu ostatniego roku wypłaciły nam o jedną dziesiątą mniej odsetek, niż poprzednio, co przekłada się na 900 mln zł uszczerbku w naszych kieszeniach), a z drugiej strony zaczynają "ubierać" klientów w coś, co tylko przypomina lokaty, a tak naprawdę jest lokatą z funduszem, albo produktem strukturyzowanym. Procenty biją po oczach, ale - w odróżnieniu od zwykłego depozytu - bynajmniej nie są gwarantowane. W wielu przypadkach klienci bywają "ubierani" w coś, czego nie rozumieją. I to jest trend, który w wielu bankach coraz bardziej się nasila. Dziś kilka słów o tych różnych "wynalazkach", które same w sobie nie muszą być złe. Złe są wtedy, gdy kupujesz je pod przymusem, będąc zmanipulowany albo nie rozumiejąc co kupujesz. A przede wszystkim wtedy, gdy ten zakup oznacza przejście z kategorii "bezpieczny, gwarantowany zysk", do kategorii "zysk lub strata"

      "Opiszę sytuację z ING, ale w Aliorze jednego z moich znajomych spotkało to samo. Wpadam kulturalnie do oddziału, szukam dobrej lokaty na rok. Pani mnie pyta: na jaką kwotę? Powiedziałem, że kilkadziesiąt tysięcy. Od razu zaprosili mnie do pokoiku: kawa, herbata, ciastko. Mówię, że chcę lokatę. Normalną. A pani, że dobrze, tylko formularz musimy wypełnić.. I "jedzie" tym formularzem z pytaniami jakie zyski, czy lubię ryzyko, czy mam doświadczenie w inwestowaniu... A potem proponuje produkt nazywający się "lokata", który lokatą nie jest. Mówi mi, że to bezpieczne, prawdopodobnie da 7% rocznie"

      - opowiada czytelnik. Oczywiście nie zaproponowano mu zwykłej lokaty bankowej, tylko produkt strukturyzowany. A więc zakład, który klient zawiera z bankiem o kurs jakiejś waluty albo o wartość indeksu, cenę akcji lub surowca. Jeśli zakładany scenariusz w określonym czasie się spełni - klient dostaje "oprocentowanie", zwykle dwu-trzykrotnie wyższe od dochodu ze zwykłego depozytu. Jeśłi się nie spełni - klient dostaje z powrotem tylko to, co wpłacił. Krótkoterminowe produkty strukturyzowane nie są złe - przy nędznym oprocentowaniu depozytów ryzykujemy niewiele, a do "wygrania" jest dobre kilka procent. Ale im dłuższa inwestycja, tym większe ryzyko, że scenariusz się nie spełni.

      Komuś z mojej rodziny zaproponowano 18-miesięczny "zakład" o kurs euro - jeśli utrzyma się w dość wąskim paśmie - bank zapłaci 6% w skali roku. Ale przy tak dużej zmienności na rynku walut chyba trudno zakładać, że złoty w ciągu półtora roku ani razu nie "zaszaleje". Niestety, w bankach coraz częściej proponują klientom długo-trwające produkty strukturyzowane, bo na takich można zarobić najwyższą prowizję. Generalnie z punktu widzenia banku najlepiej jest wtedy, gdy klient weźmie cokolwiek, co nie jest depozytem bankowym - może to być jakaś polisa oszczędnościowa, produkt strukturyzowany, fundusz inwestycyjny, lokata z funduszem... Przy tak niskich stopach procentowych jak obecnie prowizja od sprzedaży tego czegoś będzie zawsze wyższa, niż marża, którą bank "wykręci" na depozycie. No właśnie, a propos lokat z funduszem...

      "Byłem w BNP Paribas i w Banku Pocztowym. W obu bankach zapytali mnie czy chcę fundusz "w zgrzewce" z lokatą bankową. Nie wciskali (a w Pekao nawet doradca klienta powiedział, że rynek akcji i funduszy akcji teraz jest na cenzurowanym - brawo za uczciwość). A w Alior Banku w dwóch placówkach od razu ostro zostałem wzięty w obroty pod kątem innych produktów, niż lokata bankowa".

      O ile jestem sobie w stanie wyobrazić sensowny produkt strukturyzowany, to na lokaty z funduszem bym uważał, zwłaszcza jeśli nie macie doświadczenia na rynku funduszowym. Nie chodzi o to, że to jest jakiś kant. Sam mam ulokowaną dużą część moich oszczędności w funduszach, ale jest to ta część oszczędności, którą jestem skłonny w jakimś stopniu zaryzykować, np. zaakceptować 10% straty w jednym roku za cenę szansy graniczącej z pewnością, że długoterminowo będę zarabiał więcej, niż w banku. Natomiast bankowcy z lubością proponują dziś klientom przenoszenie do miksów funduszu z lokatą pieniędzy do tej pory przechowywanych na depozycie terminowym. A takich skoków przez płot nie uznaję.

      Nawet jeśli będziemy mieli 5-6% na depozytowej części miksu (przeważnie krótkoterminowej), to i tak rentowność interesu zależeć będzie w największej części od wyników funduszu. Część depozytowa w ostatecznym rozrachunku będzie tylko kwiatkiem do kożucha, choć to przecież wysokie oprocentowanie depozytu jest głównym wabikiem. Jeszcze inny problem to proponowanie starszym osobom, emerytom, długoterminowych programów lokacyjnych. Taki emeryt do tej pory trzymał po prostu swoje pieniądze na lokacie i co jakiś czas ją rolował. Ale przecież od rolowania już istniejących depozytów nikt w banku nie dostanie premii, więc oferuje się takim starszym ludziom rodzaj zobowiązania: "Dostajesz rentę lub emeryturę? To część z niej automatycznie przerzucaj na oszczędności". Tylko po co?

