Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

04. Lokowanie oszczędności

  • niedziela, 21 maja 2017
  • czwartek, 18 maja 2017
  • poniedziałek, 17 kwietnia 2017
    • Duży windykator chce pożyczyć od nas pieniądze. Płaci ponad 6% w skali roku. Warto?

      Ostatnio otwiera się przed nami sporo ciekawych, pozabankowych opcji lokowania kapitału. Zaraz na początku roku można było kupić obligacje Giełdy Papierów Wartościowych, jednej z najbardziej wiarygodnych dużych firm (z oprocentowaniem WIBOR plus 0,95%). I była to pierwsza od dawna oferta obligacji sprzedawanych zwykłym ciułaczom przez firmę z "pierwszej ligi". W ostatnich tygodniach mieliśmy też sprzedaż akcji spółki Griffin Real Estate, dzięki której można długoterminowo zarabiać na dywidendach z wynajmu biurowców i centrów handlowych (deklarowana szacowana dywidenda: 6-7% rocznie). To pierwsza tego typu spółka, która sprzedała nam swoje udziały. Pieśnią ostatnich dni była z kolei sprzedaż akcji sieci supermarketów Dino - to największa oferta akcji w ostatnich latach (warta 1,6 mld zł). A jednocześnie możliwość, by stać się udziałowcem czegoś tak "dotykalnego" jak sklep spożywczy.

      Czytaj też: Murapol szuka chętnych do pomocy. Płaci 5% rocznie. Lub więcej

      To też ciekawe: fundusz, który raz w roku wypłaca "odsetki"

      Nowy pomysł na inwestowanie: podzielą się z nami zyskiem  z chwilówek

      Kto ma trochę pieniędzy do ulokowania, może więc wybierać i przebierać. Propozycja, którą dziś zrecenzuję, nie należy - tak jak wcześniej wspomniane - do przełomowych, ale jest do rozważenia dla osób, które są skłonne podjąć pewne ryzyko, by wyciskać z oszczędności 6-7% w skali roku. Rusza sprzedaż obligacji drugiej największej w Polsce spółki windykacyjnej - GetBack. Oprocentowanie godne: WIBOR plus 4,4% (a więc na dziś: 6,1% w skali roku). Pieniądze są do zwrotu za trzy lata, a odsetki będą wypłacane kwartalnie. Zapisy - jak to przy obligacjach - są na zasadzie "kto pierwszy ten lepszy", więc decyzję warto podjąć szybko. Start sprzedaży we wtorek 18 kwietnia

      GetBack zajmuje się dwoma rzeczami. Po pierwsze kupuje od banków i firm telekomunikacyjnych pakiety nie spłaconych długów i próbuje z nich wycisnąć więcej, niż za nie zapłacił. Po drugie jest wynajmowany jako „zarządca” cudzych wierzytelności z zadaniem odzyskania jak największej kwoty (od czego ma procent). Pierwszy rodzaj działalności jest bardziej dochodowy, a drugi – mniej ryzykowny.

      W sumie – biorąc pod uwagę portfele własne i cudze – GetBack zarządza wierzytelnościami wartymi 20 mld zł. To połowa wartości portfeli długów zarządzanych przez lidera windykacji Kruka oraz dwa razy tyle, ile mają „pod opieką” inni duzi gracze Kredyt Inkaso oraz Best. GetBack jest zyskownym przedsięwzięciem – w zeszłym roku miał 200 mln zł czystego zysku (w 2015 r. było 120 mln zł, zaś w 2014 r. – tylko 45 mln zł). To oznacza, że odzyskuje więcej pieniędzy, niż wydaje na zakupy pakietów długów.

      GetBack w zeszłym roku kupił na własność lub wziął do obsługi czyjeś długi za 6 mld zł. Jego zadłużenie długoterminowe wzrosło ze 150 do 600 mln zł, zaś krótkoterminowe – z 300 do 650 mln zł. A więc sprawa jasna: GetBack zadłużył się na dodatkowe 800 mln zł, żeby kupić długi, na których w przyszłości chciałby dobrze zarobić. Firma ma już prawie 1,3 mld zł zadłużenia i – jak widać – wciąż jej mało skoro przychodzi do nas po pieniądze. W sumie chce od nas pożyczyć do 300 mln zł, a w tej emisji – do 60 mln zł. Do tej pory GetBack wyemitował obligacje za 850 mln zł (trafiły do instytucji finansowych).

      Więcej o GetBack znajdziecie pod tym linkiem (www.rynekobligacji.com)

      Warunki dotyczące oprocentowania i terminu spłaty obligacji są ustawione na zachęcającym poziomie. Trzy lata to krótszy termin, niż ten, na który opiewają np. emisje Kruka. A oprocentowanie jest wyższe – Kruk ostatnio emitował obligacje przy oprocentowaniu WIBOR plus 3,15-3,3%, Best przy oprocentowaniu 3,3% powyżej WIBOR-u, a GetBack płaci aż 4,4% powyżej WIBOR-u. To warunki charakterystyczne dla emisji firm o średnim ryzyku. Te „pierwszoligowe” płacą w okolicach 1-2% powyżej WIBOR-u, zaś bardziej ryzykowne – mniej więcej 8-9% w skali roku (czyli 6-7% powyżej WIBOR-u).

       

      Czytaj o obligacjach Bikershop. 8,8% zysku z pedałowania

      GetBack to duży gracz na rynku, który do tej pory szybko w Polsce rósł. Ale jednocześnie „zawodnik” mocno zadłużony i mający ryzykowną, choć do tej pory skuteczną strategię rozwoju. Firmom windykacyjnym do tej pory sprzyjało prawo, ale te dobre czasy prawdopodobnie się kończą. Skraca się termin przedawnienia roszczeń, zaś sądy – badające spory wierzycieli z dłużnikami – będą wkrótce miały obowiązek z urzędu badać czy dług nie jest przedawniony (do tej pory robiły to tylko na wyraźne żądanie dłużnika). Świadomość konsumentów jest coraz większa, coraz więcej prawników specjalizuje się w sprawach konsumenckich, orzeczenictwo sądów coraz bardziej sprzyja konsumentom w sporze z instytucjami finansowymi.

      To wszystko nie sprzyja skuteczności windykatorów, choć zapewne w większym stopniu skutki tych zmian odczują mniejsze firmy, niż największe. I te, które mają słabe portfele długów. Na razie nie ma powodów, by zakładać, by któraś z tych „przypadłości” dotyczyła GetBack, choć jakość ostatnio zakupionych długów jest przecież jeszcze zagadką.  Gdybyście się zdecydowali na zakup obligacji GetBack, to zapisy przyjmują w Haitong Banku, biurach maklerskich Alior Banku oraz Banku Millennium, u maklerów CitiHandlowego i w dwóch niedużych biurach: Michael Ström DM oraz Vestor DM.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Duży windykator chce pożyczyć od nas pieniądze. Płaci ponad 6% w skali roku. Warto?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 17 kwietnia 2017 19:08
  • czwartek, 06 kwietnia 2017
  • środa, 29 marca 2017
    • Murapol szuka wspólników do budowy mieszkań. Gwarantuje 5% rocznie, a jak się uda to 9%

      Fundusz inwestycyjny, który inwestuje w nieruchomości mieszkaniowe i gwarantuje co najmniej 5% rocznego zysku? To najnowszy pomysł firmy Heritage Real Estate (specjalizuje się w doradztwie na rynku nieruchomości), Murapolu (jeden z największych polskich deweloperów, kiedyś pisałem o nim w kontekście obligacji, które dla nas emitował) oraz towarzystwa funduszy inwestycyjnych Saturn. Jego udziały będzie można kupić najprawdopodobniej już w kwietniu. Fundusz ma być bezpieczniejszą alternatywą dla indywidualnego kupowania mieszkań na wynajem. Pieniądze będą inwestowane w grunty, na których Murapol będzie budował osiedla mieszkaniowe i je sprzedawał, dzieląc się zyskiem z uczestnikami funduszu. Ostatecznie, po doliczeniu udziału w zyskach ze sprzedaży mieszkań, inwestycja ma przynieść do 9% rocznego zysku (choć gwarantowane będzie tylko wspomniane wyżej 5%).

      Zainteresowani? Nie dziwię się ;-). Inwestowanie w nieruchomości ostatnio jest w modzie. Przy ekstremalnie niskiej opłacalności trzymania pieniędzy w banku posiadacze większej gotówki szukają alternatywy i przeznaczają rekordowo wysokie kwoty na zakup mieszkań za gotówkę (w zeszłym roku ponoć ponad 7,7 mld zł). Dochód z wynajmu - zwłaszcza jeśli nie występują koszty kredytu - sięga 4-5% zainwestowanego kapitału. A bezpieczeństwo inwestycji w nieruchomości, przynajmniej w oczach przeciętnego Kowalskiego, jest porównywalne do lokaty bankowej. Pojawiają się więc coraz to nowe pomysły firm, którzy chcą na tym trendzie zarobić. Dosłownie kilka dni temu pisałem o kupującej biurowce i centra handlowe firmie Griffin, która sprzedawała akcje za ponad 700 mln zł, obiecując nabywcom 6,5-7% rocznej dywidendy z wynajmu zakupionych powierzchni.

