Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

12. Awantury i afery

  • poniedziałek, 27 marca 2017
    • Wielki transfer klientów BPH do Aliora i... kłopoty. Wyższa kultura dla niektórych niedostępna

      Nie bez kłopotów zakończyło się weekendowe przenoszenie miliona klientów Banku BPH (w tym ponad 600.000 korzystających z bankowości internetowej lub mobilnej) do aliorowskich systemów informatycznych. Niektórzy klienci dawnego Banku BPH zasygnalizowali w poniedziałek, że nie mogą zalogować się do konta, innym nie zgadzały się salda lub zauważyli, że nie są zaksięgowane ich przelewy, zdarzają się też osoby sygnalizujące, że przestały działać ich karty płatnicze. Sparaliżowana została infolinia banku (klienci czekają na połączenie 10 minut, po czym są automatycznie rozłączani), zaś fala protestów wściekłych klientów zalała profil Alior Banku na Facebooku. Choć sam bank twierdzi, że problemy dotyczą pojedynczych klientów spośród miliona przenoszonych, to skala protestów - od rana otrzymałem już kilkanaście sygnałów, o kłopotach klientów donoszą też koledzy z Bankier.pl i Cashless.pl, zaś już "duże" kilkadziesiąt osób wylało swe żale na Facebooku - sugeruje, że problemy mogą mieć większy zasięg.

      To, że klienci Banku BPH będą musieli szybko pożegnać się z systemem bankowości internetowej Sez@m, dotychczasowymi numerami rachunków oraz z innymi "wynalazkami" rodem z BPH, było jasne już od kilku miesięcy. "Bank od półtusz" został wystawiony na sprzedaż już w 2014 r. i od tego czasu jego klienci czekali na "wyrok". W zeszłym roku Alior dogadał się z amerykańskim właścicielem BPH i odkupił od niego całą działalność detaliczną w Polsce. Pod "skrzydłami" BPH zostali tylko posiadacze kredytów hipotecznych (w przygniatającej większości frankowych), których Alior nie chciał przejmować. Ci kredytobiorcy szybko zresztą przekonali się, że odcięcie aliorowskiej pępowiny nie jest dobre, bo stracili dostęp do placówek, zaś na infolinię przez kilka pierwszych tygodni nie można było się dodzwonić. Ci którzy przeszli do Aliora początkowo nie odczuli żadnych zmian - zmieniły się jedynie adresy stron logowania oraz logotypy na stronach internetowych i na oddziałach banku.

      Alior obiecał, że szybko udostępni 600.000 byłych klientów BPH swoje "wodotryski", czyli bardziej funkcjonalny serwis, płatności BLIK i przez aplikację Android Pay, kantor walutowy z dobrymi kursami wymiany oraz karty płatnicze do kont oszczednościowych. Chodzi też oczywiście o to, by klienci jak najszybciej znaleźli się pod wpływem "wyższej kultury bankowości", ceniącej lojalność i intensywność współpracy i surowo karającej za brak aktywności (klienci przejętego wcześniej Meritum Banku zapewne wiedzą o co mi chodzi :-)). No i ten moment nadeszedł właśnie w miniony weekend. Alior już w piątek po południu zamknął fizyczne placówki i systemy transakcyjne, a do poniedziałku rano zamierzał przenieść wszystkie dane klientów, ich salda rachunków, historie transakcji oraz listy kontrahentów do swoich systemów.

      Klienci w poniedziałek rano mieli się obudzić już w nowoczesnym, pięknym, odpicowanym Aliorze - za pomocą specjalnej instrukcji zalogować się przez dotychczasowy login na wskazanej stronie i potwierdzić tożsamość hasłem SMS wysłanym na zdefiniowany w BPH numer telefonu. Niektórzy klienci obudzili się jednak z bólem głowy i w poczuciu, że system ich nie lubi:

      powitanie

      Po pierwszych, porannych sygnałach od danych klientów BPH zadzwoniłem do Alior Banku zapytać czy jest jakiś problem z przenosinami i ewentualnie kiedy zostanie rozwiązany, ale zapewniono mnie, że operacja przenoszenia klientów poszła prawidłowo i ewentualne kłopoty mogły dotyczyć tylko pojedycznych osób, być może nie stosujących się do instrukcji pierwszego logowania w aliorowskich systemach. Ale potem z godziny na godzinę było już tylko gorzej. "Incydentalne przypadki" zaczęły się mnożyć:

      "Nie mogę się zalogować na konto po przeniesieniu do Alior Banku, nie dostaję w ogóle SMS-a z hasłem startowym na zarejestrowany w BPH numer telefonu"

      - to najczęściej zgłaszany problem. Są też klienci, którzy po podaniu loginu i wpisaniu we właściwe okienko SMS-a autoryzacyjnego są "wyrzucani" z systemu (pokazuje się komunikat o błędnych danych logowania). Być może to przeciążenie systemu (wszyscy chcą się zalogować pierwszego dnia). Ktoś się zalogował i miał problem z przelewami ("chciałem wykonać przelew, ale system twierdzi, że nie mam pieniędzy") - tu jednak nie można wykluczyć, że bank nie zaksięgował jeszcze przelewów i transakcji z piątku, kiedy też był wyłączony. Proponuję po prostu poczekać. Niektórzy klienci są wściekli, bo ich zdaniem w Aliorze nie brali pod uwagę ryzyka żadnych problemów i nie zapewnili większej obsady infolinii:

      "Po dziesięciu minutach czekania na połączenie usłyszałem, że przełączą mnie do osoby odpowiedzialnej za działanie nowego systemu, a tam - po kolejnych kilkunastu minutach - powiedzieli, że jest jakiś błąd w systemie i że trzeba czekać"

      - zeznaje kolejny wściekły klient. W placówkach też chaos. Jeszcze inny z moich czytelników, nie mogąc połączyć się z infolinią, po prostu pobiegł do oddziału, ale tam nikt nie umiał mu pomóc, bo... nie mogli dodzwonić się do działu odpowiedzialnego za obsługę przeniesionych klientów.

      "Nie dość, że strona internetowa nie działa, to w placówkach doradcy są kompletnie zdezorientowani. Dostałam radę, że mam jeszcze kilka godzin poczekać albo zmienić hasło. Ale procedura zmiany hasła nie działa"

      Dużą część klientów najbardziej zbulwersował fakt, że bankowcy wmawiają im, że białe jest czarne. Już od rana na facebookowym profilu Aliora pojawiały się uspokajające komunikaty, z których wynikało, że wszystko jest w najlepszym porządku, a klienci powinni po prostu przeładować przeglądarkę, a wszystko zacznie prawidłowo działać.

      "Fuzja zakończyła się zgodnie z planem dziś rano. Z uwagi na bardzo duży ruch klientów na portalu banku, mogły występować chwilowe utrudnienia w funkcjonowaniu niektórych stron oraz wydłużony czas oczekiwania na połączenie z nasza infolinią. Bardzo przepraszamy za wszelkie utrudnienia. (...) Dostęp do portalu został przywrócony. Prosimy o ponowną próbę uruchomienia szukanej strony. Jeszcze raz przepraszamy za niedogodności"

      Niektórzy klienci postępowali zgodnie z tą instrukcją, ale nadal nic im nie działało. Dla Aliora problemy z migracją klientów - gdyby były masowe - mogłyby mieć konsekwencje finansowe, bo pierwsze wrażenie z kontaktu z "wyższą kulturą bankowości" mogą zdecydować o lojalności posiadaczy kont w BPH. Wiem, że pracownicy Aliora starają się zminimalizować straty wizerunkowe i odpowiadają na każdy post wkurzonych klientów na Facebooku (to cenne!), choć odpowiedzi te są bardzo ogólne ("prosimy o szczegóły na priva"), albo prowadzące klientów do szewskiej pasji:

      "Państwo piszecie, że portal działa, a nic nie działa... Pół godziny temu chciałem załatwić sprawy związane z kontem w szczecińskim oddziale BPH, ale odprawiono mnie z kwitkiem. W placówce dobrze to nie wyglądało, bo nie byłem jedynym klientem, który nie został obłużony. Szkoda tylko waszych "frontowych" pracowników, bo na nich spada cała frustracja klientów. Najwyraźniej wczoraj Wasi informatycy zamiast skończyć fuzję, oglądali mecz..."

      Na szczęście mam też pozytywne sygnały. Jeden z moich czytelników - któremu nie udało się zalogować do systemu - poszedł do placówki w Warszawie i udało mu się odblokować konto. Trafił na kompetentną konsultantkę, która potrafiła zresetować dane do logowania i wprowadzić nowe. Bank powinien pomyśleć o rekompensacie dla tych klientów, dla których pierwsze zetknięcie z "wyższą kulturą bankowości" wiązało się z traumatycznymi doznaniami. Choć może gdy zobaczą, że w Aliorze będą mieli sporo nowoczesnych produktów, których nie było w BPH - trauma minie. Oby sprawa szybko się wyjaśniła, bo przecież podobna operacja przeprowadzana w zeszłym roku - przenosiny klientów BGŻ do systemów transakcyjnych BNP Paribas - zakończyła się problemami, z którymi bank walczył przez dobrych kilka dni. Klientom rekomenduję poczekać do wtorku, bo część problemów mogła wynikać z ekstremalnie dużego obciążenia systemów informatycznych Aliora po fuzji.

      W nocy z poniedziałku na wtorek otrzymałem oświadczenie Alior Banku, w którym jego służby informatyczne przekonują, iż problemy z migracją dotyczyły tylko kilkuset osób oraz nie stwierdzono żadnych kłopotów z działaniem kart oraz saldami na kontach (tzn. nie zarejestrowano żadnych reklamacji w tych sprawach). Nie mogę jednak wykluczyć, że reklamacji nie zarejestrowano ze względu na brak takiej możliwości (duże obłożenie infolinii). Otrzymałem sygnały od kilkorga klientów post-BPH, którzy mieli kłopoty z używaniem swoich kart płatniczych, ale reklamacji na razie nie składają. 

      "Sytuacja każdego klienta jest dla nas bardzo ważna i skrupulatnie ją analizujemy po otrzymaniu każdego zgłoszenia. Główną przyczyną zgłaszanych utrudnień jest ogromna liczba klientów jednocześnie logujących się do bankowości elektronicznej i dzwoniących na infolinię, a nie poprawność migracji czy działania systemów banku. Systemy bankowości internetowej i mobilnej zostały uruchomione w poniedziałek o godz. 6.00. Wszystkie środki finansowe i dane klientów są w pełni bezpieczne. W ramach fuzji zostało zmigrowanych 640.000 klientów z wydzielonej części Banku BPH. W poniedziałek do systemów z powodzeniem zalogowało się 120.000 klientów, czyli ponad 99,6% wszystkich, którzy podjęli taką próbę. Jedynie 486 klientów ma zablokowany dostęp do konta ze względu na błędne, niezgodne z procedurą (kilkakrotne) logowania. Procedura logowania dla niektórych klientów mogła rzeczywiście okazać się dość skomplikowana.

      Help desk banku odpowiedział na ponad 3.000 zapytań i ponad 700 zapytań za pomocą poczty elektronicznej. Infolinia banku obsłużyła aż 22.000 zapytań. Zarejestrowaliśmy pięciokrotnie więcej połączeń od klientów wydzielonej części Banku BPH, niż normalnie. Obsadę infolinii zwiększyliśmy o 300%. Nie odnotowaliśmy żadnych reklamacji dotyczących zaniżonych sald na kontach klientów. Wszystkie przelewy zostały zaksięgowane zgodnie z dyspozycjami klientów oraz zgodnie z danymi posiadanymi przez krajowy system rozliczeniowy. Dlatego zwracamy się z prośbą, aby klienci, którzy zgłosili się do Pana podając nieprawidłowości w powyższym zakresie skontaktowali się z Alior Bankiem. Transakcje kartowe działały poprawnie. Na infolinię zostały zgłoszone dwie odrzucone transakcje, wykonane zbliżeniowo. Bardzo przepraszamy wszystkich klientów, których dotknęły jakiekolwiek niedogodności związane z fuzją. Cały zespół Alior Banku dokłada wszelkich starań, aby na bieżąco likwidować niedogodności naszych klientów wynikające z połączenia".

      Z oświadczenia banku wynika, że kłopoty z logowaniem dotyczyły kilkuset osób i że mogły wynikać z faktu, iż postąpili niezgodnie z procedurami (bank przyznaje, że nie były one najbardziej czytelne). Wydaje mi się, że jednak podczas migracji zostały popełnione błędy po stronie banku. Świadczą o tym "zeznania" klientów banku, którzy odwiedzili placówki banku i otrzymali dostęp do konta np. po ponownym wpisaniu tego samego numeru telefonu do kontaktu, który już kiedyś definiowali. Sądzę, że bank nie był w stanie - być może ze względu na bałagan "własny" lub odziedziczony po systemach BPH - prawidłowo skojarzyć klientów z ich danymi kontaktowymi (numery identyfikacyjne klientów i ich numery telefonu). Mam nadzieję, że rzeczywiście mówimy o setkach, a nie tysiącach osób. Niepokoją problemy niektórych klientów z kartami płatniczymi, ale liczę na to, że i ten problem zostanie szybko rozplątany i wszyscy klienci post-BPH będą się mogli cieszyć "wyższą kulturą bankowości". Kantor internetowy online, BLIK, Android Pay to "zabawki", które rzeczywiście mogą się "migrantom" spodobać, bo w niedoinwestowanym BPH ich nie było. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (14) Pokaż komentarze do wpisu „Wielki transfer klientów BPH do Aliora i... kłopoty. Wyższa kultura dla niektórych niedostępna”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 27 marca 2017 18:49
  • czwartek, 02 lutego 2017
    • Budowali piramidę z polis, a potem club dla biznesu. Ich los wypełnił się jak... ich matryca ;-)

      Pamiętacie jak kilka lat temu recenzowałem matrycę konsumencką Paytrade i podejrzewałem, że to może być piramida finansowa? Granica między zwykłym pomysłem na sprzedaż bezpośrednią (czyli sytuacją, w której zadowolony konsument poleca dany produkt innemu, a nawet staje się jego sprzedawcą), a piramidą finansową (gdzie zarobek jest niemożliwy bez napływu nowych uczestników, bo wynika głównie z wpłacanych przez nich składek) jest cienka. W przypadku Paytrade przedmiotem handlu były polisy inwestycyjne. Kupowało się polisę i namawiało do tego samego znajomych, a znajomi - swoich znajomych i tak dalej. Im większej liczbie osób polecę polisy oraz im aktywniej te osoby będą polecały je swoim znajomym, tym więcej pieniędzy zarobię. To jeszcze nic złego.

