Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

06. Karty płatnicze

  • piątek, 30 grudnia 2016
    • Względy bezpieczeństwa, czyli gdy bank dmucha na zimne i... za nic nie chce przestać!

      Względy bezpieczeństwa to ważna sprawa. Nic dziwnego, że banki starają się tak ustawić przeróżne procedury, żeby z jednej strony nie uprzykrzać klientom życia, a z drugiej - żeby ci klienci byli dobrze przez bank "pilnowani". Jednym z aspektów tych względów bezpieczeństwa jest wychwytywanie nietypowych płatności kartowych. W sytuacji, gdy do systemu trafia zlecenie płatności nietypowe dla danego klienta (dziwne miejsce, dziwna suma), bank może przypuszczać, że to nie klient tę transakcję zlecił, lecz złodziej. Albo że ktoś się pod klienta podszywa. Wtedy włącza się alert, a bank stara się wyjaśnić sytuację. Gorzej jest wtedy, gdy alert, owszem, się włącza, ale... potem nie chce się już wyłączyć, choć klient pragnie wszystko ładnie wytłumaczyć i uspokoić bankowców potwierdzając, że wszystko jest w najlepszym porządku.

      Pan Tomasz, mój czytelnik, jest posiadaczem konta i karty płatniczej wydanej przez bank BZ WBK. I zgłosił się do mnie z bardzo nietypowym problemem. Wszystko wskazuje na to, że jego karta została zablokowana przez bank, choć ten wcale faktu blokady nie potwierdził. Klient został "uziemiony", ale formalnie z kartą wszystko było w porządku. Tak przynajmniej pokazywał system informatyczny banku. Jak żyć? Wszystko zaczęło się od dużych zakupów w sklepie. Pan Tomasz z okazji okazji ;-) postanowił wydać trochę grosza, ale nie płacił za nie jedną transakcją, lecz trzema - o identycznej wartości (79,99 zł). Po prostu kupił trzy rzeczy na trzy paragony i chciał trzy razy zapłacić kartą. Chodziło o to, że nie kupował tylko dla siebie, więc zapragnął mieć do każdego zakupu osobny komplet dokumentów (paragon plus dowód płatności).

      BZ_kartaAkcja pana Tomasza zakończyła się niezbyt miło, bo po drugiej płatności na 79,99 zł do trzeciej bank już nie dopuścił. Na terminalu płatniczym pojawiła się informacja "karta zablokowana". Zapewne włączył się jeden z alertów, które służą do wychwytywania nietypowych transakcji. Płacenie trzy razy w jednym sklepie jedną kartą z pewnością do typowych zachowań nie należy. Bank zapewne powziął podejrzenie, że mogło dojść do fraudu na poziomie sklepu lub nieuczciwego sprzedawcy, który celowo trzy razy "przepuścił" transakcję przez terminal, by więcej pieniędzy ściągnąć klientowi z karty. Takie rzeczy się zdarzają. Kłopot w tym, że po takiej blokadzie transakcji - dodajmy, że całkiem uzasadnionej - bank powinien skontaktować się z klientem telefonicznie i potwierdzić, iż wszystkie transakcje były zlecone przez niego, że kartę ma cały czas przy sobie i nikomu jej nie przekazywał i że nie udostępnił nikomu PIN-u do niej.

      Sęk w tym, że bank... nie zadzwonił. Co więcej, przez kolejne dni wyświetlał klientowi komunikat, iż karta jest "aktywna", a więc nie ma z nią żadnych nietypowych kłopotów. Gdy jednak pan Tomasz udawał się do sklepów z zamiarem jej użycia do platności, w terminalach widział zawsze ten sam komunikat: "karta zablokowana".

      "Nieoficjalnie wiem co jest powodem problemu. To niejawna procedura banku "w trosce o dobro klienta". Podobno bank blokuje jedenastą płatność kartą w danym dniu lub trzecią na tę samą kwotę podczas jednej wizyty w sklepie. Podobno blokada powinna być zdjęta najpóźniej następnego dnia, ale w moim przypadku wygląda to na blokadę wprowadzoną na stałe. Mogę sobie co najwyżej płacić BLIK-iem, czyli telefonem"

      - denerwuje się mój czytelnik. I pyta dlaczego bez znaczenia jest fakt, że płatności są prawidłowo autoryzowane PIN-em. To akurat mnie nie dziwi, bank może podejrzewać, że PIN został przez klienta komuś ujawniony bądź skradziony i że ktoś nielegalnie używa karty. Na końcu tej procedury powinien być jednak zawsze telefon do klienta z prośbą o potwierdzenie transakcji, a jeśli ów klient ją potwierdzi - zdjęcie blokady. Tymczasem jednak przez ponad tydzień klient nie mogł używać "aktywnej" (wedlug systemu) karty, zaś w infolinii bezradnie rozkładali ręce i prosili o złożenie formalnej reklamacji, do której bank ustosunkuje się w ciągu 30 dni.

      "Irytujące jest, że mam czekać tak długo na wyjaśnienie prostej sprawy, choć na każdej karcie banku podane jest, że jej obsługa jest dostępna przez 7 dni w tygodniu przez 24 godziny na dobę. Jednak zamiast wykonać to zobowiązanie łatwiej jest się zasłonić 30 dniami na rozpatrzenie reklamacji"

      - pisze klient. Czy ma rację? Niepotrzebnie zżyma się na same procedury bezpieczeństwa - głowę dam, że niejednemu klientowi, któremu ktoś ukradł kartę, uratowały one niemałe pieniądze - ale ma rację, że jakość obsługi w banku szwankuje. Blokada karty jest na tyle dużą dolegliwością dla każdego klienta, że bank powinien podchodzić do każdej takiej sprawy priorytetowo. Jeśli trzeba prewencyjnie zablokować kartę, to niech bank to zrobi, ale niechże w ciągu kilku, najdalej kilkunastu godzin wyjaśni czy blokada była uzasadniona (wtedy trzeba wysłać klientowi drugą kartę), czy nie (wtedy trzeba zdjąć blokadę). Trzymanie klienta w niepewności przez ponad tydzień może zaowocować nie tyle wzrostem bezpieczeństwa pieniędzy klienta, co niebezpieczeństwa, iż klient ten przeniesie się z tymi klientami do konkurencji.

      SUBIEKTYWNOŚĆ NA "POLITECHNICE GDAŃSKIEJ". Niedawno mialem przyjemność spotkać się wieczorową porą z ekonomistami-absolwentami Politechniki Gdańskiej. Opowiedziałem trochę o tym z jakimi problemami dziś najczęściej zmagają się klienci banków, firm ubezpieczeniowych, pośredników finansowych i innych przyjemniaczków. A potem była gorąca dyskusja na temat spraw bieżących. Było naprawdę miło, merytorycznie i inspirująco. Pozdrawiam moich nowych Przyjaciół i Czytelników z gdańskiej Politechniki!

      05_Fot_P.Niklas_3913_125_Fot_P.Niklas_398326_Fot_P.Niklas_399324_Fot_P.Niklas_397023_Fot_P.Niklas_3967

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (8) Pokaż komentarze do wpisu „Względy bezpieczeństwa, czyli gdy bank dmucha na zimne i... za nic nie chce przestać!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 30 grudnia 2016 08:50
  • środa, 28 grudnia 2016
    • Ojoj! Coś przeszkadza smartfonom w... płaceniu? A płacenie smartfonem w ogóle nas nie podnieca

      Liczba dostępnych możliwości, by płacić za zakupy telefonem, rośnie z miesiąca na miesiąc. Po pierwsze aplikację do płacenia, konto bankowe i "wirtualną" kartę płatniczą można dostać np. bezpośrednio od firmy telekomunikacyjnej, kupując smartfona z kartą SIM (tak jest np. w Orange, który na życzenie wydaje klientom zestawy z usługą finansową banku Orange Finanse). Po drugie już w sześciu bankach jest system BLIK (działa w ramach aplikacji bankowych w smartfonie), dzięki któremu można płacić podając kod wyświetlający się na ekranie telefonu. Po trzecie jest system PeoPay, dostępny dla klientów Banku Pekao. Po czwarte w kilku bankach są dostępne zbliżeniowe płatności w technologii HCE, zaś w kilku kolejnych - Android Pay.

      Cztery z pięciu wymienionych opcji - aplikacje na kartach SIM, PeoPay, HCE i Android Pay - działają tak, jak płacenie kartami zbliżeniowymi. Wystarczy "wzbudzić" smartfona i przyłożyć go do terminala płatniczego. Aplikacja płatnicza umieszczona w smartfonie powinna sama "zauważyć", że chcemy zapłacić i sama przeprowadzić transakcję. Klient ma tylko wklikać PIN do karty "zaklętej" w smartfonie, o ile transakcja ma wartość powyżej 50 zł. W sumie te cztery technologie do zbliżeniowego płacenia smartfonem - każda dostępna w innych bankach - dają możliwość porzucenia tradycyjnych kart płatniczych kilkunastu milionom klientów. A dlaczego ktoś miałby porzucać karty? O tym mówiłem niedawno w "Kasowniku Samcika":

      Z punktu widzenia banków przyzwyczajenie nas do płacenia smartfonem ma wielkie znaczenie: z klientem płacącym w ten sposób bank może być w stałej łączności, gdyż wie gdzie ten klient jest i może mu podsuwać komunikaty zachęcające do skorzystania ze spersonalizowanych, wspomaganych geolokalizacją rabatów. Tyle, że dziś przy sklepowych kasach plastikowe karty są wciąż na pierwszym miejscu, bo są wygodniejsze w użyciu. To się może zmienić dopiero wtedy, gdy w smartfonie uda się zamknąć dokumenty tożsamości (bo bilety, wejściówki i karty lojalnościowe już tam są), a autoryzowanie transakcji smartfonowej będzie się odbywało z wykorzystaniem biometrii. Wtedy noszenie portfela przestanie mieć sens, a płacenie smartfonem stanie się w dodatku bezpieczniejsze, niż używanie karty.

      czynnoci_finansowowe_na_smartfonie

      Są jednak na tej drodze co najmniej dwa poważne problemy. Pierwszy to kwestia działania płatności zbliżeniowych smartfonem. Niedawno koledzy z Bankier.pl opisali przypadki, w których smartfon musiał łączyć się dwa razy z terminalem, żeby przeprowadzić transakcję powyżej 50 zł w systemie Android Pay. Jeśli moje pierwsze zetknięcie z nowym sposobem płacenia oznacza, że tracę więcej czasu, to nieprędko dam się namówić na ponowną próbę. Przyznam, że też testowałem Android Pay, ale podobnych kłopotów nie stwierdziłem przy płatnościach poniżej 50 zł (bez PIN-u). Przy płatnościach powyżej 50 zł (z PIN-em) na cztery przeprowadzone jedna odbywała się "na raty", przy czym nie mam pewności czy powodem był defekt systemu płatności, czy zbyt niedokładnie przyłożyłem smartfona do terminala płatniczego. Podobne doniesienia i wątpliwości techniczne mogą się w najbliższej przyszłości mnożyć, bo płacenie smartfonem jest po prostu bardziej narażone na zakłócenia, niż płacenie kartą.

      Czytaj też: samcikowy test nowego sposobu płacenia - Android Pay

      O ile aplikacja płatnicza jest jedyną (bądź jedną z nielicznych) na karcie płatniczej, o tyle w przypadku smartfona mogą zdarzać się zakłócenia wynikające z tego, iż jest on stale podłączony do internetu i w każdej chwili komunikuje się z dziesiątkami aplikacji. Poza tym więcej jest możliwych wariantów i konfiguracji systemu operacyjnego, niektóre odmiany systemów nie są już wspierane przez producenta, smartfony mogą być pod wpływem wirusów i złośliwego oprogramowania. Niedawno portal Jacek Urynuik z Cashless.pl opisywał kłopoty niektórych klientów używających technologii HCE do płatności smartfonem w Banku Millennium. Im więcej będzie tego typu doniesień, tym trudniej będzie bankom wyhodować modę na płacenie smartfonem, co dla bankowców jest "być albo nie być".

      A już i bez tego używanie smartfonów do płacenia nie jest tym, co tygrysy (te posiadające smartfony) lubią najbardziej. W tym roku firma badawcza TNS wykonała dla polskiej odnogi koncernu Samsung badanie wśród 600 przedstawicieli firm (w tym 400 pracowników, 150 decydendów) oraz osób uprawiających wolny zawód. Ankieterzy zapytali przedsiębiorców do czego używają swoich służbowych smartfonów, jakich funkcji im brakuje, a o jakie chcieliby swój sprzęt uzupełnić.

