Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

11. Fundusze i giełda

  • środa, 11 kwietnia 2018
    • Osiem patentów na dodatkową emeryturę. Od konta oszczędnościowego po... znaczki pocztowe

      Inwestowanie – niezależnie od tego czy wybierzecie obligacje, akcje czy też pójdziecie do funduszy inwestycyjnych – musi czemuś służyć. Celem technicznym jest oczywiście osiągnięcie dochodu większego, niż w banku. W długim terminie podejmowanie ryzyka w zarządzaniu swoimi pieniędzmi generalnie popłaca, ale oczywiście po drodze zdarzają się wahania. No i nie ma „bankowej” gwarancji osiągnięcia określonego, z góry znanego zysku.

      Celem strategicznym inwestowania jest zbudowanie kapitału o określonej wielkości, który posłuży do zaspokojenia jakichś potrzeb. DO mnie przykładowo najbardziej przemawia potrzeba nic-nie-robienia gdy będę miał na to ochotę. A więc posiadanie takich pieniędzy, które pozwolą mi pracować jedynie dla przyjemności. A jeśli nie będę chciał pracować, to będę mógł żyć ze zgromadzonego kapitału.

      Na innych działają potrzeby bardziej namacalne, np. zakup domu, pałacu albo rancza. Ale tak naprawdę naszą podstawową potrzebą powinno być zgromadzenie pieniędzy na ten czas, w którym skończy się nasza kariera zawodowa i będziemy już mieli mnóstwo czasu na realizację marzeń, podróżowanie, poznawanie świata, cieszenie się życiem na wysokim poziomie. A więc na robienie tego wszystkiego, na co teraz nie mamy czasu.

      Raczej nie możemy liczyć na to, że owe „najdłuższe wakacje życia” sfinansuje nam państwo. Osobiście oczekuję, że po zakończeniu kariery zawodowej państwo będzie dostarczało mi mikroemeryturkę pozwalającą co najwyżej na wegetowanie. Nie sądzę, by było to więcej, niż 30-40% mojego standardowego wynagrodzenia w czasie, gdy pracowałem. Nie ma dwóch zdań: resztę trzeba sobie „zorganizować” samodzielnie. I to jest zadanie na ostatnich 20-30 lat kariery zawodowej każdego z nas.

      Ile pieniędzy potrzebowałbyś na w miarę luksusowe życie po zakończeniu kariery zawodowej? Oraz osiem sposobów na zgromadzenie funduszu spełniania marzeń - wszystko znajdziesz w pełnej wersji artykułu, którą zamieszczam pod tym linkiem

      Ten tekst jest częścią cyklu „Poradnik początkującego inwestora”, akcji edukacyjnej realizowanej wspólnie przez stronę „Subiektywnie o finansach”, blog Longterm.pl oraz firmę windykacyjną GetBack 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Osiem patentów na dodatkową emeryturę. Od konta oszczędnościowego po... znaczki pocztowe”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 11 kwietnia 2018 16:21
  • środa, 25 października 2017
  • wtorek, 27 czerwca 2017
  • poniedziałek, 12 czerwca 2017
  • piątek, 26 maja 2017
  • niedziela, 02 kwietnia 2017
    • Chcesz zarobić na zakupach? Duża sieć sklepów spożywczych szuka współwłaścicieli

      Od czasu do czasu zwracam Waszą uwagę na potencjalnie ciekawe pozabankowe lokaty kapitału. A wśród nich - na oferty spółek wchodzących na giełdę. Z reguły takie debiuty są mniej ryzykowne, niż zakup udziałów w spółkach już notowanych na parkiecie (bo dotychczasowi właściciele muszą zaoferować dyskonto cenowe). A mieć cząstkę własności porządnej, dobrze prosperującej spółki jako dodatkowy "fundusz emerytalny" to rzecz, która mnie kręci. Jeśli kręci też kogoś z Was, to uprzejmie donoszę, że jeszcze tylko dziś można zapisywać się na akcje dużej sieci sklepów spożywczych Dino. To okazja do tego, by - będąc konsumentem - przestać tylko płacić za zakupy, ale i zacząć zarabiać na tym, że inni wydają w sklepach pieniądze.

      Dino jest siecią ponad 600 sklepów obecną głównie w mniejszych miastach (i na peryferiach największych aglomeracji). Rozwija się szybko, bo rocznie powstaje po 100 nowych sklepów tej marki. Choć sieć musi rywalizować z jednej strony z takimi potentatami jak hipermarkety Carrefour, Auchan i Tesco, zaś z drugiej z sieciami dyskontów (Biedronka, Lidl i inni), to wygląda na to, że znalazła sobie miejsce na rynku gdzieś pomiędzy tymi konceptami. Typowy sklep Dino jest mniejszy od Biedronki (więc łatwiej i szybciej robi się tam zakupy), ale większy od Żabki (a więc oferuje większy wybór towarów). Ma służyć do niezbyt dużych, codziennych zakupów, ale asortymentem skutecznie zniechęcać klientów do wypraw w kierunku hipermarketów. Ani to delikatesy (jak Piotr i Paweł, czy dogorywająca Alma), ani sklep z taniochą. 

      sklepdino

      Dino nie należy do rynkowych gigantów. Wspomnianych wyżej 600 sklepów w zeszłym roku wypracowało niecałe 3,4 mld zł przychodów i jakieś 150 mln zł zysków. Dla porównania: największa pod względem obrotów Biedronka w swojej sieci 2700 sklepów wypracowuje 36-37 mld zł obrotów (jest więc 10-krotnie większa, niż Dino), zaś sprzedana niedawno - za jakieś 4 mld zł - sieć Żabka generuje niecałe 6 mld zł obrotów i ma 4200 sklepów (a więc jest niecałe dwa razy większa). Pod względem wartości obrotów Dino reprezentuje mniej więcej taki potencjał jak Polomarket, czy Netto. I dwa razy większy gracz, niż np. Stokrotka, czy Piotr i Paweł. Właścicielem połowy akcji jest prywatny inwestor Tomasz Biernacki, zaś drugą połowę (49%) kontroluje fundusz Enterprise Investors. I to właśnie on chce się pozbyć swoich akcji, wprowadzając sieć Dino na giełdę i sprzedając nam jej udziały.

      Czy warto je od Amerykanów kupić? Do zalet Dino z pewnością należy to, że jest poukładanym, rentownym biznesem. Przy prawie pięć razy mniejszej od Żabki liczbie sklepów wypracowuje więcej, niż połowę jej obrotów. Ma wysoką i od kilku lat rosnącą rentowność (ponad 20% na poziomie brutto). Sklepy stawia jako placówki własne (a nie w formie dużo tańszej franczyzy). Taka forma prowadzenia biznesu oznacza, że każdy sklep to początkowa inwestycja rzędu aż 2,5 mln zł i nie da się wejść z marszu do centrów dużych miast. Ale za to później łatwiej jest pilnować kosztów i jakości. Za cztery lata Dino chce podwoić liczbę posiadanych sklepów, poprawiając w dodatku rentowność tych, które już ma. Czyli odebrać klientów konkurencyjnym sklepom, których jest coraz więcej. Już co czwarty sklep Dino w promieniu pięciu kilometrów ma więcej niż pięć konkurencyjnych sieci sklepów (nie licząc malutkich, prywatnych sklepów osiedlowych).

      Czy jest na to szansa? W przeliczeniu na milion mieszkańców mamy ponad dwa razy mniej sklepów spożywczych, niż Niemcy i prawie dwa razy mniej, niż Francuzi (my ok. 80 a oni 120-180). Ale z drugiej strony oni mają więcej pieniędzy do wydania. W Wielkiej Brytanii, która też biedna nie jest, liczba sklepów na milion mieszkańców jest porównywalna do polskiej. Poza tym rynek sklepów spożywczych się konsoliduje (nie wiadomo czy Dino osiągnęlo już poziom "to big to fail"), a przykład Almy pokazuje, że niewiele trzeba, żeby się przwrócić - wystarczy słaba lokalizacja sklepów, marny marketing i zła polityka cenowa oraz produktowa. Nad sieciami handlowymi wisi groźba podatku handlowego (na razie mglista) oraz zakazu handlu w niedzielę. Niewykluczone, że decyzja Enterprise Investors, by teraz pozbyć się połowy udziałów w Dino, w jakimś stopniu wynika z faktu, że najszybszy i najłatwiejszy etap budowania ogólnopolskiej sieci sklepów już się skończył. Teraz trzeba będzie na dobre zacząć wchodzić w szkodę Żabkom, Biedronkom i innym owadom.

      Ale mimo tych wszystkich zastrzeżeń, nie ma dwóch zdań, że Dino jest porządną, dobrze naoliwioną maszynką, która mimo sporego zadłużenia w bankach (450 mln zł - to też ryzyko, bo banki mają to do siebie, że w razie jakichkolwiek kłopotów potrafią błyskawicznie "dobić" ofiarę) generuje zyski i zwiększa rentowność. Jeśli się zdecydujecie na zakup tych akcji (trzeba się spieszyć, zamówienie w biurze maklerskim (do wybiru macie DM Alior, DM PKO BP, mDm i jeszcze kilka innych biur) składać można jeszcze tylko w poniedziałek. Cena maksymalna (po takiej trzeba się zapisać, jeśli zainteresowanie będzie takie sobie, to firma zaodrynuje "rabat") wynosi 33,5 zł za akcję. Na każdą akcję przypada dziś 1,5 zł zysku (na razie pewnie nie ma mowy o dywidendzie, bo Dino potrzebuje kasy na inwestycje - 200-300 mln zł rocznie), co oznacza, że wskaźnik Cena/Zysk wynosi ponad 22.

      To niemało. W przypadku dużych, porządnych spółek okazją jest C/Z w okolicach 15-16. Trudno więc mówić o "promocji", ale jeśli szefom Dino uda się zrealizować plan rozwoju i powiększyć do 2020 r. sieć sklepów do 1200, zaś ich obroty napompować do 6-8 mld zł, to firma może wskoczyć do pierwszej szóstki największych sieci marketów w Polsce. A wtedy również na każdą akcję będzie przypadało znacznie więcej zysku, niż dziś, co będzie miało przełożenie na cenę akcji. Zagrożeń na horyzoncie jest sporo (jako się rzekło - najszybszy i najłatwiejszy etap rozwoju Dino może mieć już za sobą), ale kto nie ryzykuje... Mało kto przypuszczał, że takie firmy jak LPP, CCC, czy CD Projekt po 10-20 latach od debiutu będą miały wartość 10-20-krotnie większą, niż na starcie. Jeśli macie w okolicy sklep Dino, a rozważacie możliwość, by stać się jego współwłaścicielem, to koniecznie odwiedźcie go zanim zapiszecie się na akcje. Pierwsze wrażenie jest najważniejsze.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Chcesz zarobić na zakupach? Duża sieć sklepów spożywczych szuka współwłaścicieli”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      niedziela, 02 kwietnia 2017 19:17
  • poniedziałek, 27 marca 2017
    • Dywidendy z czterech stron świata, czyli jak inwestować za granicą? To "polisa od grajdołka"

      dywidendalogo11Lokowanie części oszczędności poza bankiem jest obowiązkiem każdego, kto ma już niezbędną poduszkę finansowego bezpieczeństwa (pieniądze pozwalające przeżyć przez co najmniej pół roku w razie drastycznego spadku dochodów) oraz myśli o swoich pieniądzach w kategoriach długoterminowej lokaty kapitału. Powody są oczywiste: żaden bank nie zabezpieczy pieniędzy trwale przed inflacją i dewaluacją złotego, zaś kasa ulokowana na rynku kapitałowym - w akcjach największych, stabilnych koncernów - w długim okresie daje wyższy dochód z dywidend, niż oferują odsetki od depozytów. Mając kawałek własności porządnej firmy można więc się czuć równie pewnie jak trzymając pieniądze na lokacie. Argumenty na poparcie wszystkich tych tez podałem w poprzednich artykułach z cyklu "Dywidenda jak w banku".

      ZAPISZCIE SIĘ NA NEWSLETTER "DYWIDENDY JAK W BANKU". Nie chcę żebyście przegapili kolejne teksty, w których ujawnię konkretne patenty na sensowne oszczędzanie poza bankiem. W ramach akcji będzie też publikował artykuły Longterm.pl oraz Stowarzyszenie Inwestorów Indywidualnych. Każdy z tych tekstów będzie z innej strony pokazywał lokowanie pieniędzy poza bankiem, poza Polską i poza najczęściej spotykanymi formami oszczędzania. Zapraszam do formularza zapisu na newsletter, który jest na stronie akcji "Dywidenda jak w banku"

      DYWIDENDA NIE TYLKO Z POLSKI. Nie brakuje w Polsce dużych, porządnych firm, które są notowane na giełdzie, od wielu lat wypłacają dywidendy i zwiększają wartość swoich udziałów (a więc dają zarobić podwójnie - dają coroczne "odsetki" i w dodatku rośnie wartość akcji, cegiełek ich własności). Wykaz firm, które przez 10-20 ostatnich lat były lokatą "pewną jak w banku" znajdziecie w poprzednich odcinkach serialu poświęconego dywidendom. Sęk w tym, że niestety nie jesteśmy pępkiem świata i ani polska gospodarka nie należy do światowych gigantów (nie mieścimy się w grupie G20, najbardziej rozwiniętych państw globu), ani polskie firmy nie należą do najwyżej wycenianych. O tym ile znaczymy w świecie przekonują te dwie infografiki, które podaję poniżej i powyżej.

      globalecoomy_howmuch

      Na pierwszej (powyżej) są najnowsze dane o udziale poszczególnych krajów w światowym PKB, a na drugiej (poniżej) - gdzie mają siedziby firmy będące właścicielami nacenniejszych marek na świecie. O najcenniejszych markach świata było też niedawno w blogu - z tych danych wynika, że nie tylko Polska jest marginesem w globalnej gospodarce, ale i Europa zaczyna nim być. 

      mostvaluablebrands1

      To oznacza, że o ile wiele solidnych, polskich spółek wypłacających rok w rok sute dywidendy można z czystym sumieniem uznać za "niezniszczalne", to z łatwością można znaleźć w świecie firmy jeszcze bardziej "niezniszczalne", niż polskie. Jeśli weźmiemy listę największych firm biotechnologicznych świata, to okaże się, że jest tam Johnson&Johnson, Pfizer, Merck, Amgen, GlaxoSmithkline (to firmy amerykańskie), Roche, Novartis (szwajcarskie), Sanofi (francuska), Novo Nordisk (norweska). Gdybym chciał zainwestować w technologie kosmiczne, to też nie mam dużego wyboru w Polsce (było o tym w blogu niedawno, przy okazji ostatnich odkryć NASA - polecam!).

      DLACZEGO NIE WARTO JECHAĆ NA JEDNYM KONIU? Po drugie zaś rozproszenie swoich pieniędzy na inwestycje z innych rejonów świata pozwala uniknąć stawiania wszystkiego na jedną kartę. Wtedy, kiedy Polska przeżywa słabszy moment, w innych miejscach świata koniunktura jest lepsza. I na odwrót. Poniżej macie wykres, w którym porównuję zmiany wartości funduszu TFI BPH, który zajmuje się inwestowaniem na całym świecie z indeksami polskiej giełdy WIG i WIG20 oraz z wartością funduszu zajmującego się bezpiecznym lokowaniem pieniędzy (coś a la lokata bankowa). Jak widzicie fundusz akcji globalnych TFI BPH (to ta czarna linia) w ciągu ośmiu lat wycisnął 96% zysków, a w tym indeks największych polskich spółek WIG20 dał tylko 21% zysków, zaś z inwestycji typu "depozyt bankowy" można było otrzymać 26% (to ta stabilnie, lecz niespiesznie rosnąca linia).

      bankvsglobalny_vs_wig20

      Zerknijcie też na długoterminowy wykres porównujący osiągnięcia czterech giełdowych indeksów odzwierciedlających zachowanie się cen akcji polskich, amerykańskich, francuskich i niemieckich. Akurat tak się zdarzyło, że największe zyski zgarnął ten inwestor, kto poza polskimi akcjami miał też trochę kapitału ulokowanego w Niemczech i w USA. Niewykluczone, że w kolejnych 10 latach będzie odwrotnie i że bardziej będzie się opłacało mieć udziały w spółkach spoza krajów najbardziej rozwiniętych. Ale nawet wtedy największe koncerny amerykańskie, niemieckie, a nawet francuskie będą wypłacały dywidendy.

