Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

03. Kredyty hipoteczne

  • poniedziałek, 03 lipca 2017
  • środa, 24 maja 2017
  • czwartek, 18 maja 2017
  • czwartek, 11 maja 2017
  • poniedziałek, 08 maja 2017
  • piątek, 05 maja 2017
    • Wzięła kredyt na mieszkanie, lecz deweloper to bankrut. Spłaca raty, ale bank... żąda zastawu

      Pani Marta jest klientką banku BZ WBK. Otrzymała kredyt na budowaną dopiero nieruchomość. Kredyt był uruchamiany transzami. Oczywiście klientka zobowiązała się do tego, że kredyt zabezpieczy jak tylko dla budowanej nieruchomości zostanie ustanowiona księga wieczysta. Sęk w tym, że… żadnej księgi wieczystej nie będzie. Ani mieszkania nie będzie. Deweloper zbankrutował. Tylko 110.000 zł kredytu we frankach jest realnym bólem. Raty pani Marta spłaca rzetelnie, z niczym nie zalega. Poza kredytem „hipotecznym” nie ma żadnych innych długów. Ma męża-współkredytobiorcę i oboje mają stałą umowę o pracę.

      Czytaj też: Ten bank udzieli kredytu hipotecznego prawie całkiem… online!

      Czytaj też: Czy banki zbyt optymistycznie szacują nam zdolność kredytową? Te dane mnie niepokoją

      Czytaj też: O co trzeba zapytać przed wzięciem kredytu na mieszkanie?

      W czym problem? Ano w tym, że bank bardzo niepokoi się o brak zabezpieczenia kredytu. Najchętniej położyłby rękę na jakiejś innej nieruchomości, w zastępstwie tej, którą miał kredytować, a która nie powstanie. Wprawdzie głównym zabezpieczeniem każdego kredytu hipotecznego i tak są zarobki kredytobiorcy, ale nieruchomością bank też by nie wzgadził.

      „W międzyczasie kupiliśmy mieszkanie, współfinansowane przez rodziców. Przyznam, że nie chcemy, aby bank dopisał się do niego jako właściciel zastawu. Pod koniec 2016 r. bank w próbował wymusić na nas przedstawienie innej hipoteki. Odpowiedziałam, że nie możemy zgodzić się na to. Pomimo tego, że kupiliśmy mieszkanie, to współfinansujący je rodzice zażądali, by nie było ono obciążone hipoteką. Dla nas jest to wiążące. Nie bierzemy pod uwagę przymusowego obciążenia hipoteką tego mieszkania)”

      – pisze pani Marta. I zapytuje czy bank może wypowiedzieć prawidłowo spłacany kredyt lub szantażować kredytobiorcę taką możliwością, by wymusić na nim przedstawienie innej hipoteki na zabezpieczenie kredytu. Inni pechowi klienci dewelopera-bankruta w tzw. międzyczasie również kupowali inne mieszkania (płacąc już z własnej kieszeni), zaś bank dopisywał się do hipoteki. Ewentualnie – postawieni również pod ścianą – przedstawiali hipoteki domów swoich rodziców, krewnych. Wszystko pod groźbą wypowiedzenia kredytu hipotecznego i koniecznością spłaty zadłużenia w ciągu 30 dni.

      Czy można się przed tym skutecznie obronić? Analiza sytuacji pani Marty, zapisów w jej umowie kredytowej oraz porównanie układu sił i prognoza najbardziej sensownego rozwiązanie jest już na www.subiektywnieofinansach.pl. Zapraszam do mojego nowego serwisu, w którym macie dużo łatwiejszy dostęp do poradników, które pomogą Wam w każdej sytuacji.

