Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

03. Kredyty hipoteczne

  • środa, 22 lutego 2017
    • Bank, by zmiękczyć klienta, bawił się z nim w kotka i myszkę. Ale kto mieczem wojuje... Mocne!

      Wypowiedzenie kredytu i jego postawienie w stan natychmiastowej wymagalności to teoretycznie najcięższa sankcja, która może spotkać pożyczkobiorcę. Dolegliwość tej sankcji jest podwójna jeśli rzecz dotyczy kredytu frankowego. Tu bowiem dochodzi automatyczne przewalutowanie długu na złote po niekorzystnym kursie. Można się wystraszyć, choć tak naprawdę rzadko kiedy wypowiedzenie kredytu jest bezwarunkowe. Przeważnie banki traktują je jako rodzaj "zaproszenia" do negocjacji. Oczywiście są to specyficzne "negocjacje", bowiem klient występuje w nich w pozycji klęczącej. I o to chodzi. Pytanie czy w ten sposób wolno z klientami "negocjować". Tak naprawdę wypowiedzenie kredytu to dla banku średni interes. Lepszym jest ugoda, na którą wystraszony klient się godzi i pod pistoletem spłaca nawet takie raty, na które - jak mu się wydawało - go nie stać.

      Sęk w tym, że - jak się okazuje - taka "zabawa" z klientem, mająca charakter tresury, może być zabawą ryzykowną, także dla banku. Wpadł mi niedawno w ręce wyrok, po którego lekturze bankowcy bawiący się z kredytobiorcami w kotka i myszkę mogą przestać czuć się tak pewnie, jak dotychczas. Rzecz dotyczy kredytu udzielonego najprawdopodobniej przez bank Santander Consumer (co prawda w kopii uzasadnienia wyroku nazwa banku została "wygumkowana", ale jest kilka szczegółów, które wskazują, że chodzi właśnie o tę instytucję finansową) o wartości 106.000 zł, oczywiście indeksowanego do franka szwajcarskiego. Klienci kredyt przestali spłacać i na początku 2015 r. bank wystawił tytuł egzekucyjny. Po kilkunastu dniach sąd zatwierdził go, ale klienci złożyli sprzeciw przeciwegzekucyjny, powołując się na wiele nieprawidłowości - delegalizację BTE przez Trybunał Konstytucyjny, abuzywne klauzule w umowie kredytowej (na tej podstawie dowodzili, że bank nieprawidłowo wyliczył wartość zadłużenia w BTE) oraz jeszcze kilka rzeczy. Część z nich sąd uwzględnił, większość odrzucił, ale nie o to dziś chodzi.

      Zwróciłem uwagę na coś innego - sąd, uznając częściowo argumentację klientów, stwierdził, że bankowy tytuł egzekucyjny został wystawiony wadliwie, a więc bez przyczyny. A to dlatego, że... w ogóle nie doszło do skutecznego wypowiedzenia umowy! Sędzia napisał w uzasadnieniu, że w piśmie skierowanym do dłużnika bankowcy wezwali go do uregulowania należności jednocześnie dodając, że w przypadku nie spełnienia tego warunku bank będzie uważał, że umowa została wypowiedziana

      "Zdaniem sądu Okręgowego pozwany powinien wezwać do zapłaty i przypomnieć o o terminach wypowiedzenia, a następnie, w kolejnym piśmie wypowiedzieć umowę (...). Zdaniem Sądu wypowiedzenie umowy, jako jednorstronne oświadczenie woli o charakterze prawno-kształtującym nie może zostać uczynione z zastrzeżeniem warunku. Dopuszczenie takiej możliwości pozostawałoby w sprzeczności z istotą tego rodzaju czynności, której celem jest definitywne uregulowanie łączącego strony kontraktu"

      Wyrok, który został ogłoszony przez Sąd Okręgowy we Włocławku (sygnatura akt I C 338/15), rzuca nowe światło na kwestię wypowiadania umów kredytowych. Banki bardzo często wypowiadają je tak, żeby w rzeczywistości sprawę dało się jeszcze odkręcić, o ile klient wystarczająco się wystraszy. Okazuje się, że oprócz powoływania się na unieważnienie instytucji BTE przez Trybunał Konstytucyjny i oprócz podważania kwoty wpisanej na BTE można jeszcze spróbować przekonać sąd, że... wypowiedzenie w ogóle nie było wypowiedzeniem. I na tej podstawie nie tylko powstrzymać komornika, ale też unieważnić wypowiedzenie kredytu.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Bank, by zmiękczyć klienta, bawił się z nim w kotka i myszkę. Ale kto mieczem wojuje... Mocne!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 22 lutego 2017 10:03
  • wtorek, 21 lutego 2017
  • poniedziałek, 13 lutego 2017
    • Bank chciał być sprytny i zamienił ubezpieczenie na prowizję. Klienci poszli do sądu i... wygrali!

      Choć najbardziej spektakularne - bo i o najwyższą stawkę - spory sądowe posiadaczy kredytów hipotecznych z bankami dotyczą odwalutowania kredytów frankowych lub wręcz unieważnienia tych umów, to sporo dzieje się też na froncie walki o delegalizację ubezpieczenia niskiego wkładu własnego. Przypomnę pokrótce, że w przeszłości banki dokładały je klientom, którzy nie mieli udziału własnego, który pokryłby przynajmniej 20% wartości kupowanego mieszkania. Składka miała rekompensować wyższe ryzyko banku, tłumaczono, że bez tego kredyt w ogóle nie mógłby być udzielony. Płacił ją klient, ale ubezpieczonym i uposażonym był bank (to on dostawał pieniądze w wysokości 20% kredytu, gdy klient przestawał spłacać raty).

      Czytaj też: Płacisz składki, a w zamian dostajesz figę. Kant? Klienci wygrywają w sądach!

      Wielu klientom banki wciąż naliczają składki za to ubezpieczenie, choć zapadły już wyroki (o ile mi wiadomo dość liczne), z których wynika, iż... nie jest to żadne ubezpieczenie (bo w zamian za składkę klient nic nie dostaje, zaś ubezpieczenie jest umową wzajemną). Bankowcy jednak tanio skóry nie sprzedają. Część z nich spisała z klientami aneksy do umów, z których wynika, że klienci mają płacić w kolejnych turach "opłatę z tytułu zwrotu kosztów ubezpieczenia" lub "prowizję". Według bankowych prawników to miało ratować im skórę, bo skoro płacone przez klientów pieniądze nie są nazwane składką ubezpieczeniową, to i nie trzeba się obawiać, że interes zostanie zdelegalizowany z powodu "braku wzajemności świadczeń". Bankowcy, proponując klientom zamianę ubezpieczenia na opłatę lub prowizję kusili rabatami, by klientom opłacało się podpisać aneks. Zamieniając składkę na prowizję można było zaoszczędzić kilkaset złotych z kilkutysięcznej płatności.

      Czytaj też: Nie do wiary! Bank prawomocnie przegrał sprawę o UNWW i... nic!

      Takie pieniądze piechotą nie chodzą, choć zawsze namawiałem kredytobiorców stających przed wyborem "składka czy prowizja" do ostrożności, przewidując iż wybór prowizji może utrudnić im ewentualny zwrot pieniędzy z tytułu ubezpieczenia niskiego wkładu. Okazuje się, że martwiłem się niesłusznie. Od jednej z kancelarii prawniczych - a dokładniej od mec. Urszuli Darkowskiej z kancelarii GWW - dowiedziałem się właśnie, że jej klienci wygrali w sądzie proces o zwrot pieniędzy z tytułu zabezpieczenia niskiego wkładu mimo, iż ich "składka" przestała być "składką", a została zamieniona na prowizję. Niestety, nie mam jeszcze w ręku uzasadnienia tego wyroku (zresztą nieprawomocnego), gdyż zapadł ledwie kilka dni temu (31 stycznia 2017 r.). Opieram się jedynie na notatkach prawniczki reprezentującej klientów, poczynionych w trakcie ustnego ogłaszania wyroku. Gdy tylko otrzymam uzasadnienie - zamieszczęę skan i omówię dokładniej argumentację sądu.

      Dziś napiszę tylko tyle, że sprawa rozgrywała się w Sądzie Rejonowym dla Warszawy-Mokotowa i dotyczyła klientów hipotecznych Banku Millennium. Nie wiem jakie pieniądze były na stole (typowe roszczenia w tego typu sprawach to kilkanaście tysięcy złotych), ale nie to jest najważniejsze. Według dokumentacji mec. Darkowskiej sąd uznał, że postanowienia umów kredytowych Banku Millennium mówiące o prowizji z tytułu występowania niskiego wkładu własnego "rażąco naruszają interesy konsumenta" i jako niedozwolone postanowienia umowne nie wiążą go. W związku z tym sąd orzekł, że Bank Millennium powinien zwrócić pobrane od klientów prowizje. Na jakiej podstawie sąd orzekł abuzywność prowizji? Ano jego zdaniem niedopuszczalna jest sytuacja, w której konsument płaci prowizję, ale nie ma pewności na co bank ją przeznacza i czy w ogóle służy ona niwelowaniu ryzyka, czy też jest po prostu dodatkowym zarobkiem banku.

      Prawdopodobnie o wyniku procesu zaważyło drobne niedopatrzenie prawników banku. O ile w umowach kredytowych, w których była mowa o "opłacie" znajdowały się zapisy mówiące o pokrywaniu za te pieniądze kosztu ubezpieczenia niskiego wkładu (które bank sam sobie wykupi na własny rachunek), o tyle postanowienia aneksów mówiących o dodatkowej prowizji nie były wystarczająco precyzyjne. Nie wspominały bowiem na co bank przeznacza prowizję. I tu jest pies pogrzebany. Jeśli bank pobiera prowizję, to powinien sprecyzować na co dokładnie idzie, jaki jest jej tytuł. Dopóki nie mam w ręku pisemnego uzasadnienia wyroku trudno mi ocenić na ile argumentacja sądu jest solidna, bo dopiero w uzasadnieniu wyroku znajdzie się rozbiór na części pierwsze treści spornej klauzuli. A tu znaczenie może mieć każdy przecinek. I wciąż nie można wykluczyć, że Sąd Rejonowy zapędził się w prokonsumenckim czytaniu zapisów aneksu do umowy.

