Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

03. Kredyty hipoteczne

  • piątek, 14 kwietnia 2017
    • Idzie nowe! Bank już nie sprzeda mieszkania za półdarmo, a wniosek rozpatrzy błyskiem

      Kredyt hipoteczny to jeden z tych produktów bankowych, które powinny być bardzo dobrze regulowane. Wartość umowy dla większości z nas jest kosmiczna, zaś potencjał wpadnięcia w pętlę zadłużenia - relatywnie duży. Nikt nie wie jak będzie wyglądała jego sytuacja finansowa za kilkanaście lat, a zobowiązanie do spłaty rat trzeba nieść. Dlatego banki powinny - z własnej woli lub przymuszone prawem - oferować takie kredyty hipoteczne, które w pewnym stopniu dają poczucie bezpieczeństwa klientom.

      Sejm przyjął właśnie, zaś prezydent podpisał kolejną z takich regulacji - Ustawę o kredycie hipotecznym. Wcześniej była delegalizacja bankowego tytułu egzekucyjnego (czyli możliwości uproszczonej egzekucji długów bankowych), nowa ustawa o upadłości konsumenckiej (ułatwiająca wyjście z pętli długów osobom w tarapatach) oraz regulacje Komisji Nadzoru Finansowego ograniczające dokładania "lewych" ubezpieczeń do kredytów. Jakie nowe "bezpieczniki" dostaną teraz - a raczej latem, bo są trzy miesiące vacatio legis - osoby, które będą chciały zaciągnąć kredyt hipoteczny?

      ------------------------- Poniżej obszerne fregmenty tekstu ---------------------------

      Caly przeczytaj na stronie www.subiektywnieofinansach.pl.  Tutaj jest link do tekstu

      Nie spłacasz rat? Obowiązkowe negocjacje i pół roku na sprzedaż mieszkania. Dobrą zmianą – aczkolwiek w dużej części kopiującą poprawki do Prawa bankowego, które nastąpiły przy okazji likwidacji BTE – jest uniemożliwienie bankom błyskawicznego zajęcia i sprzedaży nieruchomości w przypadku kłopotów klienta ze spłatą rat. Kilka lat temu opisywałem dramaty klientów, którzy np. tracili mieszkanie, bo bank wypowiedział im kredyt z powodu 16-dniowej zaległości. Albo zapisy w umowach kredytowych, że w przypadku nie spłacenia w całości dwóch rat (czyli wystarczy groszowa zaległość) klient zgadza się na błyskawiczną windykację. To była masakra i zaproszenie do przejmowania mieszkań za grosze.

      Czytaj też: Ktoś zapomniał wpisać zastaw do papierów i pan Piotr stracił prawie cały majątek

      Bez kajdanek i pistoletu. Teraz ma być tak: w przypadku opóźnień w spłacie kredytobiorca ma prawo wystąpić z wnioskiem o restrukturyzację kredytu. Bank musi mu „coś” zaproponować (czasowe zawieszenie spłaty kredytu, wydłużenie okresu kredytowania albo inną pomoc). To „coś” oczywiście w dalszym ciągu może być picem na wodę, ale… nawet w najgorszym razie kredytobiorca musi dostać pół roku na sprzedaż mieszkania na własną rękę. Dopiero po tym czasie bank będzie mógł zająć i sprzedać mieszkanie z pomocą komornika. Tylko owa sześciomiesięczna „karencja” jest absolutną nowością wynikającą z ustawy, bo konieczność zaproponowania klientowi restrukturyzacji kredytu została już wpisana do innych ustaw wcześniej.

      Czytaj też: Deweloperzy obiecują 5% rocznie za współudział w budowaniu mieszkań

      Koniec z obowiązkowym cross-sellem. Ustawa o kredycie hipotecznym zabrania też uzależnienia udzielenia kredytu od zakupu dodatkowych produktów. Wyjątkiem jest konto bankowe, ale – uwaga – musi być ono darmowe. Gdyby kilka lat temu było takie prawo, to nie mielibyśmy dziś tylu kredytobiorców zmuszanych przez banki do płacenia za konta 20-30 zł miesięcznie tylko dlatego, że w umowie kredytowej takie konto zostało zakontraktowane (z odniesieniem, że cenę bank może dowolnie ustalić w tabeli prowizji). Oczywiście: bank nadal może powiedzieć klientowi: „z moim ubezpieczeniem kredyt będzie tańszy”. Ale nie będzie mógł dokładać nic do kredytu obowiązkowo.

      Bank nie zabroni wcześniejszej spłaty. W przeszłości banki dokładały do kredytów zapisy utrudniające wcześniejszą spłatę. Wiadomo, że jeśli wcześniej spłacę kredyt, to bank zarobi mniej na odsetkach (jeśli nadpłacam część kapitału – to bez odsetek), będzie też musiał oddać część składek ubezpieczeniowych, o ile do kredytu dorzucił polisę. Banki tego nie lubią, dlatego zapisywały klientom w umowach wysokie, zaporowe prowizje za wcześniejszą spłatę. Albo gigantyczne opłaty za aneksy zmieniające harmonogram spłaty rat.

      W nowej ustawie jest zapis, który pozwala bankom brać pieniądze za wcześniejszą spłatę kredytu tylko przez trzy lata. Ograniczona została także kwota, którą może zostać obciążony kredytobiorca – będą to maksymalnie jednoroczne odsetki od kwoty wcześniej spłacanej (jeśli więc wcześniej spłacam 30-letni kredyt, to prowizja może wynieść tylko równowartość odsetek, które zapłaciłbym od tej kwoty za jeden rok kredytu) oraz nie więcej, niż 3% nadpłacanej kwoty. Dziś już w większości banków nie ma długoletnich zakazów wcześniejszej spłaty, więc ten zapis akurat niewiele zmienia.

      Decyzja kredytowa będzie szybciej. Skończy się też wielomiesięczne targowanie się z bankowcami przy udzielaniu kredytu. Dziś już w większości banków procedury idą sprawnie, ale wciąż mam wieści od klientów, że jakiś bank przez trzy miesiące rozpatrywał wniosek, a na koniec się rozmyślił, albo że analityk co kilka tygodni żąda dodatkowych dokumentów i nie może podjąć ostatecznej decyzji… Teraz ma być tak, że analiza wniosku kredytowego może zająć bankowi maksymalnie 21 dni, a potem trzeba klientowi przekazać decyzję. Natomiast informację o tym czy bank udzieli danej osobie kredytu na określoną kwotę – to jeszcze nie jest decyzja kredytowa, ale wstępna analiza zdolności kredytowej na podstawie deklarowanych przez klienta dochodów i obciążeń finansowych – bank powinien przekazać w tydzień.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Idzie nowe! Bank już nie sprzeda mieszkania za półdarmo, a wniosek rozpatrzy błyskiem”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 14 kwietnia 2017 08:25
  • środa, 22 marca 2017
    • Kredyt jak każdy: waloryzowany frankiem. Ale... czy wolno go było waloryzować?

      W ostatnich miesiącach opisywałem kilka sposobów myślenia sędziów, którzy - idąc trochę pod prąd wciąż aktualnemu orzecznictwu Sądu Najwyższego - zdecydowali się odwalutować lub unieważnić kredyt frankowy. Najważniejszym argumentem bywała do tej pory abuzywność części lub całości klauzuli przeliczającej zobowiązania klienta z franków na złote lub odwrotnie. Nieprecyzyjność, niedokładność, zbyt duża swoboda przyznana bankowi - te argumenty podnosili sędziowie, wywodząc z nich różne wnioski. Albo takie, że kredyt jest złotowy, albo takie, że nie da się wykonać umowy ("klient pożyczył, ale nie wiedział ile"). Druga linia frontu - do tej pory rzadziej testowana - to kwestia walutowości kredytu i związanej z tym zgodności z prawem klauzuli waloryzacyjnej. Więcej o tych dwóch ścieżkach do pozbycia się kredytu frankowego pisałem w blogu przy okazji podsumowania największych sukcesów klientów na wokandzie w 2016 r. 

      Najbardziej radykalne spojrzenie? Cóż, opisywałem niedawno nieprawomocny wyrok sądu w Toruniu, który doszedł do wniosku, że kredyt frankowy to w ogóle nie jest kredyt, więc też należy to-to unieważnić. Sąd doszedł wtedy do wniosku, że jeśli kredyt jest wypłacony i spłacony w złotych, to jest kredytem złotowym. I że to, co jest w umowie kredytowej, nie zgadza się z definicją kredytu z prawa bankowego, bo w kredycie złotowym kapitał do spłaty nie może być każdego dnia inny.

      Niezależnie od tego jak sędziowie patrzą w wyrokach na kredyty frankowe, to zwykle nie uznają ich za kredyty "walutowe" w ścisłym znaczeniu tego słowa, lecz za kredyty waloryzowane. Frank szwajcarski jest w tym wypadku "tylko" miernikiem waloryzacji. W zasadzie nic w tym dziwnego, bo nawet bankowi prawnicy zgadzają się z takim spojrzeniem. Sęk w tym, że niektórzy twierdzą, iż nie można powiedzieć: "waloryzuję kredyt kursem franka" i pójść dalej. Można się zastanawiać czy waloryzacja kredytu kursem franka jest w ogóle dozwolona. Dziś - z niejakim opóźnieniem, bo sprawa jest z końca stycznia - chciałbym się przyjrzeć wyrokowi, który najsolidniej do tej pory rozkminia temat waloryzacji. Co to znaczy, że kredyt jest waloryzowany? Jakie warunki powinna spełniać waloryzacja, żeby była zgodna z prawem? 

      Na początek kilka słów dotyczących pola bitwy. Kredyt był z czerwca 2006 r., udzielił go Bank BPH i miał wartość 200.000 franków szwajcarskich (co przeliczało się na 470.000 zł). Kredyt - co ciekawe - nie był "tylko" indeksowany do obcej waluty, lecz był denominowany we frankach. Wydawałoby się, że to nieco trudniejszy do podważenia gatunek umowy, bo kwota kredytu jest wpisana w obcej walucie, a strony jedynie umawiają się na spłacanie rat w złotych, według kursu ustalanego na określonych warunkach. Po kilku latach okazało się, że raty są nie do udźwignięcia i kredyt przestał być spłacany. Jesienią 2012 r. Bank Pekao (który połknął większość Banku BPH, a wraz z nim zadłużenie klientów) wystawił tytuł egzekucyjny. Wystraszeni klienci podpisalii z bankiem ugodę i ustalili nowe warunki spłat, ale ich też nie byli w stanie dotrzymać i pod koniec 2013 r. umowa została przez bank ostatecznie wypowiedziana. Klienci chwycili się ostatniej deski ratunku i poszli do sądu. Ten w grudniu 2016 r. wydał ciekawy wyrok, który opiera się na kilku odważnych ustaleniach.