      Link do tekstu o kłopotach pani Marty jest tutaj

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 05 maja 2017 08:51
  • środa, 26 kwietnia 2017
  • piątek, 14 kwietnia 2017
    • Idzie nowe! Bank już nie sprzeda mieszkania za półdarmo, a wniosek rozpatrzy błyskiem

      Kredyt hipoteczny to jeden z tych produktów bankowych, które powinny być bardzo dobrze regulowane. Wartość umowy dla większości z nas jest kosmiczna, zaś potencjał wpadnięcia w pętlę zadłużenia - relatywnie duży. Nikt nie wie jak będzie wyglądała jego sytuacja finansowa za kilkanaście lat, a zobowiązanie do spłaty rat trzeba nieść. Dlatego banki powinny - z własnej woli lub przymuszone prawem - oferować takie kredyty hipoteczne, które w pewnym stopniu dają poczucie bezpieczeństwa klientom.

      Sejm przyjął właśnie, zaś prezydent podpisał kolejną z takich regulacji - Ustawę o kredycie hipotecznym. Wcześniej była delegalizacja bankowego tytułu egzekucyjnego (czyli możliwości uproszczonej egzekucji długów bankowych), nowa ustawa o upadłości konsumenckiej (ułatwiająca wyjście z pętli długów osobom w tarapatach) oraz regulacje Komisji Nadzoru Finansowego ograniczające dokładania "lewych" ubezpieczeń do kredytów. Jakie nowe "bezpieczniki" dostaną teraz - a raczej latem, bo są trzy miesiące vacatio legis - osoby, które będą chciały zaciągnąć kredyt hipoteczny?

      ------------------------- Poniżej obszerne fregmenty tekstu ---------------------------

      Caly przeczytaj na stronie www.subiektywnieofinansach.pl.  Tutaj jest link do tekstu

      Nie spłacasz rat? Obowiązkowe negocjacje i pół roku na sprzedaż mieszkania. Dobrą zmianą – aczkolwiek w dużej części kopiującą poprawki do Prawa bankowego, które nastąpiły przy okazji likwidacji BTE – jest uniemożliwienie bankom błyskawicznego zajęcia i sprzedaży nieruchomości w przypadku kłopotów klienta ze spłatą rat. Kilka lat temu opisywałem dramaty klientów, którzy np. tracili mieszkanie, bo bank wypowiedział im kredyt z powodu 16-dniowej zaległości. Albo zapisy w umowach kredytowych, że w przypadku nie spłacenia w całości dwóch rat (czyli wystarczy groszowa zaległość) klient zgadza się na błyskawiczną windykację. To była masakra i zaproszenie do przejmowania mieszkań za grosze.

      Czytaj też: Ktoś zapomniał wpisać zastaw do papierów i pan Piotr stracił prawie cały majątek

      Bez kajdanek i pistoletu. Teraz ma być tak: w przypadku opóźnień w spłacie kredytobiorca ma prawo wystąpić z wnioskiem o restrukturyzację kredytu. Bank musi mu „coś” zaproponować (czasowe zawieszenie spłaty kredytu, wydłużenie okresu kredytowania albo inną pomoc). To „coś” oczywiście w dalszym ciągu może być picem na wodę, ale… nawet w najgorszym razie kredytobiorca musi dostać pół roku na sprzedaż mieszkania na własną rękę. Dopiero po tym czasie bank będzie mógł zająć i sprzedać mieszkanie z pomocą komornika. Tylko owa sześciomiesięczna „karencja” jest absolutną nowością wynikającą z ustawy, bo konieczność zaproponowania klientowi restrukturyzacji kredytu została już wpisana do innych ustaw wcześniej.

      Czytaj też: Deweloperzy obiecują 5% rocznie za współudział w budowaniu mieszkań

      Koniec z obowiązkowym cross-sellem. Ustawa o kredycie hipotecznym zabrania też uzależnienia udzielenia kredytu od zakupu dodatkowych produktów. Wyjątkiem jest konto bankowe, ale – uwaga – musi być ono darmowe. Gdyby kilka lat temu było takie prawo, to nie mielibyśmy dziś tylu kredytobiorców zmuszanych przez banki do płacenia za konta 20-30 zł miesięcznie tylko dlatego, że w umowie kredytowej takie konto zostało zakontraktowane (z odniesieniem, że cenę bank może dowolnie ustalić w tabeli prowizji). Oczywiście: bank nadal może powiedzieć klientowi: „z moim ubezpieczeniem kredyt będzie tańszy”. Ale nie będzie mógł dokładać nic do kredytu obowiązkowo.

