Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

11. Fundusze i giełda

  • piątek, 26 maja 2017
  • niedziela, 02 kwietnia 2017
    • Chcesz zarobić na zakupach? Duża sieć sklepów spożywczych szuka współwłaścicieli

      Od czasu do czasu zwracam Waszą uwagę na potencjalnie ciekawe pozabankowe lokaty kapitału. A wśród nich - na oferty spółek wchodzących na giełdę. Z reguły takie debiuty są mniej ryzykowne, niż zakup udziałów w spółkach już notowanych na parkiecie (bo dotychczasowi właściciele muszą zaoferować dyskonto cenowe). A mieć cząstkę własności porządnej, dobrze prosperującej spółki jako dodatkowy "fundusz emerytalny" to rzecz, która mnie kręci. Jeśli kręci też kogoś z Was, to uprzejmie donoszę, że jeszcze tylko dziś można zapisywać się na akcje dużej sieci sklepów spożywczych Dino. To okazja do tego, by - będąc konsumentem - przestać tylko płacić za zakupy, ale i zacząć zarabiać na tym, że inni wydają w sklepach pieniądze.

      Dino jest siecią ponad 600 sklepów obecną głównie w mniejszych miastach (i na peryferiach największych aglomeracji). Rozwija się szybko, bo rocznie powstaje po 100 nowych sklepów tej marki. Choć sieć musi rywalizować z jednej strony z takimi potentatami jak hipermarkety Carrefour, Auchan i Tesco, zaś z drugiej z sieciami dyskontów (Biedronka, Lidl i inni), to wygląda na to, że znalazła sobie miejsce na rynku gdzieś pomiędzy tymi konceptami. Typowy sklep Dino jest mniejszy od Biedronki (więc łatwiej i szybciej robi się tam zakupy), ale większy od Żabki (a więc oferuje większy wybór towarów). Ma służyć do niezbyt dużych, codziennych zakupów, ale asortymentem skutecznie zniechęcać klientów do wypraw w kierunku hipermarketów. Ani to delikatesy (jak Piotr i Paweł, czy dogorywająca Alma), ani sklep z taniochą. 

      sklepdino

      Dino nie należy do rynkowych gigantów. Wspomnianych wyżej 600 sklepów w zeszłym roku wypracowało niecałe 3,4 mld zł przychodów i jakieś 150 mln zł zysków. Dla porównania: największa pod względem obrotów Biedronka w swojej sieci 2700 sklepów wypracowuje 36-37 mld zł obrotów (jest więc 10-krotnie większa, niż Dino), zaś sprzedana niedawno - za jakieś 4 mld zł - sieć Żabka generuje niecałe 6 mld zł obrotów i ma 4200 sklepów (a więc jest niecałe dwa razy większa). Pod względem wartości obrotów Dino reprezentuje mniej więcej taki potencjał jak Polomarket, czy Netto. I dwa razy większy gracz, niż np. Stokrotka, czy Piotr i Paweł. Właścicielem połowy akcji jest prywatny inwestor Tomasz Biernacki, zaś drugą połowę (49%) kontroluje fundusz Enterprise Investors. I to właśnie on chce się pozbyć swoich akcji, wprowadzając sieć Dino na giełdę i sprzedając nam jej udziały.

      Czy warto je od Amerykanów kupić? Do zalet Dino z pewnością należy to, że jest poukładanym, rentownym biznesem. Przy prawie pięć razy mniejszej od Żabki liczbie sklepów wypracowuje więcej, niż połowę jej obrotów. Ma wysoką i od kilku lat rosnącą rentowność (ponad 20% na poziomie brutto). Sklepy stawia jako placówki własne (a nie w formie dużo tańszej franczyzy). Taka forma prowadzenia biznesu oznacza, że każdy sklep to początkowa inwestycja rzędu aż 2,5 mln zł i nie da się wejść z marszu do centrów dużych miast. Ale za to później łatwiej jest pilnować kosztów i jakości. Za cztery lata Dino chce podwoić liczbę posiadanych sklepów, poprawiając w dodatku rentowność tych, które już ma. Czyli odebrać klientów konkurencyjnym sklepom, których jest coraz więcej. Już co czwarty sklep Dino w promieniu pięciu kilometrów ma więcej niż pięć konkurencyjnych sieci sklepów (nie licząc malutkich, prywatnych sklepów osiedlowych).

      Czy jest na to szansa? W przeliczeniu na milion mieszkańców mamy ponad dwa razy mniej sklepów spożywczych, niż Niemcy i prawie dwa razy mniej, niż Francuzi (my ok. 80 a oni 120-180). Ale z drugiej strony oni mają więcej pieniędzy do wydania. W Wielkiej Brytanii, która też biedna nie jest, liczba sklepów na milion mieszkańców jest porównywalna do polskiej. Poza tym rynek sklepów spożywczych się konsoliduje (nie wiadomo czy Dino osiągnęlo już poziom "to big to fail"), a przykład Almy pokazuje, że niewiele trzeba, żeby się przwrócić - wystarczy słaba lokalizacja sklepów, marny marketing i zła polityka cenowa oraz produktowa. Nad sieciami handlowymi wisi groźba podatku handlowego (na razie mglista) oraz zakazu handlu w niedzielę. Niewykluczone, że decyzja Enterprise Investors, by teraz pozbyć się połowy udziałów w Dino, w jakimś stopniu wynika z faktu, że najszybszy i najłatwiejszy etap budowania ogólnopolskiej sieci sklepów już się skończył. Teraz trzeba będzie na dobre zacząć wchodzić w szkodę Żabkom, Biedronkom i innym owadom.

      Ale mimo tych wszystkich zastrzeżeń, nie ma dwóch zdań, że Dino jest porządną, dobrze naoliwioną maszynką, która mimo sporego zadłużenia w bankach (450 mln zł - to też ryzyko, bo banki mają to do siebie, że w razie jakichkolwiek kłopotów potrafią błyskawicznie "dobić" ofiarę) generuje zyski i zwiększa rentowność. Jeśli się zdecydujecie na zakup tych akcji (trzeba się spieszyć, zamówienie w biurze maklerskim (do wybiru macie DM Alior, DM PKO BP, mDm i jeszcze kilka innych biur) składać można jeszcze tylko w poniedziałek. Cena maksymalna (po takiej trzeba się zapisać, jeśli zainteresowanie będzie takie sobie, to firma zaodrynuje "rabat") wynosi 33,5 zł za akcję. Na każdą akcję przypada dziś 1,5 zł zysku (na razie pewnie nie ma mowy o dywidendzie, bo Dino potrzebuje kasy na inwestycje - 200-300 mln zł rocznie), co oznacza, że wskaźnik Cena/Zysk wynosi ponad 22.

      To niemało. W przypadku dużych, porządnych spółek okazją jest C/Z w okolicach 15-16. Trudno więc mówić o "promocji", ale jeśli szefom Dino uda się zrealizować plan rozwoju i powiększyć do 2020 r. sieć sklepów do 1200, zaś ich obroty napompować do 6-8 mld zł, to firma może wskoczyć do pierwszej szóstki największych sieci marketów w Polsce. A wtedy również na każdą akcję będzie przypadało znacznie więcej zysku, niż dziś, co będzie miało przełożenie na cenę akcji. Zagrożeń na horyzoncie jest sporo (jako się rzekło - najszybszy i najłatwiejszy etap rozwoju Dino może mieć już za sobą), ale kto nie ryzykuje... Mało kto przypuszczał, że takie firmy jak LPP, CCC, czy CD Projekt po 10-20 latach od debiutu będą miały wartość 10-20-krotnie większą, niż na starcie. Jeśli macie w okolicy sklep Dino, a rozważacie możliwość, by stać się jego współwłaścicielem, to koniecznie odwiedźcie go zanim zapiszecie się na akcje. Pierwsze wrażenie jest najważniejsze.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Chcesz zarobić na zakupach? Duża sieć sklepów spożywczych szuka współwłaścicieli”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      niedziela, 02 kwietnia 2017 19:17
  • poniedziałek, 27 marca 2017
    • Dywidendy z czterech stron świata, czyli jak inwestować za granicą? To "polisa od grajdołka"

      dywidendalogo11Lokowanie części oszczędności poza bankiem jest obowiązkiem każdego, kto ma już niezbędną poduszkę finansowego bezpieczeństwa (pieniądze pozwalające przeżyć przez co najmniej pół roku w razie drastycznego spadku dochodów) oraz myśli o swoich pieniądzach w kategoriach długoterminowej lokaty kapitału. Powody są oczywiste: żaden bank nie zabezpieczy pieniędzy trwale przed inflacją i dewaluacją złotego, zaś kasa ulokowana na rynku kapitałowym - w akcjach największych, stabilnych koncernów - w długim okresie daje wyższy dochód z dywidend, niż oferują odsetki od depozytów. Mając kawałek własności porządnej firmy można więc się czuć równie pewnie jak trzymając pieniądze na lokacie. Argumenty na poparcie wszystkich tych tez podałem w poprzednich artykułach z cyklu "Dywidenda jak w banku".

      ZAPISZCIE SIĘ NA NEWSLETTER "DYWIDENDY JAK W BANKU". Nie chcę żebyście przegapili kolejne teksty, w których ujawnię konkretne patenty na sensowne oszczędzanie poza bankiem. W ramach akcji będzie też publikował artykuły Longterm.pl oraz Stowarzyszenie Inwestorów Indywidualnych. Każdy z tych tekstów będzie z innej strony pokazywał lokowanie pieniędzy poza bankiem, poza Polską i poza najczęściej spotykanymi formami oszczędzania. Zapraszam do formularza zapisu na newsletter, który jest na stronie akcji "Dywidenda jak w banku"

      DYWIDENDA NIE TYLKO Z POLSKI. Nie brakuje w Polsce dużych, porządnych firm, które są notowane na giełdzie, od wielu lat wypłacają dywidendy i zwiększają wartość swoich udziałów (a więc dają zarobić podwójnie - dają coroczne "odsetki" i w dodatku rośnie wartość akcji, cegiełek ich własności). Wykaz firm, które przez 10-20 ostatnich lat były lokatą "pewną jak w banku" znajdziecie w poprzednich odcinkach serialu poświęconego dywidendom. Sęk w tym, że niestety nie jesteśmy pępkiem świata i ani polska gospodarka nie należy do światowych gigantów (nie mieścimy się w grupie G20, najbardziej rozwiniętych państw globu), ani polskie firmy nie należą do najwyżej wycenianych. O tym ile znaczymy w świecie przekonują te dwie infografiki, które podaję poniżej i powyżej.

      globalecoomy_howmuch

      Na pierwszej (powyżej) są najnowsze dane o udziale poszczególnych krajów w światowym PKB, a na drugiej (poniżej) - gdzie mają siedziby firmy będące właścicielami nacenniejszych marek na świecie. O najcenniejszych markach świata było też niedawno w blogu - z tych danych wynika, że nie tylko Polska jest marginesem w globalnej gospodarce, ale i Europa zaczyna nim być. 

      mostvaluablebrands1

      To oznacza, że o ile wiele solidnych, polskich spółek wypłacających rok w rok sute dywidendy można z czystym sumieniem uznać za "niezniszczalne", to z łatwością można znaleźć w świecie firmy jeszcze bardziej "niezniszczalne", niż polskie. Jeśli weźmiemy listę największych firm biotechnologicznych świata, to okaże się, że jest tam Johnson&Johnson, Pfizer, Merck, Amgen, GlaxoSmithkline (to firmy amerykańskie), Roche, Novartis (szwajcarskie), Sanofi (francuska), Novo Nordisk (norweska). Gdybym chciał zainwestować w technologie kosmiczne, to też nie mam dużego wyboru w Polsce (było o tym w blogu niedawno, przy okazji ostatnich odkryć NASA - polecam!).

      DLACZEGO NIE WARTO JECHAĆ NA JEDNYM KONIU? Po drugie zaś rozproszenie swoich pieniędzy na inwestycje z innych rejonów świata pozwala uniknąć stawiania wszystkiego na jedną kartę. Wtedy, kiedy Polska przeżywa słabszy moment, w innych miejscach świata koniunktura jest lepsza. I na odwrót. Poniżej macie wykres, w którym porównuję zmiany wartości funduszu TFI BPH, który zajmuje się inwestowaniem na całym świecie z indeksami polskiej giełdy WIG i WIG20 oraz z wartością funduszu zajmującego się bezpiecznym lokowaniem pieniędzy (coś a la lokata bankowa). Jak widzicie fundusz akcji globalnych TFI BPH (to ta czarna linia) w ciągu ośmiu lat wycisnął 96% zysków, a w tym indeks największych polskich spółek WIG20 dał tylko 21% zysków, zaś z inwestycji typu "depozyt bankowy" można było otrzymać 26% (to ta stabilnie, lecz niespiesznie rosnąca linia).

      bankvsglobalny_vs_wig20

      Zerknijcie też na długoterminowy wykres porównujący osiągnięcia czterech giełdowych indeksów odzwierciedlających zachowanie się cen akcji polskich, amerykańskich, francuskich i niemieckich. Akurat tak się zdarzyło, że największe zyski zgarnął ten inwestor, kto poza polskimi akcjami miał też trochę kapitału ulokowanego w Niemczech i w USA. Niewykluczone, że w kolejnych 10 latach będzie odwrotnie i że bardziej będzie się opłacało mieć udziały w spółkach spoza krajów najbardziej rozwiniętych. Ale nawet wtedy największe koncerny amerykańskie, niemieckie, a nawet francuskie będą wypłacały dywidendy.

      4indeksy10latrozw

      JAK KUPIĆ AKCJE COCA-COLI? Chęć rozproszenia ryzyka to powód, dla którego - lokując pieniądze poza bankiem - nie skupiam się wyłącznie na polskich spółkach oraz na funduszach lokujących wyłącznie w Polsce. Dziś naprawdę nie jest wielkim problemem kupić akcje takich firm jak McDonald'sa, czy Coca-Coli. Jest w Polsce kilka biur maklerskich, które dają możliwość kupowania akcji na Wall Street, giełdzie londyńskiej, paryskiej lub we Frankfurcie (m.in. DM BOŚ, DM Deutsche Banku, DM ING, CDM Pekao). Jedynym problemem są prowizje, które przeważnie wynoszą od 20 do 100 euro od każdej transakcji. Wyjątkiem jest biuro maklerskie DeGiro, które jest duuuuużo tańsze, bo działa trochę jak Uber (było o nim w blogu - odsyłam!).

      Czytaj też: 5 powodów, dla których warto inwestować w zagraniczne spółki dywidendowe!

      ETF TEŻ WYPŁACI DYWIDENDĘ. Inne opcje - dobre dla początkujących inwestorów - to inwestowanie w wiele spółek jednocześnie za pomocą indeksów lub funduszy inwestycyjnych. Jeśli chodzi o tę pierwszą opcję, w grę wchodzi zakup tzw. jednostek indeksowych (ETF) marki Lyxor, notowanych na warszawskiej giełdzie. Tym sposobem można stać się "współwłaścicielem" indeksu S&P 500 (największych spółek w USA) oraz DAX (największe akcje niemieckie). Jednostki indeksowe kupuje się dokładnie tak samo, jak akcje. Ich ceny zaś zmieniają się w sposób odwzorowujący indeksy giełdowe. ETF Lyxor S&P 500 ma to do siebie, że... dwa razy w roku wypłaca swoim inwestorom dywidendy. Średnio wynosi ona 0,15-0,20 euro na każdą jednostkę. Ostatnia, grudniowa dywidenda była warta 0,19 euro. Biorąc pod uwagę bieżącą wycenę tego ETF-a (ok. 95 zł za jednostkę) wypłacana dwa razy w roku dywidenda wynosi ok. 2% wartości zainwestowanego kapitału w skali roku. Mniej więcej tyle, ile wynosi stopa dywidendy w amerykańskich spółkach.

      lyxordywidenda

      FUNDUSZE ZAGRANICZNE: Z POLSKI CZY Z LUKSEMBURGA? Kolejna opcja lokowania części pieniędzy za granicą to fundusze inwestycyjne. W grę wchodzą zarówno fundusze polskich firm zarządzających aktywami, jak i zagranicznych, mających siedzibę z reguły w Luksemburgu. Te zagraniczne go najwięksi światowi potentaci - Franklin Templeton, BlackRock, Schroeders, czy Robeco. Zaletą zagranicznych asset managerów (udziały w ich funduszach są do kupienia u największych polskich pośredników finansowych) jest m.in. to, że mają w ofercie rzeczy niedostępne w polskich firmach: inwestowanie w krajach BRIC (czyli Brazylia-Rosja0Indie-Chiny), albo lokowanie pieniędzy w kopalnie złota. Np. Franklin Templeton ma fundusz azjatyckich spółek dywidendowych (inwestuje m.in. w akcje Alibaby, Samsunga, China Mobile...), który co miesiąc wypłaca uczestnikom dywidendy. Ostatnio wynosiły one ok. 3 centy na każdy udział, co w skali roku czyni ok. 35 centów, czyli 3% wartości jednostki uczestnictwa. Zagraniczne fundusze mają niższe opłaty od polskich, no i są poza lepkimi rączkami polskich polityków, ale trzeba samodzielnie rozliczać się z zysków w ramach PIT-a.

