Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

09. Pośrednicy finansowi

  • piątek, 31 marca 2017
    • Dziwaczne? Udzielili pożyczek, a teraz chcą się z nami... podzielić zyskiem. Testuję!

      Różne dziwne sposoby lokowania pieniędzy ostatnio widziałem, więc nie byłem zdziwiony informacją, że do Polski wchodzi firma zajmująca się pośredniczeniem między posiadaczami kapitału, a firmami pożyczkowymi. Platforma internetowa o nazwie Mintos.com oferuje możliwość lokowania w pożyczki pochodzące z portfeli pozabankowych firm udzielających pożyczek w kilkunastu krajach i w siedmiu różnych walutach. Trochę to przypomina znane w Polsce pożyczki społecznościowe, w których hegemonem jest firma Kokos.pl. Tyle, że w pożyczkach społecznościowych po drugiej stronie inwestora jest bezpośrednio osoba fizyczna-pożyczkobiorca, a tutaj mówimy o "rynku wtórnym", a więc pożyczki wystawiają ci, którzy już ich udzielli - firmy pożyczkowe. Jaki mają w tym interes? Prawdopodobnie chodzi o przyspieszenie rolowania kapitału oraz o podzielenie się ryzykiem w przypadku pożyczek, które zbytnio nie performują.

      Z pewnym przestrachem założyłem sobie konto na Mintos.com, wpłaciłem parę groszy (niestety trzeba to zrobić zwykłym przelewem bankowym, którego zaksięgowanie zajmuje dwa dni) przewalutowałem na euro i rzuciłem się w wir pożyczania pieniędzy na wysoki procent. Do portfela wrzuciłem w styczniu trzy pożyczki w Gruzji i jedną na Łotwie. Oprocentowanie trzech "gruzińskich" pożyczek wynosiło 13,5% w skali roku, zaś "łotewskiej" - 11,8% w skali roku. Wszystkie w momencie ich zakupu przeze mnie były spłacane terminowo, zaś kapitał miał być zwrócony w ciągu czterech miesięcy. Jak łatwo policzyć, w tym czasie - o ile nie zdarzyłoby się nic nieprzewidzianego - powinienem zainkasować 4% zysku licząc w euro (zysk w złotych zależy oczywiście od tego jak będzie się zmieniał kurs euro do naszej waluty).

      fastinvest2

      Każda pożyczka została dość dokładnie opisana: przykładowo jestem inwestorem w wynoszącej równowartość 172 euro pożyczce w Gruzji, której operatorem jest firma Lendo. Klient do tej pory spłacił 20 euro, zaś z pozostałej kwoty 120 euro (czyli 80%) ma ośmioro inwestorów, a ja mam 6% udziałów w tym "konsocjum". Resztę wciąż firmuje własnym kapitałem Lendo. Albo pożyczka na Łotwie, której pożyczkodawcą była firma Banknote. Klient pożyczył 411 euro, zaś 95% tej pożyczki "zrefinansowało" 23 inwestorów, z czego mój udział w "konsorcjum" wynosił 2%. Tę ostatnią pożyczkę klient spłacił przed terminem i tym sposobem odzyskałem prawie 11 euro (z odsetkami). Z drugiej strony jedna z pożyczek w Gruzji już jest przeterminowana... W środkowej kolumnie Mintos.com podał mi efekt już zakończonych inwestycji, zaś w prawej - stan inwestycji trwających: dwie małe spłacają się regularnie, a jedna - pechowo ta największa - na razie ma 30 dni opóźnienia. Jak znam rynek szybkich pożyczek, to tych pieniędzy już nie odzyskam.  

      mintossaldo

      Oczywiście nie wiem jakie są warunki pożyczek udzielonych klientom Lendo i Banknote. Zakładam, że koszty - tak samo, jak w przypadku naszych pożyczek pozabankowych - wynoszą nie kilkanaście, lecz kilkadziesiąt lub kilkaset procent w skali roku. A to, że firmy wystawiają te pożyczki na platformę internetową, "odpalając" inwestorom po kilkanaście procent zysku, jest inną odmianą zewnętrznego finansowania. Zamiast emitować obligacje, firmy szukają kapitału u internautów.

      Z Mintos.com współpracuje kilkanaście firm pożyczkowych (Nord Lizings, IFN Extra Finance, ITF, Aventus, Credit Star, Agro Kredit, Lendo, Acema, Mogo, a ze znanych w Polsce Kredito, CreamFinance, Aforti). Proces inwestowania pieniędzy jest prosty, bo po prostu klikam ikonkę "invest", określam kwotę inwestycji, potwierdzam i... gotowe (podobno gotowe, bo zaraz napiszę o moich wątpliwościach co do tego interesu). Jest wyszukiwarka pożyczek według kilku parametrów, m.in. oprocentowania, kraju pochodzenia klienta, waluty, statusu (pożyczka spłacana w terminie lub opóźniona), wartości i celu (pożyczka konsumpcyjna, na samochód, na własny biznes, hipoteczna). Jest też opcja autoinvest, która pozwala automatycznie rozproszyć pieniądze pomiędzy pożyczki o ustalonych przez inwestora parametrach. W portalu jest też zaszyty kantor internetowy, tzn. mogę wpłacić złote, a potem zamienić je na euro, korony duńskie lub czeskie, funty i inwestować w tych walutach.

      Fajne? Dla kogoś, kto chce zarobić kilka razy tyle co w banku i jest gotów na ostrą jazdę - być może. No bo tak: po pierwsze to są pożyczki pozabankowe o bardzo wysokim profilu ryzyka. Niedawno cytowałem w blogu statystyki BIK, z których wynika, że wśród klientów pozabankowych firm pożyczkowych tylko co trzeci nie miał nigdy kłopotów ze spłatą jakiegoś długu. Zaś prawie połowa miała solidne opóźnienia. Bardzo bym się zdziwił, gdyby żadna z "moich" pożyczek nie zdefaultowała (czyli - mówiąc po ludzku - gdyby wszystkie zostały spłacone). Ale to tylko jedna z wątpliwości. Są inne. Z firmą pożyczkową nie mam żadnej umowy na piśmie, tak samo zresztą, jak z portalem pośredniczącym w inwestycji. Jeśli klient nie odda pieniędzy - wiadomo, że tracę. Jeśli firma pożyczkowa będzie miała kłopoty finansowe? Jestem pierwszy w kolejce do "obcinki". Jeśli ktoś uzna, że nie musi mi płacić, bo mu się nie chce? Mogę popsioczyć w monitor i tyle. Jeśli portal pośredniczący w transferze pieniędzy się nagle zwinie? Bye bye, gotówko.

      fastinvest3Nie można oczekiwać od firm fintechowych, że będą miały wiarygodność wielkich korporacji. Wpłacając pieniądze do Mintos.com przekazuję je na konto w PKO BP, a pieniądze trafiają do Paysera, firmy pośredniczącej w transferach pieniężnych. Nie mam żadnej pewności, że rzeczywiście są w cokolwiek inwestowane. Poza tym oprocentowanie oferowane przez firmy pożyczkowe działające na Mintos.com przewyższa próg antylichwiarski, zaś przyjmowanie pieniędzy "pod" inwestycje w pożyczki można by uznać za obciążanie środków ryzykiem, a więc za nielegalną działalność parabankową. 

      Co ciekawe, Mintos.com nie jest jedyną firmą proponującą internautom w Polsce "podwykonawstwo" w działalności pożyczkowej. Jakiś czas temu trafiłem w necie na ofertę platformy Fastinvest.pl, która pod każdym względem bardzo przypomina Mintos.com. Jej strona jest wierną kopią "mintosowej", choć nigdzie na stronie internetowej firma nie podaje żadnych informacji o swoim pochodzeniu. Konto ma w ING Banku Śląskim, ale wpłacane pieniądze też trafiają do Paysera. Co ciekawe, Fastinvest.pl oferuje inwestowanie w pożyczki z Polski i Hiszpanii przy bardzo podobnych stopach oprocentowania, jak Mintos.com. Mogę np. "kupić" udział w pożyczce dla 36-latka z Tarnowa, który pożyczył 4100 zł na pół roku. Klient ma miesięczny dochód 2300 zł, zobowiązania 580 zł, a oprocentowanie, które mogę otrzymać to 12% w skali roku. Nie wiadomo która firma pożyczkowa udzieliła pożyczki, którą chce się "podzielić". 

      fastinvest1fastinvest4

      Podejrzane są oferowane przez Fastinvest.pl "gwarancje". Jak widzę słowo "gwarancja" przy jakiejkolwiek inwestycji, to nóż mi się w kieszeni otwiera. A jeśli jest to inwestycja w pożyczki pozabankowe,to już w ogóle. Tymczasem Fastinvest.pl kusi inwestorów gwarancją odkupu (czyli mogę w każdej chwili przerwać inwestowanie i odzyskać pieniądze) oraz gwarancją spłaty (portal przejmuje dług pożyczkobiorcy i przy 3-dniowym lub dłuższym opóźnieniu oddaje pieniądze inwestorom w imieniu spóźniającego się klienta). Jest to zacny pomysł, ale chętnie bym się dowiedział jaką wartość ma ów fundusz gwarancyjny, bo jeśli 30% pożyczek okaże się niespłacalnych to mam wątpliwości czy jakiekolwiek "gwarancje" to utrzymają. No, ale to tylko takie moje zrzędzenie starego tetryka. Generalnie biznes jest jak złoto: być "podwykonawcą" firmy pożyczkowej i zarobić 12% na pożyczce, na której oni zarabiają np. 150% :-).

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (8) Pokaż komentarze do wpisu „Dziwaczne? Udzielili pożyczek, a teraz chcą się z nami... podzielić zyskiem. Testuję!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 31 marca 2017 09:04
  • czwartek, 16 lutego 2017
    • 4% w tydzień? I fundusz gwarancyjny? Polskę podbija byk, który podaje się za żubra i szuka...

      ------------------------------------------------------------------------------------

      WAŻNE OGŁOSZENIE: Uruchomiłem nowy serwis www.subiektywnieofinansach.pl, w którym znajdziecie jeszcze więcej felietonów, prześwietleń, porównań i porad dotyczących Waszych portfeli. Znajdziecie tam też zaproszenie na czat, podczas którego będziecie mogli zadać mi pytania na żywo. Zapraszam do nowej odsłony subiektywności! Kliknijcie www.subiektywnieofinansach.pl i koniecznie dodajcie tę stronę do ulubionych!

      -------------------------------------------------------------------------------------

      Jak to dobrze, że wciąż pojawiają się nowe możliwości zarabiania grubej kasy bez ryzyka. Gdy inflacja męczy, a oprocentowanie lokat w banku trzeba oglądać pod lupą, każdy posiadacz oszczędności szuka inwestycyjnych okazji. Tradycyjne metody poszukiwań przynoszą jednak umiarkowane efekty: opowiadałem Wam niedawno w blogu ile w zeszłym roku zarobiłem na lokowaniu oszczędności. Tu uciułałem kilka, tam kilkanaście procent... No, generalnie kilka razy lepiej niż w banku, ale bez szaleństw. Na szczęście jest alternatywa. Ostatnio furorę w sieci robi inwestycyjny pośrednik w zarabianiu grubej kasy o nazwie Questra Holdings. To firma z tradycją. Istnieje od 2009 r. (podobno), działa w 28 krajach (podobno), zaś w 2015 r. inwestorzy wypracowali dzięki niej aż 231 mln euro zysków (podobno). Teraz ujawnia swe magiczne moce nad Wisłą. A jak ujawnia? A z przytupem!

      questra3

      Znak firmowy Questry przypomina niegdysiejszy logotyp jednego z największych polskich banków, ostatnio wracającego do macierzy. "Przypadek? Nie sądzę" - powiedziałby klasyk. To niejedyne podobieństwo. Questra chwali się m.in. tym, że oferuje gwarantowany zysk, podpisuje z klientami "oficjalną umowę współpracy" (wow!) i że ma "fundusz gwarancyjny", którego celem jest "dbanie o pieniądze wszystkich inwestorów". W odróżnieniu od banksterów, cwaniaków z funduszy inwestycyjnych oraz naganiaczy z firm foreksowych inwestując z Questrą nie trzeba oglądać zysków przez lupę. Zysk jest gwarantowany i wynosi - w zależności od wartości zainwestowanych pieniędzy - od 4% tygodniowo (czyli 208% rocznie) do 6% tygodniowo (i 312% rocznie). Pieniądze, które Questra nazywa "odsetkami" wypłacane są ponoć w każdy poniedziałek, ze szwajcarską precyzją. Żeby zarabiać wystarczy mieć przy duszy 90 euro i zamrozić je na rok - tyle kosztuje najtańszy pakiet inwestycyjny (są i droższe - nawet za prawie 22.000 euro - przygotowane specjalnie dla klientów z Rosji ;-)).

