Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

05. Konta bankowe

  • poniedziałek, 22 maja 2017
    • Konto inne, niż wszystkie. YKonto zapłaci premie za... kredyty i depozyty w innych bankach

      Banki coraz chętniej wydają pieniądze na różnego rodzaju programy rekomendacyjne. Przyniesiesz klienta - dostaniesz 50 albo 100 zł premii. Ale prawdziwa zabawa zaczyna się, gdy ludzie sami między sobą się skrzykują do zakupu grupowego jakiegoś produktu finansowego. Jest serwis, który chce być w takich poleceniach i zakupach grupowych pośrednikiem. Nazywa się Ybanking.com i był już kiedyś opisywany na "Subiektywnie o finansach".

      Czytaj: Czas "finansowych fejsbuków". Zarejestruj się, namów znajomych i...

      Pokrótce przypomnę jak to działa: zakładasz konto w serwisie i korzystasz z ofert instytucji finansowych, z którymi Ybanking.com ma umowy. W zamian otrzymujesz premie finansowe (banki i firmy ubezpieczeniowe płacą je za pozyskanie nowych klientów). I to jest model prosty jak budowa młotka. Ale można też przyciągać do Ybanking.com swoich znajomych i tworzyć z nimi grupy. Wtedy nie tylko dostaje się premie za swoje zakupy, ale i "działkę" od premii przyznanych znajomym będącym w grupie. Zasada jest taka, że połowa premii przyznanych za twoje zakupy idzie na twoje konto, a połowa - do puli grupowej.

      Dotej pory program dotyczył kilku lokat, kilku kredytów, jakiegoś ubezpieczenia i kilkunastu funduszy inwestycyjnych. Ale teraz żarty się kończą, bo platforma wchodzi na wyższy poziom - z jej pomocą będzie można nie tylko założyć lokatę, wziąć kredyt i zarabiać na tym, że koledzy z grupy robią to samo, ale również... założyć konto bankowe. Pierwszym bankiem, który będzie współpracował z Ybanking.com w tym zakresie, będzie Raiffeisen, którego sztandarowy ROR to "Wymarzone konto". W wariancie społecznościowym "Wymarzone..." będzie występowało pod brandem YKonto

      Czy warto założyć YKonto i ile będzie można na nim zarobić? O tym piszę na www.subiektywnieofinansach.pl. Tam też znajdziesz wszystkie najnowsze wieści ze styku Twojej kieszeni i nowoczesnych technologii (szukaj w sekcji "Portfel i Technologie").

      Link do tekstu o tym ile można zarobić na YKoncie jest pod tym linkiem 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 22 maja 2017 09:01
  • wtorek, 09 maja 2017
  • czwartek, 04 maja 2017
  • czwartek, 20 kwietnia 2017
  • środa, 19 kwietnia 2017
  • środa, 12 kwietnia 2017
    • mBank pokazał nową aplikację mobilną. Mocna. Płacenie zbliżeniem, tempomat wydatków...

      subiektywnieZAPRASZAM DO NOWEGO SERWISU "SUBIEKTYWNIE O FINANSACH": Znajdziecie tam jeszcze więcej felietonów, prześwietleń, porównań i porad dotyczących Waszych portfeli. Będą też zaproszenia na czaty i webinaria, podczas których będziecie mogli zadać mi pytania na żywo. Zapraszam do nowej odsłony subiektywności! Dodajcie stronę www.subiektywnieofinansach.pl do ulubionych. Od teraz niektóre teksty będą ukazywały się tylko tam. 

      -------------------------------------------------------------------------------------------------------

      mBank – czwarty największy bank w Polsce, obsługujący ponad 4 mln klientów – pokazał dziś swoją nową aplikację mobilną. Słowo „nowy” w przypadku mBanku – zwłaszcza w kontekście aplikacji mobilnych – jest ryzykowne, bo to bank, który od dawna ma już solidną aplikację do bankowania przez smartfona: z opcją płacenia BLIK-iem i z programem rabatowym. Według danych na koniec 2016 r. mBank ma najwięcej „mobilnych” klientów wśród wszystkich polskich banków (ponad 850.000).

      Czym różni się nowa mBankowa apka od tej, której klienci używali do tej pory? Jest już dostępna w sklepach AppStore i Google, więc zaraz po przeczytaniu niniejszego tekstu możecie sobie ją sobie ściągnąć i się pobawić. Jest nowy design (uproszczona nawigacja) sporo nowych funkcji i drobne innowacje wspomagające klientów w zarządzaniu pieniędzmi. Wszystko podporządkowane temu, żeby klienci jak najczęściej używali mobilnej apki („mobilni” mają z nią 19 tzw. interakcji miesięcznie, a ci używający bankowości elektronicznej – średnio po 12). Jak słusznie –  choć półżartem – zauważył podczas prezentacji prezes Cezary Stypułkowski, liczba interakcji może rosnąć wraz z wysokością salda na koncie, bo on czasem wchodzi do apki także po to,  żeby upewnić się, że ma podniecająco dodatnie saldo. Co prawda to prawda. Też tak mam, tylko przy innym, niż Pan Prezes, poziomie „dodatniości” salda. :-))

      Czytaj też: Jakie saldo ma na koncie prezes Cezary Stypułkowski?

      Jeśli chodzi o wygląd nowej aplikacji, to nie będę się rozpisywał, bo każdy może sam obejrzeć – to dobrze, że bank zrezygnował z przycisku „zaloguj” (w nowej apce od razu wpisuje się PIN), a jeszcze lepiej, że podzielił menu na dole strony na cztery czytelne sekcje. Fajnie, że pojawił się na ekranie głównym przycisk pozwalający „dorzucić” klientowi skróty do najczęściej używanych przez niego funkcji. A bardziej strategiczne zmiany?

