Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

13. Who is who w branży

  • sobota, 01 kwietnia 2017
    • Będzie specjalny fundusz na odszkodowania dla milionów oszukanych klientów? Branża w popiele

      Długo trwało, ale wygląda na to, że branża finansowa wreszcie zaczyna myśleć innymi kategoriami, niż tylko żądza pieniądza. Ostatnio spotykałem się z kilkoma prezesami banków oraz firm ubezpieczeniowych i z ich ust usłyszałem, że planują utworzenie specjalnego funduszu do wypłacania odszkodowań klientom, którzy padli ofiarą missellingu lub toksycznych produktów finansowych. W pierwszej kolejności mają zostać "obsłużeni" ci, którzy kupili polisy inwestycyjne oraz część posiadaczy kredytów hipotecznych we frankach (ci, którzy mają abuzywne klauzule w umowach). Ale pieniądze mają też dostać posiadacze "lewych" ubezpieczeń do kredytów (będących ukrytymi prowizjami), polis na życie ze skandalicznymi wyłączeniami odpowiedzialności oraz pakietów inwestycyjnych, które były wciskane klientom jako "pewna lokata kapitału"). 

      Bankowcy, ubezpieczyciele, a nawet pośrednicy finansowi chcą - w miarę możliwości - rozliczyć się ze wszystkimi, których w ciągu poprzednich 20 lat skrzywdzili. Co się stało? Przecież do tej pory jakiekolwiek działania branży finansowej były wymuszane zmianami w prawie albo niekorzystnym orzecznictwem sądów. Przedstawiciele Związku Banków Polskich oraz Polskiej Izby Ubezpieczeń w nieoficjalnych rozmowach mówią, że - m.in. dzięki codziennej lekturze blogu "Subiektywnie o finansach" - zrozumieli, iż warto ponieść karę za grzechy, by zacząć od nowa. Co prawda branży bankowej udało się ostatnio przekonać prezydenta oraz prezesa Polski, iż jest "too big to pay" (za duża, by płacić), ale bankowcy mają już dość wytykania ich palcami. Prezes pewnego banku opowiadał mi, że jadąc tramwajem do pracy usłyszał matkę mówiącą do dziecka: "patrz, tak wygląda bankster, tfu", a na spowiedzi nie dostał rozgrzeszenia za pierwszym podejściem. To musiało zaboleć. I chyba dlatego branża myśli o posypywaniu głów popiołem tak intensywnie, że cała wkrótce będzie w popiele.

      Ciekawe czy kulminacyjnym momentem będzie samobiczowanie prezesów największych instytucji finansowych podczas pielgrzymki do Świątyni Pieniądza w Toruniu. Wcześniej - w ciągu dwóch najbliższych tygodni - ma być ogłoszone zobowiązanie do utworzenia Funduszu Rekompensacyjnego. Banki zobowiążą się do przekazywania nań co najmniej 50% swoich corocznych zysków przez najbliższych 10 lat, zaś ubezpieczyciele - co najmniej 25% rocznych zysków. Finansiści uzyskali od wicepremiera Mateusza Morawieckiego zapewnienie, iż przekazane kwoty będą mogli odpisać od podatku bankowego. Z kolei minister Mariusz Błaszczak zapewnił, że Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego nie zakończy przed 2125 r. analizy wszystkich umów frankowych, zabezpieczonych ostatnio w bankach. Niezależna komisja złożona z przedstawicieli Związku Banków, Polskiej Izby Ubezpieczeń, KNF-u, UOKiK-u, Rzecznika Finansowego - ponoć chęć mediacji zadeklarowal Episkopat Polski (na osobistą prośbę prezesa NBP Adama Glapińskiego) - będzie decydowała o kolejności wypłat rekompensat poszczególnym klientom. Branża finansowa liczy, że efektem jej zobowiązań będzie wzrost akceptacji społecznej i powrót szacunku do zawodu finansisty. Jak sądzicie, czy jest na to szansa?

      MOŻE I JEST, ALE JEŚLI SPOJRZYCIE NA DATĘ PUBLIKACJI... CÓŻ, TO AKURAT BYŁ MÓJ ŻART PRIMA-APRILISOWY. MAM NADZIEJĘ, ŻE PROROCZY...

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (9) Pokaż komentarze do wpisu „Będzie specjalny fundusz na odszkodowania dla milionów oszukanych klientów? Branża w popiele”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      sobota, 01 kwietnia 2017 08:40
  • piątek, 24 marca 2017
    • 45.000 zł... dziennie! Tyle zarabia "najdroższy" prezes banku. Nawet piłkarze wymiękają :-)

      45.000 zł. Dziennie. Tyle zarabiał w zeszłym roku "najcenniejszy" prezes banku w Polsce. Nie do wiary? A jednak. Jakkolwiek nie jest pewne jakie są zasługi prezesa w tym, że kierowany przez niego bank zarabia grube miliardy dla swoich akcjonariuszy, to przecież nie sposób wykluczyć, że dobór odpowiednich menedżerów i odpowiednie zmotywowanie ich do motywowania dyrektorów :-)) to zasługi warte każdych pieniędzy. Na pocieszenie zawistnikom zarabiającym 3400-3500 zł brutto (tyle wynosi mediana miesięcznego wynagrodzenia w Polsce) powiem, że ten 45-tysięcznik to mimo wszystko wyjątek, wybryk natury. Przeciętna prezesowska pensja jest jednak ciut skromniejsza i nie przekracza 10.000-15.000 zł dziennie. Że co? Też za dużo? No dobra, czas na konkrety. Prawie wszystkie banki opublikowały już raporty roczne, więc tradycyjnie przyjrzałem się portfelom największych tuzów finansów.

      Zbigniew JagiełłoWIELCY IMPERATORZY? GÓRĄ KRÓL JAGIEŁŁO. Są tylko dwie instytucje finansowe w Polsce, które widać z każdego miejsca w Europie, nawet z Londynu, skąd naprawdę mało widać ;-)). To ubezpieczeniowy środkowoeuropejski gigant ubezpieczeniowy PZU i największy w naszej części Europy bank - PKO BP. Ile się zarabia zarządzając takimi kolosami? Zbigniew Jagiełło, prezes PKO BP, ma stały kontrakt w wysokości niecałych 2 mln zł rocznie. Ale do tego dochodzi zmienna część wynagrodzenia, uzależniona od dobrych, a przede wszystkim stabilnych wyników finansowych zarządzanego przez niego banku. Z tego tytułu w 2016 r. Jagiełło zainkasował 950.000 zł bonusów, więc łącznie jego pobory można podsumować na 2,9 mln zł. To mniej więcej 11.000 zł dziennie (licząc tylko dni pracujące). Prezes drugiego wielkiego koncernu finansowego należącego do państwa, Michał Krupiński, właśnie pożegnał się z prezesurą w PZU, ale to nie była dobra robota, bo przygarnął jedynie 1,4 mln zł, czyli połowę tego, co szef PKO. No, ale PKO BP jest maszynką do zarabiania pieniędzy, a zyski PZU były w zeszłym roku znacznie niższe, niż w poprzednich latach (choć oczywiście byłoby niesprawiedliwe, gdybyśmy przypisywali to wyłącznie "złotemu dziecku PiS" na fotelu prezesa).

      Czytaj też: PKO BP czyli perfekcyjnie skuteczna "dojarka" klientów. Jak oni to robią?

      Luigi LovaglioNAJDROŻSZY PREZES OD LAT ZAROBIŁ 11,8 MLN ZŁ. JUŻ PO RAZ OSTATNI? Najdroższym prezesem banku w Polsce jest od lat ten sam człowiek - Luigi Lovaglio szefujący Bankowi Pekao. W 2015 r. jego wynagrodzenie "gotówkowe" podsumowałem na 9,3 mln zł, a razem z tzw. akcjami fantomowymi w ramach planu motywacyjnego - na 12,3 mln zł. Jak było teraz? W 2016 r. podstawowy kontrakt Luigiego Lovaglio wynosił 4,4 mln zł (okrąglutki milion euro, czyli umiarkowanie jak na pensje zachodnioeuropejskich prezesów banków). Dodatkowo szef drugiego największego polskiego banku zainkasował 3,85 mln zł zł odroczonych premii za poprzednie lata (2012-2015), co czyni 8,2 mln zł. Gdyby dodać wypłacone prezesowi należności z tytułu akcji fantomowych zarządzanego przez siebie banku - w zeszłym roku dostał ich 24.000 - trzeba byłoby dopisać mu do rachunku jeszcze dodatkowe 3,6 mln zł. Zaś łączne wynagrodzenie podsumować na 11,8 mln zł. A więc na 45.500 zł dziennie.

      Godnie. A Grzegorz Piwowar i Andrzej Kopyrski, najlepiej opłacani "polscy" członkowie zarządu otrzymali w zeszłym roku po 1,3-1,7 mln zł plus 850.000 zł w akcjach fantomowych - czyli w sumie zarobili po 2-2,5 mln zł. Tyle, ile w innych bankach zarabiają prezesi! W tym roku Bank Pekao trafi pod skrzydła PZU (została już podpisana umowa jego sprzedaży przez włoski Unicredit), co zwiastuje obniżkę prezesowskich poborów (i być może też zmianę prezesa, choć na pewno jeszcze nie teraz). 

      Czytaj też: Bank Pekao sprzedany! Co to oznacza dla jego klientów?

      Wojciech SobierajNAJGORĘTSZE NAZWISKO POLSKIEJ BANKOWOŚCI WARTE 2,5 MLN ZŁ PLUS AKCJE. Najbardziej gorącym nazwiskiem w branży bankowej jest Wojciech Sobieraj, czyli człowiek, który siłą woli i pieniędzy włosko-francuskiej rodziny przemysłowej Carlo Tassara urzeźbił najszybciej rosnący polski bank. To jedyny bankowy start-up, który był w stanie w ciągu kilku lat przebić się do pierwszej dziesiątki największych banków. Najpierw w tempie błyskawicy rósł organicznie, potem sprzymierzył się z T-Mobile, kupił Meritum Bank i na koniec przejął detaliczną część Banku BPH. Dla Skarbu Państwa talenty Sobieraja w repolonizacji banków są zapewne bezcenne, ale jego wynagrodzenie jest - jak na prezesa banku w Polsce - dość umiarkowane. To 2,5 mln zł plus akcje fantomowe, które prezes będzie mógł transzami realizować aż do 2020 r. - w sumie w ten sposób stanie się właścicielem 670.000 akcji Alior Banku (jedna jest warta 75 zł, ale niestety nie wiem po jakiej cenie prezes będzie je obejmował).

      Czytaj też: Ten bank najskuteczniej w Polsce wyciska klientów. Oto recepta

      Znalezione obrazy dla zapytania samcik sławomir sikoraPOJEDYNEK GIGANTÓW. TYM RAZEM GÓRĄ PREZES SIKORA. PONAD PIĘĆ "BANIEK"! Najbardziej doświadczeni - z obecnie zasiadających na stołkach prezesowskich - polscy menedżerowie bankowi to Cezary Stypułkowski (szefujący mBankowi), Sławomir Sikora (prezes Citibanku) oraz Brunon Bartkiewicz (wrócił z Holandii, by znów poprowadzić ING Bank Śląski). Czarno na białym mam wysokość wypłaty Cezarego Stypułkowskiego w mBanku i Sławomira Sikory w Citibanku. Ten ostatni bank opublikował raport roczny dopiero w czwartek wieczorem. Zacznijmy od Stypułkowskiego. W zeszłym roku prezes czwartego największego banku w Polsce zarabiał - jak zwykle - godnie. Był łaskaw otrzymać 3,75 mln zł łącznie z premiami za poprzednie lata (jego standardowy kontrakt jest bardzo podobny do poborów prezesa PKO BP - wynosi 2 mln zł). A prezes Sikora? Amerykański właściciel tradycyjnie wycenia go wysoko. Ponad 2 mln zł podstawowego kontraktu, 300.000 zł dodatków, a do tego nagrody kapitałowe, czyli akcje Citigroup oraz akcje fantomowe Citi Handlowego przyznane za lata 2011-2016. W sumie ich wartość w raporcie rocznym wyceniono na jakieś 3 mln zł. To oznacza, że łączne wynagrodzenie prezesa Sławomira Sikory - w gotówce i w "papierach" to 5,3 mln zł.

      Znalezione obrazy dla zapytania samcik artur klimczakWSCHODZĄCE GWIAZDY JESZCZE BEZ "TRÓJKI" Z PRZODU. Michał Gajewski, nowa twarz na stanowisku prezesa w BZ WBK, zdążył popracować w zeszłym roku tylko przez miesiąc, ale i tak przygarnął z tego tytułu 176.000 zł. To by oznaczało, że jego roczny kontrakt wynosi mniej więcej 2,1 mln zł, czyli jest porównywalny z wypłatami jego poprzednika, obecnego wicepremiera w rządzie PiS Znalezione obrazy dla zapytania samcik michał gajewskiMateusza Morawieckiego. Trudno uznać za nową twarz Artura Klimczaka, od niedawna prezesa Getin Banku. To człowiek, który zbudował potęgę bankowości detalicznej w Banku Millennium, ale prezesem wielkiego banku jeszcze nie był. W zeszłym roku - najpierw jako wiceprezes, a potem jako głównodowodzący bankiem - osiągnął dochód w okolicach 2,7 mln zł (czyli mniej więcej 10.000 zł dziennie, ciut poniżej wypłaty inkasowanej przez prezesa PKO BP Zbigniewa Jagiełłę).

      Czytaj też: Getin Bank już na dnie. A co na to Leszek C.? Uczy konia latać!

      CO TU SIĘ WYRABIA? 45.000 zł za każdy dzień pracy (licząc tylko dni pracujące i nie potrącając podatku dochodowego) prezesa Lovaglio, ponad 20.000 zł za każdy dzionek roboty prezesa Sikory, czy Jorge Brasa, a nawet 11.000 zł dziennych poborów Zbigniewa Jagiełło - to pieniądze niewyobrażalne dla zwykłego Polaka-szaraka i zapewne sprowokują wielu do zastanowienia się nad rozwarstwieniem wynagrodzeń. Gdy prezes banku zarabia 10-20 razy więcej, niż szary pracownik, to wydaje się jeszcze dopuszczalne. Ale jeśli zwykły człowiek ma 200 zł dniówki, a prezes banku zarabia tyle w ciągu dwóch minut, to można się zastanawiać czy to nie przesada. Choć właściciele banku mogą dowolnie wysoko wynagradzać człowieka, który zarządza kurą znoszącą złote jajka, a takimi są w większości polskie banki. Zwrócę Waszą uwagę, że najlepiej wynagradzany piłkarz Legii Warszawa zarabia 3,5 mln zł rocznie, co oznacza, że odpowiadając tylko za team spirit w szatni ma podobne pieniądze, co prezes banku odpowiadającego za team spirit 10.000 pracowników. A także za ROE, ROA i C/Z ;-). Zaś taki Robert Lewandowski, pracując co prawda w Niemczech, też wyciąga ponad 5 mln zł, ale... miesięcznie. Czyli wciąga wszystkich prezesów banków na śniadanie. I to są dopiero nierówności ;-). I co Wy na to? Zapraszam do mojej ankiety!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „45.000 zł... dziennie! Tyle zarabia "najdroższy" prezes banku. Nawet piłkarze wymiękają :-)”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 24 marca 2017 08:47
  • środa, 22 marca 2017
    • Poznajcie najzdrowszy naród na świecie. Z takim podejściem do pieniędzy można żyć i 100 lat ;-)

      Jest mnóstwo rankingów obrazujących szczęście narodów, ale do mnie najbardziej przemawiają te, które za punkt wyjścia przymują zdrowie. Różne są konfiguracje czynników dających szczęście, ale w każdej z tych konfiguracji zdrowie jest kluczowym parametrem. Dlatego z ciekawością przyjrzałem się najnowszemu rankingowi najzdrowszych narodów, opublikowanemu przez Bloomberga. A następnie postanowiłem - ponieważ to jest blog o finansach - ustalić jakie ekonomiczne parametry przyczyniają się do tego, że jedni żyją dłużej i zdrowiej, a inni - ani w ząb. Żebyśmy wiedzieli co robić, by niespiesznie dogonić najzdrowszych :-)). Bo najbogatszych już nie dogonimy nigdy.

      Czytaj też: Jedna decyzja rządu sprawiła, że już nigdy nie będziemy zarabiali jak Niemcy. Władze to przed Wami ukrywają, a ja... liczę i ujawniam straszną prawdę

      Zestawienie powstało na podstawie danych Światowej Organizacji Zdrowia (WHO), Organizacji Narodów Zjednoczonych oraz Banku Światowego. Każdemu państwu przyznano określoną liczbę punktów "zdrowotnych", uzależnionych od różnych grup czynników: odsetka zgonów (w wyniku chorób zakaźnych, pozostałych chorób i wypadków), przewidywanej długości życia, śmiertelności wśród noworodków, odsetka osób cierpiących na choroby cywilizacyjne (cukrzyca, nadciśnienie, nadwaga, palenie tytoniu i picie alkoholu, nadwaga), czystości powietrza i dostępu do wody pitnej. Spośród 200 krajów, które miały wziąć udział w rankingu udało się sklasyfikować 163 (dla pozostałych nie zdobyto wystarczająco wiarygodnych danych). Kto wygrał?

      bloomberg_healthiest_nations_index

      Jak widzicie, najzdrowszym narodem świata są... Włosi, zdobywając 97,4 pkt. "zdrowotnych". Na drugim miejscu znaleźli się Islandczycy, zaś na trzecim - Szwajcarzy. Z krajów europejskich w czołówce najzdrowszych znaleźli się też Hiszpanie, a także Szwedzi i Norwegowie. Kto, oglądając "Wiadomości TVP", myśli o tym, by wyemigrować do Australii, też dobrze trafił, bo to również jest kraj mający zdrowych i - jak sądzę jednocześnie długowiecznych - obywateli. Jeśli chodzi o Azję to w statystykach najlepiej wypadają mieszkańcy Singapuru oraz Japonii (oba kraje zmieściły swoich rodaków w pierwszej dziesiątce - co do Japonii to musi być jakaś ściema). Polska znalazła się na 39. miejscu, czego raczej nie powinniśmy postrzegać jako sukcesu, biorąc pod uwagę, że pod względem rozwoju ekonomicznego jesteśmy sklasyfikowani na świecie znacznie wyżej - w okolicach 25-30. miejsca. W naszym regionie Europy najzdrowiej żyje się na Słowenii (27. miejsce w rankingu). Więcej na temat rankingu, wyników i metodyki znajdziecie na stronach Bloomberga.

      Zanim przyjrzymy się co daje zdrowie i długowieczność Włochom zwrócę uwagę na to, że zarówno Islandia, jak i Szwajcaria są równolegle na pierwszych miejscach w rankingach krajów, które mają najszczęśliwszych obywateli. To potwierdza tezę, że ogólne szczęście i zdrowie idą ze sobą w parze. A tu zestawienie 20 największych narodów-szczęściarzy.

      hapinessindex

      Teraz czas przyjrzeć się Włochom. Co sprawia, że są tacy zdrowi? Że pod tym względem biją na głowę Amerykanów, Brytyjczyków, a nawet Niemców? Być może chodzi o słoneczny klimat? Tam gdzie dużo słońca ludzki mózg lepiej funkcjonuje, a zdrowa głowa to zdrowsze ciało. Zapewne swoje trzy grosze dorzuca śródziemnomorska dieta oparta na świeżych owocach, rybach i moich ukochanych oliwkach? Patrząc z dużym przymrużeniem oka trzeba też wyznaczyć kilka czynników ekonomicznych, które czynią z Włochów ludzi - przynajmniej krótkoterminowo - niepodatnych na jakiekolwiek zgryzoty, także finansowe. A dzięki temu - zdrowszych. Jaka jest więc recepta na życie w zdrowiu?

      WYDAWAJ WIĘCEJ, NIŻ ZARABIASZ. Włochy są jednym z najbardziej zadłużonych krajów w Europie w proporcji do wypracowywanego majątku (czyli PKB). Relacja długu państwa do rocznego PKB kraju wynosi już 130%. Większe zadłużenie na naszym kontynencie mają tylko takie asy jak m.in. Grecy (170% wypracowywanego rocznie PKB). Dla porównania: polski dług państwowy, sięgający już okrąglutkiego jak księżyc w pełni biliona złotych, wynosi jakieś 53% rocznego PKB, a i tak uważamy, że jest za duży i że ściąga nas w przepaść. Włosi, oprócz długów, mają też jedną z najwolniej rozwijających się gospodarek w Unii Europejskiej. Ale kto by się przejmował takimi drobiazgami :-). Niech się przejmują ci, którzy Włochom pożyczyli ;-).

      ZARABIAJ WIĘCEJ, NIŻ WYTWARZASZ. W ciągu ostatnich 25 lat PKB dla Włoch liczony w cenach stałych wzrósł o jakieś 25%. W tym samym czasie średnia pensja wzrosła o 45% (z jakichś 1500 euro do 2200 euro). Oczywiście, nominalne płace zależą od wielu czynników, także od inflacji, ale mimo wszystko wygląda na to, że wraz z rosnącym zadłużeniem Włosi - to dla nich bardzo zdrowo - nie przejmowali się tym, że dostają w pracy większe podwyżki, niż zasłużyli :-)). Jednocześnie - mimo, że dostali podwyżki - nie wytwarzają większej wartości, bo włoskie PKB w ostatnich latach nie powala na kolana.

      itapkb_w_cenach_staych

      NIE PRZEPRACOWUJ SIĘ, ZWŁASZCZA ZA MŁODU. Włosi są trzcim najstarszym społeczeństwem na świecie - po Japończykach i Niemcach. Stopa bezrobocia wynosi tam 11%, ale wśród młodzieży jest zastraszająco wysoka - prawie 40% (średnia dla Unii - 20%). Co czwarty Włoch poniżej 30-tki nie pracuje, nie uczy się, ani nie doszkala (bo uważa, że nie przeskoczy przez ścianę zblatowanych starych pryków, zajmujących wszystkie itratne stołki w firmach). Młodzież - mieszkając w wielopokolenionych domach pod skrzydłami mamy - z konieczności spożywa wino i oliwki, nie przejmując się dalszą przyszłością. 44% młodych Włochów poprzestała na wykształceniu podstawowym, dochodząc do wniosku, że dalsza nauka jest bez sensu. Takie życie musi wpływać na zdrowie narodu :-).

      WEŹ KREDYT, ALE GO NIE SPŁACAJ. We Włoszech jednym z głównych problemów jest fatalna kondycja branży bankowej. Wartość nie spłacanych w terminie kredytów sięgnęła już 200 mld euro, a w całym sektorze bankowym na straty należałoby spisać co piąte udzielone euro kredytu. W Polsce analogiczny odsetek wynosi 5-6%. To właśnie z tego powodu największy włoski bank UniCredit musi sprzedać polskiemu rządowi Bank Pekao, choć jest to dla Włochów kura znosząca złote jajka. Włosi starają się wymyślić coś, żeby sprawa toksycznych bilansów bankowych rozeszła się po kościach, ale gdyby bankowcy mieli na raz urealnić rezerwy na złe długi, to system bankowy mógłby się załamać. Ale to mogłoby niejednemu Włochowi podnieść ciśnienie i pogorszyć zdrowie narodu, więc najpewniej się... nie wydarzy. 

      Dworuję sobie z tego włoskiego końskiego zdrowia, bo przecież nawet jeśli żyjesz w świecie, w którym rządzą kobiety, wino i śpiew, a do tego masz słońce, ciepłe morze i mnóstwo zabytków oraz odżywiasz się zdrowo, po śródziemnomorsku, to... kiedyś ci wszyscy frajerzy-kredytodawcy przestaną za to wszystko płacić i kupować obligacje, które emitujesz po to, by nadal żyć długo i zdrowo :-). Chociaż nie stawiam tej tezy zbyt ostro, bo przecież Grecy - w dziele beztroskiego zadłużania się i życia dniem dzisiejszym znacznie bardziej od Włochów zaawansowani - jakkolwiek trochę podupadli na zdrowiu z powodu kryzysu finansowego, to jednak wciąż mieszczą się w 20-tce najzdrowszych narodów świata. A zaraz obok nich kolejni potencjalni bankruci - Portugalczycy. No i co teraz powiecie? 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 22 marca 2017 09:13
  • wtorek, 21 marca 2017
    • Estoński InBank już w Polsce. Czym zaskoczył? Świetnymi depozytami i dziwną chwilówką

      O ile na rynku banków uniwersalnych - oferujących pełne spektrum produktów finansowych, od ROR-ów przez karty płatnicze po inwestycje i ubezpieczenia - trudno się spodziewać jakiejś rewolucji (role są już dawno rozdane), o tyle wśród instytucji specjalizujących się głównie w niskokwotowych, szybkich pożyczkach online jest coraz ciaśniej. Atakują pozabankowe firmy pożyczkowe typu Vivus, Wonga, czy Provident (zgarnęły już 25% tego rynku), atakują też nowe banki. Swoje wejście na polski rynek ogłosił właśnie estoński InBank, który na rodzimym rynku "pozamiatał" - udziela już co czwartej pożyczki gotówkowej i co piątej ratalnej, którą zaciągają Estończycy. Bank działa też na sąsiedniej Łotwie, ostatnio próbuje rozwinąć skrzydła w Niemczech i Austrii, a kolejnym obiektem jego ekspansji mają być niczego nie przeczuwający polscy konsumenci :-). A niczego nie przeczuwający polski konsument wygląda tak:

      inbankkkgraf

      Powiedzmy sobie szczerze: to jest mikrus wręcz niezauważalny w polu widzenia przeciętnego polskiego banku. Jego aktywa wynoszą - w przeliczeniu na "nasze" złotówki - niecałe 400 mln zł, czyli tyle, ile ma jeden średniej wielkości SKOK. Ale ofertę ma InBank, trzeba przyznać, ciekawą. Przeklikałem się przez nią tuż po oficjalnym starcie banku w Polsce (nie zajęło to dużo czasu, bo jest prosta jak ogon węża :-)) i sądzę, że Estończycy mogą spróbować napsuć krwi jeśli nie bankom, to przynajmniej firmom pożyczkowym i SKOK-om oraz firmom specjalizującym się w kredytach ratalnych. Podstawą oferty InBanku jest coś w rodzaju chwilówki. To pożyczka na maksymanie cztery miesiące i tylko do 4000 zł, sprzedawana w modelu eurobankowej "Wypożyczki" - czyli bez odsetek, a jedynie z prowizją za jej udzielenie. Co ciekawe, przez trzy miesiące spłaca się w ratach tylko tę prowizję, czyli są one malutkie (najwyżej kilkudziesięciozłotowe). Dopiero wraz z ostatnią ratą trzeba oddać całą kwotę pożyczki. Taki sposób oferowania szybkiej gotówki to w Polsce rzadkość.

      Prowizja za udzielenie pożyczki nie jest niska. Z tego co się zorientowałem w czasie "testów" standardowo wynosi ona jakieś 15% (najniższy możliwy poziom to chyba 10%). Ale to mimo wszystko mniej od kosztów proponowanych przez większość firm chwilówkowych. Choć sporo więcej, niż wynosi realne oprocentowanie pożyczek oferowanych przez banki. Oczywiście pożyczka jest możliwa do zassania w 100% przez internet. Wypełnia się e-wniosek (a właściwie dwa - jeden o dostęp do bankowości internetowej, a drugi o pożyczkę), wysyła się przelew weryfikacyjny i jeśli dane z przelewu zgadzają się z tymi podanymi we wnioskach, InBank przelewa kasę. Umowę podpisuje się SMS-em autoryzacyjnym, który bank przesyła na podany przez klienta telefon komórkowy. 

      Poza tą pożyczką InBank ma w ofercie jeszcze tylko dwa produkty - kredyt gotówkowy do 50.000 zł (też do wzięcia przez internet) oraz lokaty. Nie ma kont osobistych, kart płatniczych, bankowości transakcyjnej, inwestycji, ubezpieczeń, ani nic innego. Depozyty są oprocentowane re-we-la-cyj-nie. O ile trzyletni depozyt na 3% w skali roku jest pomysłem dość ryzykownym (mogą się w tym czasie zdarzyć podwyżki stóp procentowych, które pociągną w górę oprocentowanie lokat w innych bankach), o tyle roczna lokata na 2,6% i półroczna na 2,4% bez restrykcji (no, może poza limitowaną maksymalną kwotą - 50.000 zł) daje dziś InBankowi pierwsze miejsca w rankingach. A kruczek? Otóż InBank jest oddziałem estońskiego banku, więc nie podlega ani polskiemu nadzorowi bankowemu, ani Bankowemu Funduszowi Gwarancyjnemu. Gdyby coś złego się wydrzyło, deponenci musieliby próbować odzyskać pieniądze w Estonii, bo to tamtejszy fundusz gwarancyjny zapewnia pokrycie strat deponentów do 100.000 euro.

      Bardzo jestem ciekaw czy Polacy rzucą się zakładać lokaty w banku, który nie ma polskich gwarancji depozytów. Jeśli się rzucą, to InBank będzie mógł odważnie zarzucić sieci w swoim ulubionym i sprawdzonym w innych krajach modelu działalności - dogadywania się z sieciami detalicznymi w sprawie finansowania zakupów ich klientów. Dziś InBank ma w czterech krajach umowy z 300 sieciami handlowymi, dzięki którym bez sieci oddziałów i wydawania wagonów kasy na promocję uzyskał dostęp do ludzi chcących robić zakupy na kredyt. Estończycy kupują też portfele kredytów i pożyczek od innych banków i firm pożyczkowych. Twierdzą, że umieją tak zrobić, żeby klienci - po spłaceniu "starej" pożyczki - kontynuowali swoją parachwilówkową "przygodę" z używaniem nie swoich pieniędzy.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Estoński InBank już w Polsce. Czym zaskoczył? Świetnymi depozytami i dziwną chwilówką”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 21 marca 2017 19:03
  • piątek, 10 marca 2017
    • Jak tu nie kochać takiego banku? O wszystkim pamięta i nie pozwoli zbłądzić. Prawie jak żona ;-)

      Jak będą wyglądały banki w przyszłości? I czy w ogóle będą wyglądały? ;-). Patrząc na to jak sprawnie firmy technologiczne zabierają bankom klientów w szybkich pożyczkach, wymianie walut i przesuwaniu pieniędzy ponad granicami, czy w inwestowaniu oszczędności (w Polsce ten trend dopiero się ujawni, ale na Zachodzie już straszy) - rzeczywiście można się obawiać o los banków. Dla bankowców jest kilka ścieżek ratunkowych: mając dostęp do milionów klientów mogą przesterować działalność w kierunku oferowania mobilnych, spersonalizowanych programów lojalnościowych (i zacząć zarabiać na zmianie naszych nawyków zakupowych). Mogą też stać się "centrum autoryzacji", czyli ułatwiać załatwianie spraw urzędowych, podatkowych (i innych wymagających potwierdzania tożsamości) z wykorzystaniem bankowości internetowej.

      Trzeci pomysł - najtrudniejszy - to stać się dla każdego klienta "przyjacielem domu". Czytać mu w myślach, oferować maksymalnie dopasowane usługi jeszcze zanim klient o nich pomyśli, przewidywać jego przyszłe potrzeby i kreować nowe. Klient w ten sposób "zarządzany" będzie wierny i profitodajny, a w dodatku jeszcze zadowolony. Na czym polega trudność? Banki nie potrafią jeszcze wykorzystać tej masy informacji, które o nas mają. Wiedzą gdzie mieszkamy, co i gdzie kupujemy oraz ile mamy pieniędzy, ale nie potrafią na tej podstawie wysnuć trafnych wniosków i podsunąć odpowiednich rozwiązań, innych dla każdego klienta. System informatyczny, który ma pozwolić bankowi być "przyjacielem domu" miałem okazję niedawno zobaczyć w Efigence - jednej z polskich firm technologicznych, które specjalizują się w dostarczaniu bankom rozwiązań do obsługi klientów. To rodzaj "silnika", którego możliwości wyglądają na pierwszy rzut oka imponująco, ale który jeszcze nie działa w żadnym "samochodzie". 

      FORECASTER, CZYLI BANK PRZYPOMNI O URODZINACH ŻONY. W Efi4 - bo tak się nazywa ów system - zaszyty jest "uczący się" mechanizm przewidywania potrzeb klienta. Daleko bardziej wysublimowany, niż podpowiadanie bankowi którym klientom powinien wysłać zaproszenie do wzięcia kredytu, a którym do założenia lokaty (a nawet z tym banki miewają dziś poblemy). Tu mówimy o systemie, który na podstawie tego, że klient w lipcu zeszłego roku wypuścił przelew do firmy turystycznej, a potem zwiększył limit karty kredytowej, już w lutym zaproponuje mu założenie celowego konta oszczędnościowego z automatycznym zasilaniem w wysokości np. 500 zł miesięcznie. Albo: na podstawie wieści, że w sierpniu i wrześniu zeszłego roku kupowaliśmy intensywnie w sklepach papierniczych i księgarniach (a w historii przelewów są też takie na konto szkoły) podpowie, że na początku sierpnia warto kupić zeszyty i kredki, bo są tańsze. Albo: na podstawie wiedzy o kliencie przypomni, że jutro jego żona ma urodziny i można jednym klikiem zamówić dla niej kwiaty. Oczywiście zamówienie kwiatów oznaczać będzie tylko jeden klik.

       Efi4_Forecaster1

      System, który widziałem, "myśli" w perspektywie kilku lat i chyba to go wyróżnia na tle rozwiązań już dziś funkcjonujących w polskich bankach. Prognozuje długoterminowy cash-flow klienta i potrafi przewidzieć z odpowiednim wyprzedzeniem zarówno jego potrzeby kredytowe - co jeszcze może nie jest taką wielką sztuką - jak i zaplanować takie oszczędzanie, żeby klient tych potrzeb kredytowych nie miał. "Myśli" też szerzej, bardziej kompleksowo, niż bankowe systemy tego typu, które codziennie nas "obrabiają". Wykorzystuje bowiem kalendarz do sugerowania klientowi indywidualnych posunięć związanych z jego pieniędzmi lub życiem rodzinnym. Może np. zaroponować w maju zakup karty walutowej wiedząc, że klient rok w rok w czerwcu wyrusza za granicę i na miejscu płaci "polską" kartą, płacąc wysokie prowizje za przewalutowanie. Jeśli to tak będzie działało po zainstalowaniu w banku, to możemy mieć rzeczywiście nowy poziom relacji klienta z bankiem. Zamiast strzelać na oślep, bank będzie pomagał planować domowe finanse i myśleć za klienta.

      Czytaj też: Chcesz pożyczyć pieniądze? Daj login do Facebooka. To już działa!

      JEDEN PULPIT-WSZYSTKIE BANKI. Bankowcy bardzo obawiają się europejskiej regulacji PSD2, która ma pozwolić firmom technologicznym "przysysanie się" do bankowych systemów i oferowanie usług klientom banków. Nie wiadomo jeszcze jak to będzie wyglądało od strony technicznej i jakie będą wymogi dotyczące bezpieczeństwa, ale zasadniczo chodzi o to, że jeśli jakaś firma technologiczna np. będzie oferowała rozwiązania dotyczące płatności internetowych, to będzie mogła pobierać pieniądze bezpośrednio z konta klienta w banku. Albo: jeśli firma technologiczna będzie chciała zaproponować klientowi "menedżera domowych finansów", to będzie się mogła "przyssać" do banków, żeby wyciągnąć z nich dane (to rozwiązanie zaproponowała osattnio w Polsce jedna z firm pożyczkowych). System, który widziałem w Efigence, pozwala klientowi "ściągnąć" na jeden pulpit - w ramach systemu banku - sald, historii transakcji i list kontrahentów z innych banków. Możliwe ma być nawet... inicjowanie transakcji w ciężar kont, które klient ma w innych bankach! Nie trzeba będzie pamiętać loginów i haseł do kilku banków. Jeden bank może się stać centrum domowych finansów klienta. Mocne.

      ZALOGOWANY? NIEZALOGOWANY? BEZ ZNACZENIA. System ma też funkcję, która de facto pozwala kupować usługi finansowe "przy okazji". Dziś albo jesteś zalogowany w systemie transakcyjnym i wtedy możesz zamawiać nowe produkty i usługi, albo nie jesteś zalogowany i możesz sobie co najwyżej pooglądać reklamy lub banery danego produktu w ramach serwisu informacyjnego banku. Albo jesteś "przed zalogowaniem", albo "po zalogowaniu". Nie ma stanów pośrednich. A w nowym rozwiązaniu będzie można autoryzować zakup produktu w każdej chwili, niezależnie od tego czy się jest zalogowanym klientem, czy nie. Np. czytam sobie o debecie i w pewnym momencie okazuje się, że jestem o dwa kliknięcia od jego otrzymania. Jeśli jestem klientem banku, to nie ma potrzeby, bym wypełniał skomplikowany wniosek i wpisywał np. jak się nazywam. Bank w każdym momencie może wykorzystywać to, co wie o kliencie, żeby ten klient mógł kupować najłatwiej jak tylko się da. W połączeniu z personalizacją przekazu (czyli możliwością wyświetlania każdemu klientowi innej strony głównej) to może być killer, który znacznie zwiększy skuteczność sprzedaży produktów bankowych przez internet.

       Efi4_Dashboard2

      Bank przyjazny klientowi, który pomaga mu w zarządzaniu domowym budżetem i doradza jak uniknąć drogiego kredytu? Cóż, brzmi to dziwnie, ale banki muszą znaleźć sposób na to, żeby w życiu konsumentów znaczyć coś więcej, niż "rura z pieniędzmi" lub zginąć. Kolejna polska firma technologiczna dostarczająca nowoczesne systemy do obsługi klientów banków - Ailleron - uzupełnia pomysł Efigence o połączenie tradycyjnej bankowości, opartej na osobistym kontakcie doradcy z klientem z wideobankowością. Jej rozwiązanie nazywa się LiveBank i w przyszłości pozwoli rozumieć się z klientem bez słów.

      BANK ROZPOZNA CIĘ PO TWARZY. I SPRAWDZI CZY JESTEŚ WKURZONY. Ailleron wdrożył już różnego rodzaju wideocentra obsługi klienta w polskich i zagranicznych bankach (zamiast dzwonić do banku włączasz kamerkę w komputerze i rozmawiasz z doradcą na żywo), ale w bliskich planach ma skok w nową erę. Otóż projektanci LiveBanku zamierzają ubogacić go o rozpoznawanie twarzy klienta oraz... jego emocji. Rozpoznawanie twarzy, podobnie jak głosu, może pozwolić na autoryzację klienta bez konieczności podawania loginów i haseł. A rozpoznawanie emocji może być dla konsultanta "podpowiedzią" w jaki sposób rozmawiać z klientem i czy w ogóle jest sens podchodzić do niego z ofertami marketingowymi. Poza rysami twarzy i barwą głosu LiveBank ma też rozpoznawać cechy dowodu tożsamości, a więc pozwolić na zakładanie konta przez wideoczat (takie rozwiązanie z jednego z banków austriackich ostatnio opisywałem w blogu),

      efi44

      UMOWĘ PODPISZESZ NA TABLECIE. Bankowanie przez wideo pozwala nie tylko na rozpoznawanie twarzy, głosu, dokumentu tożsamości, ale też... podpisu klienta. Bankowy konsultant, dostępny za pomocą wideoczatu, może najpierw wytłumaczyć klientowi warunki umowy o konto, kartę lub kredyt, następnie pokazać klientowi dokument z najważniejszymi zapisami, a na koniec przyjąć od niego "wirtualny" podpis, złożony na ekranie tabletu lub smartfona. Łącząc świat proponowany przez Effigence z tym, który rysuje Ailleron otrzymujemy bank, który nie tylko potrafi skutecznie przewidywać nasze potrzeby, podsuwać pomysły nie na oślep, lecz trafione "w punkt" i nie tylko potrafi być centrum całych rodzinnych finansów, ale też ma ludzką twarz konsultanta, który zrozumie klienta lepiej, niż jego własna matka, bo "czyta" mu z twarzy. A do tego pozwala załatwić wszystkie sprawy bez logowania, formularzy, stosu danych - na twarz. I jak Wam się podoba? Bank naszym przyjacielem jest?

      efi45

      PRZECZYTAJ MOJE RELACJE Z WORLD MOBILE CONGRESS. W tym roku miałem okazję dotknąć niedalekiej przyszłości i zobaczyć na targach w Barcelonie innowacje szykowane konsumentom przez największe światowe firmy technologiczne. Płaciłem okiem, widziałem inteligentne okulary, ubrania, które same wzywają pomoc kiedy trzeba, samochody, które same płacą za paliwo. Zaś mój mózg sam wybierał sobie to, co powinienem kupić. Już w tym roku zobaczymy w Polsce parkowanie przez internet i urządzenia do pomiaru zużycia prądu, które pozwolą nam obniżyć rachunki. O tym wszystkim przeczytasz z moich relacji z WMC 2017:

      GSMA_mobile_world_congress_MWCCzytaj: Płaciłem okiem, a mój mózg sam decydował co mam kupić. Dziwna przyszłość  

      Czytaj: Te "inteligentne" okulary zastąpią smartfona i kartę płatniczą?

      Czytaj: To może być prawdziwa bomba. Ekran, który jest... terminalem płatniczym!

      Czytaj: Jest jeszcze szybszy i wygodniejszy sposób płacenia smartfonem! Debiut!

      O LOKOWANIU OSZCZĘDNOŚCI W AKCJI "DYWIDENDA JAK W BANKU". Od wiosny 2016 r. w blogu trwa akcja "Dywidenda jak w banku", w której zdradzam sposoby na w miarę bezpieczne lokowanie oszczędności inaczej, niż tylko na depozycie bankowym. Zapisując się na newsletter akcji nie przegapicie żadnego z kolejnych tekstów, klipów wideo, webinarów, ani konkursów. W akcji bierze też udział Longterm.pl, najstarszy stażem bloger zajmujący się inwestowaniem długoterminowym, a także Giełda Papierów Wartościowych oraz Stowarzyszenie Inwestorów Indywidualnych i BPH TFI. Obejrzyjcie też jak - wspólnie z Longtermem - mierzyliśmy się z lękami związanymi z lokowaniem oszczędności, zwiedzaliśmy kasyno, udaliśmy się na ryby. Zabawne i pouczające.

      ZOBACZ MOJE PROGRAMY WIDEO! Zapraszam do obejrzenia pierwszego sezonu tygodnika wideo "KASOWNIK SAMCIKA". Jest tam o sprytnych sposobach na oszczędzanie, o studiowaniu, pracowaniu, zaciąganiu kredytu hipotecznego, o zakupach, kontach bankowych, ubezpieczeniach, lokatach, podatkach... Poza poradami w każdym wydaniu czerstwy żart prowadzącego :-)), ciekawostka o pieniądzach oraz finansowy trik Samcika. Zapraszam do obejrzenia wszystkich zeszłorocznych odcinków. Wkrótce kolejna seria! Subskrybuj kanał YouTube "Subiektywnie o finansach"!

      Zapraszam też do obejrzenia spektakularnego cyklu wideo "OD OSZCZĘDZANIA DO INWESTOWANIA". W ośmiu odcinkach realizowanych przy "wsparciu" wszystkich możliwych żywiołów opowiadam o tym, jak małymi krokami zabrać się do oszczędzania pieniędzy i co można zrobić, żeby namnażały się szybciej.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „Jak tu nie kochać takiego banku? O wszystkim pamięta i nie pozwoli zbłądzić. Prawie jak żona ;-)”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 10 marca 2017 09:13
  • poniedziałek, 06 marca 2017
    • PKO BP, czyli perfekcyjnie skuteczna "dojarka". Jak oni to robią, że nic nie widać? Demaskuję! ;-)

      Dziś PKO BP, największy bank w Polsce, pochwalił się swoimi dokonaniami za zeszły rok. Warto do nich zerknąć, bo PKO BP to gigant nad giganty i każdy ma w rodzinie - bliższej lub dalszej - kogoś korzystającego z usług tego banku. PKO to ponad jedna piąta całego zysku netto polskiej branży bankowej. To 17-18% udziału w kredytach i depozytach. To 9 mln klientów: posiadaczy kont osobistych, kart, kredytów, depozytów, ubezpieczeń albo funduszy inwestycyjnych. Co szósta złotówka naszych oszczędności trzymanych w bankach mieści się w skarbcach - a w zasadzie w systemach informatycznych - PKO BP. Zaś prawie co czwarty dorosły ma tam konto osobiste (bank prowadzi 6,9 mln rachunków). To właśnie bank zarządzany przez prezesa Zbigniewa Jagiełłę wytycza trendy i określa warunki gry dla innych banków. A jeśli o nich mowa: w zeszłym roku cała branża zarobiła 13,9 mld zł, czyli o 2,7 mld zł więcej, niż poprzednio. Te 2,7 mld zł wyjęła z naszych kieszeni (wyższy o 2,7 mld zł zysk odsetkowy) oraz dzięki jednorazowym transakcjom sprzedaży majątku (2,2 mld zł z "ekstrasków"). 

      zyski_bankuf

      W zeszłym roku PKO BP zarobił 2,87 mld zł, czyli poprawił zyski o prawie 300 mln zł w stosunku do poprzedniego roku. To wynik bardzo bliski poziomowi 3,1-3,2 mld zł rocznego zysku, który bank osiągał w ostatnich latach przed "dobrą zmianą". W 2016 r. w zarabianiu kasy nie przeszkodziło mu to, że stopy procentowe były na ekstremalnie niskim poziomie. Ani to, że ustawa antylichwiarska ograniczała oprocentowanie kredytów. Ani to, że do minimum spadły prowizje interchange (płacą je bankowcom sklepy za każdym razem, gdy płacimy kartą za zakupy). Nie przeszkodziły ograniczenia w udzielaniu kredytów hipotecznych (wyższy wkład własny) i oferowaniu ubezpieczeń przez banki (zakaz "zgrzewek" produktów bankowych z ubezpieczeniowymi w ramach polis grupowych). Nie zaszkodził wreszcie podatek bankowy (choć PKO oddał go 830 mln zł), ani zrzutka na fundusz dla kredytobiorców w tarapatach, ani zrzutka na pokrywanie strat deponentów upadłego SK Banku. Owszem, gdyby nie sprzedaż udziałów w Visa Europe oraz w firmie deweloperskiego Qualia zyski byłyby o ponad 500 mln zł mniejsze. Ale i tak zadziwiająco wysokie, biorąc pod uwagę plagi, które spadły na branżę bankową. Jak oni to zrobili? Prosto: doprowadzili do perfekcji wyciskanie z nas kasy. Dojenie nas tak, żebyśmy nawet nie zauważyli. A my się daliśmy wydoić jak stadko jałówek ;-))

      ZAPŁAĆ KLIENTOM TYLKO POŁOWĘ ODSETEK... Na odsetkach, mimo najniższych w historii stóp procentowych, PKO BP zarobił ponad 700 mln zł więcej, niż w poprzednim roku - aż 7,7 mld zł. Z jednej strony był w stanie zwiększyć dochody z zainkasowanych od klientów rat kredytowych - co oznacza, że pozyskał nowych klientów, a mimo rosnącej konkurencji w szybkich pożyczkach był w stanie przekonać ich, by płacili za kredyty jeszcze więcej. Z drugiej strony PKO BP drastycznie ściął oprocentowanie depozytów, bowiem wypłacił klientom aż o 430 mln zł mniej, niż rok temu.

      depozyty_pko_oproc

      Statystyczny posiadacz oszczędności w PKO BP dostał w zeszłym roku odsetki ścięte o jedną czwartą. Bank podliczył, że średnio płaci posiadaczowi rocznego depozytu 0,8% w skali roku. Dwa lata temu płacił 1,4%, choć w tym czasie cena pieniądza na rynku międzybankowym i stopy procentowe prawie się nie zmieniły! Marża odsetkowa w PKO BP - czyli z grubsza różnica między ceną pieniądza pozyskiwanego od klientów, a zyskiem netto z kredytów (po odliczeniu tych nie trafionych) wynosi dziś w PKO BP jakieś 3,2% i jest nawet wyższa od zeszłorocznej. Cztery lata temu, w skrajnie lepszych warunkach działania, bank miał 3,7% marży, co oznacza, że w skrajnie innych - gorszych warunkach - zachował spread między oprocentowanie kredytów i depozytów na poziomie z dobrych czasów! Cztery lata temu bank miał przychody z odsetek od kredytów wyższe tylko o niecale 10% od dzisiejszych! Ale klientom depozytowym wypłacił ponad dwukrotnie więcej w odsetkach, niż płaci im dziś (3,5 mld zł, gdy dziś 1,5 mld zł).

      odsetki_w_PKO

      ...I ZRÓB, ŻEBY MYŚLELI, ŻE TAK MA BYĆ. A wiecie co jest najciekawsze? Że mimo takiej polityki, jawnie krzywdzącej ludzi trzymających w PKO BP swoje oszczędności, ten bank prawie na niej nie stracił! Do PKO BP płynęły wciąż nowe pieniądze - przez rok wartość depozytów klientowskich zwiększyła się w największym polskim banku o 9,3 mld zł (do 205 mld zł, czyli o jakieś 5%). A w segmencie detalicznym dwukrotnie bardziej o 9%! Owszem, na całym rynku wzrost depozytów był podobny (też średnio o ponad 9%), ale biorąc pod uwagę, że większość banków - zwłaszcza tych średnich - oferowała depozyty oprocentowane dwa razy wyżej, niż PKO BP, można powiedzieć, że największy bank nieźle nami zakręcił. Jeśli ze 140 mld zł, które trzymają w PKO klienci detaliczni, mniej więcej 45% (czyli 63 mld zł) stanowią depozyty terminowe (reszta to ROR-y i konta oszczędnościowe), to straty na różnicy oprocentowania pieniędzy w PKO i innych bankach (płacących dwa razy więcej) kosztowały klientów, lekko licząc, pół miliarda złotych.

      DŁUGOTERMINOWE OSZCZĘDZANIE MIEJ W TYLE... Są banki, które promują długoterminowe oszczędzanie. Mają specjalne pakiety oszczędnościowe dla rodzin, albo plany odkładania na przyszłą emeryturę. W PKO BP też mają plany systematycznego oszczędzania, ale ostatnio ich nie promują, ani nie oferują oprocentowania, które mogłoby kogokolwiek zainteresować. Cóż, krótkie depozyty, osad na kontach oszczędnościowych i na ROR-ach łatwiej "wyceniać" na niski procent. I być może dlatego PKO BP pęka od depozytów na krótki termin, za które może płacić niewiele. Tylko 10% wszystkich oszczędności jest tam deponowanych na dłużej, niż rok. Niewiele jak na bank mający być dla innych wzorem do naśladowania i wyznaczać standardy.

      dugie_depozyty_w_PKO

      ... I FURĘ ZARABIAJ NA "KONTACH ZA ZERO". Spadły natomiast, ale tylko o 150 mln zł, dochody z prowizji, na których bank zarobił 2,7 mld zł. Ale na rynku, na którym aż roi się od bezpłatnych rachunków oraz kart debetowych "za zero" (pod warunkiem wykonania nimi transakcji o określonej wartości) PKO BP i tak wycisnął prawie 900 mln zł z prowizji za prowadzenie kont i ponad miliard za karty płatnicze! Jasne, że część tych pieniędzy przyniosły rachunki i karty korporacyjne, których obsługa jest droższa, niż indywidualnych, ale to i tak jest szok: wycisnąć prawie 2 mld zł z obsługi kont i kart na takim rynku, jak Polska, gdzie rządzi "darmocha". Kurą znoszącą złote jajka były też fundusze inwestycyjne, których obsługa świadczona klientom w bankowych okienkach przyniosła PKO BP aż 450 mln zł, choć te same fudusze można za darmo kupić przez internet na kilku platformach.

      PKO_prowizje

      DOKŁADAJ UBEZPIECZENIA DO CZEGO SIĘ DA. Co prawda bankom dużo trudniej jest oferować dziś ubezpieczenia do kredytów, kart i kont bankowych (nadzór w zasadzie utrącił polisy grupowe, najbardziej dla banków opłacalne), ale jak się umie klienta odpowiednio nastraszyć, to sam będzie błagał o dołożenie mu polisy do kredytu gotówkowego (w zeszłym roku w ten sposób PKO zebrał 405 mln zł składek), do kredytu mieszkaniowego (300 mln zł), albo o możliwość wpłacenia kasy na polisę inwestycyjną (z tego tytułu PKO zbiera 500 mln zł rocznie, głównie dzięki klientów dawnej Nordei, których przejął). Grunt to mieć klientów, którzy chodzą do placówek, a w tym placówkach pracowników zdeterminowanych do straszenia ;-).

      ubezpieczenia_w_pko

      BĄDŹ TAM, GDZIE JEST MAŁY WYBÓR. Częściową odpowiedzią na pytanie jak można zarabiać takie pieniądze na kontach za zero niech będzie profil klienta PKO BP. Jakkolwiek nie jest to bank spółdzielczy, to jednak tylko 15% klientów mieszka w dużych miastach (powyżej pół miliona mieszkańców). Większość ludzi korzystających z usług tego banku mieszka w mniejszych miejscowościach, gdzie nasycenie placówkami firm finansowych jest znacznie mniejsze, niż w metropoliach. Jeśli ma się mocną pozycję tam, gdzie ludzie mają mały wybór, to możesz sobie więcej liczyć za swoje usługi. 

      klienci_pko

      A przede wszystkim bądź duży i wiarygodny. Może i co trzeci klient PKO BP jeszcze nie skończył 35 lat, ale z drugiej strony niemal 40% posiadaczy kont, kredytów i depozytów w tym banku to osoby powyżej 55-go roku życia. A więc takie, które niekoniecznie uwierzą w banki internetowe, w depozyty zakładane przez smartfona i w to, że poza PKO BP istnieje inne, lepsze życie dla oszczędności. To chyba ostateczny argument wyjaśniający jak to możliwe, że największy polski bank, mając "garb" w postaci fury placówek i agencji, utrzymujący tysiące pracowników, ścigany przez agresywną i nowoczesną konkurencję, mający najwięcej klientów "odchodzących z banku z przyczyn naturalnych", wciąż zadziwia wysokimi zyskami. Może nie tak wysokimi jak w rekordowych latach 2011-2012, gdy rocznie wyciskał 3,7-3,8 mld zł, ale i nie odbiegającymi przesadnie od długoterminowej średniej, która wynosi 3-3,1 mld zł zysku netto rocznie.  Ale tam, gdzie akcjonariusze cieszą się zwrotem z zainwestowanego kapitału (ROE) na poziomie 9-10% rocznie, klienci muszą być się czuć jak krasule podłączone do bardzo wydajnej dojarki ;-)).

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „PKO BP, czyli perfekcyjnie skuteczna "dojarka". Jak oni to robią, że nic nie widać? Demaskuję! ;-)”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 06 marca 2017 19:02
  • czwartek, 02 marca 2017
    • Jeszcze szybszy i wygodniejszy sposób płacenia smartfonem? Polska firma chce podbić nim świat

      GSMA_mobile_world_congress_MWCSposobów wygodnego płacenia telefonem jest już sporo i trudno wyobrazić sobie, byśmy potrzebowali dalszych wynalazków w tej dziedzinie. Sprawa wygląda tak, że przy kasie sklepowej wyciągamy z kieszeni smartfona, wzbudzamy go, zbliżamy do terminala i rachunek zapłacony (ewentualnie po drodze wbijamy jeszcze PIN). Trzeba mieć tylko w smartfonie aktywowaną aplikację mobilną swojego banku (tak to działa w PKO BP, Pekao, BZ WBK, Eurobanku, Getinie, Raiffeisenie oraz Banku Millennium, gdzie używają technologii HCE) lub aplikację Android Pay z przypiętą do niej kartą płatniczą (a przypiąć ją mogą na razie klienci Alior Banku, BZ WBK i banku T-Mobile). Czy może być jeszcze prościej? W zasadzie nie, choć przecież zdarzają się narzekania, że smartfon czasem "nie łapie" kontaktu z terminalem tak łatwo, jak zwykła karta plastikowa. No i wszystko oparte jest o technologię zbliżeniową, której nie obsługują w Polsce popularne smartfony Apple'a. Nawet jeśli jesteś klientem banku, w którym można już płacić smartfonem, to z "jabłuszkiem" nic nie wskórasz.

      Polska spółka Braintri pokazała na targach WMC 2017 w Barcelonie, że płacenie zbliżeniowe smartfonem może być jeszcze wygodniejsze i bardziej dostępne, niż z wykorzystaniem technologii NFC. Jej pomysł nazywa się Jiffee i wykorzystuje technologię BLE (czyli tę samą, która obsługuje w naszych smartfonach bluetooth). Innymi słowy: smartfon łączy się z terminalem płatniczym (bądź z drugim smartfonem) przez bluetooth i tą drogą wymienia zakodowane informacje potwierdzające transakcję. To z kolei oznacza, że płatność może przebiegać nieco szybciej oraz można ją przeprowadzić również iPhone'm, a nie tylko urządzeniem z systemem Android. Minusy? Żeby terminal płatniczy mógł "czytać" sygnały wysyłane przez smartfona, musi mieć specjalną przystawkę. I to do niej, a nie do terminala, przykłada się smartfona, żeby zapłacić.

      20170228_130251

      Czytaj też inne moje teksty z Mobile World Congress w Barcelonie:

      >>> "Ja tylko oglądam"? Żarty się kończą, gdy ekran jest jednocześnie... terminalem płatniczym. Testowałem pierwszą na świecie technologię ekranu z funkcją płatniczą!

      >>> Okulary, które zastąpią smartfona i kartę płatniczą? To tylko jeden przykład rewolucji, która nadciąga. Już w tym roku inteligentne liczniki prądu oraz parkowanie przez internet

      Udało mi się osobiście przetestować działanie Jiffee, choć system jeszcze nie jest dostępny dla klientów i jeszcze przez jakiś czas nie będzie - dopiero tydzień temu Braintri złożyła w jego sprawie wniosek patentowy, a w Barcelonie jest światowa premiera tej nowinki. Za wcześnie więc jeszcze, by oceniać wartość nowego sposobu płacenia, ale trzeba przyznać, że w transakcjach testowych Jiffee spisuje się bez zarzutu. Płatności są błyskawiczne i ani razu nie zdarzyło mi się, bym musiał kilka razy zbliżać bądź wręcz przykładać smartfon do czytnika (w przypadku transakcji Android Pay niestety był taki incydent). Zresztą zobaczcie sami:

      Żeby móc używać Jiffee będzie trzeba ściągnąć sobie aplikację z AppStore lub sklepu Google'a i przypiąć do niej kartę (nie jest to trudne, odbywa się mniej więcej tak samo, jak przypinanie plastiku do aplikacji Ubera, czyli poprzez zrobienie karcie zdjęcia). Fajnym udogodnieniem ma być to, że można przypiąć do Jiffee kilka tzw. źródeł pieniądza i dopiero po zatwierdzeniu transakcji zdecydować czy obciążona ma być np. karta debetowa, kredytowa, czy konto bankowe. System potrafi nie tylko rozliczać transakcje mobilne, ale też naliczać rabaty lub punkty lojalnościowe - wszystko zależy od oprogramowania, które się do niego włoży.

      Pytania i wątpliwości? Dziś nie jestem w stanie zweryfikować tezy, że transakcje z wykorzystaniem BLE są równie bezpieczne jak HCE i nie wiążą się z ryzykiem przechwycenia jakichś informacji przez ewentualnego złodzieja. Pewne jest to, że na targach w Barcelonie, gdzie "szum w eterze" był ogromny, przy testowych transakcjach Jiffee ani razu nie "zgłupiał" z powodu nadmiaru smartfonów w okolicy. Twórcy systemu zapewniają, że żadnych dziur bezpieczeństwa nie ma, ale dopóki nie przetestujemy go w warunkach bojowych... Nie wiadomo też jak dokładnie będzie przebiegał proces rejestracji do usługi - czy będzie to wystarczająco wygodne. Po trzecie nie wiemy czy Jiffee będzie przyjazny dla sprzedawców (a tylko wtedy sklepikarze będą mieli cień powodu, by oferować go swoim klientom).

      Czytaj też: Nie pokochałeś jeszcze płacenia smartfonem? Oni mają na to sposób

      No i wreszcie - to chyba najważniesze - nie wiadomo czy w wymyślony przez Polaków nowy standard płacenia uwierzy jakiś duży bank (i wprowadzi do swojej aplikacji mobilnej zamiast HCE lub Android Pay'a) lub jakaś sieć handlowa (Empik, Carrefour lub któraś z podobnych). To może nie być takie łatwe, bo jeśli sklepikarze mają już terminale płatnicze dostosowane do płatności zbliżeniowych, to po co mieliby dokładać kolejne ogniwo, wymagające w dodatku niewielkiej, ale jednak zajmującej miejsce przystawki do terminala? Niewykluczone, że Jiffee znajdzie sojusznika w systemie BLIK, który pozwala na płacenie smartfonem, ale nie w oparciu o technologię zbliżeniową, tylko o znacznie mniej wygodne kody jednorazowe (jest podobno jakiś problem z wprowadzeniem HCE do BLIKa). Podobno są już rozmowy w sprawie ewentualnej współpracy Jiffee i BLIKa, co wyniosłoby nowy sposób płacenia zbliżeniowego na orbitę ;-).

      System ma tę zaletę, że nie wymaga terminala płatniczego, transakcje można przeprowadzać bezpośrednio ze smartfona sprzedawcy na smartfon kupującego. Oczywiście oba smartfony muszą być wyposażone w aplikację Jiffee, zaś sprzedający musi być podpięty do którejś z firm rozliczających transakcje międzybankowe. To może być w przyszłości ciekawa opcja dla drobnych przedsiębiorców, którzy chcą akceptować transakcje bezgotówkowe, ale nie chcą inwestować w terminale płatnicze. Zapewne z tego powodu stoisko Braintri w Barcelonie jest chętnie odwiedzane przez przedstawicieli krajów afrykańskich, które inwestują w płatności mobilne, ale nie upowszechniły się tam terminale płatnicze w sklepach. Niewykluczone więc, że Jiffee zrobi karierę, ale nie u nas, lacz tam, gdzie rządzą dziś płatności typu "smartfon do smartfona".

      O LOKOWANIU OSZCZĘDNOŚCI W AKCJI "DYWIDENDA JAK W BANKU". Od wiosny 2016 r. w blogu trwa akcja "Dywidenda jak w banku", w której zdradzam sposoby na w miarę bezpieczne lokowanie oszczędności inaczej, niż tylko na depozycie bankowym. Zapisując się na newsletter akcji nie przegapicie żadnego z kolejnych tekstów, klipów wideo, webinarów, ani konkursów. W akcji bierze też udział Longterm.pl, najstarszy stażem bloger zajmujący się inwestowaniem długoterminowym, a także Giełda Papierów Wartościowych oraz Stowarzyszenie Inwestorów Indywidualnych i BPH TFI. Obejrzyjcie też jak - wspólnie z Longtermem - mierzyliśmy się z lękami związanymi z lokowaniem oszczędności, zwiedzaliśmy kasyno, udaliśmy się na ryby. Zabawne i pouczające.

      ZOBACZ MOJE PROGRAMY WIDEO! Zapraszam do obejrzenia pierwszego sezonu tygodnika wideo "KASOWNIK SAMCIKA". Jest tam o sprytnych sposobach na oszczędzanie, o studiowaniu, pracowaniu, zaciąganiu kredytu hipotecznego, o zakupach, kontach bankowych, ubezpieczeniach, lokatach, podatkach... Poza poradami w każdym wydaniu czerstwy żart prowadzącego :-)), ciekawostka o pieniądzach oraz finansowy trik Samcika. Zapraszam do obejrzenia wszystkich zeszłorocznych odcinków. Wkrótce kolejna seria! Subskrybuj kanał YouTube "Subiektywnie o finansach"!

      Zapraszam też do obejrzenia spektakularnego cyklu wideo "OD OSZCZĘDZANIA DO INWESTOWANIA". W ośmiu odcinkach realizowanych przy "wsparciu" wszystkich możliwych żywiołów opowiadam o tym, jak małymi krokami zabrać się do oszczędzania pieniędzy i co można zrobić, żeby namnażały się szybciej.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Jeszcze szybszy i wygodniejszy sposób płacenia smartfonem? Polska firma chce podbić nim świat”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 02 marca 2017 11:01
  • wtorek, 21 lutego 2017
    • Będzie rewolucja w logowaniu? Jedno mobilne hasło do wszystkiego? W T-Mobile już to testują

      Brak możliwości okazania urzędnikowi e-dowodu osobistego, a policjantowi e-prawa jazdy - lub przynajmniej zidentyfikowania człowieka bez konieczności okazania przez niego fizycznego dokumentu - to w XXI wieku skandal. Większość dokumentów może występować już w formie elektronicznej (łącznie z kartami płatniczymi, nie mówiąc już o biletach, czy kartach lojalnościowych). W autoryzacji dostępu zaczyna się używać odcisków palców, barwy głosu oraz układu naczyń krwionośnych (każda z tych technologii jest już oferowana klientom polskich instytucji finansowych). A w urzędach? Owszem, można już płacić telefonem, pojawił się dostęp do niektórych czynności urzędowych przez internet (via platforma ePUAP, do której można wejść przez konto bankowe), ale możliwości przechowywania dowodów tożsamości w smartfonie wciąż brak. Skoro konto bankowe trzymamy w smartfonie, to dlaczego nie możemy legitymować się urzędnikom e-dokumentami?

      ZAMIAST DOWODU OSOBISTEGO SMS AUTORYZACYJNY? Szefowa resortu cyfryzacji Anna Streżyńska zapewnia, że wkrótce to się zmieni. Jesienią zeszłego roku zapowiedziała utworzenie bazy e-dokumentów, do której będzie można zaglądać w taki sam sposób, w jaki dziś potwierdzamy wysłanie przelewów bankowych przez internet - za pomocą SMS-ów autoryzacyjnych. Miało to wyglądać tak, że np. policjant, który chce nas wylegitymować, wpisywałby w swojej aplikacji na tablecie nasz PESEL oraz nazwisko i wysyłał zapytanie do "centrali". A stamtąd popłynąłby SMS autoryzacyjny na naszego smartfona. Podając kod stróżowi prawa, wpuszczalibyśmy go do e-szuflady na ministerialnym serwerze, w której będzie "leżał" nasz e-dowód. Proste? Ale z ostatnich wypowiedzi minister Streżyńskiej wynika jednak, że koncepcja dostępu do e-dokumentów może być nieco inna. "Istniejące rozwiązania informatyczne umożliwiają realizację takich celów bez SMS-ów. Rozmawiamy jak ułożyć ten projekt od nowa" - powiedziała niedawno w wywiadzie dla TVN24.

      JEST INNY POMYSŁ: MOBILE CONNECT. Jakie to może być rozwiązanie? Najpewniej chodzi o mobile connect, czyli prosty sposób potwierdzania tożsamości za pomocą smartfona oraz z wykorzystaniem infrastruktury operatorów telekomunikacyjnych.  Pierwszą firmą telekomunikacyjną, która od kilku tygodni testuje już to rozwiązanie na wybranych klientach, jest T-Mobile. Mobile connect polega na tym, że jeśli chcę się zalogować do jakiejś bazy danych, to wpisuję na ekranie logowania - w komputerze lub tablecie - swój numer telefonu, zaś drugą częścią "klucza" jest powiadomienie push wysłane na ten telefon. Potwierdzam swoją tożsamość klikając "tak" na ekranie smartfona (gdy powiadomienie push zawiera jedynie prośbę o potwierdzenie, że chcę się zalogować w dane miejsce), albo wpisuję w komputerze lub na tablecie kod PIN (może być stałym hasłem albo jednorazowym, wysyłanym za pomocą powiadomienia push). W pierwszym wariancie telefon jest de facto tokenem sprzętowym, zaś w drugm - może dostarczać w bezpieczniejszy od SMS-a sposób jednorazowe hasło do logowania.

      Wprowadzenie mobile connect jako standardu w autoryzacji może zmienić nasze życie. Jeśli na tę technologię postawi Ministerstwo Cyfryzacji, to szybko wprowadzą ją wszyscy operatorzy telekomunikacyjni. I zaoferują ten sposób autoryzacji klientom nie tylko w kontaktach z urzędnikami, ale wszędzie tam, gdzie klient będzie chciał się zalogować - będzie to nowy, zunifikowany sposób potwierdzania tożsamości i autoryzacji dostępu w różne miejsca.

      schematintegracjioidc

       

      O mobile connect pisali niedawno też moi koledzy z Cashless.pl. Polecam ;-)

      LOGOWANIE DZIŚ: NIEBEZPIECZNE ALBO NIEWYGODNE. Wyobraźmy sobie, że chcemy zalogować się do sklepu internetowego. A później do innego sklepu, do portalu randkowego, do serwisu VOD, do banku, na konto u operatora telekomunikacyjnego, do biura obsługi klienta w firmie dostarczającej nam prąd... Dziś potrzebujemy do tego wszystkiego tuzina loginów i haseł (zdefiniowanych i zapamiętanych przy rejestracji kont). Oznacza to albo ryzyko "dekonspiracji" (bo wszystkie te loginy i hasła mamy gdzieś pozapisywane bez gwarancji, że ktoś nie wpadnie w posiadanie tej listy) albo... ryzyko utraty pieniędzy i tożsamości (bo mamy jedno hasło do wszystkiego i jeśli ktoś nam je wykradnie, może spróbować go np. żeby zalogować się w naszym imieniu np. w banku). Alternatywą dla polityki "jednego hasła" lub zapisywania wszystkich haseł na kartce (opcjonalnie w pliku o nazwie "moje hasła" :-)) jest korzystanie z opcji "zaloguj przez Facebooka". Ale to z kolei oznacza powierzania wielu danych osobowych - i nie tylko osobowych - amerykańskiemu serwisowi bez żadnej pewności, że nie zostaną kiedyś wykorzystane w niecny sposób.

      TELEKOM JAKO CENTRUM AUTORYZACJI. Mobile connect to technologia, która może skończyć z tym chaosem, bo przerzuca potwierdzanie tożsamości użytkownika na firmę telekomunikacyjną, która oferuje jedną "bramkę" do wszystkich miejsc, w których się logujemy. "Loginem" jest zawsze numer telefonu (czyli de facto karta SIM, którą "podpisaliśmy" nazwiskiem przy rejestracji), zaś hasłem smartfon (lub hasło dostarczone na ten telefon pushem). Niezależnie od tego na jakiej stronie się logujemy - zawsze potrzebny jest tylko ten zestaw danych. Żadnych loginów, PIN-ów, identyfikatorów i haseł, które trzeba byłoby zapamiętywać lub spisywać na karteczkach. Teleoperatorzy, mając działającą i przetestowaną usługę mobile connect zapewne w pierwszym rzędzie zastosują ją w kontaktach z własnymi klientami - wiem, że np. T-Mobile już testuje ten sposób autoryzacji klientów do e-kont, na których można konfigurować usługi, kupować telefony, dokupywać pakiety danych itp. - a potem zgłoszą się z podobną ofertą do banków, sklepów i usługodawców, którzy chcieliby ułatwić klientom logowanie przy zachowaniu dotychczasowego poziomu bezpieczeństwa.

       mobile_connect_hdiw1

      JEDNO HASŁO DO WSZYSTKIEGO I... SZYBKIE PŁACENIE? Usługodawcy prawdopodobnie nie będą mieli nic przeciwko temu, bo dziś ich głównym problemem jest to, iż odwiedzający ich strony internetowe klienci nie chcą się rejestrować (bo to wymaga wymyślania i zapamiętywania kolejnych loginów i haseł). W dalszej perspektywie można sobie wyobrazić połączenie mobile connect z inną technologią - direct billing. Czyli procesu logowania z łatwym zakupem na jeden klik w ciężar rachunku telekomunikacyjnego. Jeśli klient już się zautoryzował numerem telefonu i powiadomieniem push, to po co miałby używać do płacenia przelewów ekspresowych lub kart płatniczych, skoro jednym klikiem mógłby zlecać firmie telekomunikacyjnej obciążenie danym zakupem jego rachunku za telefon? Oczywiście, są już technologie płatnicze pozwalające płacić jednym klikiem, ale nie wszyscy z nich korzystają. Miejsce na połączenie mobile connect z direct billing niewątpliwie jest.

      KTO BĘDZIE CENTRUM AUTORYZACJI? BANKI CZY TELEKOMY? Technologia mobile connect, zwłaszcza jeśli zostanie ogłoszona oficjalnym standardem przez Ministerstwo Cyfryzacji, może wynieść teleoperatorów na zupełnie inną orbitę. Z usługodawców "takich jak wszyscy", występujących w jednym szeregu z dostawcami prądu, czy bankami, mogą się przeistoczyć w centra uwierzytelniania klientów i w pośredników w płatnościach. A na tym można zarobić całkiem duże pieniądze. To z kolei mogłoby oznaczać kłopot dla banków, które mają mniej więcej ten sam plan - z pośredników w obrocie pieniędzmi chcą się przekształcić w pośredników między klientami i handlowcami (podsuwających najlepsze opcje zakupowe i ich finansowanie) oraz w centrum autoryzacji tożsamości właśnie.

      Banki nie bez przyczyny ochoczo zadeklarowały gotowość przyjmowania wniosków w programie "Rodzina 500+". I nie bez powodu zaczynają umożliwiać dostęp do kont ePUAP (można na nim załatwić niektóre sprawy urzędowe) z poziomu bankowości elektronicznej. Mobile connect oznacza, że "bramkę" do autoryzacji dostępu w wiele miejsc ustawią telekomy. Choć z drugiej strony trudno sobie wyobrazić logowanie via konto bankowe np. do serwisów społecznościowych, czy randkowych, więc być może mobile connect aż tak bardzo nie wejdzie bankom w drogę. Aczkolwiek mogę sobie wyobrazić, że bankowcy chcieliby zintegrować konto bankowe z kontem klienta w firmie dostarczającej energię bądź usługi telekomunikacyjne. Mobile connect jest w tym kontekście dla bankowców niebezpiecznym rywalem.

      BANKI TEŻ WYKORZYSTUJĄ "PUSH" W AUTORYZACJI. Bankowcy  też zaczynają wykorzystywać mobile connect. mBank już teraz, jako pierwszy gracz w branży finansowej, wprowadza autoryzowanie transakcji za pomocą swojej aplikacji mobilnej i powiadomień push. Klient, który ma aplikację mobilną mBanku w smartfonie wkrótce będzie bezpieczniejszy - zamiast SMS-a, którego ktoś może przejąć i spróbować zdalnie wykorzystać, dostanie powiadomienie push, które musi wpisać na swoim smartfonie. Nawet gdyby złodziej przejął kod, to musi mieć jeszcze smartfona, żeby spróbować wyprowadzić pieniądze z konta klienta. Tyle, że do tego rozwiązania potrzebny jest w miarę nowoczesny smartfon, aplikacja mobilna (większość klientów banków jeszcze z nich nie korzysta, obawiając się o bezpieczeństwa) i aktywny transfer danych w smartfonie (to może rodzić duże koszty w czasie podróży poza Unię Europejską, gdzie transfer danych bywa potwornie drogi). Mobile connect udostępniany przez teleoperatorów działa nawet na starej Nokii, nie wymaga instalowania żadnych aplikacji (komunikaty są wysyłane po sieci telekomunikacyjnej), ani nie zżera transferu danych.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „Będzie rewolucja w logowaniu? Jedno mobilne hasło do wszystkiego? W T-Mobile już to testują”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 21 lutego 2017 09:10
  • wtorek, 14 lutego 2017
    • Polak lubi nowoczesność? Oni sprawdzili jak jest naprawdę na przykładzie... rachunku za prąd

      Od czasu do czasu zapodaję Wam ciekawe dane o Was samych - jak płacicie, jak oszczędzacie i inwestujecie, jak kupujecie i jak się zadłużacie oraz jak pracujecie i wypoczywacie. Dziś kolejna porcja danych - tym razem z przeprowadzonych przez NBP badań wśród posiadaczy kont bankowych (solidna, prawie tysiącosobowa próba). Autorzy badania postanowili się dowiedzieć czy mamy w ogóle konta w banku i jak ich używamy oraz jak opłacamy rachunki domowe. Czego się dowiedzieli? Ano do nieposiadania konta w banku przyznało się 20% badanych. Reszta jakiś ROR ma: albo samