Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

06. Karty płatnicze

  • czwartek, 07 września 2017
  • wtorek, 29 sierpnia 2017
    • Płatności przyszłości czyli nadchodzi rewolucja w kupowaniu. Koniec z portfelem! Cieszycie się?

      Przeżywamy wielką rewolucję w płaceniu. Upowszechnienie się kart płatniczych - któż z nas nie spróbował wygody płacenia zbliżeniowego? - to dopiero jej początek. Kilka milionów Polaków “włożyło” swoje karty do smartfonów – czy to za pośrednictwem bankowych aplikacji mobilnych, czy też różnych elektronicznych portmonetek. Zaś kolejna odsłona zmian jest już za rogiem. To płacenie… bez płacenia, czyli wykorzystywanie jako nośników pieniądza przedmiotów, w których “zaszyta” będzie karta płatnicza. Te wszystkie zmiany będę pokazywał i przybliżał Wam w nowym cyklu tekstów poświęconych nowoczesnemu płaceniu.

      Czy w przyszłości będziemy w ogóle płacili kartami? Może do łask wróci gotówka, której używanie ma jedną, ale za to ważną, zaletę – gwarantuje anonimowość? A może do gry wejdzie pieniądz cyfrowy, taki jak bitcoin? Cyfrowa “gotówka” tym różni się od zwykłego pieniądza bezgotówkowego (tego, który jest zapisany na naszych kontach bankowych lub kartach płatniczych), że przekazujemy go bezpośrednio ze smartfona na smartfon – bez pośredników w postaci banków, firm rozliczających i organizacji płatniczych. To plik kryptograficzny, zabezpieczony wirtualnymi “znakami wodnymi”. 

      A jeśli karty przetrwają, jako mimo wszystko najwygodniejszy sposób kupowania i płacenia, najlepszy nośnik programów lojalnościowych? Jak będzie w przyszłości wyglądało płacenie kartą? Moim zdaniem będzie wyglądało mniej więcej tak:

      KARTA BĘDZIE W SMARTFONIE. Wszystko więc wskazuje na to, że w XXI wieku wciąż będziemy płacili kartami. Są zbyt wygodne, zbyt powszechnie akceptowane i mają zbyt dużo korzyści dla klientów, by dały się szymś zastąpić. To oczywiście nie znaczy, że karty będą wyglądały tak, jak do tej pory. Pierwszy krok to przeniesienie “plastiku” do smartfona. Coraz więcej banków, we współpracy z organizacjami płatniczymi, wprowadza możliwość instalowania karty płatniczej w smartfonie.

      Z czego to wynika? Wygląda na to, że właśnie smartfon będzie w niedalekiej przyszłości centrum naszego życia. Jeśli będzie można włożyć do niego wszystkie wirtualne dokumenty (w tym e-dowód i e-prawo jazdy) i pieniądze to portfel w kieszeni stanie się zbędny. Jest mały problem: smartfona nie da się włożyć do terminala, ani do bankomatu. Jednak przygniatająca większość terminali płatniczych w Polsce ma już funkcję zbliżeniową, a z przygniatającej większości bankomatów da się już wypłacić pieniądze bez wkładania karty (działają zbliżeniowo lub na kod).

      CZIP NA KARCIE “POGADA” Z CZIPEM W LODÓWCE. Kolejnym etapem rewolucji będzie “oczipowanie” przedmiotów w naszym otoczeniu. W erze internetu nowej generacji (5G) stanie się realne, iż nasza lodówka, komunikując się z naszym smartfonem, zamówi w naszym imieniu masło w sklepie, gdy czujniki wskażą, że się już kończy ostatnia osełka. A my tylko zatwierdzimy transakcję. Albo samochód sam będzie płacił za paliwo, kontaktując się zdalnie w naszym imieniu z terminalem płatniczym. Niewykluczone, że karta płatnicza zostanie “zaszyta” w tzw. inteligentnych okularach, które przejmą część funkcji smartfona (są już w sprzedaży pierwsze tzw. smart-glasses).

      PŁACENIE BEZ PŁACENIA, CZYLI… BIOMETRIA. Jak będzie wyglądała autoryzacja transakcji? Dziś rządzi PIN, ale zapewne w niedalekiej przyszłości będziemy zatwierdzać płatności biometrycznie. Już dziś niektórzy z nas logują się do smartfonów i do banku w smartfonie odciskiem palca. Z części bankomatów można wypłacić pieniądze zatwierdzając transakcję palcem. Są pierwsze banki, w których do konta można się zalogować głosem. Niewykluczone, że w podobny sposób będziemy niedługo potwierdzać zakupy.

      Tej przyszłości będziemy się wspólnie przyglądać w cyklu tekstów, który dziś rozpoczynam i który będę kontynuował przez cały najbliższy rok. Oprócz tekstów będą quizy, konkursy, a także klipy wideo, w których przedstawię najlepsze pomysły na używanie kart na wakacjach, na zakupach, w urzędzie, za granicą. Opowiem też o najważniejszych funkcjach kart płatniczych, podpowiem jak ich rozsądnie i bezpiecznie używać, jak wycisnąć z Waszych kart jak najwięcej korzyści. Zapraszam do specjalnej sekcji tematycznej, w której będę publikował kolejne teksty - "O wygodnym płaceniu, czyli niezbędnik nowoczesnego konsumenta". Czytajcie i komentujcie. Piszcie też do mnie – jestem pod maciej@maciejsamcik.pl

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (8) Pokaż komentarze do wpisu „Płatności przyszłości czyli nadchodzi rewolucja w kupowaniu. Koniec z portfelem! Cieszycie się?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 29 sierpnia 2017 08:07
  • czwartek, 06 lipca 2017
  • poniedziałek, 29 maja 2017
  • niedziela, 14 maja 2017
  • piątek, 30 grudnia 2016
    • Względy bezpieczeństwa, czyli gdy bank dmucha na zimne i... za nic nie chce przestać!

      Względy bezpieczeństwa to ważna sprawa. Nic dziwnego, że banki starają się tak ustawić przeróżne procedury, żeby z jednej strony nie uprzykrzać klientom życia, a z drugiej - żeby ci klienci byli dobrze przez bank "pilnowani". Jednym z aspektów tych względów bezpieczeństwa jest wychwytywanie nietypowych płatności kartowych. W sytuacji, gdy do systemu trafia zlecenie płatności nietypowe dla danego klienta (dziwne miejsce, dziwna suma), bank może przypuszczać, że to nie klient tę transakcję zlecił, lecz złodziej. Albo że ktoś się pod klienta podszywa. Wtedy włącza się alert, a bank stara się wyjaśnić sytuację. Gorzej jest wtedy, gdy alert, owszem, się włącza, ale... potem nie chce się już wyłączyć, choć klient pragnie wszystko ładnie wytłumaczyć i uspokoić bankowców potwierdzając, że wszystko jest w najlepszym porządku.

