Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

01. Prześwietlamy reklamy

  • piątek, 04 listopada 2016
    • Rusza sezon przedświąteczny? Jest i nowa gwiazda w reklamie! Oraz kredyt czasem niezły ;-)

      Jak co roku, tuż po 1 listopada zaczyna się w bankach sezon na pożyczki świąteczne. A ja, jak co roku, liczę, że tym razem kredyty będą tańsze i mniej obciążone pułapkami, niż zwykle. I że w styczniu będę miał mniej listów od czytelników, którym wydawało się, że wzięli tani kredyt, a wzięli taki, którego udźwignąć nie sposób. Uwierzcie, to nie są łatwe rozmowy, bo i sytuacja klientów wciągniętych w finansowe bagno zwykle jest trudna do rozwiązania jednym ruchem. Przeważnie proces wychodzenia z długów konsumpcyjnych trzeba rozpisać na kilkadziesiąt miesięcy. Choć więc do świąt jeszcze trochę czasu, to upraszam Was o elementarną czujność w zaciąganiu kredytów. Pamiętajcie: żeby nie wiem jak tanio wyglądał kredyt, najpierw sumujemy wszystkie raty i porównujemy ich sumę z kwotą, którą dostaniemy do ręki. Potem sprawdzamy czy będzie z czego spłacić pożyczkę. A dopiero potem cokolwiek podpisujemy.

      Jeśli chodzi o "wysoki sezon" na pożyczki, to co roku niezmiennie otwiera go z dużym hukiem bank BZ WBK. Mają tam niezłych speców od marketingu i od zatrudniania gwiazd - był w reklamach BZ WBK Gerard Depardieu (w czasach, gdy jeszcze nie odleciał w kosmos), był legendarny komik John Cleese, był Danny deVito i Antonio Banderas, był Leo Beenhakker i słynny Pele, był wreszcie Kevin Spacey i to w czasach, gdy wszyscy z rumieńcami oglądaliśmy "House of Cards".Były chłopaki z Zakopower, jak również był Mrozu. Nie mówiąc już, że był mój faworyt - sam Strażnik Teksasu ;-)

      Ostatnio BZ WBK stawia na gwiazdy piłki nożnej. Gdy we Francji chłopaki Adama Nawałki nawalali aż miło, pożyczkę o złudnej nazwie "druga połowa gratis" reklamował komentator Mateusz Borek. Przedświąteczną edycję szybkiej gotówki firmował będzie nie tylko Borek, ale i nasz bohaterski bramkarz Łukasz Fabiański. Widać na Roberta Lewandowskiego banku nie stać, a Grzegorz Krychowiak już nie ma miejsca w kalendarzu, bo ostatnio wyskakuje z każdej lodówki oraz z każdego foreksu.

      Czytaj też: Błaszczykowski, Krychowiak, Fabiański. Mogli załatwić problem franków. Jak?

      "Fabian" jako twarz kredytu gotówkowego jest świetnym - nomen omen - strzałem, bo jest oazą spokoju, człowiekiem grzecznym i uprzejmym, niekontrowersyjnym i przepuszczającym staruszki w drzwiach, jest po prostu gościem, któremu każda matka zostawiłaby pod opieką nie tylko dziecko, ale i męża (przynajmniej nie polałoby się zbyt dużo piwa :-)). Reklama też mi się podoba - w porównaniu z innymi wytworami wyobraźni innych reklamowych rzemieślników reklam jest dowcipna i przyjemnie się ją ogląda. A sam kredyt? Największą jego zaletą jest to, że nie jest wysoki ;-)). W tym sezonie przedświątecznym BZ WBK promuje pożyczkę od 1000 zł do 4000 zł bez zaświadczeń, z okresem spłaty maksymalnie 12 miesięcy. Przychodzę do banku, dzwonię na infolinię albo loguję się przez internet i w ciągu 60 sekund po złożeniu wniosku otrzymuję decyzję o kredycie. W BZ WBK doskonale wiedzą, że Polak nie chce kredytu taniego, lecz szybkiego.

      fabiaaaa

      A cena? Formalnie oprocentowanie jest niskie - ledwie 4% w skali roku. Do tego 5,5% prowizji. Też ujdzie, bo są banki, które bez żenady biorą 16-20%. Gdyby kończyło się na tych dwóch elementach, to kredyt w BZ WBK nazwałbym okazyjnym. Przykładowo: pożyczając 2000 zł na rok zapłaciłbym 43 zł odsetek i 110 zł prowizji (lub ciut więcej jeśli ta prowizja byłaby wliczona w kredyt, a więc oprocentowana). W sumie do zwrotu miałbym więc o 153 zł więcej, niż pożyczyłem. A miesięcznie oddawałbym niecałe 180 zł raty (z czego 13 zł przypadałoby na koszty). To naprawdę przyzwoite warunki. Niestety, jest jeszcze pewien drobiazg - ubezpieczenie "Spokojna spłata". W wersji kredytu online jest ono obowiązkowe, a w wersji "placówkowej" lub telefonicznej - podobno nie. W przykładzie reprezentatywnym bank podaje, że składka wynosi mniej więcej tyle, ile odsetki i prowizja razem wzięte. A więc gdyby do mojego kredytu z ceną 153 zł dorzucić jeszcze ubezpieczenie, to zapłaciłbym już ze 300 zł opłat. Rata zbliżyłaby się do 200 zł miesięcznie, zaś w każdej płatności już nie 13 zł, lecz 27 zł zajmowałyby koszty.

      Znudziły cię już oferty kredytów za zero? Oni mają coś lepszego: pożyczkę na ujemny procent. I to nie jest żaden żart!

      Fakt, że tam, gdzie klient mógłby obsłużyć się sam, dorzucają mu automatycznie ubezpieczenie, może niestety świadczyć o tym, że i w kanałach "niesamoobsługowych" pracownicy mają stanowczy zakaz udzielania pożyczek bez ubezpieczenia. Patenty na to są znane - składam wniosek i nagle okazuje się, że dla kredytu bez ubezpieczenia nie mam zdolności kredytowej, akurat zawiesił się komputer, nie można dodzwonić się do analityka... Słowem - trzeba się wykazać niemałą asertywnością, że wywalczyć kredyt bez ubezpieczenia. Jeśli pod wpływem fajnie urzeźbionej reklamy kredytu gotówkowego w BZ WBK pobiegniecie do oddziału po pożyczkę, to pamiętajcie, że jest to bardzo fajny, relatywnie tani pieniądz tylko do momentu, w którym spróbują Wam "dopchnąć" do niego ubezpieczenie. Wtedy przestaje być fajny i tani. Choć jego reklama nie przestaje być fajna nigdy ;-).

       

      Choć oczywiście pojęcie "taniości" jest tu relatywne. Nawet biorąc pod uwagę, że za 2000 zł po roku trzeba byłoby oddać duetowi Borek-Fabiański aż 300 zł więcej, to i tak są to grosze w porównaniu z cenami, które oferują pozabankowe firmy pożyczkowe. W Providencie, jednej z największych, 12-miesięczna pożyczka w kwocie 2000 zł oznacza konieczność zwrócenia w tygodniowych lub miesięcznych ratach co najmniej 3065 zł. W firmie Wonga - 2970 zł. Wychodzi z tego, że nawet w najdroższej wersji pożyczka BZ WBK na święta jest trzy razy tańsza, niż to, co oferują pożyczkodajnie. Ale ja oczywiście polecam tylko tę wersję pożyczki od Łukasza Fabiańskiego, która kosztuje tylko 75 zł od każdego pożyczonego tysiąca w skali roku. Czyli bez ubezpieczenia. Niestety, jest ona na 100% niedostępna dla obecnych klientów BZ WBK (bo niedostępna w wersji online). A czy da się ją dostać w placówce lub przez telefon? To już zależy od siły Waszej perswazji i od ewentualnych luk w wyszkoleniu pracowników banku ;-))). Gdybyście mieli problem z pokonaniem pracownika, to dla uspokojenia zanućcie sobie tę reklamę wiadomego banku ;-)

      OBEJRZYJ CZWARTY ODCINEK "KASOWNIKA SAMCIKA". W kolejnym odcinku mojego cotygodniowego wideocyklu głównym tematem są internetowi złodzieje twoich pieniędzy. Jakie sposoby stosują, żeby wyczyścić ci konto? Jakich zasad bezpieczeństwa przestrzegać, żeby sobie poszli?

      A poniżej trzeci odcinek "Kasownika Samcika", w którym przedstawiałem sprytne sposoby na oszczędzanie. W poprzednich odcinkach było m.in. o studiowaniu, pracowaniu, czy zaciąganiu kredytu hipotecznego. Poza poradami finansowymi w każdym wydaniu solennie obiecujęczerstwy żart prowadzącego :-)), ciekawostkę o pieniądzach oraz finansowy trik Samcika. Żeby nie przegapić kolejnych odcinków - zapraszam do subskrybowania kanału YouTube "Subiektywnie o finansach"  

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „Rusza sezon przedświąteczny? Jest i nowa gwiazda w reklamie! Oraz kredyt czasem niezły ;-)”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 04 listopada 2016 20:12
  • piątek, 19 sierpnia 2016
    • Ile kosztuje kredyt repolonizacyj... tfu, co ja... konsolidacyjny po zniżce o dwie trzecie? Liczę ;-)

      Reklamy Alior Banku - głównego narzędzia repolonizacji branży bankowej w Polsce - to przeważnie marketingowe majstersztyki. Ludzie, którzy odpowiadają tam za jakość "kuszenia" klientów doskonale wiedzą gdzie trzeba połechtać, żeby człowiek nie mógł się oprzeć "wyższej kulturze bankowości". Alior w ciągu kilku lat wyrósł ze start-upu na jeden z największych banków w Polsce i jednocześnie najbardziej "wydajny", czyli najskuteczniej wyciskający klientów. Wiele rzeczy w Alior Banku jest najtańszych "tylko na niby" albo najtańsze "pod warunkiem, że". Gdybym tego nie wiedział, to zapewne zacząłbym się zastanawiać nad fenomenem pożyczki konsolidacyjnej, którą ostatnio reklamuje Alior Bank w telewizji spotem z żaglowcem. Bo na pierwszy rzut oka oferta ta - jak większość produktów w Aliorze - wygląda re-we-la-cyj-nie. Zresztą zobaczcie sami. Nie sposób się nie zakochać w tym pożyczkowcu ;-). Na jego tle inne banki rzeczywiście wyglądają jak jakieś żałosne łajby spod ciemnej gwiazdy ;-)

      W reklamie aliorowcy obiecują, że jeśli w ciągu ostatniego roku nie mieliśmy żadnych opóźnień w spłacie "starego" kredytu i przeniesiemy go do Aliora, to dostaniemy od ręki 30% obniżki w oprocentowaniu. I po każdym kolejnym roku uczciwej spłaty ta zniżka w oprocentowaniu rośnie, by ostatecznie osiągnąć 60%. Kto nie przeniósłby kredytu, skoro ten nowy może być po jakimś czasie tańszy o dwie trzecie?! A jeśli jeszcze uświadomimy sobie, że w Polsce obowiązuje ustawa antylichwiarska i kredyty nie bywają oprocentowane wyżej, niż na 10%, to dojdziemy do wniosku, że Alior jest w stanie pożyczyć nam kasę nawet na... 4% w skali roku. A to cena, która może być niższa od niejednego kredytu hipotecznego, zabezpieczonego nieruchomością.