      Ale w Paytrade była też obietnica:"Prędzej czy później matryca konsumencka się wypełni i będziesz zarabiał nawet kilkadziesiąt procent na miesiąc!". A więc poza kupowaniem samych polis musiał "odchodzić" handel prowizjami na dużą skalę. Polisa była najpewniej tylko czymś, co miało "udawać", że jest przedmiotem obrotu, a tak naprawdę były nimi premie od nowo-pozyskanych uczestników. Dziś tak naprawdę nie ma już potrzeby, by szukać jakichś produktów, które będą "udawały", że jesteśmy w normalnym biznesie. Coraz częściej piramidki tworzą się z wykorzystaniem niematerialnych usług. Np. kupujesz pakiet reklam w internecie: niby coś-tam komuś wyświetlasz, ale tak naprawdę najbardziej kusi cię obietnica, że z powrotem dostaniesz więcej pieniędzy, niż włożyłeś. To "więcej" oczywiście wynika z napływu nowych chętnych, którzy też wykupują "składki" po to, żeby wyjąć więcej, niż włożyli.

      Czytaj też: Cudotwórcy w tarapatach, czyli Dymitr i James proszą o pomoc. Pomożecie?

      Paytrade zakończył żywot, gdy matryca się wypaliła zamiast się wypełnić ;-), ale w zeszłym roku karierę w Polsce robiła jej bliźniacza spółka Paytrade International Club. Nobliwa, acz podobna do poprzedników nazwa budziła jednoznaczne skojarzenia i pewnie dlatego wysłannicy "internationalu" próbowali mnie skłonić do wykasowania z internetu wcześniejszych tekstów o Paytrade argumentując, że są "nieaktualne" i "wprowadzają w błąd". Nowy Paytrade nie zajmował się już bowiem sprzedażą polis, ale... usług dla przedsiębiorców. Płaciło się "wpisowe" i otrzymywało się dostęp do najróżniejszych niepotrzebnych nikomu bonusów. Oczywiście była też druga "nóżka", czyli premie za przyciągnięcie nowych klubowiczów. Sprawa się rypła dość szybko, bo jesienią zeszłego roku Paytrade International Club stał się przedmiotem zainteresowania prokuratury, gdyż zaczęli się zgłaszać ludzie, którzy nie zarobili obiecywanej fortuny mimo skutecznej "pracy" nad pozyskiwaniem kolejnych jele... tfu, członków. A jeśli jakimś klubem dla jele... tfu, biznesmenów zajmuje się prokurator to przyszłość nie bywa różowa. Wszedłem ostatnio na stronę Paytrade: wieżowce piękne, jak zwykle, ale jakby pusto.

      paytradebaner

      Strona wciąż w przebudowie, miała wystartować na początku stycznia, a tu... nicość. Napisałem mejla z rozpaczliwym pytaniem "kiedy restart?", ale nie dostałem odpowiedzi. Ale przynajmniej mejla nie odbiło, więc serwer wciąż opłacony ;-)). Kto włożył do klubu pieniądze, żeby wyjąć wielokrotnie więcej, może szukać swojej kasy w USA. "Dziennik Gazeta Prawna" pisał jesienią, że klub jest internacjonalny w pełnym tego słowa znaczeniu, bo siedzibę ma w przyczepie kempingowej zaparkowanej w jednym z amerykańskich stanów. Międzynarodowość posunięta do granic możliwości. Znacznie dalej, niż w czasach gdy budowało się matrycę konsumencką w detalu ;-). No, ale prawdziwy biznes nie zna granic. Albo inaczej: umie przekraczać każde granice. Nie mam wątpliwości, że to tylko przejściowy kryzys Paytrade i wkrótce firma znów zacznie "nadawać". A jak nie ta, to inne. Chętnych do osiągania dochodu pasywnego. Nie ma znaczenia co się kupuje lub sprzedaje. Najważniejsze jest to, że się zarabia za nic-nie-robienie. A to się zawsze dobrze sprzedawało ;-).

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Budowali piramidę z polis, a potem club dla biznesu. Ich los wypełnił się jak... ich matryca ;-)”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 02 lutego 2017 20:38
  • poniedziałek, 21 listopada 2016
    • Sąd unieważnił kredyt frankowy. A uzasadnienie to hit: "Nawet bank nie znał treści tej umowy"

      Znów gorąco zrobiło się w sprawach frankowych. W poniedziałek rano poznańska kancelaria prawnicza Konieczny, Grzybowski, Polak poinformowała, że udało jej się unieważnić w sądzie umowę kredytową jednego ze swoich klientów. O tym, że frankowiczom coraz częściej udaje się wygrywać w sądach spory z bankami - już wiemy. Zwrot spreadów, orzeczenie abuzywności niektórych zapisów umowy, odwalutowanie kredytów... Tak, to już nie jest niewyobrażalne. Choć od razu trzeba też powiedzieć, że wciąż są - i to nierzadko - wyroki korzystne dla banków. Unieważnienie kredytu w całości to rzecz, która zdarza się wciąż baaaardzo rzadko. Jakiś czas temu taka sztuka udała się mec. Barbarze Garlacz. W sprawie jej klienta sąd doszedł do wniosku, że po wyrzuceniu z umowy abuzywnej klauzuli (dotyczącej sposobu ustalania kursów spłaty rat) nie da się ustalić ile wynoszą zobowiązania klienta, a w umowie wciąż pozostaje zapis o tym, że kredyt jest indeksowany do obcej waluty. Zobaczymy czy wyrok ostanie się w drugiej instancji.

      Sprawa wygrana przez poznańskich prawników dotyczy kredytu zaliczanego do tzw. starego portfela mBanku. A więc przedmiotem sporu nie była klauzula indeksacyjna, w której banki zapisują zasady przeliczania kursów walut, lecz klauzula zmiennego oprocentowania. Duża część klientów posiadających takie kredyty  twierdzi, że jest ona nieprecyzyjna, bo dopuszcza zmianę stopy procentowej w zależności od bliżej nie określonych "parametrów finansowych rynku pieniężnego i kapitałowego", nie odnosząc się do żadnego "twardego" wskaźnika, jak np. LIBOR. Ten zapis w umowach klientów mBanku został już przed laty zakwestionowany przez Sąd Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Zdarza się, że klienci mBanku takie sprawy w sądach wygrywają, choć do tej pory ich typową "zdobyczą" bywało anulowanie części zapłaconych rat, która wynikała z podnoszonej nielegalnie stopy oprocentowania kredytu. A najliczniejsza sprawa dotycząca tzw. starego portfela mBanku - pozew grupowy 1247 klientów - wciąż jest w lesie (kredytobiorcy wygrali spór w dwóch instancjach, ale Sąd Najwyższy uwzględnił kasację banku i zwrócił sprawę do ponownego rozpatrzenia).

      Tu mamy zaś prawdziwą bombę atomową. Nie dość, że sąd uznał, iż bank źle sformułował niektóre zapisy umowy kredytowej, to jeszcze doszedł do wniosku, że ta umowa w ogóle nie spełnia wymogów Prawa bankowego. I ją... unieważnił! Jeśli ten wynik utrzyma się w drugiej instancji i nie zostanie podważony przez Sąd Najwyższy w ramach kasacji, to klient będzie musiał oddać bankowi pierwotną kwotę kredytu w złotych (przed przeliczeniem na franki), zaś bank będzie musiał zwrócić wpłacone przez klienta raty. Z punktu widzenia frankowicza - o ile ma skąd wziąć pieniądze na spłacenie banku - takie rozwiązanie może być zrządzeniem losu, bo de facto anuluje nie tylko wzrost oprocentowania kredytu, ale też wszystkie różnice kursowe od momentu wypłaty kredytu. A jakby jeszcze tego było mało - rewolucyjny jest nie tylko wyrok, lecz przede wszystkim jego uzasadnienie.

      Sędzia już na samym jego początku przypomniał, że każda umowa kredytowa wymaga określenia wysokości oprocentowania kredytu i warunków jego zmiany. A w umowie, którą przedstawiono mu do oceny, nie ma nic konkretnego o warunkach zmiany oprocentowania. Sędzia doszedł do wniosku, że nawet bank nie znał treści umowy, bo warunki zmiany oprocentowania stanowiły wynik comiesięcznych spotkań analityków banku.

      koniecznywyrok1

      Sąd doszedł do wniosku, że unieważnienie tylko jednego zapisu umowy - dotyczącego warunków zmian w oprocentowaniu kredytu - nic nie daje. Strony w umowie postanowiły przecież, że kredyt ma być zmiennoprocentowy. A skoro w umowie kredytu zmiennoprocentowego nie zostały określone warunki zmiany oprocentowania, to umowa ma tak głęboki defekt, iż... nadaje się do unieważnienia w całości.

      koniecznywyrok2

      Bank bronił się, że oprocentowanie było ustalane w oparciu o sprawdzalne parametry i było zmieniane tylko z ważnej przyczyny. I że sąd - gdyby się postarał - mógłby te zmiany prześledzić wraz z ich uzasadnieniem. Sąd jednak nie chciał zgodzić się z tym punktem widzenia, gdyż jego zdaniem taki sposób ustalania zmian w oprocentowaniu kredytu - gdy ewentualność zmiany i jej wielkość jest przesądzana dopiero w momencie podejmowania decyzji, opartej w dodatku na nieklarownych przesłankach - nie mieści się w definicji kredytu ustalonej przez Prawo bankowe (a konkretnie w art. 69.).

      koniecznywyrok3

      Sąd zgryźliwie zauważył, że umowa nie zawierała przecież zapisu "oprocentowanie zmieni się o tyle, o ile wskaże bank na podstawie ocen swoich ekspertów". Dodał też, że prawnicy banku - choć słali sądowi bardzo solidne elaboraty, ani razu nie wyjaśnili co dokładnie oznaczają słynne "parametry rynku". A skoro nie wie tego nawet sam bank - strona umowy - to klient tym bardziej.

      konieczny4

      Doniosłość wyroku, który dziś mamy "na stole" polega na tym, że nie skończyło się na orzeczenia abuzywności (czyli niezgodności z prawem konsumenckim) fragmentu umowy, lecz na nieważności (czyli niezgodności z prawem bankowym) fragmentu umowy z rozciągnięciem skutków tej nieważności na całą umowę. Bo nieważność - o tym trzeba pamiętać, żeby zrozumieć wyrok - to większy "grzech", niż abuzywność. Jeśli jakiś zapis w umowie zostanie uznany za abuzywny, to nie obowiązuje, ale cała umowa jest nadal ważna. Natomiast nieważność jakiejś części umowy ma już konsekwencje znacznie głębsze - z możliwością unieważnienia całej umowy. I to właśnie się wydarzyło w tym przypadku. Sygnatura wyroku: XVIII C 4360/15

      Czytaj też: Oto niezawodny patent na unieważnienie kredytu frankowego. Nie dla każdego

      Czytaj też: Rzecznik Finansowy miażdży banki za franki. Czy to są w ogóle kredyty?

      Ale żeby nie było tak różowo: choć dla posiadaczy kredytów tzw. starego portfela w mBanku wyrok jest absolutnym hitem, to dla pozostałych frankowiczów - w szczególności tych, którzy walczą z klauzulą spreadową, a nie dotyczącą zmian oprocentowania - może mieć smak słodko-gorzki. Choć bowiem tok myślenia sądu jest prokonsumencki, to sąd rozprawił się też bardzo surowo z tezą, że w Polsce kredyty denominowane w walucie obcej oraz indeksowane do niej są nielegalne, bowiem w prawie bankowym w ogóle nie było takiej definicji. To jeden z argumentów wysuwanych przez prawników na rzecz unieważnienia kredytów frankowych jako "niekredytów". Tę argumentację wspiera zresztą Rzecznik Finansowy. A co sąd na to?

      kkkkk05

      To może być może nie kubeł, ale na pewno wazon zimnej wody na głowy najbardziej zagorzałych wrogów kredytów frankowych, którzy nazywają je "nibykredytami", albo "pseudokredytami". Wracając do naszego wyroku w sprawie kredytu z tzw. starego portfela: gra nie jest jeszcze skończona, bo bank zapewne odwoła się od wyroku. Co ciekawe niedawno opisywałem w blogu wyrok, który oparty był na identycznym sposobie myślenia sędziego, ale doprowadził go do dużo łagodniejszych wniosków. Sąd również stwierdził, że klauzula zmiany oprocentowania jest niezgodna z Prawem bankowym, ale... zasądził na rzecz kredytobiorców zwrotu nadpłat, jakich dokonali w całym okresie spłaty kredytu, a wynikających z naliczania przez bank innego oprocentowania, niż startowe. W tamtym przypadku sąd uznał, że nawet jeśli unieważni się fragment umowy dotyczący sposobu zmian oprocentowania, to niekoniecznie musi to oznaczać od razu wyrzucenie umowy do kosza w całości. Wyrok, który dziś mamy na stole jest dużo bardziej bezwzględny: skoro w kredycie zmiennoprocentowym wypada sposób określania zmienności, to nie ma kredytu.