      Dziś jednak fakt jest taki, że mamy pierwszy - nieprawomocny - wyrok, na podstawie którego "wygumkowana" zostanie nie tylko składka ubezpieczenia niskiego wkładu własnego, ale i podobny zapis o prowizji, na którą owa składka została zamieniona. Jakkolwiek na pewno za wcześnie jeszcze, by mówić o przełomie (wcześniej kilka tego typu spraw bank wygrał), ale z pewnością prawnicy Banku Millennium od 31 stycznia nie mogą już spać tak spokojnie, jak do tej pory.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (11) Pokaż komentarze do wpisu „Bank chciał być sprytny i zamienił ubezpieczenie na prowizję. Klienci poszli do sądu i... wygrali! ”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 13 lutego 2017 09:02
  • piątek, 10 lutego 2017
    • Słowa prezesa o frankach warte ponad 5 mld zł! Co teraz? Dwa pytania i trzy scenariusze

      Prezes Polski Jarosław Kaczyński pozbawił dziś resztek złudzeń tych, którzy liczyli na spełnienie obietnic wyborczych prezydenta Andrzeja Dudy oraz PiS. Zarówno ówczesny kandydat na prezydenta, jak i kandydatka na premiera Beata Szydło obiecywali, że pomogą frankowiczom przewalutować ich kredyty. Już wtedy pisałem, że jest to obiecywanie gruszek na wierzbie, bo nie istnieje proste i tanie rozwiązanie problemu kredytów frankowych. Bez względu na to, czy sumę strat na różnicach kursowych podliczymy na 20 mld zł, czy na 40 mld zł, czy też na 60 mld zł (szacunki są bardzo rozbieżne ze względu na to, że połowa tych kredytów nie była finansowana frankami tylko instrumentami pochodnymi), to i tak są to ogromne pieniądze. Mogą one - jeśli przeznaczy się je na wzrost akcji kredytowej - pomóc władzy napędzić gospodarkę i znów wygrać wybory. Jarosław Kaczyński o tym wie i zapewne dlatego w wywiadzie dla Polskiego Radia powiedział to:

      "Myślę, że (frankowicze) powinni wziąć sprawy we własne ręce i zacząć walczyć w sądach. Nie dlatego, żeby nie ufać prezydentowi czy rządowi, tylko dlatego, że prezydent i rząd są w sytuacji, która jest zdeterminowana w wielkiej mierze uwarunkowaniami ekonomicznymi. (...). Rząd nie może podejmować działań, które doprowadzą do zachwiania systemu bankowego. To byłby straszny cios we wszystkich obywateli, także tych, którzy mają kredyty we frankach. I tego w żadnym wypadku odpowiedzialny rząd nie może zrobić. Natomiast w procesach będzie można odzyskać różnego rodzaju rekompensaty. To z różnych względów będzie nieporównanie łatwiejsze także dla międzynarodowego świata finansowego. Z tym też musimy się liczyć. Taki dzisiaj jest świat"

      SŁOWA PREZESA WARTE 5,2 MLD ZŁ. Fakt, że prezes Polski zrozumiał, że to pieniądz rządzi światem, rynek finansowy odczytał bardzo pozytywnie. Kursy banków wystrzeliły w górę jak z katapulty. W chwili, gdy piszę te słowa, najbardziej "zapakowane" w kredyty frankowe banki - czyli Getin oraz Bank Millennium - zyskiwały na wartości po 11-12%. Inne duże banki mające sporo kredytów frankowych - czyli mBank i BZ WBK - zyskiwały po 4%, a PKO BP - prawie 3%. Łącznie inwestorzy "wycenili" wartość tych kilku zdań wypowiedzianych przez El Comendante na, bagatela... 5,2 mld zł. O tyle wzrosła rynkowa wartość banków po tym, jak Naczelnik Państwa odesłał frankowiczów do sądów. Rynek już zresztą od dłuższego czasu dyskontuje łagodniejącą postawę rządzących wobec banków. Z jednej strony podatek bankowy okazał się nie taki straszny (zresztą w ponad połowie banki przerzuciły jego koszty na klientów), z drugiej strony rząd nie pozwoli skrzywdzić branży finansowej frankami. Efekt? W ciągu trzech ostatnich miesięcy rynkowa wycena branży bankowej zwiększyła się o 30%, co oznacza wzrost wartości rynkowej banków o 40-45 mld zł.

      WIGBANKI3LATA2017

      CZY PAŃSTWO PIS POWINNO DOPŁACIĆ DO FRANKÓW? Trudno być szczególnie zaskoczonym, że tak się kończy bajka o ustawowym przewalutowaniu kredytów. Widać było, że w tę stronę to idzie po kolejnych pomysłach prezydenta (to on głównie zajmował się przygotowywaniem kolejnych wariantów ustaw dla frankowiczów). Ale dopiero głos najważniejszego El Comendante ostatecznie zamyka sprawę. Nie dziwię się, że frankowicze są rozgoryczeni. Co by nie mówić, kredytobiorców złotowych poprzednie rządy wspierały dotacjami dość obficie. A teraz podobno jest Prawo i Sprawiedliwość. Kiedyś oszacowałem łączną wartość wsparcia z ulg podatkowych, programów "Rodzina na Swoim" oraz "Mieszkanie dla Młodych" i innych dopłat na jakieś 14-15 mld zł. Z drugiej strony niektórzy szacują, że mniej więcej tyle samo kosztowałby sektor bankowy (w niekorzystnym wariancie) zwrot spreadów pobranych przy wypłacie kredytów frankowych i przy spłacie rat. Tyle, że proponowana przez prezydenta ustawa nawet tego nie gwarantuje. Ona mówi o zwrocie tylko części spreadów i tylko za pewien okres (przed wejściem w życie ustawy antyspreadowej).

      Czytaj: Frankowicze pytają ile państwo dopłaciło do kredytów złotowych? Policzyłem

      Czytaj też: Zero haraczu, czyli co wściekli frankowicze mogą zrobić bankom? Liczę!

      CZY PRZEDAWNIENIE "ROZWIĄŻE" PROBLEM FRANKOWICZÓW? Co dalej? Koniec marzeń o ustawowym odwalutowaniu to nie koniec frankowej batalii, choć oczywiście z miesiąca na miesiąc sytuacja tych, którzy chcieliby cokolwiek od banków odzyskać, gdyż czują się oszukani, będzie trudniejsze. Wszystko przez przedawnienie roszczeń, które w Polsce wynosi dla zobowiązań kredytowych 10 lat i właśnie zaczyna dotykać pierwszych umów z tzw. frankowego boomu. Kto ma kredyt z lat 2003-2006 już wpadł w przedawnienie, w tym roku czerwoną linię przekroczą kredyty z 2007 r. Niektórzy prawnicy twierdzą, że po wejściu w okres przedawnienia nie będzie można podważyć umowy, ale chyba jest to mylnie sformułowany komunikat, który ma zmobilizować frankowiczów do skorzystania z usług prawników i płacenia im pieniędzy. Raczej jest tak, że stopniowo przedawniają się roszczenia związane z zapłatą poszczególnych rat, co zmniejsza "bazę" roszczeń (bo np. największe uderzenie spreadem banku serwowały klientom już przy wypłacie kredytu), ale ich całkiem nie anihiluje.

      Czytaj też: Przykry skutek planu prezydenta? Wytrąci frankowiczom broń z ręki?

      SCENARIUSZ 1: CO BĘDZIE Z USTAWĄ PREZYDENTA? W ciągu kilku miesięcy okaże się czy będzie wspomniany przeze mnie przed chwilą częściowy zwrot spreadów ustawą prezydencką. Jest ona pełna niedociągnięć, ale niewykluczone, że posłowie będą zdeterminowani, by doprowadzić ją do "stanu używalności" i przegłosować. Są dwie okoliczności, które mogą unieważnić projekt prezydencki. Pierwsza to ewentualne działania tej części frankowiczów, którzy są już na wojnie z bankami. Część z nich twierdzi, że wprowadzane w ustawie definicje kredytów walutowych oraz sam fakt uregulowania zwrotu spreadów zmniejsza ich szanse w sądach na zwycięstwa znacznie bardziej spektakularne. Druga okoliczność to wprowadzenie przez banki ewentualnych dobrowolnych rozwiązań zakładających przewalutowanie kredytu po preferencyjnym kursie w zamian za jakąś dopłatę ze strony klienta. Być może posłowie to zobaczą i machną ręką na ustawę albo będą przedłużać prace nad nią w nieskończoność. Brak ustawy może być dobry dla aktywnej części frankowiczów i zły dla tych, którzy nie zamierzali wykonać żadnego ruchu i dostaliby po prostu "prezent" w postaci części nadpłaconych spreadów

      Czytaj też: Prezydent skapitulował w sprawie franków. To ustawa czy pomyłka?

      SCENARIUSZ 2: CO OSIĄGNIE KOMITET STABILNOŚCI FINANSOWEJ? Nie mam wielkiej wiary w to, że wyższe wymogi kapitałowe szykowane dla "frankowych" banków spowodują jakiś cudowny wzrost chęci bankowców do przewalutowania klientom kredytów. Nie ma takich wymogów kapitałowych, które mogłyby sprawić, by bankom opłaciło się wziąć na klatę cały koszt różnic kursowych. Jestem za to dość mocno przekonany, że Komitet Stabilności Finansowej będzie w stanie skłonić banki do przedstawienia oferty "współpłacenia", która może być korzystna dla tych frankowiczów, którzy mają nadwyżki finansowe. Może to być oferta z gatunku "nadpłać kredyt, a kolejną jego część ci umorzymy albo przewalutujemy po preferencyjnym kursie". W najbliższych tygodniach i miesiącach przekonamy się czy polubowna ścieżka wyjścia z frankowej matni w ogóle jest realna i czy istnieją rozwiązania akceptowalne dla banków oraz dla dużej części frankowiczów.

      Czytaj też: Czy Duda uczyni "dobrowolne" cuda? Na co mogą liczyć frankowicze?

      Czytaj też: Wszyscy chcą swatać banki z frankowiczami? Oto możliwe scenariusze

      SCENARIUSZ 3: CO POSTANOWI SĄD NAJWYŻSZY? Wszyscy doskonale wiemy, że jeśli nie zdarzy się coś przełomowego w sądach, to nie będzie masowego runu frankowiczów na wokandę. Przygniatająca większość frankowiczów grzecznie spłaca raty - zresztą większość z tej większości jest na tyle dobrze sytuowana finansowo, że dopóki frank nie będzie po 7 zł to koszty spłacania kredytów nie zabiją ich domowego budżetu - i czeka na cud. Jeśli tym cudem nie będzie ustawa, ani program dobrowolnych przewalutowań proponowany przez banki, to zostaje trzecia opcja - Cud... tfu, Sąd Najwyższy.

      Czytaj też: Omówienia precedensowych wyroków frankowych z ostatnich miesięcy

      Czytaj: Głupia sytuacja? Gdy chcesz zwrotu części rat, a sąd chętnie zwróciłby je całe

      W tym roku najpewniej zapadną pierwsze orzeczenia Sądu Najwyższego w sprawach frankowych wygranych przez klientów w pierwszej instancji (zakładam, że większość wyroków utrzyma się też w drugiej instancji). Gdyby Sąd Najwyższy wydał orzeczenie miażdżące dla banków, to być może odsetek frankowiczów walczących w sądach grupowo i indywidualnie skoczyłby z kilku procent do 15-20%. Ogląd sprawy wyrażony przez Najwyższego będzie nie mniej ważny, niż ogląd wyrażony przez Najważniejszego w Polskim Radiu.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (14) Pokaż komentarze do wpisu „Słowa prezesa o frankach warte ponad 5 mld zł! Co teraz? Dwa pytania i trzy scenariusze”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 10 lutego 2017 13:43
  • czwartek, 12 stycznia 2017
    • Wszyscy chcą swatać banki i frankowiczów? A ja mam już projekt ugody. A nawet cztery! ;-)

      Coraz więcej jest chętnych do tego, by zachęcać banki do dobrowolnego rozwiązywania problemu kredytów frankowych. Chciałby zachęcać prezydent Andrzej Duda (po tym jak udało mu się napisać zniezbyt zachęcającą ustawę ;-)), chciałby zachęcać Narodowy Bank Polski z Komisją Nadzoru Finansowego (zwiększając bankom "frankowym" wymogi kapitałowe), chciałby zachęcać też Minister Finansów (zastanawia się nad wyższym podatkiem bankowym "od franków"). A ostatnio akces do grona "zachęcaczy" zgłosił też Marek Niechciał, szef Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Chciałby on podpisywać z bankami indywidualne porozumienia dotyczące pomocy frankowiczom, które pozwalałyby np. przewalutowywać kredyty po niższym od obecnego kursie lub ustalać frankowiczom górny limit wysokości rat (a więc po przekroczeniu przez kurs franka określonego poziomu bank brałby nadwyżkę na siebie).