      Już w jednym z pierwszych pytań wyszło, że możliwość odblokowania smartfona za pomocą odcisku palca lub innych danych biometrycznych nie jest dla przedsiębiorców szczególnie atrakcyjną cechą smartfona (mniej fanów miał tylko rysik jako uzupełnienie smartfona). Badani znacznie bardziej zwracają uwagę na długość pracy baterii (88% wskazań), tempo ładowania baterii (ważne dla 70%), jakość wyświetlania obrazu, łatwość łączenia się smartfona z innym sprzętem (po 70-73% wskazań), porządny aparat (atrakcja dla połowy badanych), desing (kluczowe dla 46%), czy wodoodporność (uatrakcyjnia sprzęt dla 42% osób). Biometria - tylko dla mniej więcej co czwartego pytanego. To o tyle zła wiadomość, że skoro bezpieczeństwo logowania do smartfona nie jest przez badanych szczególnie poważana, to i dokonywanie z użyciem tego smartfona zaufanych transakcji, np. płatności bankowych, nie jest specjalnie brana pod uwagę jako użyteczna opcja.

      samsung1

      Najbardziej pożądanym czynnikiem w wyborze najlepszego smartfona jest długość pracy baterii (aż 88% osób nieposiadających telefonu z megawydajną baterią chciałaby mieć sprzęt z dłuższym okresem używania między ładowaniami) oraz szybkość ładowania baterii (69% osób, które mają smartfona długo się ładującego jest tym faktem sfrustrowana). Aż 80% użytkowników nie ma w swoich smartfonach służbowych opcji uwierzytelniania biomtrycznego, ale tylko 24% z nich chciałaby mieć opcję logowania się do smartfona odciskiem palca, zaś 16% - innymi cechami biometrycznymi (sylwetka, rysy twarzy, układ naczyń krwionośnych, barwa głosu).

      samsung2

      Oceniając najbardziej istotne funkcje smartfona - czyli nie tyle te, które przydają mu atrakcyjności, tzw. wodotryski, lecz te, z których chcieliby rzeczywiście korzystać - pytani podają w 82% dostęp mobilny do poczty e-mail, w 77% możliwość przeglądania internetu, zaś w 73% - nawigacja w smartfonie. Jakieś 55% pytanych chce w smartfonie służbowym korzystać z różnych aplikacji (niekoniecznie związanych z pracą), zaś prawie 40% - wykonywać screenshoty z ekranów. Tylko co trzeci przedstawiciel wolnego zawodu i co ósmy dyrektor chciałby za pomocą smartfona służbowego korzystać z bankowości mobilnej, a tylko 10-20% - wykorzystywać smartfona do zakupów internetowych. Identyczną niechęć czują pracownicy, decydenci i przedstawiciele wolnych zawodów do zbliżeniowego płacenia smartfonami (48% pracowników i aż 68% dyrektorów nie uważa, że potrzebuje tej funkcji!). Być może wyniki byłyby ciut lepsze, gdyby zapytać o smartfony prywatne, a nie służbowe, ale z całą pewnością nie jest tak, że Polacy pragną za wszelką cenę używać smartfona do płacenia.

      samsung3

      Czy to może być kwestia bezpieczeństwa? Niekoniecznie, raczej brak wiary, że bankowanie i kupowanie przez smartfona może wygodą dogonić lub przegonić płacenie tradycyjne (gotówką) lub kartami płatniczymi. Skąd ten wniosek? Tylko 35% pytanych - tych samych, którzy brzydzą się bankowaniem przez smartfona - obawia się o bezpieczeństwo danych w swoim smartfonie, zaś 45% beztrosko wychodzi z założenia, że ich smartfon jest tak zabezpieczony, że z danymi osobowymi i bankowymi, prywatnymi filmami i nagimi fotkami nic złego nie może się stać.

      samsung4

      Wygląda na to, że branża finansowa ma poważny problem. Jej najważniejszy cel to dziś przesunięcie naszej aktywności bankowej i płatniczej z placówek i kart płatniczych do smartfonów. Do tej pory wydawało się, że wprowadzenie biometrycznego zatwierdzania transakcji będzie w tej dziedzinie przełomem, ale w świetle badań TNS i Samsunga wcale nie jest to takie pewne. Skoro ludzie nie widzą wielkiej wartości dodanej w biomertycznym logowaniu się do smartfona, to nie będzie to dla nich wystarczająco duża zaleta w przypadku używania smartfona zamiast karty na zakupach. Nie jest też pewne, że ktoś będzie chciał dużo więcej płacić za smartfony z funkcjami biometrycznymi, co mogłoby zahamować rozwój płacenia smartfonem.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „Ojoj! Coś przeszkadza smartfonom w... płaceniu? A płacenie smartfonem w ogóle nas nie podnieca”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 28 grudnia 2016 19:33
  • niedziela, 18 grudnia 2016
    • Cierpisz, gdy trzeba wejść do sklepu? Oto patenty na wyjątkowo szybkie zakupy

      Zaczyna się ostatni tydzień przed Bożym Narodzeniem. Na prezenty i inne zakupy wydamy grube miliardy. Firma RetailMeNot, zajmująca się prowadzeniem jednego z setek programów rabatowych, podsumowuje te nasze wydatki świąteczne na 80 mld zł. Co i tak nie jest kwotą powalającą na kolana, gdy dodamy, że Brytyjczycy chcą wydać 90 mld, ale euro (a właściwie funtów przeliczanych na euro), zaś Amerykanie - 600 mld dolarów. Z wszystkich przedświątecznych wydatków Polaków jakieś 5 mld zł to będą zakupy w internecie. I to jest "tylko" 6-7% tego, co łącznie wydamy. W USA aż 22% pieniędzy jest przed świętami wydawanych online. W Wielkiej Brytanii jest to 27%, w Niemczech - już 21%. A w większości krajów Europy Zachodniej - po kilkanaście procent. Tak mało jak my w internecie kupują chyba tylko Włosi. 

      Choć płacenie w internecie stanowi na razie stosunkowo niewielki odsetek wszystkich transakcji, których dokonujemy (znacznie częściej używamy gotówki, kart płatniczych w bankomacie lub fizycznym sklepie), to bój o jak najwygodniejsze płacenie w sieci będzie w tym roku bardzo zażarty. Zależy na tym nie tylko sklepom internetowym, ale też m.in. bankom, bo jeśli klient będzie czerpał przyjemność z płacenia w internecie, to będzie bardziej aktywnie korzystał z innych usług banku (np. kredytowych). A poza tym będzie można skuteczniej używać jego profilu konsumenckiego do podsuwania mu różnych ofert handlowych (co przez internet jest stosunkowo najłatwiejsze, bo najmniej kosztowne). Z tej przyczyny banki wyłażą ze skóry, żeby udostępnić swoim klientom jak najwygodniejsze sposoby płacenia w sieci. 

      Najlepiej żeby płacenie ograniczyło się do jednego kliknięcia na ekranie. Bo tylko wtedy jest szansa, że klient nie porzuci koszyka zakupowego (a zdarza się to w ponad połowie przypadków!). Ponieważ część z nas jest facetami, dla których zakupy nie są przyjemnością, lecz przykrym obowiązkiem (nie dotyczy samochodów i elektroniki ;-)), możliwość płacenia bez wchodzenia do fizycznego sklepu oraz z możliwością przeprowadzenia samej płatności jednym, w ostateczności kilkoma kliknięciami, może być kluczowa dla rozwoju e-handlu ;-). I e-handel o tym wie, dlatego całkiem spora część sklepów internetowych na te święta udostępniła klientom proste sposoby płacenia w sieci. To już ostatni moment na świąteczne zakupy w sieci, by mieć pewność, że zostaną dostarczone jeszcze przed Bożym Narodzeniem, więc pozwólcie, że zrobię krótką listę opcji e-zakupów "na jeden klik":

      MASZ BLIK? PŁAĆ W NECIE NA JEDEN KLIK. Niedawno pisałem o tym, że osoby, które mają konto w Banku Millennium, otrzymały do ręki możliwość płacenia za zakupy internetowe jednym klikiem - z poziomu smartfona. BLIK i bez tego jest dość wygodną formą regulowania rachunków za zakupy w sieci (zamiast podawać wszystkie dane karty, bądź robić przelew ekspersowy pay-by-link, jedynie podaje się kod BLIK i zatwierdza transakcję). Teraz w wybranych sklepach posiadaczom kont w Millennium odpadnie podawanie kodu BLIK. Wystarczy tylko samo potwierdzenie transakcji w apce. Oczywiście klient musi najpierw odhaczyć w e-sklepie zgodę na tak prostą formę płacenia (niektórzy wolą, by każda ich transakcja była autoryzowana kodem BLIK). Wkrótce do uproszczonej formuły BLIK-a mają dołączyć inne banki (niektóre z nich być może już przystąpiły). Niestety nie mam listy sklepów, które umożliwiają to proste kupowanie w sieci. 

      PAY-PAL, CZYLI SZAŁ PAŁ. Porównywalnie wygodnie, jak jednoklikowym BLIK-iem płaci się chyba tylko PayPalem. W ramach portmonetki pre-paid bądź po podpięciu karty płatniczej dowolnego banku i po udzieleniu zgody na zawieranie transakcji bez podawania hasła (wyświetla się na stronie płatności przy próbie zapłacenia PayPalem) można płacić po prostu klikając "yes" na ekranie komputera ;-). Oczywiście przy każdej płatności będzie trzeba mimo wszystko zalogować się do swojego portfela PayPal. "Zwolnienie" dotyczy tylko podawania hasła do tego portfela przy płaceniu. Uproszczone zakupy dotyczą- o ile się oreintuję - wszystkich e-sklepów, w których można wybrać formę płatności pt. "PayPal".  

      PAYU, CZYLI "ZGRZEWKA" Z KONTEM. Można też zdefiniować sobie jednoklikową płatność z konta w serwisie PayU poprzez założenie konta w tej e-portmonetce i przypięcie do niej karty płatniczej (analogicznie jak w PayPalu) bądź - i to jest specyficzna opcja oferowana przez PayU - stałe powiązanie konta PayU z rachunkiem ROR. Można tego dokonać przy okazji płacenia w sieci przez PayU (system zaproponuje możliwość płacenia w przyszłości jednym klikiem zamiast tradycyjnie: poprzez zalogowanie się do banku i podanie hasła jednorazowego).

      MASTERPASS, CZYLI BANK PRZYPNIE CIĘ SAM. Wygodnym sposobem płacenia w sieci - choć nie jednoklikowym - jest też system MasterPass, do którego karty wszystkich swoich klientów przypięły Raiffeisen i BGŻ BNP Paribas. Tu jednak nie ma jednego kliku, po wybraniu tej opcji płacenia w e-sklepie wyświetli się ekran wyboru banku, w którym mamy kartę płatniczą, a potem podaje się login i hasło do e-portfela MasterPass (definiuje się je przy aktywacji MasterPassa - kto ma konto w Raiffeisenie i BGŻ BNP Paribas z pewnością był już do takiej aktywacji wielokrotnie zachęcany). A na koniec trzeba też podać mPIN do transakcji. Jest trochę klikania, ale mimo wszystko mniej, niż przy "zwykłym" płaceniu kartą. No i tutaj nie trzeba przypinać karty do systemu - jeśli Twój bank współpracuje z MasterPassem, to karta zostanie przypięta automatycznie, a Ty tylko aktywujesz nowy sposób płacenia na stronie MasterPassa.

      PAOPAY, CZYLI WEŹ SMARTFON I ZRÓB ZDJĘCIE. W oparciu o MasterPass działa też nowa usługa płatności mobilnych w internecie, wprowadzona przez Bank Pekao. Co ją wyróżnia? O ile większość z innych sposobów płacenia w sieci najlepiej działa w "dużych" komputerach, to jednoklikowa płatność za zakupy internetowe w Pekao działa też całkiem znośnie w ramach... aplikacji mobilnej PeoPay, czyli po prostu w smartfonie. Oczywiście płatność tego typy będzie możliwa tylko w tych e-sklepach, gdzie przyjmują płatności MasterPass. Jak to wygląda? Jeśli robimy zakupy na komputerze lub tablecie, to po wybraniu płatności Masterpass otwieramy w smartfonie opcję skanera, skanujemy kod QR z ekranu komputera, a następnie zatwierdzamy transakcję w telefonie jednym klikiem. Jeśli wchodzimy na stronę e-sklepu z poziomu smartfona, to jest jeszcze łatwiej - po prostu wybieramy płatność MasterPass i potwierdzamy transakcję kodem ePIN.

      KTO WYGRYWA? Płacić w internecie będziemy coraz częściej, a im wygodniejsze to będą płatności, tym mniej będzie przypadków tzw. porzucenia koszyka, czyli przerywania zakupów na etapie płatności, która okazuje się być zbyt trudna lub niezrozumiała. Bardzo jestem ciekawy czy klienci największych banków zdają sobie sprawę z tego ile dobra na nich spływa. Jednoklikowa płatność w Banku Millennium oraz w Banku Pekao ma tę przewagę nad podobnymi propozycjami elektronicznych portmonetek, jak PayPal, czy PayU, że nie wymaga od klientów aż takiej aktywności - czyli przypięcia karty lub konta do e-portfela. Choć oczywiście jest inny problem - trzeba przekonać klienta, żeby w ogóle zainstalował sobie aplikację mobilną BLIK lub PeoPay w smartfonie. I to jest z pewnością wąskie gardło innowacji w postaci obu jednoklikowych płatności w sieci.