      Sąd doszedł do wniosku, że niezależnie od tego w jakiej walucie wyrażona jest kwota kredytu, to skoro jest on spłacany w złotych, to jest kredytem złotowym. Sąd podkreślił, że nie ma w polskim prawie pojęcia kredytu walutowego, który byłby zwracany w złotych, jest natomiast pojęcie waloryzacji. A więc można waloryzować kwotę kredytu złotowego - i spłacane raty - o jakąś wartość, by np. uchronić się przed skutkami inflacji. Sąd uznał więc, że kredyt frankowy nie jest żadnym "innym typem kredytu", lecz jest waloryzowanym kredytem złotowym. W sumie nie jest to żadna rocket science: pamiętam jak na konferencji naukowej w Toruniu uciąłem sobie dłuższą pogawędkę z mec. Marcinem Szymańskim (prowadzi sprawy frankowiczów przeciwko bankom) i z jednym z prawników bankowych i zgodzili się oni, że umowne odniesienia do franków są "nakładkami" na kredyt złotowy o charakterze klauzuli waloryzacyjnej. Sąd zauwżył, że w polskim prawie, tam gdzie mówi się o kredytach denominowanych i indeksowanych, w ogóle nie występuje pojęcie "kredytu walutowego". Nie jest to więc kredyt walutowy, lecz złotowy waloryzowany. 

      Sąd doszedł do wniosku, że skoro wartość kredytu była napisana w obcej walucie, a kredyt nie był walutowy, to w zasadzie nie doszło do określenia kwoty udzielonego kredytu. A skoro tak, to umowa nie spełnia warunków kredytu, określonych w Prawie bankowym i można ją unieważnić. To wywód dość podobny do tego, który relacjonowałem Wam jako nowy przewrót kopernikański ;-). Głównym kontargumentem bankowców jest ten, że nawet jeśli kredyt uznamy za złotowy-waloryzowany, to frank szwajcarski stanowi po prostu miernik wartości tego kredytu. A jeśli tak, to wszystko jest w najlepszym porządku - kredyt jest waloryzowany jakimś miernikiem wartości, który raz ma większą, a raz mniejszą wycenę. Sędzie doszedł jednak do wniosku, że w przypadku wyrażenia kwoty kredytu wyłącznie w obcej walucie to tak nie działa - żeby można było mówić o waloryzacji trzeba najpierw wiedzieć co waloryzować (a więc jaka jest wyjściowa kwota kredytu w złotych). A tego umowa nie wyjaśniła.

      Sąd przyczepił się też do tego, że jeśli kredyt miałby być waloryzowany frankiem, to waloryzacja byłaby podwójna, bo tę samą rolę pełnią już odsetki. I do tego, że waloryzacja nie może sprowadzać się do tego, że ewentualne negatywne konsekwencje obciążają tylko jedną ze stron (a w tym wypadku tak jest - na wysokim kursie franka traci kredytobiorca, zaś na niskim - nie zyskuje bank). I jeszcze do tego, że istotą waloryzacji jest zabezpieczenie umowy przed inflacją. Zaś w przypadku kredytu frankowego nastąpił ogromny wzrost długu i rat, choć nie nastąpiła analogiczna zmiana siły nabywczej złotego w sensie tego co można kupić za jedną pensję. Sąd wreszcie przyczepił się do tego, że wynikająca z waloryzacji nierówność stron była większa, niż to, co powinno być zgodne z naturą umowy o nazwie kredyt (nie można uzależnić czegoś takiego jak kredyt od nieprzewidywalnych czynników, jak kurs walutowy). Sąd doszedł do wniosku, że umowa jest nieważna, a nawet gdyby była ważna, to górny limit odpowiedzialności finansowej klientów (w sensie kapitału) powinien wynosić tyle, ile pożyczyli, ale licząc w złotych, a nie we frankach.

      To bardzo solidna i bardzo surowa dla banków rozkminka waloryzacji, chyba najsolidniejsza jaką do tej pory czytałem (choć sam koncept oczywiście nie jest niczym nadzwyczajnym, jak wspomniałem na przykładzie rozmowy z mec. Szymańskim). Trzeba natomiast pamiętać, że rozkminka ta jest nieprawomocna i nie wiąże innych sądów. Znam wyroki, które zapadły całkiem niedawno i w których sędziowie do kredytów frankowych podchodzą zupełnie inaczej, nie dostrzegając problemów związanych z waloryzacją. Ich zdaniem frank jest miernikiem wartości i kropka. Zobaczymy czy wyrok dotyczący kredytu udzielonego przez Bank BPH się uprawomocni. A najważniejsze będzie to, co o waloryzacji i walutowości powie - oceniając ten wyrok lub któryś z podobnych - Sąd Najwyższy. Bo to on wytyczy sposób rozumienia tej konstrukcji, w której kwotę kredytu wpisuje się we frankach, choć jest to - jak twierdzi sąd - kredyt złotowy, a jedynie waloryzowany kursem franka. Pamiętajmy, że wciąż w mocy pozostaje wyrok Sądu Najwyższego mówiący, że "kredytobiorca może być zobowiązany do zwrotu bankowi sumy pierwotnie wykorzystanego kredytu, ale taka wykorzystana suma może mieć inną wartość rynkową w okresie spłaty kredytu"

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Kredyt jak każdy: waloryzowany frankiem. Ale... czy wolno go było waloryzować? ”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 22 marca 2017 19:09
  • piątek, 17 marca 2017
    • Ugoda banków i frankowiczów? Czytelnicy blogu już wybrali jej najlepszy wariant! Zaskakujący?

      W ciągu najbliższych kilku tygodni zaczną nabierać kształtów dwa najbardziej prawdopodobne pomysły na rozwiązanie sprawy kredytów frankowych. Z jednej strony posłowie być może zdecydują się popracować poważnie nad projektem zwrotu spreadów (to co napisali ludzie prezydenta jest badziewiem, ale można próbować sklecić z tego porządny projekt). Z drugiej strony prezes NBP Adam Glapińśki wkrótce może ujawnić propozycje rozwiązań, które mają skłonić banki do dobrowolnego dogadywania się z klientami. Chodzi zapewne o dodatkowe obciążenia finansowe dla banków "frankowych", które mają je zniechęcić do posiadania kredytów frankowych w portfelach. Co prawda nie ma takich obciążeń, które sprawiłyby, że bankom opłaciłyby się jakieś dobrowolne i daleko posunięte karesy pod adresem frankowiczów, ale dopóki nie znam szczegółów to jeszcze chwilę poczekam z wyśmiewaniem się z prezesa Glapińskiego ;-).

      Czytaj też: Wszyscy chcą swatać frankowiczów i banki. Oto moje projekty ugody

      Czytaj też: Tak w Europie rozprawili się z frankami. A u nas wciąż nic.

      Jest i problem poważniejszy: do tego tanga trzeba dwojga. Jeśli nawet pojawią się jakieś propozycje polubownego rozwiązania sprawy franków, to wcale nie jest pewne czy duże masy klientów się zdecydują, by z nich skorzystać. Od kilku tygodni prowadzę w blogu i na stronie facebookowej blogu sondę, w której zadałem Wam kilka pytań dotyczących kilku potencjalnych rozwiązań. Sonda rzecz jasna nie jest reprezentatywna, ale wzięło w niej udział już tysiąc osób, więc mimo wszystko daje pewne wskazówki.

      CO DRUGI "FRANKOWY WOJOWNIK" SKŁONNY DO KOMPROMISU? Wśród tych, którzy wzięli udział w ankiecie i są frankowiczami (była to przygniatająca większość odpowiadających na pytania) zauważyłem bardzo dużą nadreprezentację osób niezadowolonych ze swojego kredytu. W realu - co widać po frekwencji na demonstracjach "antybankowych" - do walki gotowa jest zdecydowana mniejszość wszystkich kredytobiorców. A w mojej ankiecie tylko 7% osób powiedziało, że nie ma żadnych pretensji w związku z frankami. Wśród tych, którzy pretensję mają mniej więcej połowa deklaruje, że byłaby skłonna zadzierzgnąć z bankiem jakieś negocjacje. Druga połowa mówi, że będzie gadać, ale jak już bank znajdzie się na kolanach i będzie błagał o łagodną śmierć.

      SURV1

      RATY NIE BOLĄ. BARDZO BOLI "SPUCHNIĘTY" DŁUG. Zgodnie z moimi oczekiwaniami uczestnicy mojej ankiety stwierdzili, że najbardziej uwiera ich nie rata (ona, szczerze pisząc, uwiera większość z Was najmniej), lecz "spuchnięta" wartość zadłużenia (i związana z tym niemożność sprzedaży mieszkania, przeniesienia się do innego albo refinansowania kredytu) oraz może troszkę fakt, że bank zgarnął kupę forsy ze spreadu. W tym drugim przypadku cierpi przede wszystkim poczucie sprawiedliwości. Ale przyznam, że spodziewałem się większego "elektoratu" antyspreadowego. Wygląda na to, że duża część frankowiczów nie tutaj widzi problem. Czyżby więc ustawa o zwrocie spreadu nie była wcale tak potrzebna? 

      SURV2

      Jeśli rzeczywiście jest tak, że to "spuchnięty" kredyt jest największą zgryzotą frankowiczów (choć patrząc realnie to tylko "papierowe" zobowiązanie, realnym kosztem jest tylko najbliższa rata), trudno będzie uzyskać duże zainteresowanie jakimkolwiek rozwiązaniem, które nie będzie się wiązało z całkowitym przewalutowaniem, a więc rozwiązaniem dość kosztownym. Bankowcy tymczasem prawdopodobnie będą chcieli zaproponować klientom częściowe przewalutowanie i to za cenę "współpłacenia" klienta.   

      JEŚLI NIE PRZEWALUTOWANIE TO CO? Jak wyjść z tych tarapatów? Cóż, najpopularniejszym rozwiązaniem jest przewalutowanie umowy na złote (40%) lub możliwość zwrotu kluczy za długi (20%). Oba te rozwiązania de facto oznaczają likwidację "frankowości". Tych, którzy oczekują jakichś rozwiązań bazujących na pozostawieniu "frankowości" jest też sporo, choć podzeilili się na kilka rozwiązań. 30% chce zwrotu spreadów, 16% - możliwości zmiany mieszkania w ramach tego samego kredytu, zaś 12% chce ograniczyć maksymalną wartość raty. W sumie osób oczekujących jakichś rozwiązań bez przewalutowania kredytu jest 60%, a więc dokładnie tyle co tych, którzy chcą pozbyć się "frankowości" (w tym pytaniu można było wybrać kilka odpowiedzi). Mniej więcej 30% ludzi oczekuje ułatwienia im sądowego rozwiązania sporu. Zakładam, że te osoby rekrutują się z połówki głosujących, którzy na samym początku zadeklarowali, że nie zamierzają "brać jeńców" i nie przewidują żadnych negocjacji z bankiem.