      Pan Tomasz, mój czytelnik, jest posiadaczem konta i karty płatniczej wydanej przez bank BZ WBK. I zgłosił się do mnie z bardzo nietypowym problemem. Wszystko wskazuje na to, że jego karta została zablokowana przez bank, choć ten wcale faktu blokady nie potwierdził. Klient został "uziemiony", ale formalnie z kartą wszystko było w porządku. Tak przynajmniej pokazywał system informatyczny banku. Jak żyć? Wszystko zaczęło się od dużych zakupów w sklepie. Pan Tomasz z okazji okazji ;-) postanowił wydać trochę grosza, ale nie płacił za nie jedną transakcją, lecz trzema - o identycznej wartości (79,99 zł). Po prostu kupił trzy rzeczy na trzy paragony i chciał trzy razy zapłacić kartą. Chodziło o to, że nie kupował tylko dla siebie, więc zapragnął mieć do każdego zakupu osobny komplet dokumentów (paragon plus dowód płatności).

      BZ_kartaAkcja pana Tomasza zakończyła się niezbyt miło, bo po drugiej płatności na 79,99 zł do trzeciej bank już nie dopuścił. Na terminalu płatniczym pojawiła się informacja "karta zablokowana". Zapewne włączył się jeden z alertów, które służą do wychwytywania nietypowych transakcji. Płacenie trzy razy w jednym sklepie jedną kartą z pewnością do typowych zachowań nie należy. Bank zapewne powziął podejrzenie, że mogło dojść do fraudu na poziomie sklepu lub nieuczciwego sprzedawcy, który celowo trzy razy "przepuścił" transakcję przez terminal, by więcej pieniędzy ściągnąć klientowi z karty. Takie rzeczy się zdarzają. Kłopot w tym, że po takiej blokadzie transakcji - dodajmy, że całkiem uzasadnionej - bank powinien skontaktować się z klientem telefonicznie i potwierdzić, iż wszystkie transakcje były zlecone przez niego, że kartę ma cały czas przy sobie i nikomu jej nie przekazywał i że nie udostępnił nikomu PIN-u do niej.

      Sęk w tym, że bank... nie zadzwonił. Co więcej, przez kolejne dni wyświetlał klientowi komunikat, iż karta jest "aktywna", a więc nie ma z nią żadnych nietypowych kłopotów. Gdy jednak pan Tomasz udawał się do sklepów z zamiarem jej użycia do platności, w terminalach widział zawsze ten sam komunikat: "karta zablokowana".

      "Nieoficjalnie wiem co jest powodem problemu. To niejawna procedura banku "w trosce o dobro klienta". Podobno bank blokuje jedenastą płatność kartą w danym dniu lub trzecią na tę samą kwotę podczas jednej wizyty w sklepie. Podobno blokada powinna być zdjęta najpóźniej następnego dnia, ale w moim przypadku wygląda to na blokadę wprowadzoną na stałe. Mogę sobie co najwyżej płacić BLIK-iem, czyli telefonem"

      - denerwuje się mój czytelnik. I pyta dlaczego bez znaczenia jest fakt, że płatności są prawidłowo autoryzowane PIN-em. To akurat mnie nie dziwi, bank może podejrzewać, że PIN został przez klienta komuś ujawniony bądź skradziony i że ktoś nielegalnie używa karty. Na końcu tej procedury powinien być jednak zawsze telefon do klienta z prośbą o potwierdzenie transakcji, a jeśli ów klient ją potwierdzi - zdjęcie blokady. Tymczasem jednak przez ponad tydzień klient nie mogł używać "aktywnej" (wedlug systemu) karty, zaś w infolinii bezradnie rozkładali ręce i prosili o złożenie formalnej reklamacji, do której bank ustosunkuje się w ciągu 30 dni.

      "Irytujące jest, że mam czekać tak długo na wyjaśnienie prostej sprawy, choć na każdej karcie banku podane jest, że jej obsługa jest dostępna przez 7 dni w tygodniu przez 24 godziny na dobę. Jednak zamiast wykonać to zobowiązanie łatwiej jest się zasłonić 30 dniami na rozpatrzenie reklamacji"

      - pisze klient. Czy ma rację? Niepotrzebnie zżyma się na same procedury bezpieczeństwa - głowę dam, że niejednemu klientowi, któremu ktoś ukradł kartę, uratowały one niemałe pieniądze - ale ma rację, że jakość obsługi w banku szwankuje. Blokada karty jest na tyle dużą dolegliwością dla każdego klienta, że bank powinien podchodzić do każdej takiej sprawy priorytetowo. Jeśli trzeba prewencyjnie zablokować kartę, to niech bank to zrobi, ale niechże w ciągu kilku, najdalej kilkunastu godzin wyjaśni czy blokada była uzasadniona (wtedy trzeba wysłać klientowi drugą kartę), czy nie (wtedy trzeba zdjąć blokadę). Trzymanie klienta w niepewności przez ponad tydzień może zaowocować nie tyle wzrostem bezpieczeństwa pieniędzy klienta, co niebezpieczeństwa, iż klient ten przeniesie się z tymi klientami do konkurencji.

      SUBIEKTYWNOŚĆ NA "POLITECHNICE GDAŃSKIEJ". Niedawno mialem przyjemność spotkać się wieczorową porą z ekonomistami-absolwentami Politechniki Gdańskiej. Opowiedziałem trochę o tym z jakimi problemami dziś najczęściej zmagają się klienci banków, firm ubezpieczeniowych, pośredników finansowych i innych przyjemniaczków. A potem była gorąca dyskusja na temat spraw bieżących. Było naprawdę miło, merytorycznie i inspirująco. Pozdrawiam moich nowych Przyjaciół i Czytelników z gdańskiej Politechniki!

      05_Fot_P.Niklas_3913_125_Fot_P.Niklas_398326_Fot_P.Niklas_399324_Fot_P.Niklas_397023_Fot_P.Niklas_3967

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (8) Pokaż komentarze do wpisu „Względy bezpieczeństwa, czyli gdy bank dmucha na zimne i... za nic nie chce przestać!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 30 grudnia 2016 08:50
  • środa, 28 grudnia 2016
    • Ojoj! Coś przeszkadza smartfonom w... płaceniu? A płacenie smartfonem w ogóle nas nie podnieca

      Liczba dostępnych możliwości, by płacić za zakupy telefonem, rośnie z miesiąca na miesiąc. Po pierwsze aplikację do płacenia, konto bankowe i "wirtualną" kartę płatniczą można dostać np. bezpośrednio od firmy telekomunikacyjnej, kupując smartfona z kartą SIM (tak jest np. w Orange, który na życzenie wydaje klientom zestawy z usługą finansową banku Orange Finanse). Po drugie już w sześciu bankach jest system BLIK (działa w ramach aplikacji bankowych w smartfonie), dzięki któremu można płacić podając kod wyświetlający się na ekranie telefonu. Po trzecie jest system PeoPay, dostępny dla klientów Banku Pekao. Po czwarte w kilku bankach są dostępne zbliżeniowe płatności w technologii HCE, zaś w kilku kolejnych - Android Pay.