      OBEJRZYJ KOLEJNY ODCINEK "KASOWNIKA SAMCIKA"! W dzisiejszym wydaniu mojego cotygodniowego wideocyklu głównym tematem jest pytanie czy przypadkiem nie przepłacasz za konto i kartę? Sprawdź ile płacą inni i czy nie jesteś przez swój bank robiony w trąbę. Drugi temat to bonusy wypłacane nam przez banki za lojalność.

      Obejrzyj też odcinek poświęcony kredytom hipotecznym. Na co zwracać uwagę przeglądając oferty banków, a co jest tylko "zasłoną dymną"? Jak banki mierzą nam zdolność kredytową? Czy można ją sobie legalnymi sposobami poprawić? Zapraszam!

      W "Kasowniku" radziłem też jak wybrać dla siebie prywatnego lekarza. Co wybrać: abonament medyczny czy ubezpieczenie zdrowotne? I od czego najbardziej warto się ubezpieczyć?

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (32) Pokaż komentarze do wpisu „Sąd unieważnił kredyt frankowy. A uzasadnienie to hit: "Nawet bank nie znał treści tej umowy"”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 21 listopada 2016 19:27
  • wtorek, 15 listopada 2016
    • Błędne salda, nie działające karty... Gdy bank nie nadąża za zmieniającym się światem

      Podróże na inne planety nie zawsze kończą się sukcesem. A ta, którą wykonał właśnie milion klientów banku BGŻ BNP Paribas zakończyła się wręcz spektakularną katastrofą. Przynajmniej dla niektórych z nich. Od kilkunastu godzin piszą do mnie z pretensjami klienci francuskiego banku, którzy byli w czasie długiego weekendu przenoszeni z systemu eBGŻ do działającego we "francuskiej" części banku systemu Pl@net. Operacja była starannie zaplanowana, klienci poinformowani o szykujących się zmianach, a bank zamknięty na ponad trzy dni. Trudno było przypuszczać, że coś może pójść nie tak. Zwłaszcza, że to już chyba ostatni akord, wielki finał przejęcia BGŻ przez potężny BNP Paribas. Tymczasem wyszedł klops. Niektórzy klienci - sądząc po liczbie sygnałów, które odebrałem, nie są to niestety sygnały jednostkowe, choć nie mam żadnych dowodów, że dramat dotknął tysiące lub setki tysięcy - mają kłopoty z płaceniem w sklepach. Ich salda nie zgadzają się z rzeczywistym, a w systemie pojawiają się debety, których wcześniej nie było.

      "W poniedziałek, najpierw na zakupach, a potem w bankomacie karta płatnicza banku odrzuciła mi transakcję. Po zalogowaniu się na stronę banku okazało się, że z konta zniknęły prawie wszystkie pieniądze. To znaczy nie do końca zniknęły, a zostały zablokowane. Problem w tym, że bank po raz drugi zaksięgował transakcje wykonane przeze mnie w piątek przed zmianami w systemach. Czyli płacąc za paliwo w czwartek 100 zł, takąż kwotę miałem ściagniętą z konta, ale dodatkowo drugie 100 zł w poniedziałek zostało zablokowane"

      - pisze jeden z klientów. Takich opowieści mam więcej, nie będę Was zanudzał, bo są bardzo podobne. Kogoś "przyszpiliło" brakiem pieniędzy na dworcu, kogoś innego na lotnisku, jeszcze kogoś w sklepie, czy przy płaceniu za bilety do teatru. Są i przypadki, w których klienci nie mogą się zalogować na konto w nowym systemie, ale tu nie do końca jestem pewny czy jest to wina błędu banku przy "przenosinach", czy klienta, który nie zastosował się do instrukcji (choć przy pierwszym logowaniu podaje się "stare" parametry, więc trudno byłoby się pomylić). Ale nawet gdyby z powodu fuzji było coś nie tak z logowaniem, to jest to pikuś w porównaniu z sytuacją, w której klient budzi się z innym saldem, niż to, które było, kiedy szedł spać. Odkąd bankowość przestała polegać na przechowywaniu gotówki i sztabek złota, a pieniądze na koncie stały się zapisami elektronicznymi, a po świecie grasują tabuny złodziei internetowych, takich "objawów" nikt już nie lekceważy.

      "Pan z infolinii kazał się uzbroić w cierpliwość, ale ponieważ nagle zostaliśmy odcięci od środków finansowych, trudno mówić tutaj o cierpliwości. Zastanawiam się, czy w takiej sytuacji jednak nie powiadomić organów ścigania, bo w ocenie mojej i żony - mamy wspólne konto - bank przywłaszczył sobie nasze pieniądze. Sprawie fuzji i niedogodnościom, na jakie zostali narażeni klienci, powinien przyjrzeć się ktoś z KNF i UOKIK"

      - żołądkuje się inny klient. Błędy się zdarzają, ale to jest - jeśli mam być szczery - najgorsza odmiana błędu, jaka mogła się zdarzyć. Nie dość, że klienci są przenoszeni do innej aplikacji (co już samo w sobie budzi pewien sprzeciw, bo za nowościami nie przepadamy, nawet jeśli są lepsze ;-)), to jeszcze spotkali się z sytuacją, w której bank nie potrafi prawidłowo policzyć ich pieniędzy, a co gorsza - efektem jest odcięcie od możliwości płacenia. Takie sytuacje ruinują zaufanie do instytucji finansowej, bo prawidłowe liczenie pieniędzy i zapewnianie dostępu do nich to jest podstawowa funkcja każdego banku. Pozostałe są tylko dodatkiem. Wydaje mi się, że połączenie tych dwóch rzeczy może spowodować spore konsekwencje dla banku w postaci odpływu klientów, bądź ich "umierania" (czyli przenoszenia większości aktywów i aktywności do innych banków). We wtorek po południu bank zapewnił, że błędy - podobno nieliczne - zostały już naprawione, choć "nie może wykluczyć", że "mogą się pojawiać" jakieś "niezgodności w danych" widocznych dla klienta.

      "W Banku BGŻ BNP Paribas w miniony weekend została przeprowadzona migracja danych i ujednolicenie systemów bankowości elektronicznej. To bardzo złożona operacja. Z tego względu nie możemy wykluczyć, że mogą pojawiać się w jednostkowych sytuacjach niezgodności w danych widocznych dla klienta. Wszystkie tego typu sytuacje wyjaśniane są indywidualnie i priorytetowo. Salda na rachunkach klientów Banku są aktualne. Klienci widza prawidłowe, zgodne ze stanem faktycznym, informacje"

      bank_qui_changeCo powinien zrobić BNP Paribas, poza "pozamiataniem" problemu? Widzę oczami wyobraźni wypłacenie klientom rekompensat bądź przyznanie bezpłatnego kredytu odnawialnego na pewien czas. Szczęście w nieszczęściu jest takie, że zbliżają się święta Bożego Narodzenia i poszkodowani klienci może daliby się ugłaskać "darmową gotówką", bezwarunkowo darmowym rachunkiem na dłuższy czas bądź specjalnymi rabatami "przepraszalnymi". Kiedy jakiś czas temu internetowy sklep Frisco nie wywiązał się z terminu dostarczenia moich zakupów (kompletnie zawalił im się system informatyczny, przez co cierpiałem głód i chłód ;-)), to nie dość, że bardzo ładnie i w bezpośrednich słowach przeprosił, to jeszcze przyznał wysoki talon na darmowe najbliższe zakupy i bardzo grzecznie prosił, żebym się nie obrażał już na zawsze (a przecież mógłbym, bo sklep internetowy który nie trzyma się terminów jest prawie jak bank, któremu chrzanią się salda). "Bank zmieniającego się świata" (takiego sloganu używa BNP Paribas na całym świecie), który nie nadąża za zmieniającym się światem to... dość przykry widok. Na szczęście w przepraszaniu ma już doświadczenie. Pamiętacie "aferę tabletową"? To może teraz znowu taka akcja - po tableciku dla każdego? 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „Błędne salda, nie działające karty... Gdy bank nie nadąża za zmieniającym się światem”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 15 listopada 2016 15:22
  • niedziela, 23 października 2016
    • Parszywa dwudziestka, czyli o wyroku, który może kosztować nawet... pół miliarda złotych

      Miniony tydzień przyniósł ważne zwycięstwo tzw. "Nabitym w mBank", czyli kilkutysięcznej grupie posiadaczy frankowych kredytów hipotecznych, którzy jako pierwsi - już sześć lat temu - się zbuntowali i zaczęli dymić. To wyjątkowo pechowa grupa, bowiem została najbardziej dotknięta niewydajnością ustawy o pozwach grupowych (walczą już od 2010 r. i końca nie widać!), najbardziej odczuła wzrost kursu franka (bo nie dotyczyły ich korzyści wynikające z ujemnego LIBOR-u) oraz najbardziej dostało się jej w wyniku niekorzystnego orzecznictwa Sądu Najwyższego w sprawie klauzul abuzywnych. Teraz zła karta zaczyna się odwracać: najpierw wsparcia "Nabitym" udzielił Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów (to może pomóc im w trwającym wciąż procesie grupowym), a teraz zapadł dość spektakularny wyrok "hurtowy", dotyczący 20 klientów.

      "Bank stosował niedozwolone postanowienie pozwalające (z uwagi na jego nieprecyzyjność i niejasność) ustalać wysokość oprocentowania kredytu w sposób dowolny, zależny od decyzji zarządu banku. (...) Bank w przypadku tych kredytów zmieniał reguły w czasie gry. Gdy zawierał umowy obiecywał konsumentom, że oprocentowanie ich kredytów będzie się kształtować wprost proporcjonalnie do zmian parametru LIBOR 3M i tak też było do połowy 2008 r. Później praktyka banku uległa zmianie. Bank zaprzestał powoływać i stosować się do zmian tej stawki, a w zamian zaczął pobierać od konsumentów zawyżone raty w oparciu o swoje własne wyliczenia i tylko sobie znane parametry"

      - opisują sytuację prawnicy z kancelarii "Konieczny Polak i Partnerzy", którzy prawomocnie wygrali proces. Co prawda już wcześniej zdarzały się pojedyncze, korzystne dla "Nabitych" wyroki, ale ten może zwiastować finał sporu tysięcy kredytobiorców z bankiem i zagwarantowanie im na kolejne kilkanaście lat "startowego" oprocentowania. Bo w wojnie "Nabitych w mBank" - to disclaimer dla tych, którzy sprawy nie znają - nie chodzi o odwalutowanie kredytów, ani o unieważnienie umów (czyli o to, czego domagają się wszyscy inni dymiący frankowicze), lecz "tylko" o anulowanie wzrostów oprocentowania, które było naliczane "decyzją zarządu", a więc w oderwaniu od obiektywnych parametrów. Podczas gdy wszyscy inni frankowicze korzystali ze spadków oprocentowania wynikających z coraz niższego (a ostatnio wręcz ujemnego) LIBOR-u, to "Nabitym" mBank utrzymywał (utrzymuje?) oprocentowanie znacznie wyższe, niż pozostałym klientom. I twierdzi, że tak jest sprawiedliwiej, bo LIBOR nie odzwierciedla zmian ceny pieniądza na rynku międzybankowym.

      Dlaczego ten wyrok może być przełomem w sporze "Nabitych" z bankiem? Nawet nie ze względu na "hurtowe" rozstrzygnięcie, czyli połączenie przez sąd 20 podobnych pozwów i ich łączne rozpatrzenie. Główny dewelopment polega na tym, że sąd - zgodnie z wytycznymi Sądu Najwyższego w "sąsiednim" procesie grupowym 1247 osób - powołał biegłego, który miał przyjrzeć się klauzuli mówiącej o możliwościach zmian oprocentowania i powiedzieć na ile jej formuła była "sprawiedliwa". A więc: czy jest jakaś część wzrostu oprocentowania (lub braku jego spadku), którą można uznać za obiektywnie usprawiedliwioną. Biegły zaczął liczyć i...

      "Biegły w swojej opinii potwierdził, że parametrów, do których odwołuje się ogólnie klauzula zmiennego oprocentowania, nie sposób obiektywnie zweryfikować ani też nie da się z nich wyprowadzić żadnej formuły matematycznej. Skoro biegły z dziedziny ekonomii nie był w stanie tego ocenić, to tym bardziej nie było to możliwym dla przeciętnego konsumenta. W konsekwencji, jak uznał Sąd, kredytobiorcy słusznie domagają się obecnie zwrotu nadpłaconych rat odsetkowych"

      - piszą prawnicy reprezentujący klientów. Wyrok jest więc taki, że mimo zastosowania niekorzystnej dla klientów interpretacji abuzywności - czyli zgody sądu na rozstrząsanie czy abuzywność może być "stopniowalna", choć większość sądów uznaje, że jak coś jest abuzywne to nie trzeba powoływać żadnych biegłych, żeby szukać "poziomu sprawiedliwego abuzywności" - sąd stanął po stronie klientów. Czyli uznał, że nie da się z tej abuzywnej klauzuli nic "wycisnąć" (w sensie kompromisowego sposobu na ustalanie oprocentowania). Wygląda więc na to, że nawet postępując najbardziej "ostrożnie" jak się da i uwzględniając wszelkie okoliczności łagodzące konsekwencje istnienia klauzul abuzywnych w umowach, sąd podzielił roszczenia 20 klientów mBanku. Wartość nadpłat została określona na pół miliona złotych:

      "Sprawa dotyczyła nadpłaconych rat spłaty kredytu z okresu od 2006 do 2011 r. Wyrok jest już prawomocny i nie przysługuje od niego skarga kasacyjna do Sądu Najwyższego. Bank musi się teraz spodziewać wezwań do zapłaty, a w razie dalszego oporu, także pozwów za kolejne lata"

      - piszą prawnicy. To oznacza, że za pięcioletni okres kredytu każdy z kredytobiorców otrzyma zwrot nadpłat w wysokości 25.000 zł, co w skali roku można przeliczyć na 5000 zł na osobę. Gdyby potraktować ten koszt jako preludium do całościowej akcji zwrotów pieniędzy dla wszystkich "Nabitych" kredytobiorców tzw. starego portfela, to łącznie bank musiałby wydać może nawet pół miliarda złotych. Jak to policzyłem? O tym dalej. Taka skala potencjalnego wydatku zapewne przesądza o tym, że bank odda to, co musi oddać tym 20 kredytobiorcom za pięcioletni okres kredytu - czyli pół miliona złotych - a o resztę kwot każe im się sądzić, nie reagując na żadne wezwania do zapłaty. Tu chodzi o zbyt duże pieniądze, żeby je oddać po dobroci. Zwłaszcza, że gdy sprawa się rozniesie, to zgłoszą się wszyscy pozostali "Nabici", którzy do tej pory się nie "dekonspirowali".