      "Dwa lata temu moja mama, starsza już pani w wieku 86 lat, wyraziła zgodę na założenie lokaty, która miała być dwuletnim depozytem. Okazała się jednak lokatą pod nazwą "Kapitał na marzenia", akonto której każdego miesiąca bank ściąga jej z konta 200 zł. Umowa zawarta jest na 144 miesiące. Sąsiadka założyła identyczną lokatę - także z przeświadczeniem, że jest ona na dwa lata. Sąsiadka miała wówczas, tak jak mama, 86 lat. Zlikwidowałyśmy te lokaty, ale w listopadzie znowu mama potwierdziła - jak mówi, niechcący - wolę założenia kolejnej lokaty. Umowa obowiązuje przez 180 miesięcy"

      - pisze do mnie czytelniczka. Widziałem dokumentację tego pakietu. Wpłaty mają być pobierane co miesiąc, po 400 zł, aż do 2030 r. Mama mojej czytelniczki w momencie zakończenia umowy będzie miała 103 lata i mnóstwo zaoszczędzonych pieniędzy. Z całego serca - podobnie jak bankierzy - życzę, żeby zdążyła je wydać. Tyle tylko, że jej emerytura to 1600 zł, z czego 600 zł idzie na stałe opłaty, 300 zł na lekarstwa, 400 zł na te lokaty. Na jedzenie i pozostałe wydatki zostaje jej 300 zł. Gdzie tu sens, gdzie logika? Tego typu produkty, zresztą nie najgorzej pomyślane, mają służyć oszczędzaniu na dostatnią emeryturę i są przeznaczone raczej dla osób, które jeszcze są aktywne zawodowo.

      Po co oferować takie długoterminowe oszczędzanie 87-latce, która jest na takim etapie życia, że powinna raczej dbać o zdrowie, zażywać różnych hobby i cieszyć się komfortowym mieszkaniem oraz dobrą opieką? Na to wszystko potrzeba pieniędzy, które bank zabiera co miesiąc z ROR-u, żeby oddać z odsetkami po tym, jak staruszkowi "pęknie" sto lat życia. Oczywiście: taka lokata nie ma wiele wspólnego ze słynnymi polisami inwestycyjnymi, które były wciskane klientom z obowiązkiem płacenia składek przez 10-15 lat i z karą za ewentualne niedotrzymanie umowy w wysokości utraty nawet wszystkich pieniędzy. Tu klient może w każdej chwili wycofać pieniądze, a jedyne co traci to odsetki za część okresu oszczędzania. Sęk w tym, że starsi klienci albo nie są informowani o tym, że nie ma absolutnego przymusu oszczędzania, albo nie do końca rozumieją istotę produktu. Ci, którzy do mnie piszą, żyją w przekonaniu, że skoro podpisali zobowiązanie do płacenia, to płacić muszą aż do 2030 r., bo inaczej nastąpi koniec świata. Im bardziej senior nie rozumie na co się zapisał, tym lepiej dla sprzedawcy bankowego.

      Jak nie dać się nabrać? Oto kilka rad jak zachować się w sytuacji, gdy chcesz ulokować oszczędności, a sprzedawca w banku namawia na coś innego, niż przedłużenie dotychczasowej lokaty. Przede wszystkim sprawdź jak nazywa się produkt. Lokata bankowa to po prostu „lokata”. Inne, mniej bezpieczne formy oszczędzania, też miewają w nazwie „lokata”, ale zwykle jest to „lokata inwestycyjna”, „lokata strukturyzowana” itp. Im dłuższa umowa, tym bardziej uważaj. Jeśli przychodzisz po lokatę bankową, a do podpisu dostajesz stos dokumentów liczący kilkadziesiąt stron, to prawdopodobnie nie chodzi o żadną lokatę. Sprawdź ile dokładnie zarobisz. Lokaty bankowe mają oprocentowanie od 1% do 2% w skali roku (te wyższe to promocje, łączą się zwykle z dodatkowymi obowiązkami). Jeśli z umowy nie wynika ile dokładnie i kiedy zarobisz – to znaczy, że nie jest to lokata. Jeśli obiecywany ci zysk jest podejrzanie wysoki ponad 3% w skali roku – sprawdź czy nie oferują ci tzw. „zgrzewki”, czyli lokaty bankowej powiązanej z inwestowaniem pieniędzy.

      Zapytaj czy zapłacisz podatek Belki. Od zwykłej lokaty bankowej jest zawsze pobierany podatek Belki. Jeśli sprzedawca zapewnia cię, że żadnego podatku nie będzie – to znaczy, że nie jest to żadna lokata bankowa. Zapytaj czy kiedyś będziesz musiał coś do lokaty dopłacić. Sprzedawca może podsunąć ci druczek do automatycznego potrącania pieniędzy z twojego ROR-u. Sprawdź czy możesz bez ograniczeń wycofać pieniądze. To, co wpłaciłeś, zawsze powinno być dla ciebie dostępne (firma może potrącić co najwyżej odsetki). Jeśli produkt, który ci oferują, nie gwarantuje możliwości odzyskania wszystkich wpłaconych pieniędzy w każdym momencie – nie jest to lokata bankowa.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (12) Pokaż komentarze do wpisu „Idziesz do banku po zwykłą lokatę, a wychodzisz z... czymś dziwnym. Czy warto dać się nabrać?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 26 stycznia 2017 09:16
  • poniedziałek, 02 stycznia 2017
    • Ciekawa propozycja na początek roku! Czy warto kupić obligacje GPW? I ile można na nich zarobić?

      Niskie oprocentowanie bankowych depozytów skłania coraz więcej firm do oferowania nam obligacji. Proponowane oprocentowanie bywa wysokie - nawet 6-8% w skali roku - ale przeważnie emitentami są firmy działające w ryzykownych branżach lub będące w niezbyt dobrej kondycji finansowej. A więc takie, które już odbiły się od muru bankowego i nie mają co liczyć na tani kredyt. Ich miłość do naszych portfeli jest więc niejako wymuszona sytuacją ;-). Ofert zakupu obligacji firm topowych, najbardziej wiarygodnych, niezatapialnych - słowem: największych polskich koncernów - jest jak na lekarstwo. Ale dziś mam dla Was recenzję obligacji emitowanych przez firmę z wyższej półki. Nie płaci dużo, ale ryzyko też jest znacznie mniejsze, niż przy pożyczaniu pieniędzy deweloperom, windykatorom, producentom drukarek 3D, albo firmom pożyczkowym (tego typu oferty też recenzowałem w blogu).