      SURV3

      NADPŁACANIE I CZĘŚCIOWE PRZEWALUTOWANIE? NIC Z TEGO. Wasza wiara w to, że bank przedstawi jakąkolwiek sensowną propozycję rozwiązania sporu frankowego, jest ograniczona. Połowa głosujących otwarcie mówi, że w to nie wierzy. A pozostali? Stosunkowo dużo osób (37%) byłoby skłonnych przewalutować cały kredyt po preferencyjnym kursie (choć niekoniecznie "startowym"). I to jest najbardziej pożądane przez Was rozwiązanie. Aż 20% osób byłoby gotowych na bardziej skomplikowany wariant, choć mający podobny skutek - umorzenie części długu i przewalutowanie reszty po bieżącym kursie franka. Stosunkowo niewiele osób - 4-8% pytanych - popiera rozwiązanie, które zakłada wykładanie przez kredytobiorcę własnych pieniędzy - czyli nadpłacanie rat w zamian za różnego rodzaju karesy. A szkoda, bo to rozwiązanie, które byłoby najłatwiejsze do przełknięcia przez branżę bankową.

      SURV4

      ALBO POMOGĄ SĄDY, ALBO PRZERĄBANE. Na koniec zapytałem w kim pokładacie nadzieję na rozwiązanie tego sporu. Odpowiedź była jasna - spośród tych, którzy mają jeszcze jakąkolwiek wiarę, większość uważa, że tu mogą pomóc tylko sądy. Aż 17% ma nadzieję, że frank w końcu potanieje, zaś tylko 8% wierzy w to, że prezes NBP skłoni bankowców do przedstawienia sensownego kompromisu. A zatem modły wznoszone są teraz do Torunia i to wcale nie z tego powodu, co myślicie. Tu nie pomoże redemptorysta, tylko sędzia. Ten sędzia.

      SURV5

      Wnioski? Trudno na podstawie takiego badania ocenić jak duża część kredytobiorców byłaby chętna do jakichkolwiek kompromisów. Można natomiast powiedzieć, że dużo większą szansę na sukces mają rozwiązania, których skutkiem będzie całkowite przewalutowanie kredytu po kompromisowym kursie, niż takie, które opierałyby się na częściowym przewalutowaniu lub "współpłaceniu" przez obie strony. A więc na układzie: "ty spłacisz część kredytu, a my umorzymy kolejną część i z kredytu frankowego zrobi się kredycik".  To nie zwiastuje łatwego kompromisu.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (15) Pokaż komentarze do wpisu „Ugoda banków i frankowiczów? Czytelnicy blogu już wybrali jej najlepszy wariant! Zaskakujący?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 17 marca 2017 09:01
  • czwartek, 09 marca 2017
    • Nie będzie przyspieszenia procesów o franki? Unijny sąd w rozkroku, a nasz ładuje z grubej rury

      Wygląda na to, że ci frankowicze, którzy czują się oszukani i oczekują przewalutowania lub unieważnienia swoich kredytów, będą skazani na walkę w sądach. Po słynnym wywiadzie Jarosława Kaczyńskiego wygląda na to, że władze ograniczą się raczej tylko do nakazania bankom zwrotu spreadów. Być może bankowcy będą mieli dla frankowiczów jakieś propozycje ugodowe (np. nadpłać kredyt, a dostaniesz małe umorzenie), ale na tym koniec. Wszystkie dalej idące oczekiwania będą wymagały walki w sądzie - grupowej (dłuższa ścieżka, do tej pory w ani jednym przypadku nie zakończona zwycięstwem, ale za to tańsza) albo indywidualnej (szybsza, czasem z dobrym finałem, lecz droższa). Oczywiście bez żadnej gwarancji sukcesu. Niepewność wyniku może ograniczyć liczbę walczących konsumentów do kilku procent wszystkich frankowiczów. A więc do liczby z punktu widzenia banków niegroźnej.

      Czytaj też: Bank chciał być sprytny i zamienił składkę na prowizję. Ale zrobił mały błąd

      Czytaj też: Frankowicze wygrywają wszystko i wszędzie? Te dwa wyroki mrożą krew

      Czytaj też: Spór o prowizje prawników. Czy zdzierają z frankowiczów skórę tak, jak banki?

      Aby run frankowiczów na sądy stał się masowy musiałaby się zdarzyć jedna z trzech rzeczy. Po pierwsze Sąd Najwyższy musiałby wyraźnie wesprzeć frankowiczów nową wykładnią prawa dotyczącą legalności kredytów walutowych (dotychczasowa jest dla nich niekorzystna). Po drugie rząd musiałby poprawić ustawę o pozwach zbiorowych, by procesy przebiegały szybciej i były mniej skomplikowane proceduralnie. Po trzecie sądy musiałyby dojść do wniosku, że na abuzywność poszczególnych zapisów w umowach można patrzeć bardzo szeroko, rozciągać ją na wszystkie przypadki, w których "trefny" zapis został umieszczony. To ograniczałoby sprawy sądowe tylko do ustalania jak ukarać abuzywność, nie trzeba byłoby już sprawdzać czy w danej umowie są abuzywne zapisy (a to zajmuje sądom najwięcej czasu).

      Sprawa jest bowiem taka, że w przypadku umów kredytowych czterech banków (Banku Millennium, mBanku, DNB i BPH) sąd bardzo wysokiej rangi - Sąd Ochrony Konkurencji i Konsumentów - uznał, iż zawierają one niewiążące konsumentów, niegodne i nieprecyzyjne zapisy dotyczące ustalania wysokości rat kredytowych. Tylko w tych czterech, choć bardzo podobne lub identyczne zapisy są w umowach kredytowych wielu innych banków. I gdyby sądy automatycznie stwierdzały, iż te zapisy też są abuzywne - procesy dawałoby się rozstrzygać w ekspresowym tempie, zaś klienci mieliby zwycięstwa w garści (pozostawałoby tylko pytanie o konsekwencje abuzywności, a więc o "wymiar kary"). Takie postawienie sprawy to tzw. rozszerzona prawomocność abuzywności klauzul.

      Czytaj też: Ważny wyrok unijnego trybunału! Pomoże też polskim frankowiczom?

      Czytaj: Nieważne polisy, bezprawne kredyty... Oto przełomowe wyroki ostatnich miesięcy

      Polski Sąd Najwyższy pod koniec 2015 r. uznał, że nie wolno rozszerzać abuzywności klauzul na banki, których zapisy nie zostały ocenione przez Sąd Ochrony Konkurencji i Konsumentów nawet jeśli zapisy przez nie stosowane są identyczne jak te, które SOKiK osądził. Podobnie stawia sprawę nowa ustawa rozszerzająca uprawnienia Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Jeśli UOKiK uzna jakieś postanowienie za niedozwolone, to jego decyzja może dotyczyć tylko tej konkretnej firmy, nie zaś innych - nawet jeśli stosują zapisy identyczne. W zasadzie należałoby w tym momencie spuścić zasłonę milczenia i uznać sprawę za przegraną, gdyby nie orzeczenie Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej z grudnia 2016 r. (sygnatura C-119/15). Firma turystyczna z Polski stosowała "lewe" zapisy w umowach i UOKiK ukarał je karą finansową. Firma się odwołała, bo doszła do wniosku, że "jej" klauzula nie jest wpisana do rejestru klauzul abuzywnych. Owszem, jest wpisana identyczna, ale... wzięta z umowy innej firmy.

      Polski sąd, rozpatrując odwołanie firmy turystycznej, zapytała unijny Trybunał: jak to jest z tą rozszerzoną prawomocnością? Czy jeśli jakiś zapis jest już wpisany do rejestru zakazanych klauzul, to można za to "ścignąć" inną firmę, która stosowała zapis identyczny? Gdyby unijny Trybunał powiedział, że tak, to oznaczałoby dużą zmianę jakościową - rejestr klauzul niedozwolonych przestałby być mało znaczącym śmietnikiem, a zacząłby stanowić prawdziwy rejestr zapisów, których nie wolno stosować nigdzie. A jeśli ktoś stosuje taki lub podobny - bardzo łatwo może wygrać sprawę w sądzie. Jaka więc była odpowiedź unijnego Trybunału Sprawiedliwości?

      "Dyrektywę z 5 kwietnia 1993 r. w sprawie nieuczciwych warunków w umowach konsumenckich oraz dyrektywę z 23 kwietnia 2009 r. w sprawie nakazów zaprzestania szkodliwych praktyk w celu ochrony interesów konsumentów należy - w świetle art. 47 Karty praw podstawowych Unii Europejskiej - interpretować w ten sposób, że nie stoją one na przeszkodzie temu, by stosowanie postanowień wzorców umów o treści tożsamej z treścią postanowień uznanych za niedozwolone prawomocnym wyrokiem sądu i wpisanych do krajowego rejestru postanowień niedozwolonych mogło zostać uznane w stosunku do innego przedsiębiorcy, który nie brał udziału w postępowaniu zakończonym wpisem owych postanowień do wspomnianego rejestru, za działanie bezprawne..."

      Potrafilibyście napisać tak długie zdanie? ;-). Nie? To wiecie już dlaczego nie pracujecie w Trybunale Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Z tego przydługiego zdania wynika, że można sobie wyobrazić rozszerzoną prawomocność w przypadku postanowień umów identycznych lub bardzo podobnych do tych, które zostały już wpisane do rejestru klauzul abuzywnych. Hurrra? Nie do końca. To zdanie bowiem jeszcze się nie skończyło. Jego druga część brzmi tak:

      "... pod warunkiem, że przedsiębiorcy temu przysługuje skuteczny środek prawny zarówno przeciwko decyzji uznającej tożsamość porównywanych postanowień (...) jak i przeciwko decyzji ustalającej w danym wypadku kwotę kary"

      A więc wszystko co powyższe jest prawdziwe pod warunkiem, że ten, kto został oskarżony o stosowanie klauzuli już podobnej do zakwestionowanej będzie miał możliwość odwołania się od "rozszerzonej prawomocności" i do niezależnego, obiektywnego sprawdzenia czy rzeczywiście powinien być spalony na tym samym stosie, co firma, której zapis z umów został wpisany do rejestru zakazanych klauzul. Czyli nie jest wcale tak różowo, bo rozstrzygnięcie TSUE w tej sprawie jest wybitnie salomonowe. Tak w każdym razie interpretują je portale prawnicze. A co słychać w tej sprawie w polskich sądach? Wpadł mi ostatnio w ręce wyrok sądu drugiej instancji w sprawie pewnego wypowiedzianego przez bank kredytu frankowego.