      Czytaj też: Taki pakiet, czyli cztery samcikowe pomysły na franka

      Czytaj: Ktoś zamawiał esencję głupoty? Oto najbardziej krwiste historie z blogu

      Czytaj też: Bezprawne polisy i kredyty, czyli najważniejsze wyroki sezonu!

      Nie przeczę, że taki kompromis mógłby być najlepszym sposobem pogodzenia wszystkich racji. Dziś ani banki nie czują się w obowiązku, by wziąć na siebie różnice kursowe i wzrost zadłużenia klientów, ani klienci nie mają ochoty akceptować "spuchnięcia" ich kredytów. I liczą na rozwiązanie "przymusowe", które uzdrowi sytuację "po całości". Jeśli chodzi o tego typu koncepcje, to w grę wchodzi delegalizacja kredytów (lub niektórych zapisów w umowach klientów) przez sąd lub przez państwo. Sądy jednak orzekają jak chcą - jedne tak, inne siak (w ten sposób sprawiedliwości zresztą dochodził będzie nikły procent frankowiczów, najbardziej zdeterminowanych), zaś pomysły na rozwiązanie sporu jakąś ustawą są coraz głupsze i już wiadomo, że ta droga to tylko strata czasu. Nawet PiS, który obiecywał przed wyborami wszystko wszystkim, ustawę o przewalutowaniu kredytów skreślił w pierwszej kolejności z listy obietnic do spełnienia. Pewnym zamiennikiem ustawy mogłaby być porządna ustawa o pozwach zbiorowych, która umożliwiłaby ludziom łatwe, szybkie i tanie dochodzenie roszczeń w grupie. Ta dziś obowiązująca zniechęca konsumentów do korzystania z jej dobrodziejstw. Ale o planach żadnej reformy sporów zbiorowych nie słychać.

      Pozostaje więc próba porozumienia się stron, z lekkim "boostem" ze strony państwa i regulatora, który ma sprawić, że dogadanie się z klientami będzie się bankom opłacało (niższy podatek, niższe wymogi kapitałowe dla banków, które się dogadają). Kłopot w tym, że nawet jeśli bankowcy daliby się namówić na jakiś kompromis - a są już ewidentnie zmęczeni i sądzę, że byliby skłonni zamknąć sprawę za cenę kilku miliardów złotych - to z drugiej strony gotowość "wzięcia na klatę" części kosztów musieliby zgłosić frankowicze. Jakie są potencjalne rozwiązania, które mogłyby przypaść do gustu tej "milczącej większości", która nie chce szwendać się po sądach, lecz czuje się pokrzywdzona? Od razu zaznaczam, że to uczucie pokrzywdzenia będzie można zobiektywizować dopiero po spłaceniu całego kredytu. Wtedy będzie wiadomo czy niższa stopa procentowa opłaci się w zestawieniu z wahliwością kursu waluty, czy też się nie opłaci - i zwrócić będzie trzeba znacznie więcej, niż w przypadku kredytu złotowego.

      Dziś - oceniając poczucie pokrzywdzenia frankowiczów - można jedynie powiedzieć, że w wielu umowach są budzące wątpliwości, nieprecyzyjne zapisy (niektóre sądy uznają, że banki powinny ponieść z tego powodu konsekwencje finansowe), zaś bankowcy zrzucili na klientów zbyt duże ryzyko wahliwości wartości zobowiązania pod nazwą "kredyt" i że powinni część tego ryzyka z nich zdjąć. Ale w jaki sposób? Bankowcy już kilka razy składali klientom propozycje przyspieszonego wyjścia z frankowej matni, choć poziom zachęt był niewielki. BZ WBK oraz Bank Millennium zaproponowały "swoim" frankowiczom przewalutowanie części kredytu po bieżącym kursie franka (czyli "prezentem" byłby tylko brak spreadu), ale za to z gwarancją niskiej marży kredytowej po "przejściu" na złote. To nie są pomysły, które stawiają włosy na głowie - brakuje w nich podstawowego elementu - partycypowania banku w tym co stało się z kursem franka w przeszłości. Dlatego podrzucam bankowcom, UOKiK-owi oraz wszystkim, którzy chcą "swatać" banki z klientami, kilka pomysłów na oferty, które miałyby szansę na pozytywny odbiór choćby wśród części frankowiczów. I mogą przyczynić się do rozwiązania systemowego problemu franków.

      NADPŁACANIE ZA OBNIŻKĘ KURSU. Banki mogłyby złożyć klientom następującą ofertę: nadpłacajcie raty kredytu po kursie bieżącym - stopniowo lub jednorazową transakcją - a w zamian jakąś kolejną porcję kredytu bank pozwoli spłacić po kursie startowym. Ta porcja byłaby odzwierciedleniem wkładu klienta w szybszą spłatę kredytu. Jeśli np. spłacę jednorazowo 10% kredytu po obecnym kursie, to bank mógłby dorzucić do tego możliwość spłacenia kolejnych 10% po kursie z dnia wzięcia kredytu. Zyskają wszyscy: bank będzie miał z głowy sporą część kredytu (a więc zmniejszy się jego ryzyko oraz koszty wynikające z różnych restrykcji nadzorczo-ministraialnych), a klient część długu szybciej spłaci po słabym kursie po to, by móc spłacić kolejny kawałek po kursie bardzo dobrym. Sądzę, że kilka osób dałoby się zmotywować do takiej transakcji.

      NADPŁACANIE ZA PRZEWALUTOWANIE. Rozwinięciem tego pomysłu mogłaby być propozycja, w której bank zachęca klienta do przewalutowania cześci kredytu po preferencyjnym kursie pod warunkiem, że ów klient trochę kredytu spłaci szybciej, niż w harmonogramie. A więc np. nadpłacam 10% kredytu, zaś kolejne 10% bank mi przewalutuje na złote - tworząc drugi kredyt zabezpieczony na tej samej nieruchomości - po preferencyjnym kursie. Oferowany kurs powinien być na tyle atrakcyjny, żeby klientowi opłacało się zaangażować własne oszczędności w spłacenie części kredytu. Kredyt w złotych byłby wyżej oprocentowany, niż frankowy (różnica w stopach procentowych między WIBOR a LIBOR CHF jest wciąż wysoka), ale umorzenie częsci długu przy przewalutowaniu spowodowałoby, że klient by na tej operacji nie stracił.

      NADPŁACANIE ZA MONEY-BACK. Prostym mechanizmem, który mógłby skłonić klientów do dobrowolnego pozbycia się ryzyka kursowego poprzez spłatę części kredytu, jest money-back. Skoro banki płacą klientom za intensywne używanie karty płatniczej, albo za terminową spłatę rat kredytów, to dlaczego nie mogłyby płacić też za to, że klient będzie spłacał kredyt w minimalnie większych porcjach niż te przewidywane w harmonogramie? Zamiast 400 franków co miesiąc spłacam np. 440 franków. I tak spłacam, spłacam, spłacam, aż na koniec roku bank podsumowuje skalę moich nadpłat i np. wypłaca mi premię w wysokości jednej czwartej wysokości moich nadpłat. De facto będzie to oznaczało ograniczenie kosztów klienta wynikajacych z wcześniejszych spłat w taki sposób jak gdyby nadpłacał kredyt po niższym kursie. Tyle, że byłaby to zaplanowana operacja, rodzaj programu lojalnościowego.

      NADPŁACANIE ZA "CZAPKĘ". Nagrodą za to, że klient podejmie finansowy wysiłek i zgodzi się nadpłacać raty kredytu, może być też zagwarantowanie przez bank większego bezpieczeństwa budżetu domowego klienta dla pozostałej części długu. To bezpieczeństwo miałoby postać blokady maksymalnej wysokości raty na jakimś poziomie kursu franka. Klient miałby pewność, że jeśli frank zdrożeje np. powyżej 4,5 zł, to bank weźmie na siebie nadwyżkę. Nadwyżka byłaby zależna od tego ile klient "zainwestuje" w szybszą spłatę kredytu. A więc im więcej klient nadpłaci - jednorazowo lub w ratach - tym niżej będzie ustawiona granica kursu franka, powyżej której bank dopłaca do rat.

      Te wszystkie sposoby mają pewną podstawową wadę - nie nadają się dla osób, które ledwo zipią pod ciężarem rat kredytów frankowych. Bo one, rzecz jasna, nie mają oszczędności. Być może banki mogłyby takim osobom refundować nadpłaty rat jakimś preferencyjnym kredytem w złotych (choć nie mam wiary, że będą się do tego paliły). To, niestety, chyba musi tak być. Jeśli banki mają dobrowolnie - nie przymuszone żadną ustawą, czy wyrokiem Sądu Najwyższego - wziąć na klatę "duże" kilka miliardów złotych kosztów dopłat, to w zamian będą chciały przyspieszyć rozwiązanie problemu franków, czyli po prostu spłatę tych kredytów. Sądzę, że osoby nie radzące sobie ze spłatą rat powinny mieć ułatwioną drogę do skorzystania z innych mechanizmów, które też powinny być częścią kompromisu - upadłości konsumenckiej w przyspieszonej ścieżce, programu wsparcia kredytobiorców (który dziś działa słabo) lub wręcz umorzenia części długu w przypadku wykazania missellingu przy udzieleniu kredytu. Część osób, które dziś nie radzą sobie ze spłatą rat, niestety w ogóle kredytu hipotecznego nie powinny otrzymać. Już w momencie zawierania umowy rata stanowiła 50% ich domowego budżetu lub więcej. Nawet banki doszły do wniosku, że takim osobom mogłyby pomóc z własnej woli.