      MOBILNY MBANK I LOGOWANIE ODCISKIEM PALCA

      mBank udostępnia większej liczbie użytkowników biometrię, czyli wchodzenie do banku przez smartfona bez konieczności podawania PIN-u. O ile dziś jego aplikacja mobilna – podobnie jak wiele innych na rynku – pozwala na logowanie palcem tylko na najnowszych modelach iPhone’ów (które mają wbudowaną tę funkcję), o tyle teraz o PIN-ach i hasłach będą mogli zapomnieć przy bankowaniu także użytkownicy niektórych smartfonów z dużo popularniejszym w Polsce systemem Android (chodzi o urządzenia, które są wyposażone w specjalny czytnik).

      Logowanie palcem to rzecz, która z jednej strony buduje poczucie bezpieczeństwa w przypadku bankowania przez smartfona (bo PIN, który wbijamy przy logowaniu do telefonu lub do aplikacji ktoś może podpatrzyć i gdyby ukradł nam telefon – dostać się do naszej kasy). A z drugiej sprawia, że coraz więcej rzeczy związanych z bankowaniem – łącznie z przelewami, płaceniem comiesięcznych rachunków poprzez ich zeskanowanie itp. – bardziej „opłaca się” robić przez smartfona.

      Z tym pierwszym stwierdzeniem (o bezpieczeństwie) zapewne nie wszyscy się zgodzą, bo podobno odcisk palca da się odtworzyć zdjęciami bardzo wysokiej rozdzielczości, a swoich linii papilarnych da się zmienić jak „skompromitowanego” PIN-u.  Jednak upieram się, że o ile zatwierdzanie przelewów odciskiem palca może być nieco kontrowersyjną praktyką, to logowanie przez odcisk palca w dobie złodziei masowo wykradających nam hasła i loginy do e-bankowości jest jednak dobrym wyborem.

      PŁACENIE ZBLIŻENIOWE ANDROID PAY.  ALE PROSTSZE

      Kilka miesięcy temu Google wprowadził do Polski (jako do jednego z pierwszych krajów w Europie) płatności Android Pay. Wystarczy ściągnąć ze sklepu Google aplikację, podpiąć do niej kartę swojego banku (o ile „przypiął się” on do Android Pay) i… już można płacić telefonem zbliżeniowo. I to nawet nie mając w smartfonie aplikacji mobilnej swojego banku! (bo jak już się ją ma, to w niektórych bankach też można sobie do niej przypiąć kartę i płacić smartfonem).

      Tutaj więcej: Jak działa Android Pay? Czym różni się od innych technologii?

      Czytaj też o problemach z Android Pay: Co mi przeszkadza w płaceniu?

      Czytaj też: Nowy sposób płacenia smartfonem. Polska firma podbije świat?

      mBank jest pierwszym bankiem, który pozwoli swoim klientom korzystać z Android Pay bez konieczności ściągania tej aplikacji ze sklepu Google – podpięcia będzie można dokonać z poziomu nowej wersji aplikacji mobilnej mBanku. Z punktu widzenia klienta nie ma to większego znaczenia: dla niego najważniejsze jest to, że od dziś może wreszcie płacić kartą mBanku nie mając jej przy sobie. No, może ci, którzy – jak ja – pochodzą z Poznania i lubią mieć porządek na pulpicie, ucieszą się, że nie muszą ściągać nowej aplikacji. Wystarczy aktywować Android Pay i wybrać kartę, która ma być podpięta do płatności telefonem przez zbliżenie.

      Całej procedury może dokonać w aplikacji mobilnej mBanku. Niestety na razie podpiąć można tylko karty z logo MasterCarda (kto ma kartę VIsy musi poczekać do lata lub wyrobić sobie drugą kartę, z logo MasterCarda – na szczęście limity transakcji uprawniające do bezpłatnego korzystania z karty są przypisane do klienta, a nie do karty).

      NOWY SPOSÓB AUTORYZOWANIA TRANSAKCJI

      Oprócz SMS-ów autoryzacyjnych wszyscy klienci mBanku z nową aplikacją w portfelu będą mogli wybrać mobilną autoryzację transakcji. Do tej pory była to testowa metoda, teraz będzie proponowana wszystkim klientom. Używam jej już od początku roku w swoim smartfonie i uważam, że jest ciut mniej wygodna, niż SMSy autoryzacyjne, ale za to dużo bardziej bezpieczna.

      Polega to na tym, że jeśli chcę wykonać jakiś przelew w bankowości internetowej mBanku, to zamiast SMSa wysyłanego na mój telefon otrzymuję powiadomienie push, bym zatwierdził przelew w aplikacji mobilnej. Muszę wejść do banku w smartfonie, wpisać PIN do tej aplikacji i kliknąć, że potwierdzam przelew. Tego klikania jest minimalnie więcej, niż w przypadku przepisywania SMS-a autoryzacyjnego w okienku przelewu, ale to dużo bezpieczniejsze.

      Czytaj:  mBank testuje nową metodę autoryzacji transakcji. Już jej używam i…

      Wejdź też: Jedno mobilne hasło do wszystkiego? Polskie telekomy już testują!

      Dlaczego bezpieczniejsze? SMSa może przejąć złodziej i autoryzować z jego użyciem przelew na swoje konto. W nowym modelu żeby ukraść mi pieniądze z konta trzeba nie tylko włamać się do mojego smartfona – trzeba go fizycznie mieć. Smartfon jest w tym przypadku takim nowoczesnym tokenem. Żeby zrobić przelew z mojego konta muszę coś wiedzieć (znać login i hasło do bankowości internetowej) i coś mieć (smartfona, do którego muszę się zalogować i potwierdzić na nim transakcję). mBank, który jeszcze rok, dwa lata temu miał dość przeciętne zabezpieczenia przed internetowymi złodziejami pieniędzy, dziś staje się jednym z najbezpieczniejszych. Logowanie palcem do aplikacji mobilnej plus mobilna autoryzacja transakcji internetowych to dość solidny pakiet.