      W poniedziałek ruszyła oferta sprzedaży 600.000 obligacji Giełdy Papierów Wartościowych, czyli firmy, która organizuje handel akcjami, obligacjami, instrumentami pochodnymi i różnej maści certyfikatami polskich spółek publicznych. Na giełdzie notowanych jest kilkaset spółek, poza tym jest ona współwłaścicielem Towarowej Giełdy Energii, czyli największego miejsca, gdzie handluje się w Polsce prądem i gazem. Najważniejszym współwłaścicielem GPW jest Skarb Państwa (kontroluje 52% głosów na walnym), co dla jednych będzie dużą zachętą do zainwestowania swoich pieniędzy w tę pożyczkę, a dla innych sygnałem alarmowym (bo w dzisiejszych czasach pożyczanie państwu też niesie ze sobą pewne specyficzne ryzyko, np. takie, że państwo - ostatnio nie lubiące bogatych i tych, którym za bardzo się powiodło - zechce za czas jakiś ich "rozkułaczyć" ;-)). Generalnie jednak mówimy o firmie, która na razie ma naturalny monopol w swojej branży (a przynajmniej na większości rynków, dla których jest parkietem notowań).

      GPW chce pożyczyć od nas pieniądze (60 mln zł, wartość jednej obligacji to 100 zł) na pięć lat. Pieniądze odda dopiero w styczniu 2022 r., a odsetki będzie płacić co pół roku. Oprocentowanie wynosi WIBOR 6M plus 0,95%. Na dzisiejsze warunki oznacza to jakieś 2,75% w skali roku (bo WIBOR 6M jest w okolicach 1,8%). Tyle co promocyjna lokata bankowa, więc szału nie ma. Ale ryzyko też nie jest bardzo wysokie, firma jest wiarygodna i mało prawdopodobne, by nie wykupiła obligacji. Zapisy będą przyjmowane od 2 stycznia do 12 stycznia, ale warto się spieszyć, bo obowiązuje zasada "kto pierwszy ten lepszy". W dniu, w którym zapisy przekroczą 600.000 obligacji inwestorzy stracą gwarancję, że dostaną wszystkie zamówione papiery. Zapisy z tego ostatniego dnia będą proporcjonalnie zredukowane, a potem sklepik z obligacjami się zamknie. Zlecenia składa się poprzez biura maklerskie (zapisy przyjmują CDM Banku Pekao i DM PKO BP, a także DI Xelion, DM Banku Handlowego oraz BM Alior Banku). Trzeba mieć rachunek maklerski, a na tym rachunku pieniądze. Złożenie zapisu wygląda tak samo, jak zakup akcji notowanych na parkiecie. Kto ma dostęp do możliwości zakupu akcji przez internet będzie mógł tą samą drogą zapisać się na obligacje GPW. Aha, byłbym zapomniał: kasa od nas ma pójść na spłacenie poprzenio wyemitowanych obligacji o wartości 120 mln zł, czyli de facto na zrolowanie starego długu.

      Giełda Papierów Wartościowych - tak jak inne firmy finansowe - stoi w obliczu wyzwań związanych z rozwojem internetu. Tak jak banki są zagrożone rozwojem firm fintech (które odbierają im klientów i przychody z pośrednictwa w transakcjach, wymiany walut, pożyczek gotówkowych itp.), albo biura maklerskie muszą rywalizować z platformami foreksowymi, tak giełdy papierów wartościowych mają w perspektywie groźbę utraty części notowanych spółek na rzecz platform typu OTC. Każda spółka, która ma taki kaprys, będzie mogła w przyszłości przenieść się na jedną z "giełd internetowych", które już powstają na Zachodzie. O tym czy GPW pozostanie najbardziej atrakcyjną alternatywą zadecyduje płynność, czyli liczba inwestorów, którzy będą chcieli na niej handlować. Niestety, od kilku lat dopływ spółek jest coraz mniejszy, a GPW nie potrafi przyciągnąć zbyt wielu atrakcyjnych emitentów.

      Im mniej ich jest, tym mniejsze są obroty, bo na giełdę nie płynie też kapitał nowych oszczędzających. Na domiar złego nasza GPW pozostaje poza największymi giełdowymi sojuszami, jest trochę jak LOT, który musi konkurować z Lufthansą, British Airways i Emirates. Na razie jednak GPW jest w o niebo lepszej sytuacji finansowej, niż LOT. Co prawda jej przychody spadają (z poziomu 244 mln zł po trzech kwartałach 2015 r. do jakichś 229 mln zł po trzech kwartałach 2016 r.), ale parkiet wciąć uzyskuje wysoką rentowność - w 2015 r. giełda zarobiła na czysto 124 mln zł, zaś w zeszłym roku po trzech kwartałach miała 100 mln zł zysku netto. Nawet jeśli przyszłość nie rysuje się w różowych barwach, to jednak na razie zyski giełdy na tle jej przychodów są zadowalające. To jest jednak biznes trochę w stylu "czy się stoi czy się leży...".

      GPW2oferta3

      Co mam na myśli? Czy jest hossa czy jest bessa, to giełda i tak ma swoją działkę z prowizji od handlu akcjami i towarami (choć pod presją konkurencji zapewne opłaty będące głównym źródłem dochodów GPW będą spadały). Główny właściciel, czyli państwo, ma pewne możliwości, by utrudniać ewentualnej konkurencji GPW działalność, nakładając różne wymogi regulacyjne (choć jest to ograniczone przez fakt, że należymy do Unii Europejskiej i nie możemy zaburzać działania wolnego rynku). Może też nakładać np. na spółki energetyczne obowiązek handlowania na giełdzie energią, napędzając jej biznes (a przychody z handlu towarami to już 40% łącznych przychodów giełdy, w zasadzie głównie dzięki handlowi towarami wyniki GPW jeszcze dobrze wyglądają). Inna sprawa, że GPW od wielu miesięcy nie zdołała uzgodnić z właścicielami swojej strategii rozwoju, a za chwilę może nie mieć prezesa (prezes Małgorzata Zaleska nie jest ulubienicą wicepremiera Morawieckiego). Ale na razie mimo tych przeciwności losu i zarządzania ;-), GPW jest kurą znoszącą złote jaja. Rentowność kapitałów własnych (ROE), która w bankach już spadła do poziomów jednocyfrowych, na GPW wciąż utrzymuje się w okolicach 18%.