      "Niekorzystny wyrok w tym prociesie nie przesądza w sposób definitywny o racjach kredytobiorców i banku w szerszym spektrum.  Zwracamy uwagę na fakt, że w innych postępowaniach, co do tych samych lub bardzo podobnie sformułowanych roszczeń, stanowisko sądów było odmienne, zaś sprawy kończyły się wygraną banku. Takie decyzje podjął m.in. ten sam Sąd Okręgowy w Łodzi (sprawy: IIICa1706/15, IIICa967/15,IIICa 1046/15), oddalając analogiczne powództwa kredytobiorców. Wiele zatem zależy od okoliczności konkretnej sprawy. Z korzystnego dla kredytobiorców wyroku nie można wyciągnąć wniosku, że stanowisko kredytobiorców tzw. „starego portfela” w sporze z mBankiem jest z założenia zasadne"

      - pisze bank w oświadczeniu. Przesadzam z tym pół miliardem? No to policzmy. Bank nie podaje ilu ma kredytobiorców tzw. starego portfela, więc będą to z konieczności wyliczenia z d...użego palca wzięte ;-)). Przy założeniu, że "Nabitych" jest dziś 8.000 (to bardzo zgrubne szacunki - kiedyś było ich 20.000, ale część się dogadała z bankiem, a część już spłaciła kredyty) i przy założeniu, że roczna nadpłata przypadająca na każdego z klientów wynosi tylko 3.500 zł (czyli mniej, niż w sprawie "dwudziestki"), to na każdy dwudziestoletni kredyt przypadałoby 70.000 zł zwrotu.

      Dużo? Zerknąłem w pierwszy z brzegu kalkulator internetowy - to mniej więcej tyle, ile łączna różnica między odsetkami 300-tysięcznego kredytu oprocentowanego na 3% i na 1%. Rachunek trzyma się więc sensu, choć pewnie średnia wartość kredytu hipotecznego w starym portfelu wynosi mniej (statystyki dla całej branży mówią o 150.000 zł, ale w przypadku franków pewnie można mówić o 200.000 zł). Może więc, gdyby bank chciał dobrowolnie zadośćuczynić wszystkim "Nabitym", koszt wyniósłby nie pół miliarda tylko np. 350 mln zł. A gdyby rozbić rzecz na raty i dziś zwrócić tylko to, co "nabiło się" przez dotychczasowe 10 lat? I tak wyjdzie najmarniej 150-200 mln zł.

      CO PONIEDZIAŁEK MÓJ NOWY PROGRAM WIDEO! Zapraszam do oglądania nowego tygodnika wideo o wdzięcznej nazwie "Kasownik Samcika". Będzie o sprytnych sposobach na oszczędzanie, o studiowaniu, pracowaniu, zaciąganiu kredytu hipotecznego, o zakupach, kontach bankowych, ubezpieczeniach, lokatach, podatkach...Poza poradami finansowymi w każdym wydaniu czerstwy żart prowadzącego :-)), graficzna ciekawostka o pieniądzach oraz finansowy trik. Żeby nie przegapić kolejnych odcinków - zapraszam do subskrybowania kanału YouTube "Subiektywnie o finansach"  

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (8) Pokaż komentarze do wpisu „Parszywa dwudziestka, czyli o wyroku, który może kosztować nawet... pół miliarda złotych”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      niedziela, 23 października 2016 19:23
  • środa, 19 października 2016
    • Setki tysięcy klientów z zablokowanymi kontami? Grudniowy Armageddon z powodu... kowbojów

      Pisałem już jakiś czas temu o tajemniczych kwitach, które przychodziły do Was od banków i dotyczyły jakichś "rezydencji podatkowych". Niejeden czytelnik blogu spocił się widząc to-to w swojej skrzynce lub w systemie transakcyjnym swojego banku (bo część banków "wrzuciła" owo pisemko do internetu). Rzecz jest w sumie błaha, bo dotyczy tylko tego czy ktoś jest podatnikiem amerykańskim, czy też nie. W 2014 r. podpisaliśmy z Jankesami umowę, w której zobowiązaliśmy się przepytać na tę okoliczność posiadaczy kont w bankach, biurach maklerskich, funduszach inwestycyjnych. I tym sposobem ułatwić amerykańskiej "skarbówce" walkę z potencjalnymi oszustami podatkowymi. Amerykanów uwielbiamy i myśl o tym, że można im w czymś pomóc, napełnia nasze życia treścią.

      Czytaj też: Niby proste oświadczenie, ale bank wrzucił... dopiski 

      Czytaj też: Niezły Meksyk, czyli kowboje konfskują przelew. I co im zrobisz?

      owiadczenie_FATCAKochamy Amerykanów to tego stopnia, że zobowiązaliśmy się do zablokowania rachunków klientom, którzy założyli konta później, niż w połowie 2014 r. i swoim stosunkiem do amerykańskiego fiskusa się nie pochwalą. Sankcje na klientów banków, maklerów i funduszy inwestycyjnych mają spaść na początku grudnia tego roku. Prawdopodobnie większość klientów banków już takie zobowiązania podpisała (choć mogą się zdarzyć niemiłe wyjątki), ale wiem, że jest duży problem jeśli chodzi o klientów funduszy inwestycyjnych. W firmach zarządzających funduszami przyznają, że sytuacja z oświadczeniami nie jest dobra. Tradycyjny sposób ich wysyłania - pocztą do skrzynki z prośbą o odesłanie podpisanego oświadczenia - dał znacznie gorsze efekty, niż wyświetlanie klientom "cyfrowych" formularzy w systemach transakcyjnych banków. W PKO TFI powiedzieli mi, że "amerykański" papier FATCA złożyło do tej pory 55% ich klientów.

      Co to oznacza? Jeśli klient będzie chciał sprzedać udziały w posiadanym funduszu, nie będzie mógł tego zrobić (to może go narazić na koszty, bo wcale nie jest pewne, iż cena jednostek uczestnictwa danego funduszu po odblokowaniu rachunku nie będzie już mniej atrakcyjna). Nie będzie też mógł kupić nowych funduszy, ani wycofać z konta nie wykorzystanej gotówki. To będzie niczym ubezwłasnowolnienie.

      "Podejmujemy dodatkowe działania mające na celu pozyskanie brakujących oświadczeń, np. bezpośredni kontakt z klientami, dodatkowa wysyłka przypominająca z dołączoną, opłaconą kopertą zwrotną. Ale w sytuacji gdy nie otrzymamy oświadczenia FATCA we wskazanym w ustawie terminie, zobowiązani będziemy do blokady rejestrów uczestników do czasu dostarczenia brakującego oświadczenia. Niestety, nasze możliwości wpływu na klientów są ograniczone, choć mamy nadzieję, że FATCA nie będzie stanowić znaczącej uciążliwości dla naszych klientów"

      - napisała mi przedstawicielka TFI PKO Izabela Pieńkowska. Ilu klientów funduszy inwestycyjnych może dotyczyć całe zamieszanie z FATCA? Monika Piątkowska z firmy ProService - to największy tzw. agent transferowy, czyli firma pomagająca rozliczać transakcje zawarte przez klientów funduszy - napisała mi, że oświadczenie powinno złożyć prawdopodobnie ponad 700.000 klientów funduszy. Co prawda na całym rynku udało się je wydębiś z 60%-70% klientów, ale są towarzystwa funduszy, w których ten odsetek jest mniejszy, niż 50%. To nie jest zabawne. Rozumiem chęć pomocy amerykańskim sojusznikom. W końcu mają dużo czołgów, BlackHawki i może kiedy zniosą dla nas wizy. Nie rozumiem natomiast tego, że koszty owej pomocy - wynegocjowanej na poziomie międzyrządowym - są przerzucane na polskie instytucje finansowe, czyli pośrednio na polskich konsumentów.

      Czytaj też: Tak polscy klienci przycisnęli do ściany amerykańskiego giganta

      Czytaj też: Wielka polityka i gra w zielone, czyli... cofnięty przelew

      20160502_fi_liczba_klientowA najbardziej mnie wkurza fakt, że z tak błahego - z "polskiego" punktu widzenia - powodu jak brak oświadczenia dotyczącego rezydencji podatkowej w USA, polskie władze zgodziły się blokować swoim obywatelom dostęp do ich aktywów i pieniędzy. Do jasnej cholery! Czy interes amerykańskiego rządu jest ważniejszy, niż interes polskiego podatnika i konsumenta? Uważam, że w tej sytuacji polski rząd powinien zrobić jakąś kampanię informacyjną, która pomoże instytucjom finansowym w wykonywaniu "roboty głupiego", czyli przyjmowaniu od klientów oświadczeń, które wymyślili sobie Jankesi, bo mają dziurawy budżet. Niech rząd coś wymyśli, by na początku grudnia jak najmniej klientów znalazło się w d...użych tarapatach.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (10) Pokaż komentarze do wpisu „Setki tysięcy klientów z zablokowanymi kontami? Grudniowy Armageddon z powodu... kowbojów”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 19 października 2016 13:19
  • wtorek, 20 września 2016
    • Sukces zbuntowanych klientów! Amerykanie chcą oddać 200 mln zł. A może to... pułapka?

      Jakie korzyści może przynieść wspólne działanie dużej grupy konsumentów, wsparte akcją prawników i szumem medialnym? W polskiej branży finansowej do tej pory najbardziej spektakularną akcją konsumencką, która zakończyła się częściowym sukcesem, była kampania "Nabitych w mBank". Kilka tysięcy osób "ubranych" w kredyty, których oprocentowanie mogło się zmieniać w myśl decyzji zarządu banku (jej przesłanki określono w umowach kredytowych nieprecyzyjnie) tak długo prowadziło kampanię "antyreklamową", że w końcu przedstawiciele mBanku usiedli z buntownikami do rozmów. Wynegocjowano wspólną ofertę zmiany umów na takie z oprocentowaniem zmiennym i pewna grupa klientów (nie ujawniono jaka) z niej skorzystała. Inni - w grupie 1247 osób - nie byli usatysfakcjonowani i poszli do sądu.

      Kto wie czy większego sukcesu nie osiągną klienci nieruchomościowego funduszu BPH TFI, którzy wspólnie żądają zwrotu swoich pieniędzy. W zeszłym tygodniu udało im się wymusić na właścicielach towarzystwa pierwsze ustępstwa. Przypomnijmy, że powołany w 2005 r. fundusz BPH zebrał od klientów 330 mln zł i miał je korzystnie zainwestować w biurowce oraz centra handlowe. Zarządzający funduszem okazali się być nielotami, bo najpierw poprosili inwestorów o przedłużenie okresu działania funduszu z 10 do 12 lat, a potem przyznali, że z każdych 100 zł zainwestowanych przez klientów pozostało tylko... 67 groszy. Fundusz nie dość, że poniósł straty na inwestycjach, to jeszcze zamiast 300 mln zł zainwestował prawie miliard, posiłkując się kredytami. Gdyby inwestycje poszły dobrze, zyski byłyby odpowiednio zmultiplikowane, ale niestety poszły źle i poza stratami na nieruchomości trzeba było też oddać pieniądze bankom. Nota bene nie był to jedyny fundusz nieruchomościowy, który nie "odleciał".

      Czytaj też: Kupić kawałek centrum handlowego i żyć z czynszów? Inwestycja dla każdego

      Grupa ponad 600 klientów funduszu od wielu miesięcy prowadzi wojnę z BPH TFI, bankiem BPH, który jest właścicielem tego towarzystwa funduszy oraz z koncernem GE, który z kolei jest właścicielem polskiego banku. Domagają się pokrycia strat wynikających ze skandalicznie niskiej jakości zarządzania funduszem. Pisali do Komisji Nadzoru Finansowego, grozili Amerykanom pozwem grupowym, próbowali zablokować sprzedaż części majątku BPH do Alior Banku, a wreszcie - zablokowali sprzedaż BPH TFI (Amerykanie chcą się go pozbyć). Ostatnio złożyli w prokuraturze doniesienie o popełnieniu przestępstwa przez zarządzających funduszem oraz poprosili o pomoc ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobro. I wygląda na to, że udało im się na tyle uprzykrzyć życie amerykańskiemu właścicielowi BPH TFI, że ci są gotowi częściowo wziąć "na klatę" straty klientów.