      Czytaj też: Obiecują, że zetną oprocentowanie pożyczki o jedną trzecią. Warto skorzystać?

      Gdzie kryje się pułapka? Oprocentowanie kredytu dzięki wejściu na pokład żaglowca rzeczywiście staje się niskie - tuż po przeniesieniu długu z innego banku będzie wynosiło maksymalnie 7% w skali roku (lub mniej, o ile klient przyniesie z poprzedniego banku papiery, że jego kredyt był oprocentowany niżej, niż na 10% w skali roku). Co to może oznaczać na konkretnych cyferkach? Jeśli mam 30.000 zł długu udzielonego na 10% i do końca spłaty zostało mi pięć lat, to płacę miesięcznie 637 zł raty, a łącznie odsetki będą kosztowały mnie 8.239 zł. Jeśli zrefinansuję ten dług w Aliorze, to już na starcie moja rata zjeżdża do 594 zł (czyli co miesiąc mam 43 zł oszczędności), a średnio w całym okresie spłaty - uwzględniając, że docelowo oprocentowanie spadnie do 4% - będę płacił tylko 566 zł miesięcznie. Łącznie szacowany koszt odsetek w ciągu pięciu lat zjedzie poniżej 4.000 zł.

      aliorprzych2016Niestety, biletem wstępu na aliorowski żaglowiec jest prowizja i ubezpieczenie. To, co zaoszczędziłbym na moim 30-tysięcznym kredycie - 4.000-4.500 zł w odsetkach - mam szansę "umoczyć" w opłatach dodatkowych. Prowizja za udzielenie kredytu konsolidacyjnego w Alior banku wynosi bowiem - trzymajcie się mocno foteli - nawet 16%. Może być mniejsza (bank ma pełną swobodę w jej ustaleniu w zakresie od zera do 16%), ale jeśli słabo negocjuję i zostanę ulokowany w pobliżu górnych wideł (np. zapłacę 14% prowizji) to koszt kredytu automatycznie rośnie o 4.200 zł. Jeśli ta prowizja jest kredytowana, czyli doliczona do kwoty kredytu, to ostatecznie i od niej płacę odsetki. W ciągu pięciu lat będzie to dodatkowy tysiączek. Dodajmy jeszcze ubezpieczenie na życie, którego wykupienie też jest warunkiem promocyjnej oferty - czyli bez tego nie wpuszczą nas pod banderę Aliora. Koszt ubezpieczenia jest spory - 0,25% miesięcznie od kwoty kredytu.

      Z regulaminu nie wynika czy jest to kwota kredytu pozostała do spłaty, czy "startowa", ale trzeba zakładać raczej ten drugi scenariusz. Jeśli tak, to pięcioletni kredyt (60 miesięcy) o wartości 34.000 zł (aż tyle, bo po doliczeniu skredytowanej prowizji) będzie droższy o 3% w skali roku. A składki ubezpieczeniowe wyniosą w całym okresie kredytowania 5.100 zł. Jeśli i tę składkę skredytujemy, to łącznie z oprocentowaniem kredytu otrzymujemy kwotę do zwrotu rzędu 44.000 zł. Dopływamy do portu "spłata" z sukcesem, ale tanio wcale być nie musi. Oczywiście: to skrajnie pesymistyczny scenariusz. W przykładzie reprezentatywnym Alior Bank podaje znacznie bardziej optymistyczne dla klienta parametry - przy pożyczce 50.000 zł i prowizji za jej udzielenie na poziomie 4% oraz 52 ratach (czyli niecałych czterech i pół roku spłacania) wychodzi im kwota do zwrotu na poziomie 66.800 zł - w tym 2.300 zł prowizji, 9.300 zł odsetek oraz 5.200 zł składki ubezpieczeniowej.

      To koszt porównywalny do kredytu bez żadnych prowizji i dodatkowych obciążeń, oprocentowanego na 14% w skali roku. Jak na stan po zniżce o 60% - niespecjalnie wstrząsająca oferta. Opłacalność całego interesu zależy w głównej mierze od tego, czy ten "stary" kredyt, który chcielibyśmy zamienić na tańszy, został obłożony wysoką prowizją, którą już zapłaciliśmy z góry. W takiej sytuacji każde przenosiny wiążące się z koniecznością zapłacenia kolejnej prowizji musiałyby się wiązać z naprawdę dużą obniżką w oprocentowaniu. Na tyle dużą, że ów niższy procent z nawiązką pokryłby koszty kolejnej prowizji, którą trzeba zapłacić. W konsolidacyjnej ofercie Alior Banku obniżka oprocentowania jest duża - pewnie przeciętnie osiąga 4-5% - i gdyby udało się wynegocjować zero prowizji, to jeszcze nie jest źle. Ale przy kilkuprocentowej prowizji sprawę położyłyby już koszty ubezpieczenia, podbijające koszt kredytu o 3% w skali roku. No i trzeba pamiętać, że wszystkie zniżki są obwarowane ważnym warunkiem - kredyt musi być spłacany terminowo, bez żadnych opóźnień. Inaczej z obniżki nici.

      Ta pułapka - wysoka prowizja lub ubezpieczenie związane z konsolidacją/refinansowaniem kredytu - jest umieszczona w zdecydowanej większości takich ofert. Przyczepiłem się do Aliora, bo akurat "zaatakował" jaźń klientów telewizyjną reklamą. Identyczny manewr stosuje np. Bank BPH (w trakcie repolonizacji :-)), który oferuje jeszcze niższe oprocentowanie w ramach konsolidacji i również nie krzywduje sobie jeśli chodzi o opłaty związane z całą operacją. Tu oprocentowanie konsolidowanego zadłużenia wynosi 3,9%. Za tę cenę - obiecuje bank, który podobno gra fair - można "wymiksować się" z innych kredytów.  

      W przykładzie reprezentatywnym mamy 39.500 zł konsolidowanego zadłużenia, które rozkładamy aż na osiem lat spłaty! Koszty wyniosą 8.136 zł w odsetkach oraz 7.634 zł w prowizji. Widać więc, że oprocentowanie - bardzo zresztą atrakcyjne - stanowi tylko połowę kosztów kredytu. Przewaga BPH-owskiego kredytu nad aliorowskim jest taka, że tu mamy tylko prowizję, nie ma obowiązkowego ubezpieczenia, które zamydla sytuację. Ale za to patrząc na poziom prowizji można klęknąć - to prawie 20% kosztów kredytu! Gdyby ten kredyt rozłożyć na jakieś 5 lat (jak w Aliorze), a nie na osiem, to koszt prowizji byłby zdecydowanie wyższy, niż odsetki do zapłacenia. BPH-owski kredyt konsolidacyjny - przynajmniej patrząc na przykład reprezentatywny, z kwotą do spłaty 55.300 zł - kosztuje tyle, ile "normalny" (czyli nie obciążony żadną prowizją) oprocentowany na 9%.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (9) Pokaż komentarze do wpisu „Ile kosztuje kredyt repolonizacyj... tfu, co ja... konsolidacyjny po zniżce o dwie trzecie? Liczę ;-)”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 19 sierpnia 2016 09:20
  • środa, 13 kwietnia 2016
    • Bank znów pomoże ci zmotywować dziecko do nauki. A jak? Wraca kontrowersyjny pomysł

      Płacenie dzieciom za wyniki w nauce to praktyka rodzicielska, która wzbudza sporo kontrowersji. Z jednej bowiem strony nie da się ukryć, że złote polskie (które są świetną walutą wymienialną na czipsy, colę i najróżniejsze gadżety) mogą zmotywować niemal każdego dzieciaka do nauki nie lubianego przedmiotu. I to znacznie skuteczniej, niż opowieści o tym, jak dobre wykształcenie ułatwia życie w dorosłości. Z drugiej zaś strony nie da się ukryć, że nauka to jednak podstawowy obowiązek dziecka i w zasadzie nagradzanie syna lub córki za to, że raczy otworzyć podręcznik, może prowadzić do wynaturzeń polegających na płaceniu latorośli za to, że umyło zęby. Przyznam, że nieco bliższe jest mi to drugie stanowisko, a dzieciom wolę płacić stałe kieszonkowe, połączone z motywacyjnymi zabawami w bank. A jakimi? Posłuchajcie i obejrzyjcie:

      Tym niemniej nie wykluczam, że jeśli rodzice dobrze sprofilują ewentualne wynagrodzenie za wyniki w nauce (np. specjalna premia za czerwony pasek na koniec roku, albo za poprawienie średniej z poprzedniego roku o jakiś wyznaczony wskaźnik), a dziecko ma już dobrze nastawiony "finansowy kręgosłup moralny", to może nie będzie z tego demoralizacji, lecz dobra motywacja dziecka do wyciskania siódmych potów tam, gdzie zwykle poprzestawało na szóstych :-). Jest w Polsce jeden bank, który prowadzi ze swoimi młodymi klientami taką właśnie grę - nagradza gimnazjalistów i licealistów pieniędzmi za dobre świadectwo. Na taki pomysł już kilka lat temu skusili się szefowie Toyota Banku, niedużej instytucji finansowej, powołanej głównie do finansowania zakupów samochodów japońskiego koncernu. Toyota Bank prowadzi też jednak nie tylko kredytowanie samochodów, ale i klasyczną bankowość detaliczną: konta, karty, debety. Ma całkiem ciekawe konta z szerokim wachlarzem usług assistance, a swoje "samochodowe" pochodzenie podkreśla money-backiem za zakupy paliwowe na stacjach. Miewa też od czasu do czasu jeden z nielicznych w Polsce fair-kredytów gotówkowych. Choć potrafi też mnie zdenerwować, strzelając z armaty do muchy.