      4indeksy10latrozw

      JAK KUPIĆ AKCJE COCA-COLI? Chęć rozproszenia ryzyka to powód, dla którego - lokując pieniądze poza bankiem - nie skupiam się wyłącznie na polskich spółkach oraz na funduszach lokujących wyłącznie w Polsce. Dziś naprawdę nie jest wielkim problemem kupić akcje takich firm jak McDonald'sa, czy Coca-Coli. Jest w Polsce kilka biur maklerskich, które dają możliwość kupowania akcji na Wall Street, giełdzie londyńskiej, paryskiej lub we Frankfurcie (m.in. DM BOŚ, DM Deutsche Banku, DM ING, CDM Pekao). Jedynym problemem są prowizje, które przeważnie wynoszą od 20 do 100 euro od każdej transakcji. Wyjątkiem jest biuro maklerskie DeGiro, które jest duuuuużo tańsze, bo działa trochę jak Uber (było o nim w blogu - odsyłam!).

      Czytaj też: 5 powodów, dla których warto inwestować w zagraniczne spółki dywidendowe!

      ETF TEŻ WYPŁACI DYWIDENDĘ. Inne opcje - dobre dla początkujących inwestorów - to inwestowanie w wiele spółek jednocześnie za pomocą indeksów lub funduszy inwestycyjnych. Jeśli chodzi o tę pierwszą opcję, w grę wchodzi zakup tzw. jednostek indeksowych (ETF) marki Lyxor, notowanych na warszawskiej giełdzie. Tym sposobem można stać się "współwłaścicielem" indeksu S&P 500 (największych spółek w USA) oraz DAX (największe akcje niemieckie). Jednostki indeksowe kupuje się dokładnie tak samo, jak akcje. Ich ceny zaś zmieniają się w sposób odwzorowujący indeksy giełdowe. ETF Lyxor S&P 500 ma to do siebie, że... dwa razy w roku wypłaca swoim inwestorom dywidendy. Średnio wynosi ona 0,15-0,20 euro na każdą jednostkę. Ostatnia, grudniowa dywidenda była warta 0,19 euro. Biorąc pod uwagę bieżącą wycenę tego ETF-a (ok. 95 zł za jednostkę) wypłacana dwa razy w roku dywidenda wynosi ok. 2% wartości zainwestowanego kapitału w skali roku. Mniej więcej tyle, ile wynosi stopa dywidendy w amerykańskich spółkach.

      lyxordywidenda

      FUNDUSZE ZAGRANICZNE: Z POLSKI CZY Z LUKSEMBURGA? Kolejna opcja lokowania części pieniędzy za granicą to fundusze inwestycyjne. W grę wchodzą zarówno fundusze polskich firm zarządzających aktywami, jak i zagranicznych, mających siedzibę z reguły w Luksemburgu. Te zagraniczne go najwięksi światowi potentaci - Franklin Templeton, BlackRock, Schroeders, czy Robeco. Zaletą zagranicznych asset managerów (udziały w ich funduszach są do kupienia u największych polskich pośredników finansowych) jest m.in. to, że mają w ofercie rzeczy niedostępne w polskich firmach: inwestowanie w krajach BRIC (czyli Brazylia-Rosja0Indie-Chiny), albo lokowanie pieniędzy w kopalnie złota. Np. Franklin Templeton ma fundusz azjatyckich spółek dywidendowych (inwestuje m.in. w akcje Alibaby, Samsunga, China Mobile...), który co miesiąc wypłaca uczestnikom dywidendy. Ostatnio wynosiły one ok. 3 centy na każdy udział, co w skali roku czyni ok. 35 centów, czyli 3% wartości jednostki uczestnictwa. Zagraniczne fundusze mają niższe opłaty od polskich, no i są poza lepkimi rączkami polskich polityków, ale trzeba samodzielnie rozliczać się z zysków w ramach PIT-a.

      Czytaj też: Chodzisz na demonstracje, donosisz do Brukseli i jeszcze ci mało? Sprawdź tę, prawdziwie "zdradziecką" inwestycję

      Czytaj też: Poznajcie fundusz inwestujący w ETFy ze wszystkich stron świata

      Najłatwiejszą opcją wejścia na zagraniczne rynki są polskie fundusze inwestujące na rynkach globalnych. Jest ich - jak sądzę, nie liczyłem dokładnie - kilkadziesiąt. Niemal każde polskie TFI ma w ofercie fundusze inwestujące w Europie, USA, Azji, na tzw. emerging markets (czyli w krajach rozwijających się), albo w globalne spółki z najbardziej obiecujących sektorów gospodarki - biotechnologii, żywności, zdrowia, energetyki odnawialnej... Do wyboru, do koloru. Bazę wszystkich polskich funduszy inwestycyjnych - także tych specjalizujących się w inwestycjach na zagranicznych rynkach - znajdziecie na stronie Analizy.pl (trzeba wybrać sekcję "notowania", a potem kliknąć "grupa" i wybrać z listy odpowiedni rodzaj funduszy, np. akcji globalnych albo akcji z emerging markets. O, tu przeklejam zestawienie zyskowności właśnie tej ostatniej odmiany funduszy.

      analizyemerging

      W przygniatającej większości przypadków polskie fundusze inwestycyjne lokują część pieniędzy klientów w akcje spółek dywidendowych. Przyczyna jest oczywista - są one zwykle pewniejszą inwestycją. Pieniądze z wypłacanych przez spółki dywidend zwykle nie trafiają bezpośrednio do klientów funduszy, lecz po prostu poprawiają wyniki tych funduszy. Posiadacze udziałów z reguły widzą po prostu, że fundusz zarobił 10% zamiast 8%, ale że różnica wynika z wypłaconych przez spółki dywidend - to już zwykle ich nie interesuje. Wyjątkiem wśród polskich asset managerów jest fundusz BPH Dywidendowy, który nie dość, że zarobił w skali roku ponad 13%, to jeszcze wypłacił swoim klientom 4,7% dywidendy w żywej gotówce. Więcej o tym funduszu pisałem niedawno w blogu. Zapraszam też na stronę tego funduszu - wspiera on akcję "Dywidenda jak w banku".

      BPH_dywidnedowy

      WYCHODZIMY ZA GRANICĘ - PIERWSZE KROKI. Początkującym inwestorom proponuję ulokować pieniądze w dwa fundusze inwestujące w Polsce i dwa zagraniczne, ale nie specjalizujące się w żadnej konkretnej branży. Niech to będzie fundusz globalny inwestujący w krajach rozwiniętych albo rozwijających się. W krajach rozwiniętych mamy najbardziej znane światowe spółki dywidendowe, a więc najbardziej "niezniszczalne". A z kolei kraje rozwijające się - Brazylia, Indie, Chiny, Rosja, Turcja itp. - mają tę zaletę, iż największe koncerny notowane na tamtejszych giełdach są wyceniane znacznie niżej od największych koncernów w USA, Japonii, czy Eurostrefie. Zerknijcie na poniższy wykres: obrazuje średnią wycenę akcji spółek w krajach rozwijających się. Jak widać, nie widać tu hossy jaka trwa w USA, a to oznacza, że może ona dopiero nadejść.

      emerging_global

      W USA i Europie Zachodniej akcje są drogie - co oczywiście nie oznacza, że nie muszą być jeszcze droższe, bo największe światowe koncerny zarabiają coraz więcej i mają coraz więcej kasy na wypłatę dywidend. Zyski netto amerykańskich spółek w przeliczeniu na jedną akcję wzrosły w ciągu roku o 5%, w Europie o 11%, a w Japonii o 13%. A to czy zyski koncernów będą nadal rosły zależy od tempa nakręcania się inflacji (dziś w skali globalnej wynosi ok. 2%) i od tego jak zareagują na to banki centralne (jeśli podniosą stopy procentowe, to trudniejszy będzie dostęp do kredytów i może spaść popyt konsumentów). Bardziej to może dotknąć kraje wysoko rozwinięte, niż rozwijające się (pamiętacie, że Polska znacznie lepiej zniosła kryzys w 2009 r., niż np. strefa euro).