      Holenderska spółka Vamori Investments w zeszłym tygodniu wezwała klientów BPH TFI do sprzedaży posiadanych certyfikatów nieruchomościowego funduszu, oferując cenę 60,92 zł. Vamori jest spółką zależną GE, więc nie ma wątpliwości, że jest to ręka wyciągnięta przez amerykański koncern w kierunku dymiących polskich klientów. Oferty przyjmowane będą od 7 października do 4 listopada 2016 r. Gdyby na ofertę odpowiedzieli wszyscy klienci, odzyskaliby 207 mln zł. To dość wysoka cena, biorąc pod uwagę, że rynkowa wartość całego BPH TFI wynosi dziś mniej więcej 130-150 mln zł. To prawdopodobnie pierwszy przypadek w branży funduszy inwestycyjnych w Polsce, kiedy klienci mają szansę dostać odszkodowanie za złe zarządzanie jakimś funduszem od jego właściciela. Owszem, jest precedensowy wyrok w sprawie funduszu DWS TFI, od którego "pogrobowców" jeden z klientów odzyskał pieniądze w sądzie, ale tu mamy ofertę złożoną dobrowolnie przez poczuwającego się do winy właściciela towarzystwa funduszy inwestycyjnych.

      Czytaj też: Ile naprawdę warte jest twoje mieszkanie? A twojego sąsiada?

      Prawnicy z kancelarii Matczuk, Wieczorek i Wspólnicy, którzy reprezentują grupę ponad 600 klientów walczących z BPH TFI, są jednak sceptyczni. Po pierwsze uważają, że szansa na wygraną w sądzie jest na tyle duża, iż przyjmowanie oferty zapewniającej zwrot 61% zainwestowanych pieniędzy byłoby nierozsądne. Gdyby klienci w sądzie wygrali, mogliby odzyskać całość wraz z odsetkami i być może jeszcze odszkodowanie za utracone korzyści. Z drugiej strony nie ma pewności czy proces udałoby się wygrać i kiedy by to nastąpiło. W sprawie funduszu DWS proces w dwóch instancjach trwał aż sześć lat. Z trzeciej strony prawnicy - oraz część klientów - podejrzewają, że oferta może być... pułapką Amerykanów zastawioną na zdesperowanych klientów. Albo próbą wysondowania jak duża część z nich byłaby w stanie zaakceptować tylko częściowy zwrot pieniędzy utopionych przez fundusz BPH Sektora Nieruchomości.

      Clue tych obaw leży w konstrukcji oferty holenderskiej spółki. Otóż nie jest to klasyczne, przewidziane prawem giełdowym wezwanie, w którym firma ma obowiązek wykupić akcje od wszystkich chętnych. To raczej rodzaj zaproszenia do składania ofert sprzedaży certyfikatów funduszu. Oferty te nie muszą być przyjęte. Albo mogą być przyjęte tylko częściowo. I w tym właśnie prawnicy klientów widzą ryzyko.

      "Proszę zwrócić uwagę, że nie jest to żadna oferta. Firma Vamori Investment nie zobowiązuje się do niczego. Według naszej oceny spółka może w ogóle nie przyjąć ofert. Może ogłosić, że za mało osób się zgłosiło i że w związku z tym nie jest już zainteresowana skupem certyfikatów. Może zmienić cenę (w dół, a jakże…), może mnożyć formalności – bo nie określiła jakiego rodzaju dokumenty będą wymagane od składających ofertę. Wiemy za to, że posiadacze certyfikatów będą musieli zrzec się wszelkich roszczeń wobec wszelkich podmiotów związanych z funduszem BPH TFI. Długi okres składania ofert, wynikający z zaproszeni,a daje grupie GE możliwość oceny ilu uczestników już „skruszało” i chce jak najszybciej otrzymać cokolwiek"

      - napisali prawnicy z kancelarii Matczuk, Wieczorek i Wspólnicy do 600 swoich klientów. I namawiają klientów do solidarności, mówiąc do nich tak: "jeśli chcecie przyjąć ofertę - to wszyscy. Jeśli ją odrzucić - też wszyscy".

      "Skoro udało nam się zmusić GE do złożenia tego wezwania, to mamy bardzo duży margines negocjacyjny i duże szanse na negocjowanie ceny. I możemy – również siłą – wpłynąć na kwotę tego rozliczenia. W tym celu jednak musicie pozostać jednością"

      - nawołują prawnicy w liście do klientów. Jedność rzeczywiście byłaby atutem grupy zbuntowanych klientów, bo próby jej rozbicia na pewno będą podejmowane. Stawką jest tak duża kwota - ponad 200 mln zł - że trudno przypuszczać, że GE nie będzie chciało jeszcze się potargować. Tak samo było w przypadku "Nabitych w mBank". Wynegocjowana przez grupę inicjatywną i mBank propozycja zmiany sposobu naliczania oprocentowania kredytów z dzisiejszego punktu widzenia nie okazała się hitem negocjacyjnym (patrząc od strony klientów). Choć oczywiście ocena sytuacji jest jeszcze niejasna - nie wiadomo czy ci, którzy się nie ugięli, wygrają w sądzie więcej, np. przewalutowanie swoich umów po kursie "startowym". Jednak gdyby "Nabici" nie dali się podzielić na mniej i bardziej miękkich, to mBank musiałby im zaoferować bardziej szczodrą propozycję.

      Czy w przypadku klientów BPH TFI będzie podobnie? Patrząc na sprawę trzeźwo GE trudno będzie podwyższyć ofertę (i tak płaci więcej, niz kwota, którą może dostać po sprzedaży całego BPH TFI). To argument za tym, żeby się z nimi dogadać. Ale prawnicy mają rację, że to powinna być wspólna odpowiedź, być może z deklaracją przystąpienia do oferty po jej poprawieniu. Może nie do 80-90% wartości wpłaconych pieniędzy, ale choćby do 70%. Jeśli grupa nie będzie działała wspólnie, ryzyko, że oferta Amerykanów okaże się pułapką, będzie niemałe. I jeszcze jedno: gdyby GE oszukała polskich klientów, to stracilłaby twarz i skazałaby się na wieloletni proces sądowy - klienci takiej zniewagi nie puściliby płazem. Gdybym miał się zakładać, to powiedziałbym, że te 61% jest już blisko ostatecznej wartości, przy której strony podpiszą ugodę.  

       JAK NIE DAĆ SIĘ OKRAŚĆ PODCZAS PODRÓŻY? Nie ma złudzeń, w podróży jesteś łatwiejszym niż kiedykolwiek celem dla przestępców - zarówno kieszonkowców, jak i tych, którzy żyją z rozbojów. Jak nie dać się okraść? Opowiadam o tym w swoim najnowszym wideofelietonie. Zobacz koniecznie!

      CHŁOŃ SUBIEKTYWNOŚĆ TAK JAK LUBISZ. Subiektywność jest multifunkcyjna i się często dyslokuje ;-). Można ją spotkać tu i tam. W internecie, mediach społecznościowych, na wideo, w prasie, książkach oraz na spotkaniach, odczytach, konferencjach - wszędzie tam, gdzie mówi się o pieniądzach.

      autopromo4SPOTKAJ MNIE W NECIE... Blog "Subiektywnie o finansach" codziennie, od ponad siedmiu lat, zapewnia niezbędną dawkę wiedzy o Waszych pieniądzach. Prześwietlanie produktów finansowych, ekskluzywne wiadomości o nowych produktach oraz piętnowanie skandalicznych praktyk i interwencje w Waszych sprawach. Zaglądaj na samcik.blox.pl, nowy wpis wpada tu zwykle tuż po godz. 9.00. Blog czyta ok. 200.000 czytelników miesięcznie. Jeśli chcesz wiedzieć jeszcze więcej i ze mną podyskutować, zostań fanem blogu na Facebooku (jest nas już 35.000!), na Twitterze (tu wraz ze mną rządzi blisko 10.000 followersów). Zapraszam też do bezpośredniego kontaktu mejlowego:maciej.samcik@gazeta.pl. Postaram się odpowiedzieć na każdy e-mail, choć nie obiecuję, że odpowiem szybko ;-).

      autopromo2...ZOBACZ MNIE W EKSTREMALNYCH AKCJACH. Opowiadam o domowych finansach nie tylko tekstem, ale i ruchomymi obrazami. Żeby Ci się nie nudziło robię przy tym różne głupie rzeczy: skakałem na spadochronie, dałem sobie obić twarz przez byłego trenera Tomasza Adamka, latałem w tubie aerodynamicznej, w której ćwiczą kosmonauci, ćwiczyłem na najnowocześniejszym w Polsce symulatorze lotów, jeździłem autobusem, gokartem, grałem w golfa i ruletkę. Wszystkie te przygody są na mojej "stronie" youtubowej. Zasubskrybuj mój kanał na Youtube (w tym kinie siedzi już ponad 2000 fanów i jest ponad 70 filmów, które obejrzano więcej, niż ćwierć miliona razy). 

      autopromo11SUBIEKTYWNA EKIPA SAMCIKA IDZIE NA OSTRO W "WYBORCZEJ". Blog "Subiektywnie o finansach" zyskał tak dużą popularność, że zaowocował autorskimi stronami w "Gazecie Wyborczej". Co czwartek na stronach gospodarczych "Wyborczej" ukazuje się tygodnik "Pieniądze Ekstra", w którym ja i grupa moich kolegów, zwana złowróżbnie Ekipą Samcika, radzi jak sprytnie kupować, jak się nie dać nabrać w sklepie, co zrobić, żeby wyplątać się z finansowych tarapatów i jak mieć więcej pieniędzy. Jeśli potrzebujesz rady albo pomocy w sprawie niekoniecznie związanej z produktami finansowymi - pisz na ekipasamcika@wyborcza.biz. Moi ludzie (mam nadzieję :-)) nie zostawią Cię bez pomocy. 

      autopromo3SUBIEKTYWNOŚĆ DO PODUSZKI, NA WAKACJE, NA PREZENT: o oszczędzaniu, inwestowaniu i zarządzaniu domowymi pieniędzmi piszę też w moich książkach, które możesz kupić w dobrych księgarniach oraz w internecie. Dowiesz się z nich jak założyć pierwszy plan systematycznego oszczędzania, jak nie dać się okraść przez internet, jak odróżnić tani kredyt od drogiego, jak nie dać się nabić w niby-ubezpieczenie, jak nauczyć dziecko oszczędności...

      SUBIEKTYWNIE W TOK FM. W ostatnich dniach miałem przyjemność gościć/płynąć na falach informacyjnej rozgłośni TOK FM. W programie Pawła Sulika wyjaśniałem o co chodzi w aferze Amber Gold i pytałem czy może się ona powtórzyć w przyszłości.  Kilka dni wcześniej opowiadałem o tym jak się chronić przed kradzieżą tożsamości. Zapraszam do posłuchania!

      SUBIEKTYWNIE, BEZ RETUSZU I OSZCZĘDNIE. Ostatnio miałem okazję powiedzieć kilka słów na temat afery Amber Gold w programie "Bez retuszu" oraz namawiać Was do oszczędzania energii w "Pytaniu na śniadanie". Zapraszam do obejrzenia!

      bezretuszutvpinfo

      pnsenergy31

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „Sukces zbuntowanych klientów! Amerykanie chcą oddać 200 mln zł. A może to... pułapka? ”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 20 września 2016 09:02
  • sobota, 10 września 2016
    • Zero haraczu, czyli co frankowicze mogą zrobić bankom? I czy... powinni im to zrobić?

      zeroharaczulogoDziś w Warszawie odbywa się demonstracja najbardziej walecznych frankowiczów zgrupowanych w kilku stowarzyszeniach, z których największe to Stop Bankowemu Bezprawiu. Żądają - jak wiemy - ustawy pozwalającej przewalutować ich długi na złotowe, najlepiej po kursie "startowym". Powód? Domniemana niezgodność ich umów z polskim prawem. "Odkręcenie" całej sprawy według pomysłu frankowiczów oznaczałoby przerzucenie na banki niekorzystnych różnic kursowych, które spowodowały "spuchnięcie" długów (dokładnie takie rozwiązanie obiecał Andrzej Duda, starając się o głosy frankowiczów w wyborach prezydenckich, ale z tej obietnicy się nie wywiązał). Na razie nie wygląda na to, by "zdewalutowanie" kredytów na drodze ustawy było bliskie. Źródłem wątpliwości są koszty całej operacji (zapewne wielomiliardowe, choć część kredytów frankowych była zabezpieczona instrumentami pochodnymi, przez co trudno - nie mając dostępu do bankowych dokumentów - oszacować ile kosztowałoby odfrankowienie umów) oraz dość silne przekonanie polityków i większości opinii publicznej, że frankowicze powinni wziąć część odpowiedzialności za swoje decyzje finansowe. No i statystyki, z których wynika, że przeciętny frankowicz to bogacz i w dodatku wyborca Nowoczesnej ;-). Statystyki statystykami, ale w kredyty frankowe "ubierano" nie tylko pięknych i bogatych. A wgłębiając się w niektóre historie frankowiczów smutniej się robi na duszy.