      W Toyota Banku mają m.in. konto Click, przeznaczone dla osesków w wieku od 13 lat. Jego prowadzenie nic nie kosztuje, pieniądze są oprocentowane (2,5% w skali roku), a w pakiecie bank daje darmowe przelewy internetowe oraz trzy gratisowe wypłaty w miesiącu z dowolnego bankomatu w kraju (każda kolejna kosztuje już 4,5 zł). Jedynym nieuniknionym kosztem jest złotówka miesięcznie abonamentu za kartę debetową (ale można mieć też konto bez karty). Młodzieżowe konto w Toyota Banku ma więc parametry niezłe, ale nie rewelacyjne. Ale od kilku lat na wiosnę "Japończycy" włączają dopalacz, czyli program nagród za... dobre wyniki w nauce. Jeśli po zakończeniu roku szkolnego prześlesz do banku skan świadectwa i jest na nim dużo piątek, dostaniesz nagrodę finansową. Jej wartość zależy poniekąd od twojej "zamożności", bo tą nagrodą jest nic innego, jak dodatkowe oprocentowanie pieniędzy leżących na koncie. Dodatkowe odsetki osesek może po zakończeniu promocji wycofać i wydać na przyjemności.

      bonusdlanajlepszych

      Czytaj też: Wielkie kuszenie studentów. Getin zapłaci za piątki w indeksie

      Jest i prezent "w naturze", czyli 50-złotowy bon do Empiku. Aby zasłużyć na te nagrody trzeba mieć wysoką średnią - co najmniej 4,75. Wtedy bank podwoi odsetki wypracowane w okresie od 1 kwietnia do 30 czerwca. Jeśli średnia jest powyżej 5.0 - nawet je potroi. Z takim wszakże zastrzeżeniem, że owo podwojenie nie może banku kosztować więcej, niż 100 zł, a potrojenie - więcej, niż 200 zł. Skorzystają na pewno ci uczniowie, którzy już mają jakieś zaskórniaki lub oszczędności z kieszonkowego i mogą je zdeponować w banku. Dla tych, którzy nie są jeszcze młodymi rentierami i nie mają co położyć na koncie, żeby się podwoiło, jest druga część promocji. Bon w wysokości 50 zł do Empiku będzie przysługiwał tym uczniom, którzy mają średnią powyżej 4,75, ale oprócz posiadania konta Click wezmą też kartę debetową (tę za złotówkę miesięcznie) i będą nią płacić w sklepach. Wykręcić trzeba aż 200 zł obrotu miesięcznie, co nie musi być wcale niską kwotą dla ucznia. Tym bardziej, że w kalkulacji bank nie bierze pod uwagę transakcji mniejszych, niż 20 zł (a więc najpopularniejszych wśród młodzieży).

      Bank kusi, że łącznie w okresie promocji (która trwa przez trzy miesiące) można wycisnąć aż 250 zł nagrody (czyli 200 zł za średnią powyżej 5.00 oraz 50 zł za średnią powyżej 4,75 i płacenie kartą za zakupy. Ale jeśli się bliżej przyjrzeć, to nie będzie tak różowo. Podwojenie oprocentowania na koncie - które i tak jest przyjemne, bo wynosi 2,5% w skali roku - w zamian za dobre świadectwo trochę mi przypomina moje domowe "zabawy w bank" (choć u mnie podstawą zabawy nie są wyniki w nauce, ale postępy w nauce rozsądnego zarządzania zaskórniakami)...

      ...ale trzeba pamiętać, że mówimy o krótkim okresie, w którym "baza" odsetek nie zdąży urosnąć na tyle, żeby jej podwojenie lub potrojenie rozbijało bankowi bank :-). Jeśli np. gimnazjalista-prymus ma uciułany 1000 zł, założy sobie konto Click i będzie się dobrze uczył, to po zakończeniu roku szkolnego bank dorzuci mu do odsetek w wysokości 5,2 zł drugie tyle. Szok i niedowierzanie. A jeśli mamy do czynienia z kujonem do kwadratu ze średnią ponad 5.00, to z tego ulokowanego na dobry procent tysiączka wyciśnie jeszcze trzecią pięciozłotówkę. Oczywiście: można sobie wyobrazić, że kwota położona na depozyt będzie większa i wtedy jej podwojenie (lub potrojenie) też będzie bardzo zauważalne. Bank się jednak na taką okoliczność zabezpieczył.

      Po pierwsze "bazowe" oprocentowanie 2,5% w skali roku obowiązuje tylko do 8000 zł osadu (powyżej tej granicy spada do 0,5%), a po drugie jest też limit kwotowy korzyści z podwojenia lub potrojenia procentów (100 lub 200 zł). Policzyłem, że aby wybitnie zdolny osesek mógł w całości wykorzystać dary losu i Toyota Banku, musiałby dysponować oszczędnościami w granicach 43.000 zł. Wtedy wyciśnie z banku 200 zł premii. Tylko który gimnazjalista ma taki osad? Opowieści o 100, czy 200 zł, które można dostać w Toyota Banku za dobre świadectwo, włożyć więc należy między bajki. Tak naprawdę w większości przypadków "uzysk" będzie będzie mniejszy, kilku lub kilkunastozłotowy. Ale może to dobrze, że dziecko będzie się uczyło obchodzić z pieniędzmi zaczynając od tych malusich? :-) Także warunek otrzymania 50-złotowego bonu do Empiku (domykającego całą "zabawę") nie jest tak banalny do spełnienia, bo tu nie wystarczy zapłacić kartą raz jakiś duży rachunek. Trzeba tej karty używać w każdym miesiącu na kwotę 200 zł i to wyłączając małe rachunki poniżej 20 zł. Jak widać w Toyota Banku trzeba być nie tylko dobrym uczniem, ale i kasiastym :-).

      SUBIEKTYWNOŚĆ U HARCERZY. W zeszły weekend miałem przyjemność spotkać się z warszawskimi harcerzami i opowiedzieć im trochę o zasadach zarządzania domowymi pieniędzmi, oszczędzaniu i o tym jak przeciętny młody człowiek, stojący dopiero u progu kariery zawodowej, może "zaprogramować się" na zamożność. Było naprawdę fajnie, twórczo i sympatycznie.

      DSC_000301aaa

      POLECAM MOJE KSIĄŻKI: o oszczędzaniu, inwestowaniu i zarządzaniu domowymi pieniędzmi. Dowiesz się z nich jak założyć pierwszy plan systematycznego oszczędzania i jak bezpiecznie lokować pieniądze poza bankiem. 

      baner_640x2501

      Samcik_620x2003

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (8) Pokaż komentarze do wpisu „Bank znów pomoże ci zmotywować dziecko do nauki. A jak? Wraca kontrowersyjny pomysł”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 13 kwietnia 2016 08:58
  • czwartek, 31 marca 2016
    • Limuzyna dla każdego! :-) Ten bank pożyczy ci auto na dwa lata i opłaci ubezpieczenie. Za ile?

      Raiffeisen Bank w zeszłym roku zaskoczył ciekawym kontem osobistym ("Wymarzone Konto" z 3-złotowym abonamentem za kartę i kilkoma ciekawymi atrakcjami w pakiecie) oraz tanią polisą inwestycyjną ("Wymarzone perspektywy"). W tym roku też ma pokazać kilka innowacji. Jedną z nich udało mi się poznać jeszcze przed premierą. Otóż Raiffeisen będzie oferował długoterminowy wynajem samochodów. Będzie można bez żadnego wkładu własnego wziąć z salonu nowe auto i płacąc miesięczną ratę używać go przez rok lub dwa, a potem oddać z powrotem do sprzedawcy i ewentualnie wziąć kolejny samochód. To taki leasing, tyle że w odsłonie konsumenckiej, stosunkowo mało popularnej w Polsce, choć oczywiście spotykanej. Zamiast mieć własne auto, wynajmujesz je od zewnętrznej firmy, która dba o wszystkie formalności związane z autem. Ty masz jedynie wlać paliwo do baku (w pakiecie oferowanym przez Raiffeisena jest karta paliwowa, dzięki której przychodzi raz w miesiącu jeden rachunek za to, co auto "wypiło").

      "Wymarzone auto", bo tak nazywa się oferta, która startuje w Raiffeisenie z początkiem kwietnia, ma być atrakcją dla tych, których boli brzuch na samą myśl o kupowaniu lub sprzedawaniu auta. I dla tych którzy nie przywiązują wielkiej wagi do tego, czy jeżdżą własnym samochodem czy pożyczonym. W ramach miesięcznej raty firma leasingowa współpracująca z Raiffeisenem zapewnia ubezpieczenie auta, pokrywa koszty serwisu i ewentualnych napraw. No i na starcie nie trzeba mieć żadnych pieniędzy - w odróżnieniu od klasycznego leasingu tu nie ma wkładu własnego. Płacisz pierwszą ratę i w ciągu 24 godzin wyjeżdżasz z salonu. Kłopotem może być ograniczony wybór aut (nie będą to wszystkie marki i modele), konieczność dokupienia we własnym zakresie zimowych opon (za dopłatą można to wrzucić w koszty leasingu) oraz ograniczenia kilometrowe - rocznie w ramach płaconej raty można przejechać autem nie więcej, niż 20.000 km.

      Ile to kosztuje? Udało mi się wycisnąć z Raiffeisena kilka przykładowych cenników. W ramach oferty długoterminowego wynajmu można mieć np. jeden z trzech modeli Nissana - Juke, Qashqai oraz X-Trail. Dla najmniejszego w tym zestawie Nissana Juke (silnik 1,2 litra, benzynowy i konfiguracja Acenta) roczny wynajem kosztuje 887 zł miesięcznie, a dwuletni - 1081 zł miesięcznie. A np. dla Qashqai'a może to być od 977 zł do 1096 zł miesięcznie (w zależności od długości wynajmu). Drogo? Tanio? Cóż, nowy Juke w podobnej konfiguracji, jak ten oferowany przez Raiffeisena, kosztuje w salonie jakieś 62.000 zł, zaś nówka-sztuka Quashqai to wydatek rzędu przynajmniej 73.000 zł (w nieco droższej wersji - 81.000 zł). Jak łatwo policzyć, wynajmując od Raiffeisena któryś z tych samochodów na rok, zapłacimy - w przybliżeniu - jakieś 11.000 zł, czyli równowartość 15-17% ceny nowego auta. A przy wynajmie dwuletnim będzie to między jakieś 26.000-27.000 zł, a więc 37-43% ceny auta. 

      wymarzoneauto1

      Niemało. Przez pięć lat - przy założeniu, że rolowałbym wynajem co roku, a cena byłaby stała - wydałbym na wynajem auta jakieś 55.000-60.000 zł. A więc tyle, ile kosztuje nowe auto w salonie. A gdybym przeznaczył te same pieniądze na raty kredytu i zakup auta na własność? Raty kredytowe raczej nie będą wyższe od leasingowych, a po spłacie kredytu miałbym auto, które - owszem - rynkowo bardzo straciło na atrakcyjności, ale jednak reprezentuje jakąś wartość (np. mógłbym je sprzedać za 25.000 zł). Z tego punktu widzenia oferta Raiffeisena się "nie spina". Ale przecież używając auta należącego do banku nie muszę wydawać kasy na ubezpieczenie (w miarę wypasiony pakiet OC-AC to przynajmniej 5-6% wartości auta, a więc wydatek rzędu 2000-3000 zł rocznie), ani na obowiązkowe przeglądy (1000 zł mniej więcej raz na dwa lata). I jeszcze kredyt: przy wartości pożyczki 60.000 zł, prowizji "startowej" 5% i oprocentowaniu na poziomie 8% rocznie zapłaciłbym łącznie 16.000 zł kosztów. W sumie więc posiadanie własnego auta kosztowałoby mnie ekstra 30.000 zł. W raiffeisenowym leasingu po pięciu latach nie mam auta, ale te 30.000 zł dodatkowych kosztów też znika z bilansu.

       A porównanie z klasycznym leasingiem firmowym? W Nissanie można wziąć Juke'a w dwuletni leasing już za 646 zł, czyli znacznie taniej, niż w konsumenckiej ofercie Raiffeisena (ponad 1000 zł), ale... trzeba na starcie wpłacić 45% wartości auta w formie wkładu własnego. A w ofercie Raiffeisena można przyjść po auto będąc gołym i wesołym. No, nie całkiem gołym jeśli jesteśmy miłośnikami limuzyn: będzie też oferta wynajęcia aut Volvo V40 lub XC60. Tu roczny wynajem - w zależności od modelu - będzie kosztował między 2250 zł a 2650 zł miesięcznie, zaś dwuletni - między 2000 zł a 3200 zł miesięcznie. W skali roku raty pochłoną więc minimum 25.000 zł. Inna sprawa, że Volvo to nie są tanie samochody, najtańsze wersje tych, które są w ofercie Raiffeisena, kosztują ponad 100.000 zł. A w przypadku modelu XC60 (195 koników pod maską i automatyczna skrzynia biegów) mówimy o aucie, które cennikowo kosztuje ponad 170.000 zł.

      Można takiego XC60 kupić w pięcioletnim kredycie płacąc mniej więcej 3450 zł miesięcznej raty (przy oprocentowaniu 8% rocznie) i mieć po zakończeniu spłaty kredytu autko warte 60.000-70.000 zł (minus 25.000 zł kosztów ubezpieczeń zawieranych "po drodze" i 5000 zł kosztów przeglądów), albo płacić po 3200 zł miesięcznie Raiffeisenowi, oszczędzając na ratach łącznie 25.000 zł i nie ponosząc kosztów ubezpieczeń, ale i na koniec zostając bez auta. Bilans wychodzi mniej więcej porównywalny, ale nie każdy dostanie duży kredyt na luksusową limuzynę :-)

      wymarzoneauto2

      W sumie więc pomysł Raiffeisena od strony czysto ekonomicznej - przynajmniej w niektórych scenariuszach - się broni. Dla osób, które nie mają potrzeby traktowania samochodu jako przedłużenia ego, tylko chcą mieć narzędzie do pracy i transportu - to może być niezła oferta. Co rok lub dwa można zmieniać samochód i nie tracić dwóch miesięcy na procedurę sprzedawania starego i kupowania nowego auta. Odpada problem ubezpieczenia (co może mieć znaczenie dla młodych kierowców oraz osób nie posiadających zniżek, które za indywidualne polisy zapłaciłyby jak za zboże). Płacąc te 900-1100 zł miesięcznie w ramach wynajmu długoterminowego w jakimś sensie "wyrzucamy w błoto" te pieniądze (to koszt zbliżony do raty kredytowej), ale nie pozbywamy się oszczędności w ramach wkładu własnego w kredyt i prowizji kredytowej oraz zrzucamy sobie z głowy większość kosztów eksploatacyjnych.

      Z całą pewnością oferta Raffeisena nie jest dobrym pomysłem dla osób "przywiązujących się" do samochodów. Konfigurujących, tuningujących i inwestujących w swoje cacko. Owszem, wypożyczone auto po roku lub dwóch można odkupić, ale odpada możliwość customizacji - trzeba brać to, co dają. Nie jest to też dobry pomysł dla tych, którzy "wykręcają" swoim samochodem duże odległości kilometrów. Wypożyczonym autem można - nie płacąc dodatkowej opłaty - przejechać rocznie nie więcej, niż 20.000 km. Jeśli ktoś jeździ więcej, to zapłaci "kary" nakładane przez leasingodawcę. Inna sprawa, że te 20.000 km to całkiem sporo, nawet jeżdżąc codziennie do pracy, na zakupy i dwa razy w roku na wakacje nie jest łatwo zrobić większy "obrót". Leasing konsumencki do tej pory nie był popularny, bo jego atrakcyjność nie powalała na kolana. Raiffeisen wystawia ofertę, która każe się przynajmniej zastanowić nad taką alternatywą dla zakupu własnego samochodu.

      ILE NAPRAWDĘ KOSZTUJE SAMOCHÓD? Kiedyś sprawdziłem co by się stało, gdybym wysiadł z mojej ukochanej Toyoty i przesiadł się do autobusu. Nie uwierzycie, ale...

       

      MELEKSEM NA DRODZE DO MILIONA. Podróżowanie meleksem po polu golfowym jest o niebo przyjemniejsze, niż podróżowanie samochodem do pracy. Ale na takie karesy trzeba zasłużyć. Jak to się robi? Opowiadam w tym klipie.

      WIDZIELIŚCIE BANKOMAT SAMOCHODOWY? To jedna z największych bankowych innowacji ostatnich miesięcy. Chcesz wpłacić lub wypłacić pieniądze? Zamiast szukać bankomatu, po prostu go... zamawiasz. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (32) Pokaż komentarze do wpisu „Limuzyna dla każdego! :-) Ten bank pożyczy ci auto na dwa lata i opłaci ubezpieczenie. Za ile?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 31 marca 2016 09:03
  • czwartek, 03 września 2015
    • Spłacasz kredyt w terminie? Banki oddadzą ci odsetki. Ale które najlepiej "przytulić"?

      Bankowcy stawiają mnie przed coraz trudniejszymi wyborami. Ostatnio w telewizji widziałem kilka reklam, zachęcających mnie do zaciągnięcia takiego kredytu, w którym... dostanę z powrotem odsetki. Nie wiem jak wy, ale ja, słysząc coś takiego, staję się od razu podejrzliwy. Po co tak przekładać pieniądze z jednej kieszeni do drugiej? Jak chcą mi uczynić przysługę, to niech po prostu obniżą oprocentowanie, zamiast organizować przedsięwzięcie sprowadzające się to tego, ze ja im płacę więcej, a oni mi potem część oddają. No, ale gdybym miał się zastanawiać nad każdym wymysłem bankowych marketingowców to bym niechybnie już do końca osiwiał. Skupiłem się więc na czymś przyjemniejszym: wybraniu tego banku, który mi... najwięcej odda. Na pierwszy rzit oka spośród dwóch promowanych w telewizji propozycji jedna jest zdecydowanie bardziej atrakcyjna. Bank BPH chciałby, żebym przytulił aż 12 odsetek. Jak się patrzy na te małe cholery w klipie telewizyjnym to się zapomina, że są aż tak dokuczliwe.

      Bardzo miło się ogląda takie mniamuśne reklamy, chociaż oczywiście wiadomo, że kant lub przynajmniej kancik być gdzieś musi. Choćby dlatego, że pożyczki gotówkowe to coś, na czym banki zarabiają teraz najwięcej i nie ma żadnego powodu, dla którego Bank BPH miałby nie chcieć robić tego samego. Oferta jest następująca: jeśli nie masz lub nie miałeś do niedawna żadnego kredytu gotówkowego w BPH i pożyczysz od 1000 zł do 20.000 zł na 12-24 miesiące, a następnie bez opóźnień spłacisz wszystkie raty, to bank BPH gwarantuje zwrot odsetek za 12 miesięcy.