      Czytaj też: Chodzisz na demonstracje, donosisz do Brukseli i jeszcze ci mało? Sprawdź tę, prawdziwie "zdradziecką" inwestycję

      Czytaj też: Poznajcie fundusz inwestujący w ETFy ze wszystkich stron świata

      Najłatwiejszą opcją wejścia na zagraniczne rynki są polskie fundusze inwestujące na rynkach globalnych. Jest ich - jak sądzę, nie liczyłem dokładnie - kilkadziesiąt. Niemal każde polskie TFI ma w ofercie fundusze inwestujące w Europie, USA, Azji, na tzw. emerging markets (czyli w krajach rozwijających się), albo w globalne spółki z najbardziej obiecujących sektorów gospodarki - biotechnologii, żywności, zdrowia, energetyki odnawialnej... Do wyboru, do koloru. Bazę wszystkich polskich funduszy inwestycyjnych - także tych specjalizujących się w inwestycjach na zagranicznych rynkach - znajdziecie na stronie Analizy.pl (trzeba wybrać sekcję "notowania", a potem kliknąć "grupa" i wybrać z listy odpowiedni rodzaj funduszy, np. akcji globalnych albo akcji z emerging markets. O, tu przeklejam zestawienie zyskowności właśnie tej ostatniej odmiany funduszy.

      analizyemerging

      W przygniatającej większości przypadków polskie fundusze inwestycyjne lokują część pieniędzy klientów w akcje spółek dywidendowych. Przyczyna jest oczywista - są one zwykle pewniejszą inwestycją. Pieniądze z wypłacanych przez spółki dywidend zwykle nie trafiają bezpośrednio do klientów funduszy, lecz po prostu poprawiają wyniki tych funduszy. Posiadacze udziałów z reguły widzą po prostu, że fundusz zarobił 10% zamiast 8%, ale że różnica wynika z wypłaconych przez spółki dywidend - to już zwykle ich nie interesuje. Wyjątkiem wśród polskich asset managerów jest fundusz BPH Dywidendowy, który nie dość, że zarobił w skali roku ponad 13%, to jeszcze wypłacił swoim klientom 4,7% dywidendy w żywej gotówce. Więcej o tym funduszu pisałem niedawno w blogu. Zapraszam też na stronę tego funduszu - wspiera on akcję "Dywidenda jak w banku".

      BPH_dywidnedowy

      WYCHODZIMY ZA GRANICĘ - PIERWSZE KROKI. Początkującym inwestorom proponuję ulokować pieniądze w dwa fundusze inwestujące w Polsce i dwa zagraniczne, ale nie specjalizujące się w żadnej konkretnej branży. Niech to będzie fundusz globalny inwestujący w krajach rozwiniętych albo rozwijających się. W krajach rozwiniętych mamy najbardziej znane światowe spółki dywidendowe, a więc najbardziej "niezniszczalne". A z kolei kraje rozwijające się - Brazylia, Indie, Chiny, Rosja, Turcja itp. - mają tę zaletę, iż największe koncerny notowane na tamtejszych giełdach są wyceniane znacznie niżej od największych koncernów w USA, Japonii, czy Eurostrefie. Zerknijcie na poniższy wykres: obrazuje średnią wycenę akcji spółek w krajach rozwijających się. Jak widać, nie widać tu hossy jaka trwa w USA, a to oznacza, że może ona dopiero nadejść.

      emerging_global

      W USA i Europie Zachodniej akcje są drogie - co oczywiście nie oznacza, że nie muszą być jeszcze droższe, bo największe światowe koncerny zarabiają coraz więcej i mają coraz więcej kasy na wypłatę dywidend. Zyski netto amerykańskich spółek w przeliczeniu na jedną akcję wzrosły w ciągu roku o 5%, w Europie o 11%, a w Japonii o 13%. A to czy zyski koncernów będą nadal rosły zależy od tempa nakręcania się inflacji (dziś w skali globalnej wynosi ok. 2%) i od tego jak zareagują na to banki centralne (jeśli podniosą stopy procentowe, to trudniejszy będzie dostęp do kredytów i może spaść popyt konsumentów). Bardziej to może dotknąć kraje wysoko rozwinięte, niż rozwijające się (pamiętacie, że Polska znacznie lepiej zniosła kryzys w 2009 r., niż np. strefa euro).

      OBSTAWIĆ ZGNIŁY ZACHÓD CZY CHIŃSKIEGO SMOKA? Na stronach Franklina Templetona znalazłem ciekawy wykres pokazujący o ile tańsze - relatywnie - są akcje na rynkach rozwijających się, niż akcje spółek notowanych na rynkach rozwiniętych. Różnica w wycenie spółek wynosi ok. 30% - zarówno jeśli weźmiemy relację rynkowej wartości kupowanego w cenie akcji zysku firmy, jak i wartości księgowej jej majątku. To pokazuje lewy wykres poniżej. Wykres po prawej stronie pokazuje, że rentowność biznesu prowadzącego przez spółki w krajach rozwiniętych i rozwijających się jest podobna, co oznacza, że różnice w wycenie nie są uzasadnione.

      franklin_templeton_emerging

      Czytaj też: W co najlepiej zainwestować pieniądze w 2017 r.? Kilka wskazówek

      CZY BAĆ SIĘ RYZYKA WALUTOWEGO? Inwestowanie części pieniędzy za granicą oznacza - w większości przypadków - wystawienie pieniędzy na ryzyko walutowe. Dawniej bardzo tego nie lubiłem, bo wydawało mi się, że nie jestem w stanie zaakceptować sytuacji, w której mój dochód może być zniwelowany przez niekorzystne różnice kursowe. Z tamtych czasów pozostały mi w portfelu fundusze inwestycyjne, które co prawda inwestują za granicą (w euro lub dolarach), ale też zabezpieczają zmiany różnic kursowych. Ich wyniki są nieco niższe od osiągnięć funduszy nie zabezpieczających się przed ryzykiem kursowym (bo taki hedging kosztuje). Dziś wolę fundusze "oryginalnie" inwestujące w walutach obcych. Uważam, że dzięki temu zabezpieczam się przed ryzykiem spadku realnej wartości złotego.

      O czym myślę? Najcenniejsze, najbardziej zaawansowane technologicznie rzeczy, które mam w domu, są sprowadzane z USA albo z Europy Zachodniej. Ich cena zależy do kursu euro i dolara. Jeśli z polską gospodarką stanie się coś złego, to za moje oszczędności trzymane w banku będę mógł kupić mniej telewizorów Samsunga, telefonów Apple'a i samochodów Mercedesa. Chyba, że... przynajmniej część tych oszczędności będzie wyrażona w euro i dolarach. Oczywiście: można uważać, że strefa euro się rozpadnie, zaś rekordowo zadłużeni Amerykanie wkrótce oddadzą globalne przywództwo Chińczykom. Ale - nawet w takiej sytuacji - nie warto skazywać się na czekanie czy złoty będzie za 20-30 lat wart mniej, czy więcej, niż dziś. I część oszczędności trzymać np. w spółkach chińskich. Poniżej macie rysunek, na którym podaję długoterminową zmianę wartości najważniejszych światowych walut (franka, jena, dolara i euro) do złotego. Mimo, że przez 25 lat mieliśmy jeden z najlepszych okresów w naszej historii, złoty tracił w stosunku do nich na wartości.

      4waluty20lat

       

      TEN PROJEKT EDUKACYJNY WSPIERAJĄ FUNDUSZE BPH TFI. Zaprosiliśmy je do współpracy, bo to pierwsza rodzina funduszy, która zaproponowała klientom fundusz nie tylko inwestujący w spółki dywidendowe, ale i wypłacający dywidendę. Więcej o funduszu BPH Dywidendowy pisałem  jakiś czas temu w blogu. Zobaczcie też inne propozycje od funduszy BPH. Zwróciłbym Waszą uwagę na fundusz BPH Globalny: w ciągu pięciu ostatnich lat dawał stabilny zysk rzędu 8% w skali roku i ani razu nie zanotował poważniejszej wtopy (choć był to czas hossy w USA i Europie Zachodniej, więc miał łatwo :-)). Dość ciekawą opcją może być też BPH Selektywny, będący funduszem absolutnej stopy zwrotu z wynikiem średnio 5,8% rocznie przez ostatnich 5 lat. Jak na fundusze tego typu to niezły wynik.

      Na całym świecie inwestowanie dla dywidendy jest niezwykle popularnym sposobem na pomnażanie wartości posiadanego kapitału. Podczas gdy "normalne" akcje są bardzo wahliwe, spółki dywidendowe to przeważnie "spokojne przystanie", których ceny akcji zmieniają się w dużo mniejszym stopniu, zwłaszcza patrząc w perspektywie kilku, kilkunastu lat. Kto ma udziały w spółkach dywidendowych, ma więc coś w rodzaju "bankowego depozytu", zaś wypłacane co roku dywidendy są ekwiwalentem "odsetek" od tego "depozytu". Tyle, że dużo wyższym, niż prawdziwe odsetki bankowe, bo średnia stopa dywidendy w polskich warunkach wynosi 4% wartości akcji. Zna ktoś standardowy depozyt bankowy, który tyle by płacił? Nie sądzę, żeby szybko udało się skłonić miliony Polaków do inwestowania dywidendowego na giełdzie, ale nie ma przeszkód, by upowszechniły się fundusze inwestycyjne, które będą w tym pośredniczyły, wypłacając klientom raz w roku dywidendy.

       dywidenda222

      Przeczytajcie poprzednie moje teksty z cyklu "Dywidenda jak w banku":

      >>> 13 kwietnia: "W poszukiwaniu dywidendy pewnej jak w banku, czyli wielka koalicja rusza do akcji" - o tym dlaczego lokuję swoje pieniądze nie tylko w banku i dlaczego biorę udział w największej edukacyjnej akcji blogerów, jaką kiedykolwiek widział nasz kraj. 

      >>> 16 kwietnia: "Buty, ciuchy, cukierki. Kto dobrze przewidział, z 10.000 zł wycisnął... milion" - o spółkach-ikonach warszawskiej giełdy, na których każdy, kto uwierzył w ich pomysł na zarabianie pieniędzy, mógł zostać bardzo zamożnym człowiekiem. Takie okazje na rynku kapitałowym są zawsze, także teraz. 

      >>> 21 kwietnia: "Na jak długo trzeba kupić akcje, żeby mieć (prawie) pewność, że się zarobi?" - o tym, że inwestowanie pieniędzy wcale nie musi być bardzo ryzykowne, gdyż statystyki z ostatnich 100 lat pokazują, że w długim terminie ryzyko utraty zainwestowanego w akcje kapitału jest niewielkie. A przynajmniej tak było do tej pory

      >>> 11 maja: "Oprocentowanie lokat sięga dna. Wyższe zyski tylko dla pięknych i bogatych?" - o tym jakie warunki trzeba spełnić, żeby wychylić nos z banku i zacząć lokować oszczędności w spółki wypłacające regularnie dywidendy.Oprócz tego polecam wpisy nawiązujące do akcji:

      >>>  25 maja. "Oszczędności ulokowane w tym banku przez ostatnich pięć lat dawały po 5% rocznie. Jak?" - o tym dlaczego swoją przygodę z inwestowaniem warto zacząć od kupna udziałów w spółkach wypłacających z roku na rok dywidendę? o ile kapitał, za który kupiliśmy akcje, potraktujemy jak długoterminowy depozyt. 

      >>> 17 czerwca: "Jak dostać money-back z urzędu skarbowego? 875 zł do wzięcia i tylko pół roku, by o to zadbać!" - o tym, że z dywidend można zmontować sobie nie tylko plan systematycznego oszczędzania, ale wręcz... dodatkową emeryturę. I jeszcze zanim na tę emeryturkę przejdziemy - dostawać co roku kasę z urzędu skarbowego. W tym roku do wyjęcia co najmniej 875 zł.

      >>> 8 lipca: "Bogowie odcinania kuponów. Dla nich ceny akcji mogłyby spaść nawet do zera"- o tym jak duże znaczenie może mieć systematycznie wypłacana dywidenda dla wyników długoterminowego inwestowania w akcje. I kilkanaście przykładów spółek, które do tej pory świetnie się sprawdzały jako "obiekt" takiego stylu inwestowania.

      >>> 19 lipca: "Odcinanie kuponów dla zabieganych? Są już fundusze, w których kupony... odcinają się same". O tym jakie fundusze akcji dywidendowych są dostępne na polskim rynku i czym się od siebie różnią

      >>> 28 lipca: "Rzecz o pieszczeniu portfela, czyli jak inwestuję swoje oszczędności. I jak je namnażam". O tym jak sam zabrałem się za lokowanie oszczędności, w co wkładam swoje prywatne pieniądze i jak ogarniam strach przed ryzykiem.

      >>> 1 grudnia: "Idą wielkie zmiany dla naszych oszczędności! Jak się na nie przygotować?". O tym jak przygotować oszczędności na czasy niskich stóp procentowych i rosnącej inflacji, spowodowanej dużymi wydatkami socjalnymi państwa.

      >>> 16 grudnia: "Jeszcze tylko dwa tygodnie, by zasłużyć na duży prezent. 875 zł do wzięcia". O tym jak ulokować pieniądze na IKZE i rzutem na taśmę załapać się na pieniądze z Urzędu Skarbowego

      >>> 24 grudnia: "Oto pięć zasad, które pomogą twoim pieniądzom, gdy na świecie kończą się spokojne czasy". Najważniejsze rzeczy, które każdy powinien zrobić z pieniędzmi widząc, że władzę nad światem przejmują ludzie nieobliczalni. 

      >>> 5 lutego 2017 r.: "Jak spać spokojnie i wykręcać trzy razy wyższe zyski, niż z lokaty bankowej". O tym jak w 2016 r. wyglądał mój portfel długoterminowych oszczędności. Na czym zarobiłem dużo, na czym tylko troszkę, a na czym w ogóle?

      Zapraszam do obejrzenia wideoklipów, które już powstały w ramach naszej akcji.

       Obejrzyjcie dwa krótkie wideoprzewodniki po lokowaniu oszczędności. Jak robić to z głową? 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Dywidendy z czterech stron świata, czyli jak inwestować za granicą? To "polisa od grajdołka"”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 27 marca 2017 09:20
  • piątek, 24 marca 2017
    • Mają centra handlowe i biurowce, obiecują 7% dywidendy. Czy warto wejść z nimi w spółkę?

