Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

13. Who is who w branży

  • wtorek, 21 lutego 2017
    • Będzie rewolucja w logowaniu? Jedno mobilne hasło do wszystkiego? W T-Mobile już to testują

      Brak możliwości okazania urzędnikowi e-dowodu osobistego, a policjantowi e-prawa jazdy - lub przynajmniej zidentyfikowania człowieka bez konieczności okazania przez niego fizycznego dokumentu - to w XXI wieku skandal. Większość dokumentów może występować już w formie elektronicznej (łącznie z kartami płatniczymi, nie mówiąc już o biletach, czy kartach lojalnościowych). W autoryzacji dostępu zaczyna się używać odcisków palców, barwy głosu oraz układu naczyń krwionośnych (każda z tych technologii jest już oferowana klientom polskich instytucji finansowych). A w urzędach? Owszem, można już płacić telefonem, pojawił się dostęp do niektórych czynności urzędowych przez internet (via platforma ePUAP, do której można wejść przez konto bankowe), ale możliwości przechowywania dowodów tożsamości w smartfonie wciąż brak. Skoro konto bankowe trzymamy w smartfonie, to dlaczego nie możemy legitymować się urzędnikom e-dokumentami?

      ZAMIAST DOWODU OSOBISTEGO SMS AUTORYZACYJNY? Szefowa resortu cyfryzacji Anna Streżyńska zapewnia, że wkrótce to się zmieni. Jesienią zeszłego roku zapowiedziała utworzenie bazy e-dokumentów, do której będzie można zaglądać w taki sam sposób, w jaki dziś potwierdzamy wysłanie przelewów bankowych przez internet - za pomocą SMS-ów autoryzacyjnych. Miało to wyglądać tak, że np. policjant, który chce nas wylegitymować, wpisywałby w swojej aplikacji na tablecie nasz PESEL oraz nazwisko i wysyłał zapytanie do "centrali". A stamtąd popłynąłby SMS autoryzacyjny na naszego smartfona. Podając kod stróżowi prawa, wpuszczalibyśmy go do e-szuflady na ministerialnym serwerze, w której będzie "leżał" nasz e-dowód. Proste? Ale z ostatnich wypowiedzi minister Streżyńskiej wynika jednak, że koncepcja dostępu do e-dokumentów może być nieco inna. "Istniejące rozwiązania informatyczne umożliwiają realizację takich celów bez SMS-ów. Rozmawiamy jak ułożyć ten projekt od nowa" - powiedziała niedawno w wywiadzie dla TVN24.

      JEST INNY POMYSŁ: MOBILE CONNECT. Jakie to może być rozwiązanie? Najpewniej chodzi o mobile connect, czyli prosty sposób potwierdzania tożsamości za pomocą smartfona oraz z wykorzystaniem infrastruktury operatorów telekomunikacyjnych.  Pierwszą firmą telekomunikacyjną, która od kilku tygodni testuje już to rozwiązanie na wybranych klientach, jest T-Mobile. Mobile connect polega na tym, że jeśli chcę się zalogować do jakiejś bazy danych, to wpisuję na ekranie logowania - w komputerze lub tablecie - swój numer telefonu, zaś drugą częścią "klucza" jest powiadomienie push wysłane na ten telefon. Potwierdzam swoją tożsamość klikając "tak" na ekranie smartfona (gdy powiadomienie push zawiera jedynie prośbę o potwierdzenie, że chcę się zalogować w dane miejsce), albo wpisuję w komputerze lub na tablecie kod PIN (może być stałym hasłem albo jednorazowym, wysyłanym za pomocą powiadomienia push). W pierwszym wariancie telefon jest de facto tokenem sprzętowym, zaś w drugm - może dostarczać w bezpieczniejszy od SMS-a sposób jednorazowe hasło do logowania.

      Wprowadzenie mobile connect jako standardu w autoryzacji może zmienić nasze życie. Jeśli na tę technologię postawi Ministerstwo Cyfryzacji, to szybko wprowadzą ją wszyscy operatorzy telekomunikacyjni. I zaoferują ten sposób autoryzacji klientom nie tylko w kontaktach z urzędnikami, ale wszędzie tam, gdzie klient będzie chciał się zalogować - będzie to nowy, zunifikowany sposób potwierdzania tożsamości i autoryzacji dostępu w różne miejsca.

      schematintegracjioidc

       

      O mobile connect pisali niedawno też moi koledzy z Cashless.pl. Polecam ;-)

      LOGOWANIE DZIŚ: NIEBEZPIECZNE ALBO NIEWYGODNE. Wyobraźmy sobie, że chcemy zalogować się do sklepu internetowego. A później do innego sklepu, do portalu randkowego, do serwisu VOD, do banku, na konto u operatora telekomunikacyjnego, do biura obsługi klienta w firmie dostarczającej nam prąd... Dziś potrzebujemy do tego wszystkiego tuzina loginów i haseł (zdefiniowanych i zapamiętanych przy rejestracji kont). Oznacza to albo ryzyko "dekonspiracji" (bo wszystkie te loginy i hasła mamy gdzieś pozapisywane bez gwarancji, że ktoś nie wpadnie w posiadanie tej listy) albo... ryzyko utraty pieniędzy i tożsamości (bo mamy jedno hasło do wszystkiego i jeśli ktoś nam je wykradnie, może spróbować go np. żeby zalogować się w naszym imieniu np. w banku). Alternatywą dla polityki "jednego hasła" lub zapisywania wszystkich haseł na kartce (opcjonalnie w pliku o nazwie "moje hasła" :-)) jest korzystanie z opcji "zaloguj przez Facebooka". Ale to z kolei oznacza powierzania wielu danych osobowych - i nie tylko osobowych - amerykańskiemu serwisowi bez żadnej pewności, że nie zostaną kiedyś wykorzystane w niecny sposób.

      TELEKOM JAKO CENTRUM AUTORYZACJI. Mobile connect to technologia, która może skończyć z tym chaosem, bo przerzuca potwierdzanie tożsamości użytkownika na firmę telekomunikacyjną, która oferuje jedną "bramkę" do wszystkich miejsc, w których się logujemy. "Loginem" jest zawsze numer telefonu (czyli de facto karta SIM, którą "podpisaliśmy" nazwiskiem przy rejestracji), zaś hasłem smartfon (lub hasło dostarczone na ten telefon pushem). Niezależnie od tego na jakiej stronie się logujemy - zawsze potrzebny jest tylko ten zestaw danych. Żadnych loginów, PIN-ów, identyfikatorów i haseł, które trzeba byłoby zapamiętywać lub spisywać na karteczkach. Teleoperatorzy, mając działającą i przetestowaną usługę mobile connect zapewne w pierwszym rzędzie zastosują ją w kontaktach z własnymi klientami - wiem, że np. T-Mobile już testuje ten sposób autoryzacji klientów do e-kont, na których można konfigurować usługi, kupować telefony, dokupywać pakiety danych itp. - a potem zgłoszą się z podobną ofertą do banków, sklepów i usługodawców, którzy chcieliby ułatwić klientom logowanie przy zachowaniu dotychczasowego poziomu bezpieczeństwa.

       mobile_connect_hdiw1

      JEDNO HASŁO DO WSZYSTKIEGO I... SZYBKIE PŁACENIE? Usługodawcy prawdopodobnie nie będą mieli nic przeciwko temu, bo dziś ich głównym problemem jest to, iż odwiedzający ich strony internetowe klienci nie chcą się rejestrować (bo to wymaga wymyślania i zapamiętywania kolejnych loginów i haseł). W dalszej perspektywie można sobie wyobrazić połączenie mobile connect z inną technologią - direct billing. Czyli procesu logowania z łatwym zakupem na jeden klik w ciężar rachunku telekomunikacyjnego. Jeśli klient już się zautoryzował numerem telefonu i powiadomieniem push, to po co miałby używać do płacenia przelewów ekspresowych lub kart płatniczych, skoro jednym klikiem mógłby zlecać firmie telekomunikacyjnej obciążenie danym zakupem jego rachunku za telefon? Oczywiście, są już technologie płatnicze pozwalające płacić jednym klikiem, ale nie wszyscy z nich korzystają. Miejsce na połączenie mobile connect z direct billing niewątpliwie jest.

      KTO BĘDZIE CENTRUM AUTORYZACJI? BANKI CZY TELEKOMY? Technologia mobile connect, zwłaszcza jeśli zostanie ogłoszona oficjalnym standardem przez Ministerstwo Cyfryzacji, może wynieść teleoperatorów na zupełnie inną orbitę. Z usługodawców "takich jak wszyscy", występujących w jednym szeregu z dostawcami prądu, czy bankami, mogą się przeistoczyć w centra uwierzytelniania klientów i w pośredników w płatnościach. A na tym można zarobić całkiem duże pieniądze. To z kolei mogłoby oznaczać kłopot dla banków, które mają mniej więcej ten sam plan - z pośredników w obrocie pieniędzmi chcą się przekształcić w pośredników między klientami i handlowcami (podsuwających najlepsze opcje zakupowe i ich finansowanie) oraz w centrum autoryzacji tożsamości właśnie.