      Czytaj też: Kredyty frankowe psują się jednak częściej, niż złotowe

      NA CZYM STOIMY W KWESTII FRANKÓW? Prezydent skierował do parlamentu projekt ustawy pozwalającej zwrócić klientom część spreadów, zaś Narodowy Bank Polski, Ministerstwo Finansów i Komisja Nadzoru Finansowego mają przygotować dla banków odpowiednie regulacje, by bardziej opłacało im się zaproponować klientom ugodowe przewalutowanie po kompromisowym kursie. W Sejmie jest też projekt ruchu Pawła Kukiza, zakładający przeliczenie kredytów i zapłaconych rat tak, jak gdyby od początku były to kredyty złotowe. Dwa projekty ustaw - prezydencki i kukizowy - mają być wzięte na tapetę przez posłów, a co z nich wyjdzie - nie wiadomo. Najpewniej jakiś bigos. Na razie jedyne sukcesy - na razie jeszcze nieliczne - odnoszą frankowicze w sądach. Otrzymali ostatnio też wsparcie od Rzecznika Finansowego oraz Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Oba urzędy mają wątpliwości czy kredyty frankowe są w ogóle kredytami. Żaden sąd jednak nie przychylił się na razie do ich opinii. Na stole jest też najnowsza oferta bankowców, która jednak tylko rozjusza zainteresowanych :-)

      ZERO HARACZU, CZYLI JAK WZIĄĆ SPRAWY W SWOJE RĘCE? Od kilku tygodni frankowicze planują wziąć sprawy w swoje ręce. Odgrażają się, że prowadzą akcję "Zero haraczu", polegającą na niepłaceniu przez kilka miesięcy rat kredytowych. Generalnie jestem entuzjastą bojkotów konsumenckich i wszelkich akcji, które pokazują siłę konsumentów względem potężnych instytucji komercyjnych. W blogu przeprowadziliśmy wspólnie z czytelnikami kilka takich akcji. Bank popełnia gruby błąd i nie chce się z niego wycofać? W blogu pojawia się krytyczny wpis - czasem wskazujący po nazwisku konkretnego menedżera odpowiedzialnego za nieetyczne zachowanie - a czytelnicy kolportują go po setkach tysięcy swoich znajomych i wrzucają na kanały komunikacyjne banku w internecie. Oj, bywało, że po takich akcjach banki lub firmy ubezpieczeniowe wycofywały się z głupich decyzji i publicznie przepraszały klientów. Prawda jest taka, że będziemy mieli tyle uczciwości w relacjach firm z nami, na ile zasłużymy, będąc twardym partnerem. Jeśli więc jakaś grupa konsumentów się skrzykuje, by "cisnąć" razem - przyglądam się temu z życzliwością, a czasem wspieram.

      ZERO HARACZU A WIARYGODNOŚĆ PŁATNICZA. BIK PROBLEM? Pomysł na "zero haraczu", czyli nie płacenie kilku rat kredytowych po to, by banki dowiedziały się co je może czekać jeśli się nie dogadają z klientami, jest jednak dość ryzykowny. Nie płacenie przez klienta rat dłużej, niż przez 60 dni oznacza duże ryzyko wpisania adnotacji na ten temat do bazy BIK (trzeba mieć świadomość, że tego wpisu nie da się później wymazać). To w przyszłości może mieć mniejszy lub większy wpływ na uzyskanie przez takiego klienta kredytu lub na warunki tego kredytu. Zafajdanie sobie wiarygodności płatniczej bez szans na jakąkolwiek zmianę własnej sytuacji - to mało konstruktywne. Poza tym nie można też wykluczyć, że jeśli jakieś rozwiązanie ustawowe dla frankowiczów jednak powstanie (lub jeśli banki opracują jakiś program dobrowolnych umorzeń części kredytów w ramach rekompensat za straty kursowe klientów) to znajdzie się tam zastrzeżenie, że będzie dotyczyło wyłącznie klientów spłacających bez zarzutu swoje zobowiązania. Tak być nie musi, ale może. Tego rodzaju demonstracja - zaprzestanie spłacania rat na jakiś czas - miałaby sens wyłącznie w sytuacji, gdy ktoś jest już pod ścianą i chce "wymusić" na banku restrukturyzację kredytu. Bo banki - to ogromna głupota - nie chcą w ogóle gadać o zmianie zasad spłaty z klientami, którzy terminowo spłacają raty).   

      ZERO HARACZU, A WYPOWIEDZENIE KREDYTU. JEST SIĘ CZEGO BAĆ? Bank teoretycznie może też - lecz dopiero po przeprowadzeniu postępowania upominawczego i dopiero wtedy, gdyby klient nie płacił dłużej, niż przez trzy miesiące (chyba, że umowa mówi coś innego) - wypowiedzieć klientowi kredyt. Prawdopodobnie jednak byłaby to ostateczność, bo bankowcy są już pozbawieni uproszczonej ścieżki windykacji (poprzez Bankowy Tytuł Egzekucyjny automatycznie zatwierdzany przez sąd). Nie ma też pewności, czy sąd w ogóle zgodziłby się na zwindykowanie całej kwoty długu po przeliczeniu jej na złotówki po obecnym kursie franka. Ostatnie wyroki sądów stawiają znak zapytania o to w jaki sposób - i na jakie pieniądze - banki będą w stanie windykować posiadaczy kredytów frankowych. Problem zafajdania wiarygodności płatniczej wydaje się dużo większym problemem, niż zagrożenie, że bank zaczną masowo wypowiadać umowy. 

      Dziś najlepszym środkiem "negocjacyjnym" w rękach konsumenta jest - moim zdaniem - zagrożenie bankowi ogłoszeniem upadłości konsumenckiej. To oczywiście też broń obosieczna, bo gdyby doszło do takiej procedury to klient musi się liczyć z utratą nieruchomości, w której mieszka. Ale z drugiej strony wtedy o warunkach spłaty kredytu przestaje decydować bank, a zaczyna - niezawisły sąd. A ten może dojść do wniosku, że jeśli klient ma mieć szansę na spłacenie długu, to trzeba go mocno zredukować. De facto efektem końcowym może być coś, co odpowiadałoby przewalutowaniu kredytu po mocno preferencyjnym kursie. Sąd musi wziąć pod uwagę, że kredyt ma być spłacony w rozsądnym terminie. Bankowcy o tym wiedzą, więc znacznie chętniej niż kiedyś negocjują z klientami, którzy nie tylko są w trudnej sytuacji i przestali spłacać raty, ale też zademonstrują bankowi, że są gotowi nawet na skorzystanie z upadłości. Mając kłopoty z obsługą rat można też skorzystać z pomocy Funduszu Wsparcia Kredytobiorców i złożyć jednocześnie dwa wnioski: o półtoraroczne "wakacje kredytowe"  i o renegocjację kredytu z informacją, że poważnie rozważamy wystąpienie z wnioskiem o upadłość konsumencką. 

      KNFstats2ZERO HARACZU A PŁYNNOŚĆ BANKÓW. Akcje typu "Zero haraczu" teoretycznie mogłyby być dodatkowym elementem nacisku na banki, by załatwiły problem franków i zaproponowały jakieś przewalutowanie, "bo jak nie, to wszyscy przestaniemy płacić raty". Tyle, że aż taka solidarność kredytobiorców raczej nie jest możliwa. Co najwyżej można sobie wyobrazić, że skrzyknie się kilka, kilkanaście tysięcy ludzi, którzy spróbują jakoś dokuczyć bankom. Na co mogą liczyć? Biorąc pod uwagę, że kredytów frankowych jest jakieś 530.000, zaś średnia wartość kredytu hipotecznego we frankach to jakieś 260.000 zł można szacować, że miesięcznie frankowicze odprowadzają do bankowych skarbców najwyżej 500 mln zł (a prawdopodobnie nawet trochę mniej - 350-400 mln zł). To ogromna góra pieniędzy, ale nawet gdyby jakaś część kredytobiorców przestała regulować raty na pewien czas - załóżmy, że na trzy miesiące - bankom raczej nie stanie się krzywda. Niech zbierze się nawet 10.000 kredytobiorców (czyli więcej, niż bywało na demonstracjach). Przez te trzy miesiące banki nie dostałyby 30 mln zł. Biorąc pod uwagę ogromne rezerwy płynności, którymi dysponują banki (patrz wyres powyżej) jest to pikuś. Banki mają płynnych aktywów za 444 mld zł, z tego 60 mld zł to pieniądze w kasie i na rachunkach w NBP, do uruchomienia natychmiast.

      KNFstats4ZERO HARACZU A REZERWY NA ZŁE KREDYTY. Byłby z takiej akcji frankowiczów pewien skutek uboczny, bo banki musiałyby utworzyć rezerwy na nie spłacane w terminie kredyty. Teraz jest tak, że kwartalne saldo rezerw na "złe" kredyty hipoteczne wynosi jakieś 300 mln zł. W kategorii kredytów hipotecznych zagrożonych jest dziś 35.000 umów o wartości 10 mld zł. Drugie tyle ma opóźnienia w spłacie większe niż 30 dni, ale mniejsze, niż 90 dni. Wniosek? Grupa 10.000 klientów, którzy przez trzy miesiące nie płaciliby rat, powiększyłaby saldo rezerw banków o jakieś w 2 mld zł. Biorąc pod uwagę, że wszystkich wrzuconych w rezerwy kredytów w bilansach banków jest 72 mld zł nie będzie to dla bankowców problem nie do zniesienia. Aczkolwiek dołożenie do rezerw tak sporej kwoty na raz mogłoby zmniejszyć kwartalny wynik branży - w skrajnym wypadku nawet o 30-40%. Tak, jak zmniejszył ten wynik - i to mniej więcej o połowę: ze "standardowych 3,5-4 mld zł do 1,7 mld zł - w ostatnim kwartale zeszłego roku upadek SK Banku. Wtedy też banki dostały "strzał" ekstra rezerw wartych 2 mld zł (patrz na grafikę powyżej).  

      ZERO HARACZU A WYPŁACALNOŚĆ I KAPITAŁY BANKÓW. Jest jeszcze jedna rzecz do rozważenia. Wzrost kredytów zagrożonych pośrednio wpływa na współczynniki wypłacalności - rosną bowiem aktywa ważone ryzykiem, które są na dole ułamka określającego wypłacalność banków (na górze ułamka jest ich kapitał własny). Mniejszy współczynnik wypłacalności to konieczność zwiększenia kapitałów banku, czyli np. akcjonariusze muszą kupić nowe akcje emitowane przez bank (czego nie lubią, bo to przeciwieństwo inkasowania dywidendy). Nooo... to by zabolało. Z jednej jednak strony współczynniki wypłacalności są w polskich bankach znacznie powyżej wymaganego przez prawo minimum, a z drugiej - spadek aktywów ważonych ryzykiem o kilka miliardów złotych (a chyba o więcej by nie spadły) w sytuacji, gdy aktywa banków przekraczają grubo 1,7 biliona złotych raczej nie będzie miażdżącą okolicznością. Niedawno liczyłem - na przykładzie prezydenckich planów "nakłaniania" banków do ugód - o ile musiałyby wzrosnąć aktywa ważone ryzykiem w bankach, żeby zaczęło im się opłacać negocjować z klientami. I były to znacznie większe kwoty, niż kilka miliardów złotych.

      knfstats1ZERO HARACZU A DEPOZYTY W BANKACH. Wśród frankowiczów pojawił się też pomysł, żeby "za karę" zabrać bankom trochę depozytów i zagrozić im, że będzie gorzej. Na pierwszy rzut oka jest to broń masowego rażenia. Wiadomo, że żaden bank nie ma tyle kasy, żeby oddać ją klientom, bo w oparciu o zgromadzone depozyty udzielił kredytów i tej kasy zwyczajnie dla wszystkich nie ma. Współczynniki wypłacalności - wynoszące w polskich bankach od 13% do 20% - właśnie o tym mówią. Gdyby więc wszyscy klienci zabrali pieniądze z danego banku, to ten oczywiście musiałby upaść. I taki pomysł również chodzi po głowie frankowym aktywistom. "Zrobimy listę toksycznych banków i zarekomendujemy frankowiczom oraz wszystkim Polakom zabranie z nich oszczędności". To mogłoby zaboleć, sęk w tym, że frankowicze nie mają "zdolności koalicyjnej", czyli - najogólniej rzecz biorąc nie cieszą się wielką sympatią oraz zrozumieniem wśród ogółu społeczeństwa. Na to, że w odruchu solidarności duża część deponentów danego banku przeniesie się do innego chyba bym nie liczył.

      Polacy w sumie złożyli w bankach 700 mld zł oszczędności. Z tych pieniędzy mniej więcej połowa to osad na ROR-ach oraz na kontach oszczędnościowych (a więc pieniądze a vista), a reszta to depozyty terminowe. Ile pieniędzy mogliby zabrać z tej puli frankowicze? Cóż, wśród kilkunastu milionów posiadaczy kont bankowych jest pewnie milion osób mających kredyt frankowy (większość takich umów to kredyty "małżeńskie"). Gdyby założyć - i to bardzo optymistycznie - że w akcji zabierania depozytów wzięłoby udział 10% frankowiczów, to mówimy o 100.000 ludzi stanowiących góra 5% ogółu deponentów. Ile mogliby zabrać? Połowa oszczędności Polaków znajduje się w rękach 10% ludzi. A więc w zależności od tego jak by się ułożyła sytuacja, z banków mogłoby odpłynąć więcej lub mniej pieniędzy. Raczej mniej, bo ci najbardziej zdesperowani frankowicze raczej nie dysponują oszczędnościami. Zabranie z banków nawet kilku miliardów złotych nie zatrzęsie ani branżą, ani poszczególnymi bankami. Zwłaszcza, że banki depozytów ostatnio mają nawet za dużo (zerknijcie na proporcję kredytów do depozytów w ostatnich latach - tabelka powyżej).

      JAK PRZYCISNĄĆ BANKI? Zbuntowana grupa frankowiczów raczej nie dysponuje potencjałem pozwalającym  skutecznie "szantażować" bankowców. A jeśli tak, to nacisk na banki powinien być wywierany mniej ryzykownymi narzędziami, niż akcje polegające na nie płaceniu rat kredytowych. I bardziej skutecznymi, niż wycofywanie z banków oszczędności. No, chyba, że frankowiczom udałoby się przekonać do swoich racji opinię publiczną, ale i na to się nie zanosi. Dla mnie sprawa jest jasna, dopóki frankowicze będą walczyli wyłącznie o własny, wąski interes, to będą mieli problem z przekonaniem do swoich racji szeroką publiczność. Oni przecież nawet w grupie kredytobiorców hipotecznych, niespecjalnie w Polsce dużej, stanowią mniejszość. A dopóki będą stwarzali pozory, że nie są skłonni do jakiegokolwiek kompromisu ("bankster nas ubrał w nibykredyty, to niech płaci") i nie uważają, by ponosili jakąkolwiek odpowiedzialność za swoją sytuację, problem z siłą lobbingową będzie jeszcze większy. Ale to może się okazać bez znaczenia, jeśli sądy zdelegalizują kredyty indeksowane kursem franka i/lub denominowane w tej walucie. Wtedy - niezależnie od postawy frankowych buntowników i ich "zdolności koalicyjnej" - bankowcy sami przyjdą do regulatora z prośbą o przygotowanie kompromisowego rozwiązania sprawy franków. Ale i do tego na razie daleka droga.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (50) Pokaż komentarze do wpisu „Zero haraczu, czyli co frankowicze mogą zrobić bankom? I czy... powinni im to zrobić?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      sobota, 10 września 2016 11:31
  • poniedziałek, 05 września 2016
    • Wyrok w sprawie franków niczym dobry thriller? Klient przegrywał po całości, aż tu nagle...