      A MOŻE... MĘCZĄCA VISA Z KURIEREM GRATIS? Tam, gdzie nie da się ułatwić klientowi płatności w sieci i sprowadzić jej do jednego kliknięcia, zeskanowania jakiegoś kodu bądź podobnie oczywistej czynności, finansiści chcą nas przekonać innymi bonusami. System płatniczy Visa ostatnio ogłosił, że jak ktoś zrobi świąteczne zakupy w jednym z e-sklepów ze specjalnej listy, to Poczta Polska dostarczy mu paczkę bez opłat i to niezależnie od wysokości zamówienia. Na liście są sklepy z multimediami Ravelo.pl i Helion.pl, są Endo.pl i Nodik.pl z rzeczami dla dzieci, sklep z modą męską Ombre.pl, są takie anonimowe marki jak Garneczki.pl, czy Sport-shop.pl. Sęk w tym, że wśród partnerów akcji nie ma żadnego e-sklepu z tych, w których kupujemy najbardziej namiętnie. A drugi - jeszcze większy sęk - w tym, że płatność kartą Visa w internecie jest katorgą, odwrotnością pojęcia "jeden klik" (konieczne jest wpisywanie wszystkich danych karty).

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Cierpisz, gdy trzeba wejść do sklepu? Oto patenty na wyjątkowo szybkie zakupy”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      niedziela, 18 grudnia 2016 10:51
  • środa, 07 grudnia 2016
    • Ta karta nie pozwala płacić zbliżeniowo. A jednak ktoś ukradł 400 zł nie znając PIN-u! Jak?

      Pamiętacie słynny "plastikowy" horror we Wrocku? Kilka lat temu złodzieje zauważyli lukę w zabezpieczeniach kart zbliżeniowych i poużywali sobie na całego, czyszcząc karty okradzionych pechowców. Czyścili je na kwoty wielotysięczne, choć wcale nie znali PIN-ów do klientowskich kart. Sekret tkwił w tym, że transakcje poniżej 50 zł, dokonywane kartami przez zbliżenia, nie wymagają PIN-u. Jeśli dodać do tego tryb offline (terminal nie łączy się z bankiem i nie sprawda salda konta) oraz domyślne ustawienie licznika dozwolonych transakcji przez zbliżenia na 9999 dziennie... pasztet gotowy. Po awanturze, którą "tymi ręcami" wywołałem :-), zabezpieczenia kart zostały poprawione (m.in. liczniki nie pozwalają już na nie ograniczoną liczbę transakcji zbliżeniowych). Wciąż jednak są klienci, którzy kart zbliżeniowych nie uznają i ochoczo korzystają z możliwości wyłączenia takiego trybu działania "plastików", którą to opcję banki mają obowiązek udostępniać.

      Kłopot w tym, że z drugiej strony wciąż są miejsca, które... pozwalają kraść pieniądze nawet wtedy, gdy złodziej nie zna PIN-u do naszej karty, a jednocześnie karta ta nie działa na zbliżenia. Te miejsca to biletomaty we wrocławskiej komunikacji miejskiej. Właśnie w nich owe kilka lat temu często wykonywano seryjnie transakcje zbliżeniowe bez PIN, wykorzystując wspomnianą lukę w zabezpieczeniu kart zbliżeniowych. Automat jest do tego bezpieczniejszym miejscem, niż sklep, w którym sprzedawca może się łatwo zorientować, że jeden klient dokonuje transakcji seryjnie, celowo dzieląc je na kwoty poniżej 50 zł. Poza tym bilety lub kody na doładowania, które można kupić w niektórych biletomatach, to bardziej chodliwy "towar", niż towar ze spożywczego :-). Zarządzająca biletomatami Mennica Polska poprawiła standardy bezpieczeństwa, ograniczając możliwości kupowania biletów i doładowań o dużej wartości w jednym biletomacie i z użyciem jednej karty.

      A jak poprawiła? Nie dość, że wartość pojedynczej transakcji nie może przekroczyć 50 zł, to jeszcze w ciągu jednej godziny w jednym biletomacie można daną kartą dokonać tylko dwóch transakcji o łącznej wartości 60 zł. To zmniejszyło ryzyko złodziejskich transakcji cudzymi kartami, ale... jak łatwo się zorientować, tak całkiem go nie zniosło. Bo w biletomatach wciąż można kupować bilety płacąc nie tylko zbliżeniowo, ale i wkładając "plastik" do terminala płatniczego. W tym drugim trybie (który pozwala korzystać z maszymy również kartom nie posiadającym możliwości płacenia przez zbliżenie) biletomat nie żąda PIN-u, sprawdza jedynie czy nie przekroczono jednorazowej i godzinowej kwoty dozwolonej transakcji. To wynika ze względów bezpieczeństwa - jeśli już w tak zatłoczonym miejscu pozwala się na dokonywanie transakcji stykowych, to nie byłoby dobrze, gdyby trzeba było podawać PIN i tym samym zdradzać go współpasażerom autobusu lub tramwaju.

      I właśnie ofiarą tej "bezPIN-owości" padła ostatnio jedna z moich czytelniczek, pani Grażyna. Musiała mieć wyjątkowego pecha, ale faktem jest, że straciła 450 zł (mam nadzieję, że bank pomoże jej je odzyskać). W jaki sposób? Cóż, na początku listopada, jadąc tramwajem w wielkim tłoku w godzinach szczytu (ok. godz. 17.00) ukradziono pani Grażynie z zamkniętej torby portfel. Nota bene niedawno opowiadałem Wam o tym jak działają tacy złodzieje i co zrobić, żeby się przed nimi obronić - zapraszam do ponownego obejrzenia tego wideoporadnika.

      Czytaj też: Przełom w sprawie kradzieży pieniędzy z naszych kont i kart? Ale wyrok!

      Czytaj też: To wyjątkowo perwersyjny wirus. Kradnie wtedy, gdy się nie spodziewasz

      Kłopot w tym, że moja czytelniczka zorientowała się, że padła ofiarą kradzieży, dopiero o godz. 20.00, czyli po ponad trzech godzinach od wyjęcia jej karty z torebki. Wydawało jej się, że maksymalne straty nie mogą być duże, bo w portfelu miała dowód osobisty (natychmiast go zastrzegła, by nie paść ofiarą kradzieży tożsamości) oraz dwie karty płatnicze:

      "Jedna to była karta zbliżeniowa. Na jej koncie było niewiele pieniędzy, ok 50 zł, ale od razu sprawdziłam, że kwota została ściągnięta przez złodzieja w całości. Druga karta była kredytówką wydaną jeszcze w 2014 r. Nie była to karta zbliżeniowa, tylko taka, która do każdej transakcji wymaga PIN-u. Było na niej 400 zł. Ona też została wyczyszczona do zera! Odbyło się podawania PIN-u, dzięki "wspaniałomyślnej" firmie Mennica, która na takie transakcje pozwoliła. Jak można udostępnić płatność bez PIN do nieograniczonej liczby transakcji? Wiadomo, że okazja czyni złodzieja"

      - pisze czytelniczka. Jak wspomniałem wyżej, nie jest tak, że w biletomatach można wyczyścić kartę na dowolną kwotę. Są limity, które pozwalają zrealizować tylko 60-złotowe transakcje w ciągu godziny w jednym biletomacie. Ale... przecież nic nie stoi na przeszkodzie, żeby często się przesiadać z jednego tramwaju do drugiego i ów 60-złotowy limit wykorzystywać w coraz to nowych biletomatach (nie połączonych, jak sądzę, w jedną sieć identyfikującą podejrzanie częste zakupy). W tym momencie barierą stają się już tylko ograniczenia zapisane na skradzionej karcie (nie wiem jak klientka miała zdefiniowane limity dzienne transakcji kartą, ale najwyraźniej do momentu zastrzeżenia karty nie zdążyły one "pęknąć").

      Mleko się rozlało, klient został okradziony z pieniędzy. Czas na wnioski. Po pierwsze mam nadzieję, że operator biletomatów we współpracy z Bankiem Millennium pokryje klientce straty, bo wygoda wygodą, ale... jeśli Mennica - zapewne w dobrych intencjach, dla rozszerzenia możliwości bezgotówkowych zakupów biletów - umożliwia wykonywanie transakcji bez PIN kartami stykowymi, to w przypadku fraudu powinna brać na klatę konsekwencje. Zwłaszcza, że tych fraudów chyba nie ma wiele (gdyby było, to zapewne funkcjonalność biletomatów zostałaby ograniczona). No i chyba nie można powiedzieć, by te teransakcje zostały prawidłowo, zgodnie z regulaminem działania karty płatniczej, zautoryzowane... Po drugie: proponuję wszystkim posiadaczom kart płatniczych - a zwłaszcza mieszkańcom Wrocławia - zajrzeć w limity dzienne swoich kart i zmniejszyć je do poziomów, które będą z jednej strony wygodne, a z drugiej bezpieczne. Jak widać, nawet mając kartę bez możliwości płacenia bezPIN-owego czasem taka transakcja może być dokonana. Stąd korekta limitów transakcyjnych zawsze się przyda. Po trzecie pewien postulat ma też okradziony klient:

      "Wystarczyłoby wprowadzić pewne ograniczenie w działaniu biletomatów, polegające na tym, że kupujemy w środkach komunikacji miejskiej tylko już skasowane bilety. Natomiast bilety zapasowe, na później, można byłoby sobie kupić w automatach, które są na przystankach"

      - to nie jest zły pomysł. Oczywiście - czego czytelnik nie dodał - jednocześnie należałoby wyłączyć możliwość stykowego kupowania biletów bez podwania PIN-u, zaś w autobusach i tramwajach - w ogóle możliwość płacenia inaczej, niż zbliżeniowo (żeby klientom nie przychodziło do głosy wbijać PIN do karty w zatłoczonym pojeździe).

      OBEJRZYJ KOLEJNY ODCINEK "KASOWNIKA SAMCIKA"! W dzisiejszym wydaniu mojego cotygodniowego wideocyklu głównym tematem jest pytanie czy i na jakich warunkach warto kupić polisę od raka. Wiadomo, że już jedna czwarta opuszczających ten padół łez opuszcza go z powodu nowotworu. Być może część z nich udałoby się wykaraskać z problemów, gdyby odpowiednio wcześnie badziewie zostało wykryte, zdiagnozowane i leczone według najlepszych światowych standardów, niekoniecznie w ramach państwowej służby zdrowia. Jaką polisę od raka warto rozważyć, a jaka będzie tylko wyrzucaniem pieniędzy w błoto? O tym dziś w "Kasowniku". A jeśli chcesz prześwietlenia konkretnych ofert antyrakowych, to zapraszam do wpisów blogowych. Poza tym tematem w programie rozkminiam też polisy ze zwrotem składki oraz sprawdzam na ile trzeba się ubezpieczyć, żeby zapewnić naszym bliskim bycie rentierami.

      A przed tygodniem radziłem jak zapłacić za zakupy, gdy zapomnisz wziąć z domu portfel. Policzyłem też ile pieniędzy tracimy przy bankomacie, sprawdzałem dlaczego warto pilnować smartfona przed kolegami oraz jak nie wpaść w pułapkę wielkiej prowizji od debetu:

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „Ta karta nie pozwala płacić zbliżeniowo. A jednak ktoś ukradł 400 zł nie znając PIN-u! Jak?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 07 grudnia 2016 09:05
  • poniedziałek, 28 listopada 2016
    • Bank miał zwracać część wydatków na leki. Ale... nie zawsze zwraca. O co chodzi? Nie jest dobrze

      Choć wielokrotnie ogłaszano już - ja też zresztą ogłaszałem na stronach tego blogu - rychłą śmierć programów typu money-back (bo banki zbyt mało zarabiają na transakcjach bezgotówkowych, żeby zwracanie klientom części pieniędzy za zakupy kartowe mogło im się opłacić), to jednak wciąż w niektórych kontach money-back funkcjonuje. Najczęściej zniżki są przyznawane tylko nowym klientom i tylko przez ograniczony czas, ale... wciąż są. Coraz częściej nie są to zwroty za wszystkie transakcje jak leci, lecz dotyczą tylko poszczególnych kategorii. Przykładowo: są banki, które zwracają kasę tylko za paliwo kupowane na stacjach. Są takie, które oddają niewielki procent wydatków na sport i wyuzdaną rozrywkę. Zdarzają się banki płacące za zakupy spożywcze oraz takie, w których money-back przysługuje za zakup leków.

      Jest to niegłupie, bo jeśli ograniczymy refundację części kartowych wydatków tylko do niektórych kategorii, to wiadomo, że klient rzadziej będzie z tego dobrodziejstwa korzystał. A więc można mu zaoferować większy, bardziej widoczny rabat. Z drugiej jednak strony takie ograniczenie refundacji oznaczać może nieczytelność całego przedsięwzięcia. Sęk w tym, że oddzielanie transakcji, za które przysługuje money-back od tych, za które on nie przysługuje, odbywa się na poziomie tzw kodów MCC. Każdy terminal płatniczy jest wyposażony w kod MCC w zależności od tego w jakiej branży działa dany punkt handlowy. A bank, rozliczając zakupy klienta opłacane kartą, w zależności od kodu MCC zalicza je do grupy premiowanych, bądź też nie.