      Banki nie bez przyczyny ochoczo zadeklarowały gotowość przyjmowania wniosków w programie "Rodzina 500+". I nie bez powodu zaczynają umożliwiać dostęp do kont ePUAP (można na nim załatwić niektóre sprawy urzędowe) z poziomu bankowości elektronicznej. Mobile connect oznacza, że "bramkę" do autoryzacji dostępu w wiele miejsc ustawią telekomy. Choć z drugiej strony trudno sobie wyobrazić logowanie via konto bankowe np. do serwisów społecznościowych, czy randkowych, więc być może mobile connect aż tak bardzo nie wejdzie bankom w drogę. Aczkolwiek mogę sobie wyobrazić, że bankowcy chcieliby zintegrować konto bankowe z kontem klienta w firmie dostarczającej energię bądź usługi telekomunikacyjne. Mobile connect jest w tym kontekście dla bankowców niebezpiecznym rywalem.

      BANKI TEŻ WYKORZYSTUJĄ "PUSH" W AUTORYZACJI. Bankowcy  też zaczynają wykorzystywać mobile connect. mBank już teraz, jako pierwszy gracz w branży finansowej, wprowadza autoryzowanie transakcji za pomocą swojej aplikacji mobilnej i powiadomień push. Klient, który ma aplikację mobilną mBanku w smartfonie wkrótce będzie bezpieczniejszy - zamiast SMS-a, którego ktoś może przejąć i spróbować zdalnie wykorzystać, dostanie powiadomienie push, które musi wpisać na swoim smartfonie. Nawet gdyby złodziej przejął kod, to musi mieć jeszcze smartfona, żeby spróbować wyprowadzić pieniądze z konta klienta. Tyle, że do tego rozwiązania potrzebny jest w miarę nowoczesny smartfon, aplikacja mobilna (większość klientów banków jeszcze z nich nie korzysta, obawiając się o bezpieczeństwa) i aktywny transfer danych w smartfonie (to może rodzić duże koszty w czasie podróży poza Unię Europejską, gdzie transfer danych bywa potwornie drogi). Mobile connect udostępniany przez teleoperatorów działa nawet na starej Nokii, nie wymaga instalowania żadnych aplikacji (komunikaty są wysyłane po sieci telekomunikacyjnej), ani nie zżera transferu danych.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „Będzie rewolucja w logowaniu? Jedno mobilne hasło do wszystkiego? W T-Mobile już to testują”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 21 lutego 2017 09:10
  • wtorek, 14 lutego 2017
    • Polak lubi nowoczesność? Oni sprawdzili jak jest naprawdę na przykładzie... rachunku za prąd

      Od czasu do czasu zapodaję Wam ciekawe dane o Was samych - jak płacicie, jak oszczędzacie i inwestujecie, jak kupujecie i jak się zadłużacie oraz jak pracujecie i wypoczywacie. Dziś kolejna porcja danych - tym razem z przeprowadzonych przez NBP badań wśród posiadaczy kont bankowych (solidna, prawie tysiącosobowa próba). Autorzy badania postanowili się dowiedzieć czy mamy w ogóle konta w banku i jak ich używamy oraz jak opłacamy rachunki domowe. Czego się dowiedzieli? Ano do nieposiadania konta w banku przyznało się 20% badanych. Reszta jakiś ROR ma: albo samodzielnie, albo jako współwłaściciel. Jeśli chodzi o tę jedną piątą "bezROR-owców", to rekrutują się oni głównie z młodzieży (42% osób między 18-tym a 24-tym rokiem życia) oraz z emerytów (43% osób po sześćdziesiątce). Przeciętny bezROR-owiec to singiel z dochodem poniżej 2000 zł miesięcznie (odpowiednio 37% i 46%).

      ROR1

      Połowa posiadaczy kont osobistych twierdzi, że jest to konto darmowe. Mam pewne obawy, że część z nich ma jedynie takie subiektywne odczucie, że za konto nie płaci (bo w niektórych bankach nie jest łatwo spełnić warunki darmowości ROR-u), ale załóżmy, że większość z tych 50% rzeczywiście jest posiadaczami darmowych ROR-ów. To i tak byłby niezły wynik.

      ROR15

      Najczęściej za ROR płacą starsi klienci, którzy od lat mają konto w jednym banku, często w państwowym molochu, który ich nie rozpieszcza, ale daje poczucie bezpieczeństwa. Młodzież, jeśli już ma ROR, to dba o to, by było to konto darmowe. Większy dostęp do darmowego konta jest w dużych miastach (to pewnie kwestia większej "internetowości" mieszkańców).

      ROR3

      ROR4

      ROR5

      Mniej więcej taki sam odsetek osób, który nie ma konta, nie używa też karty debetowej, co oznacza, że jak już ktoś ma ROR, to zwykle bierze z też z banku plastik (choćby do wypłacania kasy z bankomatu, rzadziej do płacenia w sklepach, o czym będzie dalej). Im więcej kasy mamy do wydawania, tym chętniej do jej wypłacania bądź do zakupów bierzemy kartę.

      ROR6

      Trzy czwarte Polaków korzysta z bankowości internetowej (im większy dochód tym chętniej bankujemy online), zaś 28% - z bankowości mobilnej (tu akurat niezależnie od dochodu, a bardziej od wieku).

      ROR7

      ROR8

      NBP przepytał nas też o comiesięczne rachunki. Przeciętnie płacimy 6-7 rachunków rocznie (oczywiście im mniejsze gospodarstwo domowe i im mniejszy dochód, tym comiesięcznych faktur też jest mniej). Jakieś 22% z nas płaci je wciąż na poczcie. W tym oczywiście aż 38% osób po 60-tce.

      ROR9

      ROR10

      Odsetek płacących rachunki na poczcie mniej więcej pokrywa się z odsetkiem osób nie posiadających rachunku w banku. Ale NBP-owcy zapytali nas też w jaki sposób regulujemy jeden, konkretny rachunek - za energię elektryczną. Identyczne badania przeprowadzone w 2009 r. obnażyły naszą "gotówkowość". Otóż tylko 20% płaciło za prąd przelewem, zaś kolejne 6% jakimś zleceniem stałym, poleceniem zapłaty lub innym automatem. Aż 41% z nas szło z tym rachunkiem na pocztę, 20% do punktu obsługi klienta firmy energatycznej, zaś kolejne 11% - wpłacało cash w jakimś innym miejscu, w którym można zapłacić rachunek (bank, pośrednik finansowy).

      A dziś? Już 60% wykonuje płatność do zakładu energetycznego przez internet, 19% idzie na pocztę, zaś kolejne 17% idzie do banku (z gotówką bądź żeby wypełnić polecenie przelewu), do punktu obsługi klienta firmy energetycznej lub do pośrednika (sklep, firma przyjmująca płatności za rachunki). Zmiana w kierunku bezgotówkowości niewątpliwie jest, ale wciąż 36% ludzi traci czas na płacenie rachunków w staroświecki sposób. I to w kraju, w którym 80% ludzi ma konto bankowe, 75% używa bankowości przez internet, zaś więcej niż 25% - przez smartfona.

      ROR11

      ROR12

      ROR13

      No i na koniec jeszcze małe potwierdzenie naszej dużej "gotówkowości" - struktura płatności za zakupy. Otóż do sklepu 63% Polaków chodzi wciąż z gotówką. Co trzeci płaci kartą debetową (co oznacza, że więcej, niż co drugi posiadacz debetówki używa jej wyłącznie przy bankomacie!), a 4% przelewem - prawdopodobnie jest to ta część zakupów internetowych, która nie jest opłacana przy odbiorze.

      ROR14

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Polak lubi nowoczesność? Oni sprawdzili jak jest naprawdę na przykładzie... rachunku za prąd”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 14 lutego 2017 19:26
  • czwartek, 09 lutego 2017
    • Jak często płacicie bez gotówki? Średnia jest... wstydliwa, ale oni już wiedzą co z tym zrobić :-)

      Jeśli wierzyć analitykom z firm doradczych, najbliższe 10 lat może przynieść nam istną rewolucję w sposobach płacenia. Według firmy AT Kearney do 2025 r. liczba transakcji bezgotówkowych, które przeprowadzają mieszkańcy Starego Kontynentu, może się podwoić (ze 128 do 238 transakcji rocznie). O ile dziś tylko co czwarta transakcja płatnicza w Europie jest bezgotówkowa (w Polsce co piąta), to za blisko 10 lat będzie to już niemal co druga transakcja. Nie wiem jak często używacie do płacenia czegoś innego, niż gotówka (karty, przelewy, BLIK, płatności telefonem, płatności przelewami pay-by-link w sklepach internetowych, PayPal), ale wydaje mi się, że większość z moich czytelników jest powyżej przeciętnej, czyli jednej transakcji bezgotówkowej co trzy dni. Za 10 lat macie płacić bez-cashowo dwa razy częściej, niż dziś. Połowę tych transakcji wciąż będą stanowiły zakupy kartowe, co trzecią - przelewy, zaś 12% to będą płatności nowymi sposobami (telefonem, bitcoinami).