      Bank nie zabroni wcześniejszej spłaty. W przeszłości banki dokładały do kredytów zapisy utrudniające wcześniejszą spłatę. Wiadomo, że jeśli wcześniej spłacę kredyt, to bank zarobi mniej na odsetkach (jeśli nadpłacam część kapitału – to bez odsetek), będzie też musiał oddać część składek ubezpieczeniowych, o ile do kredytu dorzucił polisę. Banki tego nie lubią, dlatego zapisywały klientom w umowach wysokie, zaporowe prowizje za wcześniejszą spłatę. Albo gigantyczne opłaty za aneksy zmieniające harmonogram spłaty rat.

      W nowej ustawie jest zapis, który pozwala bankom brać pieniądze za wcześniejszą spłatę kredytu tylko przez trzy lata. Ograniczona została także kwota, którą może zostać obciążony kredytobiorca – będą to maksymalnie jednoroczne odsetki od kwoty wcześniej spłacanej (jeśli więc wcześniej spłacam 30-letni kredyt, to prowizja może wynieść tylko równowartość odsetek, które zapłaciłbym od tej kwoty za jeden rok kredytu) oraz nie więcej, niż 3% nadpłacanej kwoty. Dziś już w większości banków nie ma długoletnich zakazów wcześniejszej spłaty, więc ten zapis akurat niewiele zmienia.

      Decyzja kredytowa będzie szybciej. Skończy się też wielomiesięczne targowanie się z bankowcami przy udzielaniu kredytu. Dziś już w większości banków procedury idą sprawnie, ale wciąż mam wieści od klientów, że jakiś bank przez trzy miesiące rozpatrywał wniosek, a na koniec się rozmyślił, albo że analityk co kilka tygodni żąda dodatkowych dokumentów i nie może podjąć ostatecznej decyzji… Teraz ma być tak, że analiza wniosku kredytowego może zająć bankowi maksymalnie 21 dni, a potem trzeba klientowi przekazać decyzję. Natomiast informację o tym czy bank udzieli danej osobie kredytu na określoną kwotę – to jeszcze nie jest decyzja kredytowa, ale wstępna analiza zdolności kredytowej na podstawie deklarowanych przez klienta dochodów i obciążeń finansowych – bank powinien przekazać w tydzień.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Idzie nowe! Bank już nie sprzeda mieszkania za półdarmo, a wniosek rozpatrzy błyskiem”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 14 kwietnia 2017 08:25
  • środa, 22 marca 2017
    • Kredyt jak każdy: waloryzowany frankiem. Ale... czy wolno go było waloryzować?

      W ostatnich miesiącach opisywałem kilka sposobów myślenia sędziów, którzy - idąc trochę pod prąd wciąż aktualnemu orzecznictwu Sądu Najwyższego - zdecydowali się odwalutować lub unieważnić kredyt frankowy. Najważniejszym argumentem bywała do tej pory abuzywność części lub całości klauzuli przeliczającej zobowiązania klienta z franków na złote lub odwrotnie. Nieprecyzyjność, niedokładność, zbyt duża swoboda przyznana bankowi - te argumenty podnosili sędziowie, wywodząc z nich różne wnioski. Albo takie, że kredyt jest złotowy, albo takie, że nie da się wykonać umowy ("klient pożyczył, ale nie wiedział ile"). Druga linia frontu - do tej pory rzadziej testowana - to kwestia walutowości kredytu i związanej z tym zgodności z prawem klauzuli waloryzacyjnej. Więcej o tych dwóch ścieżkach do pozbycia się kredytu frankowego pisałem w blogu przy okazji podsumowania największych sukcesów klientów na wokandzie w 2016 r. 

      Najbardziej radykalne spojrzenie? Cóż, opisywałem niedawno nieprawomocny wyrok sądu w Toruniu, który doszedł do wniosku, że kredyt frankowy to w ogóle nie jest kredyt, więc też należy to-to unieważnić. Sąd doszedł wtedy do wniosku, że jeśli kredyt jest wypłacony i spłacony w złotych, to jest kredytem złotowym. I że to, co jest w umowie kredytowej, nie zgadza się z definicją kredytu z prawa bankowego, bo w kredycie złotowym kapitał do spłaty nie może być każdego dnia inny.

      Niezależnie od tego jak sędziowie patrzą w wyrokach na kredyty frankowe, to zwykle nie uznają ich za kredyty "walutowe" w ścisłym znaczeniu tego słowa, lecz za kredyty waloryzowane. Frank szwajcarski jest w tym wypadku "tylko" miernikiem waloryzacji. W zasadzie nic w tym dziwnego, bo nawet bankowi prawnicy zgadzają się z takim spojrzeniem. Sęk w tym, że niektórzy twierdzą, iż nie można powiedzieć: "waloryzuję kredyt kursem franka" i pójść dalej. Można się zastanawiać czy waloryzacja kredytu kursem franka jest w ogóle dozwolona. Dziś - z niejakim opóźnieniem, bo sprawa jest z końca stycznia - chciałbym się przyjrzeć wyrokowi, który najsolidniej do tej pory rozkminia temat waloryzacji. Co to znaczy, że kredyt jest waloryzowany? Jakie warunki powinna spełniać waloryzacja, żeby była zgodna z prawem? 

      Na początek kilka słów dotyczących pola bitwy. Kredyt był z czerwca 2006 r., udzielił go Bank BPH i miał wartość 200.000 franków szwajcarskich (co przeliczało się na 470.000 zł). Kredyt - co ciekawe - nie był "tylko" indeksowany do obcej waluty, lecz był denominowany we frankach. Wydawałoby się, że to nieco trudniejszy do podważenia gatunek umowy, bo kwota kredytu jest wpisana w obcej walucie, a strony jedynie umawiają się na spłacanie rat w złotych, według kursu ustalanego na określonych warunkach. Po kilku latach okazało się, że raty są nie do udźwignięcia i kredyt przestał być spłacany. Jesienią 2012 r. Bank Pekao (który połknął większość Banku BPH, a wraz z nim zadłużenie klientów) wystawił tytuł egzekucyjny. Wystraszeni klienci podpisalii z bankiem ugodę i ustalili nowe warunki spłat, ale ich też nie byli w stanie dotrzymać i pod koniec 2013 r. umowa została przez bank ostatecznie wypowiedziana. Klienci chwycili się ostatniej deski ratunku i poszli do sądu. Ten w grudniu 2016 r. wydał ciekawy wyrok, który opiera się na kilku odważnych ustaleniach.

      Sąd doszedł do wniosku, że niezależnie od tego w jakiej walucie wyrażona jest kwota kredytu, to skoro jest on spłacany w złotych, to jest kredytem złotowym. Sąd podkreślił, że nie ma w polskim prawie pojęcia kredytu walutowego, który byłby zwracany w złotych, jest natomiast pojęcie waloryzacji. A więc można waloryzować kwotę kredytu złotowego - i spłacane raty - o jakąś wartość, by np. uchronić się przed skutkami inflacji. Sąd uznał więc, że kredyt frankowy nie jest żadnym "innym typem kredytu", lecz jest waloryzowanym kredytem złotowym. W sumie nie jest to żadna rocket science: pamiętam jak na konferencji naukowej w Toruniu uciąłem sobie dłuższą pogawędkę z mec. Marcinem Szymańskim (prowadzi sprawy frankowiczów przeciwko bankom) i z jednym z prawników bankowych i zgodzili się oni, że umowne odniesienia do franków są "nakładkami" na kredyt złotowy o charakterze klauzuli waloryzacyjnej. Sąd zauwżył, że w polskim prawie, tam gdzie mówi się o kredytach denominowanych i indeksowanych, w ogóle nie występuje pojęcie "kredytu walutowego". Nie jest to więc kredyt walutowy, lecz złotowy waloryzowany. 

      Sąd doszedł do wniosku, że skoro wartość kredytu była napisana w obcej walucie, a kredyt nie był walutowy, to w zasadzie nie doszło do określenia kwoty udzielonego kredytu. A skoro tak, to umowa nie spełnia warunków kredytu, określonych w Prawie bankowym i można ją unieważnić. To wywód dość podobny do tego, który relacjonowałem Wam jako nowy przewrót kopernikański ;-). Głównym kontargumentem bankowców jest ten, że nawet jeśli kredyt uznamy za złotowy-waloryzowany, to frank szwajcarski stanowi po prostu miernik wartości tego kredytu. A jeśli tak, to wszystko jest w najlepszym porządku - kredyt jest waloryzowany jakimś miernikiem wartości, który raz ma większą, a raz mniejszą wycenę. Sędzie doszedł jednak do wniosku, że w przypadku wyrażenia kwoty kredytu wyłącznie w obcej walucie to tak nie działa - żeby można było mówić o waloryzacji trzeba najpierw wiedzieć co waloryzować (a więc jaka jest wyjściowa kwota kredytu w złotych). A tego umowa nie wyjaśniła.

      Sąd przyczepił się też do tego, że jeśli kredyt miałby być waloryzowany frankiem, to waloryzacja byłaby podwójna, bo tę samą rolę pełnią już odsetki. I do tego, że waloryzacja nie może sprowadzać się do tego, że ewentualne negatywne konsekwencje obciążają tylko jedną ze stron (a w tym wypadku tak jest - na wysokim kursie franka traci kredytobiorca, zaś na niskim - nie zyskuje bank). I jeszcze do tego, że istotą waloryzacji jest zabezpieczenie umowy przed inflacją. Zaś w przypadku kredytu frankowego nastąpił ogromny wzrost długu i rat, choć nie nastąpiła analogiczna zmiana siły nabywczej złotego w sensie tego co można kupić za jedną pensję. Sąd wreszcie przyczepił się do tego, że wynikająca z waloryzacji nierówność stron była większa, niż to, co powinno być zgodne z naturą umowy o nazwie kredyt (nie można uzależnić czegoś takiego jak kredyt od nieprzewidywalnych czynników, jak kurs walutowy). Sąd doszedł do wniosku, że umowa jest nieważna, a nawet gdyby była ważna, to górny limit odpowiedzialności finansowej klientów (w sensie kapitału) powinien wynosić tyle, ile pożyczyli, ale licząc w złotych, a nie we frankach.

      To bardzo solidna i bardzo surowa dla banków rozkminka waloryzacji, chyba najsolidniejsza jaką do tej pory czytałem (choć sam koncept oczywiście nie jest niczym nadzwyczajnym, jak wspomniałem na przykładzie rozmowy z mec. Szymańskim). Trzeba natomiast pamiętać, że rozkminka ta jest nieprawomocna i nie wiąże innych sądów. Znam wyroki, które zapadły całkiem niedawno i w których sędziowie do kredytów frankowych podchodzą zupełnie inaczej, nie dostrzegając problemów związanych z waloryzacją. Ich zdaniem frank jest miernikiem wartości i kropka. Zobaczymy czy wyrok dotyczący kredytu udzielonego przez Bank BPH się uprawomocni. A najważniejsze będzie to, co o waloryzacji i walutowości powie - oceniając ten wyrok lub któryś z podobnych - Sąd Najwyższy. Bo to on wytyczy sposób rozumienia tej konstrukcji, w której kwotę kredytu wpisuje się we frankach, choć jest to - jak twierdzi sąd - kredyt złotowy, a jedynie waloryzowany kursem franka. Pamiętajmy, że wciąż w mocy pozostaje wyrok Sądu Najwyższego mówiący, że "kredytobiorca może być zobowiązany do zwrotu bankowi sumy pierwotnie wykorzystanego kredytu, ale taka wykorzystana suma może mieć inną wartość rynkową w okresie spłaty kredytu"

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Kredyt jak każdy: waloryzowany frankiem. Ale... czy wolno go było waloryzować? ”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 22 marca 2017 19:09
  • piątek, 17 marca 2017
    • Ugoda banków i frankowiczów? Czytelnicy blogu już wybrali jej najlepszy wariant! Zaskakujący?

      W ciągu najbliższych kilku tygodni zaczną nabierać kształtów dwa najbardziej prawdopodobne pomysły na rozwiązanie sprawy kredytów frankowych. Z jednej strony posłowie być może zdecydują się popracować poważnie nad projektem zwrotu spreadów (to co napisali ludzie prezydenta jest badziewiem, ale można próbować sklecić z tego porządny projekt). Z drugiej strony prezes NBP Adam Glapińśki wkrótce może ujawnić propozycje rozwiązań, które mają skłonić banki do dobrowolnego dogadywania się z klientami. Chodzi zapewne o dodatkowe obciążenia finansowe dla banków "frankowych", które mają je zniechęcić do posiadania kredytów frankowych w portfelach. Co prawda nie ma takich obciążeń, które sprawiłyby, że bankom opłaciłyby się jakieś dobrowolne i daleko posunięte karesy pod adresem frankowiczów, ale dopóki nie znam szczegółów to jeszcze chwilę poczekam z wyśmiewaniem się z prezesa Glapińskiego ;-).

      Czytaj też: Wszyscy chcą swatać frankowiczów i banki. Oto moje projekty ugody

      Czytaj też: Tak w Europie rozprawili się z frankami. A u nas wciąż nic.

      Jest i problem poważniejszy: do tego tanga trzeba dwojga. Jeśli nawet pojawią się jakieś propozycje polubownego rozwiązania sprawy franków, to wcale nie jest pewne czy duże masy klientów się zdecydują, by z nich skorzystać. Od kilku tygodni prowadzę w blogu i na stronie facebookowej blogu sondę, w której zadałem Wam kilka pytań dotyczących kilku potencjalnych rozwiązań. Sonda rzecz jasna nie jest reprezentatywna, ale wzięło w niej udział już tysiąc osób, więc mimo wszystko daje pewne wskazówki.

      CO DRUGI "FRANKOWY WOJOWNIK" SKŁONNY DO KOMPROMISU? Wśród tych, którzy wzięli udział w ankiecie i są frankowiczami (była to przygniatająca większość odpowiadających na pytania) zauważyłem bardzo dużą nadreprezentację osób niezadowolonych ze swojego kredytu. W realu - co widać po frekwencji na demonstracjach "antybankowych" - do walki gotowa jest zdecydowana mniejszość wszystkich kredytobiorców. A w mojej ankiecie tylko 7% osób powiedziało, że nie ma żadnych pretensji w związku z frankami. Wśród tych, którzy pretensję mają mniej więcej połowa deklaruje, że byłaby skłonna zadzierzgnąć z bankiem jakieś negocjacje. Druga połowa mówi, że będzie gadać, ale jak już bank znajdzie się na kolanach i będzie błagał o łagodną śmierć.

      SURV1

      RATY NIE BOLĄ. BARDZO BOLI "SPUCHNIĘTY" DŁUG. Zgodnie z moimi oczekiwaniami uczestnicy mojej ankiety stwierdzili, że najbardziej uwiera ich nie rata (ona, szczerze pisząc, uwiera większość z Was najmniej), lecz "spuchnięta" wartość zadłużenia (i związana z tym niemożność sprzedaży mieszkania, przeniesienia się do innego albo refinansowania kredytu) oraz może troszkę fakt, że bank zgarnął kupę forsy ze spreadu. W tym drugim przypadku cierpi przede wszystkim poczucie sprawiedliwości. Ale przyznam, że spodziewałem się większego "elektoratu" antyspreadowego. Wygląda na to, że duża część frankowiczów nie tutaj widzi problem. Czyżby więc ustawa o zwrocie spreadu nie była wcale tak potrzebna? 

      SURV2

      Jeśli rzeczywiście jest tak, że to "spuchnięty" kredyt jest największą zgryzotą frankowiczów (choć patrząc realnie to tylko "papierowe" zobowiązanie, realnym kosztem jest tylko najbliższa rata), trudno będzie uzyskać duże zainteresowanie jakimkolwiek rozwiązaniem, które nie będzie się wiązało z całkowitym przewalutowaniem, a więc rozwiązaniem dość kosztownym. Bankowcy tymczasem prawdopodobnie będą chcieli zaproponować klientom częściowe przewalutowanie i to za cenę "współpłacenia" klienta.   

      JEŚLI NIE PRZEWALUTOWANIE TO CO? Jak wyjść z tych tarapatów? Cóż, najpopularniejszym rozwiązaniem jest przewalutowanie umowy na złote (40%) lub możliwość zwrotu kluczy za długi (20%). Oba te rozwiązania de facto oznaczają likwidację "frankowości". Tych, którzy oczekują jakichś rozwiązań bazujących na pozostawieniu "frankowości" jest też sporo, choć podzeilili się na kilka rozwiązań. 30% chce zwrotu spreadów, 16% - możliwości zmiany mieszkania w ramach tego samego kredytu, zaś 12% chce ograniczyć maksymalną wartość raty. W sumie osób oczekujących jakichś rozwiązań bez przewalutowania kredytu jest 60%, a więc dokładnie tyle co tych, którzy chcą pozbyć się "frankowości" (w tym pytaniu można było wybrać kilka odpowiedzi). Mniej więcej 30% ludzi oczekuje ułatwienia im sądowego rozwiązania sporu. Zakładam, że te osoby rekrutują się z połówki głosujących, którzy na samym początku zadeklarowali, że nie zamierzają "brać jeńców" i nie przewidują żadnych negocjacji z bankiem.

      SURV3

      NADPŁACANIE I CZĘŚCIOWE PRZEWALUTOWANIE? NIC Z TEGO. Wasza wiara w to, że bank przedstawi jakąkolwiek sensowną propozycję rozwiązania sporu frankowego, jest ograniczona. Połowa głosujących otwarcie mówi, że w to nie wierzy. A pozostali? Stosunkowo dużo osób (37%) byłoby skłonnych przewalutować cały kredyt po preferencyjnym kursie (choć niekoniecznie "startowym"). I to jest najbardziej pożądane przez Was rozwiązanie. Aż 20% osób byłoby gotowych na bardziej skomplikowany wariant, choć mający podobny skutek - umorzenie części długu i przewalutowanie reszty po bieżącym kursie franka. Stosunkowo niewiele osób - 4-8% pytanych - popiera rozwiązanie, które zakłada wykładanie przez kredytobiorcę własnych pieniędzy - czyli nadpłacanie rat w zamian za różnego rodzaju karesy. A szkoda, bo to rozwiązanie, które byłoby najłatwiejsze do przełknięcia przez branżę bankową.

      SURV4

      ALBO POMOGĄ SĄDY, ALBO PRZERĄBANE. Na koniec zapytałem w kim pokładacie nadzieję na rozwiązanie tego sporu. Odpowiedź była jasna - spośród tych, którzy mają jeszcze jakąkolwiek wiarę, większość uważa, że tu mogą pomóc tylko sądy. Aż 17% ma nadzieję, że frank w końcu potanieje, zaś tylko 8% wierzy w to, że prezes NBP skłoni bankowców do przedstawienia sensownego kompromisu. A zatem modły wznoszone są teraz do Torunia i to wcale nie z tego powodu, co myślicie. Tu nie pomoże redemptorysta, tylko sędzia. Ten sędzia.

      SURV5

      Wnioski? Trudno na podstawie takiego badania ocenić jak duża część kredytobiorców byłaby chętna do jakichkolwiek kompromisów. Można natomiast powiedzieć, że dużo większą szansę na sukces mają rozwiązania, których skutkiem będzie całkowite przewalutowanie kredytu po kompromisowym kursie, niż takie, które opierałyby się na częściowym przewalutowaniu lub "współpłaceniu" przez obie strony. A więc na układzie: "ty spłacisz część kredytu, a my umorzymy kolejną część i z kredytu frankowego zrobi się kredycik".  To nie zwiastuje łatwego kompromisu.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (15) Pokaż komentarze do wpisu „Ugoda banków i frankowiczów? Czytelnicy blogu już wybrali jej najlepszy wariant! Zaskakujący?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 17 marca 2017 09:01

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


użytkowników on-line