      OBSTAWIĆ ZGNIŁY ZACHÓD CZY CHIŃSKIEGO SMOKA? Na stronach Franklina Templetona znalazłem ciekawy wykres pokazujący o ile tańsze - relatywnie - są akcje na rynkach rozwijających się, niż akcje spółek notowanych na rynkach rozwiniętych. Różnica w wycenie spółek wynosi ok. 30% - zarówno jeśli weźmiemy relację rynkowej wartości kupowanego w cenie akcji zysku firmy, jak i wartości księgowej jej majątku. To pokazuje lewy wykres poniżej. Wykres po prawej stronie pokazuje, że rentowność biznesu prowadzącego przez spółki w krajach rozwiniętych i rozwijających się jest podobna, co oznacza, że różnice w wycenie nie są uzasadnione.

      franklin_templeton_emerging

      Czytaj też: W co najlepiej zainwestować pieniądze w 2017 r.? Kilka wskazówek

      CZY BAĆ SIĘ RYZYKA WALUTOWEGO? Inwestowanie części pieniędzy za granicą oznacza - w większości przypadków - wystawienie pieniędzy na ryzyko walutowe. Dawniej bardzo tego nie lubiłem, bo wydawało mi się, że nie jestem w stanie zaakceptować sytuacji, w której mój dochód może być zniwelowany przez niekorzystne różnice kursowe. Z tamtych czasów pozostały mi w portfelu fundusze inwestycyjne, które co prawda inwestują za granicą (w euro lub dolarach), ale też zabezpieczają zmiany różnic kursowych. Ich wyniki są nieco niższe od osiągnięć funduszy nie zabezpieczających się przed ryzykiem kursowym (bo taki hedging kosztuje). Dziś wolę fundusze "oryginalnie" inwestujące w walutach obcych. Uważam, że dzięki temu zabezpieczam się przed ryzykiem spadku realnej wartości złotego.

      O czym myślę? Najcenniejsze, najbardziej zaawansowane technologicznie rzeczy, które mam w domu, są sprowadzane z USA albo z Europy Zachodniej. Ich cena zależy do kursu euro i dolara. Jeśli z polską gospodarką stanie się coś złego, to za moje oszczędności trzymane w banku będę mógł kupić mniej telewizorów Samsunga, telefonów Apple'a i samochodów Mercedesa. Chyba, że... przynajmniej część tych oszczędności będzie wyrażona w euro i dolarach. Oczywiście: można uważać, że strefa euro się rozpadnie, zaś rekordowo zadłużeni Amerykanie wkrótce oddadzą globalne przywództwo Chińczykom. Ale - nawet w takiej sytuacji - nie warto skazywać się na czekanie czy złoty będzie za 20-30 lat wart mniej, czy więcej, niż dziś. I część oszczędności trzymać np. w spółkach chińskich. Poniżej macie rysunek, na którym podaję długoterminową zmianę wartości najważniejszych światowych walut (franka, jena, dolara i euro) do złotego. Mimo, że przez 25 lat mieliśmy jeden z najlepszych okresów w naszej historii, złoty tracił w stosunku do nich na wartości.

      4waluty20lat

       

      TEN PROJEKT EDUKACYJNY WSPIERAJĄ FUNDUSZE BPH TFI. Zaprosiliśmy je do współpracy, bo to pierwsza rodzina funduszy, która zaproponowała klientom fundusz nie tylko inwestujący w spółki dywidendowe, ale i wypłacający dywidendę. Więcej o funduszu BPH Dywidendowy pisałem  jakiś czas temu w blogu. Zobaczcie też inne propozycje od funduszy BPH. Zwróciłbym Waszą uwagę na fundusz BPH Globalny: w ciągu pięciu ostatnich lat dawał stabilny zysk rzędu 8% w skali roku i ani razu nie zanotował poważniejszej wtopy (choć był to czas hossy w USA i Europie Zachodniej, więc miał łatwo :-)). Dość ciekawą opcją może być też BPH Selektywny, będący funduszem absolutnej stopy zwrotu z wynikiem średnio 5,8% rocznie przez ostatnich 5 lat. Jak na fundusze tego typu to niezły wynik.

      Na całym świecie inwestowanie dla dywidendy jest niezwykle popularnym sposobem na pomnażanie wartości posiadanego kapitału. Podczas gdy "normalne" akcje są bardzo wahliwe, spółki dywidendowe to przeważnie "spokojne przystanie", których ceny akcji zmieniają się w dużo mniejszym stopniu, zwłaszcza patrząc w perspektywie kilku, kilkunastu lat. Kto ma udziały w spółkach dywidendowych, ma więc coś w rodzaju "bankowego depozytu", zaś wypłacane co roku dywidendy są ekwiwalentem "odsetek" od tego "depozytu". Tyle, że dużo wyższym, niż prawdziwe odsetki bankowe, bo średnia stopa dywidendy w polskich warunkach wynosi 4% wartości akcji. Zna ktoś standardowy depozyt bankowy, który tyle by płacił? Nie sądzę, żeby szybko udało się skłonić miliony Polaków do inwestowania dywidendowego na giełdzie, ale nie ma przeszkód, by upowszechniły się fundusze inwestycyjne, które będą w tym pośredniczyły, wypłacając klientom raz w roku dywidendy.

       dywidenda222

      Przeczytajcie poprzednie moje teksty z cyklu "Dywidenda jak w banku":

      >>> 13 kwietnia: "W poszukiwaniu dywidendy pewnej jak w banku, czyli wielka koalicja rusza do akcji" - o tym dlaczego lokuję swoje pieniądze nie tylko w banku i dlaczego biorę udział w największej edukacyjnej akcji blogerów, jaką kiedykolwiek widział nasz kraj. 

      >>> 16 kwietnia: "Buty, ciuchy, cukierki. Kto dobrze przewidział, z 10.000 zł wycisnął... milion" - o spółkach-ikonach warszawskiej giełdy, na których każdy, kto uwierzył w ich pomysł na zarabianie pieniędzy, mógł zostać bardzo zamożnym człowiekiem. Takie okazje na rynku kapitałowym są zawsze, także teraz. 

      >>> 21 kwietnia: "Na jak długo trzeba kupić akcje, żeby mieć (prawie) pewność, że się zarobi?" - o tym, że inwestowanie pieniędzy wcale nie musi być bardzo ryzykowne, gdyż statystyki z ostatnich 100 lat pokazują, że w długim terminie ryzyko utraty zainwestowanego w akcje kapitału jest niewielkie. A przynajmniej tak było do tej pory

      >>> 11 maja: "Oprocentowanie lokat sięga dna. Wyższe zyski tylko dla pięknych i bogatych?" - o tym jakie warunki trzeba spełnić, żeby wychylić nos z banku i zacząć lokować oszczędności w spółki wypłacające regularnie dywidendy.Oprócz tego polecam wpisy nawiązujące do akcji:

      >>>  25 maja. "Oszczędności ulokowane w tym banku przez ostatnich pięć lat dawały po 5% rocznie. Jak?" - o tym dlaczego swoją przygodę z inwestowaniem warto zacząć od kupna udziałów w spółkach wypłacających z roku na rok dywidendę? o ile kapitał, za który kupiliśmy akcje, potraktujemy jak długoterminowy depozyt. 

      >>> 17 czerwca: "Jak dostać money-back z urzędu skarbowego? 875 zł do wzięcia i tylko pół roku, by o to zadbać!" - o tym, że z dywidend można zmontować sobie nie tylko plan systematycznego oszczędzania, ale wręcz... dodatkową emeryturę. I jeszcze zanim na tę emeryturkę przejdziemy - dostawać co roku kasę z urzędu skarbowego. W tym roku do wyjęcia co najmniej 875 zł.

      >>> 8 lipca: "Bogowie odcinania kuponów. Dla nich ceny akcji mogłyby spaść nawet do zera"- o tym jak duże znaczenie może mieć systematycznie wypłacana dywidenda dla wyników długoterminowego inwestowania w akcje. I kilkanaście przykładów spółek, które do tej pory świetnie się sprawdzały jako "obiekt" takiego stylu inwestowania.