      Nie ma lepszego momentu na inwestowanie w nieruchomości na wynajem, niż niskie stopy procentowe i rosnąca inflacja. Nie bez powodu zamożni Polacy wydają dziś najwięcej w historii na zakupy nieruchomości za gotówkę, by zamienić żałośnie niskie odsetki od depozytów (średnio 1,4% rocznie) na coś pewniejszego. Nieruchomości nie są inwestycją, która zwraca się szybko, ale przy obecnych relacjach cczynszów do cen nieruchomości da się wycisnąć 6% zainwestowanego kapitału rocznie. Wada? Trzeba mieć większą gotówkę, a inwestycja jest niepłynna. Kto nie ma miliona, a chce zarabiać na nieruchomościach, teoretycznie mógłby pójść do funduszy inwestycyjnych lokujących w mieszkania lub galerie handlowe z myślą o wzroście ich wartości, ale... od tego odstraszają koszmarne fakapy z przeszłości. Przypomnę tylko żałosny los funduszy takich jak Arka Nieruchomości, czy BPH Nieruchomości. Te fundusze lokowały tak nieudolnie, że straciły furę pieniędzy klientów zamiast zarabiać.

      Z myślą o zwykłych ciułaczach, którzy chcieliby odcinać kupony od czynszów płaconych przez sklepy galeriom handlowym, powstały REIT-y. To spółki zbierające kasę od ludzi, kupujące za nią biurowce albo galerie handlowe i zarabiające na czynszach. Taki REIT tym różni się od "normalnej" spółki, że nie handluje nieruchomościami na zasadzie "taniej kupić, drożej sprzedać", lecz zajmuje się wyłącznie zarządzaniem nimi. A wszystko co zarobi rozdaje swoim udziałowcom w formie dywidendy. Jeśli mam udziały REIT-u, to jestem pośrednio właścicicelem kawałka centrum handlowego i mam gwarancję, że raz w roku dostanę od tej własności "działkę". Ta gwarancja wynika ze specjalnej ustawy, która reguluje działalność REIT-ów. W Polsce taka ustawa dopiero jest przygotowywana, ale pierwsze "wyroby REIT-opodobne" już są. W zeszłym roku - bez sukcesu - chciała zebrać od nas pieniądze na inwestycje w centra handlowe pod wynajem spółka Reino Dywidenda Plus. Polacy uznali, że jest to zbyt ryzykowna inwestycja (m.in. ze względu na duże uzależnienie firmy od kilku nieruchomości i jej niewielkie gabaryty).

      Czytaj też: Reino Dywidenda Plus, czyli jak być mikrokamienicznikiem?

      Czytaj też: W BPH Dywidendowym prawie jak w banku. Wypłacił 4,7% "odsetek"

      Tych wad nie ma druga spółka REIT-opodobna, której akcje możecie kupić jeszcze do poniedziałku - Griffin Premium RE. Sprzedaż trwa w biurach maklerskich BZ WBK, mBanku, Alior Banku oraz Banku Pekao i u niebankowego brokera Ipopema. Jedno jest pewne - udziałów starczy dla każdego, bo firma jest gotowa sprzedać nam akcje nawet za 730 mln zł (o ile będzie tylu chętnych). Podstawowy pakiet stanowią akcje nowej emisji za 130 mln zł (ta kasa ma służyć do nowych inwestycji nieruchomościowych), a reszta to papiery dotychczasowych udziałowców. Formalnie są nimi fundusze z Holandii, ale pośrednio kontrolowane przez globalny fundusz inwestycyjny Oaktree Capital Group. Jedna akcja będzie kosztowała maksymalnie 6,5 zł (ostateczną cenę poznamy w przyszłym tygodniu, ale trzeba się zapisać zakładając cenę maksymalną), zaś minimalny zapis to 20 akcji.

      Griffin Premium RE jest dużo większym nieruchomościowym graczem, niż Reino. Firma zarządza dziewięcioma nieruchomościami o wartości ponad pół miliarda euro w pięciu miejscach w Polsce. Są to głównie biurowce, ale i galerie handlowe. W Warszawie firma jest właścicielem m.in. Hali Koszyki i Nordic Park oraz Philips House, a we Wrocławiu - jednego z największych centrów handlowych Renoma. W Katowicach ma Supersam, zaś w Krakowie i Łodzi biurowce Lubicz oraz Green Horizon. Łącznie z wynajmu powierzchni w tych obiektach Griffin zgarnia rocznie jakieś 34 mln euro. Firma do tej pory nie płaciła dywidendy, ale na okoliczność sprzedaży akcji spragnionym zysków z najmu Polakom - zadeklarowała, że 65% zysków operacyjnych (czyli głównie z najmu, ale też i z usług reklamowych) będzie przeznaczała na wypłaty w formie dywidendy. Griffin szacuje, że w tym roku (od drugiego do czwartego kwartału) do podziału na dywidendę pójdzie ok. 17,5 mln euro.

      griffin1

      To by oznaczało, że firma zamierza wypłacić na każdą ze 156 mln akcji (tyle ich będzie po nowej emisji - jeśli wszystko pójdzie dobrze, to obecni akcjonariusze zachowają ok. 40%-owy udział w akcjonariacie) po ok. 0,11 euro dywidendy za 2017 r. W przeliczeniu na naszą walutę będzie to jakieś 45-50 gr, co nie wygląda źle biorąc pod uwagę, że Griffin za jedną akcję chce wziąć w ofercie publicznej maksymalnie 6,5 zł. Wychodzi, że z zainwestowanych w każdą akcję złotówek przez rok da się wyjąć "duże" kilka procent dywidendy (w zależności od kursu euro jakieś 6-7%). A jeśli firmie się poszczęści, to w kolejnych latach nie powinno być gorzej, bo pieniądze z nowej emisji mają pójść na zakupy kolejnych nieruchomości - West Link we Wrocławiu (na to pójdzie 18 mln euro) oraz ćwiartki udziałów w trzech warszawskich biurowcach Beethovena i w inwestycji Browary (tu ma być tysiąc mieszkań i duża powierzchnia biurowa) - łącznie za 10 mln euro.

      Wygląda to wszystko nieźle, ale oczywiście nie jest to gra bez ryzyka. Za 6,5 zł kupujemy 3,3 euro majątku "zamrożonego" w nieruchomościach z nadzieją, że po pierwsze wartość tej cegiełki nie spadnie, a z drugiej, że będzie ona "płaciła" systematycznie dywidendy. Ale konkurencja na nieruchomościowym rynku - zarówno jeśli chodzi o biurowce, centra handlowe, jak i biurowce - jest ogromna. Czynsze najmu w Polsce są niższe, niż gdzieniegdzie na Zachodzie, ale nie tak znowu dużo wyższe, niż u sąsiadów (u nas średnio 130 euro za metr, zaś we Francji - 190 euro, w Niemczech - 135 euro, w Czechach - 110 euro, a na Węgrzech - 70 euro). W dodatku buduje się na potęgę. W Warszawie jest 5 mln m2 powierzchni biurowej, z czego 15% jest nie wynajęte. A w budowie jest kolejne pół miliona metrów. We Wrocławiu jest 770.000 m2 powierzchni biurowych, a buduje się kolejncyh 220.000. W Krakowie jest 870.000 m2, a buduje się kolejnych 270.000 m2.

      griffin2

      To oznacza, że wcale nie jest powiedziane, że Griffin zawsze będzie miał wynajętych 100% powierzchni i że będzie mógł dyktować na tyle wysokie ceny, by wypłacać choćby te 0,11 euro dywidendy na akcję. Dziś stopa wynajęcia powierzchni wynosi w Griffin 85%, ale np. w Philips House albo w Hali Koszyki wynajęta jest tylko połowa powierzchni. Poza tym firma będzie wypłacała tylko 65% zysków z działalności operacyjnej na dywidendę, a więc każdy słabszy okres w działalności firmy uderzy w dywidendę. Drugim niepewnym punktem są przyszłe wyceny nieruchomości w Polsce. Ten rynek jest bardzo podatny na złą koniunkturę w gospodarce. Spójrzmy co dzieje się z cenami nieruchomości w Londynie po samej tylko zapowiedzi Brexitu - ceny poszły w dół o 20%. Na południu Europy ceny nieruchomości w czasie ostatniego kryzysu poszły w dół o 30-50%. Nawet jeśli dywidendy z Griffin będą płynąć, to nie byłoby dobrze, żeby zyski z tego tytułu zostały "zjedzone" dużym i trwałym zjazdem wartości "cegiełek" (dziś wspomniane 3,3 euro aktywów przypadających na akcję licząc już z nową emisją).

      Czytaj też: Idą wielkie zmiany dla naszych oszczędności! Jak się przygotować?

      Czytaj: Śpię spokojnie i staram się wykręcić trzy razy tyle, co z lokaty bankowej. Jak?

      No i wreszcie trzeba pamiętać, że nieruchomości to długa inwestycja, obliczona na różne czasy. Stopy procentowe dziś są niskie i zyski z wynajmu nieruchomości są atrakcyjne, co z kolei podbija popyt na nie i ceny. Gdy stopy procentowe pójdą w górę, popyt na nieruchomości spadnie i może się okazać, że to, co dziś kupujemy za 6,5 zł od "cegiełki" jest warte mniej. Z drugiej jednak strony nie ma dwóch zdań, że w długiej perspektywie posiadanie kawałka majątku - obojętnie czy będzie to mieszkanie, udział w firmie coś wytwarzającej, fragment biurowca lub centrum handlowego - może być zabezpieczeniem przed ewentualnym spadkiem wartości polskiej waluty, co uderzyłoby bezpośrednio w oszczędzających, którzy mają pieniądze tylko w banku. Tu mamy aktywa wyceniane w euro, a więc odporne na ewentualną dewaluację złotego wynikającą ze złym zarządzaniem i przekredytowaniem Polski. Jest to więc ciekawy pomysł na ulokowanie kapitału, ale jednak wiążący się z pewnym ryzykiem. Jak w życiu ;-). Macie cały weekend żeby to wszystko rozważyć, ale w poniedziałek będzie już ostatni moment, by ewentualnie udać się do biura maklerskiego i złożyć zlecenie (uwaga: w ten poniedziałek na koncie powinniście już mieć przygotowane pieniądze, bo nie każde biuro maklerskie zaksięguje w ciągu jednego dnia przelew z innego banku).

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Mają centra handlowe i biurowce, obiecują 7% dywidendy. Czy warto wejść z nimi w spółkę?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 24 marca 2017 13:54
  • poniedziałek, 20 marca 2017
    • W funduszu BPH TFI prawie jak w banku. Kto mu zaufał, dostał właśnie 4,7% "odsetek"

      Po raz pierwszy w ponad 20-letniej historii polskich funduszy inwestycyjnych klienci jednego z nich otrzymali do kieszeni regularną dywidendę. I to całkiem pokaźną - wyniosła aż 4,7% zainwestowanych przez każdego z klientów pieniędzy! Tymi szczęśliwcami są posiadacze udziałów w funduszu BPH Dywidendowy, jedynego polskiego funduszu mającego "dywidendową" konstrukcję. Tutaj jest strona tego funduszu, możecie go sobie obejrzeć z bliska :-). Fundusz został powołany rok temu z zamiarem inwestowania akcje najlepszych, najbardzej stabilnych polskich firm wypłacających dywidendy. Funduszy o takim profilu działa na naszym rynku już ponad 20, ale ich klienci nie dostają żadnych dywidend. Jeśli do funduszy wpływają pieniądze od jakiejś spółki, to po prostu zwiększają one zysk funduszu - czyli klienci widzą nieco wyższy wzrost jednostek uczestnictwa, ale nie dostają do ręki żywej gotówki.

      BPH Dywidendowy jest pierwszym funduszem, który zrobił w tej dziedzinie wyłom i - owszem - najpierw dolicza otrzymane dywidendy do swoich wyników, ale potem... rozdaje je ludziom. Wysokość wypłacanych przez fundusz udziałów w zysku nie zależy bezpośrednio tylko od tego ile pieniędzy zainkasuje on z dywidend os spółek. Na wypłaty dla uczestników może iść także część lub całość zarobku z innych transakcji, np. ze sprzedaży akcji. Jednak tegoroczna, pierwsza w historii, wypłata jest bardzo bliska pod względem wartości przeciętnej stopie dywidendy, którą otrzymują udziałowcy spółek dywidendowych. Licząc w wartościach nominalnych na każdą jednostkę uczestnicwa funduszu przypada 6,1 zł dywidendy. W przypadku osób, które mają najmniej udziałów w BPH Dywidendowym (na tyle mało, że w ich przypadku dywidenda nie przekracza 100 zł) zamiast przelewu na konto nastąpi dopisanie do konta dodatkowych jednostek uczestnictwa.

      Jaki sens ma wypłacanie przez fundusz inwestycyjny dywidendy swoim udziałowcom? Moim zdaniem ogromny, zwłaszcza w takim kraju jak Polska, w którym wszyscy kurczowo trzymają się banku jako jedynie słusznego miejsca lokowania oszczędności. Fundusze inwestycyjne są postrzegane jako trudne, tajemnicze i podejrzane. Trzeba powierzyć pieniądze jakimś "kolesiom", którzy najpewniej będą nimi "grali" na giełdzie i mogą wszystko stracić. A zamiast potwierdzenia założenia lokaty klient dostaje jakieś "jednostki uczestnictwa", których powrotna wymiana na żywy pieniądz może się odbyć po bliżej nieznanym kursie. Każdy by się wystraszył, prawda? Dlatego upodobnienie się przez fundusz inwestycyjny do banku i wypłacanie klientom kilkuprocentowej dywidendy, odpowiednika odsetek od depozytu, może otworzyć na inwestowanie w funduszach miliony nowych klientów.

      Czytaj też: Idą duże zmiany dla naszych oszczędności! Nie daj się zaskoczyć

      Czytaj też: Jak spać spokojnie i wykręcać zyski trzy razy większe, niż w banku?

      Na całym świecie inwestowanie dla dywidendy jest niezwykle popularnym sposobem na pomnażanie wartości posiadanego kapitału. Podczas gdy "normalne" akcje są bardzo wahliwe, spółki dywidendowe to przeważnie "spokojne przystanie", których ceny akcji zmieniają się w dużo mniejszym stopniu, zwłaszcza patrząc w perspektywie kilku, kilkunastu lat. Kto ma udziały w spółkach dywidendowych, ma więc coś w rodzaju "bankowego depozytu", zaś wypłacane co roku dywidendy są ekwiwalentem "odsetek" od tego "depozytu". Tyle, że dużo wyższym, niż prawdziwe odsetki bankowe, bo średnia stopa dywidendy w polskich warunkach wynosi 4% wartości akcji. Zna ktoś standardowy depozyt bankowy, który tyle by płacił? Nie sądzę, żeby szybko udało się skłonić miliony Polaków do inwestowania dywidendowego na giełdzie, ale nie ma przeszkód, by upowszechniły się fundusze inwestycyjne, które będą w tym pośredniczyły, wypłacając klientom raz w roku dywidendy.