      WYGODNIEJSZE ZAKUPY W NECIE: BLIK NA JEDEN KLIK

      mBank jest jednym z pierwszych banków (pierwszym był Bank Millennium), który w ramach swojej aplikacji mobilnej wprowadza internetowe płatności BLIK w wersji jednoklikowej. A więc wchodzę przez laptop, tablet lub komputer na stronę internetową, na której zwykle robię zakupy, tam napełniam koszyk, wybieram sposób płatności BLIK i… potwierdzam transakcję klikając „OK” w aplikacji mobilnej mBanku. Omijam tym samym wpisywanie kodu BLIK. Podobne rozwiązanie wprowadził jakiś czas temu PayPal – w wybranych przez siebie sklepach internetowych można zrezygnować z podawania hasła przy autoryzacji transakcji.

      Tu więcej o płaceniu w internecie jednym klikiem za pomocą BLIK-u

      Czy to bezpieczne? Cóż, zawsze brak hasła jest mniej bezpieczny, niż wpisywanie hasła (w tym wypadku kodu BLIK), ale przy założeniu, że mamy dobrze zabezpieczonego smartfona (czyli odblokowujemy go PINem) oraz aplikację mobilną banku „otwieraną” dodatkowym hasłem lub odciskiem palca – można się zastanawiać czy trzecie hasło, czyli jednorazowy kod BLIK, jest potrzebne. Przyznam, że jako posiadacz konta w Banku Millennium jeszcze nie pozwoliłem na stronie żadnego sklepu na korzystanie z BLIK-a w wersji one-click, ale z całą pewnością jest to duże uproszczenie procesu płacenia w sieci. mBankowcy twierdzą, że 70% polskich e-sklepów już umożliwia płaceniem przez BLIK na jeden klik.

      Czytaj też: Banki testują rewolucyjną technologię – załóż konto przez wideoczat

      TEMPO WYDATKÓW I SPERSONALIZOWANY „PUSH”

      W nowej aplikacji mobilnej mBank proponuje też ciekawostkę dla tych, którzy lubią sprawdzać jak wygląda ich domowy budżet. Nie jest to żaden rozbudowany asystent, ale proste narzędzie do sprawdzania w jakim tempie wydaję w tym miesiącu pieniądze względem poprzednich trzech miesięcy. Sądzę, że kilka osób dzięki tej aplikacji wprowadzi wewnętrzne „współzawodnictwo oszczędnościowe” i będzie starało się w każdym kolejnym miesiącu wydawać choć odrobinę mniej. Na chwałę portfela!

      Z podobnych drobiazgów: jakiś czas temu mBank wprowadził – w serwisie internetowym – asystenta płatności, który przypomina, że wkrótce trzeba zapłacić rachunek np. za szkołę lub kablówkę albo czynsz, podpowiada ile ten rachunek wynosi i pozwala go zapłacić jednym klikiem. Tu mamy narzędzie podobnej kategorii.

      W aplikacji mobilnej mBanku można też personalizować powiadomienia push – klient sam może sobie wybrać o jakich wydarzeniach w jego życiu ma przypominać aplikacja: ważnych przelewach, wpływach na konto, płatościach kartowych, wypłatach z bankomatów. Niestety, w ramach tych powiadomień push nie można chyba zdefiniować sygnalizacji kończących się depozytów odnawialnych. Kilka razy zdarzyło mi się zapomnieć o kończącym się depozycie w mBanku i został on zrolowany na taki o skrajnie skandalicznym oprocentowaniu. Gdyby mBank mógł mnie powiadamiać push’em, że właśnie zamierza mnie zrobić w trąbę – byłoby miło.

      MBANK: „MAMY NAJBARDZIEJ NOWOCZESNYCH KLIENTÓW”

      Generalnie nowa aplikacja mobilna mBanku wygląda na dobry pomysł. Już sam fakt, że klienci mBanku – przynajmniej ci z Androidem w kieszeni – będą mogli wreszcie zbliżeniowo płacić smartfonem, jest dobrą zmianą. Mobilna autoryzacja transakcji oznacza poprawienie bezpieczeństwa pieniędzy na internetowych kontach klientów, zaś jednoklikowe płatności BLIK w internecie oznaczają, że niewiele będzie wygodniejszych sposobów kupowania w sieci niż te proponowane przez mBank. No i pewnie nie bez znaczenia jest fakt, że kilka osób więcej, niż do tej pory, będzie mogło się logować do banku palcem. Ściągajcie, testujcie i dawajcie znać.

      Przy okazji mBank pokazał trochę danych dotyczących jak bardzo jego klienci się „umobilnili”. To nie chodzi tylko o to, że 850.000 osób używa aplikacji mobilnej i że mają więcej interakcji z bankiem, niż „normalni” klienci. Sprawa jest poważniejsza. Ci „mobilni” stanowią już 30% wszystkich klientów mBanku (podobnymi statystykami mogą się pochwalić tylko w Banku Pekao i Millennium). Już 43% wszystkich logowań do banku jest z urządzeń mobilnych. Połowa doładowań telefonów jest zlecana z poziomu aplikacji, podobnie jak 20% przelewów. Co piąty kredyt gotówkowych „idzie” przez aplikację mobilną.

      mBank ma też fajną opcję uproszczonego łączenia się z infolinią. Można to zrobić z poziomu aplikacji mobilnej (np. po zalogowaniu się do konta palcem), dzięki czemu nie trzeba się już identyfikować telekodem, ani żadnymi „nazwiskami panieńskimi matki”. Po prostu jako zalogowany klient klikam na kontakt z infolinią i wyjaśniam swój problem. mBank zeznaje, że już jedna trzecia połączeń z infolinią „idzie” tym właśnie kanałem. I że połowa klientów dzwoniących na infolinię z poziomu aplikacji nigdy wcześniej nie korzystała z infolinii. Prawdopodobnie oznacza to, że dusili problemy w sobie, co mogło się skończyć rezygnacją z usług banku bez ostrzeżenia. W tym sensie dobrze urzeźbiona aplikacja mobilna może być szansą na „przytulenie” niezadowolonego klienta zanim jeszcze do mnie napisze.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „mBank pokazał nową aplikację mobilną. Mocna. Płacenie zbliżeniem, tempomat wydatków...”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 12 kwietnia 2017 13:20
  • poniedziałek, 03 kwietnia 2017
    • E-sklep, w którym nie trzeba się rejestrować, a płacisz jednym klikiem? Otworzył go... bank