      >>> 19 lipca: "Odcinanie kuponów dla zabieganych? Są już fundusze, w których kupony... odcinają się same". O tym jakie fundusze akcji dywidendowych są dostępne na polskim rynku i czym się od siebie różnią

      >>> 28 lipca: "Rzecz o pieszczeniu portfela, czyli jak inwestuję swoje oszczędności. I jak je namnażam". O tym jak sam zabrałem się za lokowanie oszczędności, w co wkładam swoje prywatne pieniądze i jak ogarniam strach przed ryzykiem.

      >>> 1 grudnia: "Idą wielkie zmiany dla naszych oszczędności! Jak się na nie przygotować?". O tym jak przygotować oszczędności na czasy niskich stóp procentowych i rosnącej inflacji, spowodowanej dużymi wydatkami socjalnymi państwa.

      >>> 16 grudnia: "Jeszcze tylko dwa tygodnie, by zasłużyć na duży prezent. 875 zł do wzięcia". O tym jak ulokować pieniądze na IKZE i rzutem na taśmę załapać się na pieniądze z Urzędu Skarbowego

      >>> 24 grudnia: "Oto pięć zasad, które pomogą twoim pieniądzom, gdy na świecie kończą się spokojne czasy". Najważniejsze rzeczy, które każdy powinien zrobić z pieniędzmi widząc, że władzę nad światem przejmują ludzie nieobliczalni. 

      >>> 5 lutego 2017 r.: "Jak spać spokojnie i wykręcać trzy razy wyższe zyski, niż z lokaty bankowej". O tym jak w 2016 r. wyglądał mój portfel długoterminowych oszczędności. Na czym zarobiłem dużo, na czym tylko troszkę, a na czym w ogóle?

      Zapraszam do obejrzenia wideoklipów, które już powstały w ramach naszej akcji.

       Obejrzyjcie dwa krótkie wideoprzewodniki po lokowaniu oszczędności. Jak robić to z głową? 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Dywidendy z czterech stron świata, czyli jak inwestować za granicą? To "polisa od grajdołka"”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 27 marca 2017 09:20
  • piątek, 24 marca 2017
    • Mają centra handlowe i biurowce, obiecują 7% dywidendy. Czy warto wejść z nimi w spółkę?

      Nie ma lepszego momentu na inwestowanie w nieruchomości na wynajem, niż niskie stopy procentowe i rosnąca inflacja. Nie bez powodu zamożni Polacy wydają dziś najwięcej w historii na zakupy nieruchomości za gotówkę, by zamienić żałośnie niskie odsetki od depozytów (średnio 1,4% rocznie) na coś pewniejszego. Nieruchomości nie są inwestycją, która zwraca się szybko, ale przy obecnych relacjach cczynszów do cen nieruchomości da się wycisnąć 6% zainwestowanego kapitału rocznie. Wada? Trzeba mieć większą gotówkę, a inwestycja jest niepłynna. Kto nie ma miliona, a chce zarabiać na nieruchomościach, teoretycznie mógłby pójść do funduszy inwestycyjnych lokujących w mieszkania lub galerie handlowe z myślą o wzroście ich wartości, ale... od tego odstraszają koszmarne fakapy z przeszłości. Przypomnę tylko żałosny los funduszy takich jak Arka Nieruchomości, czy BPH Nieruchomości. Te fundusze lokowały tak nieudolnie, że straciły furę pieniędzy klientów zamiast zarabiać.

      Z myślą o zwykłych ciułaczach, którzy chcieliby odcinać kupony od czynszów płaconych przez sklepy galeriom handlowym, powstały REIT-y. To spółki zbierające kasę od ludzi, kupujące za nią biurowce albo galerie handlowe i zarabiające na czynszach. Taki REIT tym różni się od "normalnej" spółki, że nie handluje nieruchomościami na zasadzie "taniej kupić, drożej sprzedać", lecz zajmuje się wyłącznie zarządzaniem nimi. A wszystko co zarobi rozdaje swoim udziałowcom w formie dywidendy. Jeśli mam udziały REIT-u, to jestem pośrednio właścicicelem kawałka centrum handlowego i mam gwarancję, że raz w roku dostanę od tej własności "działkę". Ta gwarancja wynika ze specjalnej ustawy, która reguluje działalność REIT-ów. W Polsce taka ustawa dopiero jest przygotowywana, ale pierwsze "wyroby REIT-opodobne" już są. W zeszłym roku - bez sukcesu - chciała zebrać od nas pieniądze na inwestycje w centra handlowe pod wynajem spółka Reino Dywidenda Plus. Polacy uznali, że jest to zbyt ryzykowna inwestycja (m.in. ze względu na duże uzależnienie firmy od kilku nieruchomości i jej niewielkie gabaryty).

      Czytaj też: Reino Dywidenda Plus, czyli jak być mikrokamienicznikiem?

      Czytaj też: W BPH Dywidendowym prawie jak w banku. Wypłacił 4,7% "odsetek"

      Tych wad nie ma druga spółka REIT-opodobna, której akcje możecie kupić jeszcze do poniedziałku - Griffin Premium RE. Sprzedaż trwa w biurach maklerskich BZ WBK, mBanku, Alior Banku oraz Banku Pekao i u niebankowego brokera Ipopema. Jedno jest pewne - udziałów starczy dla każdego, bo firma jest gotowa sprzedać nam akcje nawet za 730 mln zł (o ile będzie tylu chętnych). Podstawowy pakiet stanowią akcje nowej emisji za 130 mln zł (ta kasa ma służyć do nowych inwestycji nieruchomościowych), a reszta to papiery dotychczasowych udziałowców. Formalnie są nimi fundusze z Holandii, ale pośrednio kontrolowane przez globalny fundusz inwestycyjny Oaktree Capital Group. Jedna akcja będzie kosztowała maksymalnie 6,5 zł (ostateczną cenę poznamy w przyszłym tygodniu, ale trzeba się zapisać zakładając cenę maksymalną), zaś minimalny zapis to 20 akcji.

      Griffin Premium RE jest dużo większym nieruchomościowym graczem, niż Reino. Firma zarządza dziewięcioma nieruchomościami o wartości ponad pół miliarda euro w pięciu miejscach w Polsce. Są to głównie biurowce, ale i galerie handlowe. W Warszawie firma jest właścicielem m.in. Hali Koszyki i Nordic Park oraz Philips House, a we Wrocławiu - jednego z największych centrów handlowych Renoma. W Katowicach ma Supersam, zaś w Krakowie i Łodzi biurowce Lubicz oraz Green Horizon. Łącznie z wynajmu powierzchni w tych obiektach Griffin zgarnia rocznie jakieś 34 mln euro. Firma do tej pory nie płaciła dywidendy, ale na okoliczność sprzedaży akcji spragnionym zysków z najmu Polakom - zadeklarowała, że 65% zysków operacyjnych (czyli głównie z najmu, ale też i z usług reklamowych) będzie przeznaczała na wypłaty w formie dywidendy. Griffin szacuje, że w tym roku (od drugiego do czwartego kwartału) do podziału na dywidendę pójdzie ok. 17,5 mln euro.

      griffin1

      To by oznaczało, że firma zamierza wypłacić na każdą ze 156 mln akcji (tyle ich będzie po nowej emisji - jeśli wszystko pójdzie dobrze, to obecni akcjonariusze zachowają ok. 40%-owy udział w akcjonariacie) po ok. 0,11 euro dywidendy za 2017 r. W przeliczeniu na naszą walutę będzie to jakieś 45-50 gr, co nie wygląda źle biorąc pod uwagę, że Griffin za jedną akcję chce wziąć w ofercie publicznej maksymalnie 6,5 zł. Wychodzi, że z zainwestowanych w każdą akcję złotówek przez rok da się wyjąć "duże" kilka procent dywidendy (w zależności od kursu euro jakieś 6-7%). A jeśli firmie się poszczęści, to w kolejnych latach nie powinno być gorzej, bo pieniądze z nowej emisji mają pójść na zakupy kolejnych nieruchomości - West Link we Wrocławiu (na to pójdzie 18 mln euro) oraz ćwiartki udziałów w trzech warszawskich biurowcach Beethovena i w inwestycji Browary (tu ma być tysiąc mieszkań i duża powierzchnia biurowa) - łącznie za 10 mln euro.