      Z kolei BGŻ BNP Paribas promuje "Oszczędzający Kredyt Gotówkowy" i obiecuje, że jak już zapłacę odsetki, to on odda mi 20% z nich. Oczywiście są warunki: razem z kredytem trzeba wziąć kartę kredytową, ubezpieczenie i konto bankowe, na które bank przeleje kaskę. Oto stosowny fragment regulaminu:

      "Warunkiem otrzymania premii jest zawarcie w okresie ww. sprzedaży premiowej umowy kredytu (na okres od 12 miesięcy) oraz – za pośrednictwem Banku – umowy ubezpieczenia stanowiącego zabezpieczenie kredytu, wypłata kredytu na rachunek bankowy oraz spłata kredytu zgodnie z harmonogramem. Kredyt jest oferowany przez Bank łącznie z kartą kredytową"

      W zaistniałej sytuacji wybór wydaje się być oczywisty: skoro BPH zwraca całe odsetki za pierwszy rok spłaty (czyli co najmniej za połowę okresu kredytowania, który wynosi w ramach tej promocji maksymalnie dwa lata), zaś BGŻ BNP Paribas tylko co piątą złotówkę ze wszystkich zapłaconych odsetek, to bardziej opłaca się pójść do tego pierwszego banku. Lepiej, że oddadzą co drugą odsetkę, niż co piątą. Niestety, to może być złudzenie optyczne. Takie samo jak to, że odsetki są milusie i przyjemnie się je przytula.:-). Sęk w tym, że poza odsetkami, których większą lub mniejszą część mogę dostać z powrotem, banki pobierają też wysokie prowizje od udzielonych kredytów, a  także wymagają od klienta wykupienia dodatkowego ubezpieczenia. A to oznacza dodatkowe obciążenia, których bank bynajmniej nie zwraca. Ile one wynoszą w przypadku obu kredytów? Policzmy. Dla pewności dane do obliczeń wziąłem z tzw.przykładów reprezentatywnych, dołączonych do reklam obu kredytów.

      W przypadku Banku BPH przykładowy kredyt jest na półtora roku i ma wartość 3200 zł. Poza odsetkami, z których większość (a dokładniej 208 zł z 245 zł zapłaconych) i tak będzie klientowi zwrócona, bank pobierze 430 zł prowizji i bliżej nieokreśloną składkę ubezpieczeniową. Nawet jeśli ją pominiemy i weźmiemy pod uwagę wszystkie faktycznie ponoszone przez klienta koszty kredytu, to wyjdzie, że biorąc na pół roku 3200 zł, trzeba zapłacił 430 zł prowizji i niecałe 40 zł odsetek (resztę odsetek bank pozwoli "przytulić"). 470 zł kosztów od pożyczki 3200 zł na pół roku to tak, jakbym wziął kredyt oprocentowany na 17% w skali roku bez żadnych dodatkowych kosztów. A jak to wygląda w przypadku BGŻ BNP Paribas? Tu przykład reprezentatywny dotyczy poważniejszego kredytu na 16.000 zł. Okres kredytowania też jest dłuższy, bo wynosi aż cztery lata. Obciążenia poza odsetkami (wynoszącymi 3700 zł) też nie są niskie - prawie 700 zł prowjzji i 1430 zł składki ubezpieczeniowej. Słono. Od tego trzeba odliczyć ponad 700 zł "ulgi odsetkowej", więc łącznie faktycznie poniesiony koszt kredytu wyniesie 5085 zł. A to równowartość kredytu oprocentowanego na 14,5% w skali roku, w którym nie byłoby żadnych dodatkowych prowizji, ani opłat.

      Wychodzi na to, że choć BPH zwraca prawie wszystkie odsetki, a w dodatku nie wzięliśmy pod uwagę składki ubezpieczeniowej (nie wiemy ile wynosi), to przeliczone w skali roku "gołe" oprocentowanie okazuje się być wyższe, niż w kredycie w BGŻ BNP Paribas. Dlaczego? Cóż, po prostu proporcje pomiędzy kosztami odsetkowymi, a prowizją, w przypadku pierwszego z kredytów są mniej korzystne. Klient pożyczający 3200 zł w BPH płaci w skali roku 313 zł obciążeń (prawie 10% kwoty kredytu), zaś pożyczkobiorca w BGŻ BNP Paribas pożyczający 16.000 zł w skali roku płaci 1271 zł kosztów (niecałe 8% kwoty kredytu). Jak widać w świecie finansów nic nie jest tak oczywiste, ak wyglądałoby na pierwszy rzut oka. Czasem warto przytulić mniej odsetek, ale za to mocniej i czulej.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Spłacasz kredyt w terminie? Banki oddadzą ci odsetki. Ale które najlepiej "przytulić"?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 03 września 2015 15:52
  • wtorek, 23 czerwca 2015
    • Nadali nowe znaczenie frazie "drobnym druczkiem". List, który trzeba oglądać pod lupą

      Nie da się ukryć, że niskie stopy procentowe i spadający limit oprocentowania, wynikający z ustawy antylichwiarkiej, zmienia życie ludzi odpowiedzialnych w bankach za budowanie oferty kredytów konsumpcyjnych. Czasem zmienia je w złym kierunku - przykładem jest ściema, że kredyt gotówkowy kosztuje "tylko 5% {i że jest "najtańszy na rynku", bo ma "gwarancję najniższej raty" - a czasem w nie najgorszym. Powstają bowiem oferty pożyczek gotówkowych, w których cena jest po prostu opłatą za "wypożyczenie" pieniędzy. Bierzesz 5000 zł i oddajesz 5000 zł, a płacisz tylko z góry stałą kwotę, dokładnie tak, jakbyś wypożyczał samochód, czy apartament wakacyjny. Oczywiście: płatna z góry "opłata za wypożyczenie" stanowiąca np. 10% pożyczanej kwoty wcale nie oznacza, że oprocentowanie tego kredytu wynosi 10%. Opłatę za udzielenie pożyczki płacimy bowiem z góry, zaś odsetki byłyby liczone od coraz mniejszego kapitału. Ale to nieważne - grunt, że kwoty są przejrzyste, a klient wie ile zapłaci.

      Wydawało mi się, że w czasach, kiedy każda reklama jest pod lupą subiektywności, najbardziej niecne praktyki, które można określić sloganem "pisane drobnym druczkiem", odejdą w siną dal. Ale nie, one wciąż mocno się trzymają. Jedna z moich czytelniczek, stała klientka sieci hipermarketów Auchan, otrzymała ostatnio pocztą superofertę taniej pożyczki od firmy Oney. To marka oferująca usługi finansowe klientom Auchan i Leroy Merlin, głównie pożyczki ratalne i gotówkowe, także "opakowane" w karty kredytowe. Opisywałem już kiedyś jeden z produktów Oney w niezbyt ciepłych słowach, ale chyba nikogo nie dziwi, że pożyczki dostępne bezpośrednio w sklepach są drogie. Wygoda w dostępie do pieniądza niestety kosztuje. Ale dziś nie skrytykuję Oney za to, że oferuje drogi pieniądz, namawiając klientów do wyuzdanej konsumpcji i wpędzając najsłabsze mentalnie i finansowo jednostki w pętlę długów. Nie skrytykuję też Oney za to, że pożyczka jest sprzedawana jako tania - tylko 3,99% - podczas gdy z góry wiadomo, że jej prawdziwy koszt jest większy. Skrytykuję firmę za to:

      oney1

       oney2

      Spójrzcie na dysproporcję między ilością miejsca poświęconego na przekonywanie klienta, że kredyt jest tani, bo oprocentowany tylko na 3,99%, a tą, którą firma poświęca na disclaimer z informacjami tłumaczącymi, że tak naprawdę pożyczka kosztuje znacznie więcej, niż wydaje się na pierwszy rzut oka. Takie listy są wysyłane m.in. do osób starszych, emerytów i rencistów, ale przecież nawet przeciętny konsument, nie mając w domu lupy, będzie miał kłopoty z przeczytaniem tego, co oni tam na dole piszą. A piszą rzeczy naprawdę istotne. Na przykład to, że RRSO przy kredycie w wysokości 11600 zł wziętym na trzy lata wynosi drobne 29,69%. Albo że przy takim kredycie, oprocentowanym na 3,99%, prowizja wynosi 1450 zł (czyli ponad 10% wartości kredytu!), zaś opłata za ochronę ubezpieczeniową w pakiecie rozszerzonym (fakultatywnym, choć być może jakiś nieetyczny sprzedawca będzie wmawiał klientom, że bez tego ubezpieczenia "nie da rady") to kolejne 2842,29 zł. Jest jasne, że tym, którzy skonstruowali taką ofertę niespecjalnie zależy, by klienci poznali jej szczegóły. Ale elementarna przyzwoitość nakazywałaby im przynajmniej nie utrudniać. Naprawdę, lasy w Polsce przetrwają jeśli firmy finansowe zaczną komunikować się z nami większą czcionką. Używanie tak mikrej czcionki w ulotkach reklamowych, listach do klientów, czy innym przekazie "pisanym" powinno być surowo karane. Na rynku w moim rodzinnym Poznaniu stoi pręgierz. Chętnie osobiście wymierzę karę, gdyby ktoś się poczuwał do odpowiedzialności :-). Jest tylko jedna rzecz gorsza od bardzo drobnego druczku. To dużo stron bardzo drobnego druczku :-).

      Żeby nie było, że tylko narzekam: niektóre reklamy bankowych pożyczek gotówkowych są naprawdę słodkie. Ostatnio do moich ulubionych należy spot Banku BPH pod hasłem "Przytul odsetki", w którym bohater - najprawdopodobniej kredytobiorca, który pożyczył trochę kasy na zakup samochodu - zostaje osaczony przez urocze, małe stworki, przypominające nieco słynnego kota ze Shreka (zwłaszcza tymi niewinnymi oczętami :-)). Osaczanie jest bardzo miłe i zaczyna się w garażu, gdzie pierwsza odsetka znienacka zaczyna przyglądać się naprawianiu lub tuningowaniu auta, a następnie domagać się gwałtownie przytulenia. Potem odsetki pojawiają się w różnych innych miejscach posiadłości bohatera klipu, a na koniec już przytulenia domagają się wszystkie, w liczbie aż dwunastu. Odsetki są bardzo czułe i mają poczucie humoru, można się z nimi zaprzyjaźnić na całego. Co trzeba zrobić, żeby przytulić odsetki? Niewiele, wystarczy wziąć w Banku BPH kredyt gotówkowy i go spłacać przez rok bez żadnych opóźnień. A potem już można się zabrać za przytulanie odsetek.

