Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

08. Ubezpieczenia

  • wtorek, 04 lipca 2017
  • piątek, 19 maja 2017
  • środa, 17 maja 2017
    • Polisa, która płaci za to, że dobrze się odżywiasz i jesteś fit? To będzie hit czy pic na wodę?

      Ubezpieczyciele - tak samo zresztą, jak banki - marzą o tym, by mieć bardziej zażyły kontakt z klientem. W starej erze jest tak, że płacą za udostępnianie tego kontaktu swoim agentom. Im lepszy agent - im ma więcej klientów "pod sobą" - tym większe prowizje trzeba mu odpalać. I agent rządzi ubezpieczycielem, tak jak ogon macha psem.

      Jeśli ubezpieczycielom uda się wprowadzić na rynek ubezpieczenia nowej generacji, to nie będą kontaktowali się z nami tylko raz w roku - gdy trzeba zabrać składkę. I  będą musieli być tylko "fabryką" dostarczającą produkt, z którego dystrybucji żyją inni (agenci, pośrednicy, banki). Ubezpieczyciele mogą przejąć kontakt z klientem i zacząć na nim zarabiać znacznie więcej, niż tylko to, co wynika z przypisu składki. Ubezpieczenia mogą przestać być tylko "produktem do ochrony", ale mieć wpływ na nasz styl życia.

      Przykład? Ubezpieczenia zdrowotne nowej generacji. Takie, które z jednej strony zapewniają ochronę na wypadek choroby, a z drugiej... mają wpływ na to, że prawdopodobieństwo tej choroby spada. Jednym z takich ultranowoczesnych ubezpieczeń życiowych i zdrowotnych jest Vitality. To ubezpieczenie, które "płaci" w zależności od tego jak bardzo klient stara się pilnować zdrowego i aktywnego trybu życia. Za dobre zachowanie - które jest monitorowane - klienci dostają punkty, a te są z kolei wymieniane na nagrody oraz dają prawo do zwrotu częsci zapłaconej składki.

      Więcej na temat tego ubezpieczenia czytaj na www.subiektywnieofinansach.pl. Link do tekstu jest tutaj 

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 17 maja 2017 09:13
  • sobota, 13 maja 2017
    • Nabici w polisolokaty mają coraz większe szanse na odzyskanie pieniędzy. Aż trzy dobre wieści!

      Branża ubezpieczeniowa uważa, że sprawa polisolokat jest załatwiona. Kilkanaście firm podpisało ugody z Urzędem Ochrony Konkurencji i Konsumentów i zobowiązało się do znacznego obniżenia – do 10-20% – kar za wycofanie się z badziewnych polis. Jest tylko jeden drobiazg (o którym wielokrotnie już pisałem): nie wszystkie polisy są objęte ugodą. Kto już rozwiązał umowę i pobrano od niego opłatę likwidacyjną – nie dostanie zwrotu (z wyjątkiem emerytów). Kto ma polisę typu strukturyzowanego (w środku jest indeks, a nie fundusze inwestycyjne) – nie dostanie zwrotu. Kto ma polisę spoza listy uzgodnionej z UOKiK – nie dostanie zwrotu.

      Czytaj też: Znamy warunki nowej ugody UOKiK w sprawie opłat likwidacyjnych

      Ugoda dotyczy więc mniej, niż połowy wszystkich posiadaczy badziewiastych polis. Druga połowa musi walczyć na własną rękę. Nie jest to łatwe, bo po ugodzie z UOKiK firmy ubezpieczeniowe dobrowolnie oddają pieniądze rzadko, czekając na to, aż klient złoży pozew w sądzie. To wkurzające. Oddam na chwilę głos mec. Annie Lengiewicz z kancelarii LWB, która prowadzi kilka dużych pozwów w sprawie polisolokat:

      „Pozostały niezałatwione sprawy rzeszy konsumentów, którzy nie dotrwali do 2016 r. i wcześniej wycofali się z polis – tej niemałej grupie coraz trudniej jest dochodzić roszczeń w sądach; Ubezpieczyciele, pomimo że wiedzą, iż sprawy przegrają, opóźniają wydanie orzeczeń w sprawie, apelują od każdego postanowienia, zawarcie ugody jest prawie niemożliwe, chyba że zbliża się niekorzystny wyrok. Mniej więcej 1/3 spraw sądowych w sądach rejonowych w Warszawie dotyczy opłaty likwidacyjnej!”