      Dziś BPH Dywidendowy jest malutkim funduszem, ma zaledwie 16 mln zł aktywów. Ale wydaje mi się, że wielu osobom może przemówić do wyobraźni te 4,7% żywego dochodu, które można było osiągnąć bez umarzania jednostek uczestnictwa. Przy założeniu, że wartość udziałów w BPH Dywidendowym będzie przez cały czas stabilna, można sobie wyobrazić, że przy "zamrożonym" poziomie kapitału takie 4,7% rocznie mogłoby być bardzo sensowną opcją przechowywania kapitału. Akurat tak się składa, że BPH Dywidendowy nie tylko wypłacił klientom pieniądze, ale i zwiększył wartość udziałów w ciągu roku o 22%. Pewnie nie zawsze tak będzie, ale na dziś uczestnicy tego funduszu są wygrani podwójnie - ich inwestycja "spuchła" i jeszcze dostali do ręki dywidendę. Obecnie najwięcej pieniędzy BPH Dywidendowy ma ulokowane w akcjach brytyjskim Royal Dutch Shell, czeskim CEZ oraz polskich spółkach Rokita i Rainbow (tak, w tym biurze podróży ;-)).

      bphdywidendowy1y

      Oczywiście: nie ma róży bez kolców. Fundusz BPH Dywidendowy ma kilka wad. O jednej już wspomniałem - jest malutki i bardzo młody. Nie wiadomo jak zachowa się w gorszych czasach i jaką będzie miał wtedy politykę dywidendową (można sobie wyobrazić, że w przyszłości nie wypłaci dywidendy, żeby nie pogarszać swoich wyników). Fundusz nie jest też tani. Pobiera 3,5% opłaty za zarządzanie (to bardzo dużo jak na zachodnie standardy w funduszach tego typu, zajmujących się długoterminowymi inwestycjami). Dopóki na giełdzie jest hossa nie jest to problemem - mają 22% zarobku można oddać te 3,5% zarządzającym. Ale przy średniej rentowności inwestycji w spółki dywidendowe na poziomie 7-8% rocznie (niektóre statystyki mówią, że nawet 11%) ta opłata za zarządzanie może zacząć boleć. Do tego dochodzi jeszcze 2% opłaty manipulacyjnej na wejściu.

      Czytaj: Chodzisz w marszach, donosisz do Brukseli i jeszcze ci mało? Oto prawdziwie "zdradziecka" inwestycja. I do tego chyba opłacalna ;-)

      Czytaj: Oto fundusze nastawione na płodność... własną. Wezmą prowizję jeśli...

      Trzeba też zauważyć, że BPH Dywidendowy - choć jest jedynym polskim funduszem wypłacającym dywidendy - to nie jest jedynym dostępnym w Polsce tego typu funduszem. Nie tak dawno opisywałem w blogu fundusze o bardzo podobnej konstrukcji ze stajni Franklin Templeton. Tam dywidendy są wypłacane miesięcznie lub kwartalnie i nie są w ogóle uzależnione od tego czy fundusz otrzymał od spółek jakieś dywidendy. Po prostu uczestnikom należy się jak psu miska określony procent, tak jak na depozycie bankowym. Jeśli do wypłaty tych zysków nie wystarczy zysków, to pomniejsza się kapitał funduszu (czyli inwestorom przekazuje się wszystko co fundusz wypracował i "zjada się" część jego kapitału). Taka konstrukcja mniej mi się podoba, niż oparta na przekazywaniu klientom dywidend otrzymanych od spółek, ale dla kogoś, kto chce mieć stały procent - jak w banku - i wierzy w długoterminową pomyślność rynku kapitałowego to też może być niezła opcja.

      O LOKOWANIU OSZCZĘDNOŚCI W AKCJI "DYWIDENDA JAK W BANKU". Od wiosny 2016 r. w blogu trwa akcja "Dywidenda jak w banku", w której zdradzam sposoby na w miarę bezpieczne lokowanie oszczędności inaczej, niż tylko na depozycie bankowym. Zapisując się na newsletter akcji nie przegapicie żadnego z kolejnych tekstów, klipów wideo, webinarów, ani konkursów. W akcji bierze też udział Longterm.pl, najstarszy stażem bloger zajmujący się inwestowaniem długoterminowym, a także Giełda Papierów Wartościowych oraz Stowarzyszenie Inwestorów Indywidualnych i BPH TFI. Obejrzyjcie też jak - wspólnie z Longtermem - mierzyliśmy się z lękami związanymi z lokowaniem oszczędności, zwiedzaliśmy kasyno, udaliśmy się na ryby. Zabawne i pouczające.

      ZOBACZ MOJE PROGRAMY WIDEO! Zapraszam do obejrzenia pierwszego sezonu tygodnika wideo "KASOWNIK SAMCIKA". Jest tam o sprytnych sposobach na oszczędzanie, o studiowaniu, pracowaniu, zaciąganiu kredytu hipotecznego, o zakupach, kontach bankowych, ubezpieczeniach, lokatach, podatkach... Poza poradami w każdym wydaniu czerstwy żart prowadzącego :-)), ciekawostka o pieniądzach oraz finansowy trik Samcika. Zapraszam do obejrzenia wszystkich zeszłorocznych odcinków. Wkrótce kolejna seria! Subskrybuj kanał YouTube "Subiektywnie o finansach"!

      Zapraszam też do obejrzenia spektakularnego cyklu wideo "OD OSZCZĘDZANIA DO INWESTOWANIA". W ośmiu odcinkach realizowanych przy "wsparciu" wszystkich możliwych żywiołów opowiadam o tym, jak małymi krokami zabrać się do oszczędzania pieniędzy i co można zrobić, żeby namnażały się szybciej.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „W funduszu BPH TFI prawie jak w banku. Kto mu zaufał, dostał właśnie 4,7% "odsetek"”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 20 marca 2017 19:56
  • środa, 01 marca 2017
    • Sensacje NASA, nowe planety, obce cywilizacje... Jak możesz zarobić na podboju kosmosu?

      Podbijanie kosmosu, poznawanie cywilizacji pozaziemskich, wizyty UFO na naszym niebie oraz próby znalezienia przez naukowców (w bliższych lub dalszych okolicach Ziemi) jakichś planet zdatnych do zamieszkania - to tematy dość dalekie od naszych finansów osobistych, aczkolwiek ostatnio bardzo zajmujące. No, może z wyjątkiem katastrofistów, którzy spodziewają się, że agresywni Obcy już czają się za rogiem naszego Wszechświata i tylko czekają na groźny moment, by pozbyć się ludzkości. Taka świadomość musi wpływać na zachowania konsumenckie :-))). Osobiście, gdybym był obcą cywilizacją (a czasami, gdy rozmawiam z bankowcami, mam takie uczucie), to poczekałbym spokojnie jeszcze kilkaset lat aż ludzkość sama się powyrzyna, zatruje, wysuszy albo zanihiluje w inny sposób - jesteśmy już na dobrej drodze. Ale za to Elon Musk ogłosił właśnie, że w 50-tą rocznicę postawienia nogi człowieka na księżycu wyśle tam znów swojego człowieka. Oczywiście w jego spółce SpaceX trwają też przygotowania do misji na Marsa.

      Zainteresowanie Obcymi najbardziej zwiększyło się po ostatniej konferencji NASA, na której ogłoszono, że całkiem niedaleko Ziemi - w odległości 39 lat świetlnych (to tylko 400 bilionów kilometrów stąd ;-)) - odkryto układ, który ma aż siedem planet krążących wokół gwiazdy o nazwie TRAPPIST-1. I wszystkie mogą być zdatne do życia! "Odkrycie tak wielu skalistych planet przy jednej z gwiazd daje nadzieję na to, że planety typu ziemskiego są w kosmosie liczne i powszechne, a więc znacznie zwiększa szansę to, że nie jesteśmy samotni we Wszechświecie. Do tej pory astrofizycy poszukiwali planet raczej przy gwiazdach bardziej podobnych do Słońca, teraz zapewne na wyścigi zaczną się uważniej przyglądać tzw. czerwonym karłom, czyli zimnym gwiazdom, choć oczywiście są one trudniejsze do wypatrzenia i śledzenia" - piszą moi koledzy z Wyborczej.pl.

      Zła wiadomość jest taka, że przez pierwszy miliard lat po narodzinach gwiazdy tego typu "świecą dość mocno, nawet jaśniej niż dziś Słońce. W tym okresie każda planeta, która znajdzie się zbyt blisko, zostanie dosłownie zgrilowana". Więc ta szczęśliwa siódemka planet podobnych do Ziemi też mogła tego doświadczyć, chyba że... "powstały w dużej odległości od gwiazdy i dopiero migrowały w jej pobliże, to być może nie straciły lotnych składników, takich jak np. woda". Tym niemniej odkrycie TRAPPIST-1 może być początkiem poszukiwań innych tego typu układów planetarnych i nawet jeśłi ten konkretny okaże się niewypałem (choć w tym kontekście raczej trzeba byłoby napisać, że jest "przepalony"), to może znajdą się inne. A jeśli tak, to czas zabrać się za zarabianie na tych poszukiwaniach ;-)).

      luksusoweschronySCHRON LEPSZĄ INWESTYCJĄ, NIŻ MIESZKANIE? Jeśli ktoś nie liczy na cierpliwość Obcych, lecz spodziewa się ich nalotu w każdej chwili, to oczywiście inwestuje w złoto fizyczne oraz w... schron. Prywatne schrony są już prawie tak samo popularną inwestycją jak pracownicze ogródki działkowe. Podstawowy wariant takiego schronu w USA kosztuje niecałe 40.000 dolarów (takie ceny jakiś czas temu gwarantowała firma Atlas, która to-to buduje). W Wielkiej Brytanii z kolei - w zależności od jakości wykonania, ceny porządnych bunkrów kształtują się od 20.000 funtów do nawet 125.000 funciaków. Oczywiście firma zajmująca się tą działalnością oferuje też wersję podstawową, czyli zwykłą ziemiankę w cenie 6.000 funtów. Ostatnio słyszałem o luksusowych wersjach schronów, przypominających podziemne apartamenty, których koszt opiewa już na 10 mln dolarów. Gdyby się okazało, że "coś" nas nawiedzi, to schron może być znacznie lepszą inwestycją kapitału, niż "tradycyjna" nieruchomość. ;-))

      JEŚLI "ONI" PRZYLECĄ, ZAROBISZ 20-KROTNIE. Firma bukmacherska PaddyPower prowadzi zakłady, których stawką jest udowodnienie istnienia Obcych. Do wzięcia jest całkiem sporo, ale najlepsze okazje od konferencji NASA są już niestety nieaktualne. Otóż gdyby w tym roku ktoś udowodnił istnienie Obcych, to firma bukmacherska wypłaciłaby za każdego zainwestowanego w taki zakład pieniążka aż 33. Jeśli więc za chwilę pojawią się dowody na istnienie obcych cywilizacji, posiadacze takich zakładów za zainwestowane np. 100 dolarów dostaną 3300 "zielonych". Dla kolejnych lat zakłady były nieco mniej rentowne (ok. 25 dolarów za każdego postawionego). Tak było przed newsem z NASA, bo teraz niestety prawdopodobieństwo odkrycia Obcych rośnie i zakład w PaddyPower dotyczący roku 2017 jest wyceniany już tylko na 20:1. A na 2019 r. już tylko na 18:1. Kiepsko, ale jeśli jesteście optymistami co do tego, że nie jesteśmy w kosmosie sami... Czekam z utęsknieniem na wprowadzenie takich zakładów przez STS ;-). Na razie zapraszam do PaddyPower ;-)

      UFOlockheedJAK MIEĆ DZIAŁKĘ W ZYSKACH Z WYPRAWY NA MARSA? Jeśli zaś nie jesteście hazardzistami oraz nie obstawiacie najazdu Obcych, to oczywiście jest też opcja zarabiania na odkrywaniu kosmosu "tradycyjnymi" metodami. Niestety, słynny SpaceX Ellona Muska nie jest notowany na giełdzie, ale amerykańscy spece od inwestowania radzą np., by zainwestować w akcji Lockheeda Martina, firmy co prawda specjalizującej się w technologiach lotniczych i wojskowych, ale która ma też dywizję kosmiczną. Ta część działalności firmy była trzecią największą pod względem przychodów i drugą najbardziej rentowną. Z 51 mld dolarów przychodów część kosmiczna daje Lockheedowi już prawie 10 mld dolarów. Firma prowadzi np. program Mars Base Camp, który zakłada wysłanie na orbitę Marsa ludzi w 2028 r. Lockheed Martin jest też obecny przy każdej misji NASA na Marsa. Wspólnie z Boeingiem Lockheed ma spółkę, która dostarcza silniki do rakiet. W ciągu trzech lat kurs akcji Lockheeda na nowojorskiej giełdzie poszedł w górę ze 160 do 260 dolarów.

      A MOŻE ZAINWESTOWAĆ W... RAKIETY? Boeing to też zresztą beneficjent podboju kosmosu, jego część zajmująca się obroną, kosmosem i technologiami bezpieczeństwa ma ok. 15 mld dolarów rocznych przychodów (10% całości). Czystą grą na udany podbój kosmosu byłby też zakup akcji firmy Aerojet Rocketdyne, która zajmuje się dostarczaniem rozwiązań dla przemysłu kosmicznego i wojskowego. Firma jest malutka, rocznie ma raptem 1,5 mld dolarów przychodu, ale jest partnerem US Air Force w rozbudowie silników do myśliwców. No i ma miliard dolarów wartości rynkowej. Myśląc o udziale w zyskach z podboju kosmosu możecie też zainwestować w akcje firmy Orbital ATK, która ponad jedną czwartą przychodów osiąga ze sprzedaży technologii kosmicznych (usługi inżynieryjne dla stacji kosmicznych, satelity, komponenty do rakiet). Rocznie z tego tytułu firma ma 1,2 mld dolarów przychodów.

      JAK KUPIĆ "KOSMICZNE" AKTYWA? Jak widzicie, Obcych nie trzeba się bać (choć nie zaszkodzi kupić zakładu, który dobrze "zapłaci", gdyby przypadkiem zabłądzili w odmętach Wszechświata i zawitali na trzecią planetę od słońca ;-)), a co więksi optymiści mogą ulokować oszczędności w akcjach spółek, które na pewno zarobią najwięcej, gdyby udało się odkryć w kosmosie coś, na czym jest woda. Jeśli chodzi o największe spółki z amerykańskiej giełdy, takie jak Lockheed Martin, czy Boeing, to nie ma większego problemu, by stać się ich współwłaścicielami z poziomu fotela w polskim domu ;-). Możliwość zakupu zagranicznych akcji oferują niektóre biura maklerskie, zarówno polskie (np. Bossa), jak i globalne (np. DeGiro). Transakcje nie są tak tanie, jak w przypadku polskiej giełdy, ale w przypadku spodziewanych kosmicznych zysków oczywiście nie ma to większego znaczenia. W spółki amerykańskie można też inwestować za pośrednictwem kontraktów CFD (to nie to samo, co akcje - nie dają prawa do dywidendy, kojarzą się też z większym ryzykiem, bo inwestuje się z tzw. dźwignią finansową, no i w przypadku bankructwa któregoś z pośredników w transakcji pieniądze, o ile się orientuję, się anihilują). 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 01 marca 2017 08:52
  • niedziela, 05 lutego 2017
    • Jak spać spokojnie i wykręcać zyski trzy razy wyższe, niż na bankowej lokacie? Ja robię to tak

      dywidendalogo11W dzisiejszym tekście z cyklu "Dywidenda jak w banku" zwierzę się Wam z wyników mojego inwestowania pieniędzy w zeszłym roku. I na tym przykładzie pokażę, że różnorodność w lokowaniu oszczędności nie musi oznaczać wysokiego ryzyka. Jestem człowiekiem, który ryzykować bez sensu nie lubi i trzy razy się zastanowi zanim zabierze pieniądze z oazy bezpieczeństwa - czyli z banku. Jednak mimo tego konserwatyzmu część swoich oszczędności trzymam w innych miejscach, niż bank. Uważam, że to zwiększa szansę na osiągnięcie długoterminowego celu, którym w moim przypadku jest święty spokój ;-)) rozumiany jako możliwość robienia tylko tego, na co rzeczywiście mam ochotę.

      Wybierając wiele miejsc lokowania oszczędności wystawiam pieniądze na różne rodzaje ryzyka, nie tylko na jeden - co jest bezpieczniejsze, bo: a) wszystkie ryzyka naraz się nie zmaterializują, b) większość z nich nawzajem się znosi. Jeśli padnę ofiarą jednego z nich, to w innej części portfela z tego samego powodu zanotuję zyski. Uważam też, że dzięki alternatywnym formom lokowania mój cel zrealizuję z większym naddatkiem, bo większość pozabankowych sposobów lokowania oszczędności dawała w przeszłości długoterminowo wyższe dochody, niż pożyczanie pieniędzy bankowi

      Czytaj też: Dlaczego lokowanie pieniędzy tylko w banku jest dla mnie zbyt ryzykowne?