      W ostatnich tygdniach opisywałem w blogu dwa nieprawomocne orzeczenia sądu, które zmieniają - niewesołą do tej pory - sytuację tych posiadaczy kredytów frankowych, którzy toczą z bankami-kredytodawcami batalie sądowe. O ile wcześniej klienci dość często w sądach przegrywali (nawet jeśli nie wnosili o unieważnienie umowy, ani o odwalutowanie kredytu, lecz tylko o zwrot spreadu), o tyle w tych dwóch wyrokach sędziowie stwierdzili, że klauzule określające przeliczenia kursowe są niewiążące dla klienta i umowę trzeba czytać bez nich. To poważna zmiana podejścia, bo sprzeciwiająca się niedawnym orzeczeniom Sądu Najwyższego (stwierdził, że "wygumkowanie" fragmentów umowy nie może zmieniać "natury umowy"). Oczywiście: to tylko dwa wyroki i nie wiadomo czy utrzymają się w drugiej instancji, ale przy tym klimacie wokół banków, nie mówiąc już o orzecznictwie europejskim, sędziowie będą pod sporą presją "antybanksterską".

      Czytaj też: Znów dziwaczny wyrok w sprawie franków. Indeksacja bezprawna, ale...

      Czytaj też: Kredyt frankowy, czy "frankowy"? Sąd w szerokim rozkroku. Auuuć ;-)

      "Gumkowanie" umów z nieprecyzyjnych klauzul to krok pierwszy, ale nie można wykluczyć, że i na tym się nie skończy. Kilkanaście dni temu jedna z prawniczek - mec. Barbara Garlacz z kancelarii Harvest - pochwaliła się trzecią wygraną, tym razem jeszcze bardziej przesuwającą "granice frontu". Sąd mianowicie doszedł do wniosku, że umowa klienta Banku Millennium nie tylko zawiera "lewe" klauzule, ale że w ogóle nie da się jej wykonywać. Dopóki nie było pisemnego uzasadnienia tego wyroku nie komentowałem go w blogu, żeby nie siać informacyjnego zamętu. Inna sprawa, że tak daleko idące wnioski - że kredyt frankowy to w ogóle nie kredyt - już ostatnio formułował Rzecznik Finansowy w swoim raporcie. Podobny tok rozumowania zawiera ogłoszony niedawno istotny pogląd Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów, który - co prawda w sprawie o oprocentowanie kredytów, a nie ustalanie kursów walutowych - też doszedł do wniosku, że najpewniej umowa kredytowa z nieprecyzyjnie określonymi najważniejszymi warunkami w całości jest nieważna.

      Dziś dwa słowa o wyroku przeciwko Bankowi Millennium, unieważniającym kredyt frankowy (sygnatura III C 1073/14). Od razu napiszę, że mówimy o kredycie indeksowanym do franka szwajcarskiego (czyli w umowie jest kwota kredytu w złotych), a nie denominowanym w szwajcarskiej walucie (a takich umowach zadłużenie jest wyrażone w ce-ha-efach). Z opublikowanego właśnie przez sąd uzasadnienia wynika, że początkowo klientka grała jedynie o odwalutowanie kredytu, powołując się na nieprecyzyjną klauzulę przeliczeniową oraz na to, że umowa zawierała komponent inwestycyjny, co wymaga (zgodnie z dyrektywami europejskimi MIFiD) dopełnienia formalności informacyjnych w stosunku do klienta. Dopiero w toku procesu mec. Garlacz podbiła stawkę i zagrała o unieważnienie umowy, powołując się na nowe okoliczności. Nota bene sąd ją za to ochrzanił, stwierdzając, że...

      "sprawa nie tyle była skomplikowana, co była przesadnie komplikowana przez powódkę wskutek jej zmiennego i zróżnicowanego stanowiska, obejmującego (...) rozważania o charakterze finansowo-księgowym, prowadzące do tworzenia zbędnych bytów i skomplikowanych konstrukcji prawnych w oderwaniu od tego, co stanowiło istotę i podstawę roszczenia".

      TA KLAUZULA NIC NIE WALORYZUJE. Ale do rzeczy. Przeczytałem dokładnie uzasadnienie wyroku i Wam je zreferuję. Ostrzegam: będzie nie tylko sielsko i wesoło. Na początek dobre wieści. Sąd doszedł do wniosku, że jakkolwiek umowa przedstawiona mu do oceny jest podobna do umowy kredytu bankowego, to jednak ma szczególny charakter wynikający z zastosowania indeksacji i wprowadzenia do umowy ryzyka kursowego, charakterystycznego dla umów kredytowych zawartych w walucie obcej. I że tak urzeźbione warunki - w tym ryzyko kursowe - były ceną za możliwość skorzystania przez klienta z niższego oprocentowania (opartego o LIBOR CHF, a nie WIBOR PLN). Sąd od razu doszedł też do wniosku, że fragment mówiący o indeksacji to nie to samo, co klauzula waloryzacyjna, której celem powinno być zachowanie realnej wartości świadczenia - tu nie chodzi o to, by bank ochronił się przed inflacją i deprecjacją polskiej waluty wobec obcych walut. Celem klauzuli indeksacyjnej było "ubranie" klienta w ryzyko kursowe. Po prostu. A więc kredyt ten w ogóle nie ma żadnej "klauzuli waloryzacyjnej".

      millegarlacz1

      KLAUZULA JEST ABUZYWNA, ALE... TYLKO W ŚRODKU. Sąd, po tym jak uznał, że klauzula, którą bank uznawał za waloryzacyjną w ogóle nie ma takiej funkcji, zajął się ową klauzulą, wyciskając z niej soki. I wyszło mu, że skoro Sąd Ochrony Konkurencji i Konsumentów (wyrok z sygnaturą XVII AmC 426/09) uznał, że taka klauzula jest abuzywna, to nie wiąże ona stron. A skoro nie wiąże, to jej nie ma. I umowę trzeba czytać bez niej. Ale uwaga: sąd zastosował tu podnoszoną również przez bankowców interpretację: że nie cała klauzula jest "lewa", a tylko jej szczegóły. A zatem bank grzeszy nieprecyzyjnie ustalając kursy walut, a nie w ogóle każąc je przeliczać. Zatem klauzula indeksacyjna jest ważna, zaś abuzywny jest tylko jej fragment, który ustala zasady przeliczania walut.

      millegarlaczscreen5

      FRANKÓW NIE BYŁO? NIC NIE SZKODZI! Co dalej? Dalej zaczęło być dla klienta jeszcze mniej słodko. Sąd nie zgodził się ze stwierdzeniem prawniczki klienta, że bank "zaszył" w umowie jakieś dodatkowe instrumenty finansowe. Jego zdaniem klienta nie powinno obchodzić czy bank finansuje umowę CIRS-em, czy jakimkolwiek innym instrumentem pochodnym. Ten fragment orzeczenia może być akurat dość silnym argumentem dla banków, bo część klientów - i ich prawników - na tym właśnie opiera swoje pretensje do banków, że mają umowę na kredyt frankowy, a żadnych franków nie było. Nie dostał ich klient, nie miał ich też bank. Sąd w sprawie przeciwko Bankowi Millennium powiedział, że mało go to obchodzi w jaki sposób bank zapewnia realizację umowy. I że klienta też nie powinno interesować czy jakieś franki gdzieś były, czy też nie.

      millegarlaczscreen2

      TO KREDYT, NIE INSTRUMENT FINANSOWY.  Przy okazji sąd przypomniał, że europejski Trybunał Sprawiedliwości wypowiedział się już w kwestii czy kredyt frankowy jest instrumentem finansowym, czy też nie. Tym samym zarzut o to, że umowa kredytu indeksowanego do franka jest umową z elementem inwestycyjnym, został przez sąd wyrzucony do kosza. W to samo miejsce trafiło żądanie klienta, by sprawdzić czy bank prawidłowo poinformował klienta o tym, że jego kredyt ma komponent inwestycyjny. W tej sytuacji nie pozostaje nic innego, jak zastanowić się czy aby na pewno to był korzystny kredyt...

      RUCHOMA WARTOŚĆ KAPITAŁU? TO ZŁUDZENIE OPTYCZNE. Następnie sąd stwierdził, że klient i jego prawniczka nie mają racji argumentując, że ten kredyt to nie kredyt, bo ma ruchomą wartość pozostałego do spłaty kapitału. Według sądu i to spojrzenie jest trefne, bowiem w momencie indeksacji kredyt staje się frankowym i tylko spłata rat jest w złotych, zaś zobowiązanie jest wyrażone w walucie "docelowej", czyli frankach. Tu bym chyba polemizował z tokiem rozumowania sądu, ale ponieważ z wyrokami sądów polemizuję tylko w wyjątkowych sytuacjach, to tym razem ugryzę się w język. Tym niemniej zmieniający się kapitał to jeden z kluczowych elementów argumentacji klientów walczących z bankami, więc podejście sądu do tej kwestii może mierzić.

       millegarlacz31

      NIE WIADOMO JAK POLICZYĆ? TO TRZEBA... UNIEWAŻNIĆ. Pozornie takie spojrzenie sądu - że kredyt nie ma komponentu inwestycyjnego, że bank nie musiał mieć franków, że kapitał kredytu indeksowanego wcale nie jest ruchomy - w zasadzie powinno oznaczać przegraną klienta z kretesem. Prawie wszystkie argumenty jego prawniczki zostały przez sąd oddalone. Ale... tu mała niespodzianka. Otóż sąd doszedł do wniosku, że skoro w momencie indeksacji kwoty kredytu klient przekształcił swoje zobowiązanie ze złotowego w walutowe, to wyrzucenie kawałka klauzuli indeksacyjnej przy utrzymaniu w mocy pozostałego fragmentu tejże, de facto oznacza, że nie ma jak tej umowy wykonać. Bo jak ustalić ile złotych klient ma spłacać, skoro nie wiadomo po jakim kursie? Ten kawałek klauzuli, który ustala sposób ustalania tych kursów jest niepracycyjny i "wygumkowany". Z drugiej strony w umowie wciąż pozostaje zapis o tym, że kredyt jest indeksowany do obcej waluty.

      millegarlacz4

      Sąd zaczął się zastanawiać czy w polskim prawie jest jakiś przepis, który pozwalałby jakoś zalepić dziurę powstałą po wygumkowaniu fragmentu klauzuli indeksacyjnej. I znalazł. Cytuję ten przepis poniżej. Tyle tylko, że został on uchwalony w 2009 r., a kredyt jest wcześniejszy. Wychodzi więc, że nie ma jak tej umowy wykonać - jej przekształcenie na złotowy nie wchodzi w grę (zostało pół klauzuli indeksacyjnej), jako walutowy ten kredyt też się już nie broni (bo nie wiadomo jak przeliczać waluty). A więc trzeba rzecz całą unieważnić. Klient oddaje tyle, ile na początku pożyczył, bank zwalnia hipotekę na mieszkaniu, obie strony rozstają się w zgodzie.

      millegarlacz6

      ODWALUTOWANIE? NIEZGODNE Z ZASADAMI WSPÓŁŻYCIA. No i na koniec sąd jeszcze przygrzmocił sformułowaniem, po którym niejednemu frankowiczowi ciarki przejdą po grzbiecie. A mianowicie napisał w uzasadnieniu, że doprowadzenie do sytuacji, w której kredyt udzielony w złotych byłby oprocentowany jak udzielony w walucie obcej byłoby sprzeczne z zasadami współżycia społecznego. Ojojoj, toż to właśnie takie wyrzucenie klauzuli przeliczeniowej i traktowanie kredytu jako złotowego z oprocentowaniem LIBOR plus marża jest istotą walki najbardziej bojowo nastawionych frankowiczów! I to takie ustawienie sprawy spowodowało, że dwa poprzednie wyroki, wspomniane dziś jako początek precedensu, okazały się korzystne dla klientów.

      millegarlacz7

      CZY JEST SIĘ Z CZEGO CIESZYĆ? Generalnie więc czytanie rozstrzygnięcia sprawy klienta przeciwko Bankowi Millennium przypomina niezły thriller. Na podstawie pierwszych informacji przekazywanych przez prawniczkę klienta można było wyobrażać sobie, że oto z hukiem wali się cała konstrukcja prawna kredytów indeksowanych. A tymczasem dokładna lektura uzasadnienia wyroku prowadzi do tezy, że prawie wszystkie argumenty klienta zostały... odrzucone. Owszem, kredyt został uznany za taki, który w momencie udzielania trudno nawet nazwać kredytem...