      Tak się podnieciłem, że aż obejrzałem prezentację firmy, żeby dowiedzieć się jak oni to robią, że są tacy fajni. Nie powiem, kierowała mną iskierka zazdrości, bo przecież ja od 25 lat lokuję swoje oszczędności na rynku kapitałowym i gwarantowane zyski rzędu 4-6% tygodniowo są dla mnie zagadką. Ba, nawet słynny Marcin P., który też miał ciekawą ofertę w tym swoim Amber Gold oraz fundusz gwarancyjny, aż tyle swoim klientom nie płacił. No dobra, może jeszcze ukraińska szkoła alchemii finansów grałaby w tej samej lidze. W Questra Holdings model biznesu jest genialny w swej prostocie - firma podobno wynajduje perspektywiczne firmy, doprowadza je do debiutu giełdowego oraz sprzedaje z zyskiem do 1000%. Kaszaniarze z funduszy venture capital się teraz pewnie rumienią ze wstydu, bo oni, jak zainwestują w 10 spółek, to owszem, zarabiają ten 1000%, ale na jednej, zaś pozostałe są "przepalonymi" pieniędzmi. Jak taki fundusz ma 10-12% rocznej stopy zwrotu to jego uczestnicy dostają orgazmu ze szczęścia. W Questra jednak orgazm inwestycyjny jest uczuciem codziennym, zaś każda inwestycja musi się udawać, bo inaczej by nie było 6% zysku tygodniowo ;-)). Gdybyście chcieli poczuć zazdrość, to tu są zdjęcia tych kolesi, którym robota pali się w rękach (mnie najbardziej podoba się Wendy).

      questra1

      Oczywiście, jak w każdej pira... tfu, działalności inwestycyjnej, musi być też i plan motywacyjny umożliwiający "rozwój kariery". Wiadomo, że inwestorzy w Questra są zbyt aktywnymi ludźmi, żeby tak sobie siedzieć, dłubać w nosie i liczyć wypłacane raz w tygodniu "odsetki". Ich nie zaspokaja gwarantowane 4-6% tygodniowo, oni potrzebują większych wyzwań. Dlatego Questra ma też plan kariery, który przewiduje sowite zyski za przekazywanie dobrej nowiny o zysku bez ryzyka innym, nieświadomym jeszcze rodakom. Brązowy agent dostaje 7% od kwot, które wpłacą jego "podopieczni", platynowy agent otrzymuje 12% (i 5000 euro na drobne wydatki), a platynowy dyrektor - który wciśnie kit, eeee, to jest chciałem powiedzieć, że zaprezentuje skutecznie firmę, klientom wpłacającym 10 mln euro - ma 15% prowizji (jak łatwo policzyć jest to 1,5 mln euro) plus 500.000 euro bonusu. A więc wpłacam 90 euro na rok, z powrotem dostaję z powrotem 280 euro, a jeśli przyciągnę fraje..., tfu, inwestorów na kolejne 3000 euro, to wypłacą mi jeszcze 210 euro prowizji. Plan kariery jak ta lala.

      Oczywiście, wokół takich projektów zawsze pojawiają się zawistnicy, którzy mają wątpliwości. W Polsce jest ich jeszcze niewiele. O ile na specjalistycznych portalach poświęconych zarabianiu bez wysiłku innym pira... tfu, nowym biznesom dyskusja (oraz narzekania, że "nie płacą" jest liczona w setkach komentarzy, to w przypadku Questry jeszcze jest cisza i spokój. Owszem, niektórzy zwracają uwagę, że w Belgii i Austrii Questra jest już wpisana na listę ostrzeżeń prowadzoną przez nadzór finansowy (podobną do tej, którą prowadzi nasz KNF), ale każda tego typu wątpliwość jest kwitowana świadectwem szczęśliwych inwestorów "No to co? Zarabiać co tydzień! Mój portfel inwestycyjny 8100 euro! Na głośnych projektów zawsze będą negatywne plotki! To nie jest nowość" - wybrzmiewa komentarz jednego z inwestorów, który chyba pochodzi ze Wschodu, bo jeszcze ma problem z trudnym polskim językiem. No, ale przecież prawdziwy biznes nie zna granic :-). Można powiedzieć, że hiszpański byk podając się za żubra szuka w Polsce jeleni. Czy nasze lasy wytrzymają taki urodzaj dzikiego zwierza? ;-)).

      questra2

      Oczywiście, od czasu od czasu nawet najlepszym zdarzają się kłopoty. Ostatnio opisywałem rozpaczliwe apele innych asów biznesu, Dymitra i Jamesa, którzy prowadzili świetne biznesy gwarantujące wspaniałe zyski, ale źli ludzie donieśli na policję z powodu jakichś drobnych niedociągnięć w płatnościach i zrobiła się afera. Ale Dymitr i James musieli mieć wyjątkowego pecha, Questra Holdings to przedsięwzięcie osiadłe w Europie Zachodniej (z siedzibą w Hiszpanii), więc jakże mogłoby się przekręcić zanim się jeszcze rozkręciło ;-). Choć przecież i na Zachodzie są pechowcy, którym się nie udaje mimo najszczerszych chęci. Ot, taki Karol, który się nawet PayPalowi nie kłaniał. A kojarzycie pira... tfu, biznes pod nazwą Kairos Planet? Oferuje "produkty internetowe w nowych rozwiązaniach technologicznych". A konkretnie: wymyślili, że będą - uważajcie - płacili za udostępnianie przez ludzi przestrzeni dyskowej. Krótko pisząc: każdy - jeśli nie ma zapchanego "twardziela", może na nim zarabiać.

      Czytaj też: Budowali piramidę z polis, a potem club bizneowy. Aż matryca się...

      Czytaj też: Dymitr i James proszą o pomoc, czyli cudotwórcy w tarapatach!

      Czytaj też: Oglądaj reklamy, kupuj ad-packi i... zarabiaj. Och, Karol...

      Chętnych nie brakuje, bo każdy ma kilka giga wolnego miejsca i szkoda by było, żeby się to marnowało, nie? ;-). Wreszcie każdy Zdzisiek może być takim małym Dropboksem ;-). Skoro ludzie wynajmują mieszkania i płacą za to czynsz, to dlaczego nie można byłoby wynająć miejsca na dysku? Zwłaszcza, że wystarczy je "wynająć" ma 10 godzin na dobę, a przez resztę czasu sobie używać. Umowę zawiera się na rok, "czynsz" firma płaci codziennie, a warunkiem jest instalacja specjalnej aplikacji oraz... wybór pakietu inwestycyjego. "Pakiet inwestycyjny jest funduszem gwarancyjnym dla firmy, dającym jej pewność, że przystępując do programu będziemy wywiązywać się z warunków, a tym samym gwarancją dla kontrahentów firmy". Mając na zbyciu 15GB trzeba "zainwestować" 125 dolarów, a po roku firma wypłaci 312 dolarów. Za 70 GB trzeba zapłacić 600 dolarów, a wrócić ma prawie 1950 dolarów. I tak dalej, i tak dalej. No i oczywiście jest też "program partnerski", w ramach którego można zarabiać na prowizjach od przyciągniętych osób. Oczywiście, jak w każdym tego typu biznesie na prowizjach zarabia się więcej, niż na wynajmowaniu dysku :-).

      Wygląda na to, że i ta sprawa się rypła, bo biznes ma przejściowe-chwilowe problemy z płatnościami dla swoich członków (ma je od jesieni ;-)) i zainteresowała się nim prokuratura. Niestety nie w Polsce, a w Turcji. Tamtejsze Ministerstwo Handlu stwierdziło, że biznes ma wszelkie cechy piramidy finansowej i doniosło do prokuratury, że nie ma w przyrodzie takiego cloudu, w którym ktoś tyle płaciłby za space ;-). W internecie można już znaleźć podpisaną przez ponad 1200 osób petycję do władz Kairos, żeby łaskawie oddała kasę. Prezydent tej zacnej korporacji był łaskaw wypowiedzieć się w internecie i obiecać, że trudności zostaną przełamane, zaś biznes wyjdzie na swoje, tylko musi się dorzeźbić własny procesor do wypłacania pieniędzy o nazwie - jakżeby inaczej - Kairos Pay. Pewnie dlatego, że zwykłe procesory, takie jak PayPal, są dla Kairosów za słabe, żeby wypłacać ludziom payment od space'u ;-)). Moje wsparcie niech popłynie wraz ze słowami tej pieśni:

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „4% w tydzień? I fundusz gwarancyjny? Polskę podbija byk, który podaje się za żubra i szuka...”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 16 lutego 2017 08:59
  • poniedziałek, 09 stycznia 2017
    • Pośrednicy w kredytach hipotecznych bez prawa do prowizji od banków? A dlaczego tylko oni?!

      Na najbliższym posiedzeniu Sejmu posłowie zajmą się ustawą, która może mocno namieszać na rynku pośredników kredytowych. Po wprowadzeniu podatku bankowego (za który zapłacili głównie posiadacze depozytów, rząd ich bezgłośnie "rozkułaczył"), napisaniu ustawy o zwrocie spreadów walutowych frankowym kredytobiorcom (projekt na razie zarasta kurzem w lasce marszałkowskiej) oraz po zgłoszeniu pomysłu zaostrzenia antylichwy posłowie zabrali się za porządkowanie rynku kredytów hipotecznych. Z projektu „Ustawy o kredycie hipotecznym”, oprócz różnych dodatkowych obowiązków informacyjnych nakładanych na banki, wynika m.in. zakaz pobierania przez pośredników kredytowych opłat od banków. Pośrednicy oczywiście są przerażeni, bo dziś to jest właśnie dominujący model "doradztwa" kredytowego - klient jest obsługiwany "za darmo", zaś pośrednik bierze prowizję od banku za to, że przyprowadził mu klienta. Bank tę prowizję wlicza oczywiście w cenę kredytu.

      Jeśli ustawa wejdzie w życie, pośrednik nie będzie mógł wziąć ani złotówki od banku. Będzie mógł co najwyżej obciążyć za swoje usługi klienta, każąc mu zapłacić prowizję. Przyznam, że na pierwszy rzut oka to jest kuszące. Od dawna krytykuję pośredników finansowych za to, że działają w permanentnym konflikcie interesów. Formalnie ich "pracodawcą" jest klient, który przychodzi z prośbą o pomóc w wyborze najlepszego kredytu, ale faktycznie pieniądze biorą od banku. W przeszłości nie raz i nie dwa zdarzało się, że pośrednik kierował klienta nie do najtańszego banku, lecz do najdroższego, bo od niego miał najwyższą prowizję. Opisywałem w blogu przypadki pośredników, którzy wmawiali klientom, że ich wniosek kredytowy został przez kilka banków odrzucony, choć tak naprawdę "zapomnieli" go w ogóle złożyć, by ostatecznie skazać klienta na kredyt w banku, od którego brali dodatkową prowizję. A potem tak "opiekowali się" kredytem, że ten rósł np. drukrotnie.

      Czytaj też: Wcisnęli Polakom mnóstwo kitu, a teraz cienko przędą. Taka karma?

      Czytaj też: Szczere oświadczenie pośrednika finansowego. "Ściemniałem, bo kazali"

      Pobieranie pieniędzy od klientów zamiast od banków w znakomitym stopniu "wyczyściłoby" sytuację. Pośrednikom naprawdę zaczęłoby zależeć na wyborze najtańszego i najlepszego dla klienta kredytu. Poza tym przestaliby być - jak dziś - zwykłymi "naganiaczami", których rola sprowadza się do wpisywania danych do formularzy i przesyłania dokumentów do banku. Skoro braliby od klientów pieniądze, to być może ich rola poszerzyłaby się o analizę prawną projektu umowy przedstawianej przez bank klientowi (np. szukanie pułapek, haczyków i ukrytych opłat), negocjowania w imieniu klienta lepszych warunków dotyczących produktów dodatkowych (np. "mój klient założy u was konto i przeniesie kartę kredytową, ale musicie obniżyć marżę"), sporządzania symulacji dotyczących kosztów kredytu w różnych wariantach i w różnych bankach. Stałby się prawdziwym rzecznikiem klienta, a nie tylko maszynką do sprzedawania kredytów.

      Pośrednicy kredytowi twierdzą jednak, że będzie inaczej - że klienci nie będą chcieli za ich usługi płacić, że pójdą bezpośrednio do banków (niekoniecznie do tych najtańszych, lecz do tych, które najgłośniej się reklamują). I że to będzie zła zmiana dla klientów, bo nawet jeśli niektórzy pośrednicy nie są królami etycznej sprzedaży, to większość jednak dokonuje w imieniu klienta lepszej lub gorszej preselekcji najtańszych banków. I że to banki na tej zmianie wygrają, bo będą mogły jeszcze odważniej "kosić" klientów - pozbawionych możliwości bezpłatnego porównania kosztów kredytów w różnych bankach - wysokimi prowizjami. Dziś jedna trzecia-jedna czwarta rocznej sprzedaży kredytów hipotecznych (wynoszącej 30-40 mld zł rocznie) przechodzi przez ręce pośredników. Banki płacą więc im - przy założeniu 2% prowizji od każdego kredytu - prawie miliardzik rocznie. Jest o co walczyć.

      Pośrednicy mają trochę racji. Polacy nie są nauczeni płacenia za wiedzę finansową. Na Zachodzie każdy konsument posiadający większe aktywa ma doradcę finansowego, podatkowego i nieruchomościowego, prawnego... I jest skłonny za ich usługi płacić. U nas doradztwo finansowe zawsze było "za darmo", więc dlaczego mielibyśmy nagle oddawać za nie 1000-2000 zł? Jasne, po kredyty hipoteczne idą dziś klienci bardziej świadomi i zamożniejsi niż kiedyś (trzeba mieć 10-20% wkładu własnego), a skoro płacą prowizje pośrednikom od nieruchomości i notariuszom to powinni też przekonać się do płacenia za możliwość porównania kredytów i analizy najlepszego rozwiązania. Zwłaszcza, że chodzi o największą - w wielu przypadkach - decyzję finansową w ich życiu. Tyle, że pośrednicy przyzwyczaili nas do tego, że są tylko "końcówkami sprzedażowymi", robotami do przetwarzania wniosków. Nie opiekują się klientem, któremu pomogli wziąć kredyt, nie pilotują tego kredytu, nie podpowiadają kiedy warto renegocjować umowę.