      Bardzo miło się ogląda takie mniamuśne reklamy, chociaż oczywiście wiadomo, że kant lub przynajmniej kancik być gdzieś musi. Choćby dlatego, że pożyczki gotówkowe to coś, na czym banki zarabiają teraz najwięcej i nie ma żadnego powodu, dla którego Bank BPH miałby nie chcieć robić tego samego. Oferta jest następująca: jeśli nie masz lub nie miałeś do niedawna żadnego kredytu gotówkowego w BPH i pożyczysz od 1000 zł do 20.000 zł na 12-24 miesiące, a następnie bez opóźnień spłacisz wszystkie raty, to bank gwarantuje zwrot odsetek za 12 miesięcy. Przy krótkiej pożyczce będzie to oznaczało zwrot wszystkich zapłaconych odsetek, zaś przy dłuższym - zdecydowanej ich większości. Bo przecież przy kredytach z ratami równymi w pierwszych ratach odsetek jest zawartych znacznie więcej, niż w ostatnich ratach. Z tego punktu widzenia - patrząc wyłącznie przez pryzmat rozliczeń dotyczących oprocentowania - promocja Banku BPH jest uczciwsza, niż to, co kiedyś oferował np. Bank BGŻ, czyli zwrot odsetek za drugi rok spłaty kredytu po terminowej spłacie rat w pierwszym roku. Tam tych odsetek do zwrotu było mało, a w ofercie BPH - zdecydowana większość lub wręcz wszystkie.

      Wszystkie koszty pożyczki oczywiście muszą być ukryte gdzieś indziej, niż w odsetkach. Nie trzeba być specjalnie bystrym obserwatorem tej reklamy, żeby dowiedzieć się gdzie. W dolnej części spotu wędrują pisemne komunikaty-zastrzeżenia związane z ofertą. Można z nich wyczytać, że zwrot nie dotyczy prowizji kredytowej, ani ubezpieczenia. Swoją drogą to miłe, że BPH pokazuje to wszystko w taki sposób, żeby dało się przeczytać, nie stroniąc w dodatku od poczucia humoru, bo ostatni napis brzmi "przy kręceniu tego filmu żadna odsetka nie ucierpiała". Niezłe ;-). A ile ta urocza pożyczka z przytulaniem w pakiecie kosztuje? Oczywiście niemało. W przykładzie reprezentatywnym bank podaje, że jeśli ktoś zechce pożyczyć np. 3200 zł i rozbije to na 18 rat, to zapłaci 202 zł raty miesięcznej. Łączny koszt kredytu będzie się składał z 245 zł odsetek, z czego bank gotów jest zwrócić klientowi 208 zł, a także z 430 zł prowizji, która oczywiście zwrotowi nie podlega. Jak łatwo obliczyć ta prowizja, pobierana z góry, stanowi kilkanaście procent wartości kredytu i jest dużo mniej słodka oraz mniamuśna, niż odsetki ;-).

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (9) Pokaż komentarze do wpisu „Nadali nowe znaczenie frazie "drobnym druczkiem". List, który trzeba oglądać pod lupą”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 23 czerwca 2015 08:37
  • piątek, 29 maja 2015
    • Baby są jakieś inne? Ten kredyt ponoć też. Czy warto płacić 16 zł raty? Prześwietlam ;-)

      Czy pożyczka gotówkowa może być produktem przyjaznym klientowi? W większości banków już słysząc to pytanie popukaliby się w czoło, bo doskonale zdają sobie sprawę, że pożyczka gotówkowa nie ma mieć nic wspólnego z przyjaznością. Ten produkt w ofercie banku służy do tego, żeby wykręcić na nim jak najwyższą marżę. Na tyle wysoką, by pokryć straty spowodowane m.in. darmowymi ROR-ami, oferowaniem money-backów, bezpłatnymi bankomatami, proponowaniem stawek za depozyty wyższych, niż wynosi WIBOR. Banki do wielu rzeczy dopłacają, a na to wszystko muszą wyjąć pieniądze z klientów szybkich pożyczek gotówkowych. Taka jest niestety smutna prawda o polskiej bankowości. Gdyby chociaż banki nie ściemniały w reklamach, że "kredyt zero procent", albo że tylko 5% odsetek i do tego gwarancja najniższej raty. A na boku 30% opłaty przygotowawczej, albo składka ubezpieczeniowa stanowiąca większość kosztów kredytu. Klientom - jeśli już mają płacić słono za gorący pieniądz - należy się od bankowców odrobina uczciwości. A więc: pokazanie ile kredyt kosztuje naprawdę

      Widzieliście zapewne w telewizji reklamy banku ING z aktorem Adamem Woronowiczem (twarz znana m.in. z filmu "Baby są jakieś inne"), który na spółkę z Markiem Kondratem przekonuje, że czasem warto się zapożyczyć, bo pieniądze oddasz, a to, co dzięki nim kupisz lub nabędziesz - zostanie. W jednym ze spotów tym "czymś" jest znajomość języka francuskiego, dzięki której bohater reklamy lepiej sobie radzi w swoim małym biznesie. W innym komputer, a w jeszcze innym - rower dzięki któremu łatwiej budować tężyznę fizyczną ;-). To oczywiście mocno wyidealizowany obraz szybkiej pożyczki, bo częściej jednak bierzemy z banku gorący pieniądz, żeby sfinansować wycieczkę zagraniczną, albo zakup nowego telewizora. To nie są wydatki, które mogą być rodzajem "inwestycji w siebie" i kiedyś się zwrócić. Taki kredyt jest "zły", z punktu widzenia konsumenta, choć oczywiście PKB dzięki wyuzdanej konsumpcji rośnie najszybciej ;-). 

      ing_woronowicz

      Reklama reklamą, ale na samą pożyczkę w ING warto zwrócić uwagę, choćby ze względu na nietypową komunikację z klientem. ING reklamuje, że rata pożyczki może wynieść tylko 16 zł od każdego pożyczonego tysiąca. Do tej pory banki licytowały się raczej o to ile wyniesie miesięczny lub dzienny koszt samych odsetek, a to informacja, która nic nie mówi o cenie kredytu. ING podaje minimalną wartość raty, która też nie mówi o cenie kredytu wszystkiego, ale jest nieco uczciwszym postawieniem sprawy. Można przynajmniej przykleić ją do domowego budżetu i sprawdzić czy sam budżet też się wtedy sklei ;-).

      W ofercie ING nie ma większej ściemy jeśli chodzi o oprocentowanie - pożyczka kosztuje 10% plus prowizja uzależniona od zasysanej przez klienta kwoty. W przypadku, gdy klient składa wniosek przez internet płaci jakieś 4% prowizji, a im więcej pożycza, tym jest ona niższa. Można wziąć też ubezpieczenie, ale nie jest ono obowiązkowe i rzutuje tylko na wysokość prowizji, nie ma wpływu na oprocentowanie kredytu. Wartość prowizji jest określona kwotowo już na etapie symulacji. Jeśli więc pożyczam 1000 zł na rok, to płacę 88 zł raty miesięcznej, a łączny koszt odsetek wynosi 54 zł. Do tego dochodzi prowizja w wysokości 40 zł, co oczywiście powoduje, że jest do dość droga pożyczka - jej koszt w skali roku wynosi 94 zł przy pożyczonym 1000 zł (czyli tak, jakbym wziął kredyt z oprocentowaniem 20% bez prowizji). Choć oczywiście w porównaniu z ceną przeciętnej chwilówki jest wielokrotnie taniej. W ofercie ING wszystko jest wyłożone na stół, bez żadnego kombinowania. Co najwyżej informacja o prowizji w internetowym formularzu do wyliczania kosztów pożyczki mogłaby być napisana większą czcionką - bo to ona tak naprawdę podbija koszt kredytu. Klipy reklamujące tę ofertę są uroczo bałamutne ;-), zresztą zobaczcie sami:

      Pożyczka reklamowana przez ING ma pewną nietypową cechę - można spłacać raty w różnych kwotach. Bank narzuca tylko tę minimalną, a jeśli klient chce obniżyć koszty pożyczki i spłacić ją wcześniej, może nadpłacać bez żadnych ograniczeń. Bank po każdej nadpłacie automatycznie przeliczy dług, odsetki pozostałe do zapłaty i ewentualnie skróci okres kredytowania (nadpłata "obcina" raty od końca). W ING zachęcają wręcz, by każdą pożyczkę z automatu rozłożyć sobie na najdłuższy możliwy okres, czyli 96 miesięcy, dzięki czemu każdy tysiąc będzie oznaczał jedynie 16 zł raty. W zasadzie to głupia rada, bo im dłuższy okres kredytowania, tym wyższe są łączne odsetki (nawet jeśli pojedyncza rata nie boli). Ale w przypadku tego kredytu, gdy w każdej chwili można spłacić większą część pożyczki i bank nie będzie z tego powodu czynił fochów, nie jest to taki najgorszy pomysł. Oczywiście, bankowcy doskonale wiedzą, że to oni wygrają w tej grze, bo większość klientów będzie spłacać i tak minimalną ratę. Dzięki swej łaskawości bank ostatecznie więc zarobi więcej. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „Baby są jakieś inne? Ten kredyt ponoć też. Czy warto płacić 16 zł raty? Prześwietlam ;-)”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 29 maja 2015 09:06
  • czwartek, 28 sierpnia 2014
    • Drugi rok gratis, dycha za tysiąc, naj-najniższy procent... Oto "szkolne" triki banków

      Ci z Was, którzy oglądają telewizję i słuchają radia, musieli to zauważyć. W mediach sypnęło reklamami szybkich pożyczek gotówkowych. Ofensywę na nasze biedne umysły przypuściły zarówno firmy pożyczkowe, z Wongą i Vivusem na czele (tu znajdziesz prześwietlenie oferty Vivusa oraz nowej promocji Wongi), jak i bankowcy. Credit Agricole proponuje kredyt kosztujący "tylko 10 zł za każdy pożyczony tysiąc miesięcznie", BZ WBK obniżył oprocentowanie pożyczki dla dwojga, BGŻ kusi, że za drugi rok spłacania kredytu w ogóle nie weźmie odsetek, Alior Bank wydłużył gwarancję najniższej raty, mBank proponuje oprocentowanie "niższe od najniższych", PKO BP sprawdza jak organizm wytrzyma pożyczkę "MiniRatka" na 9,99% w skali roku. Powód tej ofensywy jest oczywisty: początek roku szkolnego i fakt, że nasze portfele są wyjątkowo wysuszone. Na wakacje wydaliśmy oszczędności (niektórzy nawet się zadłużyli), a tu trzeba znów otworzyć portfele i kupić podręczniki, piórniki, plecaki, tenisówki. Ponieważ wolę, gdy jesteście wodzeni na pokuszenie w sposób świadomy, dziś subiektywne prześwietlenie wszystkich najnowszych reklam szybkiej gotówki ze szczególnym uwzględnieniem tkwiących w nich pułapek.