      W perspektywie pięciu najbliższych lat trudno zagwarantować, że polski rynek kapitałowy będzie się rozwijał tak harmonijnie, by zapewnić GPW sowite przychody z prowizji od transakcji, sprzedaży informacji i innych usług towarzyszących handlowi akcjami, obligacjami, kontraktami terminowymi i towarami. Ba, może się okazać, że polskie spółki w pewnym momencie zaczną się przenosić na giełdę we Frankfurcie lub Paryżu, a inwestorzy kupować akcje spółek notowanych za granicą.

      gpw1oferta

      Nawet w najczarniejszych snach nie umiem sobie jednak wyobrazić niewypłacalności firmy należącej w połowie do państwa, która ma de facto monopol na rynku (nawet jeśli ten rynek będzie się zwijał). Choć być może mam zbyt małą wyobraźnię ;-)). W najgorszym razie własność GPW przejąłby jakiś globalny gracz typu NYSE, który dołączyłby polskie spółki do swojego, wielkiego parkietu. O tym, że inwestorzy dość spokojnie patrzą na przyszłość warszawskiejgo parkietu świadczy fakt, że w ciągu ostatnich pięciu lat notowania akcji spółki obracały się w paśmie 30-50 zł za akcję, a dziś są mniej więcej w połowie tych widełek.

      Proponowane oprocentowanie nie jest szczególnie wysokie, ale GPW nie musi płacić dużo. Na pulę 600.000 obligacji oferowanych właśnie inwestorom instytucjonalnym na podobnych warunkach cenowych popyt był dwa razy większy, niż liczba papierów do kupienia. Nieco ponad rok temu GPW sprzedała instytucjom aż siedmioletnie obligacje za 125 mln zł o stałym oprocentowaniu 3,19% rocznie (czyli naprawdę niewysokim, biorąc pod uwagę długi termin i niepewność co do poziomu stóp procentowych). Do inwestorów indywidualnych ostatnio GPW startowała z obligacjami dawno temu, w 2012 r. (wtedy płaciła WIBOR plus 1,17%, a obligacje warte 75 mln zł sprzedała na pniu). Teraz oferuje zmienne 2,75% - WIBOR plus 0,95% - najwyraźniej testując nasz apetyt na zarabianie. W porównaniu z firmami takimi jak Kruk, czy Ghelamco, które też są dużymi, renomowanymi firmami, a płacą za obligacje w okolicach 4-5% rocznie, papiery GPW - delikatnie pisząc - nie rozpieszczają. Ale Orlen, KGHM, PKO BP, czy PZU też nie płaciłyby dużo więcej. Dwuletnie obligacje skarbowe płacą 2,1%, a więc tylko niewiele mniej, niż te oferowane przez GPW. Niski procent to w tym przypadku cena w miarę spokojnego snu i dużej szansy, że emitent obligacji się nie "przekręci" przed wykupem papierów. Choć oczywiście warto pamiętać, że obligacje to nie depozyty, nie mają gwarancji państwowej, zaś w przypadku kłopotów finansowych emitenta zwykle obligatariusze tracą pieniądze jako pierwsi.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Ciekawa propozycja na początek roku! Czy warto kupić obligacje GPW? I ile można na nich zarobić? ”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 02 stycznia 2017 19:43
  • sobota, 24 grudnia 2016
    • Oto pięć zasad, które pomogą twoim pieniądzom, gdy na świecie kończą się spokojne czasy

      dywidendalogo11Świąteczny czas pod koniec roku sprzyja planowaniu przyszłości. Mam nadzieję, że przy rodzinnym stole będziecie mieli trochę więcej chwil, niż zwykle, by zastanowić się nad swoją niezależnością finansową. Nad tym jak ją zbudować (jeśli jesteście dopiero na początku drogi do oszczędzania pieniędzy) lub wzmacniać (jeśli nie jesteście już oszczędnościowymi "dziewicami"). Może - jako naród - nie jesteśmy demonami oszczędzania, ale jednak w bankach trzymamy te 700 mld zł oszczędności (z tego 310 mld zł to depozyty zablokowane na jakiś czas), a poza bankami kolejne 200-250 mld zł. Nie liczę tu 150 mld zł zgromadzonych w OFE, które zdaniem Sądu Najwyższego nie są "nasze". Ani 160 mld zł, które trzymamy w gotówce - w portfelach, z którymi chodzimy na zakupy lub "pod poduchą" w ramach funduszu "na czarną godzinę". Przyznacie, nie jesteśmy już takimi całkiem "golasami".

      Ten grubo ponad bilion złotych, który zgromadziliśmy w ciągu ostatnich lat rozwoju kraju jest dowodem, że przynajmniej część Polaków zdołała na tyle zwiększyć swoje dochody, żeby móc oszczędzać pieniądze. Nawet jeśli połowa z nas wciąż nie ma żadnych zaskórniaków, zaś połowa wszystkich oszczędności jest w rękach tylko 10% najzamożniejszych, to i tak jest się już czym zajmować. Właśnie do posiadaczy oszczędności jest skierowany ten mój świąteczny wpis. Gdy świat wszedł w wyjątkowo niespokojne czasy, władzę w wielu krajach zdobyli ludzie nieobliczalni lub tacy, którzy - wszystko na to wskazuje - nie są miłośnikami demokracji, czas ogłosić dla naszych pieniędzy stan wyjątkowy. A więc zastosować kilka sposobów rozproszenia ryzyka, które spowodują, że oszczędności będą przygotowane na ewentualne, nieoczekiwane turbulencje.

      polityka_2017

      PO PIERWSZE: "CASH IS KING". Pierwszą zasadą lokowania oszczędności w erze niepewności jest posiadanie większego, niż zwykle bufora bezpieczeństwa. W swoich prywatnych inwestycjach stosuję zasadę, że co najmniej 20% moich pieniędzy (i jednocześnie przynajmniej równowartość 9-miesięcznych dochodów) musi być dostępna od ręki, z dnia na dzień. Kosztem niższych stóp zwrotu z oszczędności - wiadomo, że pieniądze ulokowane w płynnych instrumentach finansowych nie profitują tak, jak te zablokowane na dłużej - mam pewność, że w razie czego - a w niestabilnych czasach prawdopodobieństwo wystąpienia jakiegoś "w razie czego" jest większe, niż w czasie pobytu na spokojnych wodach - będę mógł skorzystać z bufora płynności.

      pomocCzy we Włoszech władzy nie przejmą eurosceptycy i nie dojdzie do powtórki z Brexitu? A kto będzie rządził w Niemczech, gdzie przecież jesienią też odbędą się wybory? Czy będzie kolejna odsłona wojny na Ukrainie? Czy Turcja pod rządami autorytarnego Erdogana - i mająca jedną z największych armii na świecie - nie stanie się "zadymiarzem"? Przyszły rok może być też kluczowy dla zachodnioeuropejskich banków, które uginają się pod ciężarem złych kredytów (jak włoskie banki), albo niepewnych inwestycji (jak niemieckie), albo po prostu potrzebują więcej kapitału, by mogły się rozwijać (jak portugalskie i hiszpańskie). Kryzys bankowy mógłby mocno wpłynąć na gospodarkę, a więc i na nasze portfele.