      Klienci podjęli próbę podważenia wystawionego przez bank tytułu egzekucyjnego (BTE). Dość często się to udaje (sędziowie nierzadko dochodzą do wniosku, że dług klienta został wyliczony na podstawie nieprezycyjnej klauzuli, dlatego nie można "przyklepać" BTE, bo nie wiadomo ile klient jest bankowi winien), ale nie tym razem. Sąd zmiażdżył kredytobiorców po całości, dochodząc do wniosku, że skoro klienci podpisali aneks pozwalający im spłacać raty bezpośrednio we frankach, to abuzywność w ich umowie została usunięta. A nawet jeśli kiedyś istniała, to klienci akceptowali ją prawidłowo obsługując kredyt. I nawet gdyby to wszystko pominąć, to i tak klienci nie wykazali związku między abuzywnością zapisów umowy, a tym, że nie spłacali kredytu (jak gdyby miało to jakiekolwiek znaczenie). Sąd uzasadniał, że gdyby to był kredyt złotowy, to i tak by go nie spłacili. Taaaak, a gdyby babcia miała wąsy... Absolutnie inne spojrzenie od tego, które relacjonowałem przy okazji kilku ostatnich, korzystnych dla konsumentów wyroków.

      Czytaj też: Wyrok sądu niczym dobry thriller. Klient przegrywa po całości, ale...

      Obejrzyj też: Ale kowboj! Wydając wyrok zbeształ nawet Sąd Najwyższy

      Wniknij: Parszywa dwudziestka, czyli o wyroku, który może kosztować pół miliarda

      Podnieć się: Uzasadnienie tego wyroku to hit. Nawet bank nie znał... umowy

      Unieś się: W Toruniu drugi przewrót kopernikański? Sędzia wzruszył... kredyt

      Ale nie o tym chciałem. Wśród wielu argumentów, które sąd drugiej instancji podniósł, by dać zielone światło do egzekucji długów frankowiczów, padł też ten dotyczący rozszerzonej prawomocności. Klienci podnieśli bowiem zarzut, iż klauzula w ich umowie była w zasadzie identyczna do jednej z już wpisanych do rejestru klauzul niedozwolonych, prowadzonego przez UOKiK. Sąd chwilkę pomyślał i przyładował z grubej rury (I ACa 645/16):

      rozszerzona_prawomocno

      A więc - zdaniem sądu - nie ma mowy o tym, że coś, co już na pierwszy rzut oka wygląda na abuzywne (bo jest bardzo podobne lub wręcz identyczne z tym, co już oficjalnie zostało uznane za abuzywne) sąd mógłby uznać "z automatu" za abuzywne. Przeciwnie, sąd musi się nie przejmować jakimiś przypadkami podobnymi lub identycznymi, lecz powinien zbadać konkretną klauzulę w oderwaniu od kontekstu podobnych spraw. I jeszcze...

      rozszerzona_prawomocno2

      Wygląda więc na to, że albo Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej będzie się wyrażał bardziej precyzyjnie, albo niestety nie będziemy mieli szans na aż tak prokonsumenckie spojrzenie sądów, by upraszczało sądową gehennę frankowiczów. Coś co już na pierwszy rzut oka jest jabłkiem może sobie tym jabłkiem być, ale sąd i tak musi pracowicie i skrupulatnie sprawdzić, czy to aby nie jest gruszka.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (10) Pokaż komentarze do wpisu „Nie będzie przyspieszenia procesów o franki? Unijny sąd w rozkroku, a nasz ładuje z grubej rury”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 09 marca 2017 09:05
  • piątek, 03 marca 2017
    • Czy banki celowo utrącają wnioski klientów o wsparcie? Zapytałem państwowy bank i...

      Niedawno opisywałem w blogu słabe działanie funduszu wsparcia kredytobiorów w tarapatach. Mało kto z niego korzysta, choć formalnie jest to jedna z najłatwiejszych dróg ratunkowych w sytuacji, gdy nie starcza nam pieniędzy na zapłatę rat kredytowych. Ustawa regulująca działalność funduszu mówi, że przez 18 miesięcy całość lub część tych rat (do 1500 zł miesięcznie) może opłacać Bank Gospodarstwa Krajowego, który na ten cel otrzyma pieniądze od banku, który udzielił pechowemu klientowi kredytu. Co prawda pomoc jest zwrotna, ale... można ją zwracać przez bardzo długi okres i nie jest oprocentowana. A klient ostatecznie może też wystąpić o umorzenie swoich zobowiązań. Oczywiście, nie jest też tak, że bankowcy będą przez półtora roku płacić raty za każdego, kto jest pod finansową ścianą. Trzeba się "wykazać": a) statusem bezrobotnego lub b) wysoką relacją raty kredytowej do dochodów (minimum 60%), albo c) niskim dochodem na osobę w rodzinie (poniżej 634 zł po odliczeniu raty kredytu)

      Wszystko pięknie, ale gdy przyjdzie co do czego, to bywa, że klienci odbijają się od ściany. Nie jestem w stanie oszacować jak często się to dzieje, ale sądząc po nikłym wykorzystaniu funduszu - całkiem nierzadko. Opisałem dwa takie przypadki: w obu bank bardzo skrupulatnie żądał od klienta dokumentów potwierdzających jego prawo do korzystania ze wsparcia. W jednym przypadku procedura skończyła się odmową po tym jak bank zastosował manipulację, by udowodnić, że klient zarabia za dużo, a w drugiej klientka stwierdziła, że żadnych dokumentów dostarczać nie zamierza, bo z ustawy nie wynika, by musiała to robić. Rzeczywiście, ustawa - choć krótka - dość nieprecyzyjnie wypowiada się na temat weryfikacji wniosku o wsparcie. Część moich czytelników, frankowiczów, uważa wręcz, że żadnej weryfikacji być nie powinno, wystarczy wniosek oraz oświadczenia klienta potwierdzające jego sytuację, podpisane pod rygorem odpowiedzialności karnej. Bank przyjmujący wniosek w takiej sytuacji miałby być tylko notariuszem, skrzynką pocztową. Bankowcy z kolei twierdzą, że weryfikować wnioski muszą i basta. I że musi ta weryfikacja następować już na poziomie przyjmowania wniosku o wsparcie. 

      "Bank-kredytodawca jest zobowiązany do stwierdzenia przesłanek do udzielenia wsparcia i dopiero na tej podstawie może podpisać umowę z klientem. Podpisana umowa z klientem jest przekazywana do BGK. Wsparcie wypłacane jest automatycznie po zarejestrowaniu w systemie BGK i przekazaniu umowy, więc dokumenty uzasadniające sytuację klienta są niezbędne już w dniu złożenia wniosku"

      - powiedziano mi w jednym z banków. Między argumentami banków, że mają obowiązej weryfikować skrupulatnie sytuację klientów i to jeszcze zanim wniosek o wsparcie trafi do BGK, a stanowiskiem frankowiczów, że żadnej weryfikacji być nie musi, bo bank-kredytodawca na tylko przyjąć dokumenty, sprawdzić czy wszystkie pola są wypełnione i wysłać wszystko do BGK, jest przepaść. W poprzednim wpisie stanąłem pośrodku tego sporu: z mojego rozumienia ustawy wynikało,  że bank może weryfikować sytuację klienta (taki, aczkolwiek mało wyraźny, zapis znalazłem), ale nie byłem pewien czy ta weryfikacja nie powinna następować dopiero po zakwalifikowaniu wniosku przez BGK. A banki "zniechęcają" klientów swoim formalizmem już wcześniej. Postanowiłem pójść do źródła, czyli do BGK właśnie. Stanowisko banku-operatora programu powinno być wyważone i obiektywne, bo to nie jego pieniądze idą do kredytobiorców w potrzebie, tylko kaska z międzybankowej zrzutki. W BGK twierdzą, że weryfikacja, i owszem, jest niezbędna, zaś wniosek o wsparcie musi zawierać dodatkowe dokumenty potwierdzające sytuację klienta, a nie tylko "gołe" oświadczenia.

      "Konieczność dołączenia do wniosku o wsparcie dodatkowych dokumentów potwierdzających prawdziwość złożonych oświadczeń wynika z art. 8 ust. 2 ustawy. Jest w nim mowa o zawarciu umowy o udzieleniu wsparcia po dokonaniu przez kredytodawcę weryfikacji i stwierdzeniu spełnienia warunków ustawowych do przyznania wsparcia. Ponadto w art. 6 ust. 3 ustawy, w którym jest mowa o wzorze wniosku, ustawodawca wskazał na potrzebę rzetelnego udokumentowania danych niezbędnych do przyznania wsparcia

      - napisano mi w Banku Gospodarstwa Krajowego. Ich zdaniem jest to standard nie tylko wynikający z ustawy, ale też uzgodnień przyjętych przez sektor bankowy oraz Radę Prawa Bankowego i Komitet ds. Finansowania Nieruchomości w obecności Ministerstwa Finansów. To jednak wciąż nie wyjaśnia nadzwyczajnej skrupulatności banków w żądaniu od klientów coraz to nowych dokumentów. Nawet jeśli weryfikacja musi nastąpić, to dlaczego banki przeprowadzają ją w taki sposób, który sugeruje, że nie są zainteresowane, by klient przeszedł pozytywnie przez całą procedurę? Na to pytanie eksperci BGK już nie do końca odpowiadają:

      "Lista i zakres informacji wymaganych w dodatkowych dokumentach jest ustalany indywidualnie przez każdego z kredytodawców, gdyż w myśl zapisów ustawy weryfikację i decyzję w zakresie przyznania wsparcia podejmuje kredytodawca. Rolą Banku Gospodarstwa Krajowego jest wypłata wsparcia na podstawie zwartej umowy pomiędzy kredytodawcą a kredytobiorcą. BGK nie podpisuje z kredytobiorcą umowy o wsparcie"

      - a więc na koniec jest niestety dokładnie tak, jak napisałem we wpisie poświęconym kłopotom moich czytelników. Skoro banki składają się na fundusz - który, w przypadku, gdyby nie został wykorzystany, z powrotem wpłynie do ich skarbców - i same ustalają w jaki sposób mają weryfikować klientów chętnych do otrzymania pomocy, to tutaj nigdy nie będzie łatwo. Choć oczywiście deklaracje bankowców są tak wzruszające, że nie byłem w stanie ich czytać inaczej, jak tylko ze łzami w oczach:

      "Nie utrudniamy nikomu otrzymania wsparcia. Wręcz odwrotnie, pracownicy działu przeterminowanych należności w rozmowie z klientami, którzy nie spłacają terminowo rat, weryfikują czy dana osoba może skorzystać z ustawy pomocowej i informują klienta o takiej możliwości, jeśli tylko spełnia do niej przesłanki. Nie wymagamy żadnych ekstra dokumentów. W przypadku statusu osoby bezrobotnej jest to zaświadczenie o statusie osoby bezrobotnej oraz ostatnie świadectwo pracy i klient automatycznie dostaje wsparcie bez wyciągów, liczenia zdolności itp."