      Wydaje mi się, że propozycje bankowców dotyczące zachęt do przyspieszonej spłaty rat w zamian za dopłaty, dotacje i preferencje, powinny być ogłoszone dość szybko - zanim Sejm zajmie się ustawą spreadową zaproponowaną przez prezydenta. Pochłonie ona kilka, albo i kilkanaście miliardów złotych "na pusto", nie rozwiązując żadnego problemu. A te same pieniądze, wydane na dopłaty dla osób mogących dobrowolnie nadpłacać swoje kredyty, pomogłyby ograniczyć frankowe ryzyko systemowe. Poza tym nie wiemy jak rozwinie się frankowa batalia sądowa. Wiadomo, że do sądów pójdzie i tak nie więcej, niż 5% frankowiczów, ale im bardziej prokonsumenckie będzie orzecznictwo sądowe w sprawie franków, tym mniej chętnie pozostali będą chcieli nadpłacać raty. Chyba, że jeszcze do tego wszystkiego frank zacząłby tanieć...

      KLIKNIJ I ZAPISZ SIĘ NA NEWSLETTER. Jeśli chcesz być na bieżąco z moimi śledztwami, prześwietleniami, wsiadaniem na koń i interweniowaniem w Waszych sprawach, to zapiszcie się na mój newsletter. Spamu nie rozsyłam, za to raz na jakiś czas dostaniecie ode mnie prezent-niespodziankę, która będzie niedostępna dla innych czytelników. Kiknij baner i zostaw mi swój adres, przyda się!

      "SUBIEKTYWNOŚĆ" OBSYPANA NAGRODAMI. Pod koniec 2016 r. miałem przyjemność odebrać "Nagrodę Dziennikarstwa Ekonomicznego" w konkursie organizowanym przez "Press Club". Nie mam wątpliwości, że tę nagrodę - jak i wszystkie poprzednie - zawdzięczam w dużej części Wam, moim Czytelnikom. Dziękuję za to, że jesteście ze mną i że wspólnie możemy walczyć o lepsze jutro finansowe. Do tej pory odebrałem między innymi nagrody: >>> Dwukrotnie Grand Press: w 2005 r. w kategorii "Dziennikarstwo Specjalistyczne" oraz w 2014 r. Grand Press Economy dla najlepszego dziennikarza ekonomicznego; >>> Nagrodę im. Władysława Grabskiego w konkursie organizowanym przez Narodowy Bank Polski (w 2013 r.); >>> Nagrodę im. Eugeniusza Kwiatkowskiego w konkursie organizowanym przez Uniwersytet Ekonomiczny w Krakowie (w 2011 r.); >>> Nagrodę Specjalną Prezesa UOKiK w konkursie Auxilium et Libertas (w 2012 r.); >>> Nagrodę "Heros Rynku Kapitałowego" przyznawaną przez Stowarzyszenie Inwestorów Indywidualnych (w 2014 r.). 

      NagrodaDziennikarstwaEkonomicznego2016laureatMaciejSamcik995x498

       Poza tym byłem jednym z laureatów nagrody im. Dariusza Fikusa za dziennikarstwo najwyższej próby (w 2014 r.). Cieszyłem się też z nagrody im Mariana Krzaka w konkursie Związku Banków Polskich (w 2004 r.) za publikacje poświęcone sektorowi bankowmu, nagrody Izby Zarządzających Funduszami i Aktywami za publikacje poświęcone inwestowaniu i funduszom inwestycyjnym (2007 r. ), nagrody "Złote Skrzydła"w konkursie Krajowego Rejestru Długów (w 2010 r.) za edukację ekonomiczną, III Nagrody w konkursie "Tylko Ryba nie bierze" organizowanym przez Fundację Batorego za publikacje demaskujące nieprawidłowości w sferze publicznej (w 2006 r.). Byłem też Dziennikarzem Roku Kongresu Gospodarki Elektronicznej (w 2011 r. ) oraz laureatem nagrody Ekonomiczny Blog Roku w konkursie organizowanym przez Money.pl (w 2014 r.)

      dywidenda222O LOKOWANIU OSZCZĘDNOŚCI W AKCJI "DYWIDENDA JAK W BANKU". Od wiosny 2016 r. w blogu trwa akcja "Dywidenda jak w banku", w której zdradzam sposoby na w miarę bezpieczne lokowanie oszczędności inaczej, niż tylko na depozycie bankowym. Zapisując się na newsletter akcji nie przegapicie żadnego z kolejnych tekstów, klipów wideo, webinarów, ani konkursów. W akcji bierze też udział Longterm.pl, najstarszy bloger zajmujący się inwestowaniem długoterminowym - Giełda Papierów Wartościowych oraz Stowarzyszenie Inwestorów Indywidualnych. Zapraszam do odwiedzenia strony akcji "Dywidenda jak w banku". Obejrzyjcie też jak - wspólnie z Longtermem - mierzyliśmy się z lękami związanymi z lokowaniem oszczędności, zwiedzaliśmy kasyno, udaliśmy się na ryby. Zabawne i pouczające.

      Więcej na ten temat czytajcie na stronie akcji (www.dywidendajakwbanku.pl)

      A TERAZ... CHŁOŃ SUBIEKTYWNOŚĆ TAK JAK LUBISZ. Subiektywność jest multifunkcyjna i się często dyslokuje ;-). Można ją spotkać tu i tam. W internecie, mediach społecznościowych, na wideo, w prasie, książkach oraz na spotkaniach, odczytach, konferencjach - wszędzie tam, gdzie mówi się o pieniądzach. Blog "Subiektywnie o finansach" codziennie, od ponad siedmiu lat, zapewnia niezbędną dawkę wiedzy o Waszych pieniądzach. Prześwietlanie produktów finansowych, ekskluzywne wiadomości o nowych produktach oraz piętnowanie skandalicznych praktyk i interwencje w Waszych sprawach. Dołącz do dziesiątek i setek tysięcy czytelników - codziennie zaglądaj na samcik.blox.pl, nowy wpis wpada tu zwykle tuż po godz. 9.00. Jeśli chcesz wiedzieć jeszcze więcej i ze mną podyskutować, zostań fanem blogu na Facebooku (jest nas już 37.000!), na Twitterze (tu wraz ze mną rządzi blisko 10.000 followersów). Zapraszam też do bezpośredniego kontaktu mejlowego:  maciej.samcik@gazeta.pl. Postaram się odpowiedzieć na każdy e-mail, choć nie obiecuję, że odpowiem szybko ;-).

      autopromo4

      autopromo2

       

       

       

       

       

       

      ZOBACZ MOJE PROGRAMY WIDEO! Zapraszam do obejrzenia pierwszego sezonu tygodnika wideo "Kasownik Samcika". Jest tam o sprytnych sposobach na oszczędzanie, o studiowaniu, pracowaniu, zaciąganiu kredytu hipotecznego, o zakupach, kontach bankowych, ubezpieczeniach, lokatach, podatkach... Poza poradami w każdym wydaniu czerstwy żart prowadzącego :-)), ciekawostka o pieniądzach oraz finansowy trik Samcika. Zapraszam do obejrzenia wszystkich zeszłorocznych odcinków. Wkrótce kolejna seria! Zapraszam do subskrybowania kanału YouTube "Subiektywnie o finansach"  

      Zapraszam też do obejrzenia cyklu wideo "Od oszczędzania do inwestowania", w którym opowiadam o tym jak małymi krokami zabrać się do oszczędzania pieniędzy i co można zrobić, żeby namnażały się szybciej.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (25) Pokaż komentarze do wpisu „Wszyscy chcą swatać banki i frankowiczów? A ja mam już projekt ugody. A nawet cztery! ;-)”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 12 stycznia 2017 08:54
  • wtorek, 13 grudnia 2016
    • Głupia sytuacja? Gdy żądasz zwrotu części rat, a sąd na to, że... chętnie zwróciłby wszystkie ;-)

      W ostatnim czasie zapadło kilka wyroków sądowych, które tchnęły nadzieję w serca tej części frankowiczów, która myśli o unieważnieniu lub policzeniu na nowo swoich kredytów. Jest już mniej więcej jasne, że znajdujące się w umowach kredytów indeksowanych do franka klauzule dotyczące przeliczania walut są abuzywne. Wprawdzie nie wszyscy sędziowie tak orzekają, ale duża część z nich już podejmuje ryzyko zakwestionowania orzecznictwa Sądu Najwyższego. W zeszłym roku "Najwyższy" uznał, że abuzywna jest tylko połowa klauzuli indeksacyjnej i że w związku z tym trzeba trzeba znaleźć sprawiedliwy sposób przeliczania kredytów, nie zaś wykreślać indeksację z umowy w całości. Widziałem ostatnio przynajmniej dwa wyroki, które unieważniły kredyt frankowy (oba nieprawomocne), a sędziowie ostro krytykowali "Najwyższy". Dziś dwa słowa o nówce-sztuce, czyli o prawomocnym wyroku, który co prawda nie unieważnił kredytu we frankach, ale... mógłby. Sąd aż przebierał nóżkami, żeby to zrobić. Dlaczego więc unieważnienia nie było?

      Czytaj też: Sąd unieważnił kredyt frankowy. "Nawet bank nie znał treści tej umowy"

      Czytaj też: Parszywa dwudziestka, czyli wyrok, który może kosztować... pół miliarda

      Sprawa o sygnaturze akt XXVII Ca 678/16, badana przez Sąd Okręgowy w Warszawie, dotyczyła kredytu tzw. starego portfela w mBanku. Klienci podpisali umowę w sierpniu 2006 r., zaś w momencie udzielania kredytu jego wartość wynosiła 373.000 zł (miał być spłacany przez 30 lat). Oprocentowanie na starcie wynosiło 2,65% plus 1% dodatkowej marży w okresie ubezpieczenia kredytu. W 2010 r., czyli po czterech latach spłaty, klienci zaczęli słać do banku prośby o obniżenie oprocentowania, bo zauważyli, że bank - zmieniając oprocentowanie decyzją zarządu - nie nadążą za spadkami stawki LIBOR, która dziś jest punktem odniesienia do większości spłacanych przez klientów kredytów frankowych. Bank odpisał, że obniża oprocentowanie tak, jak mu podpowiadają analizy i że inaczej nie może. Klient uznał, że może i poszedł do sądu. W pierwszej instancji przegrał z kretesem. Sąd uznał, że klauzula mówiąca o zmianie oprocentowania nie jest w całości abuzywna, bo nie można powiedzieć, że rażąco narusza interesy klienta (choć rzeczywiście jest zbyt ogólna).