      ATkearney1

      AT Kearney prezentuje - a ja wklejam poniżej - ciekawy wykres, z którego wynika, że duży wpływ na tempo rozwoju płatności bezgotówkowych ma... gęstość sieci bankomatów. Tam, gdzie liczba transakcji bankomatowych na osobę w skali roku rośnie (ale bankomaty nie są tak dostępne, jak w innych krajach, oś Y), tam stosunkowo niewielki jest też przyrost transakcji bezgotówkowych (oś X). To oznacza, że wykres pokazujący zmianę trendów płatniczych w danym kraju jest stromy. Tam, gdzie transakcji bankomatowych było w przeszłości bardzo dużo, a dziś ich liczba na osobę spada (ludzie nasycili się już bankomatami), tam bardzo szybko rośnie liczba transakcji bezgotówkowych (to te długie, spadające linie w Holandii, Szwecji, Finlandii, Wielkiej Brytanii). Krótko pisząc: trzeba dać się ludziom "wyszumieć" stawiając bankomaty na każdym rogu, a sami dojdą do wniosku, że już im się nie chce.

       ATkearney21

      Dwa kolejne wykresy pokazują w jakich miejscach płacimy - na każdego Europejczyka rocznie przypada 800 transakcji - i w jaki sposób można w związku z tym rozwijać płacenie bez gotówki. Z tych 800 transakcji jakieś 80 transakcji to te dokonywane w urzędach i w ramach różnych biznesów, 140 transakcji rocznie to comiesięczne, stałe rachunki, 30 transakcji to zakupy w sklepach internetowych, 100 transakcji to zdalne przekazywanie pieniędzy między osobami (pożyczki, składki na wspólne imprezy, przekazywanie rodzinie pieniędzy, gdy pracujemy w innym mieście itp.), zaś aż 450 to transakcje, w których fizycznie widzimy przed sobą osobę, której płacimy.

       ATkearney31

      I w tych dwóch ostatnich obszarach jest potencjał, by umożliwiać ludziom płacenie inaczej, niż gotówką. W przypadku rozliczeń rodzinnych zdalnych mogą to być systemy przelewów z telefonu na telefon (już w Polsce takie są, choćmy BLIK), zaś w przypadku transakcji face-to-face - bankowość mobilna. Transakcje przez smartfona mają o tyle przyszłość, że już dziś połowa mieszkańców świata jest połączona z internetem stale lub przynajmniej raz na godzinę. I już dziś te osoby wykorzystują smartfony do kupowania, dzielenia się wiadomościami o zakupach, szukaniu produktów do zakupu, geolokalizacji i płacenia.

       ATkearney41

      No i na koniec o tym na czym będą zarabiały europejskie firmy finansowe w przyszłości. Dziś w przychodach z działalności "bezgotówkowej" 25 mld euro pochodzi z wydawania kart, 21 mld euro z rozliczania transakcji, 21 mld euro z transakcji transgranicznych, 6 mld euro z płatności alternatywnych, 4 mld euro z przelewów pay-by-link i 3 mld euro z bankomatów. Jak to będzie wyglądało za mniej, niż 10 lat? Rozliczanie transakcji kartowych będzie rządziło (35 mld euro) oraz bardzo szybko urosną przychody z nowych rodzajów płatności (smartfonem, peer-to-peer, czyli bezpośrednio między ludźmi, pieniędzmi podobnymi do bitcoinów itp.).

      ATkearney51

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „Jak często płacicie bez gotówki? Średnia jest... wstydliwa, ale oni już wiedzą co z tym zrobić :-)”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 09 lutego 2017 19:52
  • środa, 01 lutego 2017
    • Podatek bankowy ma już rok. Kto go naprawdę zapłacił? Myślisz, że banki? No to... liczymy ;-)

      Minął dokładnie rok od wprowadzenia w Polsce podatku bankowego. Jak pamiętacie, został on wprowadzony w najostrzejszej formule jaka istnieje w przyrodzie, a więc jako "kara" dla banków za udzielanie kredytów (bo do tego sprowadza się uznanie bankowych aktywów jako podstawy do opodatkowania - rekomendowałem bardziej profesjonalne dokopanie bankom). Pierwotnie rząd planował, że nowa danina przyniesie 6,5-7 mld zł do budżetu państwa, potem - że 5,5 mld zł, zaś wysocy oficjele związani z partią rządzącą zapewniali, że porafią zapobiec przerzuceniu podatku na klientów banków. Paweł Szałamacha, który zarządzał Ministerstwem Finansów w pierwszych miesiącach władzy PiS obiecywał, że gdy państwowy PKO BP - w ramach patriotycznej postawy - utrzyma dotychczasowe warunki depozytów i kredytów, to wywrze presję na inne banki, by też powstrzymały się przed zdzieraniem z klientów skóry. Dziś już wiemy, że to było tylko czcze gadanie. Czas więc na wstępny bilans. Kto i ile zapłacił "składki" na podatek bankowy?

      ILE PODATKU BANKI WZIĘŁY NA SWOJĄ "KLATĘ", A ILE NA NASZĄ? Od razu trzeba zastrzec, że ostateczny bilans wprowadzenia tej daniny jest mniejszy, niż to, co planował rząd. Zamiast 5 mld zł rocznych dochodów prawdopodobnie w zeszłym roku było najwyżej 3-3,5 mld zł (w połowie roku bilans wynosił miliard, a we wrześniu - 2 mld zł). Jaką część z tych 3-3,5 mld zł banki wzięły na klatę, a jaką część przerzuciły - wbrew obiecankom rządu - na swoich klientów? Spójrzmy na zyski branży. Rok 2015 banki kończyły zyskiem netto w okolicach 13,1 mld zł. Ale to wynik już po obciążeniu branży kosztami upadłości kilku SKOK-ów oraz SK Banku, co pochłonęło 5 mld zł (choć większość kasy banki już wcześniej "zachomikowały" w ramach składek do Bankowego Funduszu Gwarancyjnego). Z kolei po trzech kwartałach tego roku banki zarobiły 11,4 mld zł, a ich całoroczne zyski sięgać mogą 14-14,5 mld zł (ale tu korekta w drugą stronę - 1,5 mld zł to jednorazowy "zastrzyk" uzyskany od amerykańskiej Visy za sprzedaż udziałów w Visa Europe). Można więc zaryzykować stwierdzenie, że z odprowadzonego do urzędów skarbowych podatku banki jakiś miliardzik - no, może półtora - wzięły na klatę (głównie w postaci niższych prowizji kredytowych - z danych KNF wynika, że zyski prowizyjne banków w 2016 r. spadły o ok. 800 mln zł). A reszta?

      Czytaj też: Banki "zapomniały" wypłacić nam 900 mln zł odsetek. Poszły na podatek.

      OBNIŻYLI CI OPROCENTOWANIE LOKATY? PŁACISZ PODATEK BANKOWY. Przez cały zeszły rok wskaźnik WIBOR, odzwierciedlający cenę pieniądza w handlu między bankami stał w miejscu w okolicach 1,7%. Tymczasem oprocentowanie depozytów systematycznie szło w dół. Jak wynika z danych zamieszczonych na stronie polskabankowosc.com.pl pod koniec 2015 r. średnie oprocentowanie najlepszych depozytów rocznych wynosiło 2%, a pod koniec 2016 r. - już tylko 1,7%. Dwuletnie spadły z 2,3% do 2%.

      polskabankowoscoprocentowaniedepo

      To nie są duże różnice, ale z danych NBP wynika, że osoby prywatne powierzyły bankom 660 mld zł. Oczywiście część z tych pieniędzy i tak nie jest oprocentowana (leżą na ROR-ach). Ale 291 mld zł to klientowskie depozyty terminowe, których oprocentowanie w ciągu roku spadło, by banki mogły zwiększyć marżę odsetkową, poprawić zyski i mieć z czego zapłacić podatek bankowy. Policzmy: 0,3% (pkt. proc.) liczone od prawie 300 mld zł... to miliard. Kolejne 100 mld zł to pieniądze na kontach oszczędnościowych, których "przecena" oprocentowania dotknęła proporcjonalnie nawet bardziej, niż depozytów. Obniżka odsetek o 0,4% (pkt. proc.) - a taka była skala "ścinki" w większości banków - oznacza o 400 mln zł więcej w kasach banków. Wygląda mi na to, że deponenci "zapłacili" w niższym oprocentowaniu depozytów 1,4 mld zł podatku bankowego.