      Powiecie: no i co z tego? To niech przestaną być "robotami do sprzedawania". Niech się bardziej starają, a my będziemy im za to płacili. W zasadzie się z tym zgadzam. Widzę jednak niebezpieczne skutki uboczne. Otóż - wierzcie lub nie - kredyt hipoteczny nie jest dziś produktem finansowym, który "prowokuje" misselling, czyli nieetyczną sprzedaż. Stawki prowizji dla pośredników się spłaszczyły, oferty banków dla klientów też są dość podobne, więc pole manewru dla ewentualnego nieuczciwego pośrednika i tak jest niewielkie. Boję się, że odcięcie im dużej części dochodów z pośrednictwa w kredytach hipotecznych może ich skłonić do przejścia na nieregulowany w żadnym stopniu rynek pośrednictwa w produktach inwestycyjnych i ubezpieczeniach. Tu dziś potencjał do naciągania, oszukiwania, wprowadzania w błąd i nieetycznego lub niezgodnego z prawem zarabiania na prowizjach jest duży. Znacznie większy, niż w kredytach hipotecznych. 

      Dlatego - jeśli już chcemy zmienić model działania pośredników na pozbawiony konfliktu interesów - apelowałbym o przykręcenie śruby wszystkim pośrednikom: i tym hipotecznym, tym sprzedającym kredyty gotówkowe, jak i tym, którzy pośredniczą przy ubezpieczeniach i inwestycjach. Inaczej ryzykujemy, że poprawiając jeden segment rynku finansowego - niekoniecznie najbardziej "zainfekowany" missellingiem - powiększymy sumę zła na pozostałych. Przed wymuszeniem zmian w modelu działania pośredników finansowych sprawdziłbym też czy prawo, mechnizmy i państwowi urzędnicy będą w stanie ochronić konsumentów przed nieetycznymi praktykami pośredników działających w nowym modelu (np. sytuacją, w której umowy o pośrednictwo będą pełne haczyków, pułapek i zawyżonych finansowych obciążeń dla klienta).

      Dziś jest tak, że jeśli chodzi o poziom pobieranych prowizji pośrednicy są trzymani za twarz - i to dość krótko - przez banki, zaś klient jest narażony głównie na ryzyko, że nie zostanie skierowany do najlepszego banku. W nowym modelu tego ryzyka nie będzie, ale za to konsumenci nie mają siły przetargowej banków w kwestii negocjowania prowizji. A więc mogą one wzrosnąć. Być może należałoby pomyśleć nad jakimiś działaniami osłonowymi? Generalnie chciałbym, by posłowie, politycy i urzędnicy skroili prawo rozważnie, myśląc o konsekwencjach i skutkach ubocznych. Przykręcajmy śrubę pośrednikom stopniowo, nie zostawiając dziur w systemie i dokładnie przemyśliwując jak ten system w przyszłości ma wyglądać. Nie "na szybko", nie w pośpiechu, to nie jest jakiś-tam budżet państwa ;-)).

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (12) Pokaż komentarze do wpisu „Pośrednicy w kredytach hipotecznych bez prawa do prowizji od banków? A dlaczego tylko oni?!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 09 stycznia 2017 19:51
  • czwartek, 29 grudnia 2016
    • Prywatny lekarz za 3 zł tygodniowo? Możesz go dokupić do... tej pożyczki. Ale czy warto?

      Znacie moje krytyczne podejście do pozabankowych pożyczek. Nie kosztują np. 100 zł od każdego pożyczonego tysiąca w skali roku (co i tak nie było już niską kwotą), ale np. 300-400 zł od pożyczonego tysiąca. W niektórych firmach pożyczkowych już po kilku miesiącach oddaje się dwa razy tyle, ile się pożyczyło. A to już jest regularna lichwa. Ja wszystko rozumiem: że do firmy pożyczkowej przychodzą klienci mniej wiarygodni, niż do banków. Że kwota pożyczki jest niższa od bankowej, a każdy pożyczkodawca musi z góry zapłacić kilkadziesiąt złotych za sprawdzenie klienta w BIK i trzech BIG-ach (nawet jeśli potem musi odmówić pieniędzy). Że koszty reklamy i marketingu zabijają. Że utrzymywanie technologii pozwalającej klientowi wystąpić o pożyczkę przez smartfona i wypłacić kasę w ciągu kwadransa na konto też kosztuje niemało. Że jeszcze więcej kosztuje utrzymanie konsultantów, placówek i obsługi domowej. To wszystko prawda. Ale ceny większości pożyczek pozabankowych są lichwiarskie i to jest fakt.

      Firmy zajmujące się pozabankowymi pożyczkami starają się, żeby ich produkt miał mimo wszystko ludzką twarz. Pomysłem na to mogą być usługi dodatkowe, które klient kupuje za drobne, a dzięki którym czuje się lepiej zaopiekowany. Finansiści oczywiście zdają sobie z tego sprawę i szukają takich usług, coraz częściej dokładając je do usługi podstawowej, czyli pieniędzy. Najbardziej naturalną opcją jest oczywiście jakieś assistance: hydraulik, który w razie czego wymieni uszczelkę i nie weźmie za to pieniędzy, albo informatyk, który odwirusuje komputer. Druga popularna opcja to assistance zdrowotne: możliwość zamówienia lekarza do domu, pomoc w zakupie leków, kasa wypłacana za pobyt w szpitalu... Tą drogą idzie już od pewnego czasu firma pożyczkowa Provident, która - razem z Axą - rok temu wprowadziła, a teraz rozszerzyła, tego rodzaju ubezpieczenie dorzucane do swoich nietanich pożyczek.

      Czytaj też: Do pozabankowej pożyczki pakiet deluxe. Taki, że aż strach ;-) 

      Rzecz nie jest droga, kosztuje 3 zł tygodniowo lub 13 zł miesięcznie i jest dobrowolną opcją, którą klient może sobie zamówić do dowolnej providentowej pożyczki. Co jest w tej cenie? Duża (100.000 zł) wypłata w sytuacji twałej i całkowitej niezdolności do pracy (niestety, z ochrony wyłączone są osoby powyżej 75. roku życia) oraz poważnego inwalidztwa (ale w tej opcji tylko wskutek nieszczęśliwego wypadku, nie w wyniku choroby). To żadna atrakcja, bo ubezpieczenia tego typu są podstawą każdej porządnej polisy życiowej. Płacić za nią 13 zł miesięcznie byłoby rozrzutnością. Szału nie robi także mieszczące się w owych 13 zł ubezpieczenie od złamań kości w wyniku nieszczęśliwego wypadku - to już przykrość znacznie częściej spotykana, niż trwałe inwalidztwo i niezdolność do pracy, ale tu z kolei odszkodowanie jest marne - od 100 do 700 zł.

      We wspomnianej wyżej cenie 13 zł mieści się też ubezpieczenie od pobytu w szpitalu - i to nie tylko w razie nieszczęśliwego wypadku, ale i gdy złamie nas choroba. Co prawda w tym drugim przypadku wypłata wynosi tylko 50 zł i zaczyna się dopiero od trzeciego dnia pobytu na łożu boleści, ale w tanich polisach zdrowotnych zwykle w ogóle wyłączone są pobyty w szpitalu spowodowane innymi przesłankami, niż nieszczęśliwy wypadek. Tu więc już można postawić providentowej polisie mały plus. Drugi jest za medyczne assistance. Cztery razy w roku w razie nagłego zachorowania bądź wypadku można zamówić wizytę internisty, dwa razy - rehabilitanta i dwa razy pielęgniarki.

      Za te wizyty nie płacimy, koszt pokrywa ubezpieczyciel. My musimy tylko udowodnić (odpytywanie odbywa się z centrum telefonicznym, w którym zgłasza się zapotrzebowanie), że lekarz jest nam potrzebny na cito i że potrzeba narodziła się nagle, nie zaś z powodu np. choroby przewlekłej. No i jeszcze - to już jest całkiem fajne - w cenie polisy jest też dwukrotne w czasie jej trwania dostarczenie klientowi leków do wartości 300 zł. Za te leki też nie płacimy, kupuje je firma ubezpieczeniowa, o ile oczywiście przysłany przez nią lekarz-internista wypisze recepty. Już same gratisowe wizyty lekarzy z zakupem leków z dostawą do domu, uzupełnione o małe odszkodowanie za pobyt w szpitalu, czynią tę polisę ciekawą opcją. Co prawda 150 zł rocznie piechotą nie chodzi, ale jeśli ktoś jest chorowity, to może mu się zwróci ;-). Niewykluczone, że polisa jest w jakiejś części "dotowana" przez Providenta. Koszty pożyczek w tej firmie są na tyle soczyste, że jest tu miejsce na finansowanie ofert dodatkowych.

      Powie ktoś: lepiej wziąć tanią pożyczkę, odłożyć pieniądze zaoszczędzone na spłacie rat i mieć kasę na prywatnego lekarza, niż pożyczać drogo i mieć "w cenie", albo za niewielką dopłatą ubezpieczenie zdrowotne. I pewnie ten ktoś będzie miał rację. Ale to trochę jak z różnymi polisami umożliwiającymi oszczędzanie na emeryturę. Wiadomo, że nie jest to najlepszy możliwy sposób zapewnienia sobie dobrej przyszłości i że samodzelnie oszczędzając mielibyśmy znacznie lepsze wyniki. Ale jakoś samodzielne oszczędzanie nam nie wychodzi. A skoro tak - lepiej mieć wykupiony nie najlepszy sposób gromadzenia kapitału, niż nie mieć żadnego. Jeśli ktoś rzeczywiście poszuka najtańszej pożyczki i zaoszczędzoną kasę zachowa "na czarną godzinę", to będzie to najlepsze możliwe rozwiązanie. Ale jeśli ktoś i tak nie ma szans na pożyczkę w banku i decyduje się płacić kilka razy więcej w firmie pożyczkowej, to taka ekstra-polisa, dorzucona do pieniądza, może być pewną "okolicznością łagodzącą".

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Prywatny lekarz za 3 zł tygodniowo? Możesz go dokupić do... tej pożyczki. Ale czy warto?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 29 grudnia 2016 08:55
  • poniedziałek, 19 grudnia 2016
    • Cudotwórcy w tarapatach, czyli Dymitr i James walczą ze zdrajcami, a na policji sączy się jad :-)

      Życie coraz mniej mnie zaskakuje. Opisując kolejne podejrzane firmy, oferujące gwarantowane wysokie zyski, widzę wciąż te same mechanizmy oszukiwania ludzi. A potem widzę jak to się kończy. Mechanizm zwijania się interesu jest też w każdym przypadku dość podobny. Pamiętacie jak opisywałem ukraińskich alchemików finansów, objeżdżających polskie miasta z prezentacjami oferującymi udział w krociowych zyskach wynoszących 18% w skali miesiąca? Firma nazywa się Helix Capital, ma siedzibę na Ukrainie i jeszcze niedawno pisała, że "z sukcesami rozwija się na terenie Ukrainy, Rosji, Białorusi, Polski, Włoch, Rumunii, Grecji". Na zdjęciach pokazywano inwestycje Helix - spa, centrum zabaw dla dzieci, biuro podróży, biuro pośrednictwa pracy, firma nieruchomościowa. Holding pełną gębą. Gdzieś słyszałem, że chłopaki kupili nawet jakieś nadajniki radiowe celem uruchomienia biznesu mediowego pod marką... "Piramida". Przynajmniej poczucie humoru mają ;-). 

      Pisałem w blogu, że przedstawiciele korporacji odbyli spektakularny tour po Polsce, a na trasie znalazły się tak znane, przepełnione inwestorami centra finansowe, jak Kielce, Starachowice, Konin, czy Koszalin :-). "Zarząd stara się nie przerwanie ulepszać swoje techniki inwestowania i podwyższać poziom obsługi personelu w już istniejących przedsiębiorstwach. Jakość usług – dla firmy jest to obowiązek przed partnerami. Tak właśnie wygląda filozofia budowania biznesu przez 11 tysięcy profesjonalistów Helix Group – filozofia, która leży u podstaw naszego sukcesu" - pisano w prezentacji. Aby stać się częścią historii wystarczyło kupić pakiet inwestycyjny za 50 dolarów i patrzeć na wypłacane procenty - 18% w skali miesiąca plus ewentualny udział w zyskach z wciągniętych do prorgamu nowych klientów.