      Kłopot w tym, że coraz więcej sklepów działa wielobranżowo, co może powodować u klientów niepewność: czy dany zakup zostanie doliczony do premiowej puli, czy też nie? Tak jest przykładowo z aptekami i drogeriami, które ostatnio niebezpiecznie zaczęły się przenikać. W drogeriach coraz częściej możemy kupić leki bez recepty, zaś w aptekach - kosmetyki o charakterze leczniczym. Większość klientów być może z tą niepewnością potrafi żyć, przyjmując rzeczywistość taką, jaka jest - jeśli bank za dany zakup naliczy rabat, to dobrze. Jeśli nie doliczy - trudno. Ale są klienci, którzy chcą z bankowych promocji wycisnąć tyle, ile się da (bo np. nie cierpią na nadmiar pieniędzy i każdy grosz się dla nich liczy).

      Napisała do mnie pani Wanda, czytelniczka-emerytka, która skusiła się na szeroko reklamowane w telewizji konto dla klientów ZUS, przygotowane przez Bank BPH. Starsze osoby, w wielu przypadkach wieloletni klienci banku PKO BP (gdzie - umówmy się - emeryt tanio nie ma), mieli obiecanych mnóstwo bonusów za transfer do BPH (dziś już bank jest w grupie PZU-Alior, ale konto "z promocją emerycką" zostało). Było o tej ofercie w blogu, więc chętnyh odsyłam do szczegółowej recenzji. Tu powiem tylko, że jego najważniejszym benefitem są właśnie zniżki na leki. Zaoszczędzić można 5% wydatków opłaconych kartą, do 30 zł miesięcznie.

      "Wraz z mężem jesteśmy schorowanymi emerytami, mąż jest niezdolny do samodzielnej egzystencji. Na leki wydajemy nie mniej niż 700 zł miesięcznie, a czasem znacznie więcej. Skusiły nas reklamy Banku BPH "Kapitalne konto przygotowane specjalnie dla dla klientów ZUS" . Po jakimś czasie zauważyłam, że bank nie liczy zwrotu od niektórych zapłaconych kartą kwot w aptekach (zarówno stacjonarnych jak i internetowych), choć nawet w opisie transakcji, którą można wyświetlić w historii, stoi jak byk, że nastąpiła płatność kartą (np. "apteka Gold", "apteka Gemini", "apteka-leki"). Nie została mi nawet uznana płatność kartą za leki na receptę w aptece w szpitalu przy ul. Czerniakowskiej w Warszawie. To dla nas zupełnie niezrozumiałe"

      Pani Wanda jest z tych bardzo uważnych klientek, dla których mieć w kieszeni o 30 zł miesięcznie więcej lub tych pieniędzy nie mieć to ważna sprawa. Sprawdzała zawsze przed zakupem leków czy dana apteka widnieje w krajowym rejestrze aptek, czy posiada zezwolenia na sprzedaż leków na receptę, czy wystawia klientom faktury. I oczekiwała, że za każdy zakup leków będzie jej zwracane 5%. Przy wydatkach rzędu 700 zł miesięcznie 5-procentowy rabat powinien wystarczyć na uzyskanie maksymalnej dozwolonej bankowym regulaminem kwoty zwrotu. Ale od części transakcji money-back nie został naliczony. Pani Wanda napisała do banku reklamację, ale w odpowiedzi bank oświadczył jej, że "akceptuje jedynie transakcje dokonane w aptece z kodem MCC 5912", a pani Wanda dokonywała części płatności w punktach z kodem MCC 5499 (tym kryptonimem oznaczone są przez organizacje płatnicze "sklepy spożywcze, sklepy pierwszej potrzeby, sklepy specjalne") i 5977 ("sklepy kosmetyczne, drogerie"). Jeśli więc pani Wanda kupowała leki w szpitalnej aptece, to mogła to być nie apteka, tylko "sklep pierwszej potrzeby", a jeśli w jakiejś aptece typu SuperPharm - to byłaby to "drogeria".

      "Bank nie informował nas o tym warunku, nie otrzymaliśmy żadnej listy aptek akceptowanych przez bank. O tym, że istnieje coś takiego jak MCC, dowiedzieliśmy się po raz pierwszy w życiu. Skąd klient może wiedzieć jakim terminalem posługuje się apteka? To jakiś absurd. Uważamy, że zostaliśmy oszukani, a przynajmniej pozbawieni rzetelnej informacji przy podpisywaniu umowy. Bank podjął jednorazową decyzję o uznaniu kilku transakcji i uważa, że to musi być dla nas satysfakcjonujące, nadal nie będzie uznawał transakcji z innym kodem niż MCC 5912"

      - pisze pani Wanda i pyta mnie o to w jaki sposób ma sprawdzić jakim kodem MCC posługują się poszczególne apteki. Bo ona nigdzie takich informacji nie znajduje. Moja odpowiedź jest następująca: po pierwsze bardzo mi przykro, że bank nie do końca wywiązał się z obietnicy. Obawiam się, że zastrzeżenie dotyczące kodów MCC, które są przez bank honorowane, znajduje się w regulaminie promocji, stąd trudno będzie odzyskać od banku pieniądze. A skąd uzyskać kod MCC? Kiedyś znajdował się na każdym potwierdzeniu transakcji kartowej, które dostawał klient. Wystarczyło więc kupić coś drobnego i sprawdzić na wydruku z potwierdzenia czy kod MCC zgadza się z listą akceptowanych kodów, podaną przez bank.

      wandaparagon1Zerknąłem jednak na pierwszy z brzegu kwitek z terminala płatniczego i kodu MCC tam nie zauważyłem. Popędziłem więc do siedziby MasterCarda, jednej z organizacji płatniczych, które sygnują nasze karty płatnicze, żeby zapytać jak można ustalić kod MCC danego sklepu. Może chociaż jest gdzieś naklejony, np. obok logotypów organizacji płatniczych, których karty w danym miejscu są honorowane? To ważne, bo część aptek sprzedaje również inne rzeczy, albo jest drogerio-aptekami, dlatego ma przyznane inne kody MCC, niż "apteczne". Ale, do diaska, klient biorący udział w bankowych promocjach money-back powinien mieć możliwość sprawdzenia awansem za którą transakcję dostanie zwrot, a za którą nie. Tak na marginesie: jeśli chodzi o pełną listę MCC, to można dość łatwo ją sobie "wyguglać", na przykład tutaj.

      "Kodu MCC nie da się znaleźć na potwierdzeniu transakcji bezgotówkowej z terminala. Natomiast w bankowości internetowej można go znaleźć w szczegółach transakcji kartowej"

      - odpisano mi z organizacji płatniczej. Nie są też naklejone na nalepkach na drzwiach sklepów. Kiepsko. Mamy więc sytuację, w której banki obiecują nam zwrot części pieniędzy za transakcje w określonych kategoriach sklepów, ale klient nie ma możliwości skutecznie sterować swoimi zachowaniami konsumenckimi, by wykorzystać możliwości programów rabatowych. Pani Wanda ma do Banku BPH (dziś już w zasadzie do Alior Banku, który przejął klientów BPH) pretensje, że nie uprzedzał o takich problemach, a więc - można powiedzieć - wprowadził klientów w błąd. Ulotka prezentowana przez bank klientom zawierała jedynie informację:

      "W ramach promocji będą Państwo mogli, przez dwa lata od założenia konta, korzystać ze specjalnych warunków: 0 zł za prowadzenie konta, 5% zwrotu na konto za płatności kartą w aptekach w całej Polsce - do 30 zł miesięcznie. Aby skorzystać ze zwrotu za płatności kartą w aptekach, należy zawnioskować o kartę do "Kapitalnego Konta" w okresie trwania promocji”

      - pisze pani Wanda. W ulotce (a i chyba w reklamach) rzeczywiście nie ma mowy o konieczności spełniania dodatkowych warunków (czyli o tym, że leki trzeba kupować w aptekach "obdarzonych" określonym kodem MCC). Pani Wanda twierdzi również, że pracownik banku, z którym podpisywała umowę na prowadzenie konta, również o żadnym warunku nie wspominał. Ani nie zwracał uwagi na żadne zapisy w regulaminie. O istnieniu terminu MCC część klientów banku - ci, którzy sprawdzają dokładnie wyciągi i samodzielnie przeliczają ile bank powinien im w danym miesiącu zwrócić - dowiadują się z pewnością po raz pierwszy w życiu po odrzuceniu przez bank reklamacji.

      "Bank nie może uzależniać swojego wywiązywania się z warunków umowy od żądania od klienta spełnienia warunków, na spełnienie których klient nie ma absolutnie żadnego wpływu. Na wydruku potwierdzenia płatności nie ma kodu MCC i wg Rozporządzenia Ministra Gospodarki nie ma takiego wymogu. Przy płatności kartą w aptece on-line również nie można tego sprawdzić"

      - pisze pani Wanda i nie sposób odmówić jej przynajmniej częściowej racji. Jeśli klient nie jest w stanie sprawdzić za które transakcje dostanie zwrot, a za które go nie dostanie, to rzeczywiście cała promocja niebezpiecznie upodabnia się do gry losowej. Pani Wanda odgraża się bankowi - który po złożeniu reklamacji jednorazowo uznał jej niektóre z transakcji jako "apteczne" - nadal oczekiwała będzie naliczania od tych transakcji nagród. I tak przez najbliższe półtora roku (aż do zakończenia dwuletniego okresu promocji). Cóż, bank będzie miał z tym problem: grupa społeczna, do której zwrócił się w prowadzonej z wielkim rozmachem kampanii reklamowej, najwięcej pieniędzy przeznacza właśnie na leki. Bank co prawda po przejęciu przez Alior nie będzie już aż tak podkreślał swojego starego "po prostu fair", ale za to będzie w grupie "wyższej kultury bankowości". A to też zobowiązuje.

      OBEJRZYJ KOLEJNY ODCINEK "KASOWNIKA SAMCIKA"! W dzisiejszym wydaniu mojego cotygodniowego wideocyklu głównym tematem jest pytanie jak zapłacić za zakupy, gdy zapomnisz wziąć z domu portfel. Mówię też ile pieniędzy tracisz przy bankomacie, dlaczego warto pilnować smartfona przed kolegami oraz jak nie wpaść w pułapkę wielkiej prowizji od debetu:

      Przed tygodniem było o konieczności sprawdzenia czy przypadkiem nie przepłacasz za konto i kartę? Sprawdź ile płacą inni i czy nie jesteś przez swój bank robiony w trąbę. Drugi temat to bonusy wypłacane nam przez banki za lojalność:

      Obejrzyj też odcinek poświęcony kredytom hipotecznym. Na co zwracać uwagę przeglądając oferty banków, a co jest tylko "zasłoną dymną"? Jak banki mierzą nam zdolność kredytową? Czy można ją sobie legalnymi sposobami poprawić? Zapraszam!

      W "Kasowniku" radziłem też jak wybrać dla siebie prywatnego lekarza. Co wybrać: abonament medyczny czy ubezpieczenie zdrowotne? I od czego najbardziej warto się ubezpieczyć?

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „Bank miał zwracać część wydatków na leki. Ale... nie zawsze zwraca. O co chodzi? Nie jest dobrze”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 28 listopada 2016 09:39
  • czwartek, 17 listopada 2016
    • Nie lubisz myśleć o płaceniu? Oni mają pomysł, żeby rachunki mogły zapłacić się... same :-)

      Comiesięczne faktury płacimy najczęściej - o zgrozo! - tradycyjnie, czyli za pośrednictwem poczty, w punktach obsługi klientów poszczególnych usługodawców, albo w okienkach kasowych. Coraz popularniejsze są przelewy internetowe, ale i tu jesteśmy tradycjonalistami - według statystyk mBanku większość formatek przelewów wypełniamy ręcznie, przepisując numer rachunku usługodawcy. Zlecenia stałe, nie mówiąc już o poleceniu zapłaty, w którym bank komunikuje się bezpośrednio z wystawcami faktur i automatycznie obciąża rachunek klienta, to produkty wciąż niezwykle elitarne. Może coś się zmieni wraz z upowszechnieniem bankowości mobilnej. Aplikacje bankowe w smartfonach mają przecież funkcję skanowania kodów kreskowych i QR kodów, co oznacza, że formatka przelewu może wypełnić się sama.