      BRAŁEŚ KREDYT NA MIESZKANIE? DORZUCIŁEŚ SIĘ DO PODATKU BANKOWEGO. Drugim widocznym trendem wynikającym z wprowadzenia podatku bankowego było podwyższanie marż kredytów hipotecznych. Ich rentowność - po opodatkowaniu aktywów banków - jest najniższa, więc nic dziwnego, że bankowcy właśnie tym kredytom podwyższyli cenę. Średnia marża nowo udzielanego kredytu hipotecznego wynosiła rok temu 1,7-2% (w zależności od wkładu własnego). Dziś jest to 2,1-2,3%. Wzrost wyniósł mniej więcej 0,3% (pkt. proc.). Jeśli banki rocznie pożyczają nam kredytów o wartości 40 mld zł na średni okres 25 lat, to wyższa marża przekłada się na 200 mln zł rocznie wyższych rat (i 2 mld zł w całym okresie kredytowania).

      redniamara_2016

      Wychodzi na to, że najbardziej dołożyli się do podatku bankowego deponenci (zarobili o 1,4 mld zł mniej, niż gdyby podatku nie było), w drugiej kolejności same banki (odpuściły 800 mln zł prowizji), a w trzeciej - osoby zaciągające kredyty hipoteczne (zapłaciły w tym roku o 200 mln zł wyższe raty). Ale one będą "płaciły" podatek bankowy jeszcze przez dłuuuugie lata ;-). Czy w 2017 r. te proporcje ułożą się tak samo? Śmiem wątpić, bo w tym roku banki nie dostaną 1,5 mld zł "prezentu" od Amerykanów, a to może ograniczyć ich chęć do partycypowaniu w podatku bankowym. Zresztą widać co dzieje się z prowizjami za konta i karty - jest dopiero miesiąc po Sylwestrze, a bankowcy już zaczynają dokręcać śrubę.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (10) Pokaż komentarze do wpisu „Podatek bankowy ma już rok. Kto go naprawdę zapłacił? Myślisz, że banki? No to... liczymy ;-)”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 01 lutego 2017 11:31
  • wtorek, 31 stycznia 2017
    • Badania pokazują jak nas ubogaciła "Rodzina 500+". Jest tylko jedno małe "ale"...

      Od czasu do czasu przyglądam się wynikom badań i sondaży na temat naszego oszczędzania i inwestowania pieniędzy. Jakkolwiek są to cyferki obarczone dużym marginesem błędu - Polacy, mówiąc o pieniądzach, uwielbiają koloryzować - to jednak można wyciągnąć z nich pewne wnioski. Mogą być one tym bardziej doniosłe, że w budżetach domowych kilku milionów rodzin widać już skutki programu "Rodzina 500+". Z wcześniejszych sondaży wynikało, że mniej więcej co szósta rodzina przeznacza pieniądze z rządowych dopłat bezpośrednich ;-)) na dzieci nie tylko na wyuzdaną konsumpcję, ale i do kieszonki z oszczędnościami. Choć z nieznanych bliżej przyczyn nikt nie chce za oszczędzane pieniądze kupować obligacji wicepremiera Morawieckiego ;-). To oznacza, że powinna się zmniejszyć - i to znacznie - liczba osób, które nie mają żadnych oszczędności (od wielu lat deklarowała ten przykry stan mniej więcej połowa Polaków).

      I chyba tak właśnie się dzieje. Z "Barometru ING" wynika, że odsetek osób mających jakiekolwiek oszczędności wzbił się do poziomu 68%. Zaś "Postawy Polaków wobec finansów i technologii internetowych", badanie przeprowadzone późną kesienią 2016 r. przez ARC Rynek i Opinia na zlecenie XTB oraz PayU pokazuje, że procent tych, którzy oszczędzają wynosi 64%. Przy czym podejście badaczy do tego pytania jest bardzo liberalne, bo do oszczędzających zaliczano każdego, kto zadeklarował, że w ciągu roku cokolwiek odłożył.

      arcxtb001

      Wygląda na to, że "Rodzina 500+" to rodzaj zewnętrznego "dopalacza", który co prawda przyspiesza oszczędzanie, ale tylko krótkoterminowo, bez uruchomienia jakichkolwiek sprzężeń zwrotnych. Bo kiedy zapytać ludzi jak się ma relacja pieniędzy, które wydają do tych, które zarabiają to jest w dalszym ciągu po staremu - połowa wydaje wszystko co zarabia albo nawet więcej, a druga połowa coś-tam może zaoszczędzić. Gdyby 500+ się skończyło, to odsetek oszczędzających znów wróci poniżej 50%. Program "Rodzina 500+", najkrócej mówiąc, pozwala zwiększyć bazę osób mających jakiekolwiek oszczędności o 15%, dając im niestety tylko rybę, a nie wędkę, dzięki której mogliby to swoje oszczędzanie napędzić.

      arcxtb000

      Aczkolwiek - to już w blogu obnażałem wielokrotnie - tylko mniej niż połowa z tej "większej połowy" oszczędzających, odkłada pieniądze systematycznie. Z badań PayU i XTB wynika, że mniej więcej jedna trzecia z oszczędzających jest systematyczna, zaś spory procent "się stara, ale nie zawsze wychodzi". Trzeba założyć, że rzadko kiedy wychodzi ;-)). Mamy więc 64% oszczędzających, z czego co trzeci (czyli jakieś 21%) oszczędza systematycznie. To niezły wynik, bo we wcześniejszych badaniach wychodziło 12-14%, zaś kilka lat temu były to wręcz odsetki jednocyfrowe.

      arcxtb11

      Po ile oszczędzamy miesięcznie? Tu też od lat się niewiele zmienia. Mniej więcej połowa przyznających się do oszczędzania odkłada kwoty zbyt symboliczne, by zbudować porządną poduszkę finansową i osiągnąć zamożność lub przynajmniej niezależność finansową. A druga połowa jest w stanie odłożyć więcej, niż 250 zł miesięcznie. I zapewne z tych osób w większości rekrutują się systematycznie oszczędzający.

      arcxtb2

      Jeśli już oszczędzamy (aby przechować pieniądze i wydać później) lub inwestujemy (aby zwiększyć ich wartość) to cele są raczej krótkoterminowe, zaś czasokres - w większości nie przekraczający roku-dwóch. Tylko 13% z "większej połowy" oszczędzających Polaków ma horyzont czasowy przekraczający pięć lat. W realiach zachodnich to jest short-term. Można więc powiedzieć, że chętniej oszczędzamy systematycznie, powoli dorastamy, ale wciąż jesteśmy w "szortach" ;-)

      arcxtb3

      Można więc założyć, że co trzecia z osób systematycznie odkładających pieniądze i inwestujących je nie tylko w banku czyni to długoterminowo. To głównie oni budują swoją finansową zamożność, reszta po prostu oszczędza odraczając konsumpcję na później. No, chyba że założymy, iż osoby odpowiadające "trudno powiedzieć" też oszczędzają długoterminowo. Z teminem dążącym do nieskończoności ;-). Boję się jednak, że w tej odpowiedzi chodzi raczej o drugie dno pt. "w każdej chwili może się okazać, że wydam zaoszczędzone pieniądze" ;-).

      arcxtb41

      Dlaczego nie inwestujemy pieniędzy? Albo nie mamy kasy albo... to dla nas za trudne. Połowa z tych, którzy nie inwestują mówi bez ogródek, że nie ma pieniędzy - co się zgadza z innymi ustaleniami - zaś 44% przyznaje się, że nie ma odpowiedniej wiedzy. Reszta szuka innych wymówek, ale w gruncie rzeczy też chodzi o to samo - brak rozeznania o co w tym całym inwestowaniu chodzi. To jest powód, dla którego w blogu będzie więcej o podstawach inwestowania pieniędzy i o tym dlaczego warto trzymać je nie tylko w banku.

      arcxtb5

      O LOKOWANIU OSZCZĘDNOŚCI W AKCJI "DYWIDENDA JAK W BANKU". Od wiosny 2016 r. w blogu trwa akcja "Dywidenda jak w banku", w której zdradzam sposoby na w miarę bezpieczne lokowanie oszczędności inaczej, niż tylko na depozycie bankowym. Zapisując się na newsletter akcji nie przegapicie żadnego z kolejnych tekstów, klipów wideo, webinarów, ani konkursów. W akcji bierze też udział Longterm.pl, najstarszy bloger zajmujący się inwestowaniem długoterminowym - Giełda Papierów Wartościowych oraz Stowarzyszenie Inwestorów Indywidualnych. Obejrzyjcie też jak - wspólnie z Longtermem - mierzyliśmy się z lękami związanymi z lokowaniem oszczędności, zwiedzaliśmy kasyno, udaliśmy się na ryby. Zabawne i pouczające.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Badania pokazują jak nas ubogaciła "Rodzina 500+". Jest tylko jedno małe "ale"...”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 31 stycznia 2017 19:56
  • czwartek, 26 stycznia 2017
    • Niezręczność państwowa? Były supernadzorca banków błyskiem wylądował w... banku

      andrzejjakubiakDziś ujawniłem w "Wyborczej", że Andrzej Jakubiak, który niedawno zakończył szefowanie Komisji Nadzoru Finansowego, dość szybko odnalazł się w nowej rzeczywistości. Od niedawna pracuje na etacie w... banku komercyjnym. Jednym z tych, które niedawno nadzorował. Tym, którzy nie śledzą na bieżąco zmian w supernadzorze nad instytucjami finansowymi przypomnę, że Jakubiak zakończył pięcioletnią kadencję przewodniczącego Komisji Nadzoru Finansowego dokładnie 10 października 2016 r. Teoretycznie po zakończeniu misji na tak eksponowanym stanowisku powinien na rok zniknąć, zaszyć się gdzieś, poświęcić pracy naukowej, albo zająć wygłaszaniem wykładów lub odczytów. Tak nakazywałaby "ostrożność procesowa". Ale najwyraźniej bezczynność byłemu przewodniczącemu  nie służy, bo już trzy miesiące po zakończeniu urzędowania przy warszawskim pl. Powstańców odnalazłem go na liście płac w mBanku. A dokładniej: na stanowisku zastępcy dyrektora działu prawnego w tej zacnej instytucji finansowej. 