      "Tylko 10 zł za każdy pożyczony tysiąc". W najnowszej reklamie kredytu gotówkowego Credit Agricole francuska aktorka Juliette Binoche popisuje się znajomością języka polskiego: "ja płacę, ty płacisz, oni płacą" - mówi z wyraźnym francuskim akcentem. To stary numer, znany jeszcze z reklam BZ WBK, w których każda kolejna zagraniczna gwiazda próbowała w spotach wydukać coś w naszym języku. Kilka sekund później widzimy klientów, którzy nie mogą uwierzyć, że kredyt może być tak tani oraz pracowników banku przekonujących: "naprawdę"! A na koniec przystojniaczek w garniturze przekonuje, że to jedyny taki kredyt na rynku. A jak jest naprawdę? Najnowsza oferta Credit Agricole to odświeżona wersja "Kredytu Prostoliczonego", tyle że nieco tańsza. W zeszłym roku cena pożyczki wynosiła 15 zł za każdy pożyczony tysiąc miesięcznie. Teraz jest 10 zł. Oszustwa żadnego w tym nie ma: kredyt rzeczywiście kosztuje tyle, ile mówią. Jest za to złudzenie optyczne, bo te 10 zł miesięcznie za każdy pożyczony tysiąc, to 120 zł rocznie, a więc kwota odsetek odpowiadająca oprocentowaniu na poziomie 21,5%. Pożyczając 1000 zł na rok przy takim właśnie oprocentowaniu oddamy bankowi 1120 zł. Oczywiście "10 zł miesięcznie" brzmi lepiej, niż "prawie 22% w skali roku", ale warto pamiętać, żeby policzyć koszty w skali całego okresu kredytowania, a nie tylko jednego miesiąca

       "Drugi rok gratis". W Banku BGŻ na początku roku szkolnego znów rządzą wiewiórki. W reklamowym spocie wiewiórka występuje jako gwiazda talk-show. "Jest z nami ktoś, kto twierdzi, że na pożyczce można zaoszczędzić" - przedstawia nietypowego gościa prowadzący. A potem deklaruje, że prędzej ogoli się na łyso, niż uwierzy, że to prawda. "Przecież bankowi trzeba płacić odsetki" - przekonuje. Wiewiórka twierdzi, że niekoniecznie, bo w Banku BGŻ wystarczy w terminie spłacać odsetki przez pierwszy rok, by w drugim spłacać tylko same raty, bez żadnych odsetek. Prowadzący się poci, robi głupie miny, a w ostatnim ujęciu widzimy, jak przymierza się do golenia. Dowcipne to, ale zanim pobiegniecie do banku, wspólnie policzmy: ile odsetek trzeba zapłacić w pierwszym roku, żeby ten drugi był już "za darmo". Oprocentowanie wynosi aż 16% w skali roku, co oznacza, że pożyczając 1000 zł na dwa lata w "normalnym" kredycie zapłacilibyśmy 175 zł odsetek. Jednocześnie bank podaje na swojej stronie internetowej, że przy takiej właśnie pożyczce zaoszczędzimy na odsetkach ponad 47 zł. Jak by nie liczyć, 47 zł nie jest połową ze 175 zł. Jeśli znacie zasadę spłacania kredytów, to już wiecie o co chodzi: więcej odsetek płaci się w pierwszym roku (bo są liczone od wyższej kwoty zadłużenia). Bank, rezygnując z odsetek w drugim roku, daje więc bonus znacznie mniejszy, niż 50-procentowy. Na dodatek w BGŻ pobierają z góry 5% prowizji, co wyrównuje im "straty" wynikające ze sprezentowania klientowi odsetek za drugi rok. Jeśli bowiem pożyczymy u wiewiórek 1000 zł i zapłacimy 125 zł odsetek (po rabacie) oraz 50 zł prowizji, to łączny koszt kredytu będzie mniej więcej taki, jak przy "zwykłej" pożyczce na 16%. Możecie odłożyć golarki.

      "Oprocentowanie niższe, niż najniższe". Gwarancje najniższego oprocentowania lub najniższej raty (niepotrzebne skreślić) oraz najniższej składki ubezpieczeniowej (swoją drogą jestem ciekaw, czy drwale wciąż rąbią) to coraz częściej spotykany manewr, który bankowcy na nas testują. A ponieważ wszyscy nie mogą być jednocześnie najtańsi, więc trzeba kombinować. Z okazji początku roku szkolnego za kombinowanie wziął się mBank, który zaoferował, że oprocentowanie jego pożyczki będzie "niższe od najniższego". Idea jest piękna, ale wykonanie nie najlepsze. Już sam tytuł promocji świadczy o tym, że mamy tu do czynienia z pewną manipulacją. Jak wiadomo, oprocentowanie kredytu nic nie mówi o jego prawdziwej cenie - po drodze są prowizje, koszty dodatkowe, ubezpieczenia. Większość z tych obciążeń jest wrzucana klientowi w ratę kredytu, więc nawet niskie oprocentowanie może oznaczać wysoką ratę. Stąd obietnica oprocentowania "niższego niż najniższe" właściwie nic nie mówi o prawdziwych kosztach kredytu. Więcej dowiemy się analizując regulamin promocji i tzw. przykład reprezentatywny. A w nim stoi jak wół, że mBank np. chętnie pożyczy pieniądze na 12,3% i nawet zagwarantuje możliwość obniżenia tego oprocentowania do wysokości oferowanej przez inny bank (trzeba przynieść formularz informacyjny potwierdzający, że tamten bank rzeczywiście pożyczyłby taniej), ale... trzeba wykupić dodatkowe ubezpieczenie, którego składka wynosi np. 0,2% wartości pożyczki miesięcznie. A to oznacza, że cena kredytu rośnie o 2,5% w skali roku. Do tego dochodzi 5% prowizji, również nie objętej gwarancją najniższego oprocentowania. W sumie to promocja, która jest obwarowana taką liczbą warunków dodatkowych, że aż trudno ocenić jej użyteczność.

      "Żadna oferta, w żadnym momencie nas nie przebije". Alior Bank podkręcił z kolei warunki swojej gwarancji najniższej raty. Tu podstawą gwarancji jest kwota co miesiąc płacona przez klienta, a nie oprocentowanie. I za to bank ma u mnie plus. "Nowa gwarancja najniższej raty działa nie tylko dziś, ale przez cały okres kredytowania. Żadna oferta, żadnego banku, w żadnym momencie jej nie przebije" - obiecuje Alior. Aby skorzystać z gwarancji, trzeba przynieść z innego banku formularz informacyjny, z którego wynika, że ów bank pożyczyłby nam kasę taniej przy założeniu identycznego okresu spłaty i kwoty pożyczki. Formularz można przynieść w każdym momencie spłacania kredytu w Aliorze. Choć oczywiście są obostrzenia: "Klient jest zobowiązany zasięgnąć informacji o aktualnej kwocie netto pożyczki pozostającej do spłaty w placówce Alior Banku" - piszą w regulaminie. Ciekawe dlaczego? Czyżby procedura przewidywała w takim przypadku małe grillowanko? Formularz informacyjny od konkurencji można przynieść najpóźniej pięć dni roboczych przed datą płatności raty w Aliorze - inaczej będzie trzeba pójść do konkurencji po kolejny.

      Promocja obowiązuje tylko w przypadku terminowego płacenia wszystkich dotychczasowych rat. A jeśli konkurencja zaproponuje klientowi Aliora "zbyt tani" kredyt - pojawiają się dodatkowe obowiązki. "W przypadku, w którym w celu zagwarantowania klientowi niższej raty kredytu istnieje konieczność obniżenia oprocentowania pożyczki do poziomu niższego niż 9,9%, wymagane jest dodatkowo przedstawienie przez klienta podpisanej umowy kredytowej z innym bankiem na warunkach zgodnych z daną ofertą zawartych w formularzu informacyjnym, przy czym umowa kredytowa nie może być przedstawiona po upływie 14 dni od dnia jej podpisania". No i oczywiście jeśli klient Aliora ma pożyczkę w pakiecie z ubezpieczeniem (a duża część pożyczek w Aliorze jest sprzedawana w takim pakiecie), to ten "inny" bank też musi przedstawić tańszą ofertę z ubezpieczeniem. Tarcza w reklamie aliorowej pożyczki wygląda świetnie, ale żeby zaczęła nas chronić, trzeba się sporo nachodzić. Ciekawe ilu klientom będzie się chciało stoczyć tę walkę?

      Taniej w duecie i gdy organizm pożycza więcej. W BZ WBK na początek roku szkolnego odświeżyli promocję "Duet", czyli możliwość uzyskania kredytu z oprocentowaniem 6%, jeśli po pieniądze przyjdą dwie osoby (niekoniecznie spokrewnione). Bank bada oczywiście zdolność kredytową każdej z nich, ale jeśli każdy z wnioskodawców ją posiada, to wspólny kredyt może być rzeczywiście tani. Przynajmniej teoretycznie, bo do niskiego oprocentowania bank dorzuca aż 6% prowizji (w innych bankach, gdzie oprocentowanie jest wyższe, płaci się mniejszą prowizję, a stali klienci nie płacą jej w ogóle) oraz obowiązkowe ubezpieczenie. Przy kwocie pożyczki 10.000 zł (mniej przy tak niskim oprocentowaniu pożyczyć nie można) i trzyletnim okresie kredytowania rata ubezpieczenia wyniesie jakieś 50 zł miesięcznie. To oznacza, że za odsetki zapłacimy 950 zł, za ubezpieczenie 1800 zł, a do tego jeszcze 600 zł prowizji. I kredyt, który miał być rekordowo tani, może okazać się tak drogi, że duet, który go wziął, przestanie być duetem. Każdy organizm ciężko znosi, jak się go wpuszcza w maliny. Ciekawe jak organizm zniesie najnowszą promocję PKO BP, czyli obniżenie oprocentowanie kredytu "MiniRatka" do 9,99%. Pewnie zniósłby je lepiej, gdyby niższe oprocentowanie (w standardzie "MiniRatka" kosztuje 15,6%) nie było zarezerwowane dla wysokich pożyczek, powyżej 10.000 zł. Odradzam pożyczanie większych kwot, niż potrzebujemy, byle tylko załapać się na niższe procenty.