      Któż by nie skorzystał? Zwłaszcza, że jeszcze wiosną tego roku prezes firmy Dmitro Naguta ogłaszał promocję, z której wynikało, że wszystkie osoby, które osiągną status "Brylantowy Dyrektor" będą zaproszone na rejs luksusowym statkiem po nadmorskich, Europejskich miastach. Firma organizowała też w najlepsze szkolenia inwestycyjne po 900 zł za bilet (w cenie dwa noclegi, wyżywienie, uroczysta kolacja z przedstawicieami firmy, relaks i oczywiście owo szkolenie - w takiej właśnie kolejności ;-)) i pozyskiwała nowych fraje... tfu, inwestorów chcących zarabiać 18% miesięcznie bez ryzyka. Ale potem niespodziewanie przyszło lato i... zaczęły się jaja. Firma poinformowała, że ogranicza możliwość wypłacania kasy tylko do osób zweryfikowanych. Żeby się zweryfikować trzeba było mocno się spocić i dać na tacę, bo przez sito przechodzili tylko wybrańcy. Pozostałym kapitał miał się mrozić.

      Potem - jak relacjonują mi członkowie tego superbiznesu - zaczęły się awarie w ukraińskiej lub rosyjskiej firmie, która pośredniczyła przy wypłatach przez internet. "Firma czeka na stosowne umocowania prawne i wkrótce zostaną wprowadzone nowe metody wypłat. Wtedy każdy swobodnie będzie mógł zlecić wypłatę. Proszę zatem jeszcze o chwilkę cierpliwości" - pisali promotorzy systemu w Polsce. W maju Helix ogłosił, że "pakiety inwestycyjne", która firma sprzedawała fraje..., tfu, inwestorom, wygasają i że są zamieniane na akcje firmy o dumnej nazwie Helix Global International. I że firma nie będzie już płaciła 18% miesięcznie, tylko 6,2-6,5% od każdej akcji, wartej 50 euro (odpowiednik pakietu inwestycyjnego kupowanego wcześniej za dolary). "Każdy akcjonariusz otrzyma prawnie uregulowany dokument, że jest właścicielem akcji międzynarodowego holdingu Helix" - brzmiał komunikat. Mocne ;-). Aha, dywidendy mają być wypłacane tylko raz w roku, a akcje, którymi uczestnicy zostali obdarowani zamiast żywej gotówki, trudno sprzedać, bo nie są nigdzie notowane ;-))

      "Jedno jest pewne, daliśmy się nabrać. Miało być wszystko pięknie, kraina miodem i mlekiem płynąca, a okazało się, że nasze pieniądze są "zamrożone" i nie przynoszą zysków od kilku miesięcy. (...) Chcieliśmy zarabiać na pakietach, a w chwili obecnej jesteśmy sporo w plecy na samej zmianie pakietów w "akcje", z których i tak nie ma zysków, a akcji nie można sprzedać. Czy wyobraża ktoś sobie sytuację, że wpłaca pieniądze na konto oszczędnościowe, a bank środki przekształca po pół roku w dożywotni fundusz inwestycyjny? Zapewne nie. Więc może czas się zebrać i postarać się odzyskać nasze pieniądze".

      - pisze na jednym z forów poświęconych różnym dziwnym interesom klient. Porównanie Helix z bankiem - miodzio ;-)). Oj tam, od razu "daliśmy się nabrać". Po prostu firma ma przejściowy poślizg z wypłatami. Ale przecież nie ma sytuacji bez wyjścia. Firma ogłosiła, że pojawi się tajemniczy inwestor, który odkupi akcje Helixu od chętnych. Trzeba tylko pojawić się na kolejnym szkoleniu ;-).

      "Każdy mówił ile to w Helixie zarabia. Natomiast jak interes padł, to widzę, że zdecydowana większość jest "w plecy". Dam sobie głowę uciąć, że bez naganiania kolejnych ludzików nie ma szans na odzyskanie jakiegokolwiek wkładu. To typowa piramida - nie da ludziom więcej niż doń włożono. Grube ryby obłowią się ponownie na budowaniu struktury. Już teraz słyszę idiotyczne tłumaczenie liderów: "chyba nie spodziewaliście się, że firma zawsze będzie dawała taki procent" - moja odpowiedź: tak, właśnie tak się spodziewaliśmy ponieważ tak był ten biznes predstawiany!"

      - pisze kolejny internauta, który rozbroił mnie swoim stanowczym "spodziewaniem się" ;-). Naprawdę, nie da rady wyciskać 18% gwarantowanego zysku z "pakietów inwestycyjnych"? A to pech. Ale nie do końca. Duch w narodzie, mimo licznych upokorzeń, wciąż nie ginie. Pan Naguta ogłosił, że kupił bank w Czechach, że finalizuje umowę z MasterCardem, która pozwoli wydać akcjonariuszom karty do wypłat (tylko ciekawe co mieliby wypłacać, akcje? :-))., że zostanie uruchomiona wewnętrzna giełda, na której będzie można handlować akcjami po cenie nie mniejszej, niż 50 euro. Piękne, co? W najbliższych miesiącach Dymitro chciał otworzyć w Polsce pięć oddziałów.

      "Podczas pierwszej godziny ,zapytałem uczestników, kto chce sprzedać akcje,vzgłosiło się ponad 70%, natomiast po wystąpieniu Dymitra w odpowiedzi na to samo pytanie zgłosiły się dwie osoby, które ostateczne postanowiły się wstrzymać. W najbliższym czasie firma uruchamia sieć pijalni kawy"

      - podniecił się jeden z liderów Helix w Polsce. Przynajmmniej będzie się gdzie przytulić i wypić kawę w oczekiwaniu na wypłatę pieniędzy przymrożonych przez ukraińskich cudotwórców :-). Mimo obietnicy, że dywidendy - te ponad 6% w skali miesiąca - już czekają w skarbczyku na Ukrainie i już po Sylwestrze się z niego wysypią, pojawili się niedowiarkowie i sabotażyści, którzy zamiast cierpliwie czekać poszli na policję i robią dym. Firma wydała w ich sprawie komunikat, z którego wynika, że jest bardzo rozczarowana. Przy okazji ogłosiła, że jak już na początku 2017 r. wypłaci dywidendy, to inwestorzy dostaną dużo czasu na radość i żeby ich nie rozpraszać, to firma nie odmrozi samych akcji do wiosny 2017 r. :-).

      "Wszystkim, którzy byli autorami raportów do policji na temat firmy oraz liderom, którzy nie zrozumieli istoty programu, wypłaty dywidend za rok 2016 nie będą realizowane. Natomiast partnerzy, którzy złamali zasady obowiązujące akcjonariuszy zostaną wykluczeni i usunięci z szeregów spółki w styczniu 2017 r. Aby tak się nie stało, wszyscy akcjonariusze spółki, którzy złożyli swoje oświadczenia do policji, ale chcą otrzymać roczną dywidendę, muszą oficjalnie wycofać je z policji i powiadomić o tym firmę do 25 grudnia 2016 r."

      - głosi ultimatum. Aha, żeby było weselej, to skany zaświadczeń o wycofaniu pretensji do Helix trzeba wysyłać na adres e-mailowy iloveyouhelix@gmail.com. Wygląda na to, że Helix to już nawet za serwery przestał płacić, skoro ma pocztę na Gmailu ;-). Ukorzyć się opłaca, bo w ten sposób można dołączyć do 263.654 akcjonariuszy firmy, którzy co prawda już nie zarabiają po 18% miesięcznie, ale za to są współwłaścicielami światowego holdingu z wielkimi aktywami, jeszcze większymi aspiracjami i być może dostaną nawet dywidendę od akcji, których nie będą mogli sprzedać ;-). Z okazji nadchodzących świąt Helix życzy wszystkim "dużo dobrego i "helixowych” zarobków". Boże uchowaj ;-).

      Czytaj: Kolejna "firma inwestycyjna" zdemaskowana. Właścicielem podejrzana postać

      Obejrzyj: Złota szóstka pani Joli, czyli bez wysiłku zarobisz milion na dobra czynieniu

      Zdziw się: Matryca konsumencka Paytrade, czyli piramida z... polis

      Wniknij: Zeekrewards pochłonął w Polsce 6000 ofiar. Teraz rządzi Bannersbroker

      Zassij: Piramidalne tajemnice wspólnoty Lyoness

      Odkryj: Dziwny pomysł na sprzedawanie złotych sztabek. Skojarzenia z Amber Gold

      Czytaj: Wielka kradzieź z giełdy Bitcoinów. Gdzie prokurator?

      To, co robi Helix, nie jest jakimś nietypowym sposobem działania ludzi prowadzących tego typu interesy. Najpierw się obiecuje krociowe zyski, promuje interes w mediach społecznościowych, potem płynie kasa od fraje... tfu, inwestorów, więc wszystko się kręci koncertowo, ale prędzej czy później tempo wzrostu maleje. I co wtedy? Prosta sprawa: wprowadza się weryfikację uczestników. Niech przysyłają skany dowodów, paszportów, odciski palców, nerkę własnej matki. Część nie będzie chciała się weryfikować i się odczepi, spisując wpłaconą kasę na straty. Pozostałych gnomów się tresuje. Najpierw ogranicza się im "oprocentowanie" pieniędzy. Jak to zrobić żeby fraje... tfu, inwestorzy się nie zorientowali? Trzeba zmienić nazwę programu, zamienić jeden program na akcje, akcje na obligacje, obligacje na certyfikaty, program europejski na światowy albo światowy na europejski. Przy okazji oczywiście zmieniając zasady wypłat. Przez jakiś czas to działa i tłuszcza nadal wpłaca nową kasę. Ale koniec jest zawsze taki sam - zamrożenie wypłat, ewentualnie szybkie bankructwo. I ten komunikat ;-):

      Pamiętacie jak opowiadałem o absolutnie hitowym programie "inwestycyjnym" Traffic Monsoon? Działało to-to w taki sposób, że kupujesz tzw. adpacki, czyli prawo emisji swoich reklam w sieci członków programu, a dodatkowo zobowiązujesz się do oglądania reklam innych członków tego programu. W zamian firma wypłaca 110 dolarów za każde 100 dolarów wpłaconych i to w krótkim czasie. Z czego bierze się ten ekstra-zysk? To właśnie jest zagadka. Różnie tłumaczą to artyści od tego typu programów, ale bolesna prawda jest taka, że jeśli program nie ma żadnych innych źródeł dochodów, to bierze się on wyłącznie z napływu nowych członków. A więc piramidka. Traffic Monsoon był w Polsce bardzo popularny, więc odnotowałem jego zejście śmiertelne.

      Nie wiem czy wiecie, ale inny - bliźniaczo podobny do "monsuna" - program, który też prześwietlałem, czyli MXRevShare, najprawdopodobniej też jest już na finiszu. Tu też ludzie klikali jak dzicy i jak dzicy wpłacali nowe pieniądze, bo im więcej wpłacą, od tym większej kwoty będzie liczone ich 110% ;-). Niestety, eldorado się skończyło. Kilka miesięcy temu pojawiły się przerwy w naliczaniu premii od adpacków. Potem było żądanie weryfikacji uczestników, za którą to weryfikację uczestnicy musieli płacić :-). Uzasadnienie konieczności tej weryfikacji było przesłodkie:

      "Najbardziej alarmujący trend to "tajemnicze pieniądze" zdające się znikać w regularnych odstępach czasu z systemu. Niestety, wyśledzenie tych pieniędzy nie zawsze jest łatwe, gdy mamy od 500 do 1000 wypłat każdego dnia. Całkowita strata dla naszej firmy to ok. ćwierć miliona dolarów od września. Przepraszam, jeśli nasza weryfikacja wydaje się uciążliwa i na dodatek błędna wobec niektórych członków, ale musimy powstrzymać i wyeliminować oszustów kradnących nasze firmowe pieniądze"

      Następnie MXRevShare - decyzją założyciela i guru, czyli niejakiego Jamesa Lee Valentine - został przekształcony w MXWorld. Mniej więcej w tym samym czasie pojawiły się limity w wypłatach pieniędzy. Ci, którzy kupili adpacki wkurzają się, że płyną do nich jakieś nędzne grosze zamiast obiecywanych krociowych zysków. Chodzi chyba o to, żeby skłonić uczestników, by wpłacali nowe pieniądze, a program się jeszcze trochę pociągnął, by przekształcić się w MXUniverse ;-). Ewentualnie w MXMars, który zamiast pakietów wyemituje akcje, otwierając giełdę na Marsie. Akcje będzie można oczywiście sprzedać na niej tylko osobiście ;-). Wiecie co jest najgorsze? Że jedni ciężko pracują oglądając reklamy, a drudzy chcą zakosić ich pieniądze. Żeby przez takich nikczemników przekręcił się kolejny złotodajny program inwestycyjny? To byłaby jawna niesprawiedliwość. W tej sytuacji można zrobić tylko wyrazić solidarność z panem Lee Valentine. I przy okazji z panem Nagutą też. Trzymajcie się, chłopaki. Poratowałbym Was jakimiś "zielonymi", ale chyba zapomniałem portfela ;-).

      o_jezus

      OGLĄDAJCIE "KASOWNIK SAMCIKA"! To już ostatni tegoroczny odcinek "Kasownika". Wracam z moim cyklem gdy Wy już wrócicie do życia po Najdłuższych Świętach Nowoczesnej Europy ;-). W tym wydaniu wideocyklu o tym jak nie zbankrutować w Boże Narodzenie oraz o świątecznych trikach sprzedawców. Zapraszam!

      W poprzednim odcinku głównym tematem było pytanie czy i na jakich warunkach warto kupić polisę od raka. Poza tym rozkminiałem też polisy ze zwrotem składki oraz sprawdzałem na ile trzeba się ubezpieczyć, żeby zapewnić naszym bliskim bycie rentierami.