      To "w razie czego", o którym wcześniej wspomniałem, nie musi być niczym strasznym. To może być np. okazja kupienia czegoś za połowę wartości (bo ktoś mniej rozsądny nie miał rezerwy płynności i musi wyprzedawać swoje aktywa), dokupienia czegoś więcej po okazyjnej cenie, ulokowania oszczędności na ekstraordynaryjnych warunkach. Gdzie trzymam takie "podręczne" pieniądze, które przeznaczam na "łapanie okazji"? Krótkoterminowy depozyt bankowy, konto oszczędnościowe, fundusz rynku pieniężnego (od biedy może być też fundusz gotówkowy). Kto ma większe oszczędności - powinien zadbać o solidny bufor płynności. Kto ma mniejsze - niech po prostu je zwiększa, bo im większą kwotą będzie dysponował, tym większą jej część będzie mógł spożytkować na jakieś działania.

      PO DRUGIE: BANK NIEJEDNO MA IMIĘ. Jeśli mam pieniądze w banku, to dzielę je na kilka porcji i każdą lokuję na inny okres. Wygląda na to, że w najbliższym czasie stopy procentowe pozostaną niskie, zaś inflacja się "obudzi". Z jednej strony wpłyną na nią pieniądze wydawane przez beneficjentów programów socjalnych rządu, z drugiej strony - wzrosną globalne ceny energii i ropy naftowej (a to składnik kosztów wszystkich towarów i usług). Niskie stopy procentowe i coraz wyższa inflacja to miks, który może postawić w lepszej sytuacji tych, którzy ulokują pieniądze na krótszy termin (oprocentowanie takich depozytów może drgnąć w górę). Dziś - jak zobaczycie na poniższym wykresie, który zassałem z jednej z porównywarek lokat - jest odwrotnie. Oprocentowanie pieniędzy na dłużej jest lepsze, a na krócej - trochę gorsze.

      depogrudzie2016

      Warto też pamiętać, że mając pieniądze ulokowane na krótko łatwiej będzie korzystać z okazji, które się nadarzą (ewentualnie zerwanie depozytu i rezygnacja z odsetek nie będą tak bolały). To czas, w którym trzeba obstawiać różne scenariusze i podzielić oszczędności na dwie, trzy części, lokując je na różny termin i na różny procent.

      W bankach ostatnio często promują zamienniki dla depozytów, tzw. produkty strukturyzowane. To taki pakiet, który składa się z obligacji (90-95% pieniędzy) i opcji giełdowej obstawiającej jakiś scenariusz (5-10% pieniędzy). Jeśli zakładany scenariusz się spełni, opcja wygrywa i klient zarabia mniej więcej trzy razy tyle, ile na depozycie. Jeśli się nie spełni - dostaje z powrotem swoje pieniądze (opcja jest bezwartościowa, ale z oprocentowania obligacji udaje się "wycisnąć" wystarczającą kasę, by klient mógł odzyskać 100% wpłaconych pieniędzy. Branie udziału w takich "zabawach" może nie być złym pomyslem pod warunkiem, że inwestycja nie jest bardzo długa (najlepiej niech trwa góra półtora roku) i w tym czasie daje kilka szans na "wygraną" (czyli sprawdzenie czy warunek "wygranej" się spełnił odbywa się kilka razy i wystarczy jeden pozytywny odczyt, by lokata zakończyła się z zyskiem).

      money1Tego typu produkty dobrze nadają się do "obstawiania" przeciwnego scenariusza niż ten, który zakładamy. Jeśli np. "umoczyłem" pieniądze na długoterminowej lokacie o stałym oprocentowaniu, to mogę kupić "strukturę" wygrywającą w przypadku wzrostu WIBOR-u. To co stracę na utraconych odsetkach odzyskam z produktu strukturyzowanego. Nie jetem generalnie fanem "struktur", bo większość z nich to chłam nie dający wielkich szans na zarobek, ale cenię sobie różnorodność w przechowywaniu własnych pieniędzy, więc czasem się skuszę i na tego typu produkt. Ale bez napinki - jeśli nie mamy w bankach przynajmniej kilku solidnych lokat i obligacji skarbowych na dokładkę, to produkty strukturyzowane spokojnie możemy pominąć w naszych strategiach - to "zabawa" dla osób mających już podstawową "poduszkę finansową".

      PO TRZECIE: OBSTAWIAM RÓŻNE STREFY WALUTOWE. Każdy posiadacz ciut większych oszczędności powinien choćby stosunkowo niewielką część z nich uniezależnić od ryzyka spadku wartości złotego. Dlaczego? Chodzi o to, żeby w takiej sytuacji pieniądze realnie straciły na wartości jak najmniej. Spadek ceny złotego wobec euro, dolara czy innych solidnych walut to w mojej opinii drugie najważniejsze - obok inflacji - teoretyczne zagrożenie dla oszczędności trzymanych w banku. Nie ma znaczenia ile nominalnie trzymamy na depozytach - znaczenie ma to ile możemy za te pieniądze kupić rzeczy, które są produkowane tylko za granicą. Elektronika, samochody, ropa naftowa ;-)... Kto pamięta czasy, gdy oszczędności trzymało się tylko w "zielonych", wie o czym myślę. Nie twierdzę, broń Boże, że może nas czekać powtórka z rozrywki, czyli bankructwo kraju i hiperinflacja (choć zadłużenie Polski rośnie w rekordowym tempie i zbliża się już do biliona złotych). Jeszcze kilka lat temu trzymanie pieniędzy w zagranicznych walutach zakrawało na głupotę - Polska rozwijała się szybko i to nasza waluta zyskiwała na wartości wobec innych. Ale dziś... jestem sobie w stanie, niestety, wyobrazić np. dolara za 5 zł. A euro po 5 zł? Też jestem w stanie, ale musiałbym mocno zamknąć oczy ;-).