      CEL NUMER 1, CZYLI DEPOZYT RAZY TRZY. Nie mam szklanej kuli, więc nie wiem które z moich lokat kapitału przyniosą długoterminowo większy, a które mniejszy zysk. W banku teoretycznie zysk jest pewny, ale tylko pod warunkiem, że nie zje go (albo całego kapitału) inflacja lub dewaluacja (czyli spadek wartości krajowego pieniądza względem zagranicznych walut). Mogę mieć na koncie miliony, które nie będą nic warte. Wielokrotnie w naszej historii zdarzało się, że pieniądz okazywał się bezwartościowy. Dlatego nie trzymam pieniędzy tylko w banku, lecz w różnych miejscach (w jakich - napiszę dalej). Staram się tak dobrać te miejsca, by łącznie stanowiły miks o niskim ryzyku, zapewniający mi przez większość lat dochód znacznie większy, niż w banku. Wektory ryzyka są bowiem różnie skierowane - jeśli w jednym miejscu tracę, w innym zwykle zyskuję. 

      Nie mam pewności, że tak będzie zawsze, ale dopóki moja długoterminowa, średnia stopa zysku jest znacznie wyższa od bankowego depozytu - strategii nie zmieniam. Mój długoterminowy cel w inwestowaniu oszczędności wynosi trzykrotność tego, co dostałbym w banku. To wbrew pozorom ambitne zadanie, bo po pierwsze w ciągu ostatnich 10 lat średnie oprocentowanie depozytu rocznego w bankach wyniosło ok. 3%, a po drugie mój cel ma zostać osiągnięty przy zachowaniu bardzo niskiego ryzyka (jestem w stanie zaakceptować maksymalnie kilkuprocentową stratę w złym roku i nie zniosę bycia pod kreską dłużej, niż przez dwa lata z rzędu). Przez przygniatającą większość mojej 25-letniej historii lokowania oszczędności udaje mi się osiągać ów długoterminowy cel (choć np. w 2015 r. się to nie udało). Jaki mam na to patent? O tym w dalszej części tekstu. 

      ZAPISZCIE SIĘ NA NEWSLETTER "DYWIDENDY JAK W BANKU". Nie chcę żebyście przegapili kolejne teksty, w których ujawnię konkretne patenty na sensowne oszczędzanie poza bankiem. W ramach akcji będzie też publikował artykuły Longterm.pl oraz Stowarzyszenie Inwestorów Indywidualnych. Każdy z tych tekstów będzie z innej strony pokazywał lokowanie pieniędzy poza bankiem, poza Polską i poza najczęściej spotykanymi formami oszczędzania. Zapraszam do formularza zapisu na newsletter, który jest na stronie akcji "Dywidenda jak w banku"

      dywidenda222

      Przeczytajcie: Jak zbudować sobie stabilny portfel inwestycji: radzi Albert "Longterm" Rokicki

      CEL NUMER 2: ZARABIAĆ I NIE RYZYKOWAĆ. Przez większość lat mojej "walki o święty spokój" zyski mojego portfela przeróżnych lokat i inwestycji są między 6% a 8%. Zaawansowani inwestorzy giełdowi zapewne uśmiechają się teraz z politowaniem, bo oni rocznie są w stanie wykręcać kilkanaście i kilkadziesiąt procent rocznego zysku. Też kiedyś byłem takim spekulantem giełdowym, który zarabia i zamienia w pył fortuny (choć wtedy niestety nie było jeszcze foreksu, który pozwala czynić to jeszcze szybciej ;-)) i wiem, że wysoki zysk wiąże się zawsze z ryzykiem wysokiej straty. A ja te moje procenty staram się osiągać w sposób bardzo mocno ograniczający ryzyko strat. Musiałby się wydarzyć nie lada kataklizm, bym przy mojej strategii lokowania kapitału osiągnął mocno ujemny wynik. I jednocześnie niewiele trzeba, bym zarobił więcej, niż w banku. Jak to robię?

      PO PIERWSZE: DEPOZYTY BANKOWE, CZYLI 1,4%. Podstawą jest oczywiście pakiet inwestycji o stałym bądź możliwym do przewidzenia dochodzie. Wśród nich oczywiście muszą być z konieczności depozyty bankowe - zysk najniższy z możliwych, lecz gwarantowany. Rentowność miksu lokat, które w zeszłym roku posiadałem w bankach wyniosła 1,4% i zdaję sobie sprawę z tego, że niejeden "wyjadacz wisienek" wykręcił więcej. Przechodzenie z banku do banku, wyłapywanie promocji, zakładanie lokat "na nowe środki", zmienianie kont oszczędnościowych jak rękawiczki... Gdybym się bardziej postarał, to pewnie wykręciłbym 2%. Ale jest jak jest. Byłem leniwy i nie zmieniłem banku kilka razy. Byłem też gapa i nie zorientowałem się, że jeden z banków zrolował mi promocyjny depozyt z 2,2% na 0,7%. Ziarnko do ziarnka i te pół punktu procentowego ekstra odeszło w siną dal (a w zasadzie do bankowego rachunku zysków ;-)).

      depo13latopen

      PO DRUGIE: OBLIGACJE RZĄDU I FIRM, CZYLI 4,5%. Oprócz depozytów bankowych do w miarę "przewidywalnej" kategorii inwestycji zaliczam obligacje emitowane przez polski rząd oraz przez najbardziej wiarygodne firmy. To oczywiście nie jest już zysk bez ryzyka, bo każda firma może zbankrutować lub nie wypłacić odsetek od wyemitowanych przez siebie obligacji. Ale po pierwsze nie stawiam na jednego konia, a po drugie starannie dobieram obligacje, w które inwestuję. Mój portfel obligacji - w którym zawierają się też dziesięcioletnie obligacje emitowane przez polski rząd - w zeszłym roku przyniósł mi 4,5% zysku z wypłacanych odsetek. To rentowność charakterystyczna dla portfela obligacji firm o naprawdę niskim ryzyku upadłości (miałem kiedyś obligacje oprocentowane na 10% rocznie, ale to była rosyjska ruletka i ja akurat nie wygrałem ;-)). Mój cel dla portfela obligacji to dochód dwa razy wyższy, niż na depozycie w banku. Jak widać w zeszłym roku został ociągnięty. I to pomimo faktu, że średnią rentowność tej części portfela zaniżają obligacje rządowe, których oprocentowanie (jest liczone według wzoru inflacja plus 2,75%) jest znacznie niższe od procentów od obligacji korporacyjnych (od WIBOR plus 0,9% do WIBOR plus 4%) 

      PO TRZECIE: FUNDUSZE LOW-RISK, CZYLI 2%. Mam też portfel funduszy inwestycyjnych o niskim ryzyku. Są w nim fundusze inwestujące w światowe obligacje, fundusze rynku pieniężnego (będące ekwiwalentem depozytów bankowych) oraz fundusze tzw. absolutnej stopy zwrotu. A więc takie, które co prawda wystawiają część pieniędzy na rynek kapitałowy, ale ich celem jest przede wszystkim zabezpieczyć wypracowane zyski (jeśli coś zarobią, to natychmiast "uciekają w bezpieczeństwo"). To teoretycznie bezpieczniejszy miks, niż samodzielnie kupowane obligacje, bo fundusz inwestycyjny sam w sobie jest instrumentem rozpraszającym ryzyko. Nie jestem zbyt zadowolony z wyników funduszy o niskim ryzyku w zeszłym roku. W sumie były 2% na plusie (choć spodziewałem się 4-5% zarobku). "Zawalił" jeden z funduszy absolutnej stopy zwrotu i jeden z globalnych funduszy obligacyjnych. Ale najważniejsze, że nie były poniżej dochodów z depozytu bankowego. 

      PO CZWARTE: NIERUCHOMOŚCI, CZYLI 4,5%. Osobną kategorią lokat kapitału są nieruchomości. To oczywiście już jest "zabawa" nie dla każdego, lecz dla osób, które już zarządzają dość dużym kapitałem. Ale to się zmieni, bo w tym roku rząd chce wprowadzić do obrotu tzw. REIT-y, czyli możliwość uczestniczenia w wynajmie np. centrów handlowych (będzie można kupić "cegiełkę" udziałów w dochodach z wynajmu) Wbrew pozorom wynajem nie jest z definicji lokatą kapitału skazaną na krociowe zyski. W moim przypadku - po odliczeniu kosztów remontów, zdarzających się okresów "bezkrólewia" (nie korzystam z pośredników, więc bywają one dość długie), kosztów finansowania oraz kosztów wynikających z przyjmowania najemców o ponadprzeciętnie wysokiej "reputacji" (kosztem niższego przychodu) - wychodzi ok. 4,5-5% w skali roku (nie liczę tu zmian wartości samej nieruchomości - rentowność odnoszę wyłącznie do kosztów zakupu nieruchomości pomniejszonych o obciążenia). Oczywiście nieruchomość to też nie jest lokata kapitału bez ryzyka. W przypadku wojen, najazdu kosmitów, albo innych "przyjemności" tego typu nie odzyskamy pieniędzy ze zniszczonej nieruchomości, nawet jeśli ją ubezpieczyliśmy. Dlatego, w odróżnieniu od wielu inwestorów, nie trzymam w nieruchomościach większości aktywów - uważam, że niska płynność i niemożność przesunięcia w inne miejsce w kryzysowej sytuacji to duża 

      BUFOR, KTÓRY DAJE SWOBODĘ. To ciułanie procentów z inwestycji, które przynoszą przewidywalny dochód (różnią się co najwyżej płynnością oraz rodzajem ryzyka, na które są wystawione pieniądze) służy w moim przypadku wypracowaniu "premii", czyli poduszki bezpieczeństwa pozwalającej w miarę bezpiecznie lokować pozostałe pieniądze na rynku kapitałowym. Zakładam, że w długim terminie lokowanie na rynku kapitałowym przyniesie mi dochody wyższe, niż którakolwiek z inwestycji, o których pisałem powyżej. Ale w poszczególnych latach może być różnie. Nie lubię tracić pieniędzy, dlatego staram się "wykręcić" z inwestycji o przewidywalnym dochodzie nadwyżkę w porównaniu do "gołego" oprocentowania depozytów na tyle wysoką, by powetowała mi ewentualne straty na rynku kapitałowym. W zeszłym roku wszystkie pozabankowe lokaty kapitału o przewidywalnym dochodzie wypracowały mi "premie". Na szczęście ta "poduszka finansowa" tym razem w ogóle nie była mi potrzebna, bo na rynku kapitałowym też poszło mi dobrze (o czym piszę niżej). Ale nie zawsze tak bywało (o tym też za chwilę).

      partnerBPHTFITEN PROJEKT EDUKACYJNY WSPIERAJĄ FUNDUSZE INWESTYCYJNE BPH. Zaprosiliśmy je do współpracy, bo to pierwsza rodzina funduszy, która zaproponowała klientom fundusz nie tylko inwestujący w spółki dywidendowe, ale i wypłacający dywidendęWięcej o funduszu BPH Dywidendowy pisałem  jakiś czas temu w bloguZobaczcie też inne propozycje od funduszy BPH. Zwróciłbym Waszą uwagę na fundusz BPH Globalny: w ciągu pięciu ostatnich lat dawał stabilny zysk rzędu 8% w skali roku i ani razu nie zanotował poważniejszej wtopy (choć był to czas hossy w USA i Europie Zachodniej, więc miał łatwo). Dość ciekawą opcją może być też BPH Selektywny, będący funduszem absolutnej stopy zwrotu z wynikiem średnio 5,8% rocznie przez ostatnich 5 lat. Jak na fundusze tego typu to niezły wynik. 

      funds5y2017FUNDUSZE INWESTYCYJNE, CZYLI AMBICJE ROSNĄ. Lokowanie na rynku kapitałowym prowadzę przede wszystkim za pośrednictwem funduszy inwestycyjnych (choć mam też ETF-y i inne cudeńka, o których będę pisał przy innej okazji). Dzielę je na dwie kategorie: na inwestycje krajowe i zagraniczne. Te krajowe nie przekraczają 50% wszystkich inwestycji w akcje (zwykle jest to ok. 30-35%). Zagranicznych jest więcej, bo i świat jest większy, niż nasza Polska, dając więcej możliwości. Mam fundusze akcji środkowoeuropejskich, fundusze "tematyczne" (czyli lokujące na całym świecie, ale tylko w określone branże), fundusze globalne oraz takie, które inwestują tylko na światowych rynkach wschodzących. Mam też fundusze o bezpiecznym profilu, ale za to denominowane w euro lub w dolarach (dzięki temu uniezależniam się częściowo od od ryzyka "zniszczenia" wartości złotego, co byłoby niekorzystne dla wartości moich pieniędzy w banku. Tak jak wcześniej wspomniałem - uważam, że w terminie 20-30 lat inwestycje w akcje - głównie spółek dywidendowych - przyniosą mi o kilka punktów procentowych wyższy zysk, liczony w skali roku, niż obligacje, nieruchomości, czy fundusze niskiego ryzyka. Nie mówiąc już o depozytach bankowych.

      POLSKIE AKCJE - PLUS 14%. ZAGRANICZNE - PLUS 6%. W zeszłym roku znacznie więcej, niż na inwestycjach globalnych zarobiłem na funduszach inwestujących w akcje polskich spółek. Wydawało się, że w czasach "dobrej zmiany" nie da się w Polsce zarobić pieniędzy (byli tacy, którzy namawiali mnie do przerzucenia całości kapitału za granicę), ale ostatecznie wynik wyniósł plus 14%. Może to dlatego, że postawiłem - za radą innych mądrych ludzi - głównie na akcje średnich spółek. Na funduszach inwestujących za granicą miałem 6% zarobku, co jest wynikiem dość wstydliwym, biorąc pod uwagę hossę panującą w USA. Przyznam, że zbyt mało pieniędzy ulokowałem w spółki amerykańskie, a zbyt wiele w fundusze działające na rynkach wschodzących (m.in. w Azji). Ale w perspektywie wielu lat uważam, że moja strategia się opłaci. W taki sposób inwestuję pieniądze już od dobrych kilku lat i cały czas czekam na to, aż rynki wschodzące "odpalą". A że odpalą pokazuje ten wykres zachowania wszystkich rynków tego typu:

      EMERGING20LAT

      W zeszłym roku nie musiałem "użyć" bufora bezpieczeństwa. Do zysków przekraczających oprocentowanie lokat, które otrzymałem z relatywnie bezpiecznych inwestycji, doszły zyski z bardziej wahliwych inwestycji na rynku kapitałowym. Ale nie zawsze tak było. W 2015 r. w funduszach polskich akcji miałem 7% strat (to i tak był świetny wynik, biorąc pod uwagę kilkunastoprocentowe straty indeksów), zaś na inwestycjach w fundusze zagraniczne miałem 4% "w plecy" (było słabo w Azji, a w Europie i USA ledwo wyszedłem na zero). W tamtym roku część "poduszki finansowej" wypracowanej z inwestycji o przewidywalnym dochodzie "zjadły" straty z funduszy inwestycyjnych, ale... i tak cały portfel był na plusie i to wyraźnym.

      MOJE INWESTYCJE MAJĄ... SIĘ "SZACHOWAĆ". Moje inwestycje na rynku kapitałowym - m.in. w funduszach, w akcjach spółek dywidendowych, w ETF-ach, a także alternatywne (o nich będzie za chwilę) nie mają przynosić gigantycznych, najwyższych z możliwych zysków, bo to musiałoby się odbywać kosztem wysokiego ryzyka. One w dużej części wzajemnie mają się "pilnować", szachować. Jeśli rynki rozwijające słabo sobie radzą, to lepiej jest na tych rozwiniętych. Jeśli tracę pieniądze w polskich funduszach, to zwykle lepiej radzą sobie te zagraniczne (zwłaszcza denominowane w euro). Jeśli dobrze jest na polskim rynku - to w tyłek dostaną inwestycje denominowane w euro. Nigdy nie osiągnę takiego wyniku, jaki mają najlepsze fundusze "monotematyczne" (np. fundusze akcji amerykańskich w ciągu pięciu lat zarobiły 70%). Bo też nigdy nie jadę na jednym (ani nawet na dwóch) koniu. Nie będę pierwszy na mecie. Ale nigdy nie będę też ostatni.