      Cztery z pięciu wymienionych opcji - aplikacje na kartach SIM, PeoPay, HCE i Android Pay - działają tak, jak płacenie kartami zbliżeniowymi. Wystarczy "wzbudzić" smartfona i przyłożyć go do terminala płatniczego. Aplikacja płatnicza umieszczona w smartfonie powinna sama "zauważyć", że chcemy zapłacić i sama przeprowadzić transakcję. Klient ma tylko wklikać PIN do karty "zaklętej" w smartfonie, o ile transakcja ma wartość powyżej 50 zł. W sumie te cztery technologie do zbliżeniowego płacenia smartfonem - każda dostępna w innych bankach - dają możliwość porzucenia tradycyjnych kart płatniczych kilkunastu milionom klientów. A dlaczego ktoś miałby porzucać karty? O tym mówiłem niedawno w "Kasowniku Samcika":

      Z punktu widzenia banków przyzwyczajenie nas do płacenia smartfonem ma wielkie znaczenie: z klientem płacącym w ten sposób bank może być w stałej łączności, gdyż wie gdzie ten klient jest i może mu podsuwać komunikaty zachęcające do skorzystania ze spersonalizowanych, wspomaganych geolokalizacją rabatów. Tyle, że dziś przy sklepowych kasach plastikowe karty są wciąż na pierwszym miejscu, bo są wygodniejsze w użyciu. To się może zmienić dopiero wtedy, gdy w smartfonie uda się zamknąć dokumenty tożsamości (bo bilety, wejściówki i karty lojalnościowe już tam są), a autoryzowanie transakcji smartfonowej będzie się odbywało z wykorzystaniem biometrii. Wtedy noszenie portfela przestanie mieć sens, a płacenie smartfonem stanie się w dodatku bezpieczniejsze, niż używanie karty.

      czynnoci_finansowowe_na_smartfonie

      Są jednak na tej drodze co najmniej dwa poważne problemy. Pierwszy to kwestia działania płatności zbliżeniowych smartfonem. Niedawno koledzy z Bankier.pl opisali przypadki, w których smartfon musiał łączyć się dwa razy z terminalem, żeby przeprowadzić transakcję powyżej 50 zł w systemie Android Pay. Jeśli moje pierwsze zetknięcie z nowym sposobem płacenia oznacza, że tracę więcej czasu, to nieprędko dam się namówić na ponowną próbę. Przyznam, że też testowałem Android Pay, ale podobnych kłopotów nie stwierdziłem przy płatnościach poniżej 50 zł (bez PIN-u). Przy płatnościach powyżej 50 zł (z PIN-em) na cztery przeprowadzone jedna odbywała się "na raty", przy czym nie mam pewności czy powodem był defekt systemu płatności, czy zbyt niedokładnie przyłożyłem smartfona do terminala płatniczego. Podobne doniesienia i wątpliwości techniczne mogą się w najbliższej przyszłości mnożyć, bo płacenie smartfonem jest po prostu bardziej narażone na zakłócenia, niż płacenie kartą.

      Czytaj też: samcikowy test nowego sposobu płacenia - Android Pay

      O ile aplikacja płatnicza jest jedyną (bądź jedną z nielicznych) na karcie płatniczej, o tyle w przypadku smartfona mogą zdarzać się zakłócenia wynikające z tego, iż jest on stale podłączony do internetu i w każdej chwili komunikuje się z dziesiątkami aplikacji. Poza tym więcej jest możliwych wariantów i konfiguracji systemu operacyjnego, niektóre odmiany systemów nie są już wspierane przez producenta, smartfony mogą być pod wpływem wirusów i złośliwego oprogramowania. Niedawno portal Jacek Urynuik z Cashless.pl opisywał kłopoty niektórych klientów używających technologii HCE do płatności smartfonem w Banku Millennium. Im więcej będzie tego typu doniesień, tym trudniej będzie bankom wyhodować modę na płacenie smartfonem, co dla bankowców jest "być albo nie być".

      A już i bez tego używanie smartfonów do płacenia nie jest tym, co tygrysy (te posiadające smartfony) lubią najbardziej. W tym roku firma badawcza TNS wykonała dla polskiej odnogi koncernu Samsung badanie wśród 600 przedstawicieli firm (w tym 400 pracowników, 150 decydendów) oraz osób uprawiających wolny zawód. Ankieterzy zapytali przedsiębiorców do czego używają swoich służbowych smartfonów, jakich funkcji im brakuje, a o jakie chcieliby swój sprzęt uzupełnić.

      Już w jednym z pierwszych pytań wyszło, że możliwość odblokowania smartfona za pomocą odcisku palca lub innych danych biometrycznych nie jest dla przedsiębiorców szczególnie atrakcyjną cechą smartfona (mniej fanów miał tylko rysik jako uzupełnienie smartfona). Badani znacznie bardziej zwracają uwagę na długość pracy baterii (88% wskazań), tempo ładowania baterii (ważne dla 70%), jakość wyświetlania obrazu, łatwość łączenia się smartfona z innym sprzętem (po 70-73% wskazań), porządny aparat (atrakcja dla połowy badanych), desing (kluczowe dla 46%), czy wodoodporność (uatrakcyjnia sprzęt dla 42% osób). Biometria - tylko dla mniej więcej co czwartego pytanego. To o tyle zła wiadomość, że skoro bezpieczeństwo logowania do smartfona nie jest przez badanych szczególnie poważana, to i dokonywanie z użyciem tego smartfona zaufanych transakcji, np. płatności bankowych, nie jest specjalnie brana pod uwagę jako użyteczna opcja.

      samsung1

      Najbardziej pożądanym czynnikiem w wyborze najlepszego smartfona jest długość pracy baterii (aż 88% osób nieposiadających telefonu z megawydajną baterią chciałaby mieć sprzęt z dłuższym okresem używania między ładowaniami) oraz szybkość ładowania baterii (69% osób, które mają smartfona długo się ładującego jest tym faktem sfrustrowana). Aż 80% użytkowników nie ma w swoich smartfonach służbowych opcji uwierzytelniania biomtrycznego, ale tylko 24% z nich chciałaby mieć opcję logowania się do smartfona odciskiem palca, zaś 16% - innymi cechami biometrycznymi (sylwetka, rysy twarzy, układ naczyń krwionośnych, barwa głosu).

      samsung2

      Oceniając najbardziej istotne funkcje smartfona - czyli nie tyle te, które przydają mu atrakcyjności, tzw. wodotryski, lecz te, z których chcieliby rzeczywiście korzystać - pytani podają w 82% dostęp mobilny do poczty e-mail, w 77% możliwość przeglądania internetu, zaś w 73% - nawigacja w smartfonie. Jakieś 55% pytanych chce w smartfonie służbowym korzystać z różnych aplikacji (niekoniecznie związanych z pracą), zaś prawie 40% - wykonywać screenshoty z ekranów. Tylko co trzeci przedstawiciel wolnego zawodu i co ósmy dyrektor chciałby za pomocą smartfona służbowego korzystać z bankowości mobilnej, a tylko 10-20% - wykorzystywać smartfona do zakupów internetowych. Identyczną niechęć czują pracownicy, decydenci i przedstawiciele wolnych zawodów do zbliżeniowego płacenia smartfonami (48% pracowników i aż 68% dyrektorów nie uważa, że potrzebuje tej funkcji!). Być może wyniki byłyby ciut lepsze, gdyby zapytać o smartfony prywatne, a nie służbowe, ale z całą pewnością nie jest tak, że Polacy pragną za wszelką cenę używać smartfona do płacenia.