      Klient się odwołał i w drugiej instancji... sąd poszedł na całość. Oczywiście uznał roszczenia klienta, przyznając mu zwrot ok. 10.000 zł nadpłaconych rat wynikających z niewystarczającego obniżenia oprocentowanie kredytu przez bank, przy okazji zmiażdżył też ów wyrok Sądu Najwyższego, który stał się podstawą wyroku zapadłego w pierwszej instancji:

      mbankskan1wyrok

      Argumentacja dotycząca abuzywności klauzuli zmieniającej oprocentowanie jest dość typowa, więc nie będę jej tu omawiał. Ale przyjrzę się ostatniemu fragmentowi uzasadnienia prawomocnego - przypomnijmy - wyroku. Sąd zauważa w nim, że wprawdzie klienci jako jeden ze swoich argumentów przytaczali fakt, iż cała umowa może być nieważna z powodu "lewej" klauzuli, jednak "z tak daleko idącym powództwem nie wystąpili". Ale gdyby wystąpili, to - tak wynika z uzasadnienia - sąd z przyjemnością by nieważność orzekł, bo "warunki zmiany oprocentowania kredytu stanowią niezbędny element treści umowy kredytu". A skoro ten element umowy został określony w sposób nieprecyzyjny, to cała umowa nie może być ważna w świetle Prawa bankowego.

      mbankwyrokskan2

      Krótko pisząc: sąd doszedł do wniosku - w ramach uzasadnienia prawomocnego wyroku - że gdyby tylko klient chciał unieważnienia kredytu, to takie orzeczenie by dostał. Nie dostał tylko dlatego, że o nie w ogóle nie wnioskował. A sąd nie może klienta uszczęśliwiać na siłę, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że skutek byłby bardzo doniosły - konieczność spłacenia początkowej kwoty kredytu natychmiast i zwolnienie hipoteki przez bank. Nie wiem czy klient ma teraz moralnego kaca, ale jego prawnik na pewno ;-)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Głupia sytuacja? Gdy żądasz zwrotu części rat, a sąd na to, że... chętnie zwróciłby wszystkie ;-)”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 13 grudnia 2016 09:01
  • wtorek, 08 listopada 2016
    • Frankowicze wygrywają wszystko i wszędzie? Te - bardzo świeże - wyroki mrożą krew w żyłach

      Nie ma tygodnia, by któraś z kancelarii prawniczych, zajmujących się sprawami frankowymi, nie informowała o sukcesach w postaci jakiejś nowo-wygranej sprawy. Czytając to wszystko można dość łatwo dojść do przekonania, że banki w Polsce z frankowiczami przegrywają już wszystko i wszędzie. Jest to w pewnym sensie w interesie kancelarii prawniczych specjalizujących się w sprawach frankowych, bo napędza im biznes. Sporo się ostatnio nasłuchałem od klientów kancelarii, że są traktowani jak worki kartofli, bo prawnicy nie są w stanie "obrobić" wszystkich trafiających do nich spraw. I że ceny, jakie są przez prawników wyznaczane, zaczynają przypominać nie mniejszą lichwę, niż kredyty, które są przedmiotem sporu. I że prawnicy opowiadają klientom dyrdymały nie z tej ziemi. Ktoś wygrał jeden proces o unieważnienie umowy kredytowej i już prezentuje się jako "specjalista od unieważniania umów". Ktoś inny wykazał abuzywność w jednym procesie i już jest "specem od abuzywności" (mimo, że trzy procesy w tej samej sprawie wcześniej przegrał).

      Rzeczywiście, nie ma co kryć, że linia orzecznicza w sprawie franków się w sądach zmienia i łatwiej niż jeszcze rok-dwa lata temu wygrać sprawę o unieważnienie kredytu, o jego odwalutowanie albo o zwrot spreadów. Pomagają w tym niewątpliwie bardzo ostre wystąpienia Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów oraz Rzecznika Finansowego, którzy ścigają się w radykalnych poglądach na franki. Ale wciąż nie jest też tak, że każdy kto idzie do sądu w sprawie frankowej od razu wygrywa. Stosunkowo łatwo jest zablokować egzekucję w przypadku wypowiedzenia kredytu frankowego przez bank - w ramach sprzeciwu dość dobrze sprawdza się argument klienta, że kwota wierzytelności została przeliczona według nieprezycyjnej, abuzywnej klauzuli w umowie kredytu - ale jeśli chodzi o sprawy o unieważnienie kredytów lub ich odwalutowanie wciąż czekamy na wyrok Sądu Najwyższego, który "odkręciłby" dotychczasowe orzecznictwo najwyższej instancji, które część sędziów rejonowych i okręgowych zaczęła olewać, a część - wciąż respektuje.

      Czytaj też: Pięć dowodów na to, że zbliża się frankowe przesilenie. Mów mi "wieszczu" ;-)

      Czytaj też: Tak załatwili sprawę kredytów frankowych w innych krajach

      Dziś - trochę na kontrze do opowieści prawników, którzy często obiecują klientom gruszki na wierzbie - biorę na warsztat dwa wyroki, które zapadły raptem kwartał temu i zupełnie nie pokrywają się z tym, co piszę średnio raz w tygodniu w blogu (i co piszą moi koledzy-dziennikarze w różnych mediach) - że banki przegrywają w sprawie franków na całej linii. Owszem, coraz więcej przegrywają, ale wciąż nie można powiedzieć, że frankowi prawnicy kroczą wyłącznie od zwycięstwa do zwycięstwa. W pierwszej sprawie, którą teraz opiszę, przedmiotem sporu był kredyt w mBanku z maja 2008 r., czyli z bardzo złego "rocznika". Klientka poszła do sądu wyciągając najcięższe armaty - w pozwie jej prawnicy domagali się albo odwalutowania kredytu (i traktowania go tak, jakby od początku był oprocentowany według stawki WIBOR plus 2%), albo unieważnienia umowy. Powołali się na abuzywność klauzuli przeliczeniowej (czyli słynny art. 385 Kc), na wrzucenie do kredytu "instrumentu finansowego" (czyli opcji walutowej), na wprowadzenie w błąd przez sprzedawców zapewniających, że kurs waluty obcej może się wahać co najwyżej w zakresie plus-minus 20%, a nawet na "nadzwyczajną zmianę stosunków", jaką był szalony wzrost kursu franka.

      Bankowcy oczywiście oparli się na sprawdzonym argumencie, że zmiana zasad umowy, której żąda klientka, zmierzałaby do "zmiany charakteru stosunku prawnego", czyli przerobienia kredytu złotowego waloryzowanego kursem franka szwajcarskiego do złotowego niewaloryzowanego. Warto zauważyć, że nawet bankowi prawnicy nie używali argumentu, że ten kredyt jest kredytem "frankowym" lub "walutowym". I nawet nie bronili się zbytnio przed uznaniem klauzuli waloryzacyjnej za abuzywną. Ich linia obrony ograniczała się do tego, że po wyrzuceniu z umowy "lewych" klauzul nie może być tak, że zamiast regulować sprzedaży jabłek zaczyna ona regulować sprzedaż gruszek. A jeśli chodzi o zarzut dotyczący nieważności umowy, to bankowcy oczywiście stwierdzili, że unijny Trybunał Sprawiedliwości uznał już, że kredyt waloryzowany nie jest instrumentem finansowym, inwestycyjnym, ani opcją walutową. Bankowcy podnieśli też argument, że kredytobiorczyni jest główną księgową, więc ogarnia sprawy finansowe, a kredyt spłaca od pewnego czasu bezpośrednio we frankach, więc ominęła sobie trefną klauzulę korzystając z ustawy, która na to pozwala.

      Sąd obejrzał argumenty obu stron, po czym wydał wyrok, który w całości oddalił roszczenia klientki. Zaczynając od najbardziej radykalnych żądań pozwu sąd uznał, że zmiana kursu waluty obcej nie jest niczym nadzwyczajnym, a już na pewno nie jest "nadzwyczajną zmianą stosunków" w rozumieniu art. 357 Kc (a taka zmiana stosunków dałaby możliwość zmodyfikowania lub unieważnienia umowy). I że przy umowie zawartej na kilkadziesiąt lat tylko brak należytej staranności po stronie klienta mógłby doprowadzić do konkluzji, że nie zdawał sobie sprawy z możliwości ogromnych wahań kursu. Sąd uznał też, że nie mógłby zaingerować w umowę choćby z tego względu, że "strony uprzednio zmodyfikowały umowę kredytu, uwzględniając zaistniałą zmianę stosunków" (a więc spisując aneks pozwalający spłacać raty bezpośrednio we frankach). Sąd nie zgodził się z tezą, że klientka nie została właściwie poinformowana o tym jaki produkt w banku kupiła, a dość szybko prześlizgując się po problemie abuzywności klauzuli waloryzacyjnej powiedział, że przecież wszystkie umowy taką mają i nikt się tym nie przejmuje :-)). A poza tym strony już sobie same poradziły z klauzulą waloryzacyjną poprzez jej "ominięcie".

      mBankwyroklodz

      Można mieć wątpliwości co do niektórych spostrzeżeń sądu, np. większość sędziów dziś nie uważa, by wejście w życie ustawy o możliwości spłacania rat bezpośrednio we frankach usuwało abuzywność z umowy. Ale jednak sąd w dwóch instancjach nie zgodziły się ani z "niekredytowością" tego kredytu (a przecież nie dalej jak kilka dni temu pisałem Wam o kopernikańskim przewrocie w Toruniu, gdzie sędzia uznał, że kredyt frankowy nie jest żadnym kredytem), ani z "nadzwyczajną zmianą stosunków", ani z abuzywnością klauzuli waloryzacyjnej.

      Korzystnymi dla siebie wyrokami sądów pochwalił się w ostatnich godzinach również Bank Millennium. Co prawda są to wyroki nieprawomocne i - przynajmniej w jednej ze spraw - wygrana banku zdaje się wynikać z dość ryzykownej strategii procesowej obranej przez klienta, ale... fakt jest faktem. Pisząc o ryzykownej strategii procesowej mam na myśli próbę udowodnienia, że wzrost kursu franka był "nadzwyczajną zmianą stosunków". Klient domagał się takiego przeliczenia kredytu, by maksymalną zmienność raty kredytu sąd ustalił mu na 15-30% od kursu startowego motywując to faktem, że w banku nie uświadomiono mu, że z frankiem może być aż tak źle. Sąd stwierdził, że zmiana kursu waluty obcej, nawet bardzo duża, "mieści się w zwykłym ryzyku kontraktowym stron". I że "zmiany kursów walut są normalnym zjawiskiem, których przewidzenie nie wymaga ponadprzeciętnej wiedzy". To kiepska z punktu widzenia, ale możliwa do przewidzenia wykładnia prawa. Nie znam przypadku, by jakikolwiek frankowicz ugrał coś w sytuacji, gdy jego główny argument polegał na stwierdzeniu, że nie spodziewał się wzrostu kursu w tak dużym stopniu. 

      Drugi z wyroków, którymi pochwalił się Bank Millennium, to już grubsza sprawa. Klient zażądał przeliczenia swojego kredytu w taki sposób, by raty mógł spłacać po kursie średnim NBP, czyli bez spreadu. Powołał się przy tym na abuzywność klauzuli przeliczeniowej. O ile duża część prawników wywodzi z tej abuzywności albo przepoczwarzenie kredytu w złotowy (bo "wygumkowanie" przeliczania oznacza, że żadnego przeliczania na franki być nie powinno) albo wręcz jego unieważnienie (bo umowy o kredyt indeksowany do obcej waluty bez określenia zasad jego spłaty w złotych nie da się wykonać), to w tym przypadku roszczenie klienta zatrzymało się na zwrocie spreadu. Zapewne chodziło o to, żeby nie rozjuszać sądu zbytnią chciwością i mieć większą szansę na wygraną.