      - piszą mi z jednego z banków (nie ujawnię teraz z którego, bo właśnie sprawdzam ich prawdomówność i nie chcę wywierać dodatkowej presji ;-)). W innym banku usłyszałem z kolei, że są tak kochani i tak wyrozumiali dla klientów w tarapatach, że spokojnie mogliby wystąpić o kanonizację, a może nawet i beatyfikację.  

      "Różne sytuacje życiowe rozpatrujemy na korzyść klientów. Np. jeśli rozwiedli się i jedna osoba wyprowadziła się z kredytowanej nieruchomości, to możemy przyjąć dochód jednej osoby do wyliczenia wskaźnika DTI. Nie uwzględniamy przychodów klientów takich jak 500+, zasiłku dla bezrobotnych i innych świadczeń - co też jest dla nich korzystne"

      Wychodzi więc na to, że jest świetnie, wszystko hula bez zarzutu, a banki wręcz zabijają się, by udzielić wsparcia jak największej liczbie klientów. Skoro jest tak dobrze, to... dlaczego jest tak źle? Dawajcie znać jakie są Wasze doświadczenia i będziemy razem walczyć o to, żeby było lepiej. Szlaki w kilku bankach mam już przetarte, więc może uda się na tym ugorze coś wyhodować. Empatię bankową na przykład ;-)).

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (15) Pokaż komentarze do wpisu „Czy banki celowo utrącają wnioski klientów o wsparcie? Zapytałem państwowy bank i...”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 03 marca 2017 09:47
  • środa, 22 lutego 2017
    • Bank, by zmiękczyć klienta, bawił się z nim w kotka i myszkę. Ale kto mieczem wojuje... Mocne!

      Wypowiedzenie kredytu i jego postawienie w stan natychmiastowej wymagalności to teoretycznie najcięższa sankcja, która może spotkać pożyczkobiorcę. Dolegliwość tej sankcji jest podwójna jeśli rzecz dotyczy kredytu frankowego. Tu bowiem dochodzi automatyczne przewalutowanie długu na złote po niekorzystnym kursie. Można się wystraszyć, choć tak naprawdę rzadko kiedy wypowiedzenie kredytu jest bezwarunkowe. Przeważnie banki traktują je jako rodzaj "zaproszenia" do negocjacji. Oczywiście są to specyficzne "negocjacje", bowiem klient występuje w nich w pozycji klęczącej. I o to chodzi. Pytanie czy w ten sposób wolno z klientami "negocjować". Tak naprawdę wypowiedzenie kredytu to dla banku średni interes. Lepszym jest ugoda, na którą wystraszony klient się godzi i pod pistoletem spłaca nawet takie raty, na które - jak mu się wydawało - go nie stać.

      Sęk w tym, że - jak się okazuje - taka "zabawa" z klientem, mająca charakter tresury, może być zabawą ryzykowną, także dla banku. Wpadł mi niedawno w ręce wyrok, po którego lekturze bankowcy bawiący się z kredytobiorcami w kotka i myszkę mogą przestać czuć się tak pewnie, jak dotychczas. Rzecz dotyczy kredytu udzielonego najprawdopodobniej przez bank Santander Consumer (co prawda w kopii uzasadnienia wyroku nazwa banku została "wygumkowana", ale jest kilka szczegółów, które wskazują, że chodzi właśnie o tę instytucję finansową) o wartości 106.000 zł, oczywiście indeksowanego do franka szwajcarskiego. Klienci kredyt przestali spłacać i na początku 2015 r. bank wystawił tytuł egzekucyjny. Po kilkunastu dniach sąd zatwierdził go, ale klienci złożyli sprzeciw przeciwegzekucyjny, powołując się na wiele nieprawidłowości - delegalizację BTE przez Trybunał Konstytucyjny, abuzywne klauzule w umowie kredytowej (na tej podstawie dowodzili, że bank nieprawidłowo wyliczył wartość zadłużenia w BTE) oraz jeszcze kilka rzeczy. Część z nich sąd uwzględnił, większość odrzucił, ale nie o to dziś chodzi.

      Zwróciłem uwagę na coś innego - sąd, uznając częściowo argumentację klientów, stwierdził, że bankowy tytuł egzekucyjny został wystawiony wadliwie, a więc bez przyczyny. A to dlatego, że... w ogóle nie doszło do skutecznego wypowiedzenia umowy! Sędzia napisał w uzasadnieniu, że w piśmie skierowanym do dłużnika bankowcy wezwali go do uregulowania należności jednocześnie dodając, że w przypadku nie spełnienia tego warunku bank będzie uważał, że umowa została wypowiedziana

      "Zdaniem sądu Okręgowego pozwany powinien wezwać do zapłaty i przypomnieć o o terminach wypowiedzenia, a następnie, w kolejnym piśmie wypowiedzieć umowę (...). Zdaniem Sądu wypowiedzenie umowy, jako jednorstronne oświadczenie woli o charakterze prawno-kształtującym nie może zostać uczynione z zastrzeżeniem warunku. Dopuszczenie takiej możliwości pozostawałoby w sprzeczności z istotą tego rodzaju czynności, której celem jest definitywne uregulowanie łączącego strony kontraktu"

      Wyrok, który został ogłoszony przez Sąd Okręgowy we Włocławku (sygnatura akt I C 338/15), rzuca nowe światło na kwestię wypowiadania umów kredytowych. Banki bardzo często wypowiadają je tak, żeby w rzeczywistości sprawę dało się jeszcze odkręcić, o ile klient wystarczająco się wystraszy. Okazuje się, że oprócz powoływania się na unieważnienie instytucji BTE przez Trybunał Konstytucyjny i oprócz podważania kwoty wpisanej na BTE można jeszcze spróbować przekonać sąd, że... wypowiedzenie w ogóle nie było wypowiedzeniem. I na tej podstawie nie tylko powstrzymać komornika, ale też unieważnić wypowiedzenie kredytu.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Bank, by zmiękczyć klienta, bawił się z nim w kotka i myszkę. Ale kto mieczem wojuje... Mocne!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 22 lutego 2017 10:03
  • wtorek, 21 lutego 2017
  • poniedziałek, 13 lutego 2017
    • Bank chciał być sprytny i zamienił ubezpieczenie na prowizję. Klienci poszli do sądu i... wygrali!

      Choć najbardziej spektakularne - bo i o najwyższą stawkę - spory sądowe posiadaczy kredytów hipotecznych z bankami dotyczą odwalutowania kredytów frankowych lub wręcz unieważnienia tych umów, to sporo dzieje się też na froncie walki o delegalizację ubezpieczenia niskiego wkładu własnego. Przypomnę pokrótce, że w przeszłości banki dokładały je klientom, którzy nie mieli udziału własnego, który pokryłby przynajmniej 20% wartości kupowanego mieszkania. Składka miała rekompensować wyższe ryzyko banku, tłumaczono, że bez tego kredyt w ogóle nie mógłby być udzielony. Płacił ją klient, ale ubezpieczonym i uposażonym był bank (to on dostawał pieniądze w wysokości 20% kredytu, gdy klient przestawał spłacać raty).

      Czytaj też: Płacisz składki, a w zamian dostajesz figę. Kant? Klienci wygrywają w sądach!

      Wielu klientom banki wciąż naliczają składki za to ubezpieczenie, choć zapadły już wyroki (o ile mi wiadomo dość liczne), z których wynika, iż... nie jest to żadne ubezpieczenie (bo w zamian za składkę klient nic nie dostaje, zaś ubezpieczenie jest umową wzajemną). Bankowcy jednak tanio skóry nie sprzedają. Część z nich spisała z klientami aneksy do umów, z których wynika, że klienci mają płacić w kolejnych turach "opłatę z tytułu zwrotu kosztów ubezpieczenia" lub "prowizję". Według bankowych prawników to miało ratować im skórę, bo skoro płacone przez klientów pieniądze nie są nazwane składką ubezpieczeniową, to i nie trzeba się obawiać, że interes zostanie zdelegalizowany z powodu "braku wzajemności świadczeń". Bankowcy, proponując klientom zamianę ubezpieczenia na opłatę lub prowizję kusili rabatami, by klientom opłacało się podpisać aneks. Zamieniając składkę na prowizję można było zaoszczędzić kilkaset złotych z kilkutysięcznej płatności.

      Czytaj też: Nie do wiary! Bank prawomocnie przegrał sprawę o UNWW i... nic!

      Takie pieniądze piechotą nie chodzą, choć zawsze namawiałem kredytobiorców stających przed wyborem "składka czy prowizja" do ostrożności, przewidując iż wybór prowizji może utrudnić im ewentualny zwrot pieniędzy z tytułu ubezpieczenia niskiego wkładu. Okazuje się, że martwiłem się niesłusznie. Od jednej z kancelarii prawniczych - a dokładniej od mec. Urszuli Darkowskiej z kancelarii GWW - dowiedziałem się właśnie, że jej klienci wygrali w sądzie proces o zwrot pieniędzy z tytułu zabezpieczenia niskiego wkładu mimo, iż ich "składka" przestała być "składką", a została zamieniona na prowizję. Niestety, nie mam jeszcze w ręku uzasadnienia tego wyroku (zresztą nieprawomocnego), gdyż zapadł ledwie kilka dni temu (31 stycznia 2017 r.). Opieram się jedynie na notatkach prawniczki reprezentującej klientów, poczynionych w trakcie ustnego ogłaszania wyroku. Gdy tylko otrzymam uzasadnienie - zamieszczęę skan i omówię dokładniej argumentację sądu.