      samsung3

      Czy to może być kwestia bezpieczeństwa? Niekoniecznie, raczej brak wiary, że bankowanie i kupowanie przez smartfona może wygodą dogonić lub przegonić płacenie tradycyjne (gotówką) lub kartami płatniczymi. Skąd ten wniosek? Tylko 35% pytanych - tych samych, którzy brzydzą się bankowaniem przez smartfona - obawia się o bezpieczeństwo danych w swoim smartfonie, zaś 45% beztrosko wychodzi z założenia, że ich smartfon jest tak zabezpieczony, że z danymi osobowymi i bankowymi, prywatnymi filmami i nagimi fotkami nic złego nie może się stać.

      samsung4

      Wygląda na to, że branża finansowa ma poważny problem. Jej najważniejszy cel to dziś przesunięcie naszej aktywności bankowej i płatniczej z placówek i kart płatniczych do smartfonów. Do tej pory wydawało się, że wprowadzenie biometrycznego zatwierdzania transakcji będzie w tej dziedzinie przełomem, ale w świetle badań TNS i Samsunga wcale nie jest to takie pewne. Skoro ludzie nie widzą wielkiej wartości dodanej w biomertycznym logowaniu się do smartfona, to nie będzie to dla nich wystarczająco duża zaleta w przypadku używania smartfona zamiast karty na zakupach. Nie jest też pewne, że ktoś będzie chciał dużo więcej płacić za smartfony z funkcjami biometrycznymi, co mogłoby zahamować rozwój płacenia smartfonem.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „Ojoj! Coś przeszkadza smartfonom w... płaceniu? A płacenie smartfonem w ogóle nas nie podnieca”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 28 grudnia 2016 19:33
  • niedziela, 18 grudnia 2016
    • Cierpisz, gdy trzeba wejść do sklepu? Oto patenty na wyjątkowo szybkie zakupy

      Zaczyna się ostatni tydzień przed Bożym Narodzeniem. Na prezenty i inne zakupy wydamy grube miliardy. Firma RetailMeNot, zajmująca się prowadzeniem jednego z setek programów rabatowych, podsumowuje te nasze wydatki świąteczne na 80 mld zł. Co i tak nie jest kwotą powalającą na kolana, gdy dodamy, że Brytyjczycy chcą wydać 90 mld, ale euro (a właściwie funtów przeliczanych na euro), zaś Amerykanie - 600 mld dolarów. Z wszystkich przedświątecznych wydatków Polaków jakieś 5 mld zł to będą zakupy w internecie. I to jest "tylko" 6-7% tego, co łącznie wydamy. W USA aż 22% pieniędzy jest przed świętami wydawanych online. W Wielkiej Brytanii jest to 27%, w Niemczech - już 21%. A w większości krajów Europy Zachodniej - po kilkanaście procent. Tak mało jak my w internecie kupują chyba tylko Włosi. 

      Choć płacenie w internecie stanowi na razie stosunkowo niewielki odsetek wszystkich transakcji, których dokonujemy (znacznie częściej używamy gotówki, kart płatniczych w bankomacie lub fizycznym sklepie), to bój o jak najwygodniejsze płacenie w sieci będzie w tym roku bardzo zażarty. Zależy na tym nie tylko sklepom internetowym, ale też m.in. bankom, bo jeśli klient będzie czerpał przyjemność z płacenia w internecie, to będzie bardziej aktywnie korzystał z innych usług banku (np. kredytowych). A poza tym będzie można skuteczniej używać jego profilu konsumenckiego do podsuwania mu różnych ofert handlowych (co przez internet jest stosunkowo najłatwiejsze, bo najmniej kosztowne). Z tej przyczyny banki wyłażą ze skóry, żeby udostępnić swoim klientom jak najwygodniejsze sposoby płacenia w sieci. 

      Najlepiej żeby płacenie ograniczyło się do jednego kliknięcia na ekranie. Bo tylko wtedy jest szansa, że klient nie porzuci koszyka zakupowego (a zdarza się to w ponad połowie przypadków!). Ponieważ część z nas jest facetami, dla których zakupy nie są przyjemnością, lecz przykrym obowiązkiem (nie dotyczy samochodów i elektroniki ;-)), możliwość płacenia bez wchodzenia do fizycznego sklepu oraz z możliwością przeprowadzenia samej płatności jednym, w ostateczności kilkoma kliknięciami, może być kluczowa dla rozwoju e-handlu ;-). I e-handel o tym wie, dlatego całkiem spora część sklepów internetowych na te święta udostępniła klientom proste sposoby płacenia w sieci. To już ostatni moment na świąteczne zakupy w sieci, by mieć pewność, że zostaną dostarczone jeszcze przed Bożym Narodzeniem, więc pozwólcie, że zrobię krótką listę opcji e-zakupów "na jeden klik":

      MASZ BLIK? PŁAĆ W NECIE NA JEDEN KLIK. Niedawno pisałem o tym, że osoby, które mają konto w Banku Millennium, otrzymały do ręki możliwość płacenia za zakupy internetowe jednym klikiem - z poziomu smartfona. BLIK i bez tego jest dość wygodną formą regulowania rachunków za zakupy w sieci (zamiast podawać wszystkie dane karty, bądź robić przelew ekspersowy pay-by-link, jedynie podaje się kod BLIK i zatwierdza transakcję). Teraz w wybranych sklepach posiadaczom kont w Millennium odpadnie podawanie kodu BLIK. Wystarczy tylko samo potwierdzenie transakcji w apce. Oczywiście klient musi najpierw odhaczyć w e-sklepie zgodę na tak prostą formę płacenia (niektórzy wolą, by każda ich transakcja była autoryzowana kodem BLIK). Wkrótce do uproszczonej formuły BLIK-a mają dołączyć inne banki (niektóre z nich być może już przystąpiły). Niestety nie mam listy sklepów, które umożliwiają to proste kupowanie w sieci. 

      PAY-PAL, CZYLI SZAŁ PAŁ. Porównywalnie wygodnie, jak jednoklikowym BLIK-iem płaci się chyba tylko PayPalem. W ramach portmonetki pre-paid bądź po podpięciu karty płatniczej dowolnego banku i po udzieleniu zgody na zawieranie transakcji bez podawania hasła (wyświetla się na stronie płatności przy próbie zapłacenia PayPalem) można płacić po prostu klikając "yes" na ekranie komputera ;-). Oczywiście przy każdej płatności będzie trzeba mimo wszystko zalogować się do swojego portfela PayPal. "Zwolnienie" dotyczy tylko podawania hasła do tego portfela przy płaceniu. Uproszczone zakupy dotyczą- o ile się oreintuję - wszystkich e-sklepów, w których można wybrać formę płatności pt. "PayPal".  