      Banki coraz bardziej intensywnie rozpychają się w usługach niefinansowych, w których dostarczanie pieniądza lub transferowanie go z miejsca na miejsce jest tylko tłem właściwego biznesu. Jednym z takich obszarów są programy rabatowe - mając dostęp do milionów klientów bank może być pośrednikiem między sieciami handlowymi, a konsumentami i pobierać za to pośrednictwo prowizję. Pomysły są najróżniejsze: mBank przystąpił do największego w Polsce programu lojalnościowego Payback, Bank Millennium wypuścił na rynek aplikację Goodie, która na razie jest tylko słupem ogłoszeniowym, ale gdy nabierze "inteligencji", może być też maszynką do zarabiania pieniędzy przez bank. PKO BP kupił operatora zdecentralizowanych programów rabatowych, które może tworzyć i "przypinać" do kart płatniczych każdy sklepikarz.

      Z kolei Raiffeisen Bank uruchomił w weekend swój nowy program lojalnościowy #korzystaj. Jest on dostępny tylko dla klientów banku (można wejść tylko po zalogowaniu) i pozwala kupować różne usługi i towary bez wychodzenia z bankowości elektronicznej lub mobilnej. Klient po prostu wybiera to, co chce kupić, zatwierdza transakcję jednym kliknięciem i zapłacone. I właśnie łatwość kupowania, a nie rabaty, mają być głównym wabikiem raiffeisenowego programu lojalnościowego. Użytkownicy, nawet jeśli nie będą mieli do załatwienia żadnego przelewu, mają wchodzić do banku tylko po to, żeby sprawdzić co jest aktualnie na wirtualnych półkach w jego "sklepie". Czy to się może udać? Na pierwszy rzut oka trudno sobie wyobrazić, by bank mógł być lepszym e-sklepem, niż "prawdziwy" e-sklep, ale jeśli przyjrzeć się temu bliżej...

      raiffeisenkorzytsaj2

      O ile w normalnym sklepie internetowym trzeba się rejestrować, zakładać konto, tracić czas na płacenie przelewem pay-by-link albo kartą oraz denerwować się czy ów sklep nie okaże się fatamorganą, o tyle w sklepie u Raiffeisena te wszystkie problemy znikają. Rejestrować się nie trzeba, bo "biletem wstępu" jest zalogowanie się do banku przez internet lub w aplikacji mobilnej. Płatność jest "jednoklikowa", zaś za wiarygodność sklepu ręczy bank. W tym modelu bank jest takim małym "allegro", który z jednej strony przyłącza do sieci sklepy i je weryfikuje, a z drugiej strony ułatwia autentykację klienta i zapewnia sprawne zawarcie transakcji oraz jej rozliczenie. Do tego wszystkiego dochodzi element lojalnościowy - możliwość płacenia za zakupy punktami zdobytymi za aktywne bankowanie z Raiffeisenem.

      Istota tego programu rabatowego polega bowiem nie na tym, że w bankowym "sklepie" ceny są bardziej okazyjne, niż gdzie indziej. One są standardowe, natomiast bank może "zasponsorować" klientowi część zakupu, o ile ten wcześniej zdobył punkty lojalnościowe. Co miesiąc Raiffeisen będzie wysyłał użytkownikom programu sugestie o tym co powinni zrobić (lub czego nie robić) w banku, by zdobyć jak najwięcej punktów. I tak w kwietniu do wzięcia bez większego wysiłku jest 40 pkt., ale pod warunkiem, że jesteś nowym klientem. Aby tyle uciułać trzeba aktywować i zapłacić jeden raz za zakupy kartą debetową (za to jest np. 5 pkt.), jeden raz telefonem (Raiffeisen oferuje aplikację mobilną do której podpina klientom karty płatnicze - 5 pkt.), jeden raz wejść do nowo aktywowanej bankowości internetowej, wymienić walutę w e-kantorze R-dealer, aktywować powiadomienia SMS-owe o transakcjach oraz złożyć dyspozycję przelewu wynagrodzenia do Raiffeisena (tu przykładowa "stawka" wynosi 10 pkt).

      Mając te punkty można już iść na zakupy. Przelicznik jest prosty jak drut: 1 pkt. przekłada się na 1 zł, które można wydać w raiffeisenowym sklepie. Przy każdej transakcji pojawia się suwak, na którym klient może określić jaką część ceny płaci punktami, a jaką część gotówką ściąganą z karty płatniczej podpiętej do #korzystaj. Nie dość więc, że mamy e-sklep z bardzo łatwą płatnością i z możliwością zalogowania się doń poprzez konto bankowe, ale i jest przy tym e-sklepie program lojalnościowy premiujący najbardziej aktywnych klientów.

      korzystaj_40_pkt

      Nieźle? To teraz kilka słów o wadach i niedociągnięciach. Pierwsza rzecz to głębokie "zakonspirowanie" programu w czeluściach bankowości internetowej Raiffeisen Banku. W weekend, gdy po raz pierwszy testowałem #korzystaj (sprowokowany reklamą telewizyjną), wszedłem na stronę programu (korzystaj.pl), stamtąd zostałem odesłany na stronę logowania do banku, a jak już dostałem się na konto w Raiffeisenie to... przez dłuższą chwilę musiałem szukać przycisku z nazwą programu. Znalazłem na jednej z podstron. Mam nadzieję, że raiffeisenowcy to poprawili lub zaraz poprawią. Druga rzecz to rejestracja w programie. Przy próbie pierwszego zakupu system wymusza uzupełnienie krótkiego formularza z danymi osobowymi (większość "wypełnia się" sama na podstawie danych w systemie banku) oraz kliknięcie zgód marketingowych (m.in. na udostępnienie danych objętych tajemnicą bankową partnerom handlowym Raiffeisena), następnie każe wybrać kartę, która będzie używana w ramach programu, a na koniec weryfikuje tę kartę - klient musi podać numer CVC z odwrotu plastiku. Deczko skomplikowane.