      JAK WYBRAĆ DLA SIEBIE BEZPIECZNY KREDYT? Moje pomysły na to znajdziesz w książce"100 potwornych opowieści o pieniądzach, czyli jak żyć, zarabiać i wydawać z głową". Kup w specjalnej cenie. Kliknij ten link i wpisz kod promocyjny "samcik", a dostaniesz potężny rabat. Dowiesz się kiedy warto zerwać polisę, a kiedy warto dać jej jeszcze szansę i jak ją zmienić, żeby mieć przynajmniej cień szansy, że zacznie zarabiać. To również idealny pomysł na prezent dla twojego dziecka, chrześniaka, rodzeństwa, przyjaciela. O pieniądzach lekko i dowcipnie, ale i pouczająco.

      baneryinternetoweksiazki_640x250013

      NIE WIESZ JAK ZROBIĆ PIERWSZY KROK W INWESTOWANIU? Banki, firmy ubezpieczeniowe i pośrednicy finansowi bez przerwy proponują Ci nowe pomysły na oszczędzanie i inwestowanie pieniędzy. Nie wiesz jak się w tym połapać? Boisz się, że złapią Cię w pułapkę? Przeczytaj o tym, jak samodzielnie zabrać się za budowanie kapitału na spełnianie marzeń oraz na dodatkową emeryturę. I co zrobić, żeby oszczędzanie nie bolało. Książka "Jak inwestować i pomnażać oszczędności" doczekała się już drugiego, poszerzonego wydania, i stała się rynkowym bestsellerem. Szczerze polecam!

       

  • czwartek, 08 maja 2014
    • Ile się trzeba namachać, żeby dostać 1000 zł od Credit Agricole? Sprawdziłem i zmiękłem ;-)

      Od kilku tygodni Credit Agricole oferuje najbardziej szczodry program motywacyjny dla nowych klientów, jaki w ostatnim czasie widziano w polskich bankach. Owszem, zdarzają się wciąż oferty typu "przejdź do nas, dostaniesz w prezencie 600-700 zł" (ostatnio widziałem taką akcję w BZ WBK, który bez przerwy chce klientom za coś płacić), ale Credit Agricole wszystkich przebił, oferując klientom w prezencie aż 1000 zł. Aby tyle zarobić, trzeba przenieść tam nie tylko konto bankowe, ale i domowe finanse, a także aktywnie używać w sklepach karty płatniczej, zamiast gotówki. Tylko tyle i aż tyle ;-). Kampania reklamowa, która reklamuje tę sensacyjną ofertę, jest dość udana, jak na Credit Agricole (ostatnie spoty z Juliette Binoche miały mało polotu). Klip promujący kampanię "Jesteśmy gotowi" jest całkiem przyjemny - do banku wjeżdża TIR z pieniędzmi, a Binoche, jako agentka specjalna, ogłasza start akcji specjalnej "na terenie całego kraju". Da się to oglądać i to nawet bez bólu brzucha. 

      A szczegóły promocji? Od razu napiszę, że poważniejszych haczyków nie stwierdziłem, poza takim, że bank nie bierze jeńców. Albo oddajesz mu się bez reszty i bez przerwy biegasz po mieście z kartą płatniczą, albo zapomnij o pachnącym tysiączku od Julietty. Nawet w pierwszym etapie akcji, w którym bank płaci tylko 100 zł, nie ma łatwo. Bo tę "stówkę" na start można dostać dopiero po pierwszym przelewie wynagrodzenia (w wysokości do najmniej 1500 zł). W przypadku osób nie pracujących na etacie, ani nie będących emerytami lub rencistami może to być na szczęście również zwykły wpływ, niekoniecznie wynagrodzenie. Kolejne 300 zł bank pozwoli zarobić, zwracając klientowi część opłat za prąd, gaz, wodę, telefon, telewizję kablową oraz internet. Przez półtora roku każda faktura opłacona z konta w Credit Agricole - zwykłym przelewem, poleceniem zapłaty albo zleceniem stałym - będzie uprawniała do zwrotu 5% jej wartości. Ów zwrot będzie naliczany w formie specjalnych odsetek (5% od zmiany salda danego dnia). Ile trzeba wydać pieniędzy, żeby zasłużyć na maksymalny zwrot?  Żeby przez 18 miesięcy uzbierać trzy stówki trzeba płacić za prąd, gaz, telefony, telewizję i internet w sumie po 333 zł miesięcznie. Dla większości klientów (przynajmniej w dużych miastach) nie jest to kwota "nie do przeskoczenia".

      Zła wiadomość jest taka, że aby w ramach danej faktury otrzymywać zwrot 5% opłaconego za pośrednictwem ROR-u rachunku, trzeba będzie pierwszą taką fakturę zaprezentować w banku - osobiście w oddziale, albo zdalnie przez e-bank. Jest to pewna upierdliwość, ale chyba nieunikniona, bo bank chce się zabezpieczyć przed opłacaniem z konta klienta rachunków innych osób tylko po to, by został od nich naliczony 5-procentowy "rabat". Mamy więc już 400 zł do zarobienia i dwa obowiązki do spełnienia - 1500 zł wpływu na konto i opłacanie comiesięcznych rachunków na kwotę najmarniej 333 zł. Idźmy dalej: o kolejne 600 zł jest zdecydowanie najtrudniej, bo trzeba wydawać pieniądze nie tylko na comiesięczne rachunki, ale i w sklepach. Mechanizm wygląda następująco: uruchamiasz usługę "saver", czyli zaokrąglanie końcówek rachunków, płacisz w sklepie za zakupy, bank przerzuca pieniądze z zaokrągleń na twoje konto oszczędnościowe i... dorzuca do nich 50%.  Warunek podstawowy: co miesiąc trzeba zapłacić kartą w sklepach 300 zł. Bez tego bank nie będzie nic dorzucał w prezencie. Drugie ograniczenie: bank dorzuci najwyżej 33 zł miesięcznie (stąd bierze się 400 zł w ciągu roku i 600 zł w ciągu półtora roku).

      To, ile bank dorzuci, zależy przede wszystkim od twoich wydatków. A w równie dużym stopniu - od tego jaki wariant zaokrąglania końcówek zakupów wybierzesz. Możesz zaokrąglać każdy zakup do pełnych 50 groszy (a więc jeśli wydasz 21,2 zł, to bank zaokrągli transakcję do 21,5 zł i przerzuci na twoje konto oszczędnościowe 30 gr.), do pełnej złotówki (w tym przypadku na konto oszczędnościowy powędrowałoby 80 gr., a kwota zakupu zostałaby powiększona do 22 zł), albo do 5 zł. W tym ostatnim przypadku zakup byłby zaokrąglony do 25 zł, a na konto oszczędnościowe powędrowałoby aż 3,8 zł. Widać więc, że ten sam zakup bank - w zależności od wybranego wariantu - może skutkować przerzuceniem na oszczędności 30 gr., albo 3,8 zł. Te zaokrąglenia to nasza część "roboty".  Od tego, ile uzbieramy na koncie oszczędnościowym z zaokrągleń robionych "na własne konto", zależy premia od banku, czyli druga część zysku. Aby "dobić" do 33 zł miesięcznej "dopłaty" od banku, trzeba uzbierać z zaokrągleń 66 zł własnym sumptem.

      Przy wybraniu opcji zaokrąglania każdych zakupów do pełnych 5 zł jest to jeszcze realne (zakupy w sklepie za 171,5 zł oznaczają, że 3,5 zł trafia do puli oszczędnościowej, a np. pizza za 27 zł daje kolejne 3 zł, i tak dalej, i tak dalej), ale przy skromniejszych opcjach zaokrąglania - nie ma co liczyć na uzbieranie przez półtora roku 400 zł z premii od banku. I tu tkwi chyba największa rafa tego całego interesu. Bank, owszem, proponuje 1000 zł premii, ale tak naprawdę realnie do wzięcia jest 400 zł, a pozostałe 600 zł jest trochę palcem na wodzie pisane. Przeciętny użytkownik karty płatniczej, który kupi nią towaru za 300-500 zł miesięcznie, na zaokrągleniach zyska raczej nie więcej, niż 10-15 zł miesięcznie, do czego bank dołoży jeszcze 5-7 zł z własnej puli, co uczyni łącznie 75-100 zł w całym okresie promocji (18 miesięcy). Tysiączek występuje tu głównie jako wabik.

      Poza tym radzę też zerknąć na taryfę opłat i prowizji w Credit Agricole, bo to nie jest bank, który daje konto i kartę bezwarunkowo za darmo. Najpopularniejsze Konto PROSTOoszczędzające kosztuje miesięcznie 4 zł plus jeszcze 3 zł za kartę. Bardziej opłaca się Konto PROSTOoszczędzające Plus, które przy wpływach 1500 zł jest darmowe. Ale już 6 zł za kartę płatniczą trzeba płacić. To oznacza, że przez półtora roku bez większego trudu można "zasłużyć" na 500-600 zł premii, ale trzeba od tego odjąć 90-100 zł na koszty prowadzenia konta. I taka to jest ta promocja w Credit Agricole - warto podzielić są sobie przez dwa ;-) 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (11) Pokaż komentarze do wpisu „Ile się trzeba namachać, żeby dostać 1000 zł od Credit Agricole? Sprawdziłem i zmiękłem ;-)”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 08 maja 2014 17:29
  • środa, 05 lutego 2014

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


użytkowników on-line