      Tylko jak skłonić klientów, żeby zaczęli używać banku w smartfonie? Kilka milionów Polaków już niby korzysta, ale w większości raczej do sprawdzania salda, niż do przeprowadzania transakcji. Chociaż bankowcy chcą kopnąć nas w tyłek. mBank ostatnio uruchomił coś w rodzaju "rachunkowego asystenta", który sam podpowie, że jego zdaniem mamy do zapłacenia kolejny rachunek (ustalając to na podstawie poprzednich płatności). Wypełniona formatka przelewu wyświetla się na smartfonie i wystarczy tylko zatwiedzić ją przesuwając palcem po ekranie smartfona. Wkrótce zapewne upowszechni się autoryzowanie transakcji biometrią (np. przykładaniem palca do czytnika w smartfonie). I będzie już całkiem przyjemnie. Ale na razie mamy to, co mamy - czyli kolejki w POK-ach firm energetycznych i telekomunikacyjnych oraz na poczcie.

      innogy_platnosc1Firma Blue Media, niebankowy pośrednik w płatnościach, postanowił zaatakować nasze nawyki z drugiej strony - oferując możliwość automatycznego płacenia rachunków poprzez... strony internetowe wystawców rachunków. Jeśli korzystamy już z internetu, to wystawcy faktur zwykle wysyłają nam e-mailem informację, że mamy do zapłacenia rachunek za prąd, gaz, kablówkę albo telefon. Coraz częściej usługodawcy dają też swoim klientom możliwość założenia e-konta, na którym można sprawdzić historię płatności, zmienić pakiet usług, a nawet zapłacić rachunek. Jeśli to płacenie będzie prostsze, niż gdziekolwiek indziej, to może nawet klientowi wejdzie w krew taki sposób regulowania rachunków? W Blue Media wymyślili, że rachunki mogą płacić się... same. Klient musi tylko wyrazić zgodę na opłacenie rachunku przelewem automatycznym i podać dane swojej karty płatniczej.

      W kolejnych miesiącach system będzie już tylko wysyłał powiadomienia, że zbliża się data płatności, a potem zawiadomi, że wysłał pieniądze do usługodawcy. Coś w rodzaju takiego polecenia zapłaty, tylko "pozabankowego". Klient może zdefiniować maksymalną kwotę płatności, żeby nie dać się zaskoczyć ponadprzeciętnie wysokim rachunkiem, ale zasadniczo poza tym jednym krokiem może w ogóle zapomnieć o sprawie płacenia faktur :-). Musi tylko pamiętać, żeby na karcie były pieniądze ;-). Jak to możliwe, że pieniądze będą się same przelewały z karty, bez żadnej autoryzacji? Takie czasy: jeszcze jakiś czas temu się dziwiłem, że taki np. Uber nie żąda żadnej autoryzacji przy płaceniu kartą. A teraz już się nie dziwię. Samowykonujące się płatności to w XXI wieku ideał płatności :-).

      automat_innogyOczywiście: podpięcie karty debetowej czy kredytowej do systemu płatniczego pozabankowej firmy (aczkolwiek mającej licencję na pośrednictwo przy płatnościach) może budzić wątpliwości co do bezpieczeństwa przekazanych danych. Dlatego ja do wszelkich płatności internetowych - siłą rzeczy jakoś-tam narażonych na kradzież danych karty i klienta - używam specjalnej karty kredytowej z niskim limitem, a nie debetówki wystawioną przez bank, do którego wpływa moja pensyjka. Na razie automatyczne płacenie rachunków via Blue Media działa tylko u dwóch wystawców comiesięcznych faktur - w telekomunikacyjnym Playu i w energetycznej firmie Innogy (nowa nazwa niemieckiego RWE).

      Blue Media od dłuższego czasu próbuje zrobić karierę na automatyzacji płacenia, ale jej dotychczasowe pomysły nie budziły mojej ekstazy, by powiedzieć choćby o "robaku", który sam miał ściągać dane z e-BOK-ów różnych firm i płacić faktury za klienta. To było przekombinowane. Ale "bezklikowe" płatności rachunków oferowane z poziomu strony internetowej wystawców faktur mogą się udać. Podobnie zresztą kombinuje inny pośrednik w płatnościach, firma PayU, która z kolei przy płatnościach za zakupy na Allegro oferuje możliwość zarejestrowania ROR-u i płacenia w przyszłości za kolejne zakupy jednoklikowym przelewem.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Nie lubisz myśleć o płaceniu? Oni mają pomysł, żeby rachunki mogły zapłacić się... same :-)”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 17 listopada 2016 19:35
  • środa, 16 listopada 2016
    • Ojej! Google uruchamia w Polsce Android Pay! To nowa era w płaceniu? Jak tego używać?

      Ciekawe rzeczy dzieją się ostatnio na froncie walki o zmianę naszych zwyczajów płatniczych. Finansiści kombinują jak zachęcić nas do tego, żebyśmy porzucili gotówkę oraz plastikowe karty na rzecz smartfonów. Przekonują, że po prostu... tak będzie wygodniej. Że już niedługo niemal wszystkie dokumenty - w tym dowód osobisty i prawo jazdy, nie mówiąc już o biletach i kartach lojalnościowych - będziemy przechowywali w smartfonie, więc portfel z banknotami będzie tylko zawadzał. Obiecują, że za chwilę zakupy "smartfonowe" będą zabezpieczane odciskiem palca, układem naszych naczyń krwionośnych lub rysów twarzy, a to oznacza, że staną się bezpieczniejsze, niż gotówkowe (można dostać w łeb) lub kartowe (trzeba uważać, żeby ktoś nie podejrzał PIN-u). Całe kosztowne przejście z kart z paskiem magnetycznym na zbliżeniowe miało na horyzoncie cel ostateczny - że w końcu zamiast kart będziemy używać do płacenia smartfonów. Dla nas wygoda, dla bankowców - biznes. Bo smartfon to geolokalizacja, możliwość wysyłania klientowi powiadomień, przyznawania mu kredytu na jeden klik, oferowania spersonalizowanych rabatów. 

      androidpay1W POLSCE RUSZA ANDROID PAY. O CO W NIM CHODZI? Dziś w tej rewolucji kolejny krok. Google, firma dostarczająca najpopularniejsze dziś oprogramowanie do smartfonów pod marką Android, uruchamia w Polsce swój własny system do płacenia smartfonem o nazwie Android Pay. Jeśli używasz urządzenia z systemem Android (obojętnie jakiej marki: Samsung, LG, Huawei...), to po prostu ściągasz ze sklepu Google'a aplikację Android Pay i "przypinasz" do niej kartę płatniczą swojego banku. A potem, chcąc zapłacić tą kartą za bułki w spożywczym albo za bilety w kiosku, po prostu przykładasz ten telefon do terminala płatniczego. Jeśli transakcja ma wartość poniżej 50 zł, to nie trzeba nawet wbijać PIN-u. Jeśli powyżej - tak samo, jak przy płatności kartą musisz wpisać do terminala sklepowego czterocyfrowy PIN twojej karty. Docelowo Android Pay chce wprowadzić autoryzowanie transakcji np. poprzez przyłożenie palca do smartfona (biometrię oferują jednak na razie tylko najnowocześniejsze modele smartfonów).

      CZYM TO SIĘ RÓŻNI OD "NORMALNEGO" PŁACENIA? Jedyną różnicą między płaceniem za pomocą Android Pay, a używaniem zwykłej karty płatniczej jest to, że smartfon w momencie płatności musi być "wzbudzony", a więc musi mieć odblokowany ekran. Jeśli do "wzbudzania" telefonu używasz PIN-u, zanim zapłacisz - musisz go wbić na klawiaturze ekranowej. Jeśli "budzisz" smartfona przykładając palec do czytnika - przed zapłaceniem musisz zrobić to samo. Nie trzeba natomiast uruchamiać aplikacji Android Pay. Terminal sam "zobaczy", że jest zainstalowana w smartfonie. Oczywiście ten sposób płacenia nie zadziała jeśli terminal w sklepie nie ma opcji płatności bezstykowych, tzw. pay-pass (działa tylko poprzez włożenie karty do czytnika). Ale takich terminali w Polsce jest już mniej, niż 20% spośród wszystkich, a za rok-dwa mają całkiem zostać wycofane z użycia. "Przypięcie" karty płatniczej do Android Pay też jest śmiesznie proste: wystarczy zrobić jej zdjęcie smartfonem, wpisać w aplikacji kod CVC z odwrotu oraz podać jednorazowy kod SMS, który przyjdzie z banku-wystawcy karty. Bank wysyła SMS na numer powiązany w umowie o prowadzenie rachunku z posiadaczem danej karty (w ten sposób system zabezpiecza się przed sytuacją, w której "przypinam" do Android Pay nie swoją kartę).

      CZYM TO SIĘ RÓŻNI OD HCE, BLIK, PEOPAY? To oczywiście nie pierwsza możliwość płacenia kartą "zamkniętą" w smartfonie. Niektóre banki (m.in. PKO BP, BZ WBK, ING, eurobank, Getin, a od teraz też Raiffeisen) oferują już takie płatności w ramach swoich aplikacji mobilnych (ten standard nazywa się HCE). Instalując aplikację banku i aktywując ją na swoim smartfonie nie tylko mogę sprawdzać w smartfonie saldo, historię transakcji, założyć lokatę albo wystąpić o kredyt. Automatycznie otrzymuję możliwość zbliżeniowego płacenia smartfonem w ciężar mojej karty. Warunek: muszę mieć w smartfonie system Android i moduł NFC (czyli możliwość transmisji danych na odległość). Czasem przed transakcją trzeba nie tylko "obudzić" smartfona, ale też "odpalić" aplikację bankową. W Banku Pekao działa system PeoPay - kto ściągnie i aktywuje aplikację PeoPay w smartfonie - może płacić nią zbliżeniowo w sklepach.

      Jest też system BLIK, w którym działa sześć banków (PKO BP, ING, mBank, Bank Millennium, Getin, T-Mobile Usługi Bankowe). Tu nie trzeba mieć telefonu z funkcją obsługującą płatności zbliżeniowe, transakcję autoryzuje się wbijając sześciocyfrowy kod BLIK wyświetlający się w aplikacji bankowej, gdy zgłosimy chęć zapłacenia za coś smartfonem.  Pod względem samego płacenia Android Pay będzie bardzo przypominał płatności mobilne HCE lub PeoPay, ale nie będzie wymagał posiadania aplikacji bankowej w smartfonie. Wystarczy tylko "przypiąć" kartę swojego banku do aplikacji. To może być zaleta z punktu widzenia tych klientów banków, którzy nie chcą chodzić z bankiem (czyli ze wszystkimi swoimi pieniędzmi) w kieszeni.

      androidpay2KTO BĘDZIE MÓGŁ UŻYWAĆ ANDROID PAY? Jeśli chcesz ściągnąć aplikację Android Pay, twój smarfon musi pracować na systemie Android w wersji 4.4 lub nowszej (większość względnie nowych smartfonów spełnia ten warunek, dziś w najnowszych modelach instalowany jest już system Android z "siódemką") oraz musi mieć zainstalowany moduł do komunikacji zdalnej NFC (także ten warunek nie jest jakoś szczególnie wysublimowany, w ostatnich dwóch-trzech latach 90% nowych smartfonów jest wyposażana w ten moduł). Drugie ograniczenie jest poważniejsze: na razie Android Pay zadziała tylko z kartami kilku wybranych banków. Chodzi o to, żeby każda "przypinana" do aplikacji karta była zweryfikowana z jej posiadaczem. A takiej weryfikacji (via SMS weryfikacyjny) może dokonać tylko bank, który dał klientowi kartę.

      W "elicie" udostępniającej klientom Android Pay w pierwszym rzucie znalazły się Alior Bank, smartfonowy bank T-Mobile (czyli T-Mobile Usługi Bankowe) oraz BZ WBK. Lada moment ma też dołączyć mBank. Klienci każdego z wymienionych banków będą mogli "przypiąć" dowolną z posiadanych kart (Visę i MasterCarda, kartę debetową i kredytową, osobistą i firmową). Google już rozmawia z kolejnymi bankami, które chcą przyłączyć się do systemu. W przypadku Aliora oraz mBanku Android Pay oznacza spory wzrost wygody dla klientów, bo w tych bankach z mobilnych rozwiązań - czyli możliwości płacenia telefonem - był tylko BLIK. Nawet mając aplikację mobilną banku w smartfonie nie dało się płacić w sklepach zbliżeniowo. Teraz wystarczy ściągnąć Android Pay, przypiąć kartę i spróbować płatności smartfonem bez konieczności podawania kodów BLIK. W przypadku banku T-Mobile to będzie w ogóle pierwsza możliwość płacenia smartfonem w sklepach. 

      Z ANDROID PAY ZAPŁACISZ SMARTFONEM W UBERZE I ITAXI.. Do Android Pay mają być włączone też karty lojalnościowe, dzięki czemu będzie można je wyrzucić z portfela i używać poprzez przyłożenie do terminala płatniczego. System ma działać nie tylko w fizycznych sklepach, ale też w aplikacjach mobilnych. Zamiast do każdej aplikacji w smartfonie, której używamy i w której za coś płacimy (portale aukcyjne, serwisy do zamawiania jedzenia, smartfonowe aplikacje taksówkowe) przypinać z osobna kartę bądź płacić przelewem ekspresowym (np. PayU), będzie można przeprowadzić płatność Android Pay. Na dniach aplikacja ma być dodana jako opcjonalny sposób płacenia w porównywarce Ceneo, serwisie aukcyjnym Allegro, firmach przewozowych iTaxi i Uber). Jeśli korzystając z aplikacji taksówkowej do tej pory obawiałeś się przypinać do niej kartę, to teraz nie będziesz musiał już tego robić.