      Wygląda to wszystko nieźle, ale oczywiście nie jest to gra bez ryzyka. Za 6,5 zł kupujemy 3,3 euro majątku "zamrożonego" w nieruchomościach z nadzieją, że po pierwsze wartość tej cegiełki nie spadnie, a z drugiej, że będzie ona "płaciła" systematycznie dywidendy. Ale konkurencja na nieruchomościowym rynku - zarówno jeśli chodzi o biurowce, centra handlowe, jak i biurowce - jest ogromna. Czynsze najmu w Polsce są niższe, niż gdzieniegdzie na Zachodzie, ale nie tak znowu dużo wyższe, niż u sąsiadów (u nas średnio 130 euro za metr, zaś we Francji - 190 euro, w Niemczech - 135 euro, w Czechach - 110 euro, a na Węgrzech - 70 euro). W dodatku buduje się na potęgę. W Warszawie jest 5 mln m2 powierzchni biurowej, z czego 15% jest nie wynajęte. A w budowie jest kolejne pół miliona metrów. We Wrocławiu jest 770.000 m2 powierzchni biurowych, a buduje się kolejncyh 220.000. W Krakowie jest 870.000 m2, a buduje się kolejnych 270.000 m2.

      griffin2

      To oznacza, że wcale nie jest powiedziane, że Griffin zawsze będzie miał wynajętych 100% powierzchni i że będzie mógł dyktować na tyle wysokie ceny, by wypłacać choćby te 0,11 euro dywidendy na akcję. Dziś stopa wynajęcia powierzchni wynosi w Griffin 85%, ale np. w Philips House albo w Hali Koszyki wynajęta jest tylko połowa powierzchni. Poza tym firma będzie wypłacała tylko 65% zysków z działalności operacyjnej na dywidendę, a więc każdy słabszy okres w działalności firmy uderzy w dywidendę. Drugim niepewnym punktem są przyszłe wyceny nieruchomości w Polsce. Ten rynek jest bardzo podatny na złą koniunkturę w gospodarce. Spójrzmy co dzieje się z cenami nieruchomości w Londynie po samej tylko zapowiedzi Brexitu - ceny poszły w dół o 20%. Na południu Europy ceny nieruchomości w czasie ostatniego kryzysu poszły w dół o 30-50%. Nawet jeśli dywidendy z Griffin będą płynąć, to nie byłoby dobrze, żeby zyski z tego tytułu zostały "zjedzone" dużym i trwałym zjazdem wartości "cegiełek" (dziś wspomniane 3,3 euro aktywów przypadających na akcję licząc już z nową emisją).

      Czytaj też: Idą wielkie zmiany dla naszych oszczędności! Jak się przygotować?

      Czytaj: Śpię spokojnie i staram się wykręcić trzy razy tyle, co z lokaty bankowej. Jak?

      No i wreszcie trzeba pamiętać, że nieruchomości to długa inwestycja, obliczona na różne czasy. Stopy procentowe dziś są niskie i zyski z wynajmu nieruchomości są atrakcyjne, co z kolei podbija popyt na nie i ceny. Gdy stopy procentowe pójdą w górę, popyt na nieruchomości spadnie i może się okazać, że to, co dziś kupujemy za 6,5 zł od "cegiełki" jest warte mniej. Z drugiej jednak strony nie ma dwóch zdań, że w długiej perspektywie posiadanie kawałka majątku - obojętnie czy będzie to mieszkanie, udział w firmie coś wytwarzającej, fragment biurowca lub centrum handlowego - może być zabezpieczeniem przed ewentualnym spadkiem wartości polskiej waluty, co uderzyłoby bezpośrednio w oszczędzających, którzy mają pieniądze tylko w banku. Tu mamy aktywa wyceniane w euro, a więc odporne na ewentualną dewaluację złotego wynikającą ze złym zarządzaniem i przekredytowaniem Polski. Jest to więc ciekawy pomysł na ulokowanie kapitału, ale jednak wiążący się z pewnym ryzykiem. Jak w życiu ;-). Macie cały weekend żeby to wszystko rozważyć, ale w poniedziałek będzie już ostatni moment, by ewentualnie udać się do biura maklerskiego i złożyć zlecenie (uwaga: w ten poniedziałek na koncie powinniście już mieć przygotowane pieniądze, bo nie każde biuro maklerskie zaksięguje w ciągu jednego dnia przelew z innego banku).

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Mają centra handlowe i biurowce, obiecują 7% dywidendy. Czy warto wejść z nimi w spółkę?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 24 marca 2017 13:54
  • poniedziałek, 20 marca 2017
    • W funduszu BPH TFI prawie jak w banku. Kto mu zaufał, dostał właśnie 4,7% "odsetek"

      Po raz pierwszy w ponad 20-letniej historii polskich funduszy inwestycyjnych klienci jednego z nich otrzymali do kieszeni regularną dywidendę. I to całkiem pokaźną - wyniosła aż 4,7% zainwestowanych przez każdego z klientów pieniędzy! Tymi szczęśliwcami są posiadacze udziałów w funduszu BPH Dywidendowy, jedynego polskiego funduszu mającego "dywidendową" konstrukcję. Tutaj jest strona tego funduszu, możecie go sobie obejrzeć z bliska :-). Fundusz został powołany rok temu z zamiarem inwestowania akcje najlepszych, najbardzej stabilnych polskich firm wypłacających dywidendy. Funduszy o takim profilu działa na naszym rynku już ponad 20, ale ich klienci nie dostają żadnych dywidend. Jeśli do funduszy wpływają pieniądze od jakiejś spółki, to po prostu zwiększają one zysk funduszu - czyli klienci widzą nieco wyższy wzrost jednostek uczestnictwa, ale nie dostają do ręki żywej gotówki.

      BPH Dywidendowy jest pierwszym funduszem, który zrobił w tej dziedzinie wyłom i - owszem - najpierw dolicza otrzymane dywidendy do swoich wyników, ale potem... rozdaje je ludziom. Wysokość wypłacanych przez fundusz udziałów w zysku nie zależy bezpośrednio tylko od tego ile pieniędzy zainkasuje on z dywidend os spółek. Na wypłaty dla uczestników może iść także część lub całość zarobku z innych transakcji, np. ze sprzedaży akcji. Jednak tegoroczna, pierwsza w historii, wypłata jest bardzo bliska pod względem wartości przeciętnej stopie dywidendy, którą otrzymują udziałowcy spółek dywidendowych. Licząc w wartościach nominalnych na każdą jednostkę uczestnicwa funduszu przypada 6,1 zł dywidendy. W przypadku osób, które mają najmniej udziałów w BPH Dywidendowym (na tyle mało, że w ich przypadku dywidenda nie przekracza 100 zł) zamiast przelewu na konto nastąpi dopisanie do konta dodatkowych jednostek uczestnictwa.

      Jaki sens ma wypłacanie przez fundusz inwestycyjny dywidendy swoim udziałowcom? Moim zdaniem ogromny, zwłaszcza w takim kraju jak Polska, w którym wszyscy kurczowo trzymają się banku jako jedynie słusznego miejsca lokowania oszczędności. Fundusze inwestycyjne są postrzegane jako trudne, tajemnicze i podejrzane. Trzeba powierzyć pieniądze jakimś "kolesiom", którzy najpewniej będą nimi "grali" na giełdzie i mogą wszystko stracić. A zamiast potwierdzenia założenia lokaty klient dostaje jakieś "jednostki uczestnictwa", których powrotna wymiana na żywy pieniądz może się odbyć po bliżej nieznanym kursie. Każdy by się wystraszył, prawda? Dlatego upodobnienie się przez fundusz inwestycyjny do banku i wypłacanie klientom kilkuprocentowej dywidendy, odpowiednika odsetek od depozytu, może otworzyć na inwestowanie w funduszach miliony nowych klientów.

      Czytaj też: Idą duże zmiany dla naszych oszczędności! Nie daj się zaskoczyć

      Czytaj też: Jak spać spokojnie i wykręcać zyski trzy razy większe, niż w banku?