      To, że Jakubiak znalazł pracę jako prawnik specjalizujący się w finansach nie dziwi. Wszak ma prawnicze wykształcenie - ukończył studia na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego - zaś przed objęciem funkcji szefa KNF pracował m.in. jako dyrektor departamentu prawnego w Narodowym Banku Polskim. Ma też pewne doświadczenia praktyczne - jako szef nadzoru bankowego doglądał wszystkich największych transakcji: przejęć, wchodzenia nowych banków do Polski, ich sprzedawania (niektóre transakcje osobiście aranżował, jak np. wyrzucenie z Polski właściciela Banku Smart). To kapitał wiedzy i doświadczenia. Z tego punktu widzenia można byłoby się co najwyżej dziwić, że po odejściu z nadzoru bankowego "zaparkował" na stosunkowo niskim stanowisku. Niższym od tych, które zajmował przed objęciem funkcji szefa KNF (wiceprezydent Warszawy, zastępca Głównego Inspektora Nadzoru Bankowego). 

      Jednak przechodzenie po trzech miesiącach z fotela supernadzorcy do instytucji nadzorowanej musi dziwić. Jakubiak mógł szukać pracy w firmach doradczych lub kancelariach prawniczych, gdzie również przydałaby się jego wiedza prawnicza i finansowa. Ich nie nadzorował przez pięć ostatnich lat. Dlaczego przejście do banku to niezręczność? Z racji sprawowanej do niedawna funkcji Jakubiak ma ogromną - nie tylko oficjalną, ale i zakulisową - wiedzę na temat kondycji, silnych i słabych stron poszczególnych banków. Zna ich "miękkie podbrzusze" prawie tak dobrze, jak własne. Prześwietlał konkurentów mBanku, z którymi walczy on na śmierć i życie o grube miliardy złotych. Nie ma żadnych dowodów na to, że swoją tajemną wiedzę Jakubiak w jakikolwiek sposób będzie wykorzystywał na korzyść nowego pracodawcy i na szkodę jego konkurencji (z pozycji zastępcy szefa departamentu prawnego jest to niemożliwe). Ale kto wykluczy, że Jakubiak będzie w mBanku nieformalnym doradcą zarządu z kompetencjami znacznie szerszymi, niż te oficjalnie wytyczone mu przez piastowaną funkcję?

      Komentatorzy - widząc szybki transfer byłego szefa nadzoru do banku komercyjnego - będą się zapewne zastanawiali czy decyzje nadzorcze, podejmowane przez Jakubiaka w ostatnich miesiącach urzędowania w KNF, nie miały w tle jego przyszłego zatrudnienia. Aż tak daleko bym się nie posunął w spekulacjach, choć niestety oberszef nadzoru sam trochę takie dywagi prowokuje. KNF nie podejmuje uchwał dotyczących banków jednoosobowo (na posiedzeniach głosuje siedmiu członków, jedynie przy remisie głos przewodniczącego jest decydujący), więc Jakubiakowi byłoby trudno skutecznie walczyć o "lepsze traktowanie" tego czy innego banku. Przeglądając zeszłoroczne decyzje KNF dotyczące mBanku trudno znaleźć takie, które budziłyby wątpliwości co do bezstronności KNF. Na mBank zostały m.in. nałożone ostatnio dwa dodatkowe bufory kapitałowe (ze względu na strategiczne zneczenie banku i portfel kredytów frankowych) oraz ograniczenia w wypłacaniu dywidendy.

      Banki generalnie nie miały z Jakubiakiem łatwo, jak bracia Daltonowie z Lucky Luckiem ;-)). Ale przeciwnicy Jakubiaka zapewne przypomną mu bardzo ostre sądy na temat frankowiczów i raporty z wyliczeniami ogromnych kosztów, jakie mogłyby ponieść banki po przewalutowaniu kredytów frankowych. mBank - mający duży portfel kredytów frankowych - z pewnością jest jednym z beneficjentów krytycznego stanowiska KNF dotyczącego przewalutowania kredytów. Raporty KNF opierały się na danych przesłanych przez banki, ale były zbieżne z analizami innych urzędów, np. Narodowego Banku Polskiego. Jednak Jakubiakowi i tak oberwało się za to, że w tak ważnej sprawie był dla banków zbyt łagodny, stosując standardowe instrumentarium analityczne, zamiast wprowadzić do nich inspekcje i pozyskać samodzielnie dane. 

      Najgorsze jest to, że państwo zostawia bardzo wysokich urzędników bez żadnego "zabezpieczenia" po zakończeniu przez nich urzędowania. Każda korporacja, zatrudniając menedżera na kluczowym stanowisku, wiążącym się z dostępem do największych tajemnic, potrafi zadbać o to, żeby taki menedżer nie mógł z dnia na dzień zatrudnić się u konkurencji. W przypadku ludzi takich jak przewodniczący, czy nawet członkowie KNF, państwo powinno zadbać o interes wolnego rynku i równej konkurencji. A więc zapewnić odchodzącemu urzędnikowi przynajmniej półroczne "wakacje" z godziwym wynagrodzeniem.  Skoro państwo nie dba o swoich wysokich urzędników po zakończeniu przez nich służby, to oni mają prawo zadbać o siebie sami, żeby mieć co do garnka włożyć. Wynagrodzenie przewodniczącego KNF wynosi ok. 30.000 zł miesięcznie i oczywiście Jakubiak mógłby w czasie pięciu lat urzędowania zaoszczędzić tyle pieniędzy, by na kilka miesięcy móc "zniknąć" po złożeniu urzędu, nie przymierając głodem. Mógł, ale nie musiał. A państwo ma obowiązek zadbać, by taki człowiek nie mógł zbyt wcześnie "sprzedać" swojej wiedzy prywatnemu bankowi.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (25) Pokaż komentarze do wpisu „Niezręczność państwowa? Były supernadzorca banków błyskiem wylądował w... banku”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 26 stycznia 2017 16:18
  • środa, 04 stycznia 2017
    • Mission (prawie) impossible, czyli trzy prace nowego prezesa giełdy. Syzyf miał łatwiej ;-)

      antczakfotoRafał Antczak, znany i ogólnie ceniony ekonomista, pracujący ostatnio w zarządzie firmy doradczej Deloitte, pokieruje Giełdą Papierów Wartościowych w krytycznym dla jej przyszłości czasie. Tak zadecydowało walne zgromadzenie akcjonariuszy, w którym karty rozdaje państwo (kontroluje 52% głosów). W tym przypadku emanacją państwa (według maksymy: "państwo to ja") jest wicepremier Mateusz Morawiecki, bo to on podobno namaścił Antczaka :-). Stery nowy prezes przejmie od Małgorzaty Zaleskiej, która na fotelu prezesa GPW siedziała jedynie przez rok, więc trudno nawet ocenić jej zasługi (zwłaszcza, że jej credo było edukowanie Polaków i ocieplanie wizerunku giełdy, a to cele trudno policzalne - zwłaszcza w krótkim terminie).

      Antczak - specjalizujący się w tematyce makroekonomicznej - ma z pewnością wystarczającą wiedzę o rynku kapitałowym, by spróbować uratować karlejącą giełdę przed losem skansenu, do którego warszawski parkiet niebezpiecznie się zbliża. Ma ekonomiczny dyplom Uniwersytetu Warszawskiego, a zanim trafił do Deloitte był menedżerem średniego szczebla w PZU, działał też w centrum analiz ekonomicznych CASE. Flirtował bez obrzydzenia z politykami (doradzał rządom, wypracowywał programy przedwyborcze...). Pod względem poglądów nieco bliżej mu chyba do PiS, niż do PO i Nowoczesnej, ale w takich sprawach jak kwestia wieku emerytalnego, czy ładowanie publicznych pieniędzy w nierentowne kopalnie wyrażał zawsze rozsądne poglądy. A co najważniejsze, nowy prezes GPW od dawna wyraża pogląd, że trzeba jak najbardziej wzmocnić oszczędności Polaków, bo inaczej nie mamy szans dogonić Niemców pod względem bogactwa i rozwoju gospodarczego.

      WPROWADZIĆ GIEŁDĘ NA POLITYCZNE SALONY. Od dobrych kilku lat politycy robią wszystko, by zwykłemu Polakowi rynek kapitałowy kojarzył się tylko z szulernią i bukmacherką. Prawie nikt w świecie polityki nie rozumie po co firmy wchodzą na giełdę (bo tam można pozyskać kapitał na rozwój taniej i bardziej elastycznie, niż w banku) i co tam robią posiadacze oszczędności (chcą mieć "cegiełki" rozwijających się spółek i co roku dostawać dywidendy wyższe, niż odsetki od bankowych depozytów). Odkąd w Polsce rządzi PiS wydaje się wręcz, że w planie rządu giełdowy parkiet jest zawalidrogą. Oszczędności Polaków, które są lokowane w akcje spółek, mogłyby przecież pójść na finansowanie rządowych programów "Rodzina 500+", czy "Mieszkanie 500+", albo np. "Autostrada 500+" :-). A rząd zajmuje się głównie nacjonalizacją i repolonizacją. Dopóki politycy nie zrozumieją, że giełda, budując sukces polskich firm, jest ich sojusznikiem, będzie ona obumierać. A ich przekonanie, że giełda to nie szulernia, jest zadaniem dla nowego prezesa GPW.