      Dziś napiszę tylko tyle, że sprawa rozgrywała się w Sądzie Rejonowym dla Warszawy-Mokotowa i dotyczyła klientów hipotecznych Banku Millennium. Nie wiem jakie pieniądze były na stole (typowe roszczenia w tego typu sprawach to kilkanaście tysięcy złotych), ale nie to jest najważniejsze. Według dokumentacji mec. Darkowskiej sąd uznał, że postanowienia umów kredytowych Banku Millennium mówiące o prowizji z tytułu występowania niskiego wkładu własnego "rażąco naruszają interesy konsumenta" i jako niedozwolone postanowienia umowne nie wiążą go. W związku z tym sąd orzekł, że Bank Millennium powinien zwrócić pobrane od klientów prowizje. Na jakiej podstawie sąd orzekł abuzywność prowizji? Ano jego zdaniem niedopuszczalna jest sytuacja, w której konsument płaci prowizję, ale nie ma pewności na co bank ją przeznacza i czy w ogóle służy ona niwelowaniu ryzyka, czy też jest po prostu dodatkowym zarobkiem banku.

      Prawdopodobnie o wyniku procesu zaważyło drobne niedopatrzenie prawników banku. O ile w umowach kredytowych, w których była mowa o "opłacie" znajdowały się zapisy mówiące o pokrywaniu za te pieniądze kosztu ubezpieczenia niskiego wkładu (które bank sam sobie wykupi na własny rachunek), o tyle postanowienia aneksów mówiących o dodatkowej prowizji nie były wystarczająco precyzyjne. Nie wspominały bowiem na co bank przeznacza prowizję. I tu jest pies pogrzebany. Jeśli bank pobiera prowizję, to powinien sprecyzować na co dokładnie idzie, jaki jest jej tytuł. Dopóki nie mam w ręku pisemnego uzasadnienia wyroku trudno mi ocenić na ile argumentacja sądu jest solidna, bo dopiero w uzasadnieniu wyroku znajdzie się rozbiór na części pierwsze treści spornej klauzuli. A tu znaczenie może mieć każdy przecinek. I wciąż nie można wykluczyć, że Sąd Rejonowy zapędził się w prokonsumenckim czytaniu zapisów aneksu do umowy.

      Dziś jednak fakt jest taki, że mamy pierwszy - nieprawomocny - wyrok, na podstawie którego "wygumkowana" zostanie nie tylko składka ubezpieczenia niskiego wkładu własnego, ale i podobny zapis o prowizji, na którą owa składka została zamieniona. Jakkolwiek na pewno za wcześnie jeszcze, by mówić o przełomie (wcześniej kilka tego typu spraw bank wygrał), ale z pewnością prawnicy Banku Millennium od 31 stycznia nie mogą już spać tak spokojnie, jak do tej pory.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (11) Pokaż komentarze do wpisu „Bank chciał być sprytny i zamienił ubezpieczenie na prowizję. Klienci poszli do sądu i... wygrali! ”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 13 lutego 2017 09:02
  • piątek, 10 lutego 2017
    • Słowa prezesa o frankach warte ponad 5 mld zł! Co teraz? Dwa pytania i trzy scenariusze

      Prezes Polski Jarosław Kaczyński pozbawił dziś resztek złudzeń tych, którzy liczyli na spełnienie obietnic wyborczych prezydenta Andrzeja Dudy oraz PiS. Zarówno ówczesny kandydat na prezydenta, jak i kandydatka na premiera Beata Szydło obiecywali, że pomogą frankowiczom przewalutować ich kredyty. Już wtedy pisałem, że jest to obiecywanie gruszek na wierzbie, bo nie istnieje proste i tanie rozwiązanie problemu kredytów frankowych. Bez względu na to, czy sumę strat na różnicach kursowych podliczymy na 20 mld zł, czy na 40 mld zł, czy też na 60 mld zł (szacunki są bardzo rozbieżne ze względu na to, że połowa tych kredytów nie była finansowana frankami tylko instrumentami pochodnymi), to i tak są to ogromne pieniądze. Mogą one - jeśli przeznaczy się je na wzrost akcji kredytowej - pomóc władzy napędzić gospodarkę i znów wygrać wybory. Jarosław Kaczyński o tym wie i zapewne dlatego w wywiadzie dla Polskiego Radia powiedział to:

      "Myślę, że (frankowicze) powinni wziąć sprawy we własne ręce i zacząć walczyć w sądach. Nie dlatego, żeby nie ufać prezydentowi czy rządowi, tylko dlatego, że prezydent i rząd są w sytuacji, która jest zdeterminowana w wielkiej mierze uwarunkowaniami ekonomicznymi. (...). Rząd nie może podejmować działań, które doprowadzą do zachwiania systemu bankowego. To byłby straszny cios we wszystkich obywateli, także tych, którzy mają kredyty we frankach. I tego w żadnym wypadku odpowiedzialny rząd nie może zrobić. Natomiast w procesach będzie można odzyskać różnego rodzaju rekompensaty. To z różnych względów będzie nieporównanie łatwiejsze także dla międzynarodowego świata finansowego. Z tym też musimy się liczyć. Taki dzisiaj jest świat"

      SŁOWA PREZESA WARTE 5,2 MLD ZŁ. Fakt, że prezes Polski zrozumiał, że to pieniądz rządzi światem, rynek finansowy odczytał bardzo pozytywnie. Kursy banków wystrzeliły w górę jak z katapulty. W chwili, gdy piszę te słowa, najbardziej "zapakowane" w kredyty frankowe banki - czyli Getin oraz Bank Millennium - zyskiwały na wartości po 11-12%. Inne duże banki mające sporo kredytów frankowych - czyli mBank i BZ WBK - zyskiwały po 4%, a PKO BP - prawie 3%. Łącznie inwestorzy "wycenili" wartość tych kilku zdań wypowiedzianych przez El Comendante na, bagatela... 5,2 mld zł. O tyle wzrosła rynkowa wartość banków po tym, jak Naczelnik Państwa odesłał frankowiczów do sądów. Rynek już zresztą od dłuższego czasu dyskontuje łagodniejącą postawę rządzących wobec banków. Z jednej strony podatek bankowy okazał się nie taki straszny (zresztą w ponad połowie banki przerzuciły jego koszty na klientów), z drugiej strony rząd nie pozwoli skrzywdzić branży finansowej frankami. Efekt? W ciągu trzech ostatnich miesięcy rynkowa wycena branży bankowej zwiększyła się o 30%, co oznacza wzrost wartości rynkowej banków o 40-45 mld zł.

      WIGBANKI3LATA2017

      CZY PAŃSTWO PIS POWINNO DOPŁACIĆ DO FRANKÓW? Trudno być szczególnie zaskoczonym, że tak się kończy bajka o ustawowym przewalutowaniu kredytów. Widać było, że w tę stronę to idzie po kolejnych pomysłach prezydenta (to on głównie zajmował się przygotowywaniem kolejnych wariantów ustaw dla frankowiczów). Ale dopiero głos najważniejszego El Comendante ostatecznie zamyka sprawę. Nie dziwię się, że frankowicze są rozgoryczeni. Co by nie mówić, kredytobiorców złotowych poprzednie rządy wspierały dotacjami dość obficie. A teraz podobno jest Prawo i Sprawiedliwość. Kiedyś oszacowałem łączną wartość wsparcia z ulg podatkowych, programów "Rodzina na Swoim" oraz "Mieszkanie dla Młodych" i innych dopłat na jakieś 14-15 mld zł. Z drugiej strony niektórzy szacują, że mniej więcej tyle samo kosztowałby sektor bankowy (w niekorzystnym wariancie) zwrot spreadów pobranych przy wypłacie kredytów frankowych i przy spłacie rat. Tyle, że proponowana przez prezydenta ustawa nawet tego nie gwarantuje. Ona mówi o zwrocie tylko części spreadów i tylko za pewien okres (przed wejściem w życie ustawy antyspreadowej).

      Czytaj: Frankowicze pytają ile państwo dopłaciło do kredytów złotowych? Policzyłem

      Czytaj też: Zero haraczu, czyli co wściekli frankowicze mogą zrobić bankom? Liczę!

      CZY PRZEDAWNIENIE "ROZWIĄŻE" PROBLEM FRANKOWICZÓW? Co dalej? Koniec marzeń o ustawowym odwalutowaniu to nie koniec frankowej batalii, choć oczywiście z miesiąca na miesiąc sytuacja tych, którzy chcieliby cokolwiek od banków odzyskać, gdyż czują się oszukani, będzie trudniejsze. Wszystko przez przedawnienie roszczeń, które w Polsce wynosi dla zobowiązań kredytowych 10 lat i właśnie zaczyna dotykać pierwszych umów z tzw. frankowego boomu. Kto ma kredyt z lat 2003-2006 już wpadł w przedawnienie, w tym roku czerwoną linię przekroczą kredyty z 2007 r. Niektórzy prawnicy twierdzą, że po wejściu w okres przedawnienia nie będzie można podważyć umowy, ale chyba jest to mylnie sformułowany komunikat, który ma zmobilizować frankowiczów do skorzystania z usług prawników i płacenia im pieniędzy. Raczej jest tak, że stopniowo przedawniają się roszczenia związane z zapłatą poszczególnych rat, co zmniejsza "bazę" roszczeń (bo np. największe uderzenie spreadem banku serwowały klientom już przy wypłacie kredytu), ale ich całkiem nie anihiluje.

      Czytaj też: Przykry skutek planu prezydenta? Wytrąci frankowiczom broń z ręki?

      SCENARIUSZ 1: CO BĘDZIE Z USTAWĄ PREZYDENTA? W ciągu kilku miesięcy okaże się czy będzie wspomniany przeze mnie przed chwilą częściowy zwrot spreadów ustawą prezydencką. Jest ona pełna niedociągnięć, ale niewykluczone, że posłowie będą zdeterminowani, by doprowadzić ją do "stanu używalności" i przegłosować. Są dwie okoliczności, które mogą unieważnić projekt prezydencki. Pierwsza to ewentualne działania tej części frankowiczów, którzy są już na wojnie z bankami. Część z nich twierdzi, że wprowadzane w ustawie definicje kredytów walutowych oraz sam fakt uregulowania zwrotu spreadów zmniejsza ich szanse w sądach na zwycięstwa znacznie bardziej spektakularne. Druga okoliczność to wprowadzenie przez banki ewentualnych dobrowolnych rozwiązań zakładających przewalutowanie kredytu po preferencyjnym kursie w zamian za jakąś dopłatę ze strony klienta. Być może posłowie to zobaczą i machną ręką na ustawę albo będą przedłużać prace nad nią w nieskończoność. Brak ustawy może być dobry dla aktywnej części frankowiczów i zły dla tych, którzy nie zamierzali wykonać żadnego ruchu i dostaliby po prostu "prezent" w postaci części nadpłaconych spreadów

      Czytaj też: Prezydent skapitulował w sprawie franków. To ustawa czy pomyłka?