      PAYU, CZYLI "ZGRZEWKA" Z KONTEM. Można też zdefiniować sobie jednoklikową płatność z konta w serwisie PayU poprzez założenie konta w tej e-portmonetce i przypięcie do niej karty płatniczej (analogicznie jak w PayPalu) bądź - i to jest specyficzna opcja oferowana przez PayU - stałe powiązanie konta PayU z rachunkiem ROR. Można tego dokonać przy okazji płacenia w sieci przez PayU (system zaproponuje możliwość płacenia w przyszłości jednym klikiem zamiast tradycyjnie: poprzez zalogowanie się do banku i podanie hasła jednorazowego).

      MASTERPASS, CZYLI BANK PRZYPNIE CIĘ SAM. Wygodnym sposobem płacenia w sieci - choć nie jednoklikowym - jest też system MasterPass, do którego karty wszystkich swoich klientów przypięły Raiffeisen i BGŻ BNP Paribas. Tu jednak nie ma jednego kliku, po wybraniu tej opcji płacenia w e-sklepie wyświetli się ekran wyboru banku, w którym mamy kartę płatniczą, a potem podaje się login i hasło do e-portfela MasterPass (definiuje się je przy aktywacji MasterPassa - kto ma konto w Raiffeisenie i BGŻ BNP Paribas z pewnością był już do takiej aktywacji wielokrotnie zachęcany). A na koniec trzeba też podać mPIN do transakcji. Jest trochę klikania, ale mimo wszystko mniej, niż przy "zwykłym" płaceniu kartą. No i tutaj nie trzeba przypinać karty do systemu - jeśli Twój bank współpracuje z MasterPassem, to karta zostanie przypięta automatycznie, a Ty tylko aktywujesz nowy sposób płacenia na stronie MasterPassa.

      PAOPAY, CZYLI WEŹ SMARTFON I ZRÓB ZDJĘCIE. W oparciu o MasterPass działa też nowa usługa płatności mobilnych w internecie, wprowadzona przez Bank Pekao. Co ją wyróżnia? O ile większość z innych sposobów płacenia w sieci najlepiej działa w "dużych" komputerach, to jednoklikowa płatność za zakupy internetowe w Pekao działa też całkiem znośnie w ramach... aplikacji mobilnej PeoPay, czyli po prostu w smartfonie. Oczywiście płatność tego typy będzie możliwa tylko w tych e-sklepach, gdzie przyjmują płatności MasterPass. Jak to wygląda? Jeśli robimy zakupy na komputerze lub tablecie, to po wybraniu płatności Masterpass otwieramy w smartfonie opcję skanera, skanujemy kod QR z ekranu komputera, a następnie zatwierdzamy transakcję w telefonie jednym klikiem. Jeśli wchodzimy na stronę e-sklepu z poziomu smartfona, to jest jeszcze łatwiej - po prostu wybieramy płatność MasterPass i potwierdzamy transakcję kodem ePIN.

      KTO WYGRYWA? Płacić w internecie będziemy coraz częściej, a im wygodniejsze to będą płatności, tym mniej będzie przypadków tzw. porzucenia koszyka, czyli przerywania zakupów na etapie płatności, która okazuje się być zbyt trudna lub niezrozumiała. Bardzo jestem ciekawy czy klienci największych banków zdają sobie sprawę z tego ile dobra na nich spływa. Jednoklikowa płatność w Banku Millennium oraz w Banku Pekao ma tę przewagę nad podobnymi propozycjami elektronicznych portmonetek, jak PayPal, czy PayU, że nie wymaga od klientów aż takiej aktywności - czyli przypięcia karty lub konta do e-portfela. Choć oczywiście jest inny problem - trzeba przekonać klienta, żeby w ogóle zainstalował sobie aplikację mobilną BLIK lub PeoPay w smartfonie. I to jest z pewnością wąskie gardło innowacji w postaci obu jednoklikowych płatności w sieci.

      A MOŻE... MĘCZĄCA VISA Z KURIEREM GRATIS? Tam, gdzie nie da się ułatwić klientowi płatności w sieci i sprowadzić jej do jednego kliknięcia, zeskanowania jakiegoś kodu bądź podobnie oczywistej czynności, finansiści chcą nas przekonać innymi bonusami. System płatniczy Visa ostatnio ogłosił, że jak ktoś zrobi świąteczne zakupy w jednym z e-sklepów ze specjalnej listy, to Poczta Polska dostarczy mu paczkę bez opłat i to niezależnie od wysokości zamówienia. Na liście są sklepy z multimediami Ravelo.pl i Helion.pl, są Endo.pl i Nodik.pl z rzeczami dla dzieci, sklep z modą męską Ombre.pl, są takie anonimowe marki jak Garneczki.pl, czy Sport-shop.pl. Sęk w tym, że wśród partnerów akcji nie ma żadnego e-sklepu z tych, w których kupujemy najbardziej namiętnie. A drugi - jeszcze większy sęk - w tym, że płatność kartą Visa w internecie jest katorgą, odwrotnością pojęcia "jeden klik" (konieczne jest wpisywanie wszystkich danych karty).

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Cierpisz, gdy trzeba wejść do sklepu? Oto patenty na wyjątkowo szybkie zakupy”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      niedziela, 18 grudnia 2016 10:51
  • środa, 07 grudnia 2016
    • Ta karta nie pozwala płacić zbliżeniowo. A jednak ktoś ukradł 400 zł nie znając PIN-u! Jak?

      Pamiętacie słynny "plastikowy" horror we Wrocku? Kilka lat temu złodzieje zauważyli lukę w zabezpieczeniach kart zbliżeniowych i poużywali sobie na całego, czyszcząc karty okradzionych pechowców. Czyścili je na kwoty wielotysięczne, choć wcale nie znali PIN-ów do klientowskich kart. Sekret tkwił w tym, że transakcje poniżej 50 zł, dokonywane kartami przez zbliżenia, nie wymagają PIN-u. Jeśli dodać do tego tryb offline (terminal nie łączy się z bankiem i nie sprawda salda konta) oraz domyślne ustawienie licznika dozwolonych transakcji przez zbliżenia na 9999 dziennie... pasztet gotowy. Po awanturze, którą "tymi ręcami" wywołałem :-), zabezpieczenia kart zostały poprawione (m.in. liczniki nie pozwalają już na nie ograniczoną liczbę transakcji zbliżeniowych). Wciąż jednak są klienci, którzy kart zbliżeniowych nie uznają i ochoczo korzystają z możliwości wyłączenia takiego trybu działania "plastików", którą to opcję banki mają obowiązek udostępniać.

      Kłopot w tym, że z drugiej strony wciąż są miejsca, które... pozwalają kraść pieniądze nawet wtedy, gdy złodziej nie zna PIN-u do naszej karty, a jednocześnie karta ta nie działa na zbliżenia. Te miejsca to biletomaty we wrocławskiej komunikacji miejskiej. Właśnie w nich owe kilka lat temu często wykonywano seryjnie transakcje zbliżeniowe bez PIN, wykorzystując wspomnianą lukę w zabezpieczeniu kart zbliżeniowych. Automat jest do tego bezpieczniejszym miejscem, niż sklep, w którym sprzedawca może się łatwo zorientować, że jeden klient dokonuje transakcji seryjnie, celowo dzieląc je na kwoty poniżej 50 zł. Poza tym bilety lub kody na doładowania, które można kupić w niektórych biletomatach, to bardziej chodliwy "towar", niż towar ze spożywczego :-). Zarządzająca biletomatami Mennica Polska poprawiła standardy bezpieczeństwa, ograniczając możliwości kupowania biletów i doładowań o dużej wartości w jednym biletomacie i z użyciem jednej karty.