      Ten, kto - tak jak ja - widzi oczami wyobraźni różne opcje i scenariusze powinien choćby niewielką część oszczędności trzymać w innych strefach walutowych. Nie po to, żeby spekulować, zarobić na słabości złotego. Mam oszczędności długoterminowe i tak też podchodzę do ich bezpieczeństwa - chcę je zabezpieczyć przed utratą realnej wartości za 10 lat i więcej. Nie mam pojęcia czy wtedy złoty będzie coś wart (a być może właśnie dolar będzie "śmieciową" walutą", a euro w ogóle już nie będzie istniało?). Dlatego - patrząc co się dzieje na świecie i w kraju - staram się zabezpieczyć na każdą okoliczność. Oczywiście większość oszczędności trzymam w polskiej strefie walutowej - bo tu mieszkam i zarabiam - ale pewien procent mam w euro i dolarach. W grę wchodzi oczywiście depozyt bankowy w obcej walucie (można go założyć w polskim banku), polski lub zagraniczny fundusz inwestujący w rządowe obligacje największych mocarstw (też notowany w euro lub dolarach), albo po prostu banknoty kupione w kantorze. Poniżej macie zmiany wartości euro (na niebiesko) i dolara (na różowo) w stosunku do złotego.

      eurdolpln

      PO CZWARTE: OBSTAWIAM RÓŻNE RODZAJE RYZYKA. Gdy wokół jest tak wiele niewiadomych, a mamy więcej niż kilka, kilkanaście tysięcy złotych przy duszy, polisą bezpieczeństwa jest takie ulokowanie oszczędności, by nie były wystawione tylko na jeden rodzaj ryzyka. Każdy kto w miarę regularnie czyta blog, wie że przy długoterminowym lokowaniu oszczędności pieniądze w banku nie uważam wcale za 100-procentowo bezpieczne. Są podatne na inflację, dewaluację oraz nacjonalizację (któż może wykluczyć, że po skasowaniu pieniędzy w OFE, nałożeniu podatku na banki i podwyższeniu podatku dla bogatych jakiś populistyczny rząd nie wpadnie na pomysł opodatkowania depozytów?). Nie jestem fanem podejmowania wysokiego ryzyka, ale stosuję również drugi, konkurencyjny w stosunku do banku sposób lokowania kasy.

      To oczywiście posiadanie udziałów w kilku dużych, stabilnych, wiarygodnych firmach, które wypłacają rok w rok dywidendę, dzieląc się z właścicielami swoim zyskiem. Przy założeniu, że długoterminowo wartość samych akcji co najmniej utrzymuje tę samą wartość (nie ma powodu, by firma, która ma ustabilizowaną pozycję na rynku była coraz mniej warta), coroczne dywidendy mogą być ekwiwalentem depozytu bankowego. Biorę oczywiście pod uwagę ryzyko, że spowolnienie polskiej gospodarki odbije się na poziomie dywidend w jednym czy drugim roku (i na poziomie notowań akcji), ale moje cele są inne, niż duży zysk w ciągu najbliższego roku - chcę długoterminowego przypływu pieniędzy z różnych źródeł. Jednym są odsetki od depozytów, drugim - kupony od obligacji, trzecim niech będą dywidendy od spółek giełdowych. Jasne, że kupowanie akcji zawsze wiąże się z ryzykiem. Ale ich kupowanie na 20 lat wiąże się co najwyżej z ryzykiem, że się nie zarobi na zmianie kursów (przynajmniej tak było w przeszłości...). Ale jeśli rok w rok otrzymuję dywidendy, to akcje nie muszą rosnąć, wystarczy, że nie spadają. Poniżej macie wykres 20-letnich stóp zwrotu z inwestycji w amerykański indeks akcji S&P500 (zawiera największe spółki). Niebieska linia to zmiany cen akcji w ostatnich prawie 150 latach, a czerwona - wspomniana stopa zwrotu. Jak widać - nawet w najczarniejszym scenariuszu po 20 latach trzymania akcji inwestorom zdarzało się co najwyżej realnie (po uwzględnieniu inflacji) nic nie zarobić. W większości przypadków 20-letnia inwestycja w indeks akcji przynosiła jakieś zyski. A przypominam: to obliczenie w ogóle nie obejmuje dywidend!  

      spcomp

      Pożyczyć bankowi (depozyt), pożyczyć rządowi lub firmie (obligacje), stać się współwłaścicielem firmy i mieć udział w zyskach (dywidendy) - ryzyko wyschnięcia każdego z tych trzech źródeł zależy od różnych okoliczności, które dość rzadko (a jeśli już, to krótkoterminowo) występują łącznie. I o to chodzi: w niestabilnym świecie pokorne "oszczędzające" ciele dwie matki ssie :-). Albo i więcej. Przychody z dywidendy są dla mnie zamiennikiem odsetek od bankowych depozytów i im bardziej dziwny staje się świat, tym bardziej pasuje mi takie zróżnicowanie moich lokat kapitału. Nie ograniczałbym się wyłącznie do polskich koncernów wypłacających dywidendy. Są fundusze inwestycyjne, które potrafią wybierać spółki tego typu - największe, najbardziej wiarygodne wielkie firmy - na całym świecie. W ostateczności można pójść do maklera i kupić sobie akcje McDonald'sa albo Coca-Coli - niektóre biura maklerskie oferują tego typu usługi.

      return_dividendeee

      Kto uważa, że Ameryka też może zbankrutować, może sobie kupić akcje flagowego koncernu z dowolnego innego kraju. Albo jakieś chińskie spółki - takie możliwości też już są. Na koniec jeszcze mam dla Was (to powyżej) wykres pokazujący jak wielkie znaczenie ma fakt, że spółka wypłaca rok w rok dywidendę. I ile w przeszłości się zarabiało, jeśli się tę dywidendę reinwestowało (choć oczywiście nie ma takiego obowiązku, tak jak nie trzeba dopisywać do kapitału wypłaconych przez bank odsetek). To nie oznacza, że skierowanie pieniędzy na rynek kapitałowy nie wiąże się z ryzykiem. Czasy są niespokojne i nie można wykluczyć krachów (jeśli np. prezydent Trump zrobi wreszcie coś głupiego, a nie będzie tylko głupio gadał ;-)), nieszczęść i katastrof. Ale oba powyższe wykresy też nie przedstawiają wyłącznie idyllicznych czasów. W tym pierwszym zawierają się przecież dwie wojny światowe, a w drugim - jedna. 