      Trzecia rzecz to jakość nagród. Docelowo mają tam być rzeczy powszechnie poważane i będące przedmiotem pożądania wielu, ale na razie nie ma się czym podniecać. Program ma raptem sześciu partnerów (sklepy internetowe publio.pl i virtualo.pl, sieć kin Cinema City, firma od diet pudełkowych LightBox, prezentowy pośrednik KatalogMarzeń.pl oraz Storytel (abonamenty na audiobooki). Można więc kupić bony podarunkowe, zaproszenie do aktywności związanych z adrenaliną (drifting, kurs bezpiecznej jazdy, nurkowanie, sesja jogi, jazda quadem, off-road, sesja zdjęciowa, masaż, kolacja we dwoje, kurs sushi, voucher do spa oraz e-booki i audiobooki i diety podełkowe. Być może dla młodych klientów Raiffeisena są na tej liście jakieś atrakcje, ale ja na razie nie poczułem weny, by skorzystać z usług e-sklepu.

      raiffeisen_korzystaj

      Brakuje mi na raiffeisenowych półkach gadżetów elektronicznych, smartfonów, najbardziej cenionych marek luksusowych, rzeczy budzących emocje i pożądanie. No i brakuje mi subtelnego big-data. Jako rasowy facet gubię się mają na wierualnej półce 2956 audiobooków. Ale gdyby Raiffeisen, korzystając za moimi plecami z tego wszystkiego co wie o moich zainteresowaniach i zakupach (a wie dużo, oj dużo) wyświetlił mi przed nosem coś, co w głębi duży chciałbym mieć... Bycie zwykłym sklepem internetowym z łatwą płatnością i bez logowania jest fajne, ale oczekuję efektu wow. Jak już on będzie, to #korzystaj rzeczywiście może się stać konkurencją dla sklepów internetowych. Albo raczej wrotami dla klientów Raiffeisena, by z tych sklepów korzystać łatwiej, szybciej i na preferencyjnych warunkach (punkty dla aktywnych).

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „E-sklep, w którym nie trzeba się rejestrować, a płacisz jednym klikiem? Otworzył go... bank”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 03 kwietnia 2017 10:04
  • wtorek, 21 marca 2017
    • 6 zł miesięcznie za debetówkę! Ale w pakiecie... cyberpolisa. Ochroni tożsamość, reputację i dysk

      Banki tak bardzo przyzwyczaiły nas do kont "za zero", że dziś mają nie lada problem z przekonaniem swoich klientów do płacenia za podstawowe usługi. Opłaty za konta i karty - nawet jeśli w najpopularniejszych pakietach występują - to z reguły nie dotyczą aktywnych klientów. Jednym z banków, który chciał zmienić reguły gry jest Raiffeisen. Dwa lata temu wprowadził "Wymarzone konto", które charakteryzuje się tym, że jest oprocentowane, daje assistance i darmowe bankomaty. A także tym, że za kartę debetową trzeba płacić 3 zł i nie da się tej opłaty nijak ominąć. "Wymarzone konto" było w pierwszym roku hitem, bo założyło je prawie 300.000 klientów. Ale w drugim roku straciło sporo ze swego blasku i nie wygrywa już wyścigu z kontami "za zero". Dziś ma je 380.000 osób i w Raffeisenie postanowili coś z tym zrobić.

      W nowej odsłonie "Wymarzone konto" nieco "normalnieje". Będzie miało niższe oprocentowanie (1,5%) i mniej darmowych bankomatów (tylko Euronet), a opłata za kartę zacznie być warunkowa - zniesie ją jedna transakcja w sklepie miesięcznie. Krótko pisząc: w Raiffeisenie doszli do wniosku, że aby pozyskać nowych klientów trzeba przestać "straszyć" ich bezwarunkową, 3-złotową opłatą za kartę, nawet za cenę ograniczenia liczby bonusów. Ale temu krokowi do tyłu towarzyszą dwa kroki wprzód: jednocześnie Raiffeisen wprowadza do oferty nową kartę dołączaną do "Wymarzonego konta", która będzie należała do najdroższych kart debetowych na rynku - kosztuje bowiem aż 6 zł miesięcznie.

      UBEZPIECZENIE OD ZŁODZIEI KARTOWYCH... Co w zamian? Wszystkie bankomaty w kraju gratis, czyli ten sam bonus, który do tej pory był "ozdobą" karty za 3 zł miesięcznie, dodawanej do "Wymarzonego konta". Ale nie tylko. Do nowej, droższej debetówki oferowanej przez Raiffeisena zostanie dorzucone bardzo ciekawe ubezpieczenie "Cyberpomoc". To chyba najbardziej wypasione w polskich bankach assistance "technologiczne", a więc dotyczące kradzieży internetowych, zakupów online, danych i tożsamości. Zadziała ono w pięciu sytuacjach. Po pierwsze: gdyby ktoś ukradł pieniądze z karty posługując się skradzionym plastikiem bądź wyłudzonymi danymi karty (takimi jak jej numer, data ważności i kod CVC). W niektórych e-sklepach, znając te cyferki, niestety można zrobić zakupy na czyiś rachunek, nawet jeśli nie ma się przy sobie samego plastiku. Niestety, to ubezpieczenie zadziała tylko do wartości 10.000 zł.