      A jak poprawiła? Nie dość, że wartość pojedynczej transakcji nie może przekroczyć 50 zł, to jeszcze w ciągu jednej godziny w jednym biletomacie można daną kartą dokonać tylko dwóch transakcji o łącznej wartości 60 zł. To zmniejszyło ryzyko złodziejskich transakcji cudzymi kartami, ale... jak łatwo się zorientować, tak całkiem go nie zniosło. Bo w biletomatach wciąż można kupować bilety płacąc nie tylko zbliżeniowo, ale i wkładając "plastik" do terminala płatniczego. W tym drugim trybie (który pozwala korzystać z maszymy również kartom nie posiadającym możliwości płacenia przez zbliżenie) biletomat nie żąda PIN-u, sprawdza jedynie czy nie przekroczono jednorazowej i godzinowej kwoty dozwolonej transakcji. To wynika ze względów bezpieczeństwa - jeśli już w tak zatłoczonym miejscu pozwala się na dokonywanie transakcji stykowych, to nie byłoby dobrze, gdyby trzeba było podawać PIN i tym samym zdradzać go współpasażerom autobusu lub tramwaju.

      I właśnie ofiarą tej "bezPIN-owości" padła ostatnio jedna z moich czytelniczek, pani Grażyna. Musiała mieć wyjątkowego pecha, ale faktem jest, że straciła 450 zł (mam nadzieję, że bank pomoże jej je odzyskać). W jaki sposób? Cóż, na początku listopada, jadąc tramwajem w wielkim tłoku w godzinach szczytu (ok. godz. 17.00) ukradziono pani Grażynie z zamkniętej torby portfel. Nota bene niedawno opowiadałem Wam o tym jak działają tacy złodzieje i co zrobić, żeby się przed nimi obronić - zapraszam do ponownego obejrzenia tego wideoporadnika.

      Czytaj też: Przełom w sprawie kradzieży pieniędzy z naszych kont i kart? Ale wyrok!

      Czytaj też: To wyjątkowo perwersyjny wirus. Kradnie wtedy, gdy się nie spodziewasz

      Kłopot w tym, że moja czytelniczka zorientowała się, że padła ofiarą kradzieży, dopiero o godz. 20.00, czyli po ponad trzech godzinach od wyjęcia jej karty z torebki. Wydawało jej się, że maksymalne straty nie mogą być duże, bo w portfelu miała dowód osobisty (natychmiast go zastrzegła, by nie paść ofiarą kradzieży tożsamości) oraz dwie karty płatnicze:

      "Jedna to była karta zbliżeniowa. Na jej koncie było niewiele pieniędzy, ok 50 zł, ale od razu sprawdziłam, że kwota została ściągnięta przez złodzieja w całości. Druga karta była kredytówką wydaną jeszcze w 2014 r. Nie była to karta zbliżeniowa, tylko taka, która do każdej transakcji wymaga PIN-u. Było na niej 400 zł. Ona też została wyczyszczona do zera! Odbyło się podawania PIN-u, dzięki "wspaniałomyślnej" firmie Mennica, która na takie transakcje pozwoliła. Jak można udostępnić płatność bez PIN do nieograniczonej liczby transakcji? Wiadomo, że okazja czyni złodzieja"

      - pisze czytelniczka. Jak wspomniałem wyżej, nie jest tak, że w biletomatach można wyczyścić kartę na dowolną kwotę. Są limity, które pozwalają zrealizować tylko 60-złotowe transakcje w ciągu godziny w jednym biletomacie. Ale... przecież nic nie stoi na przeszkodzie, żeby często się przesiadać z jednego tramwaju do drugiego i ów 60-złotowy limit wykorzystywać w coraz to nowych biletomatach (nie połączonych, jak sądzę, w jedną sieć identyfikującą podejrzanie częste zakupy). W tym momencie barierą stają się już tylko ograniczenia zapisane na skradzionej karcie (nie wiem jak klientka miała zdefiniowane limity dzienne transakcji kartą, ale najwyraźniej do momentu zastrzeżenia karty nie zdążyły one "pęknąć").

      Mleko się rozlało, klient został okradziony z pieniędzy. Czas na wnioski. Po pierwsze mam nadzieję, że operator biletomatów we współpracy z Bankiem Millennium pokryje klientce straty, bo wygoda wygodą, ale... jeśli Mennica - zapewne w dobrych intencjach, dla rozszerzenia możliwości bezgotówkowych zakupów biletów - umożliwia wykonywanie transakcji bez PIN kartami stykowymi, to w przypadku fraudu powinna brać na klatę konsekwencje. Zwłaszcza, że tych fraudów chyba nie ma wiele (gdyby było, to zapewne funkcjonalność biletomatów zostałaby ograniczona). No i chyba nie można powiedzieć, by te teransakcje zostały prawidłowo, zgodnie z regulaminem działania karty płatniczej, zautoryzowane... Po drugie: proponuję wszystkim posiadaczom kart płatniczych - a zwłaszcza mieszkańcom Wrocławia - zajrzeć w limity dzienne swoich kart i zmniejszyć je do poziomów, które będą z jednej strony wygodne, a z drugiej bezpieczne. Jak widać, nawet mając kartę bez możliwości płacenia bezPIN-owego czasem taka transakcja może być dokonana. Stąd korekta limitów transakcyjnych zawsze się przyda. Po trzecie pewien postulat ma też okradziony klient:

      "Wystarczyłoby wprowadzić pewne ograniczenie w działaniu biletomatów, polegające na tym, że kupujemy w środkach komunikacji miejskiej tylko już skasowane bilety. Natomiast bilety zapasowe, na później, można byłoby sobie kupić w automatach, które są na przystankach"

      - to nie jest zły pomysł. Oczywiście - czego czytelnik nie dodał - jednocześnie należałoby wyłączyć możliwość stykowego kupowania biletów bez podwania PIN-u, zaś w autobusach i tramwajach - w ogóle możliwość płacenia inaczej, niż zbliżeniowo (żeby klientom nie przychodziło do głosy wbijać PIN do karty w zatłoczonym pojeździe).

      OBEJRZYJ KOLEJNY ODCINEK "KASOWNIKA SAMCIKA"! W dzisiejszym wydaniu mojego cotygodniowego wideocyklu głównym tematem jest pytanie czy i na jakich warunkach warto kupić polisę od raka. Wiadomo, że już jedna czwarta opuszczających ten padół łez opuszcza go z powodu nowotworu. Być może część z nich udałoby się wykaraskać z problemów, gdyby odpowiednio wcześnie badziewie zostało wykryte, zdiagnozowane i leczone według najlepszych światowych standardów, niekoniecznie w ramach państwowej służby zdrowia. Jaką polisę od raka warto rozważyć, a jaka będzie tylko wyrzucaniem pieniędzy w błoto? O tym dziś w "Kasowniku". A jeśli chcesz prześwietlenia konkretnych ofert antyrakowych, to zapraszam do wpisów blogowych. Poza tym tematem w programie rozkminiam też polisy ze zwrotem składki oraz sprawdzam na ile trzeba się ubezpieczyć, żeby zapewnić naszym bliskim bycie rentierami.