      Ale wszystko na nic. Wyrok Sądu Okręgowego w Warszawie, I C 3561, co prawda jeszcze nieprawomocny, ale za to bardzo świeży - bo z września tego roku - rozbija w pył wszystkie osiągnięcia frankowiczów z ostatnich miesięcy. Już na sam początek sędzia zadał szyku, bowiem stwierdził, że co prawda taka sama klauzula przeliczeniowa, która znalazła się w umowie klienta z bankiem, została uznana przez Sąd Ochrony Konkurencji i Konsumentów uznana za abuzywną, ale to nie musi wcale oznaczać, że jest abuzywna w danej umowie. Jeśli dobrze rozumiem chodzi o to, że abuzywność dotycząca wzorca umowy to nie to samo, co abuzywność zapisu konkretnej umowy (nawet jeśli co do literki jedno zgadza się z drugim). Ciekawe, prawda?

      mille1wyb

      Potem sędzia doszedł do wniosku, że klauzula przeliczeniowa, owszem, może i jest abuzywna, ale jej wyrzucenie z umowy oznaczałoby, że ta umowa zmieniłaby sens w zbyt dużym stopniu, "a przecież nawet powód nie negował samej dopuszczalbości i konieczności stosowania jakiegoś mechanizmu kursowego, a jedynie kwestionował ten stosowany przez bank".

      mille2

      Na koniec sąd orzekł, że abuzywność abuzywnością, ale klient powinien udowodnić, że stosowane przez bank kursy były nierynkowe, bo inaczej trudno będzie mu wykazać, że stosowanie przez bank "lewej" klauzuli przyniosło mu jakieś straty. A gdyby nie było strat, które bank mógłby pokryć, to nie ma i czego się domagać od bankowców - rozłożył ręce sędzia. Po czym powołał biegłego, który ocenił, iż spread stosowany przez bank (3,1% odchylenia od kursu NBP) nie był jakoś szczególnie nierynkowy. Gdyby klient miał sobie sam kupować franki, to taniej by mu nie wyszło. Gdyby jednak wyszło i gdyby miał bankowi za złe, że spread jest jednak za wysoki, mógłby spłacać raty bezpośrednio we frankach, bo prawo gwarantuje mu taką opcję.

      mille3wyr

      Niefajnie, prawda? Nie da się jednak ukryć, że dopóki nic nie unieważniło niekorzystnych dla klientów postanowień Sądu Najwyższego sprzed ponad roku, to będą się zdarzały wyroki, które pójdą właśnie po tej linii. Bo nie każdy sędzia w sprawie frankowej będzie gotów polemizować z Sądem Najwyższym. Tylko w sprawach wytoczonych przez klientów jednemu mBankowi naliczyłem w tym roku trzy prawomocne i siedem nieprawomocnych wyroków na niekorzyść klientów.  Bank Millennium też chwali(?) się, że nie ma na koncie żadnego prawomocnego i niekorzystnego dla siebie wyroku w sprawie franków. A to oznacza, że decydująca rozgrywka w sprawie franków jeszcze wciąż przed nami.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (18) Pokaż komentarze do wpisu „Frankowicze wygrywają wszystko i wszędzie? Te - bardzo świeże - wyroki mrożą krew w żyłach”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 08 listopada 2016 18:09
  • poniedziałek, 24 października 2016
    • Masz kredyt w tym banku? Stracisz dostęp do placówek. Uważaj też na spready i składki

      Podpisujesz wieloletnią umowę z "normalnym" bankiem, mającym oddziały, infolinię, sieć bankomatów. Po kilku latach dowiadujesz się, że twoja umowa będzie realizowana przez zupełnie inny bank - bez oddziałów, bez niektórych usług dodatkowych, bez możliwości osobistego kontaktu z pracownikami. Nie możesz wypowiedzieć umowy, ani przenieść jej do innego banku, bo żaden bank już takich umów nie zawiera. Jesteś skazany na serwis zupełnie inny, niż ten, na który się umawialiście i nie możesz nic zrobić. Nieprawdopodobne? To się niestety już raz zdarzyło, a za chwilę zdarzy się po raz drugi i to na znacznie większą skalę. Pamiętacie moje wpisy poświęcone bankowi DNB? Był normalnym bankiem detalicznym, w dodatku z przyzwoitymi produktami i fajną jakością obsługi. Niestety, został przejęty przez Getin Bank, ale nie w całości - bez kredytów hipotecznych. Ich posiadacze stali się klientami "wyrobu bankopodobnego" - bez placówek i z utrudnioną możliwością realizowania niektórych obowiązków.

      Teraz dokładnie ten sam scenariusz będzie realizowany w przypadku Banku BPH. W pierwszych dniach listopada zacznie się proces przejmowania majątku Banku BPH przez Alior Bank. Fuzja, warta ponad 1,6 mld zł, obejmuje wszystkich klientów i posiadane przez nich produkty, ale z jednym wyjątkiem - Alior nie przejmuje klientów kredytów hipotecznych BPH. Powód jest dość oczywisty są to kredyty frankowe, które generują liczne ryzyka i nowy właściciel Banku BPH nie ma ochoty się pakować w to bagno. Kredyty hipoteczne udzielone przez GE Money Bank oraz przez Bank BPH (te dwie marki jakiś czas temu się połączyły) zostaną w "nibybanku" zajmującym się wyłącznie obsługą "hipotek". Niewykluczone, że w podobnym modelu wkrótce zostanie sprzedany należący do Austriaków Raiffeisen Polbank - jego potencjalny nabywca zapewne również będzie chciał wyłączyć z transakcji kredyty hipoteczne.

      Czytaj też: Bank BPH stanie się częścią Alior Banku. Jakie zmiany czekają posiadaczy kont, kart kredytowych oraz depozytów?

      Dla klientów Banku BPH nadchodzi więc kilka bolesnych zmian oraz kilka ryzyk, które mogą się zmaterializować lub nie. Po pierwsze: ich kredyty nie będą już obsługiwane przez żadne placówki. Będzie można się kontaktować z infolinią, wysłać do banku e-mail, zwykły list albo wejść na stronę internetową i skorzystać z formularza kontaktowego. To dla niektórych kredytobiorców może okazać się niewygodne, a dla wszystkich - zwiastować turbulencje przy składaniu jakichkolwiek reklamacji, czy próśb. Bank, który nie ma pracowników ani oddziałów w całej Polsce wcale nie musi rozpatrywać reklamacji, pretensji oraz klientowskich próśb ani tak sprawnie, ani tak chętnie, jak do tej pory. Klienci kredytów hipotecznych - a jest ich prawdopodobnie niecałe 100.000 - zostaną pozbawieni nie tylko możliwości pójścia do oddziału i spotkania tam pracowników, ale i automatycznej spłaty rat kredytów z konta osobistego lub walutowego (bo Bank BPH przestanie prowadzić takie ROR-y, odda je do Aliora).

      Na szczęście Bank BPH dogadał się z Aliorem przynajmniej co do tego, że w placówkach aliorowskich będzie można regulować raty kredytów gotówką (a więc również spłacać franki zakupione w kantorze) bez dodatkowych opłat. Nie wiadomo natomiast czy bez kolejek i bez kłopotów, bo Alior ma 3 mln klientów i jego oddziały mogą być bardziej obciążone obsługą różnych spraw (choć przez pewien czas przejęte przez Aliora placówki będą zapewne działały pod marką BPH, więc być może idąc do tego samego oddziału co zwykle będzie można zostać obsłużonym "po staremu"). No i trzeba się liczyć z tym, że przyniesienie franków lub złotówek do oddziału Aliora nie będzie oznaczało automatycznie, że rata jest spłacona. Zanim te pieniądze zostaną zaksięgowane na koncie kredytu może upłynąć dzień lub dwa. Bank BPH obiecuje, że w przypadku kredytów, których marża jest uzależniona od posiadania innych produktów (jak konto osobiste, karta kredytowa), będzie zachowana obecnie obowiązująca marża, niezależnie od tego, czy klienci będą korzystać z tych produktów w przyszłości. Wyjątek stanowią ubezpieczenia indywidualne i grupowe na życie i od utraty pracy, które nadal będą obsługiwane przez Bank BPH i ich kontynuowanie będzie wymagane.

      Brak placówek, brak możliwości automatycznej spłaty kredytu z konta w BPH i dłuższy okres księgowania wpłat gotówkowych to negatywne konsekwencje, których uniknąć się nie da. Ale najgroźniejsze są potencjalne kłopoty wynikające z faktu, że Bank BPH będzie obsługiwał wyłącznie kredyty hipoteczne. Nie będzie mógł, ani chciał, tak jak "normalne" banki, utrzymywać nierentownych kredytów hipotecznych i zarabiać na innych produktach posiadanych przez klienta. Co to oznacza? Pewności nie ma, ale potencjalne ryzyka to bardziej restrykcyjne przestrzeganie zapisów umów (bezwzględne egzekwowanie kar za każde niedopatrzenie klienta), szybsze i pod każdym dozwolonym umową pretekstem wypowiadanie klientom umów (im szybciej bank pozbędzie się kredytów - tym lepiej), a niewykluczone, że i wyższe spready walutowe oraz wyższe składki obowiązkowych ubezpieczeń.

      Bank, dla którego reputacja jest już nieistotna, bo nie walczy o nowych klientów i nie prowadzi już innej działalności w Polsce, może nie przejmować się, że klienci będą narzekali, pismaki skrobali kąśliwe artykuły, a organizacje konsumenckie słały protestacyjne listy. Klienci banku DNB - będący w analogicznej sytuacji jak ta, w której znajdą się za chwilę posiadacze kredytów hipoteczych BPH - przekonali się już, że jeśli bank już "nic nie musi", to nie musi też być ani miły dla klientów , ani uprzejmy, ani ludzki. Być może moje czarnowidztwo nigdy się nie spełni i Bank BPH będzie dla swoich hipotecznych klientów - którzy nie mogą nigdzie uciec, bo ich walutowe kredyty hipoteczne są "nierefinansowalne" - niezwykle sympatycznym bankiem. Na pewno nie będzie już kolejek w oddziałach ;-)). Jednak nie da się ukryć, że takie sytuacje, jak wydzielanie długoterminowych umów do obsługi przez "nibybank", niosą dla klientów nie tylko ryzyko niższego standardu obsługi, ale i wyższych kosztów kredytu (odpukuję w niemalowane). Szczegóły szykujących się zmian dla klientów Banku BPH są pod tym linkiem.

      OBEJRZYJ TRZECI ODCINEK "KASOWNIKA SAMCIKA". To mój nowy tygodnik wideo. W trzecim odcinku głónym tematem są sprytne sposoby na oszczędzanie, a w poprzednich było m.in. o studiowaniu, pracowaniu, czy zaciąganiu kredytu hipotecznego. Poza poradami finansowymi w każdym wydaniu solennie obiecuję czerstwy żart prowadzącego :-)), ciekawostkę o pieniądzach oraz finansowy trik Samcika. Żeby nie przegapić kolejnych odcinków - zapraszam do subskrybowania kanału YouTube "Subiektywnie o finansach"  

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (8) Pokaż komentarze do wpisu „Masz kredyt w tym banku? Stracisz dostęp do placówek. Uważaj też na spready i składki”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 24 października 2016 10:10
  • piątek, 21 października 2016
    • W Toruniu drugi przewrót kopernikański? Sędzia wzruszył... banki: "To w ogóle nie jest kredyt!"