      POMOC, GDYBY PADŁ DYSK TWARDY W KOMPUTERZE... Druga część polisy "Cyberpomoc" to - i tu już zaczyna być ciekawie - ubezpieczenie danych komputerowych. A więc pomoc w sytuacji, gdyby klient stracił dane przechowywane na twardym dysku komputera stacjonarnego, laptopa, dysku zewnętrznego albo karty pamięci np. w aparacie fotograficznym. W takiej sytuacji bank stanie na uszach, żeby pomóc w ich odzyskaniu. A więc znajdzie speca od odzyskiwania danych, pokryje koszty jego dojazdu, robocizny bądź dostarczenia mu sprzętu. Oczywiście pod warunkiem, że nie będzie to wszystko zbyt drogie (limit odpowiedzialności to 3000 zł). Warunek: sprzęt musi należeć do posiadacza karty i nie może być starszy, niż sześć lat. A utrata danych musi być wynikiem awarii, a nie np. wylania na laptopa filiżanki kawy.

      UBEZPIECZENIE ZAKUPÓW INTERNETOWYCH... Trzecia część polisy to ubezpieczenie zakupów internetowych. Jeśli kupimy coś i zapłacimy w sieci kartą, a okaże się, że e-sklep wyśle wadliwy towar albo nie wyśle go w ogóle - ubezpieczenie pokrywa koszty prawne związane z odzyskaniem pieniędzy bądź po prostu zwraca klientowi straconą kasę. W tej części limit odpowiedzialności ubezpieczyciela wynosi 10.000 zł, a z polisy wyłączone są e-zakupy danych cyfrowych (np. e-booków, audiobooków, e-muzyki, abonamentów VOD), leków i suplementów diety, biżuterii oraz żywności. Oczywiście z polisy nie można też skorzystać, gdy płacimy za towar przelewem on-line, a nie kartą. Całe szczęście, że Raiffeisen ma przypiętą do swoich kart usługę wygodnych płatności w sieci o nazwie MasterPass. Bez MasterPassa lub BLIK-a płacenie kartą za zakupy online jest katorgą i nawet ubezpieczenie nie uzasadniałoby tej męki.

      Czytaj też: Czy twoja karta jest bezpieczna w sieci? Wszystko zależy od...

      POMOC GDYBY ZEPSULI REPUTACJĘ LUB UKRADLI TOŻSAMOŚĆ. Ostatnia część polisy to ochrona reputacji online oraz tożsamości. Ubezpieczyciel pomoże m.in. w sytuacji, gdy ktoś naruszy naszą prywatność w sieci (np. w portalach społecznościowych). A więc jeśli ktoś nas opluł na Facebooku, wrzucił nagie fotki na Instagram albo w jakiś inny sposób oszkalował. Zorganizuje specjalistów, którzy potrafią wykasować takie dane z sieci bądź skłonić do tego - metodami prawnymi - tych, którzy takie dane opublikowali (o ile nie są to gazety, radio lub telewizja internetowa - w takich przypadkach polisa nie zadziała). A jeśli chodzi o ochronę tożsamości, to jest to warta 10.000 zł polisa od wyłudzeń pieniędzy przez internet. Gdyby ktoś na dane z dowodu osobistego klienta wyłudził przez internet kredyt albo chwilówkę w firmie pożyczkowej, to wystarczy telefon do centrum alarmowego sprawa będzie "wyczyszczona" (ubezpieczyciel pokrywa straty klienta).

      Jakkolwiek limity odpowiedzialności ubezpieczyciela nie są szczególnie wysokie, to cyberpolisa, którą proponuje Raiffeisen, wygląda na fajny "komplecik" chroniący przed zagrożeniami, które przyniosła era internetu. Bezprawne użycie danych z karty płatniczej, wyłudzenie pieniędzy na podstawie danych z dowodu osobistego, oszczerstwa, dokuczanie i oczernianie na forach, w blogach i w portalach społecznościowych, oszustwa przy zakupach online - przed tymi wszystkimi cyberzagrożeniami można się chronić za 6 zł miesięcznie. A na dokładkę jeszcze bank bohatersko pomoże odzyskać dane, gdyby padł twardy dysk w komputerze (choć - wiem coś na ten temat - często takie interwencje albo kończą się fiaskiem totalnym, albo są bardzo kosztowne). Do tej pory banki dokładały do kart płatniczych ubezpieczenia podróżne, albo assistance zdrowotne. Pomysł Raiffeisena i Axy (bo to ta firma dostarcza ubezpieczenie) może być zajawką nowego trendu - gdy instytucje finansowe zaczną troszczyć się o nasze cyberbezpieczeństwo. Na razie tylko rzuciłem okiem na OWU tej cyberpolisy, ale nie znalazłem większych pułapek. Jeśli coś znajdę po dokładnej lekturze - dowiecie się o tym pierwsi.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „6 zł miesięcznie za debetówkę! Ale w pakiecie... cyberpolisa. Ochroni tożsamość, reputację i dysk”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 21 marca 2017 09:32
  • wtorek, 07 marca 2017
    • Zgubiłeś albo zmieniłeś telefon? Czeka cię wyprawa do banku. Dla twojego bezpieczeństwa

      Komisja Nadzoru Finansowego chce utrudnić działalność złodziejom tożsamości i naszych pieniędzy, a przy okazji też niestety i trochę pomiesza szyki uczciwym, choć roztrzepanym klientom. W najnowszych wytycznych dla banków KNF zaleca, by nie można było zdalnie zmienić numeru telefonu przypisanego do danego klienta na etapie podpisywania umowy. Każdy z nas, gdy zakłada konto w banku, podaje jakiś numer telefonu do kontaktu oraz do wysyłania SMS-ów autoryzacyjnych. KNF-owi chodzi o to, by nie dało się go później zmienić bez fizycznego pokazania się w placówce banku lub bez innej, równie wiarygodnej formie weryfikacji. Bank ma mieć 100% pewności, że to klient, a nie złodziej, chce teraz przekierować SMS-y autoryzacyjne na nowy numer. Będzie to na pewno pewien problem dla osób, które zgubią, zmienią telefon albo zostanie im on skradziony. Odzyskanie dostępu do konta będzie trudniejsze - nie każdy ma w końcu oddział banku w zasiągu wzroku. I nie każdy bank ma oddziały na każdym rogu.

      Czy KNF nie przesadza? Moim zdaniem nie. Załóżmy, że jesteś złodziejem internetowym. Zdobyłeś czyiś login i hasło do konta bankowego (np. wyłudziłeś je przez internet), a potem nakłoniłeś tego kogoś do autoryzowania fikcyjnej transakcji (podstawiając mu na ekranie komputera fałszywe informacje dotyczące dziejącej się właśnie transakcji). Albo np. poznałeś numer telefonu nieszczęśnika i pod pozorem jakiejś aktualizacji wpuściłeś mu na telefon wirusa przekierowującego SMS-y autoryzacyjne do ciebie. W obu przypadkach jesteś już o krok od sukcesu, ale... gdzie skierować pieniądze wyprowadzane komuś z konta? Wykonywanie przelewów na konto należące do mnie-złodzieja jest słabe, gdyż mnie dekonspiruje. Pieniądze wyprowadza się więc na konta tzw. "słupów". Takie konta służą tylko do tego, by wypłacić z nich kaskę myląc ewentualny pościg. "Słup" nie jest świadom, że na jego konto wpływają kradzione pieniądze i że z tego konta są wypłacane z bankomatów jego kartą.

      "Słupami" są czasem osoby, którym skradziono tożsamość. Zostajesz nim jeśli dałeś sobie ukraść dowód osobisty (albo ktoś wpadł w posiadanie jego kopii), zaś złodziej zdoła na dane z tego dowodu założyć konto w banku. Jest to trudne, bo dziś banki już nie pozwalają założyć konta całkiem online, co najwyżej za pośrednictwem kuriera, który powinien wylegitymować klienta. A jeśli zdjęcie na dowodzie i adres zamieszkania się nie zgadzają? Cóż, kurier może być oszołomem, może być ślepy na jedno oko, może bardzo się spieszyć, albo może być przekupiony. Łatwiejszą opcją jest namówienie kogoś, żeby został słupem - np. "załóż konto w banku na swoje dane i przekaż mi login z hasłem za 100 zł". Jeśli ktoś nie wie, że to współudział w przestępstwie (cóż złego jest w tym, że "pożyczę" komuś puste konto bez możliwości robienia przelewów?), to może się zgodzić na taką ofertę.

      Złodziej, mając już w rąsi kartę debetową do konta założonego na cudze dane, potrzebuje tylko podmienić numer telefonu do kontaktu, który "słup" podał przy zakładaniu konta i... już może przepuszczać przez takie konto kradzione pieniądze. Dopóki taka podmianka nie wymaga wylegitymowania się, jest dla złodzieja bezpieczna. I właśnie możliwość zdalnego - przez internet - zmieniania numerów telefonów na które przychodzą SMS-y autoryzacyjne nadzór bankowy chce zabronić. Dlatego nie zdziwcie się, jeśli Wasz bank w ogóle odetnie możliwość zmieniania numeru telefonu w bankowości internetowej (dziś jest to możliwe po wpisaniu w bankowości internetowej SMS-a autoryzacyjnego wysłanego przez bank jeszcze na "stary" numer). W przypadku zmiany numeru telefonu, zagubienia go albo kradzieży będziecie musieli sami podreptać do banku i okazać dowód osobisty. Dopiero wtedy bank zgodzi się wysyłać SMS-y autoryzacyjne na nowy numer. Nie mogę się już doczekać końca ery SMS-ów autoryzacyjnych, bo przez tych cholernych złodziei najpierw odcięto możliwość zakładania kont całkiem przez internet, a teraz zabronią nawet zmiany numeru telefonu do kontaktu z bankiem.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (8) Pokaż komentarze do wpisu „Zgubiłeś albo zmieniłeś telefon? Czeka cię wyprawa do banku. Dla twojego bezpieczeństwa”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 07 marca 2017 19:05
  • środa, 01 marca 2017
    • Koniec ery money-backów? mBank zapłaci za zakupy... punktami Payback. Prześwietlam!

      Największy w Polsce program lojalnościowy Payback ostatnio przeżywa okres burz i naporów. Stracił jednego z najcenniejszych partnerów, sieć Empik, z programu wypisał się też jakiś czas temu bank BZ WBK, który najwyraźniej stwierdził, że nie jest to dla klientów jakaś szczególna wartość dodana. O wadach Paybacka pisałem już w blogu nie raz, więc nie będę się powtarzał. Hasłowo przypomnę tylko, iż nie widzę szans powodzenia dla programu, który w XXI wieku wciąż opiera się na plastikowych kartach, bonusowe punkty "wypluwa" w formie papierowych "paragonów", zaś aplikację mobilną ma głównie po to, żeby klient mógł sprawdzić ile ma punktów. Payback nie ma argumentów, by przekonywać swoich członków do większych zakupów w sieciach handlowych, które się z nim sprzymierzyły. Nie ma ich tym bardziej, że jest to program punktowy, w którym odległość między procesem kupowania, a odbiorem nagrody jest przepastna.