      A przed tygodniem radziłem jak zapłacić za zakupy, gdy zapomnisz wziąć z domu portfel. Policzyłem też ile pieniędzy tracimy przy bankomacie, sprawdzałem dlaczego warto pilnować smartfona przed kolegami oraz jak nie wpaść w pułapkę wielkiej prowizji od debetu:

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „Ta karta nie pozwala płacić zbliżeniowo. A jednak ktoś ukradł 400 zł nie znając PIN-u! Jak?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 07 grudnia 2016 09:05
  • poniedziałek, 28 listopada 2016
    • Bank miał zwracać część wydatków na leki. Ale... nie zawsze zwraca. O co chodzi? Nie jest dobrze

      Choć wielokrotnie ogłaszano już - ja też zresztą ogłaszałem na stronach tego blogu - rychłą śmierć programów typu money-back (bo banki zbyt mało zarabiają na transakcjach bezgotówkowych, żeby zwracanie klientom części pieniędzy za zakupy kartowe mogło im się opłacić), to jednak wciąż w niektórych kontach money-back funkcjonuje. Najczęściej zniżki są przyznawane tylko nowym klientom i tylko przez ograniczony czas, ale... wciąż są. Coraz częściej nie są to zwroty za wszystkie transakcje jak leci, lecz dotyczą tylko poszczególnych kategorii. Przykładowo: są banki, które zwracają kasę tylko za paliwo kupowane na stacjach. Są takie, które oddają niewielki procent wydatków na sport i wyuzdaną rozrywkę. Zdarzają się banki płacące za zakupy spożywcze oraz takie, w których money-back przysługuje za zakup leków.

      Jest to niegłupie, bo jeśli ograniczymy refundację części kartowych wydatków tylko do niektórych kategorii, to wiadomo, że klient rzadziej będzie z tego dobrodziejstwa korzystał. A więc można mu zaoferować większy, bardziej widoczny rabat. Z drugiej jednak strony takie ograniczenie refundacji oznaczać może nieczytelność całego przedsięwzięcia. Sęk w tym, że oddzielanie transakcji, za które przysługuje money-back od tych, za które on nie przysługuje, odbywa się na poziomie tzw kodów MCC. Każdy terminal płatniczy jest wyposażony w kod MCC w zależności od tego w jakiej branży działa dany punkt handlowy. A bank, rozliczając zakupy klienta opłacane kartą, w zależności od kodu MCC zalicza je do grupy premiowanych, bądź też nie.

      Kłopot w tym, że coraz więcej sklepów działa wielobranżowo, co może powodować u klientów niepewność: czy dany zakup zostanie doliczony do premiowej puli, czy też nie? Tak jest przykładowo z aptekami i drogeriami, które ostatnio niebezpiecznie zaczęły się przenikać. W drogeriach coraz częściej możemy kupić leki bez recepty, zaś w aptekach - kosmetyki o charakterze leczniczym. Większość klientów być może z tą niepewnością potrafi żyć, przyjmując rzeczywistość taką, jaka jest - jeśli bank za dany zakup naliczy rabat, to dobrze. Jeśli nie doliczy - trudno. Ale są klienci, którzy chcą z bankowych promocji wycisnąć tyle, ile się da (bo np. nie cierpią na nadmiar pieniędzy i każdy grosz się dla nich liczy).

      Napisała do mnie pani Wanda, czytelniczka-emerytka, która skusiła się na szeroko reklamowane w telewizji konto dla klientów ZUS, przygotowane przez Bank BPH. Starsze osoby, w wielu przypadkach wieloletni klienci banku PKO BP (gdzie - umówmy się - emeryt tanio nie ma), mieli obiecanych mnóstwo bonusów za transfer do BPH (dziś już bank jest w grupie PZU-Alior, ale konto "z promocją emerycką" zostało). Było o tej ofercie w blogu, więc chętnyh odsyłam do szczegółowej recenzji. Tu powiem tylko, że jego najważniejszym benefitem są właśnie zniżki na leki. Zaoszczędzić można 5% wydatków opłaconych kartą, do 30 zł miesięcznie.

      "Wraz z mężem jesteśmy schorowanymi emerytami, mąż jest niezdolny do samodzielnej egzystencji. Na leki wydajemy nie mniej niż 700 zł miesięcznie, a czasem znacznie więcej. Skusiły nas reklamy Banku BPH "Kapitalne konto przygotowane specjalnie dla dla klientów ZUS" . Po jakimś czasie zauważyłam, że bank nie liczy zwrotu od niektórych zapłaconych kartą kwot w aptekach (zarówno stacjonarnych jak i internetowych), choć nawet w opisie transakcji, którą można wyświetlić w historii, stoi jak byk, że nastąpiła płatność kartą (np. "apteka Gold", "apteka Gemini", "apteka-leki"). Nie została mi nawet uznana płatność kartą za leki na receptę w aptece w szpitalu przy ul. Czerniakowskiej w Warszawie. To dla nas zupełnie niezrozumiałe"

      Pani Wanda jest z tych bardzo uważnych klientek, dla których mieć w kieszeni o 30 zł miesięcznie więcej lub tych pieniędzy nie mieć to ważna sprawa. Sprawdzała zawsze przed zakupem leków czy dana apteka widnieje w krajowym rejestrze aptek, czy posiada zezwolenia na sprzedaż leków na receptę, czy wystawia klientom faktury. I oczekiwała, że za każdy zakup leków będzie jej zwracane 5%. Przy wydatkach rzędu 700 zł miesięcznie 5-procentowy rabat powinien wystarczyć na uzyskanie maksymalnej dozwolonej bankowym regulaminem kwoty zwrotu. Ale od części transakcji money-back nie został naliczony. Pani Wanda napisała do banku reklamację, ale w odpowiedzi bank oświadczył jej, że "akceptuje jedynie transakcje dokonane w aptece z kodem MCC 5912", a pani Wanda dokonywała części płatności w punktach z kodem MCC 5499 (tym kryptonimem oznaczone są przez organizacje płatnicze "sklepy spożywcze, sklepy pierwszej potrzeby, sklepy specjalne") i 5977 ("sklepy kosmetyczne, drogerie"). Jeśli więc pani Wanda kupowała leki w szpitalnej aptece, to mogła to być nie apteka, tylko "sklep pierwszej potrzeby", a jeśli w jakiejś aptece typu SuperPharm - to byłaby to "drogeria".