      GOLDwig20LAT1ZŁOTO I INNE INWESTYCJE ALTERNATYWNE, CZYLI 10,5% Ostatnim elementem układanki są inwestycje alternatywne. To alkohole inwestycyjne, złoto i srebro, ewentulalnie inne metale szlachetne (zdarzyło mi się też mieć opcje na wieprzowinę lub kontrakty terminowe na ropę naftową, ale to egzotyka). Podstawowym elementem inwestycji w każdym dobrze zrobionym portfelu powinno być złoto - w monetach, sztabkach lub udziałach w funduszach inwestycyjnych (mogą kupować złoto w sztabkach, kontrakty terminowe bądź akcje kopalń złota). Teoretycznie inwestycje alternatywne powinny "działać" przeciwnie do rynków kapitałowych - jeśli zyskuję na akcjach, to  powinienem tracić na inwestycjach alternatywnych. I na odwrót. W praktyce różnie bywa. W zeszłym roku na inwestycjach alternatywnych "wykręciłem" 10,5% zysku (w górę ruszyło złoto oraz notowania wina na londyńskiej giełdzie). Wyjątkowo zdarzyło się tak, że zarobiłem i na funduszach i na inwestycjach alternatywnych, ale nie jest to zasadą. 

      JAK SIĘ ZA TO ZABRAĆ? To już koniec pogadanki o moich inwestycjach w zeszłym roku i nie tylko ;-)). Mam nadzieję, że choć trochę przekonałem Was do tego, że warto patrzeć na oszczędności szerzej, niż tylko przez pryzmat bankowego depozytu. Nawet nie chodzi o to, żeby mieć więcej zysku, niż te 2% w banku. Chodzi o to, że każdy procencik dodatkowego średniorocznego zysku w perspektywie kilkudziesięciu lat oznacza ogromne różnice w uzyskanym kapitale. Jeśli położę kwotę 50.000 zł na 2%-ową lokatę na 30 lat, to po tym czasie wyjmę 90.500 zł. Jeśli to będzie 4%-owa lokata, to wyjmę... 162.000 zł. A jeśli 6%-owa, to już... 290.000 zł. A to chyba jest różnica czy się ma 90.000 zł czy 290.000 zł, prawda? Zwłaszcza jeśli te 6% nie byłoby wynikiem hazardowego ryzyka, tylko bardzo bezpiecznej strategii lokowania oszczędności.

      Dlatego moim celem nie jest długoterminowy zysk na poziomie oprocentowania bankowego depozytu, tylko jego trzykrotności. Oczywiście: najpierw trzeba te 50.000 zł mieć. Ale już jedna czwarta Polaków jest w stanie odkładać dość sensowne pieniądze na bliższą lub dalszą przyszłość. Rzecz w tym, żeby - jeśli już mamy podstawową poduszkę finansową złożoną z 6-12 krotności miesięcznych zarobków - zacząć budować finansową niezależność i zamożność nie tylko w banku. Inwestowanie pieniędzy - w szczególności w akcje dużych, prywatnych spółek, corocznie wypłacających dywidendę - nie jest żadną wiedzą tajemną. W jaki sposób krok po kroku się za to zabrać, opowiem w kolejnych tekstach z cyklu "Dywidenda jak w banku". Nikt nie musi mieć od razu takiego portfela inwestycji jak ja - budowałem go przez ćwierć wieku. Ale cierpliwie, krok po kroku...

      Najważniejsze jest zrozumienie, że akcje spółek to nie jest nic strasznego. Że to "cegiełki" własności firm, które coś produkują, zatrudniają ludzi, osiągają zyski i dzielą się nimi z właścicielami (czyli posiadaczami tych "cegiełek"). Owszem, wartość rynkowa akcji zmienia się - czasem bardzo gwałtownie - ale w długim terminie dobrze zarządzana firma raczej zyskuje na wartości, niż bankrutuje. CCC, LPP, CD Projekt, Wawel, Dębica, Żywiec... to przykłady firm, które przez ostatnich kilkanaście lat przyniosły swoim akcjonariuszom krociowe zyski. Mając udziały w spółce giełdowej - czy to bezpośrednio, czy przez fundusz inwestycyjny - ponoszę ryzyko, że ona zbankrutuje, ale z drugiej strony, jeśli jednak nie zbankrutuje, mam pewność, że moje akcje nigdy padną ofiarą inflacji, ani dewaluacji. Kawałek majątku dobrze zarządzanej firmy łatwiej utrzymuje realną wartość, niż zapis w bankowym systemie informatycznym, że mam tyle a tyle pieniędzy na depozycie w takim a takim banku. Nie mówiąc już o zapisach w ZUS-owskim systemie a propos mojej emerytury ;-)).

      A fundusz inwestycyjny lub ETF? To też nie jest żadne czary-mary. To pośrednik, który w zamian za kilka procent prowizji rocznie zwalnia mnie z obowiązku wybierania najbardziej perspektywicznych spółek i selekcjonuje je sam (lub - jeśli to ETF - inwestuje we wszystkie jak leci). Czy to zawsze jest gwarancja sukcesu? Jasne, że nie! Wiadomo: są fundusze lepsze i gorsze. Są zarządzający-nieudacznicy i są geniusze (choć ja wolę solidnych rzemieślników). Dlatego nie "strzelam" na oślep i nie idę do pierwszego lepszego funduszu. Selekcja zajmuje mi jednak niewiele czasu: godzinę, może dwie. Jeśli straciliście kiedyś dużo pieniędzy w funduszach (znam osobiście ludzi, którzy w ciągu kilku lat stracili połowę kapitału), to znaczy, że źle się za to zabraliście albo ktoś Was źle pokierował. Że postawiliście wszystko na jedną kartę. Ja inwestuję w funduszach od 20 lat i ani razu nie zbankrutowałem. Dzielę pieniądze pomiędzy różne rodzaje funduszy, różne rodziny, różne rejony świata i różne waluty inwestycji, dzięki czemu ograniczam ryzyko. Więcej o moich funduszach inwestycyjnych - w kolejnym odcinku. 

      Przeczytajcie poprzednie moje teksty z cyklu "Dywidenda jak w banku":

      >>> 13 kwietnia: "W poszukiwaniu dywidendy pewnej jak w banku, czyli wielka koalicja rusza do akcji" - o tym dlaczego lokuję swoje pieniądze nie tylko w banku i dlaczego biorę udział w największej edukacyjnej akcji blogerów, jaką kiedykolwiek widział nasz kraj. 

      >>> 16 kwietnia: "Buty, ciuchy, cukierki. Kto dobrze przewidział, z 10.000 zł wycisnął... milion" - o spółkach-ikonach warszawskiej giełdy, na których każdy, kto uwierzył w ich pomysł na zarabianie pieniędzy, mógł zostać bardzo zamożnym człowiekiem. Takie okazje na rynku kapitałowym są zawsze, także teraz. 

      >>> 21 kwietnia: "Na jak długo trzeba kupić akcje, żeby mieć (prawie) pewność, że się zarobi?" - o tym, że inwestowanie pieniędzy wcale nie musi być bardzo ryzykowne, gdyż statystyki z ostatnich 100 lat pokazują, że w długim terminie ryzyko utraty zainwestowanego w akcje kapitału jest niewielkie. A przynajmniej tak było do tej pory

      >>> 11 maja: "Oprocentowanie lokat sięga dna. Wyższe zyski tylko dla pięknych i bogatych?" - o tym jakie warunki trzeba spełnić, żeby wychylić nos z banku i zacząć lokować oszczędności w spółki wypłacające regularnie dywidendy.Oprócz tego polecam wpisy nawiązujące do akcji:

      >>>  25 maja. "Oszczędności ulokowane w tym banku przez ostatnich pięć lat dawały po 5% rocznie. Jak?" - o tym dlaczego swoją przygodę z inwestowaniem warto zacząć od kupna udziałów w spółkach wypłacających z roku na rok dywidendę? o ile kapitał, za który kupiliśmy akcje, potraktujemy jak długoterminowy depozyt. 

      >>> 17 czerwca: "Jak dostać money-back z urzędu skarbowego? 875 zł do wzięcia i tylko pół roku, by o to zadbać!" - o tym, że z dywidend można zmontować sobie nie tylko plan systematycznego oszczędzania, ale wręcz... dodatkową emeryturę. I jeszcze zanim na tę emeryturkę przejdziemy - dostawać co roku kasę z urzędu skarbowego. W tym roku do wyjęcia co najmniej 875 zł.

      >>> 8 lipca: "Bogowie odcinania kuponów. Dla nich ceny akcji mogłyby spaść nawet do zera"- o tym jak duże znaczenie może mieć systematycznie wypłacana dywidenda dla wyników długoterminowego inwestowania w akcje. I kilkanaście przykładów spółek, które do tej pory świetnie się sprawdzały jako "obiekt" takiego stylu inwestowania.

      >>> 19 lipca: "Odcinanie kuponów dla zabieganych? Są już fundusze, w których kupony... odcinają się same". O tym jakie fundusze akcji dywidendowych są dostępne na polskim rynku i czym się od siebie różnią

      >>> 28 lipca: "Rzecz o pieszczeniu portfela, czyli jak inwestuję swoje oszczędności. I jak je namnażam". O tym jak sam zabrałem się za lokowanie oszczędności, w co wkładam swoje prywatne pieniądzę i jak ogarniam strach przed ryzykiem.

      >>> 1 grudnia: "Idą wielkie zmiany dla naszych oszczędności! Jak się na nie przygotować?". O tym jak przygotować oszczędności na czasy niskich stóp procentowych i rosnącej inflacji, spowodowanej dużymi wydatkami socjalnymi państwa.

      >>> 16 grudnia: "Jeszcze tylko dwa tygodnie, by zasłużyć na duży prezent. 875 zł do wzięcia". O tym jak ulokować pieniądze na IKZE i rzutem na taśmę załapać się na pieniądze z Urzędu Skarbowego

      Zapraszam do obejrzenia wideoklipów, które już powstały w ramach naszej akcji. Wkrótce zobaczycie kolejne!:

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (14) Pokaż komentarze do wpisu „Jak spać spokojnie i wykręcać zyski trzy razy wyższe, niż na bankowej lokacie? Ja robię to tak”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      niedziela, 05 lutego 2017 09:42
  • piątek, 13 stycznia 2017
    • W czasie kryzysu stracili nasze zaufanie i furę pieniędzy. Ale teraz... historyczna chwila!

      stats2016_funduszeSpłynęły wreszcie grudniowe statystyki dotyczące rynku funduszy inwestycyjnych. To druga najpopularniejsza forma gromadzenia przez Polaków oszczędności, więc zawsze pod koniec roku przeglądam te cyferki z wypiekami na twarzy. Z danych, które zebrał serwis Analizy.pl, czyli alfa i omega statystyczna, wynika, że w funduszach inwestycyjnych jest aż 259 mld zł naszych pieniędzy, a więc o 6,7 mld zł więcej, niż przed rokiem. To ogromna kasa, ale trzeba od razu zaznaczyć, że dużą część z niej stanowią aktywa wniesione przez firmy i instytucje finansowe do funduszy specjalistycznych, zamkniętych i funduszy aktywów niepublicznych. Tego typu fundusze inwestycyjne stanowią bowiem wygodne "opakowanie" zapewniające preferencyjne opodatkowanie (inna sprawa, że rząd preferencję właśnie kasuje, więc w grudniu z tych funduszy odpłynęło 10 mld zł). Mniej więcej połowa kasy w funduszach to pieniądze zwykłych ludzi.

      fundusze_detaliczneaktywaW FUNDUSZACH MAMY TYLE KASY, ILE W... 2007 R. Z danych publikowanych przez Analizy.pl można wyczytać, że w funduszach inwestycyjnych trzymacie - jako klienci detaliczni, zwykli ciułacze i zjadacze bułek ze smalcem - "drobne" 135 mld zł. I że w zeszłym roku wpłaciliście do nich jakieś 5 mld zł nowych pieniędzy. Obie te liczby robią wrażenie pokaźnych dopóki nie nałożymy na nie tła. Otóż te 135 mld zł to mniej więcej tyle, ile mieliśmy w funduszach... pod koniec 2007 r. W czasie kryzysu finansowego fundusze straciły nasze zaufanie i aż połowę pieniędzy - głównie z powodu ogromnej przeceny akcji w powiązaniu z wcześniejszym missellingiem, nieetyczną reklamą i obiecywaniem nam gruszek na wierzbie (pamiętacie te zieloniutkie reklamy pokazujące 170% zysku w ciągu roku?). Aż trudno uwierzyć, że dopiero teraz, po dziewięciu latach, fundusze zdołały wrócić do stanu posiadania naszych pieniędzy, jaki miały przed kryzysem. W tym czasie - czyli też przez dziewięć lat - wartość naszych depozytów w bankach więcej, niż się podwoiła. Dla porównania pokażę jak mniej więcej w tym samym czasie zmieniały się giełdowe indeksy - nie wszystkie odrobiły straty z lat 2008-2009.

      indices20072017

      DO FUNDUSZY WPŁACILIŚMY 5 MLD ZŁ. DO BANKÓW - PONAD 30 MLD ZŁ. Jako się rzekło, w zeszłym roku wpłaciliśmy do funduszy 5 mld zł, co na pierwszy rzut oka też wygląda dobrze (tak samo, jak 135 mld zł aktywów w funduszach detalicznych). Przestaje tak wyglądać, gdy zerkniemy do statystyk NBP i KNF, z których wynika, że w tym samym czasie (a nawet krótszym, bo w KNF nie ma jeszcze danych za grudzień) wartość depozytów gospodarstw domowych w bankach wzrosła z 666 mld zł do 708 mld zł, a więc o jakieś 42 mld zł. Z tego mniej więcej 10 mld zł stanowiły odsetki dopisane do "starych" depozytów. Ale i tak porównanie napływu świeżych pieniędzy do banków (plus 32 mld zł bez grudnia) oraz do funduszy inwestycyjnych (plus 5 mld zł) nie pozostawia złudzeń kto w zeszłym roku wygrał bój o nasze pieniądze. Tylko co siódma złotówka naszych nowych oszczędności popłynęła do powierników. Funduszom nie pomogło ani niskie oprocentowanie depozytów, ani w sumie dobre wyniki spółek giełdowych (na polskich akcjach małych i średnich firm można było zarobić 15%, choć okazało się to dopiero pod koniec roku).

      fundswplatywyplaty2016

      W JAKICH FUDUSZACH NAJCHĘTNIEJ TRZYMAMY KASĘ? Tu kolejna kiepska wiadomość. Otóż najpopularnisjzą dziś grupą funduszy są te, które inwestują w obligacje (mają 43,5 mld zł naszych pieniędzy). Tak się składa, że w najbliższych miesiącach te fundusze nie pokażą zbyt dobrych wyników (nie lubią, gdy zaczyna się zapowiadać na podwyżki stóp procentowych). W zeszłym roku wpłacaliśmy pieniądze głównie do nich, a także do funduszy gotówkowych (najbezpieczniejszych) i absolutnej stopy zwrotu (mają zarabiać ciut lepiej, niż depozyt, ale przede wszystkim chronić kapitał). Wycofywaliśmy za to kasę z funduszy mieszanych (to akurat słusznie, relacja wysokości opłat do generowanych zysków jest w nich nędzna) oraz - i tu druga zła wiadomość - z funduszy akcji (mamy w nich już tylko 28 mld zł). Jak pokażę poniżej, to właśnie na funduszach akcji można było w zeszłym roku zarobić pieniądze. Ale Polak wolał nie zarabiać, tylko kisić się w funduszach bezpiecznych. Niewykluczone, że - jak to często bywa - Polak skusi się do przeniesienia części pieniędzy do funduszy akcji dopiero wtedy, gdy ceny będą na szczycie. I znów straci.

      10najlepszychfunduszy1NAJLEPSZE STRZAŁY MINIONEGO ROKU. To te, które lokowały pieniądze na rynku surowcowym (jedną z lepszych inwestycji było bardzo przecenione w poprzednich latach złoto) oraz w akcje spółek... rosyjskich. To ostatnie może dziwić - kto przy zdrowych zmysłach wkładałby pieniądze tam, gdzie może przyjść watażka z Kremla i w każdej chwili dekretem wszystko zabrać - ale akcje spółek rosyjskich były już tak przerażająco tanie, że wystarczyła perspektywa wzrostu cen ropy naftowej i gazu, żeby mocno odbiły. Dobrze można było zarobić lokując pieniądze w funduszach kupujących spółki z Ameryki Łacińskiej, a także - co mnie bardzo cieszy - akcje spółek dywidendowych z całego świata. Uważam, że to najlepsza rzecz dla każdego posiadacza kapitału: stabilne, duże spółki, wypłacające co roku dywidendę. Na polskiej giełdzie w zeszłym roku średnia dywidenda wyniosła 5% wartości akcji. Czyli znacznie więcej, niż jakikolwiek depozyt.

      wynikifundusze5latPIĘĆ LAT FUNDUSZY: KTO SIĘ ODWAŻYŁ - ZAROBIŁ. Na polskim rynku kapitałowym - przynajmniej patrząc na wyceny największych spółek - przez kilka ostatnich lat panowała flauta. Wartość tych akcji albo stała w miejscu, albo nawet spadała. Teraz jednak - od kilku miesięcy - jest coraz lepiej. A patrząc na statystyki zarobków różnych rodzajów funduszy za ostatnich pięć lat - naprawdę nie ma powodu do narzekań. Kto przez ostatnich pięć lat trzymał pieniądze w funduszach inwestujących w polskie średnie spółki - zarobił 70% (czyli średnio 14% rocznie). Kto postawił na akcje amerykańskie (w Polsce są fundusze, które pozwalają tak inwestować) - jest 56% na plusie. Fundusze międzykontynentalne zarobiły średnio 55%. Akcji azjatyckich - 25%. To kolejny dowód na to, że lokowanie pieniędzy na rynku kapitałowym wymaga cierpliwości. W długiej perspektywie bywa tak, że nie w każdym roku ceny akcji są wyceniane według swojej "prawdziwej" wartości, ale prędzej czy później nadchodzi "sprawiedliwość". 

      dywidenda222O LOKOWANIU OSZCZĘDNOŚCI W AKCJI "DYWIDENDA JAK W BANKU". Od wiosny 2016 r. w blogu trwa akcja "Dywidenda jak w banku", w której zdradzam sposoby na w miarę bezpieczne lokowanie oszczędności inaczej, niż tylko na depozycie bankowym. Zapisując się na newsletter akcji nie przegapicie żadnego z kolejnych tekstów, klipów wideo, webinarów, ani konkursów. W akcji bierze też udział Longterm.pl, najstarszy bloger zajmujący się inwestowaniem długoterminowym - Giełda Papierów Wartościowych oraz Stowarzyszenie Inwestorów Indywidualnych. Zapraszam do odwiedzenia strony akcji "Dywidenda jak w banku". Obejrzyjcie też jak - wspólnie z Longtermem - mierzyliśmy się z lękami związanymi z lokowaniem oszczędności, zwiedzaliśmy kasyno, udaliśmy się na ryby. Zabawne i pouczające.

      Więcej na ten temat czytajcie na stronie akcji (www.dywidendajakwbanku.pl)

      Zapraszam też do obejrzenia cyklu wideo "Od oszczędzania do inwestowania", w którym opowiadam o tym jak małymi krokami zabrać się do oszczędzania pieniędzy i co można zrobić, żeby namnażały się szybciej.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „W czasie kryzysu stracili nasze zaufanie i furę pieniędzy. Ale teraz... historyczna chwila!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 13 stycznia 2017 12:13
  • czwartek, 06 października 2016
    • Matrix a la Zortrax, czyli lewą ręką za prawe ucho i... zarób na drukarkach 3D. Zysk 20% rocznie!?

      Być może słyszeliście, że Polska ma szansę stać się potęgą nie tylko w produkcji i sprzedaży gier komputerowych (tu wielkie zasługi położyć CD Projekt - kto lata temu kupił jego akcje, kąpie się dziś w pieniądzach), ale i drukarek 3D. To takie "czarne skrzynki", które potrafią wytwarzać trójwymiarowe, fizyczne przedmioty na podstawie komputerowego modelu. Taka drukarka kosztuje niemało - od "dużych" kilku do kilkunastu, kilkudziesięciu tysięcy złotych (materiały do druku 3D też są drogie) - ale skoro drony stają się już powoli zabawkami dla dzieci na podwórku, to i drukarki 3D pewnie niedługo staną na biurkach wielu zwykłych konsumentów. Wartość rynku druku 3D w zeszłym roku wynosiła 5 mld dolarów, ale do 2020 r. ten tort ma być cztery razy większy. Dla porównania - globalny rynek smartfonów może być wart w tym roku jakieś 400 mld "zielonych".

      Wśród rosnących jak grzyby po deszczu 200 producentów tych cudeniek - najwięksi to amerykańskie firmy Stratasys i 3D Systems - jest kilka polskich start-upów. Przy odrobinie szczęścia, pieniędzy i sprzyjających okolicznościach może doczekamy się "polskiego Apple'a"? Nie będzie łatwo, bo swoje technologie i rozwiązania przygotowują też tacy giganci jak HP, czy Toshiba, za którymi stoi rozpoznawalna marka i ogromna machina promocyjno-sprzedażowa. Ale z drugiej strony na razie górą są nowe firmy i tak może już zostać. Z kilku polskich firm podbijających światowy rynek drukarek 3D - takich jak MonkeyFab, 3d Printers, 3dGence - bodaj najbardziej rozpoznawalny jest olsztyński Zortrax. O firmie głośno zrobiło się w 2014 r., kiedy miała podpisać kontrakt na dostarczenie 5000 drukarek 3D dla amerykańskiego Della. Potem okazało się, że kontrakt jest ściemą, ale sława po nim firmie została ;-)). Dziś Zortrax chwali się, że ma swoje "macki" w 50 krajach świata. W zeszłym roku miał 37,6 mln zł przychodów i 8 mln zł zysku netto. W połowie tego roku - 25,5 mln przychodów i 7,5 mln zł zysku.

      zortraxdrukarkiscreen

      PRODUCENT DRUKAREK 3D CHCE NASZYCH 10 MLN ZŁ. Co nas to wszystko obchodzi? Otóż tenże Zortrax, chociaż nie jest spółką giełdową, właśnie oferuje nam obligacje, które będzie można zamienić na akcje lub przynajmniej zarobić na wzroście wartości tych akcji. W najbardziej optymistycznym, zakładanym przez organizatorów tego interesu modelu, do wzięcia będzie... 20% w skali roku. Nieźle. W wariancie pesymistycznym będzie można niestety całkiem sporo stracić. Brzmi to trochę skomplikowanie, ale generalnie chodzi o to, że jeśli macie chęć stać się pośrednim udziałowcem najbardziej znanej polskiej firmy produkującej drukarki 3d oraz lubicie emocje z dreszczykiem - welcome :-). Choć w ofercie publicznej, prowadzonej przez Polski Dom Maklerski, są obligacje, a więc instrumenty uznawane powszechnie za dość bezpieczne, w przypadku inwestycji w Zortrax trudno mówić o bezpieczeństwie inwestycji. I to z kilku powodów.

      PIENIĄDZE NA SPEŁNIENIE STARYCH OBIETNIC. Sprzedaż obligacji ma służyć temu, żeby specjalna spółka (powiązana z Zortraxem) mogła mieć pieniądze na odkupienie akcji Zortraxu od mniejszościowych udziałowów. Producent drukarek 3D ma dwóch akcjonariuszy mających w niej większość udziałów (dokładniej 76%), ale 17% akcji mają też udziałowcy mniejszościowi, którzy kupili je z myślą o szybkim wejściu firmy na giełdę i zgarnięciu premii. Zortrax na giełdę na razie nie wchodzi, ale chce dać tym mniejszościowym udziałowcom opcję zainkasowania obiecanych zysków. I stąd pomysł, żeby wyemitować obligacje, a za pozyskane w ten sposób pieniądze wykupić akcje od tej grupy niecierpliwych udziałowców. Dlaczego ktoś miałby kupić te obligacje i stać się "jeleniem" :-)) w zastępstwie wycofujących się z Zortraxu inwestorów? To dość podejrzana sytuacja, że jacyś inwestorzy chcą nagle wycofywać się ze świetnie rozwijającej się firmy... Oczywiście powodem takiej inwestycji "na zastępstwo" może być... chciwość :-).

      DWA LATA CZEKANIA NA... WZROST WARTOŚCI AKCJI. Emitent obligacji obiecuje, że za dwa lata - a więc w momencie wykupu tych obligacji i rozliczenia się z obligatariuszami - zwróci nie tylko kapitał, ale i zapłaci odsetki równe 75% różnicy między wartością, po której teraz odkupi akcje Zortraxu od mniejszościowych udziałowców, a ceną, po której je odsprzeda po owych dwóch latach (być może na giełdzie). Nabywca obligacji będzie pośrednio właścicielem takiego jakby "funduszu inwestycyjnego", którego jedynymi aktywami będą akcje Zortraxu. Jeśli za dwa lata uda się sprzedać je drożej - zainkasuje 75% udziału w zysku. Ile ów zysk wyniesie? Dobre pytanie. Emitent obligacji pisze w momorandum inwestycyjnym, że teraz będzie kupował akcje Zortraxu od "starych" udziałowców po 45 zł (rok temu kupowali je po 32,5 zł, więc nieźle zarobią). I że według wycen ludzi od szacowania wartości spółek za dwa lata te akcje mogą być warte ponad 70 zł.

      zortraxstrukturasprzeday

      20%(?) ZYSKU ROCZNIE I PIĘĆ TRUDNYCH PYTAŃ. Gdyby rzeczywiście tak się stało, do ubicia byłby niezły interes, bo wartość jednej sprzedawanej dziś obligacji to 4500 zł, co oznacza, że jej emitent kupiłby za to 100 akcji Zortraxu, które byłyby warte za dwa lata 7000 zł. A 75% z różnicy między tymi kwotami to 1875 zł, co daje mniej więcej 40% łącznego zysku i 20% zarobku w skali roku. Porównując to z rocznym oprocentowaniem "normalnych" obligacji - 2% w przypadku dwuletnich obligacji rządowych i jakieś 5% w przypadku solidnych emitentów obligacji korporacyjnych - można się zapowietrzyć ze szczęścia. Niestety, to nie jest interes bez ryzyka. Po pierwsze nie wiadomo czy i ile akcji od "starych" udziałowców zostanie wykupionych (czyli jaka będzie rzeczywista pula pieniędzy obligatariuszy, które zostaną zaintwestowane w akcje i będą pracowały). Po drugie nie wiadomo czy Zortrax za dwa lata będzie jeszcze istniał. Działa na rynku, na którym dwa lata to całe wieki.

      Po trzecie emitentem jest spółka IPO 3D, której właścicielem jest IPO Doradztwo Startegiczne, która z Zortraxem powiązana jest "tylko" umową inwestycyjną. Krótko mówiąc - dealujemy z wehikułem inwestycyjnym o niezbadanej wiarygodności. Po czwarte - nie wiadomo czy Zortrax wejdzie na giełdę, a więc czy jej akcje będą miały jakąś płynność. Jeśli nie - może się to odbić na cenie. Gdyby okazało się, że za dwa lata akcje Zortraxu są "niesprzedawalne", to w ramach rozliczenia obligacji dostaniemy te akcje zamiast obiecanych 20% zysków. Po piąte - nawet jeśli Zortrax będzie wciąż istniał i nawet jeśli znajdzie się na giełdzie, to nie da się powiedzieć ile jego akcje będą warte i jak na tę wartość wpływała będzie koniunktura na całej giełdzie. Sporo ryzyk. Ale są i dobre wieści: mamy spółkę, która działa w innowacyjnej branży, ma już produkt, który sprawdził się na rynku oraz ma rosnące wyniki finansowe. Ta firma w dodatku żyje prawie w 100% z eksportu, co wiąże się z pewnymi ryzykami (kursy walutowe), ale kompletnie uniezależnia ją od tego co ewentualnie mogą przynieść socjalistyczno-narodowe rządy nadpremiera Morawieckiego.

      O nich też pisałem: Pożycz na budowę polskiego supersamochodu i zarób 9,5% rocznie

      Czytaj też: To wyjątkowo "krwawa" lokata kapitału. Zysk zależy od... rozmnażania

      zortraxwynikifinansoweZA NIECAŁY ROK ZAMIEŃ OBLIGACJE NA AKCJE. Nie zmienia to wszystko faktu, że mamy tu do czynienia z dość skomplikowaną operacją, przypominającą chwytanie się lewą ręką za prawe ucho po to, by zarobić pieniądze. Kupujemy za 5000 zł obligację, która prawdopodobnie będzie emanacją 100 akcji firmy działającej na szybko rosnącym, ale trudnym do prognozowania rynku. Zyski z tej obligacji będą zależały od tego, czy te ewentualne akcje będą miały za dwa lata jakąś ewentualną wartość :-). Emitent obligacji przygotował dla uczestników oferty pewną ścieżkę alternatywną w postaci przyspieszonej zamiany obligacji na akcje. Po zatwierdzeniu przez Zortrax wyników za 2016 r. będzie można zamienić każdą obligację na 80 akcji Zortraxu, ale tylko pod warunkiem, że firma w tym czasie trafi do notowań giełdowych. Ów "parytet" będzie więc mniej korzystny, niż w przypadku czekania dwóch lat na "sprawdzenie" wartości 100 akcji producenta drukarek 3D.

      ILE KASY Z OBLIGACJI PÓJDZIE NA INWESTYCJĘ? Ale z drugiej strony, gdyby okazało się, że Zortrax jest kurą znoszącą złote jaja, lepiej mieć 80 akcji już dziś, niż za dwa lata otrzymać 75% różnicy między wartością akcji w tamtym czasie, a ceną 45 zł i zostać tylko z gotówką w ręku. Ta opcja też będzie dostępna tylko wtedy, jeśli emitent obligacji zdoła zawczasu odkupić za pieniądze włożone przez obligatariuszy odpowiednią liczbę akcji od "starych" udziałowców Zortraksu. Niezły martix z tym Zortraxem, prawda? Najbardziej męczy mnie fakt, że dziś żaden nabywca obligacji nie może mieć pewności czy i jaka część jego pieniędzy zostanie rzeczywiście przeznaczona na zakup akcji Zortraksu. Wiadomo tylko tyle, że z obligacji firma chce pozyskać 10 mln zł, a gdyby wszyscy mniejszościowi akcjonariusze chcieli odsprzedać akcje po 45 zł, to potrzebnych byłoby 57 mln zł. Wystarczy więc, że do wyjścia pójdzie część "starych" udziałowców, a akcji wystarczy do wypełnienia "funduszu dla obligatariuszy".

      "W przypadku braku nabycia akcji Zortrax przez Emitenta w terminie trzech miesięcy od dnia przydziału obligacji Emitent dokona częściowego przedterminowego wykupu obligacji za kwotę odpowiadającą różnicy pomiędzy wartością środków uzyskanych z Emisji, a 111,12% wartości środków przeznaczonych faktycznie na zakup akcji Zortrax"

      - taki zapis znalazłem w memorandum inwestycyjnym. I, szczerze pisząc, mam pewne trudności z jego zinterpretowaniem. Wydaje mi się, że to oznacza tylko tyle. że nabywca obligacji dostanie trochę "w plecy" na parytecie między zainwestowanymi w akcje Zortrax pieniędzmi, a tymi, które okażą się nie oprocentowanym depozytem. Ale być może tylko się czepiam. Czymże są te grosze w porównaniu z 20% rocznie hipotetycznego zysku z inwestycji? :-). Jedno jest pewne: mamy tu inwestycję, która tylko z nazwy przypomina obligacje.

      RANDKA W CIEMNO Z DRESZCZYKIEM. Tak naprawdę w ofercie jest coś, co ma efekt dla portfela nabywcy podobny do zakupu obligacji zamiennych na akcje. A to najbardziej ryzykowny rodzaj obligacji. Ale z drugiej strony warto wziąć pod uwagę, że nie mówimy tu ani o firmie krzak, ani o firmie, która dopiero coś-tam opracowuje, tylko o wschodzącej gwieździe "nowej gospodarki", która pokazała już, że potrafi się przebić w świecie i zarobić pieniądze. Nie wiadomo tylko czy ta nabierająca ciała ryba, pływająca po nieznanym oceanie, nie zostanie zjedzona przez rekiny i czy wytrzyma wysokie tempo wyścigu na inwestycje w rozwój. Szkoda też, że Zortrax nie emituje obligacji korzystając z pomocy jakiejś renomowanej firmy inwestycyjnej. Tworzenie dedykowanych pod konkretną transakcję wehikułów inwestycyjnych jest znaną strategią, ale mimo wszystko kupowanie obligacji firmy IPO 3D, której 100%-owym udziałowcem jest równie znana na rynku firma IPO Doradztwo Strategiczne mimo wszystko przypomina trochę randkę w ciemno.

      Jeśli lubicie takie randki z dreszczykiem i dużym procentem w tle - zapisy na obligacje trwają do 13 października. W konsorcjum biur maklerskich, w których można składać zapisy jest Polski Dom Maklerski, DM Banku Millennium i DM Vestor. Więcej informacji jest pod niniejszym linkiem.  Aha, żeby nie było nieporozumień: przed zrobieniem czegokolwiek ściągamy sobie na dysk memorandum informacyjne i czytamy czynniki ryzyka oraz "uczymy się" tego i owego o firmie Zortrax. Nie inwestujemy pieniędzy, dopóki nie zrozumiemy jak działa sama inwestycja oraz spółka, w którą lokujemy pieniądze. 

       ZAMÓW DARMOWY KURS O PODSTAWACH INWESTOWANIA! Zastanawiasz się jak zabrać się za systematyczne oszczędzanie? Masz już oszczędności i czujesz, że nie powinieneś ograniczać się do ich trzymania wyłącznie w banku? Masz obawy, że sprawy w kraju nie idą w dobrym kierunku i chcesz zabezpieczyć pieniądze przed ewentualnymi turbulencjami? Wejdź na stronę www.dywidendajakwbanku.pl, gdzie wspólnie z Albertem "Longterm" Rokickim opowiadam o tym jak zapewniam sobie niezależność od nacjonalizacji, inflacji i innych chorób charakterystycznych dla trzymania oszczędności wyłącznie w banku. Na czym polega posiadanie kawałka własności wielkiego, stabilnego koncernu i jak ten kawałek własności traktować jako równoważnik bankowego depozytu. Na stronie akcji "Dywidenda jak w banku" znajdzieszteksty poradnikowe o oszczędzaniu i inwestowaniu, zapis webinarów, czyli spotkań na żywo, które odbyliśmy z internautami, a także miniserial wideo. A na dokłądkę e-bookao budowaniu portfela spółek dywidendowych. Solidna porcja wiedzy podana w lekkostrawnej formule. Naprawdę warto!

      dywidendascreen

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Matrix a la Zortrax, czyli lewą ręką za prawe ucho i... zarób na drukarkach 3D. Zysk 20% rocznie!?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 06 października 2016 14:01
  • poniedziałek, 03 października 2016
    • Pierwszy striptiz maklerów, czyli ogłaszają kto zarobił na foreksie. Wyniki są... zaskakujące!

      Jak wiecie, nie jestem fanem inwestowania pieniędzy na foreksie i w ogóle w instrumenty pochodne. To "zabawa" dla kogoś, kto ma już dobrze urzeźbiony portfel inwestycji, w którym są depozyty, fundusze inwestycyjne, akcje, obligacje, nieruchomości, inwestycje alternatywne... Ewentualnie dla kogoś, kto bardzo dobrze zna się na inwestowaniu i umie np. zabezpieczyć sobie insteumentem pochodnym niską stopę procentową swojego kredytu hipotecznego, albo zamortyzować drożejącego franka. Niestety, forex to dziś najgłośniejsza, najbardziej spektakularna, najmocniej reklamowana forma zarabiania - i tracenia :-)) - pieniędzy. Inwestują już wszyscy, nawet Grzegorz Krychowiak :-). Kto by kupował akcje na dwadzieścia lat z myślą o dywidendzie, skoro w kilka dni można wykręcić krociowe zyski na obstawieniu kursu EUR/USD?

      krychowiakxtbscreenW sytuacji, gdy na giełdzie akcji ceny od sześciu lat stoją w miejscu lub spadają, gdy stopy procentowe są ekstremalnie niskie i nie da się bez ryzyka zarobić więcej, niż 2-3%, Forex jawi się jako ziemia obiecana. A różne cwaniaki reklamują foreksopodobne inwestycje jako źródło pewnego i łatwego zysku. Dla niewtajemniczonych mam mały disclaimer: instrumenty pochodne to "zakłady" o poziom stóp procentowych, ceny akcji, wartości indeksów, przyszłe kursy walutowe. Od "zwykłego" inwestowania w akcje, czy obligacje taki "zakład" różni się tym, że można używać tzw. lewara, czyli inwestować wielokrotnie więcej pieniędzy, niż się ma. W przypadku udanej inwestycji zarobek może wynieść kilkaset procent i więcej, ale w przypadku porażki - traci się wszystko, a czasem jeszcze trzeba dopłacić. Ale o tym oczywiście w reklamach się nie mówi.

      Czytaj też: Przy tej inwestycji nawet forex to zabawa dla pensjonarek

      KNF UWAŻNIEJ POPATRZY NA RĘCE FOREKSIARZOM. Za foreksiarzami zdaje się nie przepadać także Komisja Nadzoru Finansowego, która trzy lata temu rzuciła nam między oczy komunikat, z którego wynikało, że w 2013 r. tylko 19% klientów firm foreksowych (i biur maklerskich oferujących takie usługi) zarobiło na swoich inwestycjach. Rok wcześniej - mniej niż co dziesiąty klient. W lipcu portal Money.pl podał - powołując się na nie publikowane dane KNF - że w 2015 r. Polacy mogli stracić na foreksowych inwestycjach nawet pół miliarda złotych. A teraz KNF urzeźbił nowe wytyczne dla firm oferujących inwestycje na rynku instrumentów pochodnych. Są wśród nich oczekiwania, że będą prowadzić promocję tych usług "przy uwzględnieniu najlepiej pojętego interesu klienta lub potencjalnego klienta" oraz że dołożą "należytej staranności" aby klient "mógł dokładnie zapoznać się z rzetelnymi, kompletnymi i niewprowadzającymi w błąd informacjami na temat tych usług, instrumentów finansowych będących ich przedmiotem oraz ryzyka inwestycyjnego".

      STRIPTIZ MAKLERA, CZYLI KTO ZAROBIŁ NA FOREKSIE. Wśród rekomendacji pojawiła się też najbardziej kontrowersyjna - że maklerzy oferujący możliwość inwestowania w instrumenty pochodne będą publikowały dane o tym jaki odsetek ich klientów zarobił, a jaki stracił na inwestycjach foreksowych i forekso-podobnych. Początkowo maklerzy uznali te oczekiwania KNF za krzywdzące, bo firmy inwestycyjne działające w Polsce z zagranicy, na zasadzie unijnego paszportu, żadnych danych podawać nie muszą. Ostatecznie jednak polscy maklerzy podporządkowali się żądaniom KNF i obiecali, że będą się obnażać. I dziś, po raz pierwszy, dostaliśmy dane o wynikach inwestowania przez klientów w różnego rodzaju instrumenty pochodne w trzecim kwartale bieżącego roku. Na razie nie są to jeszcze pełne dane, a tylko statystyki pochodzące z trzech biur maklerskich - X-Trade Brokers, TMS Brokers oraz DM BOŚ. Pozostałe biura jeszcze nie zdążyły przygotować potrzebnych danych, ale mają je dostarczyć w najbliższych dniach.

      forexktotraciCo wynika ze statystyk udostępnionych przez Izbę Domów Maklerskich? W odróżnieniu od danych publikowanych przez KNF przed kilku laty, z których wynikało, że na foreksie i podobnych inwestycjach zarabia tylko dwóch klientów na dziesięciu, cyferki z trzech biur maklerskich pokazały, że... odsetek zarabiających jest większy. W przypadku instrumentów pochodnych, w których inwestorzy "obstawiają" przyszły poziom stóp procentowych na plusie było w zeszłym kwartale 55% klientów. W przypadku instrumentów pochodnych na surowce, akcje i waluty - na plusie było mniej więcej 44% klientów. A w przypadku na insteumenty oparte na indeksach - ponad 38%. Z czego może wynikać tak duża rozbieżność między danymi KNF, a wynikami podanymi przez maklerów? Nie podejrzewam tych ostatnich o jakieś manipulacje, sądzę, że rozwiązanie tej zagadki tkwi gdzie indziej. Hipotez mam kilka.

      SIŁA FUKSA W STATYSTYKACH? Pierwsza - najbardziej optymistyczna dla "foreksiarzy" - jest taka, że w ciągu tych kilku lat inwestorzy stali się bardziej doświadczeni i robią mniej "głupich" błędów. Ale to by oznaczało, że na rynek nie płynie świeża krew, co byłoby dziwne biorąc pod uwagę ogromne pieniądze inwestowane w reklamę inwestycji foreksowych. Druga hipoteza zakłada, że dane podali na razie tylko najwięksi, najbardziej renomowani gracze, którzy mają stałą bazę klientów i najbardziej dbają o reputację i nie wpuszczają klientów w maliny. A jakie byłyby wyniki dla całego rynku, także tej jego części, w której działając firmy zarejestrowane na Cyprze albo na Malcie, dla których nie liczy się reputacja tylko zysk? Ostatnio pojawiły się doniesienia o firmach foreksowych, które tak konstruowały "zakłady", by klienci mieli jak najmniejsze szanse, żeby wygrać. To tak jak w kasynie. Wiadomo, że klient ma się bawić, le to kasyno zawsze wygrywa. Firmy foreksowe często nie tyle pośredniczą w "zakładach" klientów, ile same są po drugiej stronie tych zakładów. A to już przypomina grę, w której sędzia jest w przeciwnej drużynie.

      Hipoteza trzecia jest taka, że mieliśmy dość spokojny trzeci kwartał, a przy mniejszej zmienności cen aktywów inwestorom łatwiej się zarabia. Hipoteza czwarta zakłada, że jeśli w każdym kwartale część klientów zarobi, ale co kwartał w tej puli "szczęśliwców" znajdą się inni inwestorzy, to po roku okaże się, że grupa klientów przez cały czas utrzymujących się "nad wodą" będzie znacznie szczuplejsza i bliższa tego, co kiedyś podawał KNF. Która z tych czterech hipotez najbardziej mnie przekonuje? To bez znaczenia. Powiem więcej: chciałbym, żeby w dłuższym terminie rzeczywiście duża część klientów biur maklerskich na foreksie wygrywała. Nie chodzi o to, że foreks albo insteumenty pochodne są złe. Wszystko jest dla ludzi, nawet inwestowanie w lewarem. Kłopot w tym, że powinny zostać wprowadzone bardzo daleko idące obostrzenia w możliwości reklamowania tego typu usług.

      CZY NALEŻY ZABRONIĆ REKLAM FOREKSU? Wiem, że firmy maklerskie oferują także produkty "dla początkujących", w których co prawda inwestujesz w cholernie ryzykowne instrumenty pochodne, ale tak naprawdę twoja ekspozycja na ryzyko nie przekracza kilkudziesięciu, kilkuset złotych. Kłopot w tym, że tak, jak na rynku firm pożyczkowych ogromne straty w mózgach klientów wywołuje instytucja "pierwszej pożyczki gratis", tak na rynku forex wielkie szkody wyrządza przekonanie, że to jest "dla każdego". Otóż nie jest i nie powinno się tego reklamować w telewizji, ani w radiu. Bo potem mało doświadczonym ludziom wydaje się, że na tym polega inwestowanie, że się dziś kupi, a jutro sprzeda. Jeśli już gdziekolwiek forex reklamować - to koniecznie pod dużymi restrykcjami. Skoro nie wolno reklamować usług bumkacherskich, to dlaczego całe miasto może być oplakatowane twarzą znanego sportowca zadowolonego, że na foreksie - domyślamy się - zarabia więcej, niż na swoim podstawowym zajęciu?

      Tak jak pożyczka-chwilówka jest produktem potencjalnie szkodliwym dla życia (a więc nie powinno się jej oferować w sposób wprowadzający nasz mózg w błąd - czyli "za darmo"), tak firmy foreksowe nie powinny mieć możliwości dawania klientom prezentów, jak np. "pierwszy zakład gratis" albo "jak ci się nie uda to możesz wycofać transakcję". Bo to uczy fatalnych nawyków w lokowaniu oszczędności. Zamiast systematycznego oszczędzania w trybie "ziarnko do ziarnka" promuje podejście do inwestycji jak do kasyna, albo bukmacherki. To się kiedy zemści. W XXI wieku nie można zabronić foreksu (musielibyśmy wyjść z Unii Europejskiej i wyłączyć internet), ale trzeba wymusić takie działanie firm foreksowych - zwłaszcza na poziomie marketingu i prezentacji oferty - żeby utrudnić im "naganianie" mało doświadczonych osób, które dopiero co mają jakieś oszczędności. Oczywiście te ograniczenia powinny dotyczyć wszystkich firm - nie tylko tych mających centrale w Polsce, ale i tych działających w ramach paszportu europejskiego. Wiele by załatwiły preferencje podatkowe dla długoterminowego oszczędzania, ale to temat, którym pies z kulawą nogą w rządzie się nie zajmuje.

       PRZECZYTAJ KURS O PODSTAWACH INWESTOWANIA! Zastanawiasz się jak zabrać się za systematyczne oszczędzanie? Masz już oszczędności i czujesz, że nie powinieneś ograniczać się do ich trzymania wyłącznie w banku? Masz obawy, że sprawy w kraju nie idą w dobrym kierunku i chcesz zabezpieczyć pieniądze przed ewentualnymi turbulencjami? Wejdź na stronę www.dywidendajakwbanku.pl, gdzie wspólnie z Albertem "Longterm" Rokickim opowiadam o tym jak zapewniam sobie niezależność od nacjonalizacji, inflacji i innych chorób charakterystycznych dla trzymania oszczędności wyłącznie w banku. Na czym polega posiadanie kawałka własności wielkiego, stabilnego koncernu i jak ten kawałek własności traktować jako równoważnik bankowego depozytu. Na stronie akcji "Dywidenda jak w banku" znajdziesz teksty poradnikowe o oszczędzaniu i inwestowaniu, zapis webinarów, czyli spotkań na żywo, które odbyliśmy z internautami, a także miniserial wideo. A na dokłądkę e-booka o budowaniu portfela spółek dywidendowych. Solidna porcja wiedzy podana w lekkostrawnej formule. Naprawdę warto!

      dywidendascreen  

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „Pierwszy striptiz maklerów, czyli ogłaszają kto zarobił na foreksie. Wyniki są... zaskakujące!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 03 października 2016 20:30

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


użytkowników on-line