      A TERAZ... ZAPISZCIE SIĘ NA NEWSLETTER. Proponuję, żebyście już teraz zapisali się na newsletter "Dywidendy jak w banku". Nie będę Was zarzucał spamem, ale chcę, żebyście nie przegapili żadnego z kolejnych tekstów, w których podam konkretne patenty na sensowne oszczędzanie poza bankiem. Poza tym swoje teksty w ramach akcji będzie też publikował Longterm.pl oraz Stowarzyszenie Inwestorów Indywidualnych. Każdy z tych artykułów będzie z innej strony pokazywał lokowanie pieniędzy poza bankiem, poza Polską i poza najczęściej spotykanymi formami oszczędzania. Warto nie przegapić. Zapraszam więc do formularza zapisu na newsletter, który jest na stronie akcji "Dywidenda jak w banku". Kolejny tekst w ramach akcji w blogu "Subiektywnie o finansach" już za kilka dni!

       dywidenda222

      Sprawdźcie też: BPH TFI, nasz Partner w ramach akcji, ma fundusz, który wypłaca dywidendę. Więcej o nim było w blogu

      PO PIĄTE: CENIĘ BŁYSZCZĄCĄ ALTERNATYWĘ. Kolejnym aspektem lokowania pieniędzy w niepewnych czasach są kruszce szlachetne, takie jak złoto czy srebro. To tzw. inwestycje alternatywne, które mają zabezpieczać oszczędności przed inflacją (zaawansowani inwestorzy inwestują część pieniędzy również np. w obrazy, klasyczne samochody, nieruchomości, stare wino albo whisky). Oczywiście tu też nie ma żadnej gwarancji zysku, bo choć ilość złota i srebra na świecie - w odróżnieniu od "wirtualnych" pieniędzy wypuszczanych przez banki - jest ograniczona, to ich cena rynkowa zależy w coraz większej części od spekulantów, funduszy inwestycyjnych, posiadaczy kontraktów terminowych. Zanim sztabka złota fizycznie zmieni właściciela, kilkadziesiąt razy zmienia się właściciel kontraktu terminowego na dostawę tego złota.

      goldsilver10lat1

      Stąd notowania złota i srebra nie są tak stabilne jak być powinny (powyżej macie ciekawy wykres porównujący zmianę cen złota - to ta niebieska linia - i srebra - różowa - w ostatnich 10 latach, liczoną w polskich złotych - nie w dolarach!). Nie zmienia to faktu, że mieć kawałek złota - w sztabce (najmniejsze kosztują tylko kilkaset złotych) albo w monecie bulionowej - to mieć coś, czego wartość nigdy nie spadnie do zera. A z papierowymi pieniędzmi, jak wiadomo, różnie bywa. Dziś ceny złota nie są wysokie (bo inwestorzy-spekulanci spodziewają się wzrostu stóp procentowych w USA i wolą mieć pieniądze w amerykańskich bankach, niż w złocie). Gdy cena jednej uncji (nieco ponad 30 gramów) złota spadnie w okolice 1050-1000 dolarów, to zbliży się do kosztów wydobycia kruszcu. I to może być nie najgorszy moment, by uzupełnić swoje sposoby na lokowanie oszczędności także o ten.

      Oczywiście nie mam zielonego pojęcia czy ceny złota pójdą w górę, bo dopiero jakiś potężny kryzys gospodarczy urealni wartość monet i sztabek. Oby ten kryzys nie nadszedł, ale strzeżonego... Poniżej daję wykres tzw. siły nabywczej, czyli jak wygląda dziś realna wartość kawałka złota, srebra i cen innych dóbr w stosunku do cen z 1971 r. Widać, że w tym czasie złoto dość dobrze ochroniło wartość pieniądza. Podobne wnioski wynikają z danych, które cytowałem jakiś czas temu w bloguGdyby kupić ilość złota pozwalającą kupić dom w 1971 r. i sprzedać to złoto dziś, można byłoby kupić za te pieniądze trzy domy. Nie wiadomo rzecz jasna czy tak będzie w przyszłości.

      POWER_PURCHASE_GOLD

      Inwestycje alternatywne to nie tylko złoto i srebro (oraz inne cuda, jak np. platyna). W perspektywie kilkunastu, kilkudziesięciu lat nie najgorszym pomysłem może być butelczyna starej whisky albo wina. Na wartości - ze względu na swoją rzadkość - zyskują najróżniejsze rzeczy. Ostatnio padł rekord na rynku sztuki współczesnej - obraz Romana Opałki sprzedano na aukcji za okrągłe 2 mln zł. Chodliwym towarem bywają stare monety - numizmaty - tzw. półportugal z 1622 r. został ostatnio sprzedany za 600.000 zł. Z inwestycjami alternatywnymi jest ten problem, że koszty ich przechowywania są zwykle wysokie (nawet do "dużych" kilku procent rocznie), a ceny zależą od mody. Kiedyś zainwestowałem w skrzynkę wina z Bordeaux, ale okazało się, że modne są tymczasem wina z Włoch. Nie straciłem, ale i nie zarobiłem, a w dodatku wystawiłem się na różnice kursowe. Moda lub jej brak, bardzo niska płynność (rzutująca na ceny) oraz brak jakiejkolwiek pewności czy dany towar będzie kiedyś chodliwy - to wady. Ale z drugiej strony w skali kilkudziesięciu lat coś, co już dziś jest rzadkie, kiedyś powinno być bardzo rzadkie - a więc i cenne.

      Nie napisałem o wszystkich potencjalnych sposobach na lokowanie oszczędności. Dziś chciałem spojrzeć na inwestowanie przez pryzmat generalnych zasad, które powinny przyświecać każdemu, kto już ma oszczędności i chciałby nimi rozsądnie zarządzać w taki sposób, by za kilkanaście, kilkadziesiąt lat były więcej warte, niż dziś. I kto widzi co się dzieje na świecie. Po 25 latach spokoju być może będziemy mieli teraz kilka, kilkanaście albo i więcej lat drgawek. Nasi rodzice nie mieli do wyboru takiej palety możliwości lokowania pieniędzy. Kto był w miarę ogarnięty finansowo, trzymał pieniądze nie tylko na książeczce mieszkaniowej, ale i w dolarach. Byli i tacy, którzy kupili złoto i część oszczędności zakopali w ogródku. Kiedy przyszła hiperinflacja wygrali ci, którzy postawili na dywersyfikację. Czego i Wam życzę, nie tylko na święta ;-).

      Więcej na ten temat czytajcie na stronie akcji (www.dywidendajakwbanku.pl)

      dywidwwwb1

      Sprawdźcie też: BPH TFI, nasz Partner w ramach akcji, ma fundusz, który wypłaca dywidendę! Więcej o nim było w blogu

      Przeczytajcie teksty z cyklu "Dywidenda jak w banku":

      >>> 13 kwietnia: "W poszukiwaniu dywidendy pewnej jak w banku, czyli wielka koalicja rusza do akcji" - o tym dlaczego lokuję swoje pieniądze nie tylko w banku i dlaczego biorę udział w największej edukacyjnej akcji blogerów, jaką kiedykolwiek widział nasz kraj. 

      >>> 16 kwietnia: "Buty, ciuchy, cukierki. Kto dobrze przewidział, z 10.000 zł wycisnął... milion" - o spółkach-ikonach warszawskiej giełdy, na których każdy, kto uwierzył w ich pomysł na zarabianie pieniędzy, mógł zostać bardzo zamożnym człowiekiem. Takie okazje na rynku kapitałowym są zawsze, także teraz. 

      >>> 21 kwietnia: "Na jak długo trzeba kupić akcje, żeby mieć (prawie) pewność, że się zarobi?" - o tym, że inwestowanie pieniędzy wcale nie musi być bardzo ryzykowne, gdyż statystyki z ostatnich 100 lat pokazują, że w długim terminie ryzyko utraty zainwestowanego w akcje kapitału jest niewielkie. A przynajmniej tak było do tej pory

      >>> 11 maja: "Oprocentowanie lokat sięga dna. Wyższe zyski tylko dla pięknych i bogatych?" - o tym jakie warunki trzeba spełnić, żeby wychylić nos z banku i zacząć lokować oszczędności w spółki wypłacające regularnie dywidendy.Oprócz tego polecam wpisy nawiązujące do akcji:

      >>>  25 maja. "Oszczędności ulokowane w tym banku przez ostatnich pięć lat dawały po 5% rocznie. Jak?" - o tym dlaczego swoją przygodę z inwestowaniem warto zacząć od kupna udziałów w spółkach wypłacających z roku na rok dywidendę? o ile kapitał, za który kupiliśmy akcje, potraktujemy jak długoterminowy depozyt. 

      >>> 17 czerwca: "Jak dostać money-back z urzędu skarbowego? 875 zł do wzięcia i tylko pół roku, by o to zadbać!" - o tym, że z dywidend można zmontować sobie nie tylko plan systematycznego oszczędzania, ale wręcz... dodatkową emeryturę. I jeszcze zanim na tę emeryturkę przejdziemy - dostawać co roku kasę z urzędu skarbowego. W tym roku do wyjęcia co najmniej 875 zł.

      >>> 8 lipca: "Bogowie odcinania kuponów. Dla nich ceny akcji mogłyby spaść nawet do zera"- o tym jak duże znaczenie może mieć systematycznie wypłacana dywidenda dla wyników długoterminowego inwestowania w akcje. I kilkanaście przykładów spółek, które do tej pory świetnie się sprawdzały jako "obiekt" takiego stylu inwestowania.

      >>> 19 lipca: "Odcinanie kuponów dla zabieganych? Są już fundusze, w których kupony... odcinają się same". O tym jakie fundusze akcji dywidendowych są dostępne na polskim rynku i czym się od siebie różnią

      >>> 28 lipca: "Rzecz o pieszczeniu portfela, czyli jak inwestuję swoje oszczędności. I jak je namnażam". O tym jak sam zabrałem się za lokowanie oszczędności, w co wkładam swoje prywatne pieniądzę i jak ogarniam strach przed ryzykiem.

      >>> 1 grudnia: "Idą wielkie zmiany dla naszych oszczędności! Jak się na nie przygotować?". O tym jak przygotować oszczędności na czasy niskich stóp procentowych i rosnącej inflacji, spowodowanej dużymi wydatkami socjalnymi państwa.

      >>> 16 grudnia: "Jeszcze tylko dwa tygodnie, by zasłużyć na duży prezent. 875 zł do wzięcia". O tym jak ulokować pieniądze na IKZE i rzutem na taśmę załapać się na pieniądze z Urzędu Skarbowego

      Zapraszam do obejrzenia wideoklipów, które już powstały w ramach naszej akcji. Wkrótce zobaczycie kolejne!:

      OGLĄDAJCIE "KASOWNIK SAMCIKA"! Jaką polisę od raka warto rozważyć, a jaka będzie tylko wyrzucaniem pieniędzy w błoto? Rozkminiam też polisy ze zwrotem składki oraz sprawdzam na ile trzeba się ubezpieczyć, żeby zapewnić naszym bliskim bycie rentierami.

      Jak zapłacić za zakupy, gdy zapomnisz wziąć z domu portfel? Ile pieniędzy tracimy przy bankomacie? Dlaczego warto pilnować smartfona przed kolegami? Jak nie wpaść w pułapkę wielkiej prowizji od debetu?

      Czy przypadkiem nie przepłacasz za konto i kartę. O bankowych bonusach za lojalność:

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Oto pięć zasad, które pomogą twoim pieniądzom, gdy na świecie kończą się spokojne czasy”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      sobota, 24 grudnia 2016 09:27

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


użytkowników on-line