      Na całym świecie inwestowanie dla dywidendy jest niezwykle popularnym sposobem na pomnażanie wartości posiadanego kapitału. Podczas gdy "normalne" akcje są bardzo wahliwe, spółki dywidendowe to przeważnie "spokojne przystanie", których ceny akcji zmieniają się w dużo mniejszym stopniu, zwłaszcza patrząc w perspektywie kilku, kilkunastu lat. Kto ma udziały w spółkach dywidendowych, ma więc coś w rodzaju "bankowego depozytu", zaś wypłacane co roku dywidendy są ekwiwalentem "odsetek" od tego "depozytu". Tyle, że dużo wyższym, niż prawdziwe odsetki bankowe, bo średnia stopa dywidendy w polskich warunkach wynosi 4% wartości akcji. Zna ktoś standardowy depozyt bankowy, który tyle by płacił? Nie sądzę, żeby szybko udało się skłonić miliony Polaków do inwestowania dywidendowego na giełdzie, ale nie ma przeszkód, by upowszechniły się fundusze inwestycyjne, które będą w tym pośredniczyły, wypłacając klientom raz w roku dywidendy.

      Dziś BPH Dywidendowy jest malutkim funduszem, ma zaledwie 16 mln zł aktywów. Ale wydaje mi się, że wielu osobom może przemówić do wyobraźni te 4,7% żywego dochodu, które można było osiągnąć bez umarzania jednostek uczestnictwa. Przy założeniu, że wartość udziałów w BPH Dywidendowym będzie przez cały czas stabilna, można sobie wyobrazić, że przy "zamrożonym" poziomie kapitału takie 4,7% rocznie mogłoby być bardzo sensowną opcją przechowywania kapitału. Akurat tak się składa, że BPH Dywidendowy nie tylko wypłacił klientom pieniądze, ale i zwiększył wartość udziałów w ciągu roku o 22%. Pewnie nie zawsze tak będzie, ale na dziś uczestnicy tego funduszu są wygrani podwójnie - ich inwestycja "spuchła" i jeszcze dostali do ręki dywidendę. Obecnie najwięcej pieniędzy BPH Dywidendowy ma ulokowane w akcjach brytyjskim Royal Dutch Shell, czeskim CEZ oraz polskich spółkach Rokita i Rainbow (tak, w tym biurze podróży ;-)).

      bphdywidendowy1y

      Oczywiście: nie ma róży bez kolców. Fundusz BPH Dywidendowy ma kilka wad. O jednej już wspomniałem - jest malutki i bardzo młody. Nie wiadomo jak zachowa się w gorszych czasach i jaką będzie miał wtedy politykę dywidendową (można sobie wyobrazić, że w przyszłości nie wypłaci dywidendy, żeby nie pogarszać swoich wyników). Fundusz nie jest też tani. Pobiera 3,5% opłaty za zarządzanie (to bardzo dużo jak na zachodnie standardy w funduszach tego typu, zajmujących się długoterminowymi inwestycjami). Dopóki na giełdzie jest hossa nie jest to problemem - mają 22% zarobku można oddać te 3,5% zarządzającym. Ale przy średniej rentowności inwestycji w spółki dywidendowe na poziomie 7-8% rocznie (niektóre statystyki mówią, że nawet 11%) ta opłata za zarządzanie może zacząć boleć. Do tego dochodzi jeszcze 2% opłaty manipulacyjnej na wejściu.

      Czytaj: Chodzisz w marszach, donosisz do Brukseli i jeszcze ci mało? Oto prawdziwie "zdradziecka" inwestycja. I do tego chyba opłacalna ;-)

      Czytaj: Oto fundusze nastawione na płodność... własną. Wezmą prowizję jeśli...

      Trzeba też zauważyć, że BPH Dywidendowy - choć jest jedynym polskim funduszem wypłacającym dywidendy - to nie jest jedynym dostępnym w Polsce tego typu funduszem. Nie tak dawno opisywałem w blogu fundusze o bardzo podobnej konstrukcji ze stajni Franklin Templeton. Tam dywidendy są wypłacane miesięcznie lub kwartalnie i nie są w ogóle uzależnione od tego czy fundusz otrzymał od spółek jakieś dywidendy. Po prostu uczestnikom należy się jak psu miska określony procent, tak jak na depozycie bankowym. Jeśli do wypłaty tych zysków nie wystarczy zysków, to pomniejsza się kapitał funduszu (czyli inwestorom przekazuje się wszystko co fundusz wypracował i "zjada się" część jego kapitału). Taka konstrukcja mniej mi się podoba, niż oparta na przekazywaniu klientom dywidend otrzymanych od spółek, ale dla kogoś, kto chce mieć stały procent - jak w banku - i wierzy w długoterminową pomyślność rynku kapitałowego to też może być niezła opcja.

      O LOKOWANIU OSZCZĘDNOŚCI W AKCJI "DYWIDENDA JAK W BANKU". Od wiosny 2016 r. w blogu trwa akcja "Dywidenda jak w banku", w której zdradzam sposoby na w miarę bezpieczne lokowanie oszczędności inaczej, niż tylko na depozycie bankowym. Zapisując się na newsletter akcji nie przegapicie żadnego z kolejnych tekstów, klipów wideo, webinarów, ani konkursów. W akcji bierze też udział Longterm.pl, najstarszy stażem bloger zajmujący się inwestowaniem długoterminowym, a także Giełda Papierów Wartościowych oraz Stowarzyszenie Inwestorów Indywidualnych i BPH TFI. Obejrzyjcie też jak - wspólnie z Longtermem - mierzyliśmy się z lękami związanymi z lokowaniem oszczędności, zwiedzaliśmy kasyno, udaliśmy się na ryby. Zabawne i pouczające.

      ZOBACZ MOJE PROGRAMY WIDEO! Zapraszam do obejrzenia pierwszego sezonu tygodnika wideo "KASOWNIK SAMCIKA". Jest tam o sprytnych sposobach na oszczędzanie, o studiowaniu, pracowaniu, zaciąganiu kredytu hipotecznego, o zakupach, kontach bankowych, ubezpieczeniach, lokatach, podatkach... Poza poradami w każdym wydaniu czerstwy żart prowadzącego :-)), ciekawostka o pieniądzach oraz finansowy trik Samcika. Zapraszam do obejrzenia wszystkich zeszłorocznych odcinków. Wkrótce kolejna seria! Subskrybuj kanał YouTube "Subiektywnie o finansach"!

      Zapraszam też do obejrzenia spektakularnego cyklu wideo "OD OSZCZĘDZANIA DO INWESTOWANIA". W ośmiu odcinkach realizowanych przy "wsparciu" wszystkich możliwych żywiołów opowiadam o tym, jak małymi krokami zabrać się do oszczędzania pieniędzy i co można zrobić, żeby namnażały się szybciej.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „W funduszu BPH TFI prawie jak w banku. Kto mu zaufał, dostał właśnie 4,7% "odsetek"”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 20 marca 2017 19:56
  • środa, 01 marca 2017
    • Sensacje NASA, nowe planety, obce cywilizacje... Jak możesz zarobić na podboju kosmosu?

      Podbijanie kosmosu, poznawanie cywilizacji pozaziemskich, wizyty UFO na naszym niebie oraz próby znalezienia przez naukowców (w bliższych lub dalszych okolicach Ziemi) jakichś planet zdatnych do zamieszkania - to tematy dość dalekie od naszych finansów osobistych, aczkolwiek ostatnio bardzo zajmujące. No, może z wyjątkiem katastrofistów, którzy spodziewają się, że agresywni Obcy już czają się za rogiem naszego Wszechświata i tylko czekają na groźny moment, by pozbyć się ludzkości. Taka świadomość musi wpływać na zachowania konsumenckie :-))). Osobiście, gdybym był obcą cywilizacją (a czasami, gdy rozmawiam z bankowcami, mam takie uczucie), to poczekałbym spokojnie jeszcze kilkaset lat aż ludzkość sama się powyrzyna, zatruje, wysuszy albo zanihiluje w inny sposób - jesteśmy już na dobrej drodze. Ale za to Elon Musk ogłosił właśnie, że w 50-tą rocznicę postawienia nogi człowieka na księżycu wyśle tam znów swojego człowieka. Oczywiście w jego spółce SpaceX trwają też przygotowania do misji na Marsa.