      Mimo tych wszystkich problemów na wejście do Paybacka zdecydował się mBank, czwarty największy bank w Polsce, obsługujący pewnie z 5 mln klientów. Payback nie został "zainstalowany" na ich rachunkach. Kto chce zbierać punkty Payback używając produktów mBanku musi sobie sam za to "zapłacić". A więc założyć specjalną odbianę eKonta Payback, które od zwykłego różni się tym, że jest obowiązkowa opłata za kartę debetową w wysokości 2 zł. Od swego zarania mBank był instytucją, która podstawowe usługi dawała za free - początkowo bez żadnych warunków, a ostatnio z warunkami, ale dość łatwymi do spełnienia. eKonto Payback jest chyba pierwszym z podstawowych rachunków, w którym nie ma możliwości korzystania z usług "za zero". Dlatego właśnie piszę, że prawo do nabijania sobie punktów Payback w mBanku trzeba sobie "kupić". Kosztuje dokładnie 2 zł miesięcznie.

      paybackmmb1

      No to teraz policzmy czy ten deal się opłaca, Wiedza ta może się przydać nie tylko nowym klientom, którzy zastanawiają się które z oferowanych rachunków sobie zaordynować, ale i tym już korzystającym z usług mBanku, bo i oni mogą skonwertować swoje "zwykłe" konto na paybackowe. Ile punktów można zebrać w zamian za ponoszenie 2-złotowej, bezwarunkowej opłaty za konto? Na starcie - za samo przypięcie do programu karty debetowej - dostaje się 3000 pkt. Jeśli w ciągu trzech pierwszych miesięcy zrobimy co najmniej dwie transakcje kartą płatniczą dostaniemy dodatkowo 1000 pkt. (to jednorazowy bonus). Jeśli przez co najmniej dwa z trzech pierwszych miesięcy posiadania eKonta Payback wpływy na nie będą przekraczały 1000 zł, to bank dorzuci kolejny 1000 pkt. jednorazowej "zapomogi". Wychodzi, że dość łatwo i prawie bezkosztowo można "zasłużyć" w mBanku na 5000 pkt. Payback, co przekłada się na 50 zł w wartości nagród (Payback ma dość prosty przelicznik: 100 pkt to 1 zł w nagrodach)

      Co dalej? Dalej przestaje być tak wesoło, bowiem mBank przyznawał będzie 1 pkt. Payback za każde 2 zł zapłacone kartą w sklepie, ale... tylko przez pierwsze pół roku. Docelowo przelicznik został ustawiony na 1 pkt. za 4 zł wydane kartą. Najwyraźniej w banku nie ma wiary, iż perspektywa punktów Payback skłoni klientów do porzucenia gotówki i płacenia wyłącznie plastikiem :-)). Przy założeniu, że miesięczny "urobek" płatności kartą wyniesie 1000 zł (to dużo nawet jak na nowoczesnych klientów mBanku), przybędzie za to 500 pkt Payback w pierwszych miesiącach (czyli 5 zł, co przekłada się na 0,5% money-backu w nagrodach) oraz 250 pkt. miesięcznie w kolejnych (czyli 2,5 zł w nagrodach za wydany kartą 1000 zł - 0,25% money-backu). Nie można powiedzieć, by był to hit sezonu, choć oczywiście lepszy taki money-back, niż żaden.

      paybackmmb3Trzeba jednak pamiętać, że dochody z punktów Payback muszą pokryć 2-złotową opłatę miesięczną za kartę. Przy 1000 zł obrotów na karcie (po ukończeniu 6-miesięcznego okresu promocyjnego) klient wychodzi de facto na zero (płaci 2 zł za kartę i dostaje 2,5 zł w nagrodach za punkty Payback). Interes zaczyna się opłacać (ale i tak w mikroskali) dopiero przy 2000 zł obrotów miesięcznie kartą. Wtedy do wzięcia jest 5 zł w nagrodach miesięcznie, czyli - po potrąceniu opłaty za kartę - zyskuje się 3 zł miesięcznie i 36 zł w skali roku. Szaleństwo. Oczywiście: są wśród nas heavy-userzy kart płatniczych, którzy wykręcają swoimi kartami 5000 zł miesięcznego obrotu i więcej. Ale przed rozbiciem banku z punktami Paybank mBank się dobrze zabezpieczył - przestaje naliczać punkty po przekroczeniu przez klienta 2000 zł miesięcznego obrotu kartami. Innymi słowy: z wachlowania plastikiem da się "ukręcić" najwyżej 3 zł w nagrodach miesięcznie netto (przez pierwsze pół roku - 8 zł miesięcznie). No, może nawet 10 zł, bo ostatnio weszła dodatkowa promocja: zwrot opłaty za kartę debetową po dokonaniu co najmniej transakcji kartą (lub BLIK-iem) w miesiącu. Ta promocja obowiązuje przez pierwszych sześć miesięcy korzystania z karty. Oznacza to de facto, że przez pierwsze pół roku używania konta z programem Paybank klient może wyciskać z niego nawet 10 zł miesięcznie.

      Większe bonusy punktowe (nie licząc 5000 pkt na start i podwójnej "wagi" punktowej przez pierwszych sześć miesięcy) są do "ukręcenia" za korzystanie z dodatkowych produktów banku, czyli kredytu odnawialnego (plus 1000 pkt. jednorazowo, czyli 10 zł "w naturze"), karty kredytowej (też 1000 pkt.) oraz kredytu gotówkowego (1 pkt. za każdy pożyczony 1 zł). Gdybym więc wziął 10.000 zł kredytu gotówkowego, dostałbym 10.000 pkt., które przekładają się na 100 zł nagrody. I to już jest coś. Przy założeniu, że za ten kredyt - wzięty na rok - zapłaciłbym 8% oprocentowania (w sumie odsetki wyniosłyby 432 zł) i 3% prowizji (300 zł), koszt kredytu wyniósłby 732 zł, ale 100 zł "odzyskać" można w nagrodach z punktów Payback. To oznacza, że punktasy przekładają się na obniżkę oprocentowania o niecałe 2% (punkty procentowe) bądź o 1% rabatu w prowizji. Szału nie ma, ale ulga jest zauważalna.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „Koniec ery money-backów? mBank zapłaci za zakupy... punktami Payback. Prześwietlam!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 01 marca 2017 18:37

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


użytkowników on-line