      Podobno w Ministerstwie Sprawiedliwości jest jakiś zespół ekspertów, który pracuje nad rozwiązaniem kompleksowym, ale po ustawie frankowej prezydenta wiemy jakie skutki przynoszą zespoły ekspertów. Z reguły żałosne.

      Czytaj: Aegon, Open, Getin. Wcisnęli Polakom tony kitu. Jak sobie radzą?

      Jest więc źle? Wbrew pozorom nie. Po pierwsze są już pierwsze przykłady grupowych sukcesów klientów. Najpierw grupa byłych klientów firmy Aegon odzyskała opłaty likwidacyjne, bo ubezpieczyciel chciał uniknąć kary UOKiK i postanowił zawrzeć ugodę tuż przed rozpoczęciem procesu. Teraz – dosłownie kilka dni temu – swój proces wygrali w pierwszej instancji klienci Generali (mieli polisy Beneficio, OmniProfit, Future Invest, Mój Plan Finansowy). Sąd stwierdził, że 165 osób ma dostać 2,5 mln zł. Uznał, że opłaty nakładane przez ubezpieczyciela są sprzeczne z prawem (nie mają uzasadnienia i są bezpodstawnym wzbogaceniem). Nie wiadomo jeszcze czy Generali się odwoła. 

      Ale to tylko początek dobrych wieści z frontu polisolokat. Są jeszcze co najmniej dwie. Całość analizy znajdziecie na www.subiektywnieofinansach.pl. Znajdziecie tam również wykaz najbardziej przełomowych wyroków w sprawach konsumenckich. A dalszy ciąg tekstu o dobrych wieściach dla posiaczy polisolokat jest pod tym linkiem. Zapraszam do lektury!

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Nabici w polisolokaty mają coraz większe szanse na odzyskanie pieniędzy. Aż trzy dobre wieści!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      sobota, 13 maja 2017 12:40
  • środa, 10 maja 2017
  • wtorek, 09 maja 2017
  • czwartek, 27 kwietnia 2017
  • środa, 05 kwietnia 2017
    • Chcesz auto zastępcze? To je sobie weź. Ale lepiej, żebyś go nie potrzebował daleko od domu

      Firmy ubezpieczeniowe straciły w zeszłym roku na sprzedanych przez siebie polisach dla naszych samochodów okrągły miliard złotych. Nad kreskę nie wyprowadziły ich nawet drastyczne podwyżki cen zaordynowane klientom! Jednocześnie bowiem rosła liczba zgłaszanych szkód i koszty ich likwidacji (m.in. wyższe odszkodowania). Nic więc dziwnego, że ubezpieczyciele robią co się da, by naprawianie naszych samochodów kosztowało ich jak najmniej. Opisywałem już pomysły jednej z największych firm ubezpieczeniowych, która wyceniając szkodę wpisuje do kosztorysu "domyślny" rabat w wysokości 30% wartości prac, który klient miałby wynegocjować z warsztatem. Jeśli mu się to nie uda - ubezpieczyciel bez szemrania podniesie wycenę. Ale jeśli klient nie wpadnie na pomysł, by zakwestionować bazowy kosztorys, zaś warsztat nie obniży swojego wynagrodzenia, to klient dopłaca do naprawy z własnej kieszeni, choć przecież po to kupił ubezpieczenie, by tych kosztów uniknąć.

      Innym pomysłem ubezpieczycieli są "manewry" z samochodami zastępczymi. Dziś już rzadko zdarza się, że auta zastępczego się klientowi całkiem odmawia (bo np. mógłby jeździć tramwajem). Ale ubezpieczyciele - korzystający przeważnie z pośrednictwa firm wynajmujących auta - starają się na nich jak najbardziej zaoszczędzić. Znajomy opowiadał mi, że niedawno został wysłany po auto zastępcze za miasto (bo firma, z którą współpracował ubezpieczyciel, miała siedzibę na lotnisku) i tam też musiał je zwrócić. Co prawda w warsztacie przekonywali go, że może żądać auta "z dostawą", ale ani firma ubezpieczeniowa, ani firma wynajmująca samochody nie honorowała takiego żądania. Ale to jeszcze pół biedy: na każde lotnisko zwykle da się dojechać komunikacją publiczną w ciągu godziny lub dwóch. Gorzej, gdy z usług ubezpieczyciela (i auta zastępczego) musimy skorzystać z dala od domu.