      Czytaj też: Wkurzają cię odsetki od bankowych lokat? Ich też wkurzyły, więc...

      Czytaj też: Buty, ciuchy, cukierki... Kto uwierzył, z 10.000 zł mógł wyciągnąć... milion!

      PRZEKONAĆ POLAKÓW DO OSZCZĘDZANIA. Nie wiem jakie są poglądy prezesa Antczaka na temat ulg podatkowych, które można byłoby przyznawać Polakom w zamian za długoterminowe oszczędzanie. Jedni mówią, że objęcie ulgą inwestycji trwających np. więcej niż pięć lat to byłoby wyłącznie dodatkowym bonusem dla tych, którzy i tak by gromadzili oszczędności, zaś inni uważają, że być może przez to byłaby dla ludzi alternatywa do wydawania pieniędzy na głupoty. Pewne jest to, że jakieś mechanizmy wspomagające oszczędzanie pieniędzy (nie tylko w banku) powinny wreszcie powstać. I to jest druga ważna misja prezesa GPW. "W krajach Unii Europejskiej 45% aktywów finansowych gospodarstw domowych utrzymywanych jest w funduszach emerytalnych, a 34% w gotówce i depozytach bankowych. W Polsce proporcje te wynoszą odpowiednio 17% i aż 54%. W 2014 r. tylko 5% aktywnych zawodowo Polaków posiadało konta IKE (Indywidualne Konto Emerytalne), z czego jedynie 32% dokonało jakichkolwiek wpłat" - pisał niedawno Antczak. Zgłaszam się do pomocy, by pomóc szefowi GPW w edukacyjno-regulacyjnej ofensywie oszczędnościowej.

      Czytaj: Aby chciało nam się chcieć oszczędzać, czyli 6 pomysłów na kopnięcie nas w tyłek

      Czytaj też: Mała sensacja w naszym oszczędzaniu na emeryturę. Ruszyło się!

      ŚCIĄGNĄĆ NA PARKIET NOWE FIRMY. Dużym problemem polskiej giełdy jest brak napływu nowych, atrakcyjnych spółek. Bez nich trudno przyciągnąć nowych kapitał inwestorów, a bez świeżego kapitału zarówno wyceny spółek są nędzne, jak i możliwości pozyskiwania przez nie nowego kapitału - a do tego służy przecież parkiet - ograniczone. Co z tym zrobić? Prywatyzacja się skończyła (zresztą sytuacja, w której duża część najważniejszych spółek giełdowych de facto pozostaje pod kontrolą Skarbu Państwa, jest niezdrowa), OFE zostały wykastrowane z połowy kapitału przez poprzedni rząd (a obecny chce je jeszcze wykastrować po raz drugi), z gruntu prywatne firmy pozagiełdowe coraz rzadziej widzą na parkiecie wartość dodaną, a zagranicznych emitentów, którzy gremialnie by wchodzili na polską giełdę, dojmująco brakuje. Zbudowanie w firmach mody na giełdę i zwiększenie prestiżu wynikającego z bycia spółką publiczną to może być najtrudniejsze z zadań nowego szefa GPW. Jeśli mu się nie uda, giełda skarleje, a potem "zdechnie", zaś oszczędności Polaków będą rosły znacznie wolniej, niż by mogły.

      dywidenda222WIĘCEJ O LOKOWANIU OSZCZĘDNOŚCI W AKCJI "DYWIDENDA JAK W BANKU". Od wiosny 2016 r. w blogu trwa akcja "Dywidenda jak w banku", w której zdradzam sposoby na w miarę bezpieczne lokowanie oszczędności inaczej, niż tylko na depozycie bankowym. Zapisując się na newsletter akcji nie przegapicie żadnego z kolejnych tekstów, klipów wideo, webinarów, ani konkursów. W akcji bierze też udział Longterm.pl, najstarszy bloger zajmujący się inwestowaniem długoterminowym - Giełda Papierów Wartościowych oraz Stowarzyszenie Inwestorów Indywidualnych. Zapraszam do odwiedzenia strony akcji "Dywidenda jak w banku". Obejrzyjcie też jak - wspólnie z Albertem - mierzyliśmy się z lękami związanymi z lokowaniem oszczędności, zwiedzaliśmy kasyno, udaliśmy się na ryby. Zabawne i pouczające.

      Więcej na ten temat czytajcie na stronie akcji (www.dywidendajakwbanku.pl)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Mission (prawie) impossible, czyli trzy prace nowego prezesa giełdy. Syzyf miał łatwiej ;-)”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 04 stycznia 2017 21:30
  • niedziela, 01 stycznia 2017
  • piątek, 23 grudnia 2016
    • Ważne orzeczenie unijnego trybunału. Pomoże również polskim kredytobiorcom?

      Najbardziej zdesperowani z 500.000 posiadaczy kredytów hipotecznych we frankach wypatrują jak kania dżdżu wszelkich nadziei na "uwolnienie się" od niewygodnego zobowiązania. Najlepiej gdyby była to możliwość odwalutowania ich kredytów z datą zawarcia umów lub uznania umów kredytowych za niebyłe. W obu przypadkach oznaczałoby to przerzucenie na banki całości niekorzystnych różnic kursowych, których ofiarą padli frankowicze (pytanie brzmi na ile świadomie się na nie zdecydowali, ale tu punkt widzenia zależy od miejsca w kinie ;-)). Jakkolwiek ostatnio zapadło kilka wyroków, które dają szansę na ziszczenie się tych nadziei, to jednak najważniejszy bój jest jeszcze przed kredytobiorcami. "Frankowi" prawnicy w swoich materiałach prasowych chętnie używają słów "precedensowy", "przełomowy", "historyczny", ale na razie większość ich zwycięstw to korzystne dla klientów wyroki zapadłe dopiero w pierwszej instancji. Na prawomocne orzeczenia wciąż czekamy.

      Czytaj też: Wyrok sądu niczym dobry thriller. Klient przegrywa po całości, ale...

      Obejrzyj też: Ale kowboj! Wydając wyrok zbeształ nawet Sąd Najwyższy

      Wniknij: Parszywa dwudziestka, czyli o wyroku, który może kosztować pół miliarda

      Podnieć się: Uzasadnienie tego wyroku to hit. Nawet bank nie znał... umowy

      Zerknij: Frankowicze wygrywają wszystko i wszędzie? To gruba przesada

      Prawdziwym testem będzie Sąd Najwyższy, do którego frankowe sprawy trafią zapewne w 2017 r. Dopiero jego wykładnia potwierdzi lub zaprzeczy tezie, że kredyty frankowe należałoby odwalutować lub unieważnić. Na razie wciąż aktualna jest mrożąca krew w żyłach frankowiczów opinia Najwyższego (wydana przy okazji "uwalania" pozwu zbiorowego "Nabitych w mBank"), iż w ich umowach są co prawda nieprecyzyjne klauzule (niewiążące klienta, czyli abuzywne), ale to jeszcze nie powód, by bezmyślnie je z umów usuwać, gdyż to by zmieniało "naturę" tych kontraktów. A zamiast zmieniać naturę czegokolwiek trzeba być roztropnym, więc to biegli-eksperci powinni ustalić jak duża jest "wina" banku. Krótko pisząc: Sąd Najwyższy do tej pory optował za "stopniowalnością" konsekwencji nieprecyzyjnych zapisów w umowie. Owszem, było też drugie orzeczenie, w którym Najwyższy - gdy dostał do oceny wypowiedzianą przez bank umowę frankową - stwierdził, że nie wiadomo ile klient jest winny, ale nie stwierdził wprost, że trzeba kredyt odwalutować bądź unieważnić.

      Czytaj też: Prawomocny wyrok w sprawie franków, czyli... głupia sytuacja

      Czytaj też: Sąd uznał, że klient nie wiedział ile pożyczył. Bank się nie odwołał

      Drugim kluczowym punktem w wojnie frankowiczów z bankami będzie sąd unijny, czyli TSUE (Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej). Dopóki jesteśmy w Unii, musimy się trzymać jego orzeczeń. TSUE na wniosek sądów z różnych krajów udziela odpowiedzi i wykładni, które mogą przeważyć szalę. Np. jakiś czas temu TSUE orzekł, że kredyt hipoteczny nie jest instrumentem finansowym (czyli opcją walutową bądź kredyto-inwestycją). I w ten sposób zamknął frankowiczom drogę do żądania od banków odszkodowań za niewłaściwe poinformowanie o ryzyku związanym z "inwestycją" na rynku walutowym. To akurat nie było dobre orzeczenie dla frankowiczów, ale TSUE generalnie jest bardzo prokonsumencki i każe sądom w państwach unijnych bardzo szeroko interpretować kupiecką nieuczciwość. A konsekwencją nieuczciwości w umowach jest abuzywność, czyli "gumkowanie" poszczególnych zapisów.