      W moim cyklu radziłem też jak zapłacić za zakupy, gdy zapomnisz wziąć z domu portfel i liczyłem ile pieniędzy tracisz przy bankomacie, Aha, radziłem też jak nie wpaść w pułapkę wielkiej prowizji od debetu:

      A TERAZ... CHŁOŃ SUBIEKTYWNOŚĆ TAK JAK LUBISZ. Subiektywność jest multifunkcyjna i się często dyslokuje ;-). Można ją spotkać tu i tam. W internecie, mediach społecznościowych, na wideo, w prasie, książkach oraz na spotkaniach, odczytach, konferencjach - wszędzie tam, gdzie mówi się o pieniądzach.

      autopromo4Blog "Subiektywnie o finansach" codziennie, od ponad siedmiu lat, zapewnia niezbędną dawkę wiedzy o Waszych pieniądzach. Prześwietlanie produktów finansowych, ekskluzywne wiadomości o nowych produktach oraz piętnowanie skandalicznych praktyk i interwencje w Waszych sprawach. Dołącz do dziesiątek i setek tysięcy czytelników - codziennie zaglądaj na samcik.blox.pl, nowy wpis wpada tu zwykle tuż po godz. 9.00. Jeśli chcesz wiedzieć jeszcze więcej i ze mną podyskutować, zostań fanem blogu na Facebooku (jest nas już 37.000!), na Twitterze (tu wraz ze mną rządzi blisko 10.000 followersów). Zapraszam też do bezpośredniego kontaktu mejlowego:  maciej.samcik@gazeta.pl. Postaram się odpowiedzieć na każdy e-mail, choć nie obiecuję, że odpowiem szybko ;-).

      autopromo2...ZOBACZ MNIE W EKSTREMALNYCH AKCJACH. Opowiadam o domowych finansach nie tylko tekstem, ale i ruchomymi obrazami. Żeby Ci się nie nudziło robię przy tym różne głupie rzeczy: skakałem na spadochronie, dałem sobie obić twarz przez byłego trenera Tomasza Adamka, latałem w tubie aerodynamicznej, w której ćwiczą kosmonauci, ćwiczyłem na najnowocześniejszym w Polsce symulatorze lotów, jeździłem autobusem, gokartem, grałem w golfa i ruletkę. Wszystkie te przygody są na mojej "stronie" youtubowej. Zasubskrybuj mój kanał na Youtube (w tym kinie siedzi już ponad 2000 fanów i jest ponad 70 filmów, które obejrzano więcej, niż ćwierć miliona razy). 

      ekipasamcikanewSUBIEKTYWNA EKIPA SAMCIKA IDZIE NA OSTRO W "WYBORCZEJ". Blog "Subiektywnie o finansach" zyskał tak dużą popularność, że zaowocował autorskimi stronami w "Gazecie Wyborczej". Co czwartek na stronach gospodarczych "Wyborczej" ukazuje się tygodnik "Pieniądze Ekstra", w którym ja i grupa moich kolegów, zwana złowróżbnie Ekipą Samcika, radzi jak sprytnie kupować, jak się nie dać nabrać w sklepie, co zrobić, żeby wyplątać się z finansowych tarapatów i jak mieć więcej pieniędzy. 

      autopromo3SUBIEKTYWNOŚĆ DO PODUSZKI, NA WAKACJE, NA PREZENT: o oszczędzaniu, inwestowaniu i zarządzaniu domowymi pieniędzmi piszę też w moich książkach, które możesz kupić w dobrych księgarniach oraz w internecie. Dowiesz się z nich jak założyć pierwszy plan systematycznego oszczędzania, jak nie dać się okraść przez internet, jak odróżnić tani kredyt od drogiego, jak nie dać się nabić w niby-ubezpieczenie, jak nauczyć dziecko oszczędności...

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „Cudotwórcy w tarapatach, czyli Dymitr i James walczą ze zdrajcami, a na policji sączy się jad :-)”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 19 grudnia 2016 09:22
  • czwartek, 03 listopada 2016
    • Ta pożyczka przebija wszystko co widzieliście do tej pory. 390 zł kary za to, że...

      Nowa ustawa "antylichwiarska", która weszła w życie kilka miesięcy temu, miała przyciąć biznes firm pożyczkowych, a zwłaszcza tych, które udzielają krótkoterminowych pożyczek-chwilówek. Ograniczenie pozaodsetkowych kosztów - takich jak prowizje - miało sprawić, że pożyczki będą mniej lichwiarskie (jednomiesięczna może kosztować mniej więcej 28%, a roczna nie wiecej, niż jakieś 60%). Z kolei zapisy utrudniające rolowanie pożyczek bez końca miały sprawić, że firmy nie będą klientów od siebie uzależniały "pierwszą pożyczką gratis". Już wiadomo, że po wprowadzeniu nowych przepisów trochę firm się wykruszyło z rynku (głównie tych najmniejszych, ku uciesze rynkowych liderów, którym ubyło lokalnej konkurencji), reszta zaczęła mniej lub bardziej intensywnie kombinować jak by tu ustawę ominąć. Opisywałem ostatnio w blogu firmę, która chętnie przejmuje klientów chwilówkodajni (zwłaszcza jednej z nich :-)) i refinansuje im pożyczki jeśli już wpadli w zakaz rolowania. Zakaz zakazem, a zarabiać jakoś trzeba :-).

      Są i inne patenty. Jest taka firma chwilówkowa Kasomat.pl. Chłopaki są ekstremalnie nastawieni na zaspokajanie potrzeb konsumenckich, po pożyczą pieniądze nawet na trzy dni. Tanio nie jest - pożyczasz 500 zł, a oddajesz 626 zł - ale można. Te same 500 zł pożyczone na 30 dni kosztuje 641 zł z małymi groszami. Firma jest obwieszona medalami przyznanymi przez szczęśliwych konsumentów (a tak naprawdę przyznanymi przez sprzedawców "certyfikatów jakości"): ma "medal polskiej przedsiębiorczości i profesjonalnej obsługi", certyfikat "odpowiedzialny pożyczkodawca", medal "100% jakości" bliżej nieznanej firmy Strefa Finansów, jest też członkiem prestiżowej organizacji Konferencja Przedsiębiorstw Finansowych. Nic tylko odpowiedzialnie się zadłużyć. "Będziemy cię finansowali najtaniej, najdłużej i pomożemy w spłacie" - obiecuje firma w reklamie. Rozumiem, że jesteście wzruszeni, ale proszę, nie lejcie łez na klawiaturę.

      Czytaj też: Ochrona przez lichwą i wyzyskiem? W praktyce wygląda tak ;-)

      Firma działa tak, że trzeba jej dostarczyć kopię wyciągu bankowego, rachunek za prąd i gaz oraz przesłać przelew weryfikacyjny w wysokości 1 zł ze swojego banku. W ten sposób Kasomat odsiewa klientów niewiarygodnych finansowo oraz oszustów. Podobnie działa większość dużych firm na rynku chwilówek. Ale im dalej w las, tym więcej drzew. Pamiętacie jak Provident omijał poprzednią ustawę antylichwiarską? Zamiast odsetek (limitowanych do czterokrotności stopy lombardowej NBP) i prowizji (dość długo obowiązywał limit 5% wartości pożyczki) pobierał... opłatę za obsługę w domu. Kasomat robi podobnie: na etapie składania wniosku pożyczkowego pojawiają się opcje do wyboru: albo zabezpieczysz pożyczkę zewnętrznym poręczeniem, albo ustanowisz zastaw na swoim majątku. Wiem, pukacie się teraz w czoło: "co? zabezpieczenie pożyczki-chwilówki? a co to za dziwo?". Generalnie chwilówki po to są chwilówkami, żeby były niezabezpieczone :-).

      kasomathp

      O co więc chodzi? O podprowadzenie klienta, rozochoconego wizją błyskawicznej dostawy gotówki, do wyboru zabezpieczenia pożyczki poręczeniem firmy Partners of Securities. Wynagrodzenie poręczyciela? Ryczałtowe 17% od wartości pożyczki. To oznacza, że jeśli biorę chwilówkę na miesiąc i skorzystam z tej - domyślnie zakreślonej w formularzu pożyczkowym - formy zabezpieczenia, to zapłacę znacznie więcej, niż wynikałoby to z wstępnej kalkulacji. Na tym jednak nie koniec pułapek. Co prawda umowa jest zawarta z chwilą jej zaakceptowania przez obie strony w internecie, ale... na klienta jest nakładany obowiązek wysłania własnoręcznie podpisanej, papierowej umowy. To jeszcze pół biedy. Jeśli jednak klient się z tego nie wywiąże, firma pożyczkowa może "naliczyć opłatę za niewykonanie zobowiązania w kwocie wskazanej w Tabeli Opłat”. Przezornie Kasomat nie zamieszcza tabeli opłat na swojej stronie internetowej (po co denerwować potencjalnych klientów?), ale z umowy poręczenia, która nieopatrznie została zawieszona na stronie pożyczkodajni, wynika, że kara za niedostarczenie papierowej umowy wynosi... 390 zł!

      Chcesz więc pożyczyć 500 zł, ale za miesiąc musisz oddać 650 zł. Nie masz samochodu, który mógłbyś zastawić? Ojej, musisz zapłacić jeszce prawie 100 zł za poręczenie. Zapomnisz odesłać papiery (albo poczta je zgubi)? Jeszcze 390 zł. W sumie - w miesiąc możesz więcej, niż podwoić swój dług. Czy można się dziwić, że branża pożyczkowa tak pokochała nowe prawo antylichwiarskie? ;-)

      O Kasomacie i jego pomysłach piszą też: tutaj oraz tutaj 

      Lichwiarskich pożyczek niestety zabić się nie da, bo zawsze będą ludzie, którzy z jakichś przyczyn nie otrzymają pożyczki w banku lub też tacy, którzy po prostu wolą mieć wygodniejszą pożyczkę przez smartfona, niż tradycyjną-bankową, choćby i ta ostatnia była tańsza. Jedyne co można zrobić to pilnować, żeby firmy chwilówkowe i te udzielające pożyczek na dłużej, nie wpuszczały klientów w pętlę długów. Dlatego tak bardzo nie lubię promocji typu "pierwsza pożyczka gratis" (jeśli coś jest za darmo, to częściej używamy tego nierozsądnie). I dlatego uważam, że do ustawy o upadłości konsumenckiej trzeba dopisać jeszcze jeden punkt - jeśli sąd, na podstawie zeznań zadłużonego i w braku przekonujących kontrargumentów firmy chwilówkowej, uzna że pożyczka pozabankowa została udzielona osobie, która już wtedy była przekredytowana - taką pożyczkę się umarza. Wtedy firmom chwilówkowym przestanie się opłacać zakładanie klientom pętli długów na szyję.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „Ta pożyczka przebija wszystko co widzieliście do tej pory. 390 zł kary za to, że...”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 03 listopada 2016 19:28
  • piątek, 28 października 2016
    • "Pierwsza pożyczka gratis" miała się przestać opłacać. I co? Takiej darmochy nie widziałeś ;-)

      Mamy już dwie ustawy antylichwiarskie (jedna reguluje poziom odsetek, a druga - wszystkich pozostałych opłat), więc należałoby się spodziewać, że przed lichwą będziemy chronieni tak porządnie, że żadna podła kratura lichwiarska się nie przeciśnie przez kordon ustaw, rekomendacji i rozporządzeń. A jak się przeciśnie, to zostanie natychmiast zgnieciona przez konsumenckich urzędników UOKiK i Rzecznika Finansowego. W ostateczności pojawi się szeryf Ziobro ze swoimi "żołnierzami" z prokuratury i pokaże złym ludziom gdzie raki zimują. Miał być koniec pobierania wysokich opłat pozaodsetkowych, koniec procederu pod nazwą "pierwsza pożyczka gratis", koniec rolowania pożyczek w nieskończoność i koniec z gigantycznymi opłatami za windykację. W zasadzie zrealizować udało się tylko ten ostatni cel - firmy pożyczkowe rzeczywiście przestały jako główne źródło zarobku traktować windykację (a przynajmniej tak to wygląda przez pryzmat publicznie dostępnych danych, jeśli "pod kołderką" dzieją się wstydliwe dla branży pożyczkowej rzeczy - niezwłocznie dajcie mi znać).

      Niedawno opisywałem firmę pożyczkową, która robi wrażenie, jak gdyby specjalizowała się w refinansowaniu pożyczek udzielanych przez inne pożyczkodajnię, a zwłaszcza przez jedną. Pożyczkę, której nie da się już zrolować, bo prawo mu zabrania, może wziąć na siebie ów "podwykonawca". To genialny w swej prostocie pomysł na wpędzanie klienta w pętlę długów pomimo obowiązywania prawa, które to utrudnia. A co z procederem "pierwsza pożyczka gratis"? On też miał się firmom pożyczkowym przestać opłacać (przez narzucone ustawą ograniczenia w kosztach pozaodsetkowych, a konkretnie "mrożenie" limitów na trzy miesiąca), ale najwyraźniej tak się nie stało. Skoro zakaz rolowania chwilówek ponad miarę da się omijać, to i "pierwsza pożyczka gratis" może działać jak dawniej, nie narażając na szwank rentowności firm udzielających chwilówek.