      "Bank nie informował nas o tym warunku, nie otrzymaliśmy żadnej listy aptek akceptowanych przez bank. O tym, że istnieje coś takiego jak MCC, dowiedzieliśmy się po raz pierwszy w życiu. Skąd klient może wiedzieć jakim terminalem posługuje się apteka? To jakiś absurd. Uważamy, że zostaliśmy oszukani, a przynajmniej pozbawieni rzetelnej informacji przy podpisywaniu umowy. Bank podjął jednorazową decyzję o uznaniu kilku transakcji i uważa, że to musi być dla nas satysfakcjonujące, nadal nie będzie uznawał transakcji z innym kodem niż MCC 5912"

      - pisze pani Wanda i pyta mnie o to w jaki sposób ma sprawdzić jakim kodem MCC posługują się poszczególne apteki. Bo ona nigdzie takich informacji nie znajduje. Moja odpowiedź jest następująca: po pierwsze bardzo mi przykro, że bank nie do końca wywiązał się z obietnicy. Obawiam się, że zastrzeżenie dotyczące kodów MCC, które są przez bank honorowane, znajduje się w regulaminie promocji, stąd trudno będzie odzyskać od banku pieniądze. A skąd uzyskać kod MCC? Kiedyś znajdował się na każdym potwierdzeniu transakcji kartowej, które dostawał klient. Wystarczyło więc kupić coś drobnego i sprawdzić na wydruku z potwierdzenia czy kod MCC zgadza się z listą akceptowanych kodów, podaną przez bank.

      wandaparagon1Zerknąłem jednak na pierwszy z brzegu kwitek z terminala płatniczego i kodu MCC tam nie zauważyłem. Popędziłem więc do siedziby MasterCarda, jednej z organizacji płatniczych, które sygnują nasze karty płatnicze, żeby zapytać jak można ustalić kod MCC danego sklepu. Może chociaż jest gdzieś naklejony, np. obok logotypów organizacji płatniczych, których karty w danym miejscu są honorowane? To ważne, bo część aptek sprzedaje również inne rzeczy, albo jest drogerio-aptekami, dlatego ma przyznane inne kody MCC, niż "apteczne". Ale, do diaska, klient biorący udział w bankowych promocjach money-back powinien mieć możliwość sprawdzenia awansem za którą transakcję dostanie zwrot, a za którą nie. Tak na marginesie: jeśli chodzi o pełną listę MCC, to można dość łatwo ją sobie "wyguglać", na przykład tutaj.

      "Kodu MCC nie da się znaleźć na potwierdzeniu transakcji bezgotówkowej z terminala. Natomiast w bankowości internetowej można go znaleźć w szczegółach transakcji kartowej"

      - odpisano mi z organizacji płatniczej. Nie są też naklejone na nalepkach na drzwiach sklepów. Kiepsko. Mamy więc sytuację, w której banki obiecują nam zwrot części pieniędzy za transakcje w określonych kategoriach sklepów, ale klient nie ma możliwości skutecznie sterować swoimi zachowaniami konsumenckimi, by wykorzystać możliwości programów rabatowych. Pani Wanda ma do Banku BPH (dziś już w zasadzie do Alior Banku, który przejął klientów BPH) pretensje, że nie uprzedzał o takich problemach, a więc - można powiedzieć - wprowadził klientów w błąd. Ulotka prezentowana przez bank klientom zawierała jedynie informację:

      "W ramach promocji będą Państwo mogli, przez dwa lata od założenia konta, korzystać ze specjalnych warunków: 0 zł za prowadzenie konta, 5% zwrotu na konto za płatności kartą w aptekach w całej Polsce - do 30 zł miesięcznie. Aby skorzystać ze zwrotu za płatności kartą w aptekach, należy zawnioskować o kartę do "Kapitalnego Konta" w okresie trwania promocji”

      - pisze pani Wanda. W ulotce (a i chyba w reklamach) rzeczywiście nie ma mowy o konieczności spełniania dodatkowych warunków (czyli o tym, że leki trzeba kupować w aptekach "obdarzonych" określonym kodem MCC). Pani Wanda twierdzi również, że pracownik banku, z którym podpisywała umowę na prowadzenie konta, również o żadnym warunku nie wspominał. Ani nie zwracał uwagi na żadne zapisy w regulaminie. O istnieniu terminu MCC część klientów banku - ci, którzy sprawdzają dokładnie wyciągi i samodzielnie przeliczają ile bank powinien im w danym miesiącu zwrócić - dowiadują się z pewnością po raz pierwszy w życiu po odrzuceniu przez bank reklamacji.

      "Bank nie może uzależniać swojego wywiązywania się z warunków umowy od żądania od klienta spełnienia warunków, na spełnienie których klient nie ma absolutnie żadnego wpływu. Na wydruku potwierdzenia płatności nie ma kodu MCC i wg Rozporządzenia Ministra Gospodarki nie ma takiego wymogu. Przy płatności kartą w aptece on-line również nie można tego sprawdzić"

      - pisze pani Wanda i nie sposób odmówić jej przynajmniej częściowej racji. Jeśli klient nie jest w stanie sprawdzić za które transakcje dostanie zwrot, a za które go nie dostanie, to rzeczywiście cała promocja niebezpiecznie upodabnia się do gry losowej. Pani Wanda odgraża się bankowi - który po złożeniu reklamacji jednorazowo uznał jej niektóre z transakcji jako "apteczne" - nadal oczekiwała będzie naliczania od tych transakcji nagród. I tak przez najbliższe półtora roku (aż do zakończenia dwuletniego okresu promocji). Cóż, bank będzie miał z tym problem: grupa społeczna, do której zwrócił się w prowadzonej z wielkim rozmachem kampanii reklamowej, najwięcej pieniędzy przeznacza właśnie na leki. Bank co prawda po przejęciu przez Alior nie będzie już aż tak podkreślał swojego starego "po prostu fair", ale za to będzie w grupie "wyższej kultury bankowości". A to też zobowiązuje.

      OBEJRZYJ KOLEJNY ODCINEK "KASOWNIKA SAMCIKA"! W dzisiejszym wydaniu mojego cotygodniowego wideocyklu głównym tematem jest pytanie jak zapłacić za zakupy, gdy zapomnisz wziąć z domu portfel. Mówię też ile pieniędzy tracisz przy bankomacie, dlaczego warto pilnować smartfona przed kolegami oraz jak nie wpaść w pułapkę wielkiej prowizji od debetu:

      Przed tygodniem było o konieczności sprawdzenia czy przypadkiem nie przepłacasz za konto i kartę? Sprawdź ile płacą inni i czy nie jesteś przez swój bank robiony w trąbę. Drugi temat to bonusy wypłacane nam przez banki za lojalność:

      Obejrzyj też odcinek poświęcony kredytom hipotecznym. Na co zwracać uwagę przeglądając oferty banków, a co jest tylko "zasłoną dymną"? Jak banki mierzą nam zdolność kredytową? Czy można ją sobie legalnymi sposobami poprawić? Zapraszam!

      W "Kasowniku" radziłem też jak wybrać dla siebie prywatnego lekarza. Co wybrać: abonament medyczny czy ubezpieczenie zdrowotne? I od czego najbardziej warto się ubezpieczyć?

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „Bank miał zwracać część wydatków na leki. Ale... nie zawsze zwraca. O co chodzi? Nie jest dobrze”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 28 listopada 2016 09:39

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


użytkowników on-line