      W takiej sytuacji znalazł się mój czytelnik, pan Artur, który jechał właśnie na długi weekend, gdy okazało się, że tym samym pasem ruchu, również na długi weekend, lecz znacznie szybciej, podróżuje pewna pani. Jak łatwo się domyślić, różnica prędkości doprowadziła do najechania na samochód pana Artura i konieczności skorzystania z lawety, warsztatu i auta zastępczego. Rzecz działa się - co jest kluczowe dla sprawy - ok. 45 km od miejsca zamieszkania mojego czytelnika. Szkoda była likwidowana z polisy OC sprawczyni, która wylegitymowała się polisą PZU. Państwowa firma ubezpieczeniowa bardzo szybko zorganizowała auto zastępcze i pan Artur właściwie bez opóźnienia dotarł na miejsce wypoczynku. Jego samochód zaś trafił do warsztatu. Kłopot w tym, że każda naprawa kiedyś się kończy.

      "Po naprawie pojechałem po swój pojazd do warsztatu. I zadzwoniłem do PZU z prośbą o to, by odebrano ode mnie auto zastępcze. Otrzymałem informację, że nie istnieje taka możliwość. Pojazd zastępczy muszę oddać do wypożyczalni, z której został mi dostarczony, niezależnie od odległości. Pani konsultantka oświadczyła, że moja prośba, by ktoś przyjechał po auto zastępcze nie ma związku ze szkodą".

      Pan Artur żali się, że przecież przepisy mówią, iż koszty związane ze zdarzeniem i powstałe w wyniku zdarzenia ubezpieczeniowego są pokrywane z polisy sprawcy. Przedstawicielka ubezpieczyciela nie zgodziła się, iż czas i koszty związane z dostarczeniem auta zastępczego do siedziby wypożyczalni (i powrotu) są związane bezpośrednio ze szkodą. Słowo klucz w tym momencie to "bezpośrednio". Ów brak "bezpośredniości" kosztów pan Artur raczy kwestionować.

      "Czy miałem jakiś wpływ na taki rozwój sytuacji? Przecież to nie ja zdecydowałem kiedy i gdzie ktoś najedzie na mój samochód. To nie moja wina, że odległości między warsztatem, a siedzibą wypożyczalni, są duże. Dlaczego mam ponosić tego koszty i konsekwencje?"

      - pyta pan Artur. Poprosił on firmę wynajmującą pojazd o odebranie go z wskazanego miejsca na koszt klienta. Firma wysłała pracownika i wystawiła za tę usługę fakturę, której pokrycia ubezpieczyciel odmówił. Cóż, każdy tu chciał zaoszczędzić, a na koniec zapłacił za to poszkodowany. Z jednej strony jestem w stanie zrozumieć, że firma ubezpieczeniowa nie jest skłonna płacić za każdą fanaberię klienta zwiążaną z dostarczeniem mu auta zastępczego. Sam ostatnio pisałem, że trzeba zapanować nad kosztami likwidacji szkód. Coraz częściej zdarza się np. że warsztat, widząc klienta z polisą w ręce, nie stara się naprawić auta po możliwie najniższych kosztach, lecz wręcz przeciwnie. Czyni to w dobrze pojętym interesie swojego klienta, ale ze szkodą dla wszystkich płacących składki - bo prędzej czy później koszty likwidacji szkód są wliczane w ceny składek.

      Ale z drugiej strony czy oczekiwanie, by auto zastępcze można było zostawić w tym miejscu, z którego odbiera się swój samochód, bądź też w miejscu zamieszkania klienta, jest zbyt wyuzdane? Bo w tej sytuacji aż strach wyjeżdżać z miasta. Może się okazać, że będę miał wypadek 100 km od domu, najbliższy warsztat licencjonowany będzie 50 km od domu, a samochód zastępczy będę musiał zwrócić jeszcze w innym miejscu - 75 km od domu. A może pobranie i odstawienie auta zastępczego powinno być elementem "wkładu własnego" klienta w szkodę? Jak sądzicie? 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Chcesz auto zastępcze? To je sobie weź. Ale lepiej, żebyś go nie potrzebował daleko od domu”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 05 kwietnia 2017 09:13
  • środa, 29 marca 2017
    • "Zderzak za 5800 zł? Rozbój w biały dzień!" Tak w Polsce likwiduje się szkody. To się źle skończy?

      Niedawno opowiedziałem w blogu historię klienta firmy Link4, któremu uszkodzono na parkingu zderzak. Ubezpieczyciel początkowo wycenił szkodę na ok. 1000 zł, wpisując do kosztorysu m.in. tańsze zamienniki części oraz "rabat" w wysokości 30%. Ów rabat klient - jak rozumiem - miałby wynegocjować z warsztatem. Klient się oczywiście wściekł i przekazał ubezpieczycielowi, że żadnych rabatów negocjował nie będzie, zaś części mają być oryginalne. Umowa ubezpieczenia była wypasiona, ze wszystkimi klauzulami dotyczącymi stosowania oryginalnych części i rozliczenia bezgotówkowego, więc firma ubezpieczeniowa zbytnio nie mogła kręcić nosem. Po krótkim namyśle wypłaciła klientowi 5800 zł (wcześniej wypłaciła niecały 1000 zł wynikający z jej własnej wyceny, którego to przekazu pocztowego klient nie przyjął, obawiając się, że tym samym zgodzi się na niższą wycenę).

      Oburzyłem się na ubezpieczyciela, który chciał sporo zaoszczędzić na likwidacji szkody, przerzucając na klienta negocjacje "rabatów" oraz próbując - metodą faktów dokonanych - wymusić naprawę samochodu przy użyciu tańszych części. Po publikacji tego tekstu dostałem od Was mnóstwo korespondencji. Część z Was opisuje w listach do mnie podobne przypadki z życia wzięte, w których początkowa wycena stanowiła 20-30% wartości ostatecznej. I podziela opinię, że każdy ubezpieczyciel to zbój, którego treścią życia jest zaniżyć wypłatę odszkodowania. Ale dostałem też trochę listów de facto wspierających firmę ubezpieczeniową. Piszecie: "5800 zł za zderzak do Toyoty? Przecież to rozbój w biały dzień". I sugerujecie, że dobrze się stało, iż ubezpieczyciel przynajmniej spróbował się sprzeciwiać wyłudzaniu pieniędzy przez ASO. "Im więcej ASO wyłudzą, tym bardziej firmy ubezpieczeniowe będą nam podnosiły ceny polis" - przekonujecie.

      Sprawa rzeczywiście nie jest jednoznaczna. W tym konkretnym przypadku klient zapłacił więcej za to, żeby firma ubezpieczeniowa sama dogadywała się z warsztatem, więc uważam, że takie targi - nawet jeśli uzasadnione - powinny odbywać się poza wiedzą klienta i bez traktowania go jak "żywej tarczy". Ale wchodząc na poziom bardziej ogólny widać problem, który czym prędzej trzeba rozwiązać, bo inaczej będzie bolało. Z jednej strony mamy przemysł motoryzacyjny, dealerów samochodów (którzy coraz więcej zarabiają na serwisie, a mniej na sprzedawaniu aut) i warsztaty - ci goście są w stanie wmawiać nam, że nie wolno użyć żadnego tańszego zamiennika, bo np. to wygasi gwarancję dla samochodu. Albo że zderzak do Toyoty trzeba sprowadzić z Japonii, bo tak jest w książce serwisowej, a oni - czyli ASO - nie będą przecież zaniżać standardów obsługi klientów i instalować innego zderzaka, niż sprowdzony z Japonii.

      Z drugiej strony są firmy ubezpieczeniowe, które uwielbiają ściągać jak najwyższe składki i wyplacać jak najniższe odszkodowania. Ale - poza tym, że chcą zarabiać - również powinny dbać o elementarny interes ogółu swoich klientów. Jeśli będą się dawały naciągać ASO, to zadziałają nie tyle wbrew własnemu interesowi, co klientów, na których będą musiały te koszty przerzucać.  Trzeba coś wymyślić, bo inaczej będzie rzeź. Pamiętacie jak kiedyś banki ładnie płaciły nam za zakupy płacane kartą? Dało się zarobić 60-70 zł miesięcznie. A teraz? Bankowcy skasowali albo ograniczyli te programy do minimum, bo sklepikarze wygrali spór o prowizje, które płacili bankom za obsługę kart. Do kieszeni sieci handlowych poszły 2 mld zł, a my nie tylko nie zobaczyliśmy niższych cen w sklepach, ale i dostaliśmy po kieszeni od banków. Tu jest podobnie: jeśli 100% wygranej w sporze przemysł motoryzacyjny-ubezpieczyciele otrzymają ci pierwsi - zapłacimy za to bardzo drogo.

      Jestem w stanie wyobrazić sobie sytuację, w której bardzo mocno idą w górę ceny wszystkich polis premium: takich, w których klient ma zagwarantowaną likwidację szkody z użyciem oryginalnych części i w wariancie bezgotówkowym (czyli ubezpieczyciel ma się rozliczyć z warsztatem, a klienta nie obchodzi jak oni to zrobią). Jestem też sobie w stanie wyobrazić drastyczne ograniczenie dla takich polis sieci likwidacji szkód. Ceny nie wzrosną, ale auto będzie trzeba wozić na drugi koniec miasta, żeby naprawił je jeden z nielicznych warsztatów uznanych przez ubezpieczyciela za "niekanciarski". Trzecia rzecz, czyli stawianie klienta między młotem (niska wypłata) a kowadłem (wysokie ceny narzucane przez warsztaty) już się wydarzyła w przypadku wszystkich tańszych polis, zakładających wypłatę odszkodowania w gotówce, na podstawie wyceny ubezpieczyciela.

      Co zrobić, żebyśmy nie obudzili się z ręką w nocniku? Nie przyjmuję do wiadomości gadania, że w razie sporu zawsze można iść do sądu. Uważam, że ubezpieczyciele, przy wsparciu Rzecznika Finansowego oraz Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów, powinni opracować i wdrożyć w porozumieniu z największymi serwisami system do szybkiego rozstrzygania sporów na tle kosztów likwidacji szkód. Czyli do odpowiedzi na pytanie: ile powinna uczciwie kosztować wymiana zderzaka w Toyocie? To powinien być taki szybki "sąd arbitrażowy", który spowoduje, że firmy ubezpieczeniowe przestaną przerzucać na klientów negocjacji z warsztatami, a przemysł motoryzacyjny przestanie nam wciskać kit, że nie można użyć zamiennika, choć to ta sama część, tylko pięć razy tańsza, bo bez logo producenta samochodu.

      C69g9hPWoAAOfj42

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (13) Pokaż komentarze do wpisu „"Zderzak za 5800 zł? Rozbój w biały dzień!" Tak w Polsce likwiduje się szkody. To się źle skończy?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 29 marca 2017 09:05
  • środa, 08 marca 2017
    • Bezczelność? Przeczytajcie jak zakombinował Link4, by obniżyć klientowi odszkodowanie

      Myślałem, że po latach blogowania pod względem subiektywności nikt nie może mnie już pokonać. Okazało się, że jednak byłem w błędzie. Mistrzem subiektywności okazał się rzeczoznawca przysłany do mojego czytelnika, pana Marcina, przez firmę ubezpieczeniową Link4. Pan Marcin zgłosił szkodę komunikacyjną z polisy AC. Chodziło o uszkodzenie tylnego zderzaka, uczynione przez niezidentyfikowanego, niegodziwego kierowcę, który na jakimś parkingu po prostu nie zauważył, że na tym parkingu są też inne auta. Po to są polisy AC, żeby m.in. w takich przypadkach auto naprawiać na koszt ubezpieczyciela. Pan Marcin więc szkodę zgłosił, zaś Link4 wycenił koszt naprawy na 965,09 zł. Nie byłoby w tym nic zaskakującego, gdyby nie fakt, że ostateczny koszt likwidacji szkody nie miał z ową pierwotną kwotą nic wspólnego i wyniósł 5.678,52 zł.

      Czytaj też: Link4 obiecuje, że wybaczy pierwszy dzwon. No to prześwietlam!

      Czytaj też: Za zakupy internetowe zapłacisz w... Link4. I dorzucą ubezpieczenie

      Czytaj też: Hej, Yu! Możesz mieć tańsze ubezpieczenie, ale musisz dać się śledzić

      Pieniądze w wyższej kwocie Link4 ostatecznie wypłacił, ale pan Marcin do dziś nie może wyjść z podziwu jak to możliwe, że jedna szkoda może być tak różnie wyceniana. Skoro coś może być warte 1000 zł, a potem nagle to samo osiąga wartość 5700 zł, to ktoś musi ściemniać - albo warsztat zawyżył koszty naprawy, albo ubezpieczyciel chciał przyoszczędzić kosztem klienta. Pan Marcin obstawia, że większym ściemniaczem była w tym wypadku firma ubezpieczeniowa. To, że Link4 może nie grać fair mój czytelnik uświadomił sobie m.in. po przeczytaniu pozornie nieistotnego zapisu w przedstawionym przez firmę kosztorysie likwidacji szkody. Ów zapis brzmiał tak:

      „W przypadku braku dostępności materiałów lakierniczych z zastosowanym rabatem, prosimy o kontakt z Link4: szkody@link4.pl lub pod nr telefonu (22) 444-44-44”.

      Rozumiecie coś z tego? Wygląda na to, że w Link4 wyjściowo wkalkulowali sobie jakiś wyimaginowany rabat do swojej wyceny i przyjęli milcząco, że taki właśnie rabat, kilkudziesięcioprocentowy, zostanie udzielony poszkodowanemu klientowi przez serwis naprawiający auto. Niesamowite! Niestety, ubezpieczyciel "zapomniał" dołączyć do pierwotnego kosztorysu korespondencyjnego kursu negocjowania link4700takich rabatów. W związku z powyższym pan Marcin zadzwonił do Link4 z pytaniem o co chodzi, a tam błyskawicznie mu oświadczyli, że skoro nie udało mu się uzyskać rabatu od firmy blacharsko-lakierniczej, to oczywiście oni skorygują kosztorys w górę. I wkrótce przysłali kolejny, opiewający już na kwoty o 30% wyższe. Czary? Prawie. Sęk w tym, że część klientów likwidujących szkody zapewne nie znajdzie w kilkustronicowym kosztorysie tego dziwnego passusu o "automatycznym rabacie". I uzna, że skoro na tyle firma wyszacowała koszty naprawy, to trzeba brać co dają, bo się jeszcze rozmyślą.

       Drugą zagrywką obniżającą wycenę szkody było w przypadku pana Marcina użycie w wycenie wartości zamiennika, nie zaś oryginalnego zderzaka Toyoty, choć klient miał najbardziej wypasioną wersję ubezpieczenia AC, w której dopłacił za używanie przy likwidacji szkód oryginalnych części. Pan Marcin i ten manewr wychwycił i grzecznie poprosił o korektę. Na koniec zaś - jak zeznaje czytelnik - ubezpieczyciel próbował "złapać" go na gotówkowe rozliczenie. Choć w formularzach pozostawionych mu przez rzeczoznawcę do wypełnienia i odesłania, pan Marcin wyraźnie zaznaczył pole, iż będzie korzystał z bezgotówkowej, warsztatowej likwidacji szkody, po kilku dniach zadzwonił ktoś z Link4 z pytaniem o numer rachunku bankowego.

      "Cierpliwie tłumaczyłem, że wybrałem przecież opcję bezgotówkową. Telefony ustały, ale po kilku dniach... przyszedł do mnie listonosz, który chciał wręczyć mi przekaz na 965,09 zł! Na szczęście zorientowałem się w czym rzecz i nie przyjąłem przekazu. Gdybym przyjął, pewnie zamknęliby likwidację szkody, a ja byłbym 4700 zł do tyłu"

      W sumie skończyło się na przelaniu przez Link4 na konto firmy blacharsko-lakierniczej prawie 5800 zł, ale po drodze pan Marcin został aż trzykrotnie "przetestowany" na czujność i uważne czytanie dokumentów. "Automatyczny rabat", wpisywanie do kosztorysu cen tańszych zamienników i na koniec jeszcze próba załatwienia sprawy w wersji gotówkowej zamiast bezgotówkowego rozliczenia z warsztatem.

      link47002Link4 może i jest tanią firmą, ale na pewno nie jest ubezpieczycielem dla tych, którzy grzecznie biorą to, co przyniesie im życie. Tu trzeba o każdą złotówkę walczyć. I - jak pokazuje relacja mojego czytelnika - spodziewać się, że i druga strona nie będzie czekała na to, co przyniesie jej życie ;-)). Drugi morał z tej historii jest taki, że warto się zastanowić dwa razy zanim odbierzecie "nie zamawiany" przekaz z pieniędzmi. Bo ten przekaz może oznaczać, że godzicie się na 80% rabatu w wypłacie odszkodowania. Nie uwierzyłbym, że tak może wyglądać liwkidacja szkody, gdybym nie miał w ręce dokumentów, które potwierdzają podwyżkę wyceny szkody z niecałego 1000 zł do prawie 5800 zł. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (11) Pokaż komentarze do wpisu „Bezczelność? Przeczytajcie jak zakombinował Link4, by obniżyć klientowi odszkodowanie”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 08 marca 2017 08:58

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


użytkowników on-line