      Dosłownie kilka dni temu TSUE ogłosił ciekawe także dla polskich frankowiczów orzeczenie. Dotyczy ono tego w jakim zakresie bank powinien ponosić konsekwencje nieuczciwych zapisów w umowie. Sędziowie dostali do rozważenia dwie sprawy klientów banków hiszpańskich, którzy mają w swoich umowach hipotecznych klauzulę minimalnego oprocentowania. To znaczy, że bank zagwarantował sobie w umowie, iż oprocentowanie kredytu wynosi EURIBOR plus marża, ale nie mniej niż określona wartość. Tak się składa, że stopy procentowe są tak niskie, iż EURIBOR plus marża znalazł się poniżej owego minimalnego oprocentowania kredytu. Klienci się wkurzyli i poszli do sądu z żądaniem zwrotu nadpłaconych rat (trochę to przypomina boje naszych klientów o uwzględnianie ujemnego LIBOR-u). Stwierdzili, że klauzula była napisana jakąś chińszczyzną (z całym szacunkiem dla Chińczyków), więc ich nie wiąże. Tribunal Supremo (Sąd Najwyższy w Hiszpanii) w 2013 r. rekompensatę przyznał, ale... tylko od momentu wydania orzeczenia.

      "Tribunal Supremo orzekł, że klauzule „dolnego progu” były zgodne z prawem, że odpowiadały obiektywnym względom, że nie były ani nadzwyczajne, ani wyjątkowe, że ich stosowanie było tolerowane przez długi czas na rynku kredytów na zakup nieruchomości, że ich nieważność opiera się jedynie na braku przejrzystości wynikającej z niewystarczającego informowania kredytobiorców, że ustalanie minimalnej stawki oprocentowania odpowiadało konieczności utrzymania minimalnej rentowności kredytów hipotecznych (...) oraz, że moc wsteczna stwierdzenia nieważności spowodowałyby poważne trudności gospodarcze"

      - relacjonuje TSUE w uzasadnieniu swojego orzeczenia. W rozumowaniu hiszpańskiego Sądu Najwyższego jest pewne podobieństwo do tego, co ogłosił polski Sąd Najwyższy w sprawie "Nabitych w mBank". Tu też pojawiły się argumenty "zmiękczające" abuzywność (np. taki, że trzeba uważać, by przedsiębiorca nie został nadmiernie pokrzywdzony). W przypadku hiszpańskiego sporu Najwyższy podniósł argument, że wcześniej takie zapisy, jakie znalazły się w umowach z klientami, nikomu nie przeszkadzały, a klienci ich nie podważali, więc karanie ich wstecz za to, co kiedyś było dozwolone i akceptowalne, jest złamaniem konstytucyjnej zasady pewności prawa. Sprawy hiszpańskich klientów trafiły w końcu do TSUE. A ten podszedł do sprawy dość pryncypialnie:

      "Warunek umowny uznany za nieuczciwy należy co do zasady uznać za nigdy nieistniejący, tak by nie wywoływał on skutków wobec konsumenta. W związku z tym sądowe stwierdzenie nieuczciwego charakteru takiego warunku powinno mieć skutek w postaci przywrócenia sytuacji prawnej i faktycznej konsumenta, w jakiej znajdowałby się on w braku rzeczonego warunku. (...) Ograniczenie w czasie skutków prawnych wynikających ze stwierdzenia nieważności klauzul „dolnego progu”, którego dokonał Tribunal Supremo prowadzi do pozbawienia konsumenta prawa do otrzymania pełnego zwrotu kwot, jakie nienależnie zapłacił on instytucji bankowej na podstawie owej klauzuli w okresie poprzedzającym dzień wydania wyroku"

      - stwierdził TSUE. To oznacza, że banki hiszpańskie będą musiały wybulić jakieś 4 mld euro z tytułu nienależnie pobranych rat kredytów. Dlaczego o tym piszę? Przecież u nas nie ma kredytów z określonym progiem oprocentowania, poniżej którego nie może ono spaść. Banki co prawda miały problem z uwzględnianiem ujemnego LIBOR-u do liczenia oprocentowania kredytu, ale aktualnie honorują ujemną stopę procentową. Interwencja TSUE nie jest więc potrzebna (zresztą akurat w umowach polskich kredytobiorców klauzule mówiące o tym, że oprocentowanie nie może być ujemne, są precyzyjne - inaczej, niż te w "hiszpańskich" umowach).

      Ale orzeczenie, o którym dziś piszę, może być wskazówką dla sądów głowiących się co zrobić z abuzywnością np. klauzul spreadowych. Pamiętacie orzeczenie Sądu Najwyższego, w którym stwierdził, że skoro klienci mieli od pewnego momentu do dyspozycji ustawę antyspreadową (pozwalającą samodzielnie kupić franki na spłatę rat), to zwrot należy im się też tylko do tego momentu? Sądzę, że orzeczenie TSUE można potraktować jako kontrargument do tezy, iż jeśli klient może skorzystać z jakiegoś "ratunku", to "wina" banku jest mniejsza. Zresztą zapis ograniczający prawa klientów do zwrotu spreadów tylko do okresu sprzed uchwalenia ustawy antyspreadowej znajduje się też w prezydenckiej ustawie frankowej, która jest teraz w Sejmie. I kto wie czy posłowie nie zainspirują się orzeczeniem TSUE i nie będą chcieli wprowadzenia poprawek usuwających ten "bezpiecznik". TSUE przypomina też jak sądy powinny podchodzić do klauzul niedozwolonych. To są dość ostre sugestie: by sądy krajowe nie zajmowały się dzieleniem włosa na czworo i sprawdzaniem jaki powinien być "sprawiedliwy zysk banku", tylko przywracaniem równowagi:

      "Do sądu krajowego należy wyłącznie i jedynie wykluczenie stosowania nieuczciwego warunku umownego, tak aby nie mógł on wywoływać wiążącego skutku wobec konsumenta, przy czym sąd ów nie jest uprawniony do zmiany treści tego warunku. (...) Sąd krajowy ma obowiązek (...) zniwelować nierówność istniejącą pomiędzy konsumentem a przedsiębiorcą w sytuacji, gdy sąd ten dysponuje elementami stanu faktycznego i prawnego"

      Mówiąc wprost: TSUE po raz kolejny opowiedział się za bezwarunkowym "wygumkowaniem" każdego nieuczciwego zapisu w klientowskich umowach, rozciągając ową "bezwarunkowość" nie tylko na zakaz interpretowania umowy w nazbyt "filozoficzny" sposób, ale też wyłączając jakiekolwiek ograniczenia czasowe. Bardzo jestem ciekaw czy ten wyrok zmieni cokolwiek w wyniku decydującej bitwy prawniczej o kredyty frankowe. Jak sądzicie? Wyrok po polsku jest tutaj.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „Ważne orzeczenie unijnego trybunału. Pomoże również polskim kredytobiorcom?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 23 grudnia 2016 09:17
  • środa, 14 grudnia 2016
    • Getin Bank jest już na dnie. A co na to Leszek C.? Nowy trener będzie uczył konia latać!

      krzysztofrosinskigetinBardzo ciekawe rzeczy dzieją się w banku, o którego kondycję w głębi duszy martwią się dziś wszyscy włodarze polskich finansów. Getin Bank - szósty największy bank w Polsce i zarazem "brzydkie kaczątko" tej branży - zmienia prezesa. Po sześciu latach z tronu schodzi Krzysztof Rosiński, menedżer związany z grupą finansową Leszka Czarneckiego od ponad dekady. To ten dżentelmen na zdjęciu obok. Razem z fotelem zapewne straci też nie najgorszą pensyjkę. Jego miejsce zajmie Artur Klimczak, współautor sukcesu Banku Millennium. Nie wiadomo czy to zaplanowana sukcesja, czy po prostu skończyła się już cierpliwość głównego akcjonariusza Getin Banku, który od kilku lat musi patrzeć jak strasznie topnieje jego imperium (oczekiwałbym, że raczej to pierwsze, ale kto wie, pan Leszek to poryczy człowiek...). Oficjalne wieści są takie, że rezygnacja następuje z przyczyn osobistych, że prezes Rosiński przez co najmniej kilka miesięcy będzie wiceprezesem Getinu i że będzie nadal uczestniczył w strategicznych projektach Leszka C. Czy to jest cała, naga prawda? Nie wiadomo. Nie da się ukryć, że Getin Bank, który dziesięć lat temu był notowany na giełdzie przy cenie 19 zł za akcję, dziś walczy o to, by nie stać się spółką "groszową" (kilka dni temu kurs zbliżył się do 1 zł). Jedna złotówka majątku banku jest wyceniana przez inwestorów na... 20 groszy. Wartość rynkowa Getin Banku to dziś nieco ponad 1 mld zł, podczas gdy np. dysponujący nieco mniejszymi aktywami Alior Bank jest wyceniany przez inwestorów na ponad 8 mld zł.