      Zainteresowanie Obcymi najbardziej zwiększyło się po ostatniej konferencji NASA, na której ogłoszono, że całkiem niedaleko Ziemi - w odległości 39 lat świetlnych (to tylko 400 bilionów kilometrów stąd ;-)) - odkryto układ, który ma aż siedem planet krążących wokół gwiazdy o nazwie TRAPPIST-1. I wszystkie mogą być zdatne do życia! "Odkrycie tak wielu skalistych planet przy jednej z gwiazd daje nadzieję na to, że planety typu ziemskiego są w kosmosie liczne i powszechne, a więc znacznie zwiększa szansę to, że nie jesteśmy samotni we Wszechświecie. Do tej pory astrofizycy poszukiwali planet raczej przy gwiazdach bardziej podobnych do Słońca, teraz zapewne na wyścigi zaczną się uważniej przyglądać tzw. czerwonym karłom, czyli zimnym gwiazdom, choć oczywiście są one trudniejsze do wypatrzenia i śledzenia" - piszą moi koledzy z Wyborczej.pl.

      Zła wiadomość jest taka, że przez pierwszy miliard lat po narodzinach gwiazdy tego typu "świecą dość mocno, nawet jaśniej niż dziś Słońce. W tym okresie każda planeta, która znajdzie się zbyt blisko, zostanie dosłownie zgrilowana". Więc ta szczęśliwa siódemka planet podobnych do Ziemi też mogła tego doświadczyć, chyba że... "powstały w dużej odległości od gwiazdy i dopiero migrowały w jej pobliże, to być może nie straciły lotnych składników, takich jak np. woda". Tym niemniej odkrycie TRAPPIST-1 może być początkiem poszukiwań innych tego typu układów planetarnych i nawet jeśłi ten konkretny okaże się niewypałem (choć w tym kontekście raczej trzeba byłoby napisać, że jest "przepalony"), to może znajdą się inne. A jeśli tak, to czas zabrać się za zarabianie na tych poszukiwaniach ;-)).

      luksusoweschronySCHRON LEPSZĄ INWESTYCJĄ, NIŻ MIESZKANIE? Jeśli ktoś nie liczy na cierpliwość Obcych, lecz spodziewa się ich nalotu w każdej chwili, to oczywiście inwestuje w złoto fizyczne oraz w... schron. Prywatne schrony są już prawie tak samo popularną inwestycją jak pracownicze ogródki działkowe. Podstawowy wariant takiego schronu w USA kosztuje niecałe 40.000 dolarów (takie ceny jakiś czas temu gwarantowała firma Atlas, która to-to buduje). W Wielkiej Brytanii z kolei - w zależności od jakości wykonania, ceny porządnych bunkrów kształtują się od 20.000 funtów do nawet 125.000 funciaków. Oczywiście firma zajmująca się tą działalnością oferuje też wersję podstawową, czyli zwykłą ziemiankę w cenie 6.000 funtów. Ostatnio słyszałem o luksusowych wersjach schronów, przypominających podziemne apartamenty, których koszt opiewa już na 10 mln dolarów. Gdyby się okazało, że "coś" nas nawiedzi, to schron może być znacznie lepszą inwestycją kapitału, niż "tradycyjna" nieruchomość. ;-))

      JEŚLI "ONI" PRZYLECĄ, ZAROBISZ 20-KROTNIE. Firma bukmacherska PaddyPower prowadzi zakłady, których stawką jest udowodnienie istnienia Obcych. Do wzięcia jest całkiem sporo, ale najlepsze okazje od konferencji NASA są już niestety nieaktualne. Otóż gdyby w tym roku ktoś udowodnił istnienie Obcych, to firma bukmacherska wypłaciłaby za każdego zainwestowanego w taki zakład pieniążka aż 33. Jeśli więc za chwilę pojawią się dowody na istnienie obcych cywilizacji, posiadacze takich zakładów za zainwestowane np. 100 dolarów dostaną 3300 "zielonych". Dla kolejnych lat zakłady były nieco mniej rentowne (ok. 25 dolarów za każdego postawionego). Tak było przed newsem z NASA, bo teraz niestety prawdopodobieństwo odkrycia Obcych rośnie i zakład w PaddyPower dotyczący roku 2017 jest wyceniany już tylko na 20:1. A na 2019 r. już tylko na 18:1. Kiepsko, ale jeśli jesteście optymistami co do tego, że nie jesteśmy w kosmosie sami... Czekam z utęsknieniem na wprowadzenie takich zakładów przez STS ;-). Na razie zapraszam do PaddyPower ;-)

      UFOlockheedJAK MIEĆ DZIAŁKĘ W ZYSKACH Z WYPRAWY NA MARSA? Jeśli zaś nie jesteście hazardzistami oraz nie obstawiacie najazdu Obcych, to oczywiście jest też opcja zarabiania na odkrywaniu kosmosu "tradycyjnymi" metodami. Niestety, słynny SpaceX Ellona Muska nie jest notowany na giełdzie, ale amerykańscy spece od inwestowania radzą np., by zainwestować w akcji Lockheeda Martina, firmy co prawda specjalizującej się w technologiach lotniczych i wojskowych, ale która ma też dywizję kosmiczną. Ta część działalności firmy była trzecią największą pod względem przychodów i drugą najbardziej rentowną. Z 51 mld dolarów przychodów część kosmiczna daje Lockheedowi już prawie 10 mld dolarów. Firma prowadzi np. program Mars Base Camp, który zakłada wysłanie na orbitę Marsa ludzi w 2028 r. Lockheed Martin jest też obecny przy każdej misji NASA na Marsa. Wspólnie z Boeingiem Lockheed ma spółkę, która dostarcza silniki do rakiet. W ciągu trzech lat kurs akcji Lockheeda na nowojorskiej giełdzie poszedł w górę ze 160 do 260 dolarów.

      A MOŻE ZAINWESTOWAĆ W... RAKIETY? Boeing to też zresztą beneficjent podboju kosmosu, jego część zajmująca się obroną, kosmosem i technologiami bezpieczeństwa ma ok. 15 mld dolarów rocznych przychodów (10% całości). Czystą grą na udany podbój kosmosu byłby też zakup akcji firmy Aerojet Rocketdyne, która zajmuje się dostarczaniem rozwiązań dla przemysłu kosmicznego i wojskowego. Firma jest malutka, rocznie ma raptem 1,5 mld dolarów przychodu, ale jest partnerem US Air Force w rozbudowie silników do myśliwców. No i ma miliard dolarów wartości rynkowej. Myśląc o udziale w zyskach z podboju kosmosu możecie też zainwestować w akcje firmy Orbital ATK, która ponad jedną czwartą przychodów osiąga ze sprzedaży technologii kosmicznych (usługi inżynieryjne dla stacji kosmicznych, satelity, komponenty do rakiet). Rocznie z tego tytułu firma ma 1,2 mld dolarów przychodów.

      JAK KUPIĆ "KOSMICZNE" AKTYWA? Jak widzicie, Obcych nie trzeba się bać (choć nie zaszkodzi kupić zakładu, który dobrze "zapłaci", gdyby przypadkiem zabłądzili w odmętach Wszechświata i zawitali na trzecią planetę od słońca ;-)), a co więksi optymiści mogą ulokować oszczędności w akcjach spółek, które na pewno zarobią najwięcej, gdyby udało się odkryć w kosmosie coś, na czym jest woda. Jeśli chodzi o największe spółki z amerykańskiej giełdy, takie jak Lockheed Martin, czy Boeing, to nie ma większego problemu, by stać się ich współwłaścicielami z poziomu fotela w polskim domu ;-). Możliwość zakupu zagranicznych akcji oferują niektóre biura maklerskie, zarówno polskie (np. Bossa), jak i globalne (np. DeGiro). Transakcje nie są tak tanie, jak w przypadku polskiej giełdy, ale w przypadku spodziewanych kosmicznych zysków oczywiście nie ma to większego znaczenia. W spółki amerykańskie można też inwestować za pośrednictwem kontraktów CFD (to nie to samo, co akcje - nie dają prawa do dywidendy, kojarzą się też z większym ryzykiem, bo inwestuje się z tzw. dźwignią finansową, no i w przypadku bankructwa któregoś z pośredników w transakcji pieniądze, o ile się orientuję, się anihilują). 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 01 marca 2017 08:52

Archiwum

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny