Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

08. Ubezpieczenia

  • środa, 05 kwietnia 2017
    • Chcesz auto zastępcze? To je sobie weź. Ale lepiej, żebyś go nie potrzebował daleko od domu

      Firmy ubezpieczeniowe straciły w zeszłym roku na sprzedanych przez siebie polisach dla naszych samochodów okrągły miliard złotych. Nad kreskę nie wyprowadziły ich nawet drastyczne podwyżki cen zaordynowane klientom! Jednocześnie bowiem rosła liczba zgłaszanych szkód i koszty ich likwidacji (m.in. wyższe odszkodowania). Nic więc dziwnego, że ubezpieczyciele robią co się da, by naprawianie naszych samochodów kosztowało ich jak najmniej. Opisywałem już pomysły jednej z największych firm ubezpieczeniowych, która wyceniając szkodę wpisuje do kosztorysu "domyślny" rabat w wysokości 30% wartości prac, który klient miałby wynegocjować z warsztatem. Jeśli mu się to nie uda - ubezpieczyciel bez szemrania podniesie wycenę. Ale jeśli klient nie wpadnie na pomysł, by zakwestionować bazowy kosztorys, zaś warsztat nie obniży swojego wynagrodzenia, to klient dopłaca do naprawy z własnej kieszeni, choć przecież po to kupił ubezpieczenie, by tych kosztów uniknąć.

      Innym pomysłem ubezpieczycieli są "manewry" z samochodami zastępczymi. Dziś już rzadko zdarza się, że auta zastępczego się klientowi całkiem odmawia (bo np. mógłby jeździć tramwajem). Ale ubezpieczyciele - korzystający przeważnie z pośrednictwa firm wynajmujących auta - starają się na nich jak najbardziej zaoszczędzić. Znajomy opowiadał mi, że niedawno został wysłany po auto zastępcze za miasto (bo firma, z którą współpracował ubezpieczyciel, miała siedzibę na lotnisku) i tam też musiał je zwrócić. Co prawda w warsztacie przekonywali go, że może żądać auta "z dostawą", ale ani firma ubezpieczeniowa, ani firma wynajmująca samochody nie honorowała takiego żądania. Ale to jeszcze pół biedy: na każde lotnisko zwykle da się dojechać komunikacją publiczną w ciągu godziny lub dwóch. Gorzej, gdy z usług ubezpieczyciela (i auta zastępczego) musimy skorzystać z dala od domu.

      W takiej sytuacji znalazł się mój czytelnik, pan Artur, który jechał właśnie na długi weekend, gdy okazało się, że tym samym pasem ruchu, również na długi weekend, lecz znacznie szybciej, podróżuje pewna pani. Jak łatwo się domyślić, różnica prędkości doprowadziła do najechania na samochód pana Artura i konieczności skorzystania z lawety, warsztatu i auta zastępczego. Rzecz działa się - co jest kluczowe dla sprawy - ok. 45 km od miejsca zamieszkania mojego czytelnika. Szkoda była likwidowana z polisy OC sprawczyni, która wylegitymowała się polisą PZU. Państwowa firma ubezpieczeniowa bardzo szybko zorganizowała auto zastępcze i pan Artur właściwie bez opóźnienia dotarł na miejsce wypoczynku. Jego samochód zaś trafił do warsztatu. Kłopot w tym, że każda naprawa kiedyś się kończy.

      "Po naprawie pojechałem po swój pojazd do warsztatu. I zadzwoniłem do PZU z prośbą o to, by odebrano ode mnie auto zastępcze. Otrzymałem informację, że nie istnieje taka możliwość. Pojazd zastępczy muszę oddać do wypożyczalni, z której został mi dostarczony, niezależnie od odległości. Pani konsultantka oświadczyła, że moja prośba, by ktoś przyjechał po auto zastępcze nie ma związku ze szkodą".

      Pan Artur żali się, że przecież przepisy mówią, iż koszty związane ze zdarzeniem i powstałe w wyniku zdarzenia ubezpieczeniowego są pokrywane z polisy sprawcy. Przedstawicielka ubezpieczyciela nie zgodziła się, iż czas i koszty związane z dostarczeniem auta zastępczego do siedziby wypożyczalni (i powrotu) są związane bezpośrednio ze szkodą. Słowo klucz w tym momencie to "bezpośrednio". Ów brak "bezpośredniości" kosztów pan Artur raczy kwestionować.

      "Czy miałem jakiś wpływ na taki rozwój sytuacji? Przecież to nie ja zdecydowałem kiedy i gdzie ktoś najedzie na mój samochód. To nie moja wina, że odległości między warsztatem, a siedzibą wypożyczalni, są duże. Dlaczego mam ponosić tego koszty i konsekwencje?"

      - pyta pan Artur. Poprosił on firmę wynajmującą pojazd o odebranie go z wskazanego miejsca na koszt klienta. Firma wysłała pracownika i wystawiła za tę usługę fakturę, której pokrycia ubezpieczyciel odmówił. Cóż, każdy tu chciał zaoszczędzić, a na koniec zapłacił za to poszkodowany. Z jednej strony jestem w stanie zrozumieć, że firma ubezpieczeniowa nie jest skłonna płacić za każdą fanaberię klienta zwiążaną z dostarczeniem mu auta zastępczego. Sam ostatnio pisałem, że trzeba zapanować nad kosztami likwidacji szkód. Coraz częściej zdarza się np. że warsztat, widząc klienta z polisą w ręce, nie stara się naprawić auta po możliwie najniższych kosztach, lecz wręcz przeciwnie. Czyni to w dobrze pojętym interesie swojego klienta, ale ze szkodą dla wszystkich płacących składki - bo prędzej czy później koszty likwidacji szkód są wliczane w ceny składek.

      Ale z drugiej strony czy oczekiwanie, by auto zastępcze można było zostawić w tym miejscu, z którego odbiera się swój samochód, bądź też w miejscu zamieszkania klienta, jest zbyt wyuzdane? Bo w tej sytuacji aż strach wyjeżdżać z miasta. Może się okazać, że będę miał wypadek 100 km od domu, najbliższy warsztat licencjonowany będzie 50 km od domu, a samochód zastępczy będę musiał zwrócić jeszcze w innym miejscu - 75 km od domu. A może pobranie i odstawienie auta zastępczego powinno być elementem "wkładu własnego" klienta w szkodę? Jak sądzicie? 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Chcesz auto zastępcze? To je sobie weź. Ale lepiej, żebyś go nie potrzebował daleko od domu”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 05 kwietnia 2017 09:13
  • środa, 29 marca 2017
    • "Zderzak za 5800 zł? Rozbój w biały dzień!" Tak w Polsce likwiduje się szkody. To się źle skończy?

      Niedawno opowiedziałem w blogu historię klienta firmy Link4, któremu uszkodzono na parkingu zderzak. Ubezpieczyciel początkowo wycenił szkodę na ok. 1000 zł, wpisując do kosztorysu m.in. tańsze zamienniki części oraz "rabat" w wysokości 30%. Ów rabat klient - jak rozumiem - miałby wynegocjować z warsztatem. Klient się oczywiście wściekł i przekazał ubezpieczycielowi, że żadnych rabatów negocjował nie będzie, zaś części mają być oryginalne. Umowa ubezpieczenia była wypasiona, ze wszystkimi klauzulami dotyczącymi stosowania oryginalnych części i rozliczenia bezgotówkowego, więc firma ubezpieczeniowa zbytnio nie mogła kręcić nosem. Po krótkim namyśle wypłaciła klientowi 5800 zł (wcześniej wypłaciła niecały 1000 zł wynikający z jej własnej wyceny, którego to przekazu pocztowego klient nie przyjął, obawiając się, że tym samym zgodzi się na niższą wycenę).

      Oburzyłem się na ubezpieczyciela, który chciał sporo zaoszczędzić na likwidacji szkody, przerzucając na klienta negocjacje "rabatów" oraz próbując - metodą faktów dokonanych - wymusić naprawę samochodu przy użyciu tańszych części. Po publikacji tego tekstu dostałem od Was mnóstwo korespondencji. Część z Was opisuje w listach do mnie podobne przypadki z życia wzięte, w których początkowa wycena stanowiła 20-30% wartości ostatecznej. I podziela opinię, że każdy ubezpieczyciel to zbój, którego treścią życia jest zaniżyć wypłatę odszkodowania. Ale dostałem też trochę listów de facto wspierających firmę ubezpieczeniową. Piszecie: "5800 zł za zderzak do Toyoty? Przecież to rozbój w biały dzień". I sugerujecie, że dobrze się stało, iż ubezpieczyciel przynajmniej spróbował się sprzeciwiać wyłudzaniu pieniędzy przez ASO. "Im więcej ASO wyłudzą, tym bardziej firmy ubezpieczeniowe będą nam podnosiły ceny polis" - przekonujecie.

      Sprawa rzeczywiście nie jest jednoznaczna. W tym konkretnym przypadku klient zapłacił więcej za to, żeby firma ubezpieczeniowa sama dogadywała się z warsztatem, więc uważam, że takie targi - nawet jeśli uzasadnione - powinny odbywać się poza wiedzą klienta i bez traktowania go jak "żywej tarczy". Ale wchodząc na poziom bardziej ogólny widać problem, który czym prędzej trzeba rozwiązać, bo inaczej będzie bolało. Z jednej strony mamy przemysł motoryzacyjny, dealerów samochodów (którzy coraz więcej zarabiają na serwisie, a mniej na sprzedawaniu aut) i warsztaty - ci goście są w stanie wmawiać nam, że nie wolno użyć żadnego tańszego zamiennika, bo np. to wygasi gwarancję dla samochodu. Albo że zderzak do Toyoty trzeba sprowadzić z Japonii, bo tak jest w książce serwisowej, a oni - czyli ASO - nie będą przecież zaniżać standardów obsługi klientów i instalować innego zderzaka, niż sprowdzony z Japonii.

      Z drugiej strony są firmy ubezpieczeniowe, które uwielbiają ściągać jak najwyższe składki i wyplacać jak najniższe odszkodowania. Ale - poza tym, że chcą zarabiać - również powinny dbać o elementarny interes ogółu swoich klientów. Jeśli będą się dawały naciągać ASO, to zadziałają nie tyle wbrew własnemu interesowi, co klientów, na których będą musiały te koszty przerzucać.  Trzeba coś wymyślić, bo inaczej będzie rzeź. Pamiętacie jak kiedyś banki ładnie płaciły nam za zakupy płacane kartą? Dało się zarobić 60-70 zł miesięcznie. A teraz? Bankowcy skasowali albo ograniczyli te programy do minimum, bo sklepikarze wygrali spór o prowizje, które płacili bankom za obsługę kart. Do kieszeni sieci handlowych poszły 2 mld zł, a my nie tylko nie zobaczyliśmy niższych cen w sklepach, ale i dostaliśmy po kieszeni od banków. Tu jest podobnie: jeśli 100% wygranej w sporze przemysł motoryzacyjny-ubezpieczyciele otrzymają ci pierwsi - zapłacimy za to bardzo drogo.

      Jestem w stanie wyobrazić sobie sytuację, w której bardzo mocno idą w górę ceny wszystkich polis premium: takich, w których klient ma zagwarantowaną likwidację szkody z użyciem oryginalnych części i w wariancie bezgotówkowym (czyli ubezpieczyciel ma się rozliczyć z warsztatem, a klienta nie obchodzi jak oni to zrobią). Jestem też sobie w stanie wyobrazić drastyczne ograniczenie dla takich polis sieci likwidacji szkód. Ceny nie wzrosną, ale auto będzie trzeba wozić na drugi koniec miasta, żeby naprawił je jeden z nielicznych warsztatów uznanych przez ubezpieczyciela za "niekanciarski". Trzecia rzecz, czyli stawianie klienta między młotem (niska wypłata) a kowadłem (wysokie ceny narzucane przez warsztaty) już się wydarzyła w przypadku wszystkich tańszych polis, zakładających wypłatę odszkodowania w gotówce, na podstawie wyceny ubezpieczyciela.

      Co zrobić, żebyśmy nie obudzili się z ręką w nocniku? Nie przyjmuję do wiadomości gadania, że w razie sporu zawsze można iść do sądu. Uważam, że ubezpieczyciele, przy wsparciu Rzecznika Finansowego oraz Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów, powinni opracować i wdrożyć w porozumieniu z największymi serwisami system do szybkiego rozstrzygania sporów na tle kosztów likwidacji szkód. Czyli do odpowiedzi na pytanie: ile powinna uczciwie kosztować wymiana zderzaka w Toyocie? To powinien być taki szybki "sąd arbitrażowy", który spowoduje, że firmy ubezpieczeniowe przestaną przerzucać na klientów negocjacji z warsztatami, a przemysł motoryzacyjny przestanie nam wciskać kit, że nie można użyć zamiennika, choć to ta sama część, tylko pięć razy tańsza, bo bez logo producenta samochodu.

      C69g9hPWoAAOfj42

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (11) Pokaż komentarze do wpisu „"Zderzak za 5800 zł? Rozbój w biały dzień!" Tak w Polsce likwiduje się szkody. To się źle skończy?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 29 marca 2017 09:05
  • środa, 08 marca 2017
    • Bezczelność? Przeczytajcie jak zakombinował Link4, by obniżyć klientowi odszkodowanie

      Myślałem, że po latach blogowania pod względem subiektywności nikt nie może mnie już pokonać. Okazało się, że jednak byłem w błędzie. Mistrzem subiektywności okazał się rzeczoznawca przysłany do mojego czytelnika, pana Marcina, przez firmę ubezpieczeniową Link4. Pan Marcin zgłosił szkodę komunikacyjną z polisy AC. Chodziło o uszkodzenie tylnego zderzaka, uczynione przez niezidentyfikowanego, niegodziwego kierowcę, który na jakimś parkingu po prostu nie zauważył, że na tym parkingu są też inne auta. Po to są polisy AC, żeby m.in. w takich przypadkach auto naprawiać na koszt ubezpieczyciela. Pan Marcin więc szkodę zgłosił, zaś Link4 wycenił koszt naprawy na 965,09 zł. Nie byłoby w tym nic zaskakującego, gdyby nie fakt, że ostateczny koszt likwidacji szkody nie miał z ową pierwotną kwotą nic wspólnego i wyniósł 5.678,52 zł.

      Czytaj też: Link4 obiecuje, że wybaczy pierwszy dzwon. No to prześwietlam!

      Czytaj też: Za zakupy internetowe zapłacisz w... Link4. I dorzucą ubezpieczenie

      Czytaj też: Hej, Yu! Możesz mieć tańsze ubezpieczenie, ale musisz dać się śledzić

      Pieniądze w wyższej kwocie Link4 ostatecznie wypłacił, ale pan Marcin do dziś nie może wyjść z podziwu jak to możliwe, że jedna szkoda może być tak różnie wyceniana. Skoro coś może być warte 1000 zł, a potem nagle to samo osiąga wartość 5700 zł, to ktoś musi ściemniać - albo warsztat zawyżył koszty naprawy, albo ubezpieczyciel chciał przyoszczędzić kosztem klienta. Pan Marcin obstawia, że większym ściemniaczem była w tym wypadku firma ubezpieczeniowa. To, że Link4 może nie grać fair mój czytelnik uświadomił sobie m.in. po przeczytaniu pozornie nieistotnego zapisu w przedstawionym przez firmę kosztorysie likwidacji szkody. Ów zapis brzmiał tak:

      „W przypadku braku dostępności materiałów lakierniczych z zastosowanym rabatem, prosimy o kontakt z Link4: szkody@link4.pl lub pod nr telefonu (22) 444-44-44”.

      Rozumiecie coś z tego? Wygląda na to, że w Link4 wyjściowo wkalkulowali sobie jakiś wyimaginowany rabat do swojej wyceny i przyjęli milcząco, że taki właśnie rabat, kilkudziesięcioprocentowy, zostanie udzielony poszkodowanemu klientowi przez serwis naprawiający auto. Niesamowite! Niestety, ubezpieczyciel "zapomniał" dołączyć do pierwotnego kosztorysu korespondencyjnego kursu negocjowania link4700takich rabatów. W związku z powyższym pan Marcin zadzwonił do Link4 z pytaniem o co chodzi, a tam błyskawicznie mu oświadczyli, że skoro nie udało mu się uzyskać rabatu od firmy blacharsko-lakierniczej, to oczywiście oni skorygują kosztorys w górę. I wkrótce przysłali kolejny, opiewający już na kwoty o 30% wyższe. Czary? Prawie. Sęk w tym, że część klientów likwidujących szkody zapewne nie znajdzie w kilkustronicowym kosztorysie tego dziwnego passusu o "automatycznym rabacie". I uzna, że skoro na tyle firma wyszacowała koszty naprawy, to trzeba brać co dają, bo się jeszcze rozmyślą.

       Drugą zagrywką obniżającą wycenę szkody było w przypadku pana Marcina użycie w wycenie wartości zamiennika, nie zaś oryginalnego zderzaka Toyoty, choć klient miał najbardziej wypasioną wersję ubezpieczenia AC, w której dopłacił za używanie przy likwidacji szkód oryginalnych części. Pan Marcin i ten manewr wychwycił i grzecznie poprosił o korektę. Na koniec zaś - jak zeznaje czytelnik - ubezpieczyciel próbował "złapać" go na gotówkowe rozliczenie. Choć w formularzach pozostawionych mu przez rzeczoznawcę do wypełnienia i odesłania, pan Marcin wyraźnie zaznaczył pole, iż będzie korzystał z bezgotówkowej, warsztatowej likwidacji szkody, po kilku dniach zadzwonił ktoś z Link4 z pytaniem o numer rachunku bankowego.

      "Cierpliwie tłumaczyłem, że wybrałem przecież opcję bezgotówkową. Telefony ustały, ale po kilku dniach... przyszedł do mnie listonosz, który chciał wręczyć mi przekaz na 965,09 zł! Na szczęście zorientowałem się w czym rzecz i nie przyjąłem przekazu. Gdybym przyjął, pewnie zamknęliby likwidację szkody, a ja byłbym 4700 zł do tyłu"

      W sumie skończyło się na przelaniu przez Link4 na konto firmy blacharsko-lakierniczej prawie 5800 zł, ale po drodze pan Marcin został aż trzykrotnie "przetestowany" na czujność i uważne czytanie dokumentów. "Automatyczny rabat", wpisywanie do kosztorysu cen tańszych zamienników i na koniec jeszcze próba załatwienia sprawy w wersji gotówkowej zamiast bezgotówkowego rozliczenia z warsztatem.

      link47002Link4 może i jest tanią firmą, ale na pewno nie jest ubezpieczycielem dla tych, którzy grzecznie biorą to, co przyniesie im życie. Tu trzeba o każdą złotówkę walczyć. I - jak pokazuje relacja mojego czytelnika - spodziewać się, że i druga strona nie będzie czekała na to, co przyniesie jej życie ;-)). Drugi morał z tej historii jest taki, że warto się zastanowić dwa razy zanim odbierzecie "nie zamawiany" przekaz z pieniędzmi. Bo ten przekaz może oznaczać, że godzicie się na 80% rabatu w wypłacie odszkodowania. Nie uwierzyłbym, że tak może wyglądać liwkidacja szkody, gdybym nie miał w ręce dokumentów, które potwierdzają podwyżkę wyceny szkody z niecałego 1000 zł do prawie 5800 zł. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (8) Pokaż komentarze do wpisu „Bezczelność? Przeczytajcie jak zakombinował Link4, by obniżyć klientowi odszkodowanie”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 08 marca 2017 08:58
  • czwartek, 09 lutego 2017
    • Z winy tira wylądowała w rowie. Sprawca zwiał, nie miała polisy AC. Sytuacja beznadziejna? Nie!

      Nikomu nie życzę, by musiał być klientem Ubezpieczeniowego Funduszu Gwarancyjnego, bo po pierwsze oznacza to, że było się "obiektem" jakiegoś niemiłego wypadku komunikacyjnego, a po drugie - że ów wypadek sprowokowała osoba nieubezpieczona. Zamiast po prostu iść do firmy ubezpieczeniowej sprawcy, która wypłaciłaby odszkodowanie, trzeba żebrać o pokrycie kosztów u państwowych urzędników. Co jednak w sytuacji jeszcze gorszej, gdy nie wiemy czy sprawca był ubezpieczony, bo po prostu zwiał z miejsca wypadku? Na pierwszy rzut oka sprawa jest przegrana, bo skoro nie ma sprawcy, to nie ma i odszkodowania. Na szczęście pierwsze spojrzenie tym razem jest mylące - nawet jeśli nie wiemy kto nas potrącił lub zniszczył auto - możemy iść do Ubezpieczeniowego Funduszu Gwarancyjnego i prosić o pokrycie kosztów szkody. Nie w każdym przypadku możemy, ale... o tym za chwilę.

      Czytaj też: Dopłać 100 zł do polisy, a auto zastępcze przywiozą ci na miejsce wypadku

      Czytaj też: Od 10 lat bez wypadku? Lojalny klient jednej firmy? To już bez znaczenia

      Miałem ostatnio w rodzinie tego typu przypadek. Pewna dziewczyna jechała sobie spokojnie drogą krajową, gdy z jedącego z naprzeciwka tira wypadł jakiś przedmiot (później okazało się, że był to źle zamontowany lewarek czy inne ustrojstwo służące do mocowania przyczep) i trafił w koło. Opona oczywiście została dokumentnie zniszczona, a auto wylądowało w rowie. Na szczęście prędkość była przepisowa, a w okolicy drogi nie było drzew, o które można byłoby się rozbić, więc obyło się bez ofiar. Sprawca wypadku nawet się nie zatrzymał, choć powinien był zauważyć w tylnym lusterku, że jakieś auto ląduje w rowie. Wezwani na miejsce policjanci tylko rozłożyli ręce - nie było monitoringu, więc szanse na ustalenie i odnalezienie sprawcy są prawie żadne. Auto zwiezione lawetą do warsztatu, koszt naprawy - 4000 zł. Wyglądało na to, że trzeba będzie zapłacić z własnej kieszeni, bo auto nie miało AC. Dziewczę było jednak bystre i zerknęło do Ustawy o Ubezpieczeniowym Funduszu Gwarancyjnym. Znalazło tam taki oto zapis (art 98.):

      "Do zadań Funduszu należy zaspokajanie roszczeń z tytułu ubezpieczeń obowiązkowych (...) za szkody powstałe na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej: 1) na osobie, gdy szkoda została wyrządzona w okolicznościach uzasadniających odpowiedzialność cywilną posiadacza pojazdu mechanicznego lub kierującego pojazdem mechanicznym, a nie ustalono ich tożsamości; 2) w mieniu, w przypadku szkody, w której równocześnie u któregokolwiek uczestnika zdarzenia nastąpiła śmierć, naruszenie czynności narządu ciała lub rozstrój zdrowia, trwający dłużej niż 14 dni, a szkoda została wyrządzona w okolicznościach uzasadniających odpowiedzialność cywilną posiadacza pojazdu mechanicznego lub kierującego pojazdem mechanicznym, a nie ustalono ich tożsamości".

      Przepis jest bardzo długi i dość skomplikowany, ale wynika z niego, że jeśli doszło do wypadku, a sprawca zwiał, to są dwa przypadki, w których można się zwrócić do UFG o pokrycie szkód. Pierwszy to refinansowanie kosztów leczenia jeśli wskutek zdarzenia ktoś poniósł uszczerbek na zdrowiu. Drugi to naprawa uszkodzonego pojazdu, ale tylko wtedy, gdy uszkodzony jest nie tylko samochód pechowca, ale też doznał on "rozstroju zdrowia trwającego dłużej, niż 14 dni". W opisywanym przeze mnie przypadku "rodzinnym" zaszła ta druga okoliczność, bo choć poszkodowana nie została - na szczęście - ciężko ranna, to natychmiast po powrocie do miasta udała się do lekarza, który nakazał dwutygodniowe noszenie kołnierza ortopedycznego i zalecił pewne procedury lecznicze (nieistotne jakie). Bohaterka niniejszej historii oczywiście pieczołowicie zbierała wszystkie dokumenty, gdyż...

      "Naruszenie czynności narządu ciała lub rozstrój zdrowia powinny zostać stwierdzone orzeczeniem lekarza, posiadającego specjalizację w dziedzinie medycyny odpowiadającej rodzajowi i zakresowi powyższych naruszeń czynności narządu ciała lub rozstroju zdrowia. W przypadku szkody w pojeździe mechanicznym świadczenie Funduszu podlega zmniejszeniu o kwotę stanowiącą równowartość 300 euro, ustalaną przy zastosowaniu kursu średniego ogłaszanego przez Narodowy Bank Polski obowiązującego w dniu ustalenia odszkodowania"

      Krótko pisząc: trzeba udowodnić rozstrój ciała żeby odzyskać częściowe (potrącone o 300 euro) odszkodowanie dotyczące szkód na pojeździe. Cóż, dobre i to. Potyczki z UFG nie były łatwe, bo fundusz na początku w ogóle odrzucił roszczenie z przyczyn proceduralnych. Dopiero po odwołaniu i dorzuceniu dodatkowej porcji papierów urzędnicy łaskawie wypłacili pieniądze. Swoją drogą to słabe, że państwowy urząd, który powinien emanować troską o petenta, stara się "uwalać" roszczenia z automatu licząc na to, że klient się zniechęci i sobie pójdzie. Choć w tym przypadku moja opinia ma raczej charakter domniemania, niż stanowczej tezy, bo nie znam wszystkich szczegółów sprawy. Najważniejsze przesłanie z tej historii jest takie: jeśli będziecie ofiarą wypadku - czego nie życzę - którego sprawca się ulotni, a nie macie ubezpieczenia AC lub NW, to zawsze możecie próbować wyszarpać jakieś pieniądze z UFG. Warunek podstawowy: trzeba iść do lekarza i udowodnić przynajmniej 14-dniowy rozstrój zdrowia.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Z winy tira wylądowała w rowie. Sprawca zwiał, nie miała polisy AC. Sytuacja beznadziejna? Nie!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 09 lutego 2017 07:27
  • czwartek, 02 lutego 2017
    • Asystent dla każdego? Płacisz 134 zł rocznie i... święty spokój w razie awarii sprzętu domowego

      Assistance domowe, samochodowe lub zdrowotne jest coraz częściej istotnym dodatkiem do innych usług finansowych. Firmy ubezpieczeniowe dzięki nim mogą drożej wyceniać swoje polisy, banki mogą pobierać opłaty za konta lub nagradzać aktywnych klientów (np. Raiffeisen ostatnio zabrał darmowe assistance nieaktywnym klientom, a pozostawił tym, którzy traktują go jako główny bank - wcześniej tę samą strategię stosował Alior Bank), zaś firmy pożyczkowe - ocieplać wizerunek (ostatnio opisywałem ofertę pożyczki z lekarzem w pakiecie za 3 zł tygodniowo). Usługi assistance bywają dokładane nawet do czynszu za mieszkanie, choć niestety nie jest to jeszcze obyczaj, lecz raczej ekstrawagancja. Rocznie z assistance - czyli pomocy w naprawieniu sprzętu domowego, dostawy leków, zorganizowania wizyty lekarza domowego, odpalenia auta w ciężki mróz - korzysta 2,5 mln Polaków. Ma je do dyspozycji jakieś 18 mln osób, z czego prawie połowa w ogóle o tym... nie wie.

      Czytaj też: ROR jak zestaw Lego. Dokup debet, money-back albo... asystenta

      Czytaj też: Auto na mrozie nie chce odpalić? Sprawdź polisę, może masz assistance?

      Ale dziś nie o tym chcę pisać. Ostatnio nie było, niestety, możliwości kupienia domowego - czyli najbardziej "podstawowego" - assistance solo, czyli bez spakietowania takiej usługi z innym produktem finansowym. Jakiś czas temu dostałem od jednej z firm specjalizujących się w assistance specjalną kartę (podobną do płatniczej), która służyła jako "klucz" do pomocy fachowców wszelkiej maści, ale okazało się, że nie jest ona w seryjnej sprzedaży. Ostatnio w kilku bankach pojawiły się oferty assistance medycznego, turystycznego lub samochodowego, które można kupić niezależnie od innych produktów finansowych. Mondial Assistance sprzedaje - pod marką Elvia - polisy turystyczne. Ale dopiero kilka tygodni temu pojawiła się w sprzedaży pierwsza samodzielna oferta assistance domowego. Taka, którą można kupić przez internet i przez rok cieszyć się świętym spokojem. Jeśli w domu coś się popsuje, po prostu dzwonię i zamawiam usługę odpowiedniego fachowca, który rzecz naprawi za darmo (kasę weźmie co najwyżej za części).

      Rzecz nazywa się "Pomoc w domu" i jest do kupienia na stronie internetowej firmy Europ Assistance (to jeden z trzech największych w Polsce - obok Mondial Assistance i Axy - dostawców tego typu usług do firm finansowych, które następnie oferują je nam w pakiecie ze swoimi produktami). W tym samym miejscu można też kupić pakiet "Pomoc rowerowa" i "Pomoc na drodze", ale nimi nie będę się dziś zajmował. Żeby zakupić roczny pakiet usług assistance domowego trzeba wypełnić niezbyt długi formularz (firma prosi o podanie kilku danych osobowych, numeru telefonu oraz e-maila i oczywiście adresu ubezpieczanego lokalu), zapłacić przelewem online, BLIK-iem albo kartą płatniczą i odebrać e-maila (oraz SMS-a) z numerem polisy. Mnie udało się sfinalizować transakcję w pięć minut (aczkolwiek wcześniej poświęciłem kilka razy tyle na prześwietlenie ogólnych warunków polisy, szukając - swoim zwyczajem - haczyków). Aha, polisa zaczyna działać dopiero po kilku dniach od jej zawarcia - chodzi o to, żeby nie kupować jej w chwili, gdy już wiemy, że cieknie nam kran i potrzebujemy hydraulika.

      Ile to kosztuje i dlaczego tak drogo? Najtańszy pakiet Europ Assistance wycenia na 72 zł rocznie. W tej cenie mamy zagwarantowany - w razie awarii w domu - dojazd i usługi ślusarza (gdy drzwi zatrzasną się od środka razem z kluczem), hydraulika (gdy uszczelka się rozszczelniła), elektryka (gdy zrobi się zwarcie i wysadziło bezpieczniki), dekarza, murarza, glazurnika, malarza, stolarza, szklarza, technika urządzeń grzewczych i klimatyzacyjnych. Gdy coś się zepsuje po prostu dzwonimy i prosimy, żeby spec właściwej specjalizacji przyjechał i naprawił. Ograniczenia? W najtańszej opcji można tylko raz w roku wezwać ślusarza, najwyżej dwa razy w roku innego specjalistę, zaś wartość ich pracy (dojazd plus roboczogodziny) w każdej z tych interwencji nie może przekroczyć 200 zł. Najgorsza wiadomość jest taka, że tania opcja nie obejmuje pomocy epecjalisty od sprzętu AGD (lodówka, pralka, zmywarka), RTV (telewizor) oraz informatyka. A to ten sprzęt najczęściej dziś przyprawia nas o ból głowy w czasie awarii).

      Za dostęp do specjalistów naprawiających urządzenia RTV i AGD trzeba zapłacić już 115 zł rocznie, zaś za pełen wypas, czyli pakiet zawierający również pomoc informatyka - już 134 zł. W tym najszerszym pakiecie wyższe są też limity świadczeń. Mamy to co jest w podstawowej opcji, ale z możliwością aż czterokrotnego zamówienia specjalisty od hydrauliki, elektryki itp. oraz dwukrotnego wezwania ślusarza, dwa razy możemy wezwać człowieka ogarniającego awarie RTV i AGD i raz informatyka - każda pomoc może być warta maksymalnie 500 zł. Cena dwa razy wyższa, niż w tanim pakiecie, ale usług w wachlarzu pomocowym też więcej. No i jeszcze - tego się zwykle nie docenia - w każdym z pakietów (także tym najtańszym) jest dostęp do kilku infolinii. Nawet jeśli wykorzystamy już limit bezpłatnych świadczeń, to możemy dzwonić do woli i pytać o polecanych przez Europ Assistance specjalistów w dowolnej dziedzinie. W infolinii powiedzą też w którym sklepie dany sprzęt jest najtańszy i znajdą informatyka działającego w trybie 24h na dobę.

      Minusy? Choćby ten, że jakakolwiek pomoc przysługuje dla sprzętu nie starszego, niż pięć lat. Wiek sprzętu trzeba udokumentować, co oznacza, że warto trzymać w domowym archiwum nie tylko formularze gwarancji producenta, ale i faktury zakupu. Jest to dziwne ograniczenie. Owszem, stary sprzęt psuje się często, więc firmy assistance muszą więcej płacić usługodawcom (częstsze wizyty), ale właśnie po to są limity liczby wizyt w ciągu roku. Jeśli wizyty "naprawiaczy" mają dotyczyć tylko relatywnie nowego sprzętu, to po co ograniczenia dotyczące liczby świadczeń w ciągu roku? Istnieją one w bardzo dużej liczbie usług assistance oferowanych w Polsce. Niedawno wzywałem assistance do zepsutej pralki (mam te usługi w ramach polisy mieszkaniowej) i tam też postawiono mi warunek - albo udowodnię wiek sprzętu, albo będę musiał zapłacić za wizytę).

      O tym, że brak porządku w papierach może spowodować, iż firma ubezpieczeniowa zechce zepchnąć z siebie odpowiedzialność z tytułu assistance niech świadczy przypadek jednego z moich czytelników, od wielu lat klienta Alior Banku korzystającego z usługi "Pomocni Fachowcy" (assistance dostarczane przez firmę Mondial Assistance). Częścią tych usług jest pokrycie kosztów naprawy telefonu w razie awarii bądź zakupu nowego w razie kradzieży bądź rozboju.

      "Padłem ofiarą rozboju, w wyniku którego utraciłem telefon komórkowy. Poszedłem więc na policję zgłosić sprawę, zablokowałem u operatora numer IMEI i razem z dowodem zakupu wysłałem papiery do ubezpieczyciela. W odpowiedzi zostałem poproszony o przesłanie oryginału potwierdzenia zakupu telefonu, ponieważ wysłany przeze mnie nie spełnia ich wymogów. Wysłałem więc jeszcze raz wspomniany dokument, tym razem oryginał – wcześniej była to kserokopia"

      - opowiada klient. W kolejnym piśmie Mondial Assistance stwiedził jednak, że ten dokument nie jest paragonem fiskalnym ani fakturą. Klient został poinformowany jakie wymogi powinien spełniać paragon – 18 punktów - i faktura – 15 punktów. Wiedza ta bardzo mu się przyda kiedy będzie planował rozpoczęcie działalności gospodarczej :-)). Czytelnik zeznaje, że OWU usługi mówi jedynie, iż cena zakupu to wartość telefonu komórkowego wskazana na dokumencie zakupu (paragon), nigdzie nie ma mowy o tym, że musi to być paragon z kasy fiskalnej lub faktura VAT. Klient więc odwołał się od decyzji.

      "Wysłany przeze mnie paragon jednoznacznie wskazuje o który telefon chodzi – znajduje się na nim numer IMEI. Nie miałem więc zamiaru się poddawać. Po odrzuceniu odwołania złożyłem skargę do Rzecznika Finansowego, który napisał do Mondial Assistance prośbę o wyjaśnienie. Ubezpieczyciel ponownie odmówił. Teraz szykuję się do pozasądowego postępowania przed Rzecznikiem Finansowym".

      W tym przypadku prawdopodobnie nie chodziło o udowodnienie wieku sprzętu, ale o przyczenienie się do braków formalnych, by nie trzeba było wypłacać klientowi dość wysokiego świadczenia. Tak czy siak: wygląda na to, że firmy assistance próbują na nas oszczędzać - oczekiwałbym, że przynajmniej w najdroższych pakietach nie będzie wieku sprzętu jako cezury wyłączającej mozliwość bezpłatnej pomocy. 

      Wróćmy do usług assistance, które można kupić solo w firmie Europ Assistance. Poza ograniczeniem wynikającym z liczby i wartości kwotowej napraw oraz z wieku sprzętu jest też kilka wyłączeń odpowiedzialności ubezpieczyciela, które - przy dużej dozie złej woli po stronie usługodawcy, o co go jednak nie podejrzewam - mogłyby utrudnić nam życie. Jest więc ograniczenie odpowiedzialności z powodu "uszkodzenia, uderzenia, upadku lub zalania sprzętu AGD, RTV, IT, o ile nie było to wynikiem zdarzenia losowego", jak również ograniczenie z powodu "użytkowania sprzętu niezgodnie z instrukcją obsługi" (czy jeśli komputer jest mocno zakurzony, to assistance może odmówić jego naprawienia?), jak również z powodu "wycieku wody, pary lub cieczy z baterii (wannowej, kuchennej, umywalkowej, prysznicowej), kranu oraz spłuczki". Nie jestem hydraulikiem, ale czy  awarie hydrauliczne polegają właśnie na wyciekach różnych cieczy. 

      Czy warto płacić od 72 do 134 zł rocznie za tego typu ochronę? Cóż, jeśli potencjalny klient ma porządek w papierach i większość jego sprzętów nie przekracza 5-letniego czasu od zakupu, to... wydatek może zwrócić się już po pierwszej wizycie hydraulika, eletryka czy "naprawiacza" sprzętu AGD lub RTV. Bardziej jednak przekonują mnie korzyści "niefinansowe". Po pierwsze w razie awarii nie musimy szukać przypadkowych "naprawiaczy" w mieście, nie mając pewności czy nie są to nieudacznicy. Po drugie assistance daje spokój tym z nas, którzy nie mają duszy majsterkowiczów. Ja tak właśnie mam: kiedyś - opowiadałem Wam o tym w blogu - miałem awarię w toalecie. Wezwałem fachowca (korzystając zresztą z usług concierge oferowanych przez jeden z banków), który zrobił mądrą minę, przepchał toaletę trzema ruchami z użyciem zwykłej "przepychaczki", po czym zażądał 50 zł za know-how. Gdybym miał wykupione assistance, to "know-how" kupiłbym płacąc ryczałtem, a nie za każdym razem osobno ;-).

      Uważam, że tego rodzaju usługi - assistance kupowane bezpośrednio w firmie świadczącej tego typu usługi, bez "przypięcia" ich do innych produktów, np. finansowych - będą coraz popularniejsze. Wariant minimum to po prostu informacja o pomocnych i wiarygodnych fachowcach w okolicy, zaś wariant maksimum - to usługi takie, jakie właśnie zaproponował Europ Assistance. Krok w kierunku zaoferowania klientom pośrednictwa w dotarciu do sprawdzonego fachowca ostatnio zrobiła firma Mondial Assistance, która dla klientów z Warszawy uruchomiła "sklepik" z fachowcami. Można sobie kupić za kilkadziesiąt złotych wizytę fachowca konkretnej specjalności. Tej usługi jeszcze jednak nie testowałem.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „Asystent dla każdego? Płacisz 134 zł rocznie i... święty spokój w razie awarii sprzętu domowego ”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 02 lutego 2017 09:00
  • wtorek, 24 stycznia 2017
    • Ubezpieczenia aut są coraz droższe, ale... Link4 obiecuje, że wybaczy pierwszy dzwon! Serio? :-)

      Z cenami polis samochodowych jest źle. Rosną i rosną. Zajmują się tym posłowie, UOKiK, zaraz pewnie zajmie się rząd i prezydent, bo kierowcy to wyborcy. Oczywiście: tak naprawdę drogie ubezpieczenia aut nie jest to problem wagi państwowej. Nie ma obowiązku posiadania samochodu. Można jeździć rowerem. Tym niemniej atmosfera jest gęsta. Firmy ubezpieczeniowe doszły chyba do wniosku, że muszą jakoś zrekompensować nam drożejące polisy komunikacyjne. Jeśli za zwykłe OC - nie mówiąc już o droższych pakietach zawierających też dobrowolne ubezpieczenie AC - trzeba płacić przynajmniej o 50% więcej, niż rok temu, to klienci coraz częściej mówią: "hola, hola, a co dostaniemy w zamian?". Jest gorzej, klienci podejrzewają, że z tymi podwyżkami OC i AC to musi być jakiś kant. Zwłaszcza jak chodzi o AC:

      "Kiedy usłyszałem kilka miesięcy temu o tym, że podrożeją OC, szybko przekalkulowałem: OC poprzednio kosztowało mnie ok. 800 zł. No to teraz niech będzie te 300-400 zł drożej. Ale z drugiej strony wartość samochodu spadła o 20-25% (kupiłem w zeszłym roku nowy). Więc założyłem, że wyjdę na to samo. A tu zonk! - wartość auta spadła o 22%, a wartość polisy OC i AC wzrosła o... 55%! Co oznacza relatywny wzrost o niemal 100% (z uwzględnieniem spadku wartości samochodu)"

      - napisał do mnie jeden z czytelników. Na powyższe wyliczenia nie nakładają się - jego zdaniem - żadne dodatkowe czynniki, typu stary/młody kierowca. Nie ma szkody, to samo miejsce zamieszkania, ten sam ubezpieczyciel, warunki związane z polisą porównywalne. Coś tu nie gra? Dlaczego podobny do OC wzrost cen (a może nawet większy) dotyczy polis AC? Na nich ubezpieczyciela raczej zarabiają.

      "Uważam, że ktoś nas tu równo "rżnie", pod płaszczykiem konieczności wzrostu polis OC podwyższa ceny AC. Nie neguję, że AC  powinno rosnąć, ale... części nie drożeją aż tak bardzo, a poza tym ubezpieczyciel ma opcję wyceny naprawy w autoryzowanym serwisie (a więc na oryginalnych częściach), to są kwoty dość przewidywalne. Auto zastępcze też chyba nie jest droższe, niż rok temu"

      Bardzo chętnie poznam Waszą opinię w tej sprawie. Kantują? Nie kantują w przypadku AC? Tak czy owak ubezpieczyciele chcą nas przekonać, żebyśmy chętniej płacili wyższe składki w zamian za jeszcze lepszy serwis. Niedawno opisywałem ciekawy pomysł największego ubezpieczyciela naszych samochodów, państwowej firmu PZU, która za ok. 100 zł dopłaty do pakietu OC plus AC oferuje kuszącą możliwość likwidacji szkód w wariancie "all inclusive". A więc nie tylko dadzą auto zastępcze, ale wręcz podstawią je od razu na miejsce wypadku. I nie tylko przyznają je na kilka dni, ale na czas nieograniczony, aż do pełnej likwidacji szkody. Bardzo mi się podoba ta koncepcja, gdyż jestem zwolennikiem kompleksowych rozwiązań, zapewniających klientowi święty spokój. Inna sprawa, że polisy PZU z natury rzeczy są dość drogie (w końcu z czegoś trzeba finansować repolonizację banków, nie? ;-)).

      Czytaj też: Koniec z robotą papierkową? Zeskanuj dowód rejestracyjny i... już masz OC!

      Czytaj też: Ubezpieczenie samochodu za drogie? Oni chętnie pomogą! A za ile?

      Link4, firma w której od nie tak dawna głównym inwestorem jest właśnie PZU, ma inny pomysł. Od kilku dni reklamuje w telewizji nie tylko swoje nowe logo - w kolorach bordowo-fioletowych, a więc bardziej nobliwe, niż niegdysiejszy beztroski pomarańcz - ale też ciekawy dodatek pod tytułem "jedną szkodę wybaczamy". Reklamy są zgrabne, dziewczyny ładnie tańczą i śpiewają, przeboje wpadają w ucho, ale na czym to polega? Ano jeśli kupisz w Link4 nie tylko "gołe" OC, ale też dobrowolną polisę AC, to oni obiecują, że nawet jeśli omsknie ci się noga na pedale gazu (albo przeciwnie, na pedale hamowania, nie mówiąc już o kierownicy ;-)), to przymkną na to oko przy kalkulacji składki na kolejny rok. Ma to z jednej strony dać klientowi spokój ducha, z drugiej - zwiększyć jego lojalność. Oferta nie jest nówką-sztuką, obowiązuje od listopada zeszłego roku, ale teraz wyszła na szerokie wody telewizyjnej reklamy.

      Czytaj też: Tego jeszcze nie było - za zakupy internetowe zapłacisz w... Link4

      Tak naprawdę to kolejna odsłona trendu, który w ubezpieczeniach już funkcjonuje. Jakiś czas temu firmy ubezpieczeniowe wprowadziły ubezpieczenie szyb, które charakteryzuje się tym, że płacisz dodatkowo minimalną składkę i masz gwarancję, że ewentualne przyszłe szkody "szybowe" nie będą liczone jako coś obciążającego przy sprzedaży ubezpieczenia temu samemu klientowi w przyszłości. Teraz Link4 rozciąga tego typu myślenie na wszystkie szkody, choć pod pewnymi warunkami (o nich za chwilę). Pomysł jest oczywiście chwalebny, choć od razu zaczynam się zastanawiać w jaki sposób klient ma sprawdzić czy firma ewentualnie wywiązała się obietnicy? Link4 nie obiecuje bowiem utrzymania tego samego poziomu składki, a jedynie przymknięcie oka na ewentualną zwyżkę składki w przyszłym taryfikatorze. Może się okazać, że za rok będę miał policzoną składkę o 20% wyższą i nie będę miał jak sprawdzić czy firma utrzymała mnie w tej samej grupie ryzyka, a tylko składka poszła w górę, czy też zostałem przesunięty do wyższej grupy ryzyka.

      Obietnica jest więc trochę rozmydlona, zwłaszcza w kontekście triików stosowanych namiętnie przez Link4. Jakich? A choćby domyślnego kalkulowania składki dla wariantu ubezpieczenia mającego mnóstwo ograniczeń. Np. firma z definicji proponuje wariant gotówkowy wypłaty odszkodowania, a nie warsztatowy, mniej podatny na zaniżanie wartości szkody. Klienci często dostają też propozycję polisy z "wkładem własnym", czyli np. obniżeniem potencjalnego odszkodowania o 500 zł. Przy małych szkodach oznacza to, że finansowa odpowiedzialność firmy ubezpieczeniowej jest w dużej części zepchnięta na klienta albo wręcz że ten klient w ogóle szkody nie zgłosi, bo podwyżka składki z tytułu utraty zniżek za bezszkodową jazdę będzie większa, niż odszkodowanie wypłacone przez ubezpieczyciela po odliczeniu wkładu własnego.

      Zaczęło się: W tej firmie cena ubezpieczenia będzie zależeć od tego jak jeździsz, baranie ;-)

      Czytaj też: Dlaczego niektóre polisy samochodowe są dużo tańsze od innych? Prosty trik!

      Czytaj też: Płacisz 10% ceny i korzystasz z wypasionej polisy samochodowej. Za ile?

      No, ale nawet biorąc pod uwagę te wszystkie wątpliwości obietnica pt. "wybaczamy pierwszy dzwon" (pojawiająca się zresztą w jednym z klipów reklamowych) jest bardzo doniosłą i mogłaby być nowym punktem odniesienia dla innych firm ubezpieczeniowych. Niestety, w obietnicy tej są bolesne ograniczenia. Po pierwsze Link4 podejmie takie zobowiązanie tylko w stosunku do klienta mającego już co najmniej trzyletnią historię ubezpieczeniową i brak szkód likwidowanych z AC w tym czasie. Wymóg ten dotyczy nie tylko właściciela auta, ale też wpisanych do polisy (i dowodu rejestracyjnego) współwłaścicieli i głównego użytkownika (jeśli jest nim ktoś inny, niż właściciel ubezpieczający auto). A więc z definicji wyłączeni są kierowcy młodzi, ci którzy nie mają trzech lat bezszkodowej jazdy oraz ci, którzy mieli przerwę w ubezpieczeniu AC (bądź wcześniej takiej polisy nie kupowali). Poza tym Link4 nie przymknie oka na każdy "dzwon", a co najwyżej na "dzwoneczek", czyli na szkodę o wartości poniżej 2500 zł. Większych niestety nie wybaczy.

      Jak widać zobowiązanie Link4 dotyczy tylko stosunkowo nielicznego grona klientów (tych, którzy mają AC od dawna i jest ono "nie ruszone") i najmniejszych szkód (w powiązaniu z wkładem własnym - wręcz maluteńkich ;-)). Lepszy rydz, niż nic, ale z przełomowej obietnicy zrobiła się taka sobie obietniczka ;-). W tym klipie poniżej przynajmniej lektor wspomina, że dobroć Link4 jest ograniczona do "małej stłuczki". W poprzednim mówią o "pierwszym dzwonie", a ograniczenia są wylistowane jedynie drobnym druczkiem na dole ekranu.

      ZOBACZCIE MOJE PROGRAMY WIDEO! Zapraszam do obejrzenia pierwszego sezonu tygodnika wideo "Kasownik Samcika". Jest tam o sprytnych sposobach na oszczędzanie, o studiowaniu, pracowaniu, zaciąganiu kredytu hipotecznego, o zakupach, kontach bankowych, ubezpieczeniach, lokatach, podatkach... Poza poradami w każdym wydaniu czerstwy żart prowadzącego :-)), ciekawostka o pieniądzach oraz finansowy trik Samcika. Zapraszam do obejrzenia wszystkich zeszłorocznych odcinków. Wkrótce kolejna seria! Zapraszam do subskrybowania kanału YouTube "Subiektywnie o finansach"  

      Zapraszam też do obejrzenia cyklu wideo "Od oszczędzania do inwestowania", w którym opowiadam o tym jak małymi krokami zabrać się do oszczędzania pieniędzy i co można zrobić, żeby namnażały się szybciej.

      Jedną z najnowszych moich wideoprodukcji jest cykl filmów "Dywidenda jak w banku". Wspólnie z Albertem mierzyliśmy się z lękami związanymi z lokowaniem oszczędności, zwiedzaliśmy kasyno, udaliśmy się na ryby. Zabawne i pouczające, zapraszam do obejrzenia.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Ubezpieczenia aut są coraz droższe, ale... Link4 obiecuje, że wybaczy pierwszy dzwon! Serio? :-)”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 24 stycznia 2017 20:35
  • poniedziałek, 23 stycznia 2017
    • Hej Yu! Ubezpieczenie samochodu z Yanosikiem będzie sporo tańsze. Pod warunkiem, że jeździsz jak niemiecki emeryt :-)

      Niedawno pisałem w blogu o tym, że firma ubezpieczeniowa Link4 ma w bliskich planach - jej menedżerowie deklarowali start na początek 2017 r., ale wciąż go nie ogłosili - wprowadzenie ubezpieczenia komunikacyjnego, którego cena ma zależeć od tego jak jeździmy. A więc: klient, wsiadając do samochodu, uruchamia aplikację mobilną w smartfonie, a ta śledzi jego poczynania za kierownicą. Dzięki temu ubezpieczyciel może dorzucić do wszystkich dotychczasowych parametrów wyceny ubezpieczenia także bezpieczną jazdę. Według deklaracji Link4 ubezpieczenie miałoby być opłacane w comiesięcznych ratach, a rabat dla najlepszych kierowców miałby wynieść 30% od standardowej ceny. Uruchomienie podobnych ubezpieczeń dla leasingowanych przez siebie aut zapowiedział także Idea Bank. Wiadomo, że przymierzała się do tego Aviva (już dwa lata temu testowała taką apikację w krótkoterminowej promocji). Ale dopiero od dziś ten innowacyjny sposób ubezpieczania samochodu wchodzi do gry na serio.

      Czytaj też: W likwidacji szkód nadchodzi XXI wiek! Oględziny przez kamerkę, papiery wysyłasz smartfonem, a wypłata w kilka godzin od zgłoszenia szkody

      Czytaj też: Koniec z robotą papierkową? Sfotografujj dowód rejestracyjny i... już się ubezpieczyłeś

      yufotoooKTO OFERUJE "PAY AS YOU DRIVE" I JAK SIĘ ZGŁOSIĆ? Możliwość wykupienia polisy OC z ceną uzależnioną od stylu i bezpieczeństwa jazdy wprowadza właśnie nowa marka ubezpieczeniowa Yu!. Stoi za nią sojusz koncernu Ergo Hestia oraz twórca aplikacji Yanosik, czyli popularnego narzędzia do nawigowania i wzajemnego informowania się kierowców na drodze o zagrożeniach. W ekipie liderów projektu znalazł się m.in. Witold Jaworski, niegdyś jeden z szefów PZU oraz Allianza. Co będzie trzeba zrobić, żeby móc skorzystać z ubezpieczenia w formule "pay as you drive"? Niewiele, wystarczy zainstalować sobie w smartfonie Yanosika i zgodzić się na przetwarzanie danych przez operatora apki (kto już ją ma, niech nadal ma - nie musi nic nowego aktywować). Aplikacja sama wytypuje kierowców, którzy "zasłużą" na złożenie im oferty nowego ubezpieczenia. Po prostu pewnego pięknego dnia (trzeba przejechać minimum kilkaset kilometrów z Yanosikiem "pod pachą") dostaną powiadomienie z aplikacji (bądź telefoniczne) z konkretną ofertą cenową. Ponieważ Yanosik pozwala sprawdzić każdemu kierowcy jak aplikacja ocenia jego styl jazdy, każdy zaniepokojony brakiem oferty użytkownik będzie mógł zerknąć do apki czego mu jeszcze brakuje do statusu "idealnie bezpiecznego kierowcy".

      CO ZDECYDUJE O TYM CZY SIĘ "ZAŁAPIESZ"? Pewnie ciekawi Was co będzie brane pod uwagę przez aplikację w trakcie typowania kierowców, którzy jeżdżą wystarczająco bezpiecznie, by "zasłużyć" na ofertę Yu! Aplikacja będzie oceniała m.in. płynność jazdy (jak dynamicznie zmieniamy prędkość, szczególnie w terenie zabudowanym), dostosowanie prędkości do warunków na drodze i ograniczeń wynikajacych ze znaków drogowych, a także zachowanie kierowcy w niebezpiecznych miejscach. Na podstawie zgłoszeń użytkowników Yanosika aplikacja "wie", gdzie jest najwięcej wypadków, a więc może - na podstawie geolokalizacji - "wyhaczyć" te miejsca na mapie podróży danego kierowcy, poddając je specjalnemu monitoringowi. Prawdopodobnie większą szansę na ubezpieczenie Yu! będą mieli ci kierowcy, którzy nie jeżdżą samochodem bardzo dużo (zwłaszcza w nocy). Wiadomo, że im więcej godzin spędzonych za kółkiem (zwłaszcza jeśli kierowca ma prawo być już zmęczony - to aplikacja też jest w stanie ocenić) - tym większe ryzyko, że coś pójdzie nie tak. Z drugiej strony jeśli aplikacja będzie "jeździła" podejrzanie rzadko, kierowca też może "wypaść z gry" jako podejrzany o posiadanie dwóch twarzy, czyli wyłączanie smartfona z Yanosikiem, gdu chce poszaleć ;-).

      yu2WRESZCIE SAM DECYDUJESZ O CENIE SWOJEJ POLISY? Yu! nie będzie brała pod uwagę tego czy dany kierowca jeździ własnym samochodem, autem pożyczonym do tatusia, czy też służbowym. To oznacza, że jeżdżąc autem służbowym będzie można zbierać punkty do tańszego ubezpieczenia samochodu prywatnego. Będzie to też pierwsze ubezpieczenie, które de facto zacznie uwzględniać przyszłość. Do tej pory ceny polis w największym stopniu zależały od historii bezszkodowej jazdy w przeszłości, która oczywiście też jakoś-tam była kształtowana przez styl jazdy kierowcy (co, nota bene, premiowało "niedzielnych kierowców", wcale nie tak bezpiecznych jeśli już znajdą się na drodze), ale przełożenie bezszkodowości na cenę polisy było opóźnione o rok lub kilka lat. Tu jest inaczej: sprawdzasz w aplikacji Yanosik jak jest oceniany Twój styl jazdy, starasz się bardzo mocno, jeździsz jak niemiecki emeryt, a już za kilkaset kilometrów dostajesz ofertę "ubezpieczenia dla rozsądnych". A jak już masz tę polisę, to jeszcze bardziej starasz się jeździć bezpiecznie, bo nie chcesz stracić uprawnień do tańszego ubezpieczenia. Jest to więc sposób ubezpieczania, który może działać na nasze nawyki lepiej, niż wizja zapłaty mandatu i porównywalnie do punktów karnych przyznawanych przez Policję.

      JAKA ZNIŻKA? CZY TO NAPRAWDĘ TAKI HIT? Czas na pytania i wątpliwości. Najważniejsze dotyczy oczywiście tego, że nie wiadomo jak wysoka będzie zniżka w cenie. Dostawcą ubezpieczenia będzie Ergo Hestia, która nie jest najtańszą firmą ubezpieczeniową (ale za to pod względem jakości serwisu i likwidacji szkód jest w moim prywatnym rankingu w ścisłej czołówce). Może się więc okazać, że "okazyjna" polisa z Yanosika będzie i tak droższa, niż jakaś taniocha od ubezpieczyciela no-name. Druga sprawa: niestety w ten sposób na razie będą sprzedawać tylko OC, nie będzie można uzależnić od stylu jazdy polisy AC. Po trzecie obawiam się, że zniżki cen wynikające z formuły "pay as you drive" nie będą duże - oraz że nieprędko będzie wprowadzone podobne ubezpieczenie AC - ze względu na to, że zachowanie kierowcy na drodze to tylko jeden z czynników "wypadkowych". Zdarzyło mi się rozbić na drzewie auto, choć jechałem całkiem przepisowo. Po prostu zdarzył się bardzo niekorzystny zbieg okoliczności. Było w tym oczywiście trochę mojej winy (zawsze można jechać jeszcze wolniej), ale żadna aplikacja nie zauważyłaby w tym momencie uchybień. Ubezpieczyciele o tym wiedzą, dlatego w miksie czynników do wyceny polisy styl jazdy nigdy nie będzie dominującym.

      Czytaj też: Link4 rozdaje klientom nawigację NaviExpert z modułem "ubezpieczeniowym"

      Więcej o pomyśle Yu! na stronie payhowyudrive.pl

      A JEŚLI JEŹDZISZ NIE TAM GDZIE ONI LUBIĄ? No i wreszcie nie wiadomo czy aplikacja nie będzie sobie "wybierała" kierowców wśród tych, którzy generują najmniejsze ryzyko nie tylko z tytułu ostrożnej jazdy, ale np. ze względu na okolice, po jakich się poruszają. Nie mogę wykluczyć, że Yu! będzie "karała" - wyrzucała poza nawias - osoby jeżdzące superbezpiecznie, ale poruszające się np. po najbardziej zatłoczonych miastach lub wyłączenie po centrach tych miast. Może się zdarzyć, że nie będzie miało znaczenia jak ostrożnie jeżdżę - aplikacja stwierdzi, że jeżdżę po niebezpiecznym terenie i dlatego nie mogę płacić za ubezpieczenie w formule "pay as you drive". Podobna rzecz dotyczy samochodów, które posiadamy - sportowych aut mogą nie chcieć ubezpieczać, po to-to potrafi jeździć niebezpiecznie szybko ;-)). Nie wiem czy zauważyliście, ale Yanosik pozwala zarejestrować polisę samochodu poprzez jej sfotografowanie (i dzięki temu nie trzeba jej wozić przy sobie w razie kontroli). W takiej zarejestrowanej polisie stoi jak byk, że np. mamy sportowe auto, które rozwija prędkość do 280 km/h. I żadna aplikacja nie uwierzy, że jeździmy takim autem 50 km/h w terenie zabudowanym oraz 130 km/h na autostradzie, choćby wynikało to z zapisów yanosikowych baz danych.

      Czytaj też: To zaboli wielu? Jeśli nie spłaciłeś kiedyś kredytu, drożej zapłacisz za polisę

      Oczywiście: analogiczny zarzut mógłbym postawić "tradycyjnym" ubezpieczycielom, który z automatu wyrzucają poza nawias młodych kierowców, nie mających 10 lat doświadczenia za kółkiem. Jasne, że brak doświadczenia zwiększa ryzyko, ale w niektórych firmach ubezpieczeniowych ceny polis dla takich kierowców są zwyczajnie zaporowe. Efekt jest taki, że auta są rejestrowane na rodziców lub dziadków faktycznego kierowcy. Poza tym ceny tradycyjnych polis zależą m.in. od miejsca rejestracji auta, co jest luźno związane z miejscem faktycznego użytkowania samochodu. Część osób rejestruje swoje samochody w mniejszych miastach, a potem jeździ nimi po metropoliach. Z tego punktu widzenia moje obawy dotyczące "yanosikowych" polis nieco bledną, choć przecież nie znikają. Na końcu tej drogi jest przecież sytuacja, w której ubezpieczenie przestaje być ubezpieczeniem, bo firma oferująca polisę potrafi tak doskonale ocenić swoje ryzyko, że w ogóle nie ubezpieczy osoby, co do której jest ziarnko niepewności, iż musiałaby w przyszłości cokolwiek wypłacić. I to jest przyszłość, której się boję, choć do "yanosikowej" aplikacji wymyślonej wspólnie z Ergo Hestią odnoszę się entuzjastycznie. Do tego stopnia, że dziś znów zalogowałem się do Yanosika, którego od dobrych kilku miesięcy już nie używałem ;-). Jeśli ktoś widział w Warszawie pacana w szarym SUV-ie, który - nomen omen - zasuwał po trzypasmówce przepisową 50-tką, wkurzając wszystkich dookoła i powodując korek... tak, to byłem ja ;-)).

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Hej Yu! Ubezpieczenie samochodu z Yanosikiem będzie sporo tańsze. Pod warunkiem, że jeździsz jak niemiecki emeryt :-)”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 23 stycznia 2017 14:12
  • poniedziałek, 09 stycznia 2017
    • Zima w pełni? Auto nie odpala? Assistance za darmo przyjedzie i pomoże. Ale... jest małe "ale"

      Zima to pora roku, która ma wiele zalet, ale i jedną potężną wadę - kiedy chwyci siarczysty mróz, to dużo rzeczy przestaje działać. Między innymi samochody: trzeba mieć naprawdę dobry akumulator, żeby auto po nocy z temperaturą poniżej -20 stopni bez problemu odpaliło. W uprzywilejowanej sytuacji są tylko ci, którzy trzymają samochody w podziemnych garażach oraz ci, którzy mieszkają w Szczecinie :-), bo tam rzadko chwyta siarczysty mróz. Co zrobić, gdy po weekendowych mrozach chcemy ruszyć do pracy, a auto nie daje znaku życia? Za kilkadziesiąt złotych pomoże taksówkarz - usługi uruchamiania samochodów mają w ofercie niektóre korporacje taksówkarskie. Druga opcja to skorzystanie z samochodowego assistance. Większość firm ubezpieczeniowych dodaje assistance do polis obowiązkowego OC, zaś do dobrowolnego AC jest on dorzucany już niemal z definicji jako jedna z usług.

      AUTO NIE ODPALA? DZWONIMY PO ASSISTANCE! Dzwonimy więc na numer alarmowy firmy ubezpieczeniowej i zgłaszamy problemy z uruchomieniem auta. Konsultant pobiera od nas dane dotyczące polisy i aktualnej lokalizacji samochodu i przekazuje je firmie organizującej pomoc. W ciągu kilkunastu, góra kilkudziesięciu minut przyjeżdża ktoś, kto odpala samochód. Za nic nie płacimy, podpisujemy tylko potwierdzenie, że usługa została wykonana - koszty bierze na klatę firma ubezpieczeniowa. Tak to powinno działać. Radzę, żebyście od razu sprawdzili na swojej polisie czy w ramach składki zapłaciliście również za opcję assistance (nazywa się to różnie: "autopomoc", "pomoc na drodze"). W najbliższych kilku tygodniach może się ona naprawdę przydać. W czasie trzaskających mrozów warto mieć z tyłu głowy wiedzę, że gdyby pozostawione na ulicy i przez kilka dni nie uruchomione auto "padło", to jest nadzieja na szybką, bezstresową i - co ważne - darmową pomoc.

      Czytaj też: Masz wypasione assistance? Nawet najlepsze nie pomoże, gdy jesteś daleko od szosy, a mechanik wstał lewą nogą. 

      Niestety, może się zdarzyć, że mimo posiadania polisy OC lub AC z wbudowaną opcją assistance, centrum alarmowe odeśle nas z kwitkiem lub ograniczy się do podania namiarów do pomocy drogowej, która może uruchomić nam auto, ale na warunkach komercyjnych (czyli pobierając opłatę za usługę, a czasem i za dojazd). Odpowiadają za to wyłączenia i ograniczenia zawarte w pakietach assistance. Niestety, firmy ubezpieczeniowe się wycwaniły i wycinają posiadaczom najtańszych pakietów assistance niektóre usługi - zwykle te, które są potrzebne najczęściej. Jakie pułapki najczęściej są zawarte w polisach? Przejrzałem oferty assistance w kilku firmach i włosy stanęły mi dęba. Można płacić kilkaset złotych więcej, niż za "gołą" polisę i mieć assistance, które w zimowych kłopotach z samochodem w ogóle się nie przyda!

      Czytaj też: Absurd? Drzwi nie wytrzymały ataku mrozu, ale... odszkodowania nie będzie

      Na szczęście w warunkach polis, które widziałem, nie ma już niedorzecznych ograniczeń, które zdarzały się jeszcze kilka lat temu (np. wyłączenia odpowiedzialności ze względu na... zbyt niską tempetarurę ;-)). Ale kilka pułapek niestety zostało. Proponuję, byście od razu sprawdzili za co płacicie. A jeśli okaże się, że macie protezę porządnego assistance, to być może warto od razu zrobić upgrade do wyższego pakietu, w którym za wyższą cenę będziecie mieli kompleksową ochronę. A poniżej krótka check-lista. Czym różni się prawdziwe assistance przydatne w zimie od taniej podróbki? I czym różni się prawdziwa zima od jej podróbki?

      URUCHOMIMY AUTO, ALE TYLKO PO WYPADKU. W najtańszych wariantach assistance (a niestety te są najczęściej dołączane do obowiązkowych polis OC, żeby nie podrażać składki) bardzo często zawarty jest zapis, że jakakolwiek pomoc - holowanie bądź naprawa samochodu na miejscu - przysługuje tylko w sytuacji, w której mamy wypadek. W przypadku awarii musimy radzić sobie sami. Takie "assistance wypadkowe" oczywiście też bywa ograniczone (np. będą holowali tylko do określonego limitu kilometrów, np. 100-250 km od miejsca zdarzenia). Wyłączenie pomocy w przypadku awarii znajduje się m.in. w standardowym pakiecie assistance Warty oraz w wariancie Komfort polisy PZU Auto (też mi komfort).

      ODHOLUJEMY AUTO, ALE NIE URUCHOMIMY. Nawet jeśli dany wariant assistance nie wyłącza w ogóle udzielenia przez firmę ubezpieczeniową pomocy w razie awarii samochodu (a właśnie za awarię jest uznawane rozładowanie akumulatora w czasie mrozu), to niekoniecznie możemy liczyć na najbardziej potrzebną pomoc na miejscu. W niektórych wariantach polis przewiduje się tylko możliwość odholowania auta do wskazanego przez klienta warsztatu. Powiedzmy sobie szczerze - uruchomienie "przymrożonego" akumulatora zajmuje pięć minut, więc brak możliwości, by ktoś spróbował naprawić auto na miejscu to spory minus. Takie ograniczenie jest np. w najtańszej odmianie pakietu Hestia Car Assistance (wariant Mini). Chociaż trzeba Hetsię pochwalić, że nawet w tym najtańszym wariancie firma nie wyłącza pomocy w przypadku awarii (jak np. wspomniana wyżej Warta).

      pzuocassURUCHOMIMY AUTO, ALE TYLKO DALEKO OD SZOSY. Dość popularną wadą niektórych pakietów assistance jest ograniczenie polegające na tym, że w przypadku "zimnego" akumulatora ubezpieczyciel co prawda przyśle bezpłatną pomoc, ale tylko w sytuacji, gdy jesteśmy... daleko od domu. Przyznacie, że jest to dość sprytne. Być może w przypadku innych awarii da się to wytłumaczyć (jeśli jestem blisko domu, to nawet rozkraczenie auta nie jest tragedią, zwykle znam jakiegoś mechanika nieopodal), ale w przypadku rozładowania akumulatora? On się w 90% przypadków rozładowuje na parkingu przed domem, albo przy ulicy, na której parkujemy codziennie auto. Tymczasem nawet w wariancie Super polisy PZU Auto jest zastrzeżenie, że pomogą tylko w odległości powyżej 20 km od domu. I aby znieść limit odległości w momencie awarii trzeba dodatkowo dopłacić. W wariancie Złotym polisy Warty granica odległości jest jeszcze wyższa, wynosi 20 km.

      URUCHOMIMY AUTO, ALE TYLKO DWA RAZY. Stosunkowo najmniej dojmującym ograniczeniem w polisach assistance jest to, że pomoc na miejscu w razie awarii przysługuje tylko w limitowanej liczbie razy w ciągu roku. Najczęściej można wezwać pomoc tylko dwa razy, przy trzecim podejściu zostaniemy odesłani z kwitkiem. Przeważnie te dwie interwencje w roku są wystarczającą porcją dobra (mnie się nigdy jeszcze nie zdarzyło wzywać assistance do samochodu częściej w jednym "sezonie"), ale jak ktoś ma stare auto, zaś akumulator ledwo dyszy... Takie ograniczenie jest np. w wersji Standard Hestia Car Assistance. Zarówno w tej firmie, jak i w większości innych firm ubezpieczeniowych pełen komfort i bezpieczeństwo daje dopiero trzeci w tabelce (licząc od najtańszego) wariant ubezpieczenia. W Hestii jest to wariant Premium, w Warcie Złoty+, w PZU - wariant Super z dopłatą ;-). Nieważne czy polisa nazywa się "super", "ekstra", czy "komfort" - na pomoc bez dodatkowych warunków i obostrzeń mogą liczyć tylko ci, którzy nie poskąpili wydatku na polisę AC i to z nie najtańszym pakietem assistance.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „Zima w pełni? Auto nie odpala? Assistance za darmo przyjedzie i pomoże. Ale... jest małe "ale"”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 09 stycznia 2017 08:19
  • środa, 21 grudnia 2016
    • Jest nowa ugoda w sprawie opłat likwidacyjnych! Kto odzyska kasę, a kto nie? I ile? Recenzuję!

      Kilka miesięcy temu pisałem, że firmy ubezpieczeniowe - jeśli ich prezesi nie chcą chodzić po ulicach w otoczeniu ochroniarzy - powinny spróbować do końca rozliczyć się ze sprawy polis inwestycyjnych. Czyli z tych, które były masowo oferowane klientom jeszcze kilka lat temu - w pakiecie z "kajdankami" w postaci opłat likwidacyjnych sięgających nawet 100% zebranej przez klienta kwoty. W środku takiej polisy - zwanej fachowo unit-linkiem - są przeważnie zwykłe fundusze inwestycyjne, tyle że... opłaty w tym pakiecie są wyższe, niż w funduszach. Istnienie "kajdanek" pozwala ubezpieczycielom wbudowywać w polisy inwestycyjne bardzo wysokie prowizje za administrowanie lub zarządzanie (czyli za nic-nie-robienie). Na tyle wysokie, że nierzadko klient ma prawie pewność, iż nie zarobi, a firma ubezpieczeniowa - wręcz przeciwnie. Tylko uciec nie można, bo... "kajdanki".

      W kilku przypadkach sądy zakwestionowały legalność opłat likwidacyjnych, ale ubezpieczyciele po dobroci oddawać pieniędzy nie chcieli. Wiosną tego roku Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów wynegocjował z największymi firmami obniżenie opłat likwidacyjnych dla klientów, którzy podpisali umowy w 2014 r. lub później (dotyczyło to 600.000 osób). Rząd zaś napisał ustawę, która w nowych polisach ograniczyła opłaty likwidacyjne do 4%. Większość posiadaczy polis inwestycyjnych wciąż pozostała jednak poza nawiasem. Dziś proces "zamiatania" afery polis inwestycyjnych wchodzi na kolejny etap. UOKiK ogłosił bowiem, że wszystkie firmy ubezpieczeniowe obniżą też opłaty likwidacyjne osobom, które mają polisy zawarte przed 2014 r. (dotyczy to ok. półtora miliona osób).

      Tutaj: szczegóły porozumienia, dokumenty i listę polis objętych ugodą

      Czytaj: Porozumienie z UOKiK pozwala seniorom wystąpić o zwrot nadpłat

      CO ZYSKUJĄ KLIENCI? Każdy, kto ma polisę inwestycyjną, a w niej zakontraktowane opłaty likwidacyjne na wysokim poziomie, dostanie od swojej firmy ubezpieczeniowej list z informacją, że będzie mógł odejść płacąc mniej, niż wynika to z umowy. Jak duża będzie obniżka? Nie ma jednej stawki - wszystko zależy od rodzaju polisy i od firmy ubezpieczeniowej. W przypadku polis mających kilka lat - może to być 10-15%, w przypadku polis o stażu wynoszącym bliżej 10 lat - opłata likwidacyjna wyniesie tylko kilka procent od wycofywanych kwot. Może się zdarzyć, że nie dostaniesz listu od ubezpieczyciela, ale to będzie znaczyło, że masz polisę z opłatami niższymi, niż to, co wynegocjował z firmą ubezpieczeniową UOKiK. Informacja dotycząca obniżki opłat likwidacyjnych będzie umieszczona również na stronie internetowej. O tym, na jakich warunkach teraz można wycofać pieniądze z danej polisy, będą też informowały infolinie ubezpieczycieli.

      CZY "UCIECZKA" ZAWSZE SIĘ OPŁACI? Od 1 stycznia 2017 r. w przygniatającej większości przypadków będzie można wycofać się z polisy inwestycyjnej znacznie taniej, niż do tej pory. Owszem, będzie trzeba zapłacić "odstępne", ale prawdopodobnie gros klientów poniesie koszty rzędu 10% wycofywanych kwot, albo i mniej. To nie wyklucza możliwości pójścia do sądu po to, żeby odzyskać całą wpłaconą kwotę, ale przynajmniej część klientów zapewne uzna, że koszty prawników będą wyższe, niż stawka w grze. Sąd w dalszym ciągu może być opłacalną opcją dla tych, którym wartość inwestycji mocno spadła i nawet mała, 10-procentowa opłata likwidacyjna liczona np. od połowy pieniędzy, które zostały na rachunku (w stosunku do wartości wpłat) ich nie urządza.

      Może się też zdarzyć, że mimo niższej opłaty likwidacyjnej sama polisa nie jest na tyle zła, by korzystanie z oferty wynegocjowanej przez UOKiK miało sens - jeśli dobór funduszy inwestycyjnych jest porządny, a opłaty za administrowanie i zarządzanie polisą są niskie, to jej likwidowanie może mijać się z celem. Tyle, że w większości polis opłaty są wysokie, zaś składki niskie (100-200 zł miesięcznie), co minimalizuje szansę na dobre wyniki inwestowania. W takim przypadku może się opłacić skasowanie polisy i zabranie pieniędzy. Można też zagrozić ubezpieczycielowi zlikwidowaniem polisy i poczekać na propozycję przejścia na inną, bardziej korzystną. Jakie parametry powinna spełniać uczciwa polisa inwestycyjna? Pisałem o tym opisując jedną z takich polis, którą testuję obecnie na swoich prywatnych pieniądzach.

      WADY OFERTY WYNEGOCJOWANEJ PRZEZ UOKIK. Byłbym gburem, gdybym nie docenił starań UOKiK o rozwiązanie kwestii polis inwestycyjnych. Co by nie mówić: w tym przypadku, inaczej niż np. w kredytach frankowych, udało się wypracować rozwiązanie systemowe. Zasługi poprzedniego (Adam Jasser) i obecnego (Marek Niechciał) szefa UOKiK są więc niepodważalne, jak również praca ludzi, którzy operacyjnie "ogarniali" ten temat. Ale nie zmienia to faktu, że są w UOKiK-owym porozumieniu z ubezpieczycielami wady. Po pierwsze: nowy poziom opłat likwidacyjnych - przynajmniej dla "młodych" polis - jest wciąż znacznie wyższy, niż 4% maksymalnej opłaty dla polis sprzedawanych klientom w 2016 r. Sukces jest więc niepełny. Po drugie: porozumienie nie nakłada na ubezpieczycieli żadnych maksymalnych poziomów opłat administracyjnych, ani za zarządzanie polisami. A właśnie drożyzna polis, nie opłaty likwidacyjne, jest największym problemem tego typu produktów. Spora część tych dziś wprowadzanych na rynek wciąż jest obłożona bandyckimi prowizjami.

      Przeczytaj również: Masz polisę inwestycyjną? Zadzwonią do ciebie z dobrą nowiną. Ale uwaga: to może być oszustwo!

      KTO NIE SKORZYSTA Z OBNIŻKI OPŁAT? Jest pewna - zapewne niemała - grupa klientów, którzy z obniżki opłat likwidacyjnych nie skorzystają. To ci, którzy kupili polisy inwestycyjne typu strukturyzowanego. Libra, Lucro, Pareto... One też są objęte ugodą, ale w nich - inaczej, niż w "zwykłych" polisach - przedmiotem inwestycji nie są fundusze inwestycyjne, lecz produkt strukturyzowany, którego wycena w pierwszych latach trwania umowy może być bardzo niska. Co z tego, że klient może wycofać się z inwestowania płacąc tylko drobne "odstępne", skoro na rachunku polisy nie ma prawie żadnych pieniędzy? Klienci tego typu polis zostają w dalszym ciągu na lodzie i są skazani na kosztowne procesy sądowe. W jednym przypadku taki proces skończył się już zresztą unieważnieniem umowy, na podstawie której taka polisa została zaoferowana klientom. Chciałbym, żeby UOKiK wziął się za rogi także z tym bykiem.

      Czytaj też: Szczere oświadczenie pośrednika. "Kłamałem, bo mi kazali"

      Czytaj też: Jak odzyskać pieniądze utopione w Librach i Paretach? Mają sposób!

      NA CO UWAŻAĆ, GDY PRZYJDZIE LIST OD UBEZPIECZYCIELA? Kolejnym problemem związanym z porozumieniem UOKiK i ubezpieczycieli jest kwestia treści listów, które mają dostać klienci. W załącznikach do porozumienia są ich wzory i - przyznam szczerze - jest to absolutna chińszczyzna. Nie wiem jak urząd odpowiadający za ochronę praw konsumentów mógł dopuścić do użytku dokument, który ma trafić do zwykłych ludzi i jest napisany tak drętwym, urzędowym, hermetycznym językiem. Naprawdę, można było wynająć kogoś, kto przełożyłby to na zrozumiały dla każdego język. Gdy dostaniecie list od firmy ubezpieczeniowej, weźcie głęboki oddech i przeczytajcie pięć razy. Nie powinno tam być pułapek, aczkolwiek opisywałem już przypadki, w których ubezpieczyciel pisał do klienta list, z którego wynikało, że warunki ucieczki z polisy zawierają pewne haczyki. Ze względu, że UOKiK i ubezpieczyciele (tych drugich to nawet rozumiem ;-)) dopuścili do takiego sposobu komunikowania się z klientami, trzeba bardzo uważać na ewentualne "wkładki" zawarte w listach dotyczących obniżki opłat.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „Jest nowa ugoda w sprawie opłat likwidacyjnych! Kto odzyska kasę, a kto nie? I ile? Recenzuję!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 21 grudnia 2016 18:00
  • wtorek, 20 grudnia 2016
    • Ubezpieczenie auta za drogie? Chętnie pomogą, ale... zapłacisz dużo więcej. O co tu chodzi?

      Od pewnego czasu opisuję w blogu Wasze zgryzoty związane z ubezpieczaniem samochodów. W tym roku wielu ubezpieczycieli zachowywało się wobec klientów w sposób budzący niesmak, podwyższając składki niemal wszystkim. Trochę bardziej tym, którzy - jak mawiał były prezes PZU Andrzej Klesyk - często "pukają się na ulicach" - a trochę mniej, lecz też znacząco, tym nie pukającym się w ogóle. Ogromne (w wielu przypadkach) podwyżki spotkały nawet tych, którzy ostatnie "pukanko na ulicach" mieli wieki temu (np. mogą się pochwalić dziesięcioma latami bezszkodowej jazdy). Koszmarnie czują się ci, którzy mają stare samochody, bo w ich przypadku skokowa podwyżka ceny polisy oznacza, że OC "zjada" np. połowę ceny auta. Pretensje mają też młodzi kierowcy, którzy co prawda sami mają czystą kartę, ale są karani przez statystykę - jest większe ryzyko, że będą "się pukać", więc działa prewencyjna odpowiedzialność zbiorowa w postaci relatywnie bardzo wysokich składek.

      Stąd masowo młodzi kierowcy rejestrują auta na rodziców, jest to bardzo dobry patent na obniżenie ceny ubezpieczenia nawet o kilkadziesiąt procent. Inny trik pozwalający trochę zaoszczędzić to obniżenie sumy ubezpieczenia, czyli wzięcie tej wyceny wartości auta z ubezpieczeniowego katalogu wycen, która jest niższa (niektóre firmy same z siebie to proponują kierowcom, ale konsekwencje przystania na tę propozycję mogą być niefajne, bo odpowiedzialność ubezpieczyciela w razie kraksy też jest ograniczona sumą ubezpieczenia). Są też pomysły, by wykupić nowe ubezpieczenie już na kilka miesięcy przed wygaśnięciem starego, a tym samym dokonać swoistego arbitrażu cenowego. Jeśli dziś jest taniej, a potem będzie drożej, to płacąc za to coś awansem można zaoszczędzić.

      Czytaj też: Zapłać tylko 7 zł miesięcznie, a każdy będzie chciał cię podwozić

      Czytaj też: Dorzuć 100 zł do polisy, a w razie stłuczki będziesz dla nich królem

      Ostatni sposób na to, żeby ubezpieczenie mniej bolało, to rozłożenie płatności na miesięczne raty. Kiedyś było to niemożliwe, potem można było sobie pozwolić na maksymalnie dwie raty, ale prawdziwą rewolucję zrobił pośrednik finansowy, który zaczął finansować rozbicie płatności na raty. Ratalne płatności miesięczne są też opcją w ramach innowacyjnego ubezpieczenia samochodowego dostępnego dla klientów Banku Millennium przez smartfona. Firmy ubezpieczeniowe się zresztą wycwaniły i coraz chętniej rozbijają płatności za ubezpieczenie na raty - przeważnie na kwartalne, częstszych płatności nie chcą obsługiwać. Tyle, że... nie za darmo. Innymi słowy - obciążenie jednorazowe jest mniejsze, ale na koniec dnia płacisz więcej, niż gdybyś dobił targu jednorazową transakcją. Trochę tak, jak w ofertach firm telekomunikacyjnych - wypasiony smartfon można mieć już za 20-30% "prawdziwej" ceny, ale pod warunkiem, że przez trzy lata będziesz go spłacał w ratach, których łączny koszt oczywiście będzie wyższy, niż przy "normalnym" zakupie sprzętu. Ale w przypadku firm ubezpieczeniowych skala zmiany cen wynikającej z "ratalności" wpłat jest zastanawiająco wysoka.

      "Poprosiłem kilka firm o wyliczenie mi ceny ubezpieczenia OC przy płatności jednorazowej i ratalnej. To jest koszmar jak oni przy tym kantują! Interrisk przy płatności na dwie raty podwyższył mi cenę ze 1162 zł na 1452 zł, czyli o 25%. Compensa przy płatności w dwóch ratach żąda o 20% więcej - podwyżka ze 782 zł na 938 zł. Przy czterech ratach łączna cena polisy rośnie do 1017 zł, czyli o 30%. Generali rozbije polisę na dwie raty, ale wtedy cena rośnie o 20% - z 791 zł na 949 zł. W firmie Concordia przy dwóch ratach cena zmienia się z 999 zł na 1202 zł, czyli o 20%. Nie wiem jak oni lokują te pieniądze, że swoje straty z powodu nieposiadania od razu całej składki w kasie tak drogo wyceniają. A to tylko wybiórczy przegląd!"

      - pisze jeden z czytelników. Jasne, firma, która dostaje do ręki całą składkę, może zainwestować te pieniądze na rynku (założyć depozyt, kupić obligacje, niewielką część zarządzanych składek może nawet wystawić na jakieś ryzyko). Ale żeby brak tych pieniędzy wyceniać na 20-25%? Mam niejasne przeczucia, że firmy ubezpieczeniowe znalazły sobie kolejne źródło przychodów. Z jednej strony podwyższają składki, a z drugiej strony dyktują tym, których nie stać na ich jednorazowe zapłacenie, twarde warunki zapłaty ratalnej. Czy znacie podobne przypadki, albo przynajmniej jakieś wyjaśnienie tak wysokich różnic w cenach polis opłaconych jednorazowo i ratalnie? Czy ten dramat będzie dalej trwał? Jak bardzo wzrośnie cena ubezpieczeń samochodowych w najbliższych miesiącach? Prawdopodobnie wszystko zależy od tego czy ustanie choćby jeden z pięciu czynników, które odpowiadają za to, że firmy ubezpieczeniowe zwariowały. Bo to nie jest tak, że one podwyższają ceny wyłącznie ze względu na swoją pazerność. A w każdym razie nie tylko.

      Czytaj też: Od 10 lat jeździesz bez wypadku i jesteś lojalnym klientem? I co z tego?

      MFIND2OC DROŻEJE, BO... TRZEBA WYPŁACAĆ ODSZKODOWANIA ;-). Od kilkunastu miesięcy KNF prowadzi przeciwko ubezpieczycielom (albo raczej w obronie klientów) krucjatę mającą na celu przekonanie ubezpieczycieli do rzetelnej wyceny szkód komunikacyjnych. Sądy oraz kancelarie odszkodowawcze teżcoraz skuteczniej "golą" ubezpieczycieli (podwyższając wypłacane klientom świadczenia lub przymuszając do wypłacania pieniędzy w sytuacjach, w których ubezpieczyciele odrzucili roszczenie. W 2012 r. łączna liczba wypłat odszkodowań z polis OC wynosiła 1,01 mln. W roku 2015 łączna doszła do 1,42 mln. Jednocześnie w 2015 r. strata branży na ubezpieczeniach OC była o 234 mln zł wyższa, niż w 2014 r. I aż o 701 mln zł większa niż w 2013 r. Nota bene jeśli w Polsce jest ponad 27 mln zarejestrowanych pojazdów, z tego 20,4 to pojazdy osobowe, wychodzi na to, że "duże" kilka procent właścicieli aut w każdym roku zgłasza szkodę. Nie pomyślałbym, że posiadanie samochodu jest tak ryzykownym przedsięwzięciem :-). Choć pewnie większość tych szkód do drobiazgi. No, ale w autoryzowanym serwisie porządnej marki po zarysowaniu drzwi i zderzaka zwykle pada diagnoza, że wszystko jest do wymiany i że naprawda potrwa dwa tygodnie ;-).

      OC DROŻEJE, BO... NIE LUBIMY SIĘ UBEZPIECZAĆ. W Polsce biznes polegający na ubezpieczaniu samochodów odpowiada za dużo większą część rynku ubezpieczeniowego, niż gdzie indziej. A więc i próg bólu ubezpieczycieli, dotyczący możliwości tracenia na tej kategorii ubezpieczeń, jest ustawiony niżej. Gdybyśmy masowo kupowali ubezpieczenia mieszkań, zdrowia, życia, turystyczne i co tam jeszcze, to pewnie straty z ubezpieczeń komunikacyjnych tak by ubezpieczycieli nie bolały. W krajach Unii Europejskiej ubezpieczenia komunikacyjne to średnio prawie 29% biznesu tego sektora. W Polsce odpowiadają za 49,7%. Z czego większość stanowi najbrdziej nierentowna część, czyli OC (prawie 60%). Bo na AC firmy ubezpieczeniowe raczej zarabiają. Skoro tak, to każdy właściiel samochodu powinien zrobić sobie rachunek sumienia: "jakiego ubezpieczenia nie wykupiłem, choć mógłbym". A potem grzecznie przeprosić ubezpieczyciela i zapłacić grzecznie podwyższoną składkę za OC samochodu ;-).

      OC DROŻEJE, BO... NIE MA JAK INWESTOWAĆ. W czasach wysokich stóp procentowych firmy ubezpieczeniowe zarabiały nie tyle na ubezpieczaniu naszych aut, ile na lokowaniu składek klientów. Duża część zysku takiego PZU to były po prostu odsetki od posiadanych obligacji. Nawet jeśli w ostatecznym rozrachunku wartość zebranych składek niewiele różniła się od wypłaconych odszkodowań, to na samym obracaniu zebranymi składkami - i lokowaniu ich w obligacje skarbowe - dało się nieźle zarobić. Teraz już się nie da, bo bezpieczne lokowanie oszczędności nie oferuje 5-6% potencjalnego zysku, lecz tylko 1-2%. Sprawa jest więc oczywista: zanim zapłacisz składkę ubezpieczeniową, zrób rachunek sumienia i policz ile ubezpieczyciel na tej składce zarobi zanim będziesz jednym z tych, którzy "pukają się na ulicach" ;-).

      MfIND1OC DROŻEJE, BO... NOWI ZOSTALI ZJEDZENI. Ostatnie lata w Polsce to była regularna wojna na rynku ubezpieczeniowym. Weszły nowe firmy, częściowo działające w modelu direct, czyli sprzedające ubezpieczenia bez pośrednictwa agentów i zaczęły rozpychać się na rynku, budząc przerażenie już osiadłych tutaj firm. Ten etap się skończył. Challengerzy albo się wykruszyli, albo "wydorośleli" i zeszli na ziemię, czyli zaczęli tworzyć sieci placówek i agentów (a wtedy już polisy nie mogą byc radykalnie tańsze), albo zostali kupieni przez dużych graczy. Axa przejęła Liberty Ubezpieczenia, zaś PZU połknął Link 4. I skończyło się rumakowanie. W czasie, gdy toczyła się wojna cenowa w ubezpieczeniach komunikacyjnych, średnia składka w OC była u nas jedną z najniższych w Europie. Według danych European Motor Insurance Markets Addendum, w latach 2012-2014 w Polsce średnia składka wynosiła 113 euro, a w Niemczech było to 245 euro. Jeszcze wyższe składki były w Belgii (308 euro), czy Szwajcarii (382 euro). Jasne, tam się inaczej zarabia, ale ceny samochodów są niestety wszędzie podobne, tak samo jak ceny usług medycznych, za które - w przypadku "pukania się na ulicach" musi płacić ubezpieczyciel.  Trochę danych o tym jakie były jeszcze do niedawna ceny ubezpieczeń w Polsce i za granicą, podrzuca też porównywarka mFind.pl, która opracowała swój raport o podwyżkach ubezpieczeń komunikacyjnych

      OC DROŻEJE, BO... UBEZPIECZYCIELE SĄ FRAJERAMI. Z jednej strony mamy w Polsce kilku nieuczciwych ubezpieczycieli, którzy robią wszystko, by nie wypłacić odszkodowania bądź jak najbardziej je zaniżyć, a z drugiej mamy trochę nieuczciwych klientów, którzy biorą odszkodowania za fikcyjne lub ukartowane szkody. No i wreszcie mamy sporo cwanych gap z firm naprawiających samochody, którzy też potrafią nieźle naciągnąć firmę ubezpieczeniową na wyższe koszty. Wiem, że trudno z tym walczyć, ale oczekiwałbym od firm ubezpieczeniowych, żeby robiły to znacznie lepiej i skuteczniej niż dotychczas, bo jeśli się opieprzają, to my - uczciwi klienci - potem za to płacimy w składkach.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (19) Pokaż komentarze do wpisu „Ubezpieczenie auta za drogie? Chętnie pomogą, ale... zapłacisz dużo więcej. O co tu chodzi?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 20 grudnia 2016 09:05

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


użytkowników on-line