      getinbank10lat

      Nie ma mowy ani o zyskach, ani tym bardziej o dywidendzie dla akcjonariuszy. Po trzech kwartałach tego roku Getin Bank, który jeszcze w 2012-2013 r. potrafił pokazywać 300-400 mln zł rocznego zysku, jest ponad 40 mln zł pod wodą. Jest też pod lupą Komisji Nadzoru Finansowego ze względu na duże zaangażowanie w kredyty frankowe. Kiedyś udzielał ich bardzo lekką ręką: kto nie dostał finansowania w innych bankach, szedł do Getinu i tu dostawał kredyt. Potwornie drogi i z pułapkami, ale dostawał. To się musiało zemścić. Dziś z wartego 32 mld zł portfela kredytów hipotecznych aż 4,7 mld zł stanowią kredyty z utratą wartości. Cały portfel kredytowy Getin Banku jest wart 47 mld zł, ale w ciągu roku spadł o 2,5 mld zł, co świadczy o dużym tempie "zwijania się" banku. To świadoma decyzja - mając tak duży garb zagrożonych kredytów frankowych Getin musi podnosić kapitał i wzmacniać wskaźniki wypłacalności, a nie zwiększać skalę działania.

      getinwynikii5latSzanując proporcje można powiedzieć, że Getin realizuje ten sam plan ratunkowy, który przyświeca włoskiemu UniCredit. On też zatrzymał machinę kredytową, wyprzedaje "srebra rodowe" (w tym Bank Pekao) i podnosi kapitał, by nie przewrócić się z powodu złych kredytów. Getin w ostatnich miesiącach sprzedał 50% udziałów w Getin Leasing za 180 mln zł, pozbył się też 30% własności towarzystwa funduszy inwestycyjnych Noble Funds. W efekcie udało się podpompować współczynnik wypłacalności (oparty na kapitale najwyższej jakości - Tier 1) z 9,8% do 12,4%. Było to konieczne, bo KNF żąda, by bank miał współczynnik wypłacalności na poziomie co najmniej 11,9%. Wraz ze zmniejszaniem skali działalności bank realizuje nową strategię, w której zamiast agresywnego wzrostu centralnym punktem jest poprawa jakości obsługi obecnych klientów i ich "uproduktowienie".

      Wyniki? Na razie umiarkowane, przynajmniej w sensie finansowym. Przychody z prowizji kredytowych spadły w ciągu ostatniego roku niemal o połowę (do 21 mln zł, zapewne wskutek spadku nowej sprzedaży kredytów), przychody z prowadzenia kont bankowych - o 9 mln zł (do 28 mln zł), z produktów inwestycyjnych - prawie o połowę (do 73 mln zł), z ubezpieczeń dokładanych do kredytów - o dwie trzecie (do 50 mln zł). Te spadki mogą mieć w sobie coś pozytywnego - wygląda na to, że bank przestał "ubierać" klientów w produkty skomplikowane i ryzykowne "zgrzewki". Nie nauczył się jeszcze jednak przyciągać nowych pieniędzy obecnych klientów, ani uruchomić "marketingu szeptanego", dzięki któremu ludzie polecaliby sobie usługi tego banku. Wartość depozytów nie przyrasta (wciąż w banku zdeponowanych jest 43 mld zł klientów indywidualnych). Udało się co prawda pozyskać 30.000 nowych ROR-ów, ale dla banku, który prowadzi ich milion nie jest to wielki sukces (najlepsi gracze mają wzrosty roczne sięgające 200.000 nowych ROR-ów).

      Czytaj też: Wcisnęli klientom mnóstwo kitu, a teraz cienko przedą. Taka karma?

      I w tej sytuacji rządy w Getin Banku przejmuje teraz Artur Klimczak. To menedżer, który nie jest w imperium Czarneckiego żadnym "spadochroniarzem": już od ponad roku, wspólnie z prezesem Rosińskim, współkierował bankiem w roli wiceprezesa. Ściągnięty za ogromne pieniądze z Banku Millennium (gdzie odpowiadał za detal i pomógł zbudować bardzo udany pakiet usług pod hasłem "Konto 360"), ma przerobić Getin z agresywnego rekina, nakierowanego wyłącznie na szybki zysk, w bank przyjazny klientowi, cechujący się wysoką jakością obsługi, potrafiący utrzymać klienta nie tylko wtedy, gdy przywiąże go do kaloryfera. Wprawdzie "barometr Samcika" wykazuje, że w ostatnim czasie liczba niezadowolonych z usług Getinu czytelników spadła (zaś bank zdobył laur "przyjaznego banku Newsweeka"), ale już kilkakrotnie powątpiewałem w możliwość zmiany DNA tak dużej organizacji. Jeśli ktoś przez całe lata "pchał" sprzedaż badziewia, a teraz każe mu się wsłuchiwać w potrzeby klientów, to równie dobrze można by próbować nauczyć konia latać.

      Czytaj: Porzucił Bank Millennium dla Getinu. I... zażyczył sobie 3,7 mln zł. Płatne z góry :-)

      arturklimczakbloxKim jest Artur Klimczak? W bankowości zaczął pracować w 1990 r., a karierę zaczął w amerykańskim Citibanku (od stanowiska doradcy kredytowego do odpowiedzialnego za regionalną sieć placówek), a po powrocie do Polski aż do 2005 r. pracował w jego filii - Banku Handlowym (doszedł do pozycji dyr. zarządzającego na Europę Środkową). W latach 2005-2015 pracował w Banku Millennium, początkowo jako dyrektor departamentu, a przez ostatnich sześć lat jako członek zarządu, a potem wiceprezes. I tam wypatrzyli go - oraz przekonali do transferu - headhunterzy Leszka Czarneckiego. Klimczak porzucił ciepłą posadkę w dobrze naoliwionym Banku Millennium dla misji "naczelnego naprawiacza" Getin Banku zapewne dlatego, że lubi wyzwania - zanim został bankowcem podobno służył w US Army. Nie wiem na jakim stanowisku (nie znalazłem tego faktu w jego oficjalnym CV), ale tak twierdzi "Newsweek". Z niedawnego wywiadu Klimczaka dla "Newsweeka" wynika, że teraz Getin ma być zupełnie innym bankiem. A jakim był w latach boomu kredytowego? "Wielu doradców na pierwszym miejscu stawiało wynik sprzedażowy, interesy klienta schodziły na drugi plan" - mówił Klimczak.

      I deklarował zmianę systemu wynagrodzeń w banku, by większą ich część stanowiła część stała, nie zaś premie od sprzedaży. "Premiujemy głównie dobrą pracę, a nie sam wzrost sprzedaży produktów finansowych. Bo po co zakładać klientom konta, które są potem puste, albo udzielać pożyczek ludziom, którzy nie powinni ich dostać?" Już wprowadzone w minionym roku zmiany dotyczą m.in. reklamacji (podobno bank ma ich mniej o 40%) oraz ich rozwiązywania już za pierwszym podejściem klienta. "Priorytetem są nasi obecni klienci, dlatego skupiamy się na budowaniu z nimi długotrwałych relacji. Chcemy, aby były oparte na zaufaniu i wysokiej jakości usług, za które coraz więcej Polaków gotowych jest nawet więcej zapłacić" - deklarował w wywiadzie Klimczak. Łatwo powiedzieć, ale... gdyby dziś zapytać Polaków w jakimś sondażu z którym bankiem chcieliby się związać na dłużej, to Getin zapewne nie byłby na pierwszym miejscu. 

      Czytaj też: Bank źle policzył, choć nie musiał. A sąd na to... "unieważnić umowę!"

      Czytaj też: Bankowe cwaniactwo wciąż w dobrej formie. Oto nowy trik!

      Przyznam szczerze, że będzie trudno trwale zmienić wizerunek Getin Banku oraz przestawić jego działalność na nowe tory. Ten bank zapisał się na trwałe w historii polskiej bankowości jako bezwzględny wyciskacz klientów, promujący najgorsze standardy, najbardziej bandyckie produkty i stosujący najbardziej nieetyczne praktyki. Znam mnóstwo osób, które z Getinem nie chcą mieć nic wspólnego. Drugi problem Klimczaka tkwi w tym, że nadchodzą trudne czasy dla banków. W przyszłym roku według niektórych prognoz zyski banków - z powodu niskich stóp, podatku bankowego i spodziewanego spowolnienia w gospodarce - mogą spaść nawet o połowę. I w tych, cholernie niesprzyjających, okolicznościach Getin musi jednocześnie walczyć o aktywizację swoich klientów (by ich konta przestały być puste) i stawić czoła technologicznej rewolucji. Obie rzeczy słono kosztują i nie przynoszą szybkich zysków, których pojawienia się oczekuje zapewne Leszek Czarnecki. Takie banki jak Bank Millennium, czy mBank pokonują Getin na łopatki nie tylko pod względem aktakcyjności podstawowych pakietów usług, ale i technologicznym (np. bankowość mobilna, programy lojalnościowe). Ale z drugiej strony... Patrząc na wyniki finansowe i giełdowe notowania Getinu wydaje się, że gorzej być już nie może, co jakoś-tam zmniejsza ryzyko misji Klimczaka, przynajmniej w krótkim terminie. Bo w długim wciąż oceniam ją jako straceńczą ;-)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (17) Pokaż komentarze do wpisu „Getin Bank jest już na dnie. A co na to Leszek C.? Nowy trener będzie uczył konia latać! ”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 14 grudnia 2016 22:06

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


użytkowników on-line