      SCENARIUSZ 2: CO OSIĄGNIE KOMITET STABILNOŚCI FINANSOWEJ? Nie mam wielkiej wiary w to, że wyższe wymogi kapitałowe szykowane dla "frankowych" banków spowodują jakiś cudowny wzrost chęci bankowców do przewalutowania klientom kredytów. Nie ma takich wymogów kapitałowych, które mogłyby sprawić, by bankom opłaciło się wziąć na klatę cały koszt różnic kursowych. Jestem za to dość mocno przekonany, że Komitet Stabilności Finansowej będzie w stanie skłonić banki do przedstawienia oferty "współpłacenia", która może być korzystna dla tych frankowiczów, którzy mają nadwyżki finansowe. Może to być oferta z gatunku "nadpłać kredyt, a kolejną jego część ci umorzymy albo przewalutujemy po preferencyjnym kursie". W najbliższych tygodniach i miesiącach przekonamy się czy polubowna ścieżka wyjścia z frankowej matni w ogóle jest realna i czy istnieją rozwiązania akceptowalne dla banków oraz dla dużej części frankowiczów.

      Czytaj też: Czy Duda uczyni "dobrowolne" cuda? Na co mogą liczyć frankowicze?

      Czytaj też: Wszyscy chcą swatać banki z frankowiczami? Oto możliwe scenariusze

      SCENARIUSZ 3: CO POSTANOWI SĄD NAJWYŻSZY? Wszyscy doskonale wiemy, że jeśli nie zdarzy się coś przełomowego w sądach, to nie będzie masowego runu frankowiczów na wokandę. Przygniatająca większość frankowiczów grzecznie spłaca raty - zresztą większość z tej większości jest na tyle dobrze sytuowana finansowo, że dopóki frank nie będzie po 7 zł to koszty spłacania kredytów nie zabiją ich domowego budżetu - i czeka na cud. Jeśli tym cudem nie będzie ustawa, ani program dobrowolnych przewalutowań proponowany przez banki, to zostaje trzecia opcja - Cud... tfu, Sąd Najwyższy.

      Czytaj też: Omówienia precedensowych wyroków frankowych z ostatnich miesięcy

      Czytaj: Głupia sytuacja? Gdy chcesz zwrotu części rat, a sąd chętnie zwróciłby je całe

      W tym roku najpewniej zapadną pierwsze orzeczenia Sądu Najwyższego w sprawach frankowych wygranych przez klientów w pierwszej instancji (zakładam, że większość wyroków utrzyma się też w drugiej instancji). Gdyby Sąd Najwyższy wydał orzeczenie miażdżące dla banków, to być może odsetek frankowiczów walczących w sądach grupowo i indywidualnie skoczyłby z kilku procent do 15-20%. Ogląd sprawy wyrażony przez Najwyższego będzie nie mniej ważny, niż ogląd wyrażony przez Najważniejszego w Polskim Radiu.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (14) Pokaż komentarze do wpisu „Słowa prezesa o frankach warte ponad 5 mld zł! Co teraz? Dwa pytania i trzy scenariusze”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 10 lutego 2017 13:43
  • czwartek, 12 stycznia 2017
    • Wszyscy chcą swatać banki i frankowiczów? A ja mam już projekt ugody. A nawet cztery! ;-)

      Coraz więcej jest chętnych do tego, by zachęcać banki do dobrowolnego rozwiązywania problemu kredytów frankowych. Chciałby zachęcać prezydent Andrzej Duda (po tym jak udało mu się napisać zniezbyt zachęcającą ustawę ;-)), chciałby zachęcać Narodowy Bank Polski z Komisją Nadzoru Finansowego (zwiększając bankom "frankowym" wymogi kapitałowe), chciałby zachęcać też Minister Finansów (zastanawia się nad wyższym podatkiem bankowym "od franków"). A ostatnio akces do grona "zachęcaczy" zgłosił też Marek Niechciał, szef Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Chciałby on podpisywać z bankami indywidualne porozumienia dotyczące pomocy frankowiczom, które pozwalałyby np. przewalutowywać kredyty po niższym od obecnego kursie lub ustalać frankowiczom górny limit wysokości rat (a więc po przekroczeniu przez kurs franka określonego poziomu bank brałby nadwyżkę na siebie).

      Czytaj też: Taki pakiet, czyli cztery samcikowe pomysły na franka

      Czytaj: Ktoś zamawiał esencję głupoty? Oto najbardziej krwiste historie z blogu

      Czytaj też: Bezprawne polisy i kredyty, czyli najważniejsze wyroki sezonu!

      Nie przeczę, że taki kompromis mógłby być najlepszym sposobem pogodzenia wszystkich racji. Dziś ani banki nie czują się w obowiązku, by wziąć na siebie różnice kursowe i wzrost zadłużenia klientów, ani klienci nie mają ochoty akceptować "spuchnięcia" ich kredytów. I liczą na rozwiązanie "przymusowe", które uzdrowi sytuację "po całości". Jeśli chodzi o tego typu koncepcje, to w grę wchodzi delegalizacja kredytów (lub niektórych zapisów w umowach klientów) przez sąd lub przez państwo. Sądy jednak orzekają jak chcą - jedne tak, inne siak (w ten sposób sprawiedliwości zresztą dochodził będzie nikły procent frankowiczów, najbardziej zdeterminowanych), zaś pomysły na rozwiązanie sporu jakąś ustawą są coraz głupsze i już wiadomo, że ta droga to tylko strata czasu. Nawet PiS, który obiecywał przed wyborami wszystko wszystkim, ustawę o przewalutowaniu kredytów skreślił w pierwszej kolejności z listy obietnic do spełnienia. Pewnym zamiennikiem ustawy mogłaby być porządna ustawa o pozwach zbiorowych, która umożliwiłaby ludziom łatwe, szybkie i tanie dochodzenie roszczeń w grupie. Ta dziś obowiązująca zniechęca konsumentów do korzystania z jej dobrodziejstw. Ale o planach żadnej reformy sporów zbiorowych nie słychać.

      Pozostaje więc próba porozumienia się stron, z lekkim "boostem" ze strony państwa i regulatora, który ma sprawić, że dogadanie się z klientami będzie się bankom opłacało (niższy podatek, niższe wymogi kapitałowe dla banków, które się dogadają). Kłopot w tym, że nawet jeśli bankowcy daliby się namówić na jakiś kompromis - a są już ewidentnie zmęczeni i sądzę, że byliby skłonni zamknąć sprawę za cenę kilku miliardów złotych - to z drugiej strony gotowość "wzięcia na klatę" części kosztów musieliby zgłosić frankowicze. Jakie są potencjalne rozwiązania, które mogłyby przypaść do gustu tej "milczącej większości", która nie chce szwendać się po sądach, lecz czuje się pokrzywdzona? Od razu zaznaczam, że to uczucie pokrzywdzenia będzie można zobiektywizować dopiero po spłaceniu całego kredytu. Wtedy będzie wiadomo czy niższa stopa procentowa opłaci się w zestawieniu z wahliwością kursu waluty, czy też się nie opłaci - i zwrócić będzie trzeba znacznie więcej, niż w przypadku kredytu złotowego.

      Dziś - oceniając poczucie pokrzywdzenia frankowiczów - można jedynie powiedzieć, że w wielu umowach są budzące wątpliwości, nieprecyzyjne zapisy (niektóre sądy uznają, że banki powinny ponieść z tego powodu konsekwencje finansowe), zaś bankowcy zrzucili na klientów zbyt duże ryzyko wahliwości wartości zobowiązania pod nazwą "kredyt" i że powinni część tego ryzyka z nich zdjąć. Ale w jaki sposób? Bankowcy już kilka razy składali klientom propozycje przyspieszonego wyjścia z frankowej matni, choć poziom zachęt był niewielki. BZ WBK oraz Bank Millennium zaproponowały "swoim" frankowiczom przewalutowanie części kredytu po bieżącym kursie franka (czyli "prezentem" byłby tylko brak spreadu), ale za to z gwarancją niskiej marży kredytowej po "przejściu" na złote. To nie są pomysły, które stawiają włosy na głowie - brakuje w nich podstawowego elementu - partycypowania banku w tym co stało się z kursem franka w przeszłości. Dlatego podrzucam bankowcom, UOKiK-owi oraz wszystkim, którzy chcą "swatać" banki z klientami, kilka pomysłów na oferty, które miałyby szansę na pozytywny odbiór choćby wśród części frankowiczów. I mogą przyczynić się do rozwiązania systemowego problemu franków.

      NADPŁACANIE ZA OBNIŻKĘ KURSU. Banki mogłyby złożyć klientom następującą ofertę: nadpłacajcie raty kredytu po kursie bieżącym - stopniowo lub jednorazową transakcją - a w zamian jakąś kolejną porcję kredytu bank pozwoli spłacić po kursie startowym. Ta porcja byłaby odzwierciedleniem wkładu klienta w szybszą spłatę kredytu. Jeśli np. spłacę jednorazowo 10% kredytu po obecnym kursie, to bank mógłby dorzucić do tego możliwość spłacenia kolejnych 10% po kursie z dnia wzięcia kredytu. Zyskają wszyscy: bank będzie miał z głowy sporą część kredytu (a więc zmniejszy się jego ryzyko oraz koszty wynikające z różnych restrykcji nadzorczo-ministraialnych), a klient część długu szybciej spłaci po słabym kursie po to, by móc spłacić kolejny kawałek po kursie bardzo dobrym. Sądzę, że kilka osób dałoby się zmotywować do takiej transakcji.

      NADPŁACANIE ZA PRZEWALUTOWANIE. Rozwinięciem tego pomysłu mogłaby być propozycja, w której bank zachęca klienta do przewalutowania cześci kredytu po preferencyjnym kursie pod warunkiem, że ów klient trochę kredytu spłaci szybciej, niż w harmonogramie. A więc np. nadpłacam 10% kredytu, zaś kolejne 10% bank mi przewalutuje na złote - tworząc drugi kredyt zabezpieczony na tej samej nieruchomości - po preferencyjnym kursie. Oferowany kurs powinien być na tyle atrakcyjny, żeby klientowi opłacało się zaangażować własne oszczędności w spłacenie części kredytu. Kredyt w złotych byłby wyżej oprocentowany, niż frankowy (różnica w stopach procentowych między WIBOR a LIBOR CHF jest wciąż wysoka), ale umorzenie częsci długu przy przewalutowaniu spowodowałoby, że klient by na tej operacji nie stracił.