      Czytaj też: Ale odlot! Grzecznie spłacasz raty pożyczki? Dostaniesz punkty Payback ;-)

      O tym, że firmy chwilówkowe ujarzmiły nowe prawo antylichwiarskie już informowałem posłów, ministrów oraz czytelników w moim niedawnym wpisie blogowym. Pożyczkodajnie zresztą same poinformowały o tym fakcie najważniejsze osoby w państwie pewną znamienną publikacją w "Rzeczpospolitej". Że co? Przesadzam? Cóż, jeśli pożyczkodajnie chwalą prawo, które miało zniszczyć ich główny model biznesowy ("pierwszą pożyczkę gratis") to... coś tu nie gra. Dziś mam dla Was kolejną przesłankę świadczącą o tym, że żadna z dwóch działających ustaw antylichwiarskich nie naruszyła interesu głównych graczy na tym rynku (gdybym był "Wiadomościami" TVP to bym powiedział "firm finansowanych w dużej części kapitałem ze Wschodu" i znacząco bym mrugnął do widzów okiem ;-))). Widziałem właśnie reklamę firmy Vivus. Pierwsza pożyczka gratis aż do... 2500 zł. Bez opłat, bez odsetek, bez żadnych kosztów. Pożyczasz 2500 zł, oddajesz 2500 zł. Kasa w 15 minut na twoim koncie, krótki wniosek pożyczkowy wyślesz przez smartfona. Nie musisz się ruszać z fotela, żebrać u pracodawcy o zaświadczenie o dochodach, wypełniać siedemnastu formularzy w banku, płacić wysokich odsetek... Anioł miłosierdzia nadchodzi. Pytacie dlaczego szlag mnie trafia? Ano dlatego, że szkodliwa praktyka pod nazwą "pierwsza pożyczka gratis" mimo obowiązywania prawa, które miało ją wyeliminować, rozwija się coraz bardziej. Kiedyś firmy chwilówkowe dawały tylko 500 zł "na próbę". Potem w wersji "gratis" można było pożyczyć 1200 zł. Przed wejściem w życie nowego prawa antylichwiarskiego - 2200 zł. Teraz Vivus bije rekord i oferuje 2500 zł bez opłat i odsetek. 

      vivus2500

      Czytaj też: Oni są jak ośmiornica, atakują drugą marką, atakują automatami pożyczkowymi...

      Dlaczego nie lubię "pierwszej pożyczki gratis"? Przecież w całym handlu i usługach powszechnie stosuje się zasadę bezpłatnych próbek, które mają skłonić klienta do zakupu większej porcji już na warunkach komercyjnych. Nie mam nic przeciwko takim teaserom. Gdyby firmy pożyczkowe udzielały "próbek pożyczki", czyli np. 100 zł gratis, to bym o nich złego słowa nie powiedział. Ale one nie udzielają "próbek", tylko coraz wyższych pożyczek. Oferta "pożyczka bez kosztów dostępna w ciągu kwadransa" skłania do nierozsądnych, nieprzemyślanych decyzji. A w konsekwencji - może wpędzać w pętlę zadłużenia. Im większa kwota "gratisu", tym większe pradopodobieństwo, że klient nie da rady uwinąć się ze spłatą w ciągu 30 dni. I o to chodzi chwilówkodajniom. Dlatego właśnie coraz bardziej podnoszą kwotę pierwszej pożyczki za darmo. U konkurencji też jest zresztą "na bogato", choć nie aż tak, jak u Vivusa.

      filarumaaaaekspreskasaszybkalendonaaa

      A może chociaż Vivus obniżył koszty przedłużenia swojej pożyczki? Porównałem koszty przedłużenia pożyczki zaciągniętej w wersji "pierwsza gratis" na kolejny tydzień, dwa tygodnie lub miesiąc według taryfy obowiązującej dziś i tej sprzed trzech lat. Wtedy prawa antylichwiarskiego w ogóle nie było i Vivus mógł sobie obiecywać co chciał. We wrześniu 2013 r. można było bez opłat pożyczyć 1200 zł, a w przypadku braku terminowej spłaty w ciągu 30 dni firma dawała do wyboru opcje przedłużenia o tydzień (trzeba było dopłacić 117 zł), dwa tygodnie (za 151 zł) albo okrągły miesiąc (za 228 zł). Dziś kwota "pierwszej gratis" wzrosła dwukrotnie, a cena... jest mniej więcej taka sama. Gdybym - jak trzy lata temu - chciał wziąć tylko 1200 zł w ramach "pierwszej gratis" i nie zmieścił się w 30 dniach ze spłatą, to za przedłużenie o tydzień zapłaciłbym 131 zł, o dwa tygodnie - 167 zł, a o miesiąc - 188 zł. Jak widać, w niewielkim stopniu spadła tylko cena przedłużenia o miesiąc.

      Mamy więc prawo antylichwiarskie, które miało uczynić nieopłacalnym rolowanie pożyczek, a tymczasem największa na rynku firma chwilówkowa nie tylko nie obniżyła cen, ale i dwukrotnie zwiększyła skalę prowadzonej w ramach tego modelu działalności. Roluje tak samo drogo, tylko na dwukrotnie wyższych kwotach. Albo to wyniszczająca walka z konkurencją i dotowanie klientów po to, żeby przeżyć, albo... gwizdanie na ustawę. Może to jest właściwy moment, żeby przyznać, że antylichwiarskie prawo jest psu na budę i ułatwić przeprowadzanie upadłości konsumenckiej - powiązanej z redukcją zadłużenia - osobom, którym zaoferowano "pierwszą pożyczkę gratis", a które już w momencie zaciągania tej pożyczki były w trudnej sytuacji finansowej? Skoro firma pożyczkowa, oferując "pierwsz ą pożyczkę gratis" przyczyniła się do znacznego pogorszenia sytuacji klienta, to niech dług klienta wobec tej firmy automatycznie będzie umarzany. Może wtedy ktoś w chwilówkodajniach puknie się w czoło i przestanie kusić słabo wyedukowanych Polaków coraz większymi złudzeniami optycznymi.

      OBEJRZYJ TRZECI ODCINEK "KASOWNIKA SAMCIKA". To mój nowy tygodnik wideo. W trzecim odcinku głónym tematem są sprytne sposoby na oszczędzanie, a w poprzednich było m.in. o studiowaniu, pracowaniu, czy zaciąganiu kredytu hipotecznego. Poza poradami finansowymi w każdym wydaniu solennie obiecuję czerstwy żart prowadzącego :-)), ciekawostkę o pieniądzach oraz finansowy trik Samcika. Żeby nie przegapić kolejnych odcinków - zapraszam do subskrybowania kanału YouTube "Subiektywnie o finansach"  

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „"Pierwsza pożyczka gratis" miała się przestać opłacać. I co? Takiej darmochy nie widziałeś ;-)”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 28 października 2016 09:13
  • środa, 26 października 2016
    • Hmm... W minutę zajrzeli mi w Facebook, Twitter, LinkedIn, Google, PayPala i dali... Czas się bać?

      Jeśli o bankach mówi się, że są mało elastyczne i zbyt wolno dostosowują się do zmieniającej się rzeczywistości, to nie ma lepszego przykładu na poparcie tej tezy, niż system oceny ryzyka kredytowego. Opisywałem już w blogu przypadki ludzi, którzy mają dobre zarobki, oszczędności, pokazali się z najlepszej strony jako osoby przedsiębiorcze, a mimo to mają zamkniętą drogę do bankowego kredytu. Dlaczego? Ot, po prostu, nie pracują na etacie, nie mają umowy na czas nieokreślony, więc system scoringowy "wypluwa" ich jako osoby niewiarygodne finansowo. Jak ci bankowcy wpadli na to, że jeśli ktoś pracuje na umowę o dzieło, to jest mniej stabilny "dochodowo", niż ten, kto ma etat na czas nieokreślony? To dla mnie zagadka, bo przecież etatowca też można znienacka zwolnić i wcale nie jest powiedziane, że sobie w życiu poradzi lepiej, niż człowiek, który pracodawców zmieniał w przeszłości jak rękawiczki. Inny przykład: brak historii kredytowej w BIK jako element dyskredytujący kandydata do kredytu. Dlaczego ten, kto kiedyś kupił żelazko na kredyt, albo ma siedem kart kredytowych, jest bardziej wiarygodny, niż ten, kto nigdy się nie zadłużał?

      kokospoyczkiByć może banki do tej pory miały za dobrze i mogły sobie pozwolić na wyrzucanie poza nawias całych grup potencjalnych kredytobiorców. A być może po prostu są zbyt skostniałe, by szybciej łapać wiatr w żagle. W końcu właśnie na większej elastyczności w podejściu do potencjalnych klientów swój sukces zbudowały m.in. firmy pożyczkowe (takie jak Vivus, czy Wonga). One potrafią użyć innych parametrów, niż tylko historia kredytowa, by ocenić wiarygodność klienta. Czasem są to parametry bardzo innowacyjne, jak np... znajomi na Facebooku. Jeśli przyjaźnisz się w sieci z oszołomami, albo należysz do grupy "total deprecha", to być może nie jesteś zbyt bezpiecznym pożyczkobiorcą. Teraz na podbój serc millennialsów, czyli grupy klientów niezbyt poważanej przez banki, uderza największy w Polsce serwis pożyczek społecznościowych - Kokos.pl. Za jego pośrednictwem posiadacze nadmiaru gotówki mogą udzielać pożyczek osobom potrzebującym. Oprocentowanie jest niższe od bankowego (bo z zysków z pożyczki nie trzeba utrzymywać setek placówek i tysięcy pracowników), ale wyższe od oprocentowania depozytów. Większość wystawianych obecnie aukcji pożyczek na Kokos.pl ma oprocentowanie w okolicach 10% w skali roku.

      Kokos.pl spróbuje za pomocą tzw. social scoring powalczyć o to, żeby móc obniżyć oprocentowanie pożyczek dla osób młodych, bez stałej umowy o pracę i bez historii kredytowej (czasem nawet bez konta bankowego). Liczy na to, że dzięki temu odciągnie tę klientelę od niebankowych firm pożyczkowych. Jeśli pomysł się uda - może z tego wypączkować najbardziej opłacalna forma pożyczania pieniędzy przez millennialsów. Przy tak niskich stopach procentowych, jakie mamy dzisiaj (i żałosnym oprocentowaniu lokat bankowych) inwestorzy w pożyczki społecznościowe będą w stanie zaakceptować niższe oprocentowanie, o ile organizator aukcji - w tym przypadku Kokos.pl - zapewni porządne prześwietlenie pożyczkobiorców i wystawi im wiarygodny scoring. Do współpracy przy social scoring Kokos.pl zaprosił firmą FriendlyScore, która zajmuje się tym biznesem na rynku brytyjskim. Na czym ma polegać społecznościowe prześwietlanie potencjalnych klientów na pożyczki społecznościowe?

      Czytaj też: Idzie czas finansowych Fejsbuków? Dzięki znajomym twój kredyt potanieje!

      Czytaj też: Fotografujesz paragony, chwalisz się zakupami na Fejsie i... zarabiasz

      Otóż FriendyScore i Kokos.pl poproszą potencjalnego pożyczkobiorcę o podłączenie jego kont w serwisach społecznościowych (LinkedIn, Google, Twitter i Facebook) do konta na Kokos.pl. Z serwisów społecznościowych będą od tego momentu zaciągane informacje dość dokładnie odzwierciedlające jestestwo klienta, nawet jeśli w BIK jest na jego temat wpisana nicość. W FriendlyScore twierdzą, że na podstawie danych, które większość z nas zostawia o sobie na portalach społecznościowych da się bez problemu określić sytuację rodzinną delikwenta, jego doświadczenie zawodowe, a nawet poziom dochodów. Oczywiście Kokos.pl nie zamierza nikogo zmuszać do poddania się takiej wiwisekcji, ale jeśli ktoś się na to zgodzi i przejdzie taki social scoring pozytywnie, to będzie mógł w Kokosie pożyczać taniej pieniądze.