      Toruń wydaje się być właściwym miejscem do tego, by postawić wszystko do góry nogami (lub też ustawić normalnie to, co do tej pory stało na głowie - to zależy od punktu widzenia ;-)), więc nie dziwi mnie, że właśnie tam zapadł bodaj pierwszy aż tak radykalny wyrok sądowy w sprawie dotyczącej franków szwajcarskich. Wcześniej sądy - o ile w ogóle stawały po stronie konsumentów, bo z tym różnie bywało - mówiły przede wszystkim o abuzywności klauzuli dotyczącej spreadu (albo tylko części tej klauzuli), albo dochodziły do wniosku, że umowy nie da się wykonać, więc trzeba ją unieważnić. Ale sąd w Toruniu... poszedł na całość, stwierdzając, że to w ogóle nie jest żaden kredyt. Owszem, podobne spojrzenie nie tak dawno zaprezentował Rzecznik Finansowy, a potem Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów, ale w obrocie "sądowym" aż tak radykalny pogląd do tej pory się nie znalazł. Jednak w Toruniu już raz wzruszono ziemię i wstrzymano słońce, więc nic dziwnego, że teraz doszło do powtórki ;-). Dla fanów czytania wyroków mam tu link pod którym znajduje się pełne uzasadnienie wyroku.

      Spór, który zaprowadził bank i jego klientkę na salę sądową, dotyczył kredytu w wysokości 88.000 franków szwajcarskich, zawartego jeszcze w 2005 r., czyli w nie najgorszym dla kredytów frankowych momencie. Kredyt był krótkoterminowy, miał zostać spłacony do 2011 r. Klientka wpadła jednak w tarapaty i pieniędzy nie oddała. Bank zażądał zwrotu nieco ponad 42.000 franków. Targi, próby restrukturyzacji i przepychanki trwały przez kilka lat, ale ostatecznie wszystko skończyło się w sądzie. W kwietniu 2016 r. ów sąd wydał - na prośbę banku - nakaz zapłaty, co otworzyło drogę do przysłania klientce komornika. Klientka nie w ciemię bita złożyła sprzeciw i stwierdziła, że bank nie udowodnił, iż ona jest mu winna akurat tyle złotówek, ile zażądał od niej. Zwłaszcza, że znalazła w umowie klauzule abuzywne, które mogą powodować wystrzelenie umowy w kosmos. W mieście Kopernika nikogo nie zdziwiłby taki finał tej historii ;-)).

      Czytaj też: Tak w Europie rozprawiają się z frankami. Chorwacja, Serbia, Rumunia...

      Sprzeciw do nakazu zapłaty trafił na ręce sądu odwoławczego, a ten podrapał się w głowę i stwierdził, że "za uzasadnione uznać należy zarzuty pozwanej dotyczące nieważności umowy w związku z zawartymi w niej niedozwolonymi klauzulami umownymi". Sąd oparł swoje rozumowanie na art. 69 ust. 1 Prawa bankowego, z którego wynika, że na mocy umowy kredytu bank zobowiązuje się "oddać do dyspozycji kredytobiorcy na czas oznaczony w umowie kwotę środków pieniężnych z przeznaczeniem na ustalony cel", a kredytobiorca zobowiązuje się "do korzystania z niej na warunkach określonych w umowie, zwrotu kwoty wykorzystanego kredytu wraz z odsetkami w oznaczonych terminach spłaty oraz zapłaty prowizji od udzielonego kredytu". Przepis jak przepis, ale... sąd zauważył, że umowa zawarta między bankiem i klientem jest umową kredytu walutowego. I w tym momencie coś zaczęło sądowi zgrzytać.

      "Ustawa prawo bankowe nie zawiera legalnej definicji umowy kredytu walutowego. Odwołując się do zasad interpretacji językowej, za kredyt walutowy uznać należy zatem kredyt, który jest określony w walucie obcej, w tejże walucie obcej jest wypłacony i w walucie obcej jest spłacony"

      - zaczął kombinować Wysoki Sąd, pomijając cały prawniczy spór dotyczący tego czy kredyty wolno waloryzować jednocześnie LIBOR-rm i kursem franka, czy też może jednak nie wolno. Cóż, tu sąd zatrzymał się na konkluzji, że klient franka szwajcarskiego nie widział nawet w bankowej gablocie. Na poparcie tych budzących grozę i zniesmaczenie faktów sędzia znalazł w §39 bankowego regulaminu udzielania kredytów walutowych zapis, że "kredyty w walutach wymienialnych uruchamiane są w złotych, przy zastosowaniu kursu kupna walut obowiązującego w banku w momencie wypłaty". I że "kredyty w walutach wymienialnych spłacane są w złotych, przy zastosowaniu kursu sprzedaży waluty obowiązującego w banku w momencie spłaty lub w walucie, w której zostały udzielone". W umowie klientki z bankiem, która była przedmiotem sporu, stało jak wół, że kredyt został uruchomiony w złotych. Czyli nie pasował do wcześniej zacytowanej definicji kredytu walutowego.

      "Tak skonstruowana umowa nie stanowi umowy kredytu, zawiera bowiem liczne odstępstwa od definicji zawartej w prawie bankowym. Do essentialia negoti umowy kredytu bankowego należy bowiem określenie kwoty kredytu i waluty kredytu, określenie oprocentowania i zasad jego zmiany, cel kredytu i wysokość prowizji (...). W omawianej sprawie wartość kredytu wyrażona została we franku szwajcarskim, natomiast wypłata i ustalenie wysokości raty odnosiło się do złotych. W tej sytuacji kredytobiorca nigdy nie spłaca nominalnej wartości kredytu. Cecha ta stanowi znaczące odejście od ustawowej konstrukcji kredytu, której elementem przedmiotowo istotnym jest obowiązek zwrotu kwoty otrzymanej"

      - uznał sąd. Jego zdaniem jeśli kwota kapitału do zwrotu jest ruchoma, to nie jest to kredyt, tylko coś dziwnego. Jest to o tyle ciekawe spojrzenie, że - gdyby się ugruntowało - pozwalałoby unieważniać zarówno umowy kredytów indeksowanych do franka szwajcarskiego, jak i denominowanych w szwajcarskiej walucie (do tej pory trudnych do podważenia). Do tej pory argument o tym, że wahająca się złotowa wartość kapitału do spłaty słabo widzi się z polskim prawem bankowym nie znajdował zbytniego posłuchu wśród sędziów. Większość z nich przekonywał kontrargument Sądu Najwyższego, że "kredytobiorca może być zobowiązany do zwrotu bankowi sumy pierwotnie wykorzystanego kredytu, ale taka wykorzystana suma może mieć inną wartość rynkową w okresie spłaty kredytu".  Sąd, poza zakwestionowaniem umowy jako "kredytu" oświadczył też, że jego zdaniem spread jest ukrytą prowizją banku. Bo skoro kredytobiorca, zaciągając i spłacając kredyt nawet tego samego dnia i przy niezmienionym kursie waluty, musiałby spłacić więcej, niż pożyczył, to coś tu nie gra. Sąd doszedł też do wniosku, że bank przyznał sobie prawo do jednostronnego regulowania wysokości rat kredytu.

      "Skoro bank może wybrać dowolne i niepoddające się weryfikacji kryteria ustalania kursów kupna i sprzedaży walut obcych, stanowiących narzędzie indeksacji kredytu i rat jego spłaty, wpływając na wysokość własnych korzyści finansowych i generując dla kredytobiorcy dodatkowe i nieprzewidywalne co do wysokości koszty kredytu, klauzule te rażąco naruszają zasadę równowagi kontraktowej stron na niekorzyść konsumentów, a także dobre obyczaje"

      - ochrzanił bankowców sąd. Co z tego wszystkiego wynika? Ano wynika, że nie wiadomo ile klientka winna jest bankowi. Sędzia nie pociągnął dalej wątku dotyczącego istoty umowy (skoro to nie jest kredyt, to umowę trzeba chyba unieważnić?), bo sprawa dotyczyła jedynie zablokowania egzekucji w oparciu o nakaz zapłaty. Sąd uznał, że mechanizm przeliczenia waluty na złoty oparty był o niedozwolone klauzule umowne i że w tej sytuacji "nie jest możliwa prawidłowa ocena, czy uiszczone raty nie „nadpłacały” zobowiązania pozwanej i czy były ustalane prawidłowo". Można tylko żałować, że nie była do sprawa o unieważnienie umowy kredytu, bo wtedy ocena sędziego, dotycząca "niekredytowości" umowy nabrałaby praktycznego znaczenia i być może sąd nakazałby konkretne działania. A tak posłużyła tylko do stwierdzenia, że wysokość roszczenia banku budzi wątpliwości i co do kwoty i co do zasady. A więc: nie tylko nie wiadomo czy klientka ma taki dług jaki bank mówi, ale czy w ogóle ma jakiś dług.

      CO PONIEDZIAŁEK MÓJ NOWY PROGRAM WIDEO! Zapraszam do oglądania nowego tygodnika wideo o wdzięcznej nazwie "Kasownik Samcika". Będzie o sprytnych sposobach na oszczędzanie, o studiowaniu, pracowaniu, zaciąganiu kredytu hipotecznego, o zakupach, kontach bankowych, ubezpieczeniach, lokatach, podatkach...Poza poradami w każdym wydaniu czerstwy żart prowadzącego :-)), ciekawostka o pieniądzach oraz finansowy trik. Żeby nie przegapić kolejnych odcinków - zapraszam do subskrybowania kanału YouTube "Subiektywnie o finansach"  

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (12) Pokaż komentarze do wpisu „W Toruniu drugi przewrót kopernikański? Sędzia wzruszył... banki: "To w ogóle nie jest kredyt!"”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 21 października 2016 09:09
  • środa, 12 października 2016
    • Kredytobiorca pożyczył, ale... nie wiedział ile. Sąd unieważnia, a bank nawet się nie odwołuje!

      Było kwestią czasu, gdy w sądowych sporach frankowiczów z bankami pojawią się prawomocne wyroki na korzyść klientów. Zbyt dużo było ostatnio faktów mających wpływ na linię orzeczniczą, by mogło się obyć bez konsekwencji. Opinia Rzecznika Finansowego, istotny pogląd w sprawie ogłoszony przez Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów, wyrok Sądu Najwyższego (dotyczący co prawda nie tyle oceny klauzul w umowie, co ważności BTE, ale zawsze coś...), a do tego kilka wyroków nieprawomocnych, kwestionujących dotychczasowe, korzystne dla banków, orzecznictwo Sądu Najwyższego. I wygląda na to, że jest pierwszy wyrok prawomocny w sprawie kredytu indeksowanego "odwalutowujący" klientowi jego umowę. Pochwaliła się nim kancelaria prawnicza Mazur i Wspólnicy, jedna z pięciu-sześciu, które specjalizują się w kwestiach kredytów frankowych.