      MILLEGARLACZ8

      ...ale z drugiej strony sąd nie zgodzil się na "uwalenie" całej klauzuli indeksacyjnej (co pozwoliłoby odwalutować kredyt), a tylko jego części. Nie zgodził się na potraktowanie kredytu jako instrumentu finansowego z komponentem inwestycyjnym. Totalnie pominął fakt, że w tym kredycie nie było franków (ani u klienta, ani w banku). Oddalił hipotezę, że to nie jest kredyt, bo ma ruchomą kwotę kapitału do spłaty. A na koniec jeszcze stwierdził, że "wygumkowanie" klauzuli indeksacyjnej w całości i czytanie umowy bez niej też nie byłoby możliwe, bo "sprzeczne z zasadami współżycia społecznego". To ostatnie może nie jest takie złe, bo w tym samym wyroku sąd stwierdzał kilka razy, że umowy nie można modyfikować inaczej, niż przepisami ustaw, więc chyba jego zdaniem całkowite "wygumkowanie"klauzuli indeksacyjnej też skutkowałoby unieważnieniem umowy.

      ŁATWIEJ UNIEWAŻNIĆ, NIŻ ODWALUTOWAĆ? W zasadzie klient wygrał tylko w dwóch punktach - w tym mówiącym, że to, co "wygumkowane" wypada bezpowrotnie i w tym mówiącym, że kredyt indeksowany to taki, który na początku jest "umową nienazwaną", ale potem staje się de facto kredytem walutowym z nieprecyzyjną klauzulą dotyczącą przeliczania walut. Z rozumowania sądu orzekającego w tej sprawie wynika, że odwalutowanie kredytów indeksowanych w zasadzie nie powinno mieć miejsca. Można co najwyżej myśleć o ich unieważnieniu. Ale każda zmiana podejścia sądu apelacyjnego do kwestii "walutowości" kredytu indeksowanego, biorąc pod uwagę wszystkie wspomniane wyżej zastrzeżenia sądu pierwszej instancji do argumentów klienta, może oznaczać trudne do przewidzenia reprekusje dla ostatecznego rozstrzygnięcia. Wyrok pierwszej instancji powstał wskutek podążania przez sędziego dość wąską ścieżką rozumowania. Zbyt wąską, bym mógł napisać, że to początek nowej linii orzecznictwa, jeszcze bardziej korzystnej dla kredytobiorców mających kredyty indeksowane.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (39) Pokaż komentarze do wpisu „Wyrok w sprawie franków niczym dobry thriller? Klient przegrywał po całości, aż tu nagle...”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 05 września 2016 22:05
  • czwartek, 25 sierpnia 2016
    • Ucieszą się nie tylko "Nabici"? Co oznacza dla frankowiczów najnowsze stanowisko UOKiK?

      nabicigraf1We frankowej epopei dziś kolejny odcinek - tym razem Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów ogłosił bardzo stanowczy pogląd w jednym z najstarszych sporów dotyczących banków i franków - w sprawie "Nabitych w mBank". Pogląd, który może pomóc klientom odzyskać duże pieniądze. Jakkolwiek stanowisko dotyczy jednego, konkretnego procesu sądowego, to może też pomóc frankowiczom mającym kredyty w innych bankach i walczącym w sądach o ich "odwalutowanie", o zwrot nadpłat z tytułu spreadów walutowych, albo ubezpieczenia niskiego wkładu własnego. Może pomóc, bo... mocno uderza w orzeczenie Sądu Najwyższego z 2015 r., które jeszcze niedawno było tarczą chroniącą bankowców w wielu procesach frankowiczów z bankami. I - w wielu przypadkach - argumentem przeważającym szalę wyroku na korzyść banków. Ostatnio ta tarcza zaczyna się kruszyć i niewykluczone, że najnowsze stanowisko UOKiK-u przyspieszy proces erozji.

      DLACZEGO "NABICI" MAJĄ PRZERĄBANE? Zanim przejdę do sedna, w kilku słowach przypomnę,nabicigraf2 że "Nabici w mBank" to pierwsza i chyba najliczniejsza grupa frankowych kredytobiorców, która podniosła rękę na bank-kredytodawcę. Ich kredyty nie są takimi "zwykłymi" kredytami frankowymi. Ich oprocentowanie jest ustalane decyzją zarządu banku w zależności od "zmiany parametrów rynku finansowego". Oznacza to, że ci kredytobiorcy - a jest ich kilkanaście tysięcy - mają jeszcze bardziej przerąbane, niż pozostali frankowicze, których przynajmniej w pewnym stopniu ratuje ujemny LIBOR i bliskie zeru oprocentowanie kredytu. "Nabici" cierpią zarówno z powodu drogiego franka, jak i z powodu wyższego, niż u pozostałych frankowiczów oprocentowania. mBank twierdzi, że skoro klienci się zgodzili na takie ustalanie oprocentowania, to nie powinni teraz się awanturować. Dlaczego oprocentowanie jest wyższe, niż w przypadku innych frankowiczów, mających kredyty oparte na stawce LIBOR? To dlatego, że LIBOR nie odpowiada prawdziwym kosztom pozyskiwania franków, które bank musi mieć "pod" udzielone kredyty walutowe.

      DLACZEGO WALKA "NABITYCH" JEST KULTOWA? "Nabici" przeprowadzili najlepiej zorganizowaną w historii polskiej bankowości akcję "sabotażową". Nękali mBank rozsyłanymi po sieci antyreklamowymi banerami, wykupili mobilne reklamy z nieeleganckimi hasłami, które krążyły w okolicach największych oddziałów mBanku, organizowali demonstracje, zaśmiecali oddziały banku nalepkami... No, było gęsto. W końcu doszło do rozmów przy "okrągłym stole" i do wypracowania propozycji zmiany zasad oprocentowania, z której część frankowiczów skorzystała. Pozostali uznali, że to ich nie satysfakcjonuje i złożyli w sądzie pozew zbiorowy. Grupa 1247 osób (prawdopodobnie większy pozew zbiorowy będzie miał na karku tylko Bank Millennium) zażądała ustalenia, że bank niewłaściwie wywiązuje się z umowy. Wygrali w pierwszej instancji, wygrali w drugiej i w zasadzie byli już pewni historycznego triumfu, gdy wiosną 2015 r. dostali bolesną fangę od Sądu Najwyższego. Skutki tej fangi odczuwają zresztą wszyscy frankowicze, bo banki bardzo chętnie się odwołują do tego feralnego orzeczenia.

      nabicigraf360273_inmsgDLACZEGO "NABICI" (NA RAZIE) PRZEGRALI? Sąd Najwyższy bowiem stwierdził, że owszem, klauzula dotycząca ustalania oprocentowania jest nieprecyzyjna, a więc abuzywna, ale... niekoniecznie w całości. Że określone w umowie czynniki zmieniające oprocentowanie są opisane prawidłowo, ale nie wiadomo w jakich okolicznościach mogą być stosowane. Poza tym Sąd Najwyższy ogłosił, że nawet jeśli klauzula jest abuzywna, to nie mozna jeszcze z automatu powiedzieć, że umowa jest niewłaściwie wykonywana przez bank. A na koniec przygrzmocił oświadczeniem, że jeśli - jak chcieli tego "Nabici" - jakieś fragmenty umowy nie wiążą klientów, należy sprawdzić czy przypadkiem umowa bez nich nie zmienia swojego charakteru. Bo jeśli zmienia - to tak być nie może. Sprawa została skierowane z powrotem do sądu drugiej instancji i tam tkwi już półtora roku. Chyba nie ma jeszcze nawet terminu rozprawy.

      Czytaj też: Sąd Najwyższy oziębły w sprawie spreadów. Będzie kłopot?

      To orzeczenie wymiatało przez prawie półtora roku, zapewniając bankowcom najmarniej kilkanaście korzystnych, prawomocnych wyroków w sprawach cywilnych z frankowiczami i jeszcze więcej wyroków salomonowych. Aż znalazł się jeden sędzia, a potem drugi i trzeci, którzy w pierwszej instancji wydali wyroki, które stają Sądowi Najwyższemu w poprzek. Wcześniej - ale nie na tyle wcześniej, by mogło to mieć wpływ na decyzje tych sędziów - stanowisko Sądu Najwyższego zbeształ też Rzecznik Finansowy (to taki nowy, prokonsumencki urząd), którego zdaniem te kredyty frankowe to w ogóle nie są żadne kredyty. Teraz do tego chóru przyłączył się jeszcze Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów. W ciągu zaledwie kilku tygodni przeciwko argumentom Sądu Najwyższego wylało się takie wiadro nieczystości, że można się zastanawiać, czy przypadkiem nie zmieni się całe orzecznictwo dotyczące kredytów frankowych.

      Czytaj też: Sześć kluczowych pytań o franki. Ten wyrok "rozwali system"?

      UOKIK: TA KLAUZULA JEST NIEWAŻNA W CAŁOŚCI. UOKiK ogłosił w swoim stanowisku - zwanym tzw. istotnym poglądem w nabicigraf5
      sprawie - że zapis umowy, regulujący zmiany oprocentowania u klientów tzw. "starego portfela" mBanku jest zbyt ogólny, nie określa konkretnych parametrów od których ma zależeć zmiana oprocentowania, ani nie określa ram czasowych wprowadzania ewentualnych zmian oprocentowania, nie mówiąc już o ich skali. Więc - zdaniem UOKiK - zapis ten w całości (a nie - jak powiedział Najwyższy - tylko częściowo) jest niewiążący dla klienta. To może pomóc klientom w sądzie, bo być może "delegalizacja" klauzuli w całości pozwoli przekonać sędziego, by odpuścił sobie badanie w jakim stopniu oprocentowanie dyktowane przez bank było uczciwe, a w jakim nie (bo jak inaczej można byłoby ustalić ewentualną "winę" banku i jej zakres?). Dalsze fragmenty poglądu ogłoszonego przez UOKiK mogą już jednak pomóc wszystkim frankowiczom, nie tylko tym "Nabitym w mBank"

      UOKIK: ABUZYWNA KLAUZULA? MASZ TRZY OPCJE. UOKiK stwierdził bowiem - powołując się na orzecznictwo Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej - że "wygumkowanie" z umowy nie wiążącego klienta zapisu nie powinno owocować sprawdzaniem czy to "zmieni naturę umowy", lecz jedną z dwóch rzeczy - czytaniem tej umowy bez zakwestionowanego zapisu lub jej całkowitym unieważnieniem. Pardon, jest też trzecia opcja - zastąpienie tego zapisu jakimś "przepisem prawa krajowego o charakterze dyspozytywnym".

      UOKiKpoglad1

      Kłopot w tym, że w Polsce takiego przepisu, który mógłby wypełnić "lukę" w umowie po wycięciu klauzuli ustalającej oprocentowanie, nie ma. Pozostaje więc unieważnienie umowy lub czytanie jej bez klauzuli dotyczącej oprocentowania. Według UOKiK-u "umowa pozbawiona elementu jakim są przesłanki zmiany oprocentowania narusza art 69. Prawa bankowego".

      UOKiKpoglad2

      A to by oznaczało, że umowy kredytowe "Nabitych" są po prostu... nieważne. I należałoby dokonać ich rozliczenia w taki sposób, że bank zwraca klientowi wszystkie wpłacone raty, klient zwraca bankowi kredyt i strony rozstają się w pokoju. Klientom to by się opłaciło (anulowanie wszystkich różnic kursowych), ale pytanie czy każdy miałby kasę lub zdolność kredytową, żeby zdobyć kasę na jednorazowe zwrócenie bankowi kredytu.

      UOKiKpoglad3

      UOKIK RADZI SĘDZIOM: NIE SŁUCHAJCIE "NAJWYŻSZEGO". Jak to wszystko przekłada się na interesy wszystkich frankowiczów? Cóż, sprawa "Nabitych" jest o tyle nietypowa, że nie dotyczy klauzuli przeliczeniowej (czyli ustalania kursów walutowych), tylko oprocentowania. Ale UOKiK przyłączył się do coraz liczniejszego chóru prawników, mówiącego, że umowę z "wygumkowanym" zapisem albo się czyta bez niego, albo się wyrzuca do kosza. I sprzeciwił się takiemu pojmowaniu sprawy, iż sąd - badając konsekwencje abuzywności - powinien sprawdzić czy wyrzucenie takiej klauzuli nie zmienia charakteru umowy. Zbuntowanym frankowiczom może się też przydać fragment mówiący o tym, że sąd nie powinien uwzględniać wyroków i orzeczeń sądów wyższych instancji, jeśli są one sprzeczne z prawem Unii Europejskiej. To może ośmielić sędziów pierwszej i drugiej instancji do orzekania wbrew stanowisku Sądu Najwyższego z 2015 r.

      uokikpoglad4

      Oczywiście: żaden sąd nie ma obowiązku słuchać UOKiK-u i uwzględniać jego stanowiska. Tak samo jak nie musi brać pod uwagę stanowiska Rzecznika Ubezpieczonych. A bankowcy na pewno nie pozostawią bez odpowiedzi stanowiska UOKiK-u (tak samo, jak "odwinęli się" Rzecznikowi Finansowemu). Ale nie da się ukryć, że naprzeciwko bankowcom staje coraz "cięższa" argumentacja, która może wpłynąć na orzecznictwo sądów w sprawach dotyczących kredytów frankowych. I - z tygodnia na tydzień liczę na to bardziej - skłonić bankowców do opracowania rozwiązań, które pozwoliłyby wyjść im z twarzą z tego kryzysu. Z drugiej jednak strony: wszystkie wyroki korzystne dla klientów będą musiały przejść pełną drogą prawną - pierwszą, drugą instancję oraz kasację w Sądzie Najwyższym. No i w większości konfliktów klient-bank stosunkowo blisko jest już przedawnienie roszczeń - w sądzie można kwestionować umowę najpóźniej 10 lat po jej zawarciu. Stawką w tej grze są więc nie tylko rozstrzygnięcia w tych setkach lub tysiącach spraw, które już są w sądach, ale też i kolejne tysiące, które dopiero mogą się w sądach pojawić.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (17) Pokaż komentarze do wpisu „Ucieszą się nie tylko "Nabici"? Co oznacza dla frankowiczów najnowsze stanowisko UOKiK?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 25 sierpnia 2016 16:51

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


użytkowników on-line