      Fundusz, który w kwietniu wprowadzić na rynek HRE, Murapol i Saturn TFI to przedsięwzięcie, które na pierwszy rzut oka przypomina niesławne fundusze Arka Nieruchomości, czy BPH Nieruchomości, które zebrały od klientów po kilkaset milionów złotych, by na 10 lat zainwestować tę kasę w mieszkania, biurowce i centra handlowe. Jak pewnie pamiętacie skończyło się to spektakularną klęską, bo kupione nieruchomości straciły na wartości, a reszty dzieła zniszczenia dokonał lewar z kredytów bankowych, dzięki któremu fundusze chciały zwiększać skalę biznesu. HRE-Murapol FIZAN - bo tak ma się nazywać fundusz gwarantujący 5% rocznego zysku z nieruchomości - będzie inwestował na krótszy termin. Inwestorzy mają dostać pieniądze z powrotem (wraz z zyskami) już po trzech latach. Inwestycją zaś będzie współzarządzał Murapol, czyli firma deweloperska, która zjadła zęby na budowaniu i sprzedaży mieszkań. No i tu ma nie być spekulacji, czyli gry obliczonej na wzrost wartości nieruchomości w długim okresie. Zakup gruntu, budowa mieszkań i ich sprzedaż z zyskiem w jak najszybszym terminie - tak to ma działać.

      Złoty interes? Być może, ale... Po pierwsze nie będzie to fundusz dla każdego. HRE-Murapol FIZAN ma charakter funduszu zamkniętego, a jego udziały będą oferowane tylko specjalnie zaproszonym klientom. Każda kolejna emisja certyfikatów (czyli udziałów w funduszu) będzie się odbywała co miesiąc i będzie obejmowała maksymalnie 149 inwestorów, z których każdy musi być gotowy do wyłożenia co najmniej 200.000 zł. W Murapolu i HRE mówią, że przygotowują też wersję funduszu dla zwykłych śmiertelników, dysponujących małymi kwotami, ale najpierw chcą wszystko przetestować na mniejszej liczbie dużych inwestorów. Zaproszenia do udziału w funduszu będą dostawać m.in. klienci VIP banków, z którymi zamierza współpracować Saturn TFI.

      Czy 5% zysku rocznie z trzyletniej inwestycji w nieruchomości to dla VIP-a atrakcyjna propozycja? Umiarkowanie, bo za 200.000 zł to on sam może sobie kupić kawalerkę (może nie w Warszawie, ale w Łodzi już na pewno) i zarabiać na jej wynajmowaniu nawet więcej, niż owe 5% gwarantowane przez HRE-Murapol. Oczywiście: inwestycja poprzez fundusz ma tę zaletę, że nie trzeba ponosić żadnych kosztów transakcyjnych (związanych z zakupem lokalu, przystosowaniem do wynajmu i poszukiwaniem chętnych) oraz rozprasza się ryzyko pomiędzy wiele nieruchomości. No i HRE-Murapol FIZAN daje szansę na jeszcze wyższy zarobek, niż owe 5%, bo będzie też dzielił się z inwestorami zyskiem ze sprzedaży mieszkań (o tym więcej napiszę za chwilę). Ale z drugiej strony HRE-Murapol FIZAN też ma koszty dodatkowe - przy sprzedaży certyfikatów sprzedawcy mogą brać aż do 5% prowizji na wejściu (choć mogą też zejść z nią do 0%).

      Druga wątpliwość dotyczy gwarancji zysku i opcji na jego podwyższenie. Od strony formalnej fundusz będzie lokował pieniądze klientów w akcje spółek celowych, które będą prowadziły poszczególne projekty budowlane. Powoływanie celowych spółek inwestycyjnych (tzw. SPV) nie jest niczym dziwnym, tak działają wszystkie duże firmy deweloperskie. Dzięki temu można prowadzić i rozliczać budowy w sposób uporządkowany i klarowny (każda ma "swoje" koszty i przychody). Ale oczywiście oznacza to też ryzyko dla udziałowca funduszu HRE-Murapol. Kupując certyfikaty inwestycyjne nie staje się na trzy lata właścicielem kawałka gruntu, czy budynku, a jedynie pośrednim udziałowcem spółki, która prowadzi budowę. Gdyby ta spółka celowa np. okazała się niewypłacalna, klient zostaje z bezwartościowym papierem. Oczywiście: w tym konkretnym przypadku gwarantem tego papieru jest jeden z największych w kraju deweloperów, więc ryzyko jest mniejsze. Ale jest.

      Z gwarancją zysku też jest dziwnie. Gwarantem jest Murapol - marka solidna, ale mimo wszystko nie zasługująca jeszcze na miano "niezniszczalnej". Nie jest to więc tak solidna gwarancja, jak państwowa, która dotyczy depozytów w bankach. A te 5% rocznie? Cóż, to poziom dość bezpieczny, bo większość dużych firm deweloperskich pracuje na marżach rządu 20% i większych. Wydaje się więc, że nie ma ryzyka, iż Murapol nie będzie w stanie zarobić tyle, by wypełnić zobowiązanie wobec klientów. Z kolei opcja zwiększenia zysków jest bardzo mglista. Otóż jak już Murapol sprzeda mieszkania będące przedmiotem inwestycji w certyfikaty HRE-Murapol FIZAN, to ma podzielić się zyskami z klientami funduszu. W jakiej proporcji? To zależy od decyzji firmy. W papierach pojawia się informacja, że zysk ten może zostać zwiększony do 9% rocznie, ale tak naprawdę będzie zależał od widzimisię organizatorów całego interesu. To słaby punkt, bo widzimisię ma to do siebie, że jeździ na pstrym koniu.

      Jeśli masz milion złotych w inwestycjach i szukasz nowego pomysłu na ulokowanie 200.000 zł z tej kwoty, to właśnie do ciebie przyjdzie HRE-Murapol FIZAN z propozycją zarabiania na budowie mieszkań w ramach trzyletniego dealu. Możesz liczyć na 5% zysku rocznie (a więc ma mniej więcej tyle samo, ile miałbyś z samodzielnej inwestycji w nieruchomość na wynajem) gwarantowanego reputacją dużej firmy deweloperskiej. Musisz liczyć się z koniecznością zapłaty do 5% opłaty "startowej" (co może zjeść jedną trzecią zysku z inwestycji). Masz opcję na większy zysk niż 5% rocznie, o ile firmie deweloperskiej uda się sprzedać mieszkania po dobrej cenie. Ale deweloper nie będzie miał obowiązku dzielenia się z tobą, w umowie nie będzie żadnego mechanizmu, ani wskaźnika, który określiłby ile ci się należy w ramach udziału w zyskach dewelopera. W miarę pewne jest tylko te 5% w skali roku (minus opłata startowa). I co o tym myślicie? Okazja? Kant?

      Podobną konstrukcję do pomysłu HRE i Murapolu miał fundusz stworzony przez Forum TFI, który zarabiał na renowacjach już istniejących mieszkań, a konkretnie - zabytkowych kamienic w Krakowie. Fundusz nazywał się Prestiżowe Inwestycje Krakowskie FIZ i zebrał 30 mln zł. Kupił za tę kasę trochę nieruchomości, przerobił je na luksusowe apartamenty, sprzedał i po dwóch latach wykupił wyemitowane certyfikaty, dając swoim udziałowcom 9% zysku w skali roku. Widać więc, że moda na nieruchomości pobudza wielu ;-). Ale warto pamiętać, że to jednak ryzykowna branża, bardzo podatna na wahania koniunktury w gospodarce. Zaś gwarancja firmowana przez prywatną firmę jest warta tyle, ile dobre imię i renoma tej firmy. Nawet największa renoma nie trwa wiecznie.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Murapol szuka wspólników do budowy mieszkań. Gwarantuje 5% rocznie, a jak się uda to 9%”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 29 marca 2017 19:37
  • poniedziałek, 20 marca 2017
    • Wreszcie wygodne oszczędzanie na emeryturę? Bank pomoże wycisnąć kasę ze skarbówki!

      Jak część z Was zapewne wie, istnieją dwa preferencyjne "opakowania" dla oszczędności emerytalnych, które pozwalają zaoszczędzić na podatkach. Pierwsze to IKE (przy wypłacie po osiągnięciu wieku emerytalnego nie oddaje się 19% podatku Belki) oraz IKZE (można odpisać wpłacone w danym roku kwoty od podatku - do poziomu ok. 5100 zł). W ramach IKE i IKZE można oszczędzać w bankach, funduszach inwestycyjnych, firmach ubezpieczeniowych i biurach maklerskich. Korzysta z tej opcji jakieś 1,5 mln ludzi, którzy umieścili na tych kontach 7,7 mld zł. Byłoby więcej, ale chyba nam się nie chce "bawić" w formalności przy zakładaniu kont, wybieranie najlepszej opcji i pilnowanie limitów wpłat. Nie pomaga nawet to, że każdy kto ma IKZE i wpłacił na nie 5000 zł może w PIT-ku za zeszły rok odpisać sobie od podatku co najmniej 875 zł.

      Czytaj też: Na czym będzie polegała reforma OFE i ZUS-u planowana przez PiS?

      Od dziś ma być łatwiej. Do oferty Raiffeisen Polbanku wchodzi bowiem - a we wszystkich placówkach ma być dostępny od przyszłego poniedziałku - ciekawy pakiecik: "Wymarzona emerytura". Polega on na tym, że wpłacasz jednorazowo pieniądze, a bankowcy je automatycznie umieszczają w trzech miejscach w taki sposób, żebyś jak najwięcej zyskał na podatkach. Jest tylko jeden warunek - na start musisz mieć przy duszy 25.000 zł i być gotowym, by zablokować tę kasę z myślą o przyszłej dodatkowej emeryturze. "Wymarzona emerytura" od strony technicznej jest polisą ubezpieczeniową dostarczoną przez firmę Uniqa. Dlaczego trzeba wpłacić aż 25.000 zł? Cóż, chodzi o to, żeby po wykorzystaniu limitów rocznych wpłat na IKZE (5112 zł) oraz IKE (mniej więcej 12.800 zł) poza korzyściami podatkowymi była z tego jakaś sensowna sumka na dodatkową emeryturę.

      Do pakietu jest dołączone coś w rodzaju "podatkowego assistance". A więc raz w roku dostaniemy czuły liścik od firmy Uniqa z prostą jak cep instrukcją co gdzie trzeba wpisać do PIT-a żeby odpisać sobie pieniądze zgromadzone w "Wymarzonej emeryturze" od podatku. Limit pierwszej wpłaty jest dość wysoki, ale później idzie już z górki, bo można wpłacać dowolne kwoty. Bank będzie oczywiście przypominał, że warto zainwestować w każdym roku przynajmniej te kilkanaście tysięcy, by w pełni wykorzystać limity wpłat na IKE i IKZE, ale klient nie będzie miał obowiązku systematycznego dopłacania kasy do polisy - to będzie tylko dobrowolna, choć silnie rekomendowana opcja.

      Co ciekawe, z polisy będzie można też kasę za darmo wypłacić - przynajmniej częściowo. Chodzi o to, żeby w sytuacji awaryjnej klient mógł skorzystać z pieniędzy i nie tracić korzyści podatkowych. Jedynym warunkiem jest to, by na po takiej wypłacie na polisie zostało te "startowe" 25.000 zł. Można też pozbyć się większej kwoty - tracąc korzyści podatkowe - ale wtedy na koncie musi zostać przynajmniej 5000 zł. Ponieważ cały pakiecik jest polisą ubezpieczeniową, są też - drobne, bo drobne, ale jednak - elementy ochrony ubezpieczeniowej. W razie śmierci naturalnej właściciela "Wymarzonej emerytury" (czego oczywiście nikomu nie życzę, ale wypadki chodzą po ludziach), cały rejestr przechodzi na własność osoby uposażonej, którą wskażemy w umowie. Co ważne - przechodzi "automatycznie", poza postępowaniem spadkowym. Gdyby zeszło nam się z tego padołu łez i rozpaczy w ramach nieszczęśliwego wypadku, firma dołoży jeszcze 5% do zebranej kwoty. Ze względu na ubezpieczeniową formę pakietu nie ma podatku od darowizny (gdybyśmy chcieli "Wymarzoną emeryturę" komuś zprezentować).

      No i jeszcze najważniejsza kwestia: w co będą lokowane te pieniądze i ile to będzie kosztowało? Otóż nie będzie pełnej dowolności - klient ma do wyboru cztery tzw. portfele, czyli strategie inwestowania pieniędzy ustawione od najbezpieczniejszej do najbardziej ofensywnej. Najbezpieczniejsza będzie oferowała nędzne kilka procent zysków rocznie, ale praktycznie bez ryzyka jakichkolwiek przejściowych strat (choć żadnej gwarancji dochodowości nikt tu nie oferuje). Najbardziej ofensywna prawdopodobnie pozwoli uzyskać najwyższą dodatkową emeryturę, ale może się zdarzyć, że przez kilka lat będziemy pod kreską, bo kasa będzie inwestowana w fundusze akcji. Portfelami będzie zarządzać Union Investment, czyli dość solidne towarzystwo funduszy, jedno z największych tzw. niezależnych, nie należących do żadnego dużego banku.

      Teraz opłaty. Za zarządzanie tym całym interesem - czyli przyjęcie pieniędzy klienta, rozdzielenie ich pomiędzy IKE, IKZE i część dodatkową, za korzyści spadkowo-ubezpieczeniowe, a także za podatkowe assistance - twórcy "Wymarzonej emerytury" (czyli Raiffeisen i Uniqa) pobiorą 1,19% rocznej prowizji. Oczywiście w wynikach osiąganych przez fundusze będzie też "schowana" druga opłata za zarządzanie, pobierana przez Union Investment. Ale tę byśmy i tak płacili, nawet jeśli lokując oszczędności samodzielnie w funduszach. Tak naprawdę jedynym ekstra-obciążeniem jest te 1,19%. Czy to dużo czy mało? Cóż, wszystko jest kwestią punktu odniesienia. Przyjmując, że w pierwszym roku wpłacę tylko minimalne 25.000 zł, opłata wyniesie prawie 300 zł. Biorąc pod uwagę, że na bieżąco od PIT-a odpiszę dzięki "Wymarzonej emeryturze" jakieś 900 zł, za bankową asystę zapłacę aż 30% "prowizji" od zysku podatkowego. Słono.

      Ale z drugiej strony ta polisa inwestycyjna jest - jak na polskie warunki - bardzo elastyczna. Pozwala wpłacać i wypłacać nadwyżkę ponad "startową" wartość inwestycji bez żadnych prowizji, ani opłat likwidacyjnych. Nie ma też często spotykanej w polisach inwestycyjnych opłaty administracyjnej (czyli stałych np. 10 zł za "posiadanie rachunku"). Dla kogoś kto ma oszczędności, ale nie ma czasu zastanawiać się ile powinien wpłacić na IKE, ile na IKZE oraz gdzie ulokować ewentualną nadwyżkę, "Wymarzona emerytura" może być sensownym pomysłem. Wiadomo, że elitarnym, bo 25.000 zł do zablokowania z myślą o przyszłej emeryturze mają tylko ci najbardziej zapobiegliwi z nas. Ale to dobrze, że tego typu pakiety schodzą "pod strzechy". Już kilka lat temu widziałem niemal identyczne rozwiązanie w bankowości prywatnej PKO BP.  Ale było dostępne tylko dla milionerów. 

      Czytaj też: Młodzi bogowie i kubka miętolenie. Komu opłaci się gwarantowana emerytura?

      Każdą opcję, która pozwala wygodnie oszczędzać na emeryturę i płacić niższe podatki witam w blogu z otwartymi ramionami. I tak, jak testuję własnymi pieniędzmi "Wymarzone perspektywy", czyli niskokosztową polisę inwestycyjną oferowaną przez Raiffeisena wspólnie ze znienawidzonym TUnŻ Europa (mam strategię "niebieską" i w zeszłym roku zarobiłem dzięki niej 5,3%), tak oczywiście przetestuję dla Was również "Wymarzoną emeryturę". Raiffeisenowcy zeznają, że w "Wymarzonej perspektywie" jest dziś 900 mln zł, a w identycznym koncepcie o nazwie "Unikatowe strategie" - 400 mn zł. Zaś dołączając do tego produkty stricte depozytowe, czyli konto oszczędnościowe i ROR o nazwie "Wymarzone konto" Raiffeisen przez rok zebrał z rynku depozytowego 6 mld zł. Biorąc pod uwagę, że cały "urobek" banków to 30 mld zł świeżych oszczędności - wynik "Raiffka" prezentuje się naprawdę godnie.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Wreszcie wygodne oszczędzanie na emeryturę? Bank pomoże wycisnąć kasę ze skarbówki!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 20 marca 2017 09:08
  • niedziela, 26 lutego 2017
    • ZUS wystraszył tylko tych, którzy już potrafią sobie wyobrazić, że będą jego podopiecznymi?

      Już ponad 900.000 osób oszczędza w ramach Indywidualnych Kont Emerytalnych (IKE), czyli tej odmiany gromadzenia kapitału, która w przyszłości pozwoli nie płacić podatku od zysków kapitałowych. Zaś prawie 650.000 osób ma pieniądze na Indywidualnych Kontach Zabezpieczenia Emerytalnego (IKZE), które pozwalają oszczędzać na emeryturę odliczając zebrane kwoty od podatku PIT. Tak wynika z opublikowanych właśnie danych Komisji Nadzoru Finansowego na koniec 2016 r. Przy założeniu, że jakaś część ludzi oszczędza i w IKE i w IKZE, można szacować, że na dodatkową emeryturę postanowiło gromadzić pieniądze 1,2 mln Polaków. Z tego mniej więcej jedna trzecia robi to systematycznie, a więc ich zainteresowanie gromadzeniem kasy na lepsze jutro nie jest pozorne. Mamy więc w kraju 16 mln pracujących i z tego jakieś 400.000 osób - czyli 2-3% osób zarabiających pieniądze - aktywnie korzysta z preferowanych podatkowo mechanizmów oszczędzania na emeryturę. Te osoby wpłaciły w zeszłym roku w ramach tych mechanizmów prawie 1,5 mld zł nowych pieniędzy.

      Czytaj też: Co drugi z nas nigdy nie będzie miał oszczędności, bo... nie umie

      Oczywiście mówimy tylko o oszczędzających w IKE i IKZE, jest zapewne jakaś grupa osób, które nie korzystają z żadnego z tych mechanizmów, a też gromadzą oszczędności w bankach, funduszach inwestycyjnych, nieruchomościach, albo w sztabkach złota. Ponad 50 mld zł jest w polisach inwestycyjnych, 100 mld zł w funduszach inwestycyjnych, 660 mld zł w bankach. Jakaś część z tych pieniędzy jest pewnie "parkowana" z myślą o emeryturze. Ale jaka? Trudno wyczuć - zapewne lwia część to inwestycje krótkoterminowe. Wracając do IKE i IKZE: w sumie na jednych i drugich kontach emerytalnych zebraliśmy 7,7 mld zł, czyli kwotę zauważalną. Inna sprawa, że jeszcze kilka lat temu w drugim filarze emerytalnym, czyli na kontach OFE, było aż 300 mld zł naszych pieniędzy. Na tym tle pieniądze uciułane na IKE i IKZE wyglądają blado. Gdyby je wypłacać każdemu posiadaczowi konta w IKE lub IKZE w porcjach po 1000 zł miesięcznie (np. na dodatkową emeryturkę), to wystarczyłoby na pięć miesięcy. Co nie oznacza, że z ostatnich danych o naszym oszczędzaniu na emeryturę nie można wyciągnąć żadnych optymistycznych wniosków.

      Czytaj też: Polacy rzucili się do gromadzenia. Ogromne wzrosty oszczędności!

      STRACH MA DWA RAZY WIĘKSZE OCZY. Z dwóch preferencyjnych mechanizmów oszczędzania na emeryturę większe znaczenie ma IKE - ta forma gromadzenia kapitału jest starsza i ma mniej ograniczeń - na IKE można po prostu wpłacić więcej pieniędzy (ale za to nie ma bieżącego odpisu od podatku PIT). Z 7,7 mld zł, które mamy odłożone w dwóch "wehikułach emerytalnych" większość przypada na IKE. W zeszłym roku otworzyliśmy 85.000 nowych rachunków tego typu. To znacznie więcej, niż w poprzednich latach. W 2015 r. było to 66.000 nowych rachunków, zaś w 2014 r. - 47.500. Wartość pieniędzy zgromadzonych na IKE wzrosła zaś w zeszłym roku o 900 mln zł i wynosi już 6,6 mld zł (rok wcześniej wzrost był mniejszy i wyniósł "tylko" 700 mln zł). Widać więc, że zainteresowanie oszczędzaniem na emeryturę - oraz świadomość, że ZUS nie załatwi nam kolorowej przyszłości - wolno bo wolno, ale się upowszechnia.

      FUNDUSZE NA TOPIE, POLISY W ODWROCIE. Z 85.000 nowo-otwartych rachunków aż 51.000 osób wybrało jako inwestycję w ramach IKE fundusze inwestycyjne. Tylko 17.500 osób postanowiło "opakować" w IKE polisę inwestycyjną, zaś 12.500 osób - depozyt bankowy. Widać, że firmy ubezpieczeniowe straciły dużą część zaufania Polaków jeśli chodzi o ich rolę pośrednika w inwestowaniu pieniędzy. Z 900.000 kont IKE wciąż większość - aż 570.000 kont - to te ubezpieczeniowe (czyli różnego rodzaju polisy inwestycyjne), ale liczba IKE w formie funduszy inwestycyjnych wynosi już 236.000 i rośnie naprawdę szybko. Co ciekawe, tylko na mniej niż co czwarte konto IKE założone w firmie ubezpieczeniowej w zeszłym roku zostały wpłacone pieniądze! W przypadku IKE w formie funduszy inwestycyjnych - wpłata była na prawie co drugie. Choć kont w formie ubezpieczeniowej jest dwa i pół raza więcej, niż w formie funduszowej, to na obu rodzajach IKE jest prawie po tyle samo pieniędzy - ok. dwa miliardy złotych. W ubezpieczeniowych o 200 mln zł więcej, ale prawdopodobnie już raz rok ta różnica zostanie ostatecznie zniwelowana.

      ELITA: WPŁACILI PO 10.000 ZŁ I KUPILI... AKCJE. To pokazuje skalę zniechęcenia ludzi to ubezpieczeń inwestycyjnych. Ale prawdziwą elitą wśród oszczędzających na emeryturę w ramach IKE są ci, którzy konto emerytalne otworzyli w biurze maklerskim, a więc inwestują swoje oszczędności w akcje spółek i notowane na giełdzie obligacje. Takich kont jest tylko 27.500, ale zgromadziliśmy na nich aż miliard złotych - połowę tego, co na kontach ubezpieczeniowych, których funkcjonuje dwadzieścia razy więcej! W zeszłym roku na więcej, niż co drugie konto IKE w biurze maklerskim wpłaciliście nowe pieniądze. A w dodatku średnia wpłata wynosiła ponad 9.000 zł, trzy razy tyle, ile do IKE ubezpieczeniowych. Szacunek. A podobno styl niemieckiego emeryta nie jest dla nas ;-). Sporą "wydajnością" mogą się też pochwalić IKE w formie depozytu bankowego lub obligacji. Takich rachunków nie mamy dużo - tylko 64.000 sztuk - ale jest na nich 1,2 mld zł i w zeszłym roku na dwie trzecie z tych kont zostały wpłacone nowe pieniądze!

      IKE MEKKĄ WAPNIAKÓW. Nie zmieniło się natomiast to, że na emeryturę oszczędzają w Polsce głównie ci, dla których dzwoni już ostatni dzwonek, a więc osoby po 40-tce. Tylko nieco ponad 10% rachunków IKE (95.000 sztuk) mają założone osoby przed 40-tką! Oczywiście nie ma nic zdrożnego w oszczędzaniu na emeryturę z czterema krzyżykami na karku, ale wtedy oszczędności przyrastają wolniej ("śniegowa kula" nie tyle ma czasu, by się rozpędzić). Zaczynając oszczędzanie w młodości można odkładać cztery razy mniejsze pieniądze, by osiągnąć po 60-tce tę samą sumę co ktoś, kto zaczął oszczędzanie w średnim wieku. I dopóki wśród tych kilku procent zapobiegliwych emerytalnie Polaków będą głównie wapniaki, cała zabawa z trzecim filarem będzie trochę nez sensu. Czas żeby program zachęt do samodzielnego oszczędzania na emeryturę wicepremiera Morawieckiego wyszedł wreszcie z excela. 

      Czytaj też: Sześć pomysłów żeby chciało nam się chcieć oszczędzać na potem

      5% KASY JUŻ JEST. A RESZTA? Średnie saldo zebrane przez statystycznego posiadacza konta IKE nie powala na kolana - to 7.300 zł. Nie można powiedzieć, że da się z tego urzeźbić sensowny dodatek do emerytury. Szczerze pisząc to zaledwie 5% kwoty potrzebnej, by chociaż przez 15 lat mieć 1000-złotowy dodatek do państwowej emeryturki. Biorąc jednak pod uwagę, że tylko co trzecie IKE jest aktywne, trzeba szacować, że ów procent na kontach najbardziej systematycznych ciułaczy jest znacznie bardziej skoncentrowany i zebrali już 10% kwot potrzebnych, by na emeryturze mieć zabezpieczone godne warunki finansowe. Średnia wpłata nowych pieniędzy na IKE w zeszłym roku wyniosła 3.700 zł, czyli nieco ponad 300 zł miesięcznie. To niezły pieniądz, ale jeśli 90% posiadaczy IKE to ludzie po 40-tce, więc nie jestem przekonany czy nie powinni jeszcze podkręcić tempa.

      BĘDZIE REKORDOWY MONEY-BACK ZE SKARBÓWKI! Na koniec dwa słowa o rachunkach IKZE, do których założenia namawiałem Was w zeszłym roku w celu optymalizacji podatkowej. Przyznam szczerze, że sukces tych moich namów był połowiczny. Z jednej strony założyliście w 2016 r. "tylko" 63.000 nowych kont IKZE (rok wcześniej było 92.000 kont), ale z drugiej strony napływ pieniędzy był bardzo wysoki - ponad poł miliarda złotych. W 2015 r. "udział" IKZE w "rynku" preferencyjnych form oszczędzania na emeryturę wyniósł tylko 10%. Teraz wynosi już blisko 15%. W zeszłym roku wartość kasy zgromadzonej przez nas na kontach IKZE się niemal podwoiła. Tylko na co czwarte IKZE została wpłacona w zeszłym roku jakaś kasa, ale widać, że jak ktoś wpłacał, to od razu "pod korek". Dwie trzecie nowo-otwartych kont IKZE było otwieranych pod skrzydłami funduszy inwestycyjnych. To nie wszystko - wśród 87.000 kont IKZE, które prowadziły fundusze inwestycyjne, na aż 71.000 kont wpłynęły w 2016 r. pieniądze. Dla porównania: firmy ubezpieczeniowe zdołały zmobiliozować do wpłat tylko 62.000 osób, choć prowadzą aż 450.000 kont IKZE!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „ZUS wystraszył tylko tych, którzy już potrafią sobie wyobrazić, że będą jego podopiecznymi?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      niedziela, 26 lutego 2017 15:54
  • czwartek, 23 lutego 2017
    • Twój bank mało płaci? 7 prostych sposobów na to jak wycisnąć więcej procentów z lokaty w banku

      Oprocentowanie większości depozytów, które trzymamy w bankach, nie chroni już oszczędności przed inflacją. Czas więc ruszyć się z fotela i spróbować przynajmniej zmniejszyć straty. Postanowiłem więc dziś zebrać w jednym miejscu zebrać rady dla tych, którzy chcieliby, żeby pieniądze trzymane przez nich w banku nie traciły realnie na wartości. Tym tematem powinno zainteresować się wielu, bo prawie połowa naszych oszczędności leży w kilku największych bankach, które nigdy nie rozpieszczały klientów atrakcyjnym oprocentowaniem. Pieniądze leżą i się marnują z niskim procentem, bo po prostu nie chce nam się ich zabrać, trzymamy je w danym banku od lat "z przyzwyczajenia". A także z przekonania, że dla kilku groszy dodatkowego zysku z oprocentowania nie opłaca się robić zamieszania z przechodzeniem do innego banku.

      Czytaj: To koniec pewnej ery. Idą (jeszcze) gorsze czasy dla oszczędności. Co robić?

      Jeśli ktoś ma np. 10.000 zł, to przy oprocentowaniu 1% w skali roku będzie czerpał ze swoich oszczędności 80 zł odsetek (po potrąceniu podatku Belki), a przy oprocentowaniu 1,2% zysk zwiększy się raptem do 96 zł. Dla 16 zł dodatkowych odsetek naliczonych przez cały rok większość ciułaczy nie zechce zdzierać zelówek w butach. Ale gdyby rzecz dotyczyła już 25.000 zł, zaś różnica w oprocentowaniu sięgnęła 0,5 pkt. proc., to stawka zaczyna być zauważalna - 110 zł. Z moich obserwacji wynika, że mniej więcej taka właśnie - pół punktu procentowego, w porywach nawet do całego punktu - jest różnica między oprocentowaniem pieniędzy w dużych i w małych bankach. Co więcej, trzymając pieniądze poza największymi bankami, płacącymi najmarniej, zwykle udawało się w przeszłości chronić realną wartość oszczędności.

      inflacja_w_polsce_10lat_i_depo

      Dowody? Oto wykres pokazujący jak mniej więcej kształtowała się w przeszłości relacja inflacji do oprocentowania pieniędzy w dziesięciu najlepiej płacących bankach w danym momencie. Nie są to bardzo dokładne dane, ale mam sporo archiwalnych materiałów porównawczych, na podstawie których to mniej więcej oszacowałem. I - co ważne - pokrywa się mniej więcej z obserwacjami, które poczyniłem na podstawie analizy własnego portfela depozytów. Tak jak niedawno pisałem w blogu, średnie oprocentowanie moich prywatnych pieniędzy w zeszłym roku wyniosło 1,4%. Jakieś 30-40% depozytów (to się zmieniało w czasie) trzymałem w skarbcach największych banków, a 60-70% w bankach mniejszych (powiedzmy, że spoza pierwszej ósemki na rynku). I tę strategię polecam każdemu, kto chciałby spać spokojnie, a z drugiej strony nie tracić realnej wartości swoich pieniędzy w banku. Jak jeszcze zwiększyć opłacalność trzymania pieniędzy w banku?

      Czytaj też: Nadeszła depozytowa katastrofa. W tych bankach pieniądze już tracą

      ROR: RACZEJ OSZCZĘDZAJ ROZSĄDNIE.  Wiadomo, że część kasy leży tam, bo czeka aż jutro, pojutrze lub za kilka dni ją wydamy. Ale czasem jest to stały "osad", który traktujemy w kategoriach poduszki finansowej "na wszelki wypadek". O ile w czasie deflacji można było takie przetrzymywanie nadwyżek finansowych na nie oprocentowanych ROR-ach rozgrzeszać, o tyle teraz jest to już karygodne. Nawet pieniądze, które będą nam wkrótce potrzebne warto przesunąć na konto oszczędnościowe, by pracowały choćby na ułamek procenta. Przesunięcie kasy z ROR-u na konto oszczędnościowe zajmuje w dzisiejszych czasach kilkadziesiąt sekund (i to razem z czasem potrzebnym na założenie konta oszczędnościowego), więc nawet jeśli będzie to gra warta kilku złotych, to i tak warto. Po czym poznać milionera? Że bardzo się złości, gdy choćby okruch jego fortuny się marnotrawi.

      POZWÓL KASIE "POZDRÓŻOWAĆ". Banki w Polsce nie cenią lojalnych klientów, zwykle najwyższe oprocentowanie miewają tzw. lokaty na nowe środki. Nowe, czyli takie, które wpłynęły z innego banku (przesunięcie osadu z ROR-u albo pieniędzy z konta oszczędnościowego zwykle nie kwalifikuje się jako nowe środki). Można dostać ekstra mniej więcej 0,5 pkt. proc., choć nie zawsze jest to bonus bezwarunkowy (czasem wiąże się z obowiązkiem założenia i zasilenia ROR-u). Ja mam kilka ROR-ów, więc zdarza się, że przerzucam pieniądze między nimi. Tak czy owak: wykonując cztery "wędrówki" w roku (czyli wędrując między bankami z depozytem kwartalnym) możemy znacząco zwiększyć procent na depozycie. Warto raz w miesiącu sprawdzać w internecie zestawienia najlepszych depozytów i kont oszczędnościowych - szukamy oczywiście najlepszych ofert "na nowe środki" bez dodatkowych warunków bądź z łatwymi do spełnienia (np. trzeba tylko założyć ROR i wpłacić nań określoną kwotę, ale nie trzeba mieć karty i nią płacić).

      SPRAWDŹ "OSZCZĘDNOŚCIÓWKĘ" W PROMOCJI. Czasem nawet mając w banku tylko "stare środki" warto się rozejrzeć czy np. niektóre okresy lokowania depozytów nie dają większej możliwości zarobku, niż inne. Np. trzymając pieniądze na sześciomiesięcznej lokacie można zarobić ciut więcej, niż na czteromiesięcznej. Są banki, w których taki "arbitraż" opłaca się też przy zmianie lokaty terminowej na konto oszczędnościowe (choć na zdrowy rozum depozyt powinien "płacić" lepiej, bo wiąże się z koniecznością zablokowania pieniędzy). Przykładowo w ING mają promocję na nowo otwierane konta oszczędnościowe (płacą 2% przez cztery miesiące), a na lokacie rocznej da się wycisnąć tylko 1%. Oczywiście: interes się nie "zepnie" jeśli w porę nie zabierzemy pieniędzy z konta oszczędnościowego, bo jego standardowe oprocentowanie spadnie do 0,7 proc. w skali roku. Według serwisu bankobranie.blogspot.com w czterech bankach są teraz promocje kont oszczędnościowych (Orange Finanse, Deutsche Bank, Millennium, Eurobank). Nie sprawdzałem, ale jeśli macie ROR-y w tych bankach, to zerknijcie na warunki promocji, może opłaca się przez kilka miesięcy mieć tam nie tylko ROR, ale i "oszczędnościówkę"?

      WEŹ LOKATĘ PRZEZ SMARTFONA. Część banków promuje korzystanie z bankowości mobilnej. Ściągając sobie na smartfona aplikację mobilną banku i aktywując ją nabywamy prawo do założenia z jej pomocą lokaty znacznie lepiej oprocentowanej, niż zwykła, zakładana w oddziale lub przez bankowość internetową. Bankiem, w którym zwykle opłaca się założyć lokatę przez smartfona jest Bank Millennium (tu można wycisnąć 2,5%) oraz BZ WBK (też 2,5%). Aż 3% za lokatę założoną przez smartfona zapłaci Getin Bank, zaś Raiffeisen - 2,2%. Lokatę mobilną na 1,75% (niestety tylko na miesiąc) lub na 1,2% (na pół roku) ma PKO BP, który za "zwykłe" lokaty płaci ok. 1,1%. Zwykle takie depozyty są ograniczone do trzech miesięcy i mają maksymalny próg 10-20 tys. zł. Ale zawsze coś.

      UPIECZ DWIE PIECZENIE NA JEDNYM OGNIU. Jeśli jesteś niezadowolony z usług swojego obecnego banku, to możesz upiec dwie pieczenie na jednym ogniu i przenieść się do konkurencji pod warunkiem, że zaoferuje promocyjny depozyt. Warto odwiedzić oddział banku, który polecają znajomi, albo zadzwonić na infolinię i zapytać o ile więcej bank zapłaci za depozyt przy przeniesieniu konta. Np. Toyota Bank zapłaci 2,5% na lokacie 160-dniowej, ale pod warunkiem, że założysz w nim nowe konto. W mBanku przez trzy miesiące nowi klienci mogą mieć nawet 3,5%. Nest Bank daje nowym posiadaczom kont osobistych trzymiesięczną lokatę na 4% w skali roku. Prawie każdy bank ma taką ofertę. Niektóre banki mają też promocje polegające na wypłacaniu klientom premii finansowej za założenie konta. Taka premia może wynosić od 100 zł do 300 zł. Obecnie mają w ofercie takie bonusy m.in. ING, mBank, Citibank oraz wspomniany Toyota Bank. Jeśli masz np. 10.000 zł oszczędności, to premia oznacza de facto równowartość dodatkowego 1-3 pkt. proc. rentowności depozytu.

      NIE ROZMIENIAJ SIĘ NA DROBNE. Jestem wielkim fanem dywersyfikacji i rozpraszania oszczędności w wielu miejscach (ze względów bezpieczeństwa i zdrowego rozsądku). Ale nadmierne rozdrabnianie się w przypadku depozytów bankowych oznacza niestety wymierne straty. Oprocentowanie dla różnych kwot depozytów się spłaszcza, ale jeśli chodzi o oprocentowanie kont oszczędnościowych to wciąż widać różnicę na korzyść większych osadów. W BZ WBK za Konto Max Oszczędnościowe płacą 0,5% w skali roku, ale jeśli masz więcej, niż 100.000 zł, to 0,76%. W mBanku na koncie oszczędnościowym eMax Plus mając do 50.000 zł można zarobić 0,5%, zaś przy większych saldach - 0,65-1%. Może się więc opłacić umieszczenie większej kwoty w jednym banku (oczywiście kwota ta nie powinna przekraczać państwowej gwarancji dla depozytów w przypadku upadłości banku - równowartości 100.000 euro). Część banków od depozytu rzędu 50.000 zł może proponować indywidualne warunki, lepsze o 0,1-0,2% od standrdowych.

      ZAUWAŻ TEŻ MALUCHA. Wystarczy rzut oka na bankowe tabele z oprocentowaniem i już widać, że mniejsze banki płacą znacznie lepiej, niż duże. A cieszą się takimi samymi, państwowymi gwarancjami depozytów. Liderem w depozytach trzymiesięcznych jest PBS Ciechanów (czyli jeden z większych banków spółdzielczych, któremu niedawno jeszcze groziła utrata płynności z powodu paniki klientów po wprowadzeniu do banku zarządu komisarycznego). Tu bez żadnych dodatkowych warunków można umieścić pieniądze na trzy miesiące przy oprocentowaniu 2,05%. Idea Bank i Lion's Bank dają 1,85%, zaś Plus Bank - 1,65%. W porównaniu z ofertą największych banków - pomijając promocje płacą one ok. 1% - jest sporo szczodrzej. Inny bank spółdzielczy - neoBank - płaci za sześciomiesięczne depozyty 1,5% w skali roku, a za trzymiesięczne - 1,8% (ale ta druga oferta dotyczy tylko nowych środków). Dla odważnych są też SKOK-i, których sytuacja finansowa jest kiepska, ale są objęte państwowymi gwarancjami depozytów. Największy SKOK Stefczyka za depozyt półroczny płaci 1,8%.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (9) Pokaż komentarze do wpisu „Twój bank mało płaci? 7 prostych sposobów na to jak wycisnąć więcej procentów z lokaty w banku”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 23 lutego 2017 08:55
  • wtorek, 14 lutego 2017
    • Nadeszła depozytowa katastrofa. W tych bankach twoje pieniądze już tracą na wartości

      GUS podał, że ceny towarów i usług w skali ostatniego roku - czyli licząc od stycznia do stycznia - wzrosły o 1,8%. To oznacza, że jeśli ktoś rok temu zakopał w ogródku 1000 zł i dziś z powrotem wykopał i włożył do portfela, realnie stracił 18 zł. Część wartości tego tysiączka - w przeliczeniu na koszyk towarów - wyparowała. To sytuacja od dawna niespotykana, bo przez ostatnich kilka lat mieliśmy w Polsce deflację, a więc ceny nie rosły, zaś realna wartość pieniędzy nie spadała. Teraz to się gwałtownie zmieniło (nie mówcie, że Was nie ostrzegałem). Problem mają nie tylko ci, którzy zakopali 1000 zł w ogródku, ale też ci, którzy trzymają kasę w bankach. Na wartości realnie traci wszystko, co do rok temu zostało oprocentowane niżej, niż na 2,2%. Tylko takie lub wyższe odsetki od pieniędzy, zakontraktowane rok temu na stały procent, pozwoliłyby pokryć inflację i podatek Belki (wynosi 19% od zysków z lokaty). Mało który bank płacił tyle za standardowy depozyt (średnie oprocentowanie najlepszych depozytów wynosiło rok temu 2%).

      Czytaj też: Inflacja w Polsce najwyższa od czterech lat! Najnowsze dane GUS

      inflacja2016

      Czytaj też: Podatek bankowy ma już rok. Kto go naprawdę zapłacił? Policzyłem

      Postanowiłem sprawdzić jaka część dziś zakładanych depozytów może przynieść realną stratę przy założeniu, że inflacja utrzymałaby się w okolicach 1,8% przez kolejny rok. Już na starcie trzeba powiedzieć, że z 660 mld zł pieniędzy, które mamy w bankach, jakąkolwiek szansę na utrzymanie realnej wartości będzie miała - przy tych założeniach - mniej, niż połowa. Tylko 291 mld zł stanowią bowiem depozyty terminowe. Reszta to kasa na ROR-ach (w sposób oczywisty tracąca na wartości, bo nieoprocentowana) oraz na kontach oszczędnościowych. Te ostatnie w kilku małych bankach pozwalają wciąż nieźle zarobić (w Orange Finanse 3,5% do 10.000 zł, w BGŻ Optima 2,3% bez limitu, w Deutsche Banku - 2,55% do 100.000 zł, w Banku Millennium 2,5% do 100.000 zł), ale po pierwsze promocyjny procent obowiązuje tylko przez trzy-cztery miesiące, po drugie jest to oferta dla nowych klientów lub nowych środków, a po trzecie w największych bankach oprocentowanie kont oszczędnościowych jest znacznie niższe, niż w małych bankach-challengerach.

      W PKO BP dla podstawowego konta oszczędnościowego jest to 0,5% i jeszcze trzeba płacić 1 zł miesięcznie za prowadzenie rachunku (co oznacza, że przy 1000 zł salda realnie zarabia się tylko 0,38%). W Banku Pekao standardowe oprocentowanie konta "Dobry Zysk" dla kwot poniżej 100.000 zł wynosi jedynie 0,2% w skali roku. W BZ WBK jest Konto Max Oszczędnościowe, które płaci 0,5% w skali roku (chyba, że mamy więcej, niż 100.000 zł, to 0,76%). W mBanku na koncie oszczędnościowym eMax Plus mając do 50.000 zł można zarobić 0,5%, zaś przy większych saldach - od 0,65% w skali roku do 1%. Bank Millennium ostatnio uruchomił Konto Oszczędnościowe Profit, na którym przez pierwsze trzy miesiące można zarobić 2,5%, jednak to promocja dla nowych środków. Standardowe oprocentowanie w Banku Millennium to 0,6% (przy dużych kwotach 0,7-1,1%). W ING Banku jest 2% przez cztery miesiące, a później oprocentowanie spada do 0,7%. To jest, nie bójmy się tego słowa, nędza.   Jeśli ze 100 mld zł, które trzymamy na kontach oszczędnościowych, choćby 20 mld zł da zysk większy, niż 2,2 % (czyli z szansą na realny wzrost wartości pieniądza), to będzie dobrze.

      Czytaj też: Uwaga, idą duże zmiany dla naszych oszczędności! Jak się przygotować?

      No dobra, może chociaż w depozytach jest lepiej? Z danych KNF wynika, że 75% rynku depozytów kontroluje tylko 10 największych banków, zaś z moich obliczeń (opartych na cyferkach ze sprawozdań banków) wychodzi, że tylko cztery największe banki kontrolują co najmniej 44% naszych oszczędności. Są to oczywiście PKO BP (ok. 18% rynku), Bank Pekao (ok. 11%), BZ WBK (ok. 8%) oraz mBank (ok. 7%). Prawdopodobnie na piątym miejscu znalazłby się Bank Millennium albo ING (oba banki nie dorównują skalą działalności "wielkiej czwórce", ale oba mają bardzo silną "nogę" depozytową. Jedno jest pewne - niemal połowa naszych oszczędności jest w czterech największych, najbardziej wiarygodnych (zdaniem wielu) bankach. Skoro - jak już ustaliliśmy - 270 mld zł "zaparkowane" na ROR-ach realnie traci na wartości, jak również dzieje się tak z lwią częścią pieniędzy na kontach oszczędnościowych, to może chociaż ta połowa depozytów, którą mamy w największych bankach, da radę utrzymać realną wartość naszych oszczędności?

      konkurencja_w_bankach

      PKO BP zachwala lokaty mobilne, które dają "nawet 1,75% w skali roku". Jeszcze kilka miesięcy temu - gdy był to czysty zysk, pomniejszony co najwyżej o podatek Belki, to nie byłby zły pomysł. Ale dziś ta, najlepsza w ofercie banku, lokata nie pokrywa nawet inflacji. Standardowa, internetowa lokata 12-miesięczna w PKO BP płaci - w zależności od salda - tylko 1,1-1,3%. Nieco więcej można wycisnąć z przywróconego ostatnio do macierzy "żubra" - Bank Pekao płaci za lokatę roczną zakładaną przez internet 1,55%. W BZ WBK można założyć Lokatę Mobilną i zarobić 2,5%, ale oprocentowanie będzie tak wysokie tylko przez cztery miesiące (i tylko do 20.000 zł). Standardowy depozyt w BZ WBK - jeśli założymy go przez internet - ma oprocentowanie 1% i jest rolowany co miesiąc (bez gwarancji, że w następnym miesiącu oprocentowanie będzie takie samo). Można też wziąć depozyt od razu na rok, ale wtedy odsetki wyniosą tylko 0,5%. mBank daje po oczach lokatą na 3,5%, ale tylko dla nowych klientów i tylko na trzy miesiące. Dotychczasowym klientom mBank zapłaci 1,7% za nowe środki i można wybrać jeden z trzech terminów, z których najdłuższy wynosi dziewięć miesięcy. W Banku Millennium lokata Millenet o rocznym terminie jest wyceniona na 1,1%. ING za identyczną zapłaci 1%

      Czytaj też: Konkurencja między bankami coraz mniejsza, a ich zyski... coraz większe

      Wychodzi więc na to, że nie tylko 270 mld zł na ROR-ach straci w najbliższych miesiącach realnie na wartości. I nie tylko - ostrożnie licząc - 80 mld zł ze 100 mld zł, które trzymamy na kontach oszczędnościowych ma wielkie szanse na podobny los. Także okrągłe 100% z połowy pieniędzy na depozytach terminowych, które przechowujemy w największych bankach (czyli, lekko licząc, 135 mld zł) również prawdopodobnie będzie warte mniej, niż dziś, gdy dostaniemy te pieniądze z powrotem. Poza moimi rachunkami pozostaje 155 mld zł depozytów, które trzymamy gdzie indziej, niż w skarbcach największych banków. Być może część z nich zostanie zakontraktowana na oprocentowanie 2,2% lub wyższe, ale... to niełatwe. Nawet BGŻ Optima, który przeważnie na tle konkurencji ma uczciwe stawki, płaci za depozyt 2% w skali roku.

      Czytaj też: Jak spać spokojnie i wyciskać z oszczędności trzy razy tyle, co w banku?

      Bardzo optymistycznie zakładam, że połowa pieniędzy trzymanych poza największymi bankami zdoła się uratować przed zębem inflacji. W skali wszystkich naszych pieniędzy trzymanych w bankach byłoby to nie więcej, niż 10%. Dla większości z nas zakładanie dziś nowego depozytu oznacza walkę o jak najmniejszą realną stratę, a nie o realny zysk. Niestety, takie czasy... Gdyby chociaż ktoś pomyślał o zdjęciu na jakiś czas jarzma podatku Belki... Na to się nie zanosi. A bankowcy będą z tej sytuacji czerpać pełnymi garściami, proponując nam rzeczy, które tylko przypominają depozyty, ale za to pięknie się świecą. O tych świecidełkach niedawno było w blogu, zapraszam do lektury ku przestrodze.

      O LOKOWANIU OSZCZĘDNOŚCI W AKCJI "DYWIDENDA JAK W BANKU". Od wiosny 2016 r. w blogu trwa akcja "Dywidenda jak w banku", w której zdradzam sposoby na w miarę bezpieczne lokowanie oszczędności inaczej, niż tylko na depozycie bankowym. Zapisując się na newsletter akcji nie przegapicie żadnego z kolejnych tekstów, klipów wideo, webinarów, ani konkursów. W akcji bierze też udział Longterm.pl, najstarszy stażem bloger zajmujący się inwestowaniem długoterminowym, a także Giełda Papierów Wartościowych oraz Stowarzyszenie Inwestorów Indywidualnych. Obejrzyjcie też jak - wspólnie z Longtermem - mierzyliśmy się z lękami związanymi z lokowaniem oszczędności, zwiedzaliśmy kasyno, udaliśmy się na ryby. Zabawne i pouczające.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Nadeszła depozytowa katastrofa. W tych bankach twoje pieniądze już tracą na wartości”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 14 lutego 2017 09:06
  • czwartek, 26 stycznia 2017
    • Idziesz do banku po zwykłą lokatę, a wychodzisz z... czymś dziwnym. Czy warto dać się nabrać?

      Coś złego zaczęło się dziać w bankach w ostatnich kilku miesiącach. Z jednej strony bankowcy coraz bardziej obniżają oprocentowanie depozytów (w ciągu ostatniego roku wypłaciły nam o jedną dziesiątą mniej odsetek, niż poprzednio, co przekłada się na 900 mln zł uszczerbku w naszych kieszeniach), a z drugiej strony zaczynają "ubierać" klientów w coś, co tylko przypomina lokaty, a tak naprawdę jest lokatą z funduszem, albo produktem strukturyzowanym. Procenty biją po oczach, ale - w odróżnieniu od zwykłego depozytu - bynajmniej nie są gwarantowane. W wielu przypadkach klienci bywają "ubierani" w coś, czego nie rozumieją. I to jest trend, który w wielu bankach coraz bardziej się nasila. Dziś kilka słów o tych różnych "wynalazkach", które same w sobie nie muszą być złe. Złe są wtedy, gdy kupujesz je pod przymusem, będąc zmanipulowany albo nie rozumiejąc co kupujesz. A przede wszystkim wtedy, gdy ten zakup oznacza przejście z kategorii "bezpieczny, gwarantowany zysk", do kategorii "zysk lub strata"

      "Opiszę sytuację z ING, ale w Aliorze jednego z moich znajomych spotkało to samo. Wpadam kulturalnie do oddziału, szukam dobrej lokaty na rok. Pani mnie pyta: na jaką kwotę? Powiedziałem, że kilkadziesiąt tysięcy. Od razu zaprosili mnie do pokoiku: kawa, herbata, ciastko. Mówię, że chcę lokatę. Normalną. A pani, że dobrze, tylko formularz musimy wypełnić.. I "jedzie" tym formularzem z pytaniami jakie zyski, czy lubię ryzyko, czy mam doświadczenie w inwestowaniu... A potem proponuje produkt nazywający się "lokata", który lokatą nie jest. Mówi mi, że to bezpieczne, prawdopodobnie da 7% rocznie"

      - opowiada czytelnik. Oczywiście nie zaproponowano mu zwykłej lokaty bankowej, tylko produkt strukturyzowany. A więc zakład, który klient zawiera z bankiem o kurs jakiejś waluty albo o wartość indeksu, cenę akcji lub surowca. Jeśli zakładany scenariusz w określonym czasie się spełni - klient dostaje "oprocentowanie", zwykle dwu-trzykrotnie wyższe od dochodu ze zwykłego depozytu. Jeśłi się nie spełni - klient dostaje z powrotem tylko to, co wpłacił. Krótkoterminowe produkty strukturyzowane nie są złe - przy nędznym oprocentowaniu depozytów ryzykujemy niewiele, a do "wygrania" jest dobre kilka procent. Ale im dłuższa inwestycja, tym większe ryzyko, że scenariusz się nie spełni.

      Komuś z mojej rodziny zaproponowano 18-miesięczny "zakład" o kurs euro - jeśli utrzyma się w dość wąskim paśmie - bank zapłaci 6% w skali roku. Ale przy tak dużej zmienności na rynku walut chyba trudno zakładać, że złoty w ciągu półtora roku ani razu nie "zaszaleje". Niestety, w bankach coraz częściej proponują klientom długo-trwające produkty strukturyzowane, bo na takich można zarobić najwyższą prowizję. Generalnie z punktu widzenia banku najlepiej jest wtedy, gdy klient weźmie cokolwiek, co nie jest depozytem bankowym - może to być jakaś polisa oszczędnościowa, produkt strukturyzowany, fundusz inwestycyjny, lokata z funduszem... Przy tak niskich stopach procentowych jak obecnie prowizja od sprzedaży tego czegoś będzie zawsze wyższa, niż marża, którą bank "wykręci" na depozycie. No właśnie, a propos lokat z funduszem...

      "Byłem w BNP Paribas i w Banku Pocztowym. W obu bankach zapytali mnie czy chcę fundusz "w zgrzewce" z lokatą bankową. Nie wciskali (a w Pekao nawet doradca klienta powiedział, że rynek akcji i funduszy akcji teraz jest na cenzurowanym - brawo za uczciwość). A w Alior Banku w dwóch placówkach od razu ostro zostałem wzięty w obroty pod kątem innych produktów, niż lokata bankowa".

      O ile jestem sobie w stanie wyobrazić sensowny produkt strukturyzowany, to na lokaty z funduszem bym uważał, zwłaszcza jeśli nie macie doświadczenia na rynku funduszowym. Nie chodzi o to, że to jest jakiś kant. Sam mam ulokowaną dużą część moich oszczędności w funduszach, ale jest to ta część oszczędności, którą jestem skłonny w jakimś stopniu zaryzykować, np. zaakceptować 10% straty w jednym roku za cenę szansy graniczącej z pewnością, że długoterminowo będę zarabiał więcej, niż w banku. Natomiast bankowcy z lubością proponują dziś klientom przenoszenie do miksów funduszu z lokatą pieniędzy do tej pory przechowywanych na depozycie terminowym. A takich skoków przez płot nie uznaję.

      Nawet jeśli będziemy mieli 5-6% na depozytowej części miksu (przeważnie krótkoterminowej), to i tak rentowność interesu zależeć będzie w największej części od wyników funduszu. Część depozytowa w ostatecznym rozrachunku będzie tylko kwiatkiem do kożucha, choć to przecież wysokie oprocentowanie depozytu jest głównym wabikiem. Jeszcze inny problem to proponowanie starszym osobom, emerytom, długoterminowych programów lokacyjnych. Taki emeryt do tej pory trzymał po prostu swoje pieniądze na lokacie i co jakiś czas ją rolował. Ale przecież od rolowania już istniejących depozytów nikt w banku nie dostanie premii, więc oferuje się takim starszym ludziom rodzaj zobowiązania: "Dostajesz rentę lub emeryturę? To część z niej automatycznie przerzucaj na oszczędności". Tylko po co?

      "Dwa lata temu moja mama, starsza już pani w wieku 86 lat, wyraziła zgodę na założenie lokaty, która miała być dwuletnim depozytem. Okazała się jednak lokatą pod nazwą "Kapitał na marzenia", akonto której każdego miesiąca bank ściąga jej z konta 200 zł. Umowa zawarta jest na 144 miesiące. Sąsiadka założyła identyczną lokatę - także z przeświadczeniem, że jest ona na dwa lata. Sąsiadka miała wówczas, tak jak mama, 86 lat. Zlikwidowałyśmy te lokaty, ale w listopadzie znowu mama potwierdziła - jak mówi, niechcący - wolę założenia kolejnej lokaty. Umowa obowiązuje przez 180 miesięcy"

      - pisze do mnie czytelniczka. Widziałem dokumentację tego pakietu. Wpłaty mają być pobierane co miesiąc, po 400 zł, aż do 2030 r. Mama mojej czytelniczki w momencie zakończenia umowy będzie miała 103 lata i mnóstwo zaoszczędzonych pieniędzy. Z całego serca - podobnie jak bankierzy - życzę, żeby zdążyła je wydać. Tyle tylko, że jej emerytura to 1600 zł, z czego 600 zł idzie na stałe opłaty, 300 zł na lekarstwa, 400 zł na te lokaty. Na jedzenie i pozostałe wydatki zostaje jej 300 zł. Gdzie tu sens, gdzie logika? Tego typu produkty, zresztą nie najgorzej pomyślane, mają służyć oszczędzaniu na dostatnią emeryturę i są przeznaczone raczej dla osób, które jeszcze są aktywne zawodowo.

      Po co oferować takie długoterminowe oszczędzanie 87-latce, która jest na takim etapie życia, że powinna raczej dbać o zdrowie, zażywać różnych hobby i cieszyć się komfortowym mieszkaniem oraz dobrą opieką? Na to wszystko potrzeba pieniędzy, które bank zabiera co miesiąc z ROR-u, żeby oddać z odsetkami po tym, jak staruszkowi "pęknie" sto lat życia. Oczywiście: taka lokata nie ma wiele wspólnego ze słynnymi polisami inwestycyjnymi, które były wciskane klientom z obowiązkiem płacenia składek przez 10-15 lat i z karą za ewentualne niedotrzymanie umowy w wysokości utraty nawet wszystkich pieniędzy. Tu klient może w każdej chwili wycofać pieniądze, a jedyne co traci to odsetki za część okresu oszczędzania. Sęk w tym, że starsi klienci albo nie są informowani o tym, że nie ma absolutnego przymusu oszczędzania, albo nie do końca rozumieją istotę produktu. Ci, którzy do mnie piszą, żyją w przekonaniu, że skoro podpisali zobowiązanie do płacenia, to płacić muszą aż do 2030 r., bo inaczej nastąpi koniec świata. Im bardziej senior nie rozumie na co się zapisał, tym lepiej dla sprzedawcy bankowego.

      Jak nie dać się nabrać? Oto kilka rad jak zachować się w sytuacji, gdy chcesz ulokować oszczędności, a sprzedawca w banku namawia na coś innego, niż przedłużenie dotychczasowej lokaty. Przede wszystkim sprawdź jak nazywa się produkt. Lokata bankowa to po prostu „lokata”. Inne, mniej bezpieczne formy oszczędzania, też miewają w nazwie „lokata”, ale zwykle jest to „lokata inwestycyjna”, „lokata strukturyzowana” itp. Im dłuższa umowa, tym bardziej uważaj. Jeśli przychodzisz po lokatę bankową, a do podpisu dostajesz stos dokumentów liczący kilkadziesiąt stron, to prawdopodobnie nie chodzi o żadną lokatę. Sprawdź ile dokładnie zarobisz. Lokaty bankowe mają oprocentowanie od 1% do 2% w skali roku (te wyższe to promocje, łączą się zwykle z dodatkowymi obowiązkami). Jeśli z umowy nie wynika ile dokładnie i kiedy zarobisz – to znaczy, że nie jest to lokata. Jeśli obiecywany ci zysk jest podejrzanie wysoki ponad 3% w skali roku – sprawdź czy nie oferują ci tzw. „zgrzewki”, czyli lokaty bankowej powiązanej z inwestowaniem pieniędzy.

      Zapytaj czy zapłacisz podatek Belki. Od zwykłej lokaty bankowej jest zawsze pobierany podatek Belki. Jeśli sprzedawca zapewnia cię, że żadnego podatku nie będzie – to znaczy, że nie jest to żadna lokata bankowa. Zapytaj czy kiedyś będziesz musiał coś do lokaty dopłacić. Sprzedawca może podsunąć ci druczek do automatycznego potrącania pieniędzy z twojego ROR-u. Sprawdź czy możesz bez ograniczeń wycofać pieniądze. To, co wpłaciłeś, zawsze powinno być dla ciebie dostępne (firma może potrącić co najwyżej odsetki). Jeśli produkt, który ci oferują, nie gwarantuje możliwości odzyskania wszystkich wpłaconych pieniędzy w każdym momencie – nie jest to lokata bankowa.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (12) Pokaż komentarze do wpisu „Idziesz do banku po zwykłą lokatę, a wychodzisz z... czymś dziwnym. Czy warto dać się nabrać?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 26 stycznia 2017 09:16

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


użytkowników on-line