      CZY TO BEZPIECZNE? CO Z INWIGILACJĄ? Bezpieczeństwo? W Google zapewniają, że w ramach transakcji nie są przekazywane żadne dane karty. Podczas "przypinania" są one weryfikowane, a następnie zamieniane na kod (nazywa się to tokenizacją). Przy płaceniiu terminal sklepowy wymienia się z aplikacją tylko kodami z tokenów, a nie danymi karty. System ma być więc odporny na działanie "podsłuchiwaczy", którzy chcieliby przejmować komunikację smartfona z terminalem i wykorzystywać dane do innej transakcji, przeprowadzanej w tym samym czasie na nasz koszt, lecz w innym miejscu. Czy dzięki zainstalowaniu na smartfonach klientów aplikacji do płacenia Google uzyska jeszcze jeden sposób na "inwigilowanie" swoich użytkowników? Walka o to kto będzie wiedział więcej za co, gdzie i ile płacimy w sklepach to być może gra o najwyższą stawkę. Gdyby banki oddały Googlowi całą swoją wiedzę o zwyczajach płatniczych i transakcjach klientów, popełniłyby samobójstwo.

      Oficjalna wersja jest taka, że Google nie zamierza zarabiać na Android Pay, a możliwość płacenia smartfonem traktuje jako przewagę konkurencyjną, dzięki której będzie zarabiał więcej na sprzedaży swojego systemu operacyjnego do smartfonów i usług z tym związanych. Faktem jest, że wprowadzając do Polski Android Pay Google wyprzedził o kilka długości konkurentów - swój system płacenia Apple Pay (transakcje są autoryzowane odciskiem palca) ma Apple, zaś w ciągu kilku, kilkunastu miesięcy ma ruszyć Samsung Pay, czyli płacenie zbliżeniowe udostępniane na smartfonach największego polskiego sprzedawcy sprzętu mobilnego. Wygląda na to, że obaj gracze zastaną rynek płatności mobilnych zagarnięty w dużej części przez Google'a. Wracając do inwigilacji: bankowcy zapewniają, że do transakcji płatniczych jest wykorzystywany tzw. bezpieczny obszar na karcie SIM, do której nikt nie ma dostępu. Klient w aplikacji Android Pay może wyświetlić tylko 10 ostatnich transakcji, zaś według bankowców wiedza ta pozostaje zamknięta w aplikacji. Czy to cała prawda? Pozostaje tylko wierzyć Googlowi i bankowcom na słowo.  

      CZY DLA BANKOWCÓW TO POCAŁUNEK ŚMIERCI? Dlaczego bankowcy z co najmniej czterech polskich banków zdecydowali się na współpracę z Google? Przecież udostępniając swoje karty systemowi Android Pay ryzykują, że klienci będą rzadziej zaglądali do ich aplikacji mobilnych. I że rzadziej będą wykorzystywali ich możliwości, np. kredyt na jeden klik ;-). Najwyraźniej w bankach nie boją się utraty kontroli nad danymi płatniczymi konsumentów, bo chyba nie oddawaliby Googlowi najcenniejszego aktywa. Prawdopodobnie bankowcy zdają sobie sprawę z tego, że tak duży gracz jak Google jest w stanie ze swojej aplikacji do płacenia uczynić nowych standard. I że nie ma się co kopać z koniem tylko trzeba się do niego przyłączyć i razem kopać konkurencję. Odbyłem dłuugą pogawędkę z Tomaszem Motylem, szefem Innovation Lab w Alior Banku, czyli osobą odpowiadającą za wszystkie technologiczne "wodotryski" przygotowywane dla klientów. Spojrzenie pana dyr. Motyla na sprawy jest takie:

      "Android Pay nie jest konkurencją dla aplikacji bankowych, lecz ich uzupełnieniem. Do klienta należy wybór najwygodniejszej dla niego metody płacenia, naszą rolą jest zapewnić mu wybór. Jest duża szansa na to, że Android Pay się upowszechni, bo ma dostęp do ogromnej liczby konsumentów i będzie mu łatwiej, niż każdemu z banków z osobna, wzbogacać usługę o kolejne komponenty. A im będzie ona bogatsza, tym częściej klienci będą ją wybierali. I kółko się zamyka"

      Czy z punktu widzenia banku nie będzie straty jeśli klienci częściej będą wybierali aplikację Android Pay, niż korzystali z aplikacji mobilnej Alior Banku? Przecież bank przez to może stać się mniej "fajny" dla klienta. Może nawet okazać się, że część klientów, mając Apple Pay, w ogóle nie aktywuje aplikacji mobilnej banku, przez co stanie się mniej podatna na "marketingową perswazję".

      "Z punktu widzenia biznesowego dążymy do tego, by mieć jak najwięcej aktywnych klientów, używających jak najczęściej naszych produktów i usług. Z doświadczenia wiemy, że klient chętnie i często płacący naszą kartą, niezależnie od tego w jaki sposób jej używa, częściej korzysta z innych bardziej złożonych produktów. Dlatego nie widzę ryzyka w tym, że nasi klienci uzyskają możliwość płacenia Android Pay, jako kolejną opcję do wyboru. Zwłaszcza, że bank dzięki temu pokazuje się konsumentom oraz branży technologicznej jako zdolny do przeprowadzenia każdej innowacji i bycia w awangardzie zmian"  

      Tyle bankowiec. Ciekaw jestem jak Wam się to podoba. I czy w czwartek o świcie pobiegniecie do sklepu Google'a, żeby sobie ściągnąć aplikację Android Pay bądź do jednego z czterech obecnych w systemie banków, by założyć tam konto z możliwością mobilnego płacenia. A może w ogóle nie widzicie - na kontrze do tego, co napisałem w pierwszym akapicie - konieczności porzucania karty płatniczej bądź gotówki? Niezależnie od wszystkiego czuję, że Naród został doceniony. Polska jest dopiero drugim rynkiem w Europie (po Wielkiej Brytanii) i szóstym na świecie, na którym Google zdecydował się uruchomić Android Pay. Przedstawiciele internetowego giganta podkreślają, że to w dużej mierze zasługa dużej nowoczesności polskich klientów. Ponad 80% wszystkich terminali do płacenia bezgotówkowego w sklepach pozwala na płatności zbliżeniowe, odsetek nadużyć i kradzieży jest mikroskopijny, a Polacy pokochali transakcje zbliżeniowe - niemal połowa wszystkich płatności kartowych to transakcje zbliżeniowe.

      A TERAZ... CHŁOŃ SUBIEKTYWNOŚĆ TAK JAK LUBISZ. Subiektywność jest multifunkcyjna i się często dyslokuje ;-). Można ją spotkać tu i tam. W internecie, mediach społecznościowych, na wideo, w prasie, książkach oraz na spotkaniach, odczytach, konferencjach - wszędzie tam, gdzie mówi się o pieniądzach.

      autopromo4Blog "Subiektywnie o finansach" codziennie, od ponad siedmiu lat, zapewnia niezbędną dawkę wiedzy o Waszych pieniądzach. Prześwietlanie produktów finansowych, ekskluzywne wiadomości o nowych produktach oraz piętnowanie skandalicznych praktyk i interwencje w Waszych sprawach. Dołącz do niemal 200.000 czytelników i codziennie zaglądaj na samcik.blox.pl, nowy wpis wpada tu zwykle tuż po godz. 9.00. Jeśli chcesz wiedzieć jeszcze więcej i ze mną podyskutować, zostań fanem blogu na Facebooku (jest nas już 35.000!), na Twitterze (tu wraz ze mną rządzi blisko 10.000 followersów). Zapraszam też do bezpośredniego kontaktu mejlowego:  maciej.samcik@gazeta.pl. Postaram się odpowiedzieć na każdy e-mail, choć nie obiecuję, że odpowiem szybko ;-).

      autopromo2...ZOBACZ MNIE W EKSTREMALNYCH AKCJACH. Opowiadam o domowych finansach nie tylko tekstem, ale i ruchomymi obrazami. Żeby Ci się nie nudziło robię przy tym różne głupie rzeczy: skakałem na spadochronie, dałem sobie obić twarz przez byłego trenera Tomasza Adamka, latałem w tubie aerodynamicznej, w której ćwiczą kosmonauci, ćwiczyłem na najnowocześniejszym w Polsce symulatorze lotów, jeździłem autobusem, gokartem, grałem w golfa i ruletkę. Wszystkie te przygody są na mojej "stronie" youtubowej. Zasubskrybuj mój kanał na Youtube (w tym kinie siedzi już ponad 2000 fanów i jest ponad 70 filmów, które obejrzano więcej, niż ćwierć miliona razy). 

      ekipasamcikanewSUBIEKTYWNA EKIPA SAMCIKA IDZIE NA OSTRO W "WYBORCZEJ". Blog "Subiektywnie o finansach" zyskał tak dużą popularność, że zaowocował autorskimi stronami w "Gazecie Wyborczej". Co czwartek na stronach gospodarczych "Wyborczej" ukazuje się tygodnik "Pieniądze Ekstra", w którym ja i grupa moich kolegów, zwana złowróżbnie Ekipą Samcika, radzi jak sprytnie kupować, jak się nie dać nabrać w sklepie, co zrobić, żeby wyplątać się z finansowych tarapatów i jak mieć więcej pieniędzy. 

      autopromo3SUBIEKTYWNOŚĆ DO PODUSZKI, NA WAKACJE, NA PREZENT: o oszczędzaniu, inwestowaniu i zarządzaniu domowymi pieniędzmi piszę też w moich książkach, które możesz kupić w dobrych księgarniach oraz w internecie. Dowiesz się z nich jak założyć pierwszy plan systematycznego oszczędzania, jak nie dać się okraść przez internet, jak odróżnić tani kredyt od drogiego, jak nie dać się nabić w niby-ubezpieczenie, jak nauczyć dziecko oszczędności...

      DARMOWY KURS O LOKOWANIU KASY! Zastanawiasz się jak zabrać się za systematyczne oszczędzanie? Masz już oszczędności i czujesz, że nie powinieneś ograniczać się do ich trzymania wyłącznie w banku? Masz obawy, że sprawy w kraju nie idą w dobrym kierunku i chcesz zabezpieczyć pieniądze przed ewentualnymi turbulencjami? Wejdź na stronę www.dywidendajakwbanku.pl, gdzie wspólnie z Albertem "Longterm" Rokickim opowiadam o tym jak zapewniam sobie niezależność od nacjonalizacji, inflacji i innych chorób charakterystycznych dla trzymania oszczędności wyłącznie w banku. Solidna porcja wiedzy podana w lekkostrawnej formule. Naprawdę warto!

      dywidwb1

      OBEJRZYJ KOLEJNY ODCINEK "KASOWNIKA SAMCIKA"! W dzisiejszym wydaniu mojego cotygodniowego wideocyklu głównym tematem jest kredyt hipoteczny. Na co zwracać uwagę przeglądając oferty banków, a co jest tylko "zasłoną dymną"? Drugi, nie mniej ważny, temat to zdolność kredytowa. Jak banki ją mierzą i czy można ją sobie legalnymi sposobami poprawić? Zapraszam!

      A w poprzednim odcinku radziłem jak wybrać dla siebie prywatnego lekarza. Co wybrać: abonament medyczny czy ubezpieczenie zdrowotne? I od czego najbardziej warto się ubezpieczyć?

      W czwartym odcinku "Kasownika" mówiłem z kolei o internetowych złodziejach twoich pieniędzy. Jakie sposoby stosują, żeby wyczyścić ci konto? Jakich zasad bezpieczeństwa przestrzegać, żeby sobie poszli?

      W poprzednich odcinkach było m.in. o prostych sposobach na oszczędzanie, o najlepszych zawodach, kasie na studiowanie, czy zaciąganiu kredytu hipotecznego. Poza poradami finansowymi w każdym wydaniu solennie obiecujęczerstwy żart prowadzącego :-)), ciekawostkę o pieniądzach oraz finansowy trik Samcika. Żeby nie przegapić kolejnych odcinków - zapraszam do subskrybowania kanału YouTube "Subiektywnie o finansach"  

      DZIĘKUJĘ WAM ZA KOLEJNĄ NAGRODĘ! W zeszłym tygodniu miałem przyjemność odebrać Nagrodę Dziennikarstwa Ekonomicznego w konkursie organizowanym przez polską odnogę stowarzyszeń dziennikarskich Press Club. W uzasadnieniu napisano, że splendor spływa na subiektywność, gdyż jest ona "przewodnikiem po finansach osobistych i zakamarkach ekonomii" oraz że ma "szerokie horyzonty, potoczysty język i jasny wywód". Nie mam wątpliwości, że tę nagrodę - jak i wszystkie poprzednie - zawdzięczam w dużej części Wam, moim Czytelnikom. Dziękuję za to, że jesteście ze mną i że wspólnie możemy walczyć o lepsze jutro finansowe. To także Wasza nagroda.

      NagrodaDziennikarstwaEkonomicznego2016laureatMaciejSamcik995x498

      Dziękuję Kapitule konkursu, która doceniła moją pracę oraz gratuluję wyróżnionym dziennikarzom, Ani Popiołek z "Wyborczej" oraz Mateuszowi Gawinowi z Bankier.pl. Szacun!

      15000745_10154230509256843_6389221167363564547_o

      To już kolejna nagroda na mojej półce z trofeami. W zasadzie zastanawiałem się, czy już nie czas umierać :-). Do tej pory odebrałem między innymi nagrody:

      >>> Dwukrotnie Grand Press: w 2005 r. w kategorii "Dziennikarstwo Specjalistyczne"za cykl tekstów o nieprawidłowościach w SKOK-ach (wspólnie z Bianką Mikołajewską) oraz w 2014 r. Grand Press Economy dla najlepszego dziennikarza ekonomicznego

      >>> Nagrodę im. Władysława Grabskiego w konkursie organizowanym przez Narodowy Bank Polski (w 2013 r.) dla najlepszego dziennikarza ekonomicznego (cenne są również dwa wyróżnienia w tym konkursie, które zdobyłem w poprzednich latach)

      >>> Nagrodę im. Eugeniusza Kwiatkowskiego w konkursie organizowanym przez Uniwersytet Ekonomiczny w Krakowie (w 2011 r.) dla najlepszego dziennikarza ekonomicznego

      >>> Nagrodę Specjalną Prezesa UOKiK w konkursie Auxilium et Libertas (w 2012 r.) za podejmowanie tematyki konsumenckiej na łamach "Gazety Wyborczej"

      >>> Nagrodę "Heros Rynku Kapitałowego" przyznawaną przez Stowarzyszenie Inwestorów Indywidualnych za napełnianie Polaków wiedzą dotyczącą inwestowania, długoterminowego oszczędzania oraz rynku kapitałowego (w 2014 r.). 

      Poza tym byłem jednym z laureatów nagrody im. Dariusza Fikusa za dziennikarstwo najwyższej próby (w 2014 r.). Cieszyłem się też z nagrody im Mariana Krzaka w konkursie Związku Banków Polskich (w 2004 r.) za publikacje poświęcone sektorowi bankowmu, nagrody Izby Zarządzających Funduszami i Aktywami za publikacje poświęcone inwestowaniu i funduszom inwestycyjnym (2007 r. ), nagrody "Złote Skrzydła"w konkursie Krajowego Rejestru Długów (w 2010 r.) za edukację ekonomiczną, III Nagrody w konkursie "Tylko Ryba nie bierze" organizowanym przez Fundację Batorego za publikacje demaskujące nieprawidłowości w sferze publicznej (w 2006 r.). Byłem też Dziennikarzem Roku Kongresu Gospodarki Elektronicznej (w 2011 r. ) oraz laureatem nagrody Ekonomiczny Blog Roku w konkursie organizowanym przez Money.pl (w 2014 r.)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (17) Pokaż komentarze do wpisu „Ojej! Google uruchamia w Polsce Android Pay! To nowa era w płaceniu? Jak tego używać?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 16 listopada 2016 17:22
  • wtorek, 08 listopada 2016
    • Sojusz polskich banków chce nagryźć PayPala i PayU. Jeszcze łatwiej zapłacisz w e-sklepie

      Płacenie telefonem dla większości Polaków jest wciąż czarną magią, chociaż coraz więcej banków oferuje taką formę wykonywania transakcji jako jedną z opcji dostępnych w ramach aplikacji mobilnej. Zamiast wyjmować z kieszeni kartę przykładam do terminala płatniczego smartfon z uruchomioną aplikacją mojego banku (czasem ona uruchomi się sama, "widząc" terminal). A potem - tak samo, jak w przypadku karty - jeśli trzeba wbijam na klawiaturze terminala PIN, a jak nie, to po prostu oddalam się niepostrzeżenie. Fajne to, ale po pierwsze wymaga dość nowoczesnego smartfona, po drugie nie działa jeszcze na iPhone'ach, a po trzecie część banków dopiero nad tym pracuje. (techonologia nazywa się HCE, jeśli chcesz sprawdzić czy w twoim banku już działa, to używaj właśnie tego "kryptonimu"). Znacznie mniejsze wymagania "na wejściu" ma system BLIK, działający w bankach skupiających 60% wszystkich posiadaczy kont w Polsce (Alior Bank, T-Mobile Usługi Bankowe, Bank Millennium, BZ WBK, ING Śląski, mBank i Orange Finanse, PKO BP i Inteligo oraz Getin Bank).

      Tu nie trzeba ani nowoczesnego smartfona, ani nie ma ograniczeń dotyczących systemu operacyjnego telefonu. BLIK działa bowiem na kody jednorazowe wyświetlające się na ekranie. Wchodzę do aplikacji mojego banku w smartfonie, uruchamiam BLIK, przepisuję podany kod do terminala płatniczego albo do bankomatu i ewentualnie zatwierdzam wszystko PIN-em do aplikacji mobilnej (ten ostatni krok niektóre banki pomijają). I zapłacone. Problem jest tylko taki, że to znacznie mniej wygodne, niż wyciągnąć kartę i przyłożyć do terminala (choć podobno w BLIK ruszą też płatności zbliżeniowe). Tak czy owak sześć milionów transakcji i 2 mln osób używających tego sposobu płacenia to już całkiem duża "próbka". Ja BLIK-a używam od czasu do czasu w bankomacie (gdy wybierając się na zakupy zapomnę portfela), ale namiętnie tylko do e-zakupów. Tu bowiem sprawdza się znacznie lepiej, niż w realu.

      Powód jest oczywisty - w sieci płatności kartą są o niebo mniej wygodne, niż w stacjonarnym sklepie. Trzeba podać multum danych z obu stron karty, co jest upierdliwe i wkurzające. Owszem, można też zapłacić w internecie przelewem ekspresowym (ale wtedy czeka nas logowanie się do banku i podawanie wysłanego SMS-em kodu autoryzacyjnego, co też nie jest specjalnie wygodne), PayPalem albo kontem w PayU (o ile ma się podpiętą do niego kartę) albo MasterPassem (w dwóch bankach - Raiffeisenie i BZ WBK). Dwie ostatnie opcje są naprawdę fajne, w PayU i PayPalu możliwe jest przeprowadzenie płatności w sieci nawet jednym klikiem. Ale wirtualny portfel w PayPal i PayU trzeba sobie samodzielnie założyć, a MasterPass jest jeszcze dostępny w małej liczbie e-sklepów.

      Dlatego właśnie w moich e-zakupach rządzi BLIK na spółkę z PayPalem. A teraz będzie rządził jeszcze bardziej, bo... odpalił płatności one-click. Skoro PayPal i PayU pozwalają przeprowadzić transakcję jednym kliknięciem, to BLIK nie chce pozostać w tyle i też uruchamia taką opcję. Początkowo będzie dostępna tylko dla klientów aplikacji mobilnej Banku Millennium, ale w niedalekiej przyszłości ma być wdrożona we wszystkich BLIK-owych bankach. Na czym to ma polegać? Przy płaceniu za coś w e-sklepie pojawi się pytanie czy BLIK ma zapamiętać ów e-sklep jako zaufany. Jeśli się na to zgodzę, to będę mógł płacić BLIK-iem bez... BLIK-u. A ściślej - bez konieczności przepisywania na stronie sklepu sześciocyfrowego kodu podawanego przez apkę w smartfonie. Wystarczy, że zatwierdzę transakcję kliknięciem. System zakłada, że skoro wcześniej zalogowałem się do banku PIN-em to jestem już wystarczająco dobrze zweryfikowany, bym nie musiał już podawać żadnych kodów.

      Czytaj też: Bank zaproponował ci nowy sposób płacenia. Zgodzić się? Bać się?

      Dla mnie - bomba. Pod względem funkcjonalności BLIK w sieci osiąga poziom zbliżony do łatwości płacenia przez konto w PayU (sprzężone z ROR-em w banku) bądź w PayPalu (sprzężone z kartą płatniczą). Tyle, że tutaj to "sprzężenie" BLIK-u z e-sklepem będzie megałatwe i nie będzie wymagało żadnych dodatkowych czynności poza dodaniem e-sklepu do listy zaufanych. BLIK tym samym znacznie wyprzedzi pod względem ergonomii inne sposoby płacenia w sieci. Co to oznacza? Że w niedalekiej perspektywie banki, w których działa BLIK, będą miały klientów lepiej "przygotowanych" do płacenia smartfonem także w sklepach stacjonarnych. Nie myślę tutaj o rozszerzeniu tej funkcjonalności na zwykłe sklepy spożywcze (choć jestem w stanie sobie wyobrazić dodanie do zaufanych Carrefoura, czy Biedronki), a raczej o tym, że jeśli płacenie BLIK-iem wejdzie klientom w krew, to dość łatwo będzie im przejść od tego sposobu regulowania rachunków w sieci do używania BLIK-a w realu. Zwłaszcza jeśli system zacznie w stacjonarnych sklepach działać na zbliżenia.

      OBEJRZYJ PIĄTY ODCINEK "KASOWNIKA SAMCIKA"! W kolejnym wydaniu mojego cotygodniowego wideocyklu głównym tematem są prywatni lekarze. Co wybrać: abonament medyczny czy ubezpieczenie zdrowotne? Od czego najbardziej warto się ubezpieczyć?

      Obejrzyj też czwarty odcinek "Kasownika", w którym o internetowych złodziejach twoich pieniędzy. Jakie sposoby stosują, żeby wyczyścić ci konto? Jakich zasad bezpieczeństwa przestrzegać, żeby sobie poszli?

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (9) Pokaż komentarze do wpisu „Sojusz polskich banków chce nagryźć PayPala i PayU. Jeszcze łatwiej zapłacisz w e-sklepie”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 08 listopada 2016 08:42
  • piątek, 04 listopada 2016
    • Ojoj, idą bolesne zmiany w kolejnym programie lojalnościowym. Trudniej zasłużyć na odlot

      Jakiś czas temu w bankach modne były karty płatnicze, dzięki którym można taniej lub za darmo podróżować samolotami. Im częściej używasz takiej karty, tym więcej masz punktów (zwykle zwanych milami), które z kolei da się wymienić na bilety lotnicze. Znam asów, którzy tak intensywnie wachlowali swoimi kartami, że raz na kilkanaście miesięcy za darmo lecieli sobie np. do Azji albo do którejś ze stolic europejskich. A raz na dwa-trzy lata taki bonus trafiał się niemal każdemu użytkownikowi (no, może poza tymi, którzy włożyli swoje karty na dnie szuflady). "Lotnicze" karty były więc jedną z najbardziej "rentownych" form programów lojalnościowych. Latanie za grosze to w końcu nieco bardziej podniecający pomysł na nagrodę, niż patelnia. Za używanie kart płaciły w ten sposób Raiffeisen Bank (mial wspólną kartę z WizzAir), mBank, Citibank i Diners Club (w ramach programu Miles and More wspólnie z LOT-em i Lufthansą).

      Czytaj też: Nagrodzą nie tylko za zakupy? Payback szykuje kontratak

      Niestety, czasy lotniczych kart zdają się powoli dobiegać końca. Wspólny biznes z linią lotniczą prowadzi Raiffeisen (ale Wizz wydaje też kartę przedpłaconą wspólnie z Euronetem, tym od bankomatów), ale "wymiękł Citibank (zamienił program Miles and More na konkurencyjny, w którym bierze udział British Airways, przelicznik punktowy jest w nim znacznie mniej korzystny). Nota bene klientów Citi próbował przechwycić w locie mBank :-). W czwartek zaś dotarł do mnie komunikat mBanku o zmianach, które od stycznia szykuje posiadaczom kart kredytowych Miles and More. Od początku przyszłego roku żeby "zarobić" jedną milę na swoje konto trzeba będzie jeszcze intensywniej wachlować plastikiem. W przypadku zwykłych kart Miles and More jedna mila będzie przysługiwała za 6 zł zakupów (dziś jest to 5 zł), zaś w przypadku kart typu premium - 4 zł (do tej pory było 3 zł).

      To oznacza, że aby "zarobić" na bilet lotniczy trzeba będzie wykręcić jakieś 20-25% więcej obrotów na zakupach. A i to nie wszystko, bo niemal jednocześnie - a dokładniej od połowy września tego roku - liczbę potrzebnych do zdobycia nagrody mil zwiększył także sam operator programu, czyli Miles and More. O ile do tej pory lot krajowy gratis (a w zasadzie nie całkiem, bo w cenie opłat lotniskowych) przysługiwał za 25.000 mil, to teraz limit podniesiono do 30.000 mil. Loty w granicach Europy "podrożały" z 30.000 mil do 35.000 mil. Co to konkretnie oznacza dla klientów mBanku? Ano o ile na starych zasadach do biletu na lot europejski wystarczyło 150.000 zł obrotów na karcie (albo 90.000 zł w przypadku karty premium), to teraz będzie to 210.000 zł (lub 140.000 zł w przypadku karty premium).

      Skoro przeciętny posiadacz tej karty wyciska zapewne nie więcej, niż 3.000 zł obrotów miesięcznie, to średni czas ciułania mil na bilet lotniczy wydłuży się o jedną trzecią (w tym przykładzie: z niecałych czterech do prawie sześciu lat, przy wyższych obrotach kartą będzie to mniej). A jeszcze trzeba pamiętać, że standardowo punkty w Miles and More są po trzech latach anulowane jeśli uczestnik programu ich nie wykorzysta na jakąś nagrodę. Można więc gonić króliczka i nigdy go nie dogonić. Albo wymieniać punkty na "słabsze" nagrody, jak np. noclegi w hotelach (np. kilka dni w Barcelonie za 20.000 punktów), czy tańszy wynajem samochodów. Gorsze przeliczniki zafundowane uczestnikom programu przez Miles and More uderzają też w drugiej obok mBanku firmy oferującej lotnicze karty, czyli Diners Club. Tu już od dawna przelicznik wynosi 1 mila za 5 zł wydane kartą (ale trzeba pamiętać, że nie jest to karta dla każdego, warunki przyznania są dość wyśrubowane).

      Biorąc pod uwagę, że lotnicze karty są dość drogimi "zabawkami" - np. w mBanku wydanie zwykłej karty kredytowej Miles and More kosztuje aż 100 zł, a cieszącej wyższym przelicznikiem karty premium aż 300 zł (Diners Club pobiera aż 350 zł opłaty) - coraz mniej korzystne przeliczniki stawiają pod znakiem zapytania ich atrakcyjność. Nawet biorąc pod uwagę 2000 mil powitalnych dystans potrzebny do zebrania nagród w postaci gratisowych lotów staje się kosmiczny. A wymogi związane z taką kartą są spore. Żeby w mBanku nie zapłacić aż 200 zł rocznej opłaty za używanie plastiku "lotniczego" w wersji standardowej trzeba nią wykręcić 240 transakcji albo 18.000 zł. Generalnie więc można chyba mówić o powolnych dorzynkach lotniczych kart.

      Czytaj też: MasterCard zmienia swój program lojalnościowy. Będzie bolało

      Powody tej sytuacji są chyba oczywiste. Z jednej strony banki mniej zarabiają na transakcjach kartowych, więc mają dużo mniejszą determinację, by oferować klientom duże korzyści za wachlowanie kartą. Z drugiej zaś strony w branży lotniczej też jest nielekko, głównie z powodu rosnącej konkurencji tanich linii, rosnących kosztów związanych z bezpieczeństwem oraz zalewającego świat terroryzmu. Mniejsza atrakcyjność dotyka zresztą nie tylko "lotniczych" programów lojalnościowych. Jakkolwiek punktowe programy lojalnościowe w polskich bankach są i pewnie jeszcze przez jakiś czas będą, to lojalność klientów banki będą chyba w niedalekiej przyszłości budowały na rabatach za zakupy przyznawanych z wykorzystaniem smartfona, geolokalizacji i znajomości profilu konsumenckiego konkretnego klienta.

      OBEJRZYJ CZWARTY ODCINEK "KASOWNIKA SAMCIKA". W kolejnym odcinku mojego cotygodniowego wideocyklu głównym tematem są internetowi złodzieje twoich pieniędzy. Jakie sposoby stosują, żeby wyczyścić ci konto? Jakich zasad bezpieczeństwa przestrzegać, żeby sobie poszli?

      A poniżej trzeci odcinek "Kasownika Samcika", w którym przedstawiałem sprytne sposoby na oszczędzanie. W poprzednich odcinkach było m.in. o studiowaniu, pracowaniu, czy zaciąganiu kredytu hipotecznego. Poza poradami finansowymi w każdym wydaniu solennie obiecujęczerstwy żart prowadzącego :-)), ciekawostkę o pieniądzach oraz finansowy trik Samcika. Żeby nie przegapić kolejnych odcinków - zapraszam do subskrybowania kanału YouTube "Subiektywnie o finansach"  

       

      (NIE)BEZPIECZNE POŁOWY. W ramach sprawdzania czy jest dla naszych pieniędzy jakaś alternatywa dla 1% z bankowego depozytu udałem się na ryby. Myślałem, że najgorsze będzie starcie z giełdowymi rekinami, ale nie - cios przyszedł z najmniej oczekiwanej strony. A więcej wstrząsających klipów pod tym linkiem

      A TERAZ... CHŁOŃ SUBIEKTYWNOŚĆ TAK JAK LUBISZ. Subiektywność jest multifunkcyjna i się często dyslokuje ;-). Można ją spotkać tu i tam. W internecie, mediach społecznościowych, na wideo, w prasie, książkach oraz na spotkaniach, odczytach, konferencjach - wszędzie tam, gdzie mówi się o pieniądzach.

      autopromo4Blog "Subiektywnie o finansach" codziennie, od ponad siedmiu lat, zapewnia niezbędną dawkę wiedzy o Waszych pieniądzach. Prześwietlanie produktów finansowych, ekskluzywne wiadomości o nowych produktach oraz piętnowanie skandalicznych praktyk i interwencje w Waszych sprawach. Dołącz do niemal 200.000 czytelników i codziennie zaglądaj na samcik.blox.pl, nowy wpis wpada tu zwykle tuż po godz. 9.00. Jeśli chcesz wiedzieć jeszcze więcej i ze mną podyskutować, zostań fanem blogu na Facebooku (jest nas już 35.000!), na Twitterze (tu wraz ze mną rządzi blisko 10.000 followersów). Zapraszam też do bezpośredniego kontaktu mejlowego:  maciej.samcik@gazeta.pl. Postaram się odpowiedzieć na każdy e-mail, choć nie obiecuję, że odpowiem szybko ;-).

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „Ojoj, idą bolesne zmiany w kolejnym programie lojalnościowym. Trudniej zasłużyć na odlot”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 04 listopada 2016 09:01
  • czwartek, 06 października 2016
    • Gdy bank wysyła klientowi kartę zwykłą pocztą. "Karta nie dotarła? Masz pecha, płać za drugą"

      Odkąd banki zaczęły oszczędzać na wysyłce kart płatniczych klientom, mamy znacznie więcej sporów na "plastikowym" tle. Najczęściej problem polega na tym, że bank kartę wysłał pocztą zwykłą, a do klienta ona nie dotarła. Albo wysłał - też pocztą zwykłą - i to od razu w stanie aktywnym, ale klient rzucił ją w kąt i nigdy nie aktywował. Bank nalicza za plastik prowizje, a klient się na to nie zgadza. I prosi, żeby mu udowodnić, że karta w ogóle do niego dotarła. Bank dowodu nie ma, bo... wysłał plastik bez potwierdzenia. Obie opisane przeze mnie sytuacje powinny kończyć się natychmiastowym przeproszeniem klienta przez bank, zwrotem ewentualnych prowizji oraz wypłatą ewentualnego zadośćuczynienia. Ale w bankach młyny mielą wolno i zanim bankierzy zorientują się, że dali ciała, sprawa jest już na moim biurku.

      "Ponad trzy tygodnie temu otworzyłem konto walutowe wraz z kartą, co kosztowało mnie 10 funtów. Wyjazd, na który potrzebowałem karty, się zbliża, a karty nie było. Dzisiaj skontaktowałem się z bankiem. Przemiła pani konsultant oznajmiła mi, że karta, wysłana zwykłym listem, najprawdopodobniej zaginęła. Dowiedziałem się, że jeśli chcę mieć dostęp do moich funduszy na koncie walutowym powinienem anulować zgubioną przez skąpstwo banku kartę i kupić nową za kolejne 10 funtów (która znowu "poleci" zwykłym listem). Kto poważny wysyła w ten sposób ważne, opłacone z góry przesyłki?"

      - denerwuje się klient, który do mnie napisał. Oczywiście, klient ma też drugą ścieżkę - o czym zapewne go w banku poinformowano - czyli złożenie reklamacji. Ale wtedy czas, w którym nie będzie miał dostępu do pieniędzy, wydłuży się do 30 dni - bo tyle bank daje sobie czasu na rozpatrzenie reklamacji. Klient tymczasem nie ma tego czasu, bo wylatuje do Wielkiej Brytanii i jeśli nie będzie miał tam karty walutowej, to będzie musiał używać złotowej. A wtedy zapłaci za zakupy w tamtejszych sklepach jak za zboże. Krótko pisząc - bank wysłał kartę zwykłym listem, czyli w sposób dla siebie najwygodniejszy i najtańszy, ale nie dający żadnej gwarancji, że plastik dotrze na czas. A kiedy karta nie dotarła, to dał klientowi bolesny wybór: "albo zapłacisz drugi raz za to samo (zastrzegając kartę tak, jak gdybyś sam ją zgubił i zamawiając w jej miejsce nową) albo poczekasz aż łaskawie dojdziemy do wniosku, że powinniśmy gratisowo wysłać ci nowy plastik, co może potrwać do 30 dni".

      Taka polityka to jawne przerzucanie na klienta skutków własnej polityki :pocztowej". Oczywiście: nie wymagam od banku, żeby każdą kartę wysyłał klientowi kurierem. To zwiększyłoby koszty wydawania kart i zapewne skończyłoby się jeszcze wyższymi prowizjami, które na koniec zapłaciliby klienci. Ale myślę, że mam prawo wymagać od banku, żeby w sytuacji, gdy klient sygnalizuje, iż karta do niego nie dotarła, natychmiast ją zastrzegł i wysłał nową, nie obciążając klienta kosztami. Pola do nadużyć ze strony klienta tu raczej nie widać - jeśli ktoś zamawia kartę, a potem informuje, że jej nie otrzymał, to zapewne nie ściemnia, bo jaki by miał w tym interes? Zresztą nawet gdyby ściemniał to i tak nie ma znaczenia czy bank dojdzie do wniosku, że trzeba mu wysłać nową kartę, od razu, czy dopiero po żmudnym procesie reklamacyjnym, trwającym do 30 dni.

      Czy to naprawdę takie trudne wdrożyć specjalną, szybką ścieżkę na takie przypadki? Biorąc pod uwagę, że takich zagubionych w drodze kart będzie kilka, najwyżej kilkanaście na grube dziesiątki tysięcy wszystkich wysyłanych, bank nie ucierpiałby zanadto, gdyby tych kilkanaście kart wysłał klientom kurierem, zaskarbiając sobie przy okazji ich uznanie. Zwierzyłem się z tego wszystkiego przedstawicielom banku, który kazał klientowi zapłacić ekstra 10 funtów za wydanie nowej karty. Poprosiłem też o interwencję w tej, konkretnej sprawie. W ciągu kolejnych kilkunastu godzin (i to uwzględniając, że po drodze była noc) dostałem od klienta informację, że bank wysłał mu e-mailem następującą wiadomość:

      "Potwierdziłam, że karta, którą Pan zamówił, została przez nas wydana i wysłana na wskazany adres do korespondencji. Nie odnotowaliśmy zwrotu przesyłki. Biorąc pod uwagę, że karta do Pana nie dotarła, zamknęliśmy ją i zwróciliśmy opłatę za jej wydanie. O nową kartę do konta walutowego może Pan zawnioskować samodzielnie, w serwisie bankowości elektronicznej"

      Zabrakło mi w tej korespondencji słowa "przepraszam", ale może jestem przewrażliwiony. Szkoda też, że klient będzie musiał czekać na nową kartę. Ale przynajmniej nie będzie musiał płacić dwa razy za to samo. Na razie nie napiszę której instytucji finansowej dotyczy sprawa, niech wszystkie się zepną (nie wiecie czy to przypadkiem nie jest o Was, drodzy bankowcy...) i niech wszystkie tak zmienią teraz procedury, iżby - jeśli klient zgłasza, że nie dostał karty - bank nie wmawiał mu, że ma zapłacić drugi raz. Bo jeśli nie... to może o Was będzie follow-up do niniejszego tekstu? A do czytelników mam inną prośbę: zgłaszajcie mi podobne problemy, gdyby Was spotkały w najbliższej przyszłości. Plan minimum to szybka ścieżka "unieważniania" zaginionych kart. A tak naprawdę klient w podobnej sytuacji powinien dostać drugą kartę przesyłką ekspresową, najlepiej kurierską. Do tego jednak bankowcy najwyraźniej muszą jeszcze dojrzeć.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Gdy bank wysyła klientowi kartę zwykłą pocztą. "Karta nie dotarła? Masz pecha, płać za drugą"”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 06 października 2016 21:04

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


użytkowników on-line