      Poszedłem na stronę FriendlyScore i zalogowałem się przez swoje konto w Facebooku. Natychmiast wyświetlił mi się ekran, na którym poproszono mnie, bym zalogował się też na konto Google (tam zbadają moją codzienną aktywność, zainteresowania i kontakty), na Twittera (tu prześwietlą kto mnie śledzi i kogo ja śledzę oraz czym się interesuję), na LinkedIn (tu zweryfikują moją historię zawodową) oraz na konto PayPal (gdzie przeanalizują co, kiedy i za ile kupowałem, a więc ile mniej więcej mogę zarabiać, pobiorą moje dane adresowe i sprawdzą czy mam kartę kredytową i ewentualnie jaką). Social scoring bazuje m.in. na algorytmie, który bierze pod uwagę zidentyfikowane wcześniej korelacje. Np. sprawdza spójność wpisywanego miejsca pracy w różnych mediach społecznościowych (wykrywając ewentualne nieścisłości). W ramach konta Google system sprawdzi z jakich aplikacji googlowskich korzystam, np. czy prowadzę kalendarz (to działa na plus, bo oznacza, że jestem systematyczny i skrupulatny). Podobno nie sprawdzają liczby, ani tematyki wrzucanych przez klienta postów, bo to ponoć nie ma znaczenia. Ale ja im nie wierzę ;-)). No dobra, koniec pieprzenia, jedziemy z tym koksem... Tfu, z Kokosem, chciałem powiedzieć ;-).

      friendlyscore

      Przeszedłem przez weryfikację scoringową na FriendlyScore i powiem szczerze, że jestem pod wrażeniem jak to chodzi. Przypięcie do Facebooka zajęło kilka sekund, a potem - przy weryfikacji w kolejnych portalach społecznościowych - system już sam rozpoznawał mnie po nazwisku lub po zdjęciu, więc tylko klikałem zgodę na przekazanie aplikacji wszystkich danych oraz nerki. Strach obleciał mnie przy PayPalu. FriendlyScore obiecuje, że nie sprzedaje żadnych danych na temat swoich klientów, ani nie gromadzi żadnych haseł. Jest też obietnica, że żaden żywy człowiek nie będzie czytał danych, które system wysysa z portali społecznościowych, podobno wszystko jest automatyczne. Obleciał mnie cykor i weryfikację PayPala odpuściłem. Mimo wszystko FriendlyScore przepuścił mnie do finalnej oceny i po jakichś 10 sekundach wypluł wynik: 913 na 1000 możliwych punktów i ocena "impressive".

      friendlyscorefinal

      Powiem szczerze, tak dobrze nie ocenia mnie nawet BIK (pewnie dlatego, że mam tam dużo "pustych" zapytań wynikających z tego, że testuję dla Was różne produkty kredytowe). Ale jeśli tak ma wyglądać aplikowanie o pożyczkę... jest moc. W półtorej minuty dostałem glejt, na podstawie którego mogę aplikować o pożyczkę. W banku w tym czasie zdążyłbym wypełnić najwyżej jedną z siedemnastu stron formularza aplikacyjnego (no, chyba że miałbym już przyznany jakiś limit w ramach prescoringu oraz podpisaną z bankiem umowę ramową na produkty kredytowe, to wtedy wystarczyłoby kliknięcie).

      Zakładam, że duża część danych, które można pozyskać z Facebooka, Twittera, LinkedIn, czy z konta Google oraz z Paypala to te same dane, które podaje się we wniosku kredytowym w banku. Tyle, że tutaj to dzieje się naprawdę błyskawicznie. No i dla banku zebranie tych wszystkich danych (najczęściej pracowicie wklepywanych do formularzy) to jest dopiero pierwszy krok, potem następuje słynna weryfikacja klienta w BIK. A tutaj wnioskowanie na podstawie danych z portali społecznościowych jest posunięte tak daleko, że wystarcza do wystawienia scoringu decydującego o oprocentowaniu ewentualnej pożyczki. Czy to będzie skuteczne? Cóż, sprawdzą to na własnej skórze ci, którzy w oparciu o taki "społecznościowy scoring" udzielą komuś pożyczki. Każdy model jest tak dobry, jak jego najsłabszy element. Czy model FriendlyScore ma jakieś poważne słabości? Wyjdzie w praniu. Wydaje mi się, że banki powinny bać się tego typu nowinek, bo młodzi ludzie i bez tego uważają chodzenie do banku za obciach. Płatności mogą wykonywać u niebankowych pośredników (jak SkyCash, czy opisywany w blogu DiPocket), oszczędności nie mają, a jeśli będą też mieli do dyspozycji tani, szybki i nieinwazyjny sposób uzyskania oceny wiarygodności kredytowej, to bankom - o ile szybko nie nauczą się tego samego - bardzo trudno będzie odzyskać dla siebie to pokolenie.

      OBEJRZYJ TRZECI ODCINEK "KASOWNIKA SAMCIKA". To mój nowy tygodnik wideo. W trzecim odcinku głónym tematem są sprytne sposoby na oszczędzanie, a w poprzednich było m.in. o studiowaniu, pracowaniu, czy zaciąganiu kredytu hipotecznego. Poza poradami finansowymi w każdym wydaniu solennie obiecuję czerstwy żart prowadzącego :-)), ciekawostkę o pieniądzach oraz finansowy trik Samcika. Żeby nie przegapić kolejnych odcinków - zapraszam do subskrybowania kanału YouTube "Subiektywnie o finansach"  

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (10) Pokaż komentarze do wpisu „Hmm... W minutę zajrzeli mi w Facebook, Twitter, LinkedIn, Google, PayPala i dali... Czas się bać?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 26 października 2016 09:07
  • sobota, 08 października 2016
    • To lepsze niż obligacje? Obiecują nawet 10% rocznie! Dobra inwestycja czy rosyjska ruletka?

      Przygniatająca większość oszczędności Polaków jest lokowana w bankach - trzymamy w nich 700 mld zł, wliczając w to osad na ROR-ach, bieżące zaskórniaki na kontach oszczędnościowych i depozyty terminowe. Jeśli już zabieramy część oszczędności z lokat bankowych, to znacznie bardziej cenimy sobie inwestowanie w obligacje (czyli pożyczanie pieniędzy państwu lub prywatnym firmom na określony z góry procent), niż w akcje spółek (z nadzieją na wzrost ich cen i dywidendy). Widać to doskonale na przykładzie funduszy inwestycyjnych: najpopularniejszą grupą funduszy dostępnych dla klientów detalicznych są fundusze inwestujące niemal wyłącznie w obligacje (rządowe lub korporacyjne). Trzymamy w nich 41 mld zł, czyli więcej, niż w funduszach akcji (26 mld zł), mieszanych (30,6 mld zł), czy w funduszach pieniężnych (30,6 mld zł).

      Paradoksalnie zakup obligacji to nie zawsze bezpieczniejszy interes, niż zakup akcji. Ceny spółek rzadko schodzą do zera, a jeśli emitent obligacji wpadnie w tarapaty, to przeważnie nabywcy obligacji tracą wszystko. Ostatnie wielkie bankructwo to upadłość SK Banku, największego banku spółdzielczego w Polsce, ale wcześniej ta sama przykrość spotkała np. posiadaczy obligacji Ganta, trzeciej największej firmy deweloperskiej w kraju, która płaciła za swoje obligacje aż 11% w skali roku. Moda na pożyczanie pieniędzy firmom napędza niskie oprocentowanie depozytów (średnio tylko 1,5% w skali roku). Rośnie też popularność platform pożyczek społecznościowych (posiadacze nadmiaru gotówki zarabiają na pożyczaniu pieniędzy potrzebującym), a ostatnio nawet portale, na których handluje się... wekslami.

      syngaphagraf1

      W ostatnich tygodniach w internecie bardzo intensywnie reklamuje się firma Syngrapha. Chwali się, że jest jedyną na świecie platformą pozwalającą inwestować w weksle wystawiane przez firmy. Dla mniej zorientowanych od razu mały disclaimer: weksel to dokument potwierdzający zaciągnięcie pożyczki. Jest uznawany za bezpieczną formę zabezpieczania interesów pożyczkodawcy, bo daje duże możliwości egzekucji. Tak jak kiedyś w przypadku Bankowego Tytułu Egzekucyjnego (prawo do jego wystawiania miały banki) posiadacz weksla może egzekwować swoje pieniądze za pośrednictwem komornika w uproszczonej procedurze (sąd nie sprawdza czy dług istnieje, a tylko czy weksel jest wypełniony prawidłowo).

      Weksel może wystawić każdy, kto chce pożyczyć pieniądze. Weksle nie podpadają pod ustawę o papierach wartościowych, więc nie są automatycznie zdematerializowane, jak obligacje. Z tej przyczyny weksel nie jest tak wygodny w kupowaniu i handlowaniu jak oblgacja - trzeba go przechowywać jako fizyczny papier i pilnować jak oka w głowie. Być może dlatego właśnie ktoś wpadł na pomysł na platformę ułatwiającą inwestowanie w weksle przez osoby chcące zarabiać więcej, niż na lokacie w banku. Fundatorem serwisu jest Czerwona Torebka, spółka powiązana z poznańskim biznesmenem Mariuszem Świtalskim. Ile można zarobić kupując tam weksle? Patrząc na oferty firm wystawiających na sprzedaż swoje weksle do wzięcia jest 6-8% w skali roku, czyli trzy-cztery razt więcej niż w banku i więcej, niż w przypadku większości sprzedawanych inwestorom indywidualnym obligacji korporacyjnych (duże firmy deweloperskie, handlarze wierzytelnościami, czy banki oferują obligacje z rentownością 4-5% w skali roku).

      sygraphagraph2

      Żeby dodatkowo ośmielić potencjalnych posiadaczy nadmiaru gotówki Syngrapha oferuje "premię na start" - 17% w skali roku, które dorzuci do oprocentowania. Jest pewien haczyk - ów dodatek będzie naliczany tylko przez trzy miesiące, więc efektywnie do wzięcia jest ekstra 4% dołożone do oprocentowania wynikającego z weksla. Ale to i tak podnosi rentowność inwestycji w weksle oferowane na platformie do 10% w pierwszym roku. Sporo, ale... choć weksle mają renomę dokumentów dobrze zabezpieczających interesy pożyczkodawcy, to ryzyko lokowania na wekslowej platformie jest chyba większe, niż w przypadku obligacji korporacyjnych (zwłaszcza jeśli zabezpieczeniem obligacji jest hipoteka na nieruchomościach). Wystawca weksla odpowiada w sposób nieograniczony i całym majątkiem, ale jeśli tego majątku mieć nie będzie - bo stanie się bankrutem - to i weksel nie pomoże. Wszystko - tak samo, jak w przypadku obligacji - zależy od wiarygodności firm-wystawców weksli.

      A z tym na platformie Syngrapha nie jest najlepiej. Wśród wystawców weksli, w które można zainwestować, są głównie małe i mało znane firmy z niedługą historią i często pokazujące nie najlepsze wyniki finansowe. Jest m.in. firma Meest (operator pocztowy mający 9 mln zł aktywów, 500.000 zł kwartalnego zysku netto i zatrudniający 9 osób), albo firma Eupol (właściciel dwóch sklepów internetowych i firmy IT, mający 1,5 mln zł aktywów, 1,1 mln zł zobowiązań i 70.000 zł zysku netto według stanu na marzec 2016 r.). Swoje weksle chętnie sprzeda np. sklep internetowy TopMall (po czterech miesiącach tego roku miał 1,5 mln zł obrotów i 1 mln zł straty netto), czy agencja reklamowa Globe System (pół miliona złotych przychodów i 5000 zł zysku netto do maja tego roku, z kapitałem własnym 60.000 zł, zadłużona na 540.000 zł). Z większych, rozpoznawalnych marek wśród emitentów weksli jest tylko właściciel platformy Syngrapha, firma deweloperska Czerwona Torebka. Notowana na giełdzie, ale z powodu niezbyt różowej sytuacji finansowej jej akcje w ciągu ostatnich pięciu lat spadły z 15 zł do ledwie 80 gr.

      syngaphgrapg3

      Pod względem rozpoznawalności, reputacji i wyników finansowych firmy oferujące swoje weksle na platformie Syngrapha nie mogą się równać z firmami emitującymi obligacje detaliczne. Niektórzy z emitentów weksli są wręcz spółkami z o.o. Są i inne wątpliwości. Inwestor, który postanowi kupić weksle danej firmy (wartość nominalna jednego to ok. tysiąc zł) nie dostaje go automatycznie do ręki. Dokumenty są przechowywane w poznańskiej siedzibie Syngraphy. Inwestor może dostać swoje weksle do ręki, ale musi przyjechać do siedziby Syngrapha. Siłą rzeczy weksle nie są też wystawiane w obecności inwestora (za ich prawidłowe wypełnienie ręczy Syngrapha). To ważne, bo każdy błąd na wekslu może oznaczać kłopoty z wyegzekwowaniem pieniędzy. W razie konieczności windykowania wystawcy weksli problemem może być ich niewielka wartość nominalna - każdy weksel trzeba przedstawiać sądowi osobno. Nie wiadomo co stałoby się z wekslami klientów, przechowywanymi w siedzibie platformy, gdyby np. została postawiona w stan upadłości. Albo gdyby znikła bez śladu z dnia na dzień. Jeśli weksle są na okaziciela, to sprawa jest jasna - prawa do niego przysługują temu, kto ma go w ręku.

      Syngapha deklaruje, iż ma umowę o współpracy z kancelarią prawną, która w razie problemów z odzyskaniem pieniędzy z weksli pomoże klientowi. Współpracuje też z wywiadownią gospodarczą Creditreform, która analizuje wyniki finansowe firm wystawiających swoje weksle na patformie i przyznaje im ratingi od A do E. Większość emitentów ma przyznany rating C lub D (ograniczona wiarygodność), choć jest też kilka z ratingiem B. Syngrapha nie wygląda na przedsięwzięcie, które mogłoby być alternatywą dla rynku obligacji, to raczej niszowa platforma dla miłośników inwestycji o wysokim ryzyku. Wyższym, niż to wynikające z pożyczenia pieniędzy dużej firmie sprzedającej swoje obligacje.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „To lepsze niż obligacje? Obiecują nawet 10% rocznie! Dobra inwestycja czy rosyjska ruletka?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      sobota, 08 października 2016 08:44
  • piątek, 02 września 2016
    • Wcisnęli Polakom mnóstwo kitu. Teraz cienko przędą. Taka karma Open Finance

      Open Finance to firma, która zalazła za skórę wielu moim czytelnikom. Odcisnęła też "krwawe piętno" na polskim rynku doradców finansowych. Wspólnie z Expanderem opanowała pośrednictwo w sprzedaży kredytów i planów systematycznego oszczędzania w modelu "klient za nic nie płaci". I sprawili, że określenie "niezależny doradca finansowy" - inaczej, niż na cywilizowanych rynkach - zaczęło się kojarzyć z dealerem banków, ubezpieczycieli i innych firm finansowych. Oraz z zarabianiem na prowizjach tym więcej, im więcej kitu wciśnie się klientom. To właśnie "niezależni doradcy finansowi" najchętniej pakowali klientów w kredyty walutowe, polisy inwestycyjne i inne "superoferty" - taki pośrednik za nic przecież nie odpowiada, bierze prowizję i znika. Open Finance grzeszył podwójnie, bo jego "niezależność" była też kwestionowana z drugej przyczyny - należał do tej samej grupy kapitałowej co Getin Bank i nierzadko zdarzało się, że jego "niezależni doradcy" tak obsługiwali klienta, by ukredytować go ofertą właśnie tego banku. Np. "zapominali" wysyłać wnioski kredytowe klientów do innych banków po to, żeby oferta Getinu nie miała żadnej konkurencji. Albo tak "opiekowali się" klientami, że ich kredyty rosły np. dwukrotnie.