      Niestety, niewiele o tym wyroku mogę powiedzieć, poza tym, że... jest. Prawnicy nie udostępnili mi - ani do publikacji, ani do wglądu, bez prawa do publikacji samego dokumentu - skanu wyroku wraz z uzasadnieniem. Znam jedynie sygnaturę, z której niewiele dla mnie wynika, bo wyrok - przynajmniej do tej pory - nie był opublikowany. Muszę się więc opierać na dość chaotycznym i niekonkretnym tekście publicystycznym, zamieszczonym na stronie kancelarii. Po co robić tajemnicę z wyroku, w którym najpewniej chodziło o ustalenie abuzywności klauzuli dotyczącej przeliczania kredytu i spłacanych przez klienta rat? Wiem, prawnicy chcą jak najwięcej zarobić i bolą ich zęby na samą myśl, że część pobieranej od klientów kasy (a stawki są w kancelariach "frankowych" coraz wyższe) mogłoby pójść gdzieś indziej. Wiem też, że know-how ma wartość (sam swoje know-how wyceniam godnie), ale wiem też, że istnieją takie możliwości współpracy prawników z otoczeniem, które pozwalają opinii publicznej dobrze zrozumieć sytuację, a jednocześnie nie obnażać firmy prawniczej przed konkurencją. Zdarza się, że prawnicy - choć nie oceniam w tym momencie żadnej konkretnej sytuacji, to spostrzeżenie natury ogólnej - nie są wcale dużo lepsi od bankowców, z którymi walczą. 

      No nic, ponarzekałem sobie, ale prawda jest taka, że w każdej branży są ludzie i ludziska. Do rzeczy. Z tego, co udało mi się zrozumieć z wysypu luźnych myśli, zamieszczonego na stronie kancelarii, wywnioskowałem, że chodziło o kredyt indeksowany do franka szwajcarskiego, zaciągnięty w 2006 r. w banku Santander Consumer. W pozwie prawnicy powołali się na fakt, że indeksacja była nieprawidłowa, bowiem bank mógł w ramach tego mechanizmu ustalić na dowolnym poziomie zadłużenie klienta. Z umowy miało wynikać, że bank pożycza klientowi określoną kwotę złotówek, ale dopiero w momencie uruchomienia kredytu było wiadomo ile to franków. A więc: klient miał pożyczyć kwotę np. 100.000 zł, ale ile franków wyniesie jego kredyt okazało dopiero przy faktycznej wypłacie, po przemnożeniu owych 100.000 zł przez aktualny kurs.

      I - jeśli dobrze rozumiem - właśnie temu mechanizmowi przyjrzał się krytycznie sąd, dochodząc do wniosku, że kwota kredytu musi być określona, a nie płynna. Kiedyś sądy uznawały coś takiego jako "doprecyzowanie", albo "ukonkretnienie" pożyczanej kwoty. Ten sąd uznał, że taka indeksacja to zło. Czyli abuzywność. Niestety, nie wiemy czy sąd znalazł w umowie również jakieś inne, specyficzne uchybienia, czy już sama kwestia niekonkretnej kwoty kredytu w momencie podpisywania zobowiązania wystarczyła, by podjąć decyzję o odwalutowaniu kredytu. Może być to więc precedens, albo mało znaczący epizod wynikający z popełnienia przez bank jakiegoś głupiego, specyficznego błędu, który nie pojawia się w innych umowach. Tak, jak w przypadku umów unieważnianych ze względu na wpisanie w nich stopy RRSO bez uwzględnienia spreadu walutowego (mimo, że w umowach hipotecznych RRSO nie trzeba było podawać).

      "Sąd potwierdził, iż nielegalne treści umowy nigdy nie mogły obowiązywać kredytobiorców (treści te zostały z umowy wykreślone z datą wsteczną). A więc w tak zaprojektowanej umowie pseudofrankowej nigdy nie mogło być przeliczania na franki szwajcarskie. W konsekwencji również zadłużenie nigdy nie mogło wzrosnąć, a także nie wzrośnie w przyszłości. Wszystkie zapisy o CHF są z umowy jakby wykreślone. Kredytobiorcy spłacą bankowi tyle złotówek, ile zaciągnęli. Oczywiście zapłacą również odsetki, jak w każdym uczciwym kredycie"

      - tylko tyle wyjaśnia tekst prawników. Nie wiadamo jaką kwotę bank zwrócił klientom i jakie dziś jest oprocentowanie tego kredytu oraz jakie raty spłaca klient. Tego wszystkiego prawnicy nie tłumaczą. Wiadomo natomiast, że wyrok jest prawomocny, choć rozpatrzony... jednoinstancyjnie. Jako to możliwe? Ano po prostu - bank się nie odwołał, tylko poprosił o podanie numeru konta na które ma wpłacić klientom kasę. Czy to obniża wartość wyroku? Albo raczej: czy obniżałoby go w sytuacji, w której rzeczywiście można byłoby go uznać za precedensowy (czyli dotyczący typowego kredytu i typowej klauzuli indeksacyjnej oraz wynikający z analizy abuzywności tej klauzuli)? Oczywiście nie, choć z drugiej strony nie znam jakości rozważań sądu, które w drugiej instancji mogłyby zostać uznane za słuszne lub za bełkot. Ale równie dobrze można powiedzieć, że widocznie prawnicy banku przeczytali ów wyrok, uzasadnienie i majtki im opadły z wrażenia, że jest tak dobre. Z tego punktu widzenia wyrok jest wyrok. 

      ZOBACZ MÓJ NOWY PROGRAM WIDEO! W każdy poniedziałek rano, na kanale blogu w YouTube, zapraszam do oglądania nowego tygodnika wideo "Kasownik Samcika". Będzie o sprytnych sposobach na oszczędzanie, o studiowaniu, pracowaniu, zaciąganiu kredytu hipotecznego, o zakupach, kontach bankowych, ubezpieczeniach, lokatach, podatkach...Poza poradami w każdym wydaniu czerstwy żart prowadzącego :-)), ciekawostka o pieniądzach oraz finansowy trik Samcika. Zapraszam do obejrzenia pierwszego odcinka. A żeby nie przegapić kolejnych - do subskrybowania kanału YouTube "Subiektywnie o finansach"  

      A TERAZ... CHŁOŃ SUBIEKTYWNOŚĆ TAK JAK LUBISZ. Subiektywność jest multifunkcyjna i się często dyslokuje ;-). Można ją spotkać tu i tam. W internecie, mediach społecznościowych, na wideo, w prasie, książkach oraz na spotkaniach, odczytach, konferencjach - wszędzie tam, gdzie mówi się o pieniądzach.

      autopromo4SPOTKAJ MNIE W NECIE... Blog "Subiektywnie o finansach" codziennie, od ponad siedmiu lat, zapewnia niezbędną dawkę wiedzy o Waszych pieniądzach. Prześwietlanie produktów finansowych, ekskluzywne wiadomości o nowych produktach oraz piętnowanie skandalicznych praktyk i interwencje w Waszych sprawach. Dołącz do niemal 200.000 czytelników i codziennie zaglądaj na samcik.blox.pl, nowy wpis wpada tu zwykle tuż po godz. 9.00. Jeśli chcesz wiedzieć jeszcze więcej i ze mną podyskutować, zostań fanem blogu na Facebooku (jest nas już 35.000!), na Twitterze (tu wraz ze mną rządzi blisko 10.000 followersów). Zapraszam też do bezpośredniego kontaktu mejlowego:  maciej.samcik@gazeta.pl. Postaram się odpowiedzieć na każdy e-mail, choć nie obiecuję, że odpowiem szybko ;-).

      samcikrysZAMÓW MÓJ NEWSLETTER... Bądź na bieżąco ze wszystkimi moimi pomysłami, zamawiając specjalny newsletter, w którym będę raz w tygodniu informował Cię o najciekawszych wydarzeniach wokół Twojego portfela. Dla stałych czytelników będę też miał specjalne bonusy, o których również dowiesz się tylko dzięki newsletterowi. Obiecuję, że nie będzie żadnego spamu, zresztą niczym nie ryzykujesz - newsletter jest darmowy. W zamian za to, że się zapiszesz, dostaniesz unikalny zestaw poradników, które ułatwią ci poruszanie się wśród produktów finansowych. Jak nie dać się naciąć na ubezpieczeniu, jak chronić się przed internetowymi złodziejami pieniędzy i tożsamości, jak wybrać najlepszy kredyt hipoteczny, jak zabrać się do inwestowania oszczędności... Formularz zapisu na newsletter pokaże się po tym jak klikniesz na logo blogu na górze strony i przejdziesz na stronę główną.

      autopromo2...ZOBACZ MNIE W EKSTREMALNYCH AKCJACH. Opowiadam o domowych finansach nie tylko tekstem, ale i ruchomymi obrazami. Żeby Ci się nie nudziło robię przy tym różne głupie rzeczy: skakałem na spadochronie, dałem sobie obić twarz przez byłego trenera Tomasza Adamka, latałem w tubie aerodynamicznej, w której ćwiczą kosmonauci, ćwiczyłem na najnowocześniejszym w Polsce symulatorze lotów, jeździłem autobusem, gokartem, grałem w golfa i ruletkę. Wszystkie te przygody są na mojej "stronie" youtubowej. Zasubskrybuj mój kanał na Youtube (w tym kinie siedzi już ponad 2000 fanów i jest ponad 70 filmów, które obejrzano więcej, niż ćwierć miliona razy). 

      ekipasamcikanewSUBIEKTYWNA EKIPA SAMCIKA IDZIE NA OSTRO W "WYBORCZEJ". Blog "Subiektywnie o finansach" zyskał tak dużą popularność, że zaowocował autorskimi stronami w "Gazecie Wyborczej". Co czwartek na stronach gospodarczych "Wyborczej" ukazuje się tygodnik "Pieniądze Ekstra", w którym ja i grupa moich kolegów, zwana złowróżbnie Ekipą Samcika, radzi jak sprytnie kupować, jak się nie dać nabrać w sklepie, co zrobić, żeby wyplątać się z finansowych tarapatów i jak mieć więcej pieniędzy. Jeśli potrzebujesz rady albo pomocy w sprawie niekoniecznie związanej z produktami finansowymi - pisz na ekipasamcika@wyborcza.biz. Moi ludzie (mam nadzieję :-)) nie zostawią Cię bez pomocy. 

      autopromo3SUBIEKTYWNOŚĆ DO PODUSZKI, NA WAKACJE, NA PREZENT: o oszczędzaniu, inwestowaniu i zarządzaniu domowymi pieniędzmi piszę też w moich książkach, które możesz kupić w dobrych księgarniach oraz w internecie. Dowiesz się z nich jak założyć pierwszy plan systematycznego oszczędzania, jak nie dać się okraść przez internet, jak odróżnić tani kredyt od drogiego, jak nie dać się nabić w niby-ubezpieczenie, jak nauczyć dziecko oszczędności...

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (16) Pokaż komentarze do wpisu „Kredytobiorca pożyczył, ale... nie wiedział ile. Sąd unieważnia, a bank nawet się nie odwołuje!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 12 października 2016 09:01

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


użytkowników on-line