      NADPŁACANIE ZA MONEY-BACK. Prostym mechanizmem, który mógłby skłonić klientów do dobrowolnego pozbycia się ryzyka kursowego poprzez spłatę części kredytu, jest money-back. Skoro banki płacą klientom za intensywne używanie karty płatniczej, albo za terminową spłatę rat kredytów, to dlaczego nie mogłyby płacić też za to, że klient będzie spłacał kredyt w minimalnie większych porcjach niż te przewidywane w harmonogramie? Zamiast 400 franków co miesiąc spłacam np. 440 franków. I tak spłacam, spłacam, spłacam, aż na koniec roku bank podsumowuje skalę moich nadpłat i np. wypłaca mi premię w wysokości jednej czwartej wysokości moich nadpłat. De facto będzie to oznaczało ograniczenie kosztów klienta wynikajacych z wcześniejszych spłat w taki sposób jak gdyby nadpłacał kredyt po niższym kursie. Tyle, że byłaby to zaplanowana operacja, rodzaj programu lojalnościowego.

      NADPŁACANIE ZA "CZAPKĘ". Nagrodą za to, że klient podejmie finansowy wysiłek i zgodzi się nadpłacać raty kredytu, może być też zagwarantowanie przez bank większego bezpieczeństwa budżetu domowego klienta dla pozostałej części długu. To bezpieczeństwo miałoby postać blokady maksymalnej wysokości raty na jakimś poziomie kursu franka. Klient miałby pewność, że jeśli frank zdrożeje np. powyżej 4,5 zł, to bank weźmie na siebie nadwyżkę. Nadwyżka byłaby zależna od tego ile klient "zainwestuje" w szybszą spłatę kredytu. A więc im więcej klient nadpłaci - jednorazowo lub w ratach - tym niżej będzie ustawiona granica kursu franka, powyżej której bank dopłaca do rat.

      Te wszystkie sposoby mają pewną podstawową wadę - nie nadają się dla osób, które ledwo zipią pod ciężarem rat kredytów frankowych. Bo one, rzecz jasna, nie mają oszczędności. Być może banki mogłyby takim osobom refundować nadpłaty rat jakimś preferencyjnym kredytem w złotych (choć nie mam wiary, że będą się do tego paliły). To, niestety, chyba musi tak być. Jeśli banki mają dobrowolnie - nie przymuszone żadną ustawą, czy wyrokiem Sądu Najwyższego - wziąć na klatę "duże" kilka miliardów złotych kosztów dopłat, to w zamian będą chciały przyspieszyć rozwiązanie problemu franków, czyli po prostu spłatę tych kredytów. Sądzę, że osoby nie radzące sobie ze spłatą rat powinny mieć ułatwioną drogę do skorzystania z innych mechanizmów, które też powinny być częścią kompromisu - upadłości konsumenckiej w przyspieszonej ścieżce, programu wsparcia kredytobiorców (który dziś działa słabo) lub wręcz umorzenia części długu w przypadku wykazania missellingu przy udzieleniu kredytu. Część osób, które dziś nie radzą sobie ze spłatą rat, niestety w ogóle kredytu hipotecznego nie powinny otrzymać. Już w momencie zawierania umowy rata stanowiła 50% ich domowego budżetu lub więcej. Nawet banki doszły do wniosku, że takim osobom mogłyby pomóc z własnej woli.

      Wydaje mi się, że propozycje bankowców dotyczące zachęt do przyspieszonej spłaty rat w zamian za dopłaty, dotacje i preferencje, powinny być ogłoszone dość szybko - zanim Sejm zajmie się ustawą spreadową zaproponowaną przez prezydenta. Pochłonie ona kilka, albo i kilkanaście miliardów złotych "na pusto", nie rozwiązując żadnego problemu. A te same pieniądze, wydane na dopłaty dla osób mogących dobrowolnie nadpłacać swoje kredyty, pomogłyby ograniczyć frankowe ryzyko systemowe. Poza tym nie wiemy jak rozwinie się frankowa batalia sądowa. Wiadomo, że do sądów pójdzie i tak nie więcej, niż 5% frankowiczów, ale im bardziej prokonsumenckie będzie orzecznictwo sądowe w sprawie franków, tym mniej chętnie pozostali będą chcieli nadpłacać raty. Chyba, że jeszcze do tego wszystkiego frank zacząłby tanieć...

      KLIKNIJ I ZAPISZ SIĘ NA NEWSLETTER. Jeśli chcesz być na bieżąco z moimi śledztwami, prześwietleniami, wsiadaniem na koń i interweniowaniem w Waszych sprawach, to zapiszcie się na mój newsletter. Spamu nie rozsyłam, za to raz na jakiś czas dostaniecie ode mnie prezent-niespodziankę, która będzie niedostępna dla innych czytelników. Kiknij baner i zostaw mi swój adres, przyda się!

      "SUBIEKTYWNOŚĆ" OBSYPANA NAGRODAMI. Pod koniec 2016 r. miałem przyjemność odebrać "Nagrodę Dziennikarstwa Ekonomicznego" w konkursie organizowanym przez "Press Club". Nie mam wątpliwości, że tę nagrodę - jak i wszystkie poprzednie - zawdzięczam w dużej części Wam, moim Czytelnikom. Dziękuję za to, że jesteście ze mną i że wspólnie możemy walczyć o lepsze jutro finansowe. Do tej pory odebrałem między innymi nagrody: >>> Dwukrotnie Grand Press: w 2005 r. w kategorii "Dziennikarstwo Specjalistyczne" oraz w 2014 r. Grand Press Economy dla najlepszego dziennikarza ekonomicznego; >>> Nagrodę im. Władysława Grabskiego w konkursie organizowanym przez Narodowy Bank Polski (w 2013 r.); >>> Nagrodę im. Eugeniusza Kwiatkowskiego w konkursie organizowanym przez Uniwersytet Ekonomiczny w Krakowie (w 2011 r.); >>> Nagrodę Specjalną Prezesa UOKiK w konkursie Auxilium et Libertas (w 2012 r.); >>> Nagrodę "Heros Rynku Kapitałowego" przyznawaną przez Stowarzyszenie Inwestorów Indywidualnych (w 2014 r.). 

      NagrodaDziennikarstwaEkonomicznego2016laureatMaciejSamcik995x498

       Poza tym byłem jednym z laureatów nagrody im. Dariusza Fikusa za dziennikarstwo najwyższej próby (w 2014 r.). Cieszyłem się też z nagrody im Mariana Krzaka w konkursie Związku Banków Polskich (w 2004 r.) za publikacje poświęcone sektorowi bankowmu, nagrody Izby Zarządzających Funduszami i Aktywami za publikacje poświęcone inwestowaniu i funduszom inwestycyjnym (2007 r. ), nagrody "Złote Skrzydła"w konkursie Krajowego Rejestru Długów (w 2010 r.) za edukację ekonomiczną, III Nagrody w konkursie "Tylko Ryba nie bierze" organizowanym przez Fundację Batorego za publikacje demaskujące nieprawidłowości w sferze publicznej (w 2006 r.). Byłem też Dziennikarzem Roku Kongresu Gospodarki Elektronicznej (w 2011 r. ) oraz laureatem nagrody Ekonomiczny Blog Roku w konkursie organizowanym przez Money.pl (w 2014 r.)

      dywidenda222O LOKOWANIU OSZCZĘDNOŚCI W AKCJI "DYWIDENDA JAK W BANKU". Od wiosny 2016 r. w blogu trwa akcja "Dywidenda jak w banku", w której zdradzam sposoby na w miarę bezpieczne lokowanie oszczędności inaczej, niż tylko na depozycie bankowym. Zapisując się na newsletter akcji nie przegapicie żadnego z kolejnych tekstów, klipów wideo, webinarów, ani konkursów. W akcji bierze też udział Longterm.pl, najstarszy bloger zajmujący się inwestowaniem długoterminowym - Giełda Papierów Wartościowych oraz Stowarzyszenie Inwestorów Indywidualnych. Zapraszam do odwiedzenia strony akcji "Dywidenda jak w banku". Obejrzyjcie też jak - wspólnie z Longtermem - mierzyliśmy się z lękami związanymi z lokowaniem oszczędności, zwiedzaliśmy kasyno, udaliśmy się na ryby. Zabawne i pouczające.

      Więcej na ten temat czytajcie na stronie akcji (www.dywidendajakwbanku.pl)

      A TERAZ... CHŁOŃ SUBIEKTYWNOŚĆ TAK JAK LUBISZ. Subiektywność jest multifunkcyjna i się często dyslokuje ;-). Można ją spotkać tu i tam. W internecie, mediach społecznościowych, na wideo, w prasie, książkach oraz na spotkaniach, odczytach, konferencjach - wszędzie tam, gdzie mówi się o pieniądzach. Blog "Subiektywnie o finansach" codziennie, od ponad siedmiu lat, zapewnia niezbędną dawkę wiedzy o Waszych pieniądzach. Prześwietlanie produktów finansowych, ekskluzywne wiadomości o nowych produktach oraz piętnowanie skandalicznych praktyk i interwencje w Waszych sprawach. Dołącz do dziesiątek i setek tysięcy czytelników - codziennie zaglądaj na samcik.blox.pl, nowy wpis wpada tu zwykle tuż po godz. 9.00. Jeśli chcesz wiedzieć jeszcze więcej i ze mną podyskutować, zostań fanem blogu na Facebooku (jest nas już 37.000!), na Twitterze (tu wraz ze mną rządzi blisko 10.000 followersów). Zapraszam też do bezpośredniego kontaktu mejlowego:  maciej.samcik@gazeta.pl. Postaram się odpowiedzieć na każdy e-mail, choć nie obiecuję, że odpowiem szybko ;-).

      autopromo4

      autopromo2

       

       

       

       

       

       

      ZOBACZ MOJE PROGRAMY WIDEO! Zapraszam do obejrzenia pierwszego sezonu tygodnika wideo "Kasownik Samcika". Jest tam o sprytnych sposobach na oszczędzanie, o studiowaniu, pracowaniu, zaciąganiu kredytu hipotecznego, o zakupach, kontach bankowych, ubezpieczeniach, lokatach, podatkach... Poza poradami w każdym wydaniu czerstwy żart prowadzącego :-)), ciekawostka o pieniądzach oraz finansowy trik Samcika. Zapraszam do obejrzenia wszystkich zeszłorocznych odcinków. Wkrótce kolejna seria! Zapraszam do subskrybowania kanału YouTube "Subiektywnie o finansach"  

      Zapraszam też do obejrzenia cyklu wideo "Od oszczędzania do inwestowania", w którym opowiadam o tym jak małymi krokami zabrać się do oszczędzania pieniędzy i co można zrobić, żeby namnażały się szybciej.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (25) Pokaż komentarze do wpisu „Wszyscy chcą swatać banki i frankowiczów? A ja mam już projekt ugody. A nawet cztery! ;-)”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 12 stycznia 2017 08:54

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


użytkowników on-line