      Czytaj też: Rysiek i 400 gniewnych na wojnie z Open Finance

      Czytaj też: Sąd uznał, że polisy wciśnięte przez Open Finance są "wbrew naturze"

      Jak wiadomo, na rynku finansowym zawsze nadchodzi czas zapłaty, a klienci coraz bardziej zwracają uwagę na markę i renomę ludzi, którzy zajmują się ich pieniędzmi. Poza tym Polacy mają niezłą pamięć i przeważnie nie bywają masochistami - nie wracają ze swoimi pieniedzmi do ludzi, którzy już raz wcisnęli im kit. Obserwuję starania nowych prezesów Open Finance, by odbudować dawny blask firmy, ale - patrząc na jej bieżące wyniki finansowe - nie jest łatwo. W pierwszym półroczu 2016 r. Open Finance - firma działa razem z pośrednikiem nieruchomościowym Home Broker, ubezpieczycielem Open Life i towarzystwem funduszy Open TFI - jest głęboko pod wodą, ma 42,5 mln zł straty netto. Co prawda wynika ona przede wszystkim z operacji księgowej, czyli zmiany sposobu amortyzacji - czytaj: utraty wartości - baz danych kontaktowych potencjalnych klientów (zamiast liniowej - degresywna), ale i bez tego firma będąca niegdyś hegemonem na rynku doradców finansowych miałaby raptem 1,6 mln zł zysku za pół roku. A poza tym fakt, że tak ogromna firma musi wydawać grube miliony na kupowanie kontaktów do klientów oznacza, że ci, których już kiedyś obsłużyła nie chcą mieć z nią nic wspólnego. To też poniekąd koszt wynikający z realizacji grabieżczej strategii z niedalekiej przeszłości.

      Czytaj też: Zadłużamy się jak miło. Aż 65 mld zł nowych kredytów w rok!

      Czytaj też: Jak ominąć kredytowych doradco-ściemniaczy? Oni mają patent

      Jeszcze w zeszłym roku Open Finance miał 6-8 mln zł kwartalnego zysku, ale w tym roku są już głębokie straty wynikające nie tylko z innego rozpisywania kosztów dotarcia do klientów, ale i z podatku bankowego (płaci go spółka ubezpieczeniowa Open Life - 13,7 mln zł), spadku sprzedaży produktów ubezpieczeniowych oraz planów systematycznego inwestowania (skończyło się "obklejanie" każdego klienta składkami ubezpieczeń inwestycyjnych na 10-15 lat). W 2014 r. firma kwartalnie sprzedawała produkty ubezpieczeniowe i inwestycje z regularną składką za 10-14 mln zł, a tym roku - już tylko 3-4 mln zł kwartalnie. Jeśli chodzi o inwestycje ze składką jednorazową było 100-160 mln zł kwartalnie, a teraz jest tylko 60--70 mln zł. Mniejsze są też dochody z zarządzania aktywami (czyli z funduszy inwestycyjnych). Widać, że pamięć tego, co firma wyrabiała jeszcze nie tak dawno z klientami, wciąż jest w Narodzie żywa.

      Z dobrych wiadomości: Open Finance ostatnio zaczął sprzedawać więcej kredytów hipotecznych (w poprzednich dwóch latach był to 1 mld zł kwartalnie, w porywach do 1,2-1,3 mld zł, w ostatnim kwartale - już 1,6 mld zł). Ale w porównaniu z czasami dawnej chwały to i tak nie są cyfry porywające. Jeszcze killa lat temu - ostatnio w latach 2010-2011 - Open Finance rocznie pośredniczył przy udzielaniu kredytów hipotecznych o wartości 1,8-2 mld zł kwartalnie i 8 mld zł rocznie, co dawało mu połowę udziału w rynku pośredników kredytowych. Teraz ma pewnie nieco ponad jedną trzecią rynku. O ile taki np. Expander (ostatnio przejęty przez Avivę) pięć lat temu "tłukł" po 500-600 mln zł kredytów hipotecznych kwartalnie, to teraz ma po 1,2-1,4 mld zł. W tym czasie sprzedaż Open Finance spadła. Może jestem przewrażliwiony, ale wydaje mi się, że może to wynikać z faktu, iż są w Polsce potencjalni kredytobiorcy, którzy słysząc tę nazwę uciekają na najbliższe drzewo.

      openprzychody

      Open Finance zwija sieć własnych placówek (w ciągu pół roku z 68 oddziałów zostało ledwie 15), a zwiększa liczbę mobilnych punktów doradczych Open Direct (są tańsze w utrzymaniu) - ale łączna sieć obsługi klientów i tak zmniejszyła się o 15% oddziałów i o jedną piątą jeśli chodzi o doradców zatrudnionych przez Open Finance i Home Broker. Rośnie natomiast sieć współpracowników, którzy mają z Open Finance umowy o współpracy, ale nie są w tej firmie na payrollu. A połowę ze wszystkich doradców finansowych firmy stanowią już ci zakontraktowani przez sieć partnerską (franczyzową?) Open Partners. Przesuwanie własnych pracowników na samozatrudnienie i zwiększanie udziału  zewnętrznych partnerów w sprzedaży produktów finansowych często zwykle zwiększa motywację finansową tychże partnerów i źle kończy się dla jakości obsługi, ale oczywiście nie można tracić nadziei, że akurat w tym wypadku będziemy mieli jakiś chlubny wyjątek:-). Tym bardziej, że Open Finance bardzo stawia na jakość obsługi, na silną markę, "która od lat zapewnia klientom naaaajlepsze skojarzenia". Taki komunikat od "openiaków" właśnie dostałem:

      "Uznanie jakim klienci darzą spółkę, jakość świadczonych na rynku usług oraz zaufanie do marki to tylko kilka mocnych atutów spółek z Grupy Open Finance. Open Finance jako lider na rynku pośrednictwa finansowego w Polsce oraz Home Broker – niekwestionowany numer jeden na rynku pośrednictwa nieruchomości – wiedzą jak ważny jest Klient i co najważniejsze – wiedzą jak dbać o jakość, zaufanie i renomę świadczonych usług"

      O w mordę jeża, a myślałem, że bez rebrandingu się nie da :-)). Miałem już chwycić za telefon i zapytać co oni tam wąchają w tym Openie, ale nie kopie się leżącego :-). Dobra, koniec żartów. Bardzo jestem ciekaw czy Open Finance pod swoją marką, znaną setkom tysięcy, a może i milionom, jak zły szeląg, będzie jeszcze w stanie odbić się od dna. Spadek wartości produktów ubezpieczeniowych i inwestycyjnych o dwie trzecie w ciągu dwóch lat boli, ale pamiętajmy, że tak naprawdę mówimy o totalnym "wyparowaniu" ponad połowy "fajansiarskiego" biznesu. Jeszcze w 2010 r. nóżka ubezpieczeniowo-inwestycyjna dawała Open Finance drugie tyle "obrotów", co hipoteki (sprzedaż produktów o wartości 8 mld zł rocznie!) i lwią część zysków. Sprzedaż produktów ubezpieczeniowych i inwestycyjnych oraz miksów tego typu spadła w ciągu kilku lat do nieco ponad 600 mln zł rocznie, czyli o ponad 90%! To tak, jakby odciąć jakiemuś opryszkowi jedną nogę - i to tę, którą lepiej kopał :-). Dziś firma istnieje w zasadzie wyłącznie dzięki kredytom hipotecznym, gotówkowym i usługom nieruchomościowym Home Broker. I - wciąż mając jedną trzecią rynku pośredników - musi gwałtownie się zwijać, żeby przetrwać. Taka karma.

      (NIE)BEZPIECZNE POŁOWY. W ramach sprawdzania czy jest dla naszych pieniędzy jakaś alternatywa dla 1% z bankowego depozytu udałem się na ryby. Myślałem, że najgorsze będzie starcie z giełdowymi rekinami, ale nie - cios przyszedł z najmniej oczekiwanej strony. A więcej wstrząsających klipów pod tym linkiem

      JAK NIE DAĆ SIĘ OKRAŚĆ PODCZAS PODRÓŻY? Nie ma złudzeń, w podróży jesteś łatwiejszym niż kiedykolwiek celem dla przestępców - zarówno kieszonkowców, jak i tych, którzy żyją z rozbojów. Jak nie dać się okraść? Opowiadam o tym w swoim najnowszym wideofelietonie. Zobacz koniecznie!

      CHŁOŃ SUBIEKTYWNOŚĆ TAK JAK LUBISZ. Subiektywność jest multifunkcyjna i się często dyslokuje ;-). Można ją spotkać tu i tam. W internecie, mediach społecznościowych, na wideo, w prasie, książkach oraz na spotkaniach, odczytach, konferencjach - wszędzie tam, gdzie mówi się o pieniądzach.

      autopromo4SPOTKAJ MNIE W NECIE... Blog "Subiektywnie o finansach" codziennie, od ponad siedmiu lat, zapewnia niezbędną dawkę wiedzy o Waszych pieniądzach. Prześwietlanie produktów finansowych, ekskluzywne wiadomości o nowych produktach oraz piętnowanie skandalicznych praktyk i interwencje w Waszych sprawach. Zaglądaj na samcik.blox.pl, nowy wpis wpada tu zwykle tuż po godz. 9.00. Blog czyta ok. 200.000 czytelników miesięcznie. Jeśli chcesz wiedzieć jeszcze więcej i ze mną podyskutować, zostań fanem blogu na Facebooku (jest nas już 35.000!), na Twitterze (tu wraz ze mną rządzi blisko 10.000 followersów). Zapraszam też do bezpośredniego kontaktu mejlowegomaciej.samcik@gazeta.pl. Postaram się odpowiedzieć na każdy e-mail, choć nie obiecuję, że odpowiem szybko ;-).

      autopromo2...ZOBACZ MNIE W EKSTREMALNYCH AKCJACH. Opowiadam o domowych finansach nie tylko tekstem, ale i ruchomymi obrazami. Żeby Ci się nie nudziło robię przy tym różne głupie rzeczy: skakałem na spadochronie, dałem sobie obić twarz przez byłego trenera Tomasza Adamka, latałem w tubie aerodynamicznej, w której ćwiczą kosmonauci, ćwiczyłem na najnowocześniejszym w Polsce symulatorze lotów, jeździłem autobusem, gokartem, grałem w golfa i ruletkę. Wszystkie te przygody są na mojej "stronie" youtubowej. Zasubskrybuj mój kanał na Youtube (w tym kinie siedzi już ponad 2000 fanów i jest ponad 70 filmów, które obejrzano więcej, niż ćwierć miliona razy). 

      autopromo11SUBIEKTYWNA EKIPA SAMCIKA IDZIE NA OSTRO W "WYBORCZEJ". Blog "Subiektywnie o finansach" zyskał tak dużą popularność, że zaowocował autorskimi stronami w "Gazecie Wyborczej". Co czwartek na stronach gospodarczych "Wyborczej" ukazuje się tygodnik "Pieniądze Ekstra", w którym ja i grupa moich kolegów, zwana złowróżbnie Ekipą Samcika, radzi jak sprytnie kupować, jak się nie dać nabrać w sklepie, co zrobić, żeby wyplątać się z finansowych tarapatów i jak mieć więcej pieniędzy. Jeśli potrzebujesz rady albo pomocy w sprawie niekoniecznie związanej z produktami finansowymi - pisz naekipasamcika@wyborcza.biz. Moi ludzie nie zostawią Cię bez pomocy. 

      autopromo3SUBIEKTYWNOŚĆ DO PODUSZKI, NA WAKACJE, NA PREZENT: o oszczędzaniu, inwestowaniu i zarządzaniu domowymi pieniędzmi piszę też w moich książkach, które możesz kupić w dobrych księgarniach oraz w internecie. Dowiesz się z nich jak założyć pierwszy plan systematycznego oszczędzania, jak nie dać się okraść przez internet, jak odróżnić tani kredyt od drogiego, jak nie dać się nabić w niby-ubezpieczenie, jak nauczyć dziecko oszczędności...

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (15) Pokaż komentarze do wpisu „Wcisnęli Polakom mnóstwo kitu. Teraz cienko przędą. Taka karma Open Finance”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 02 września 2016 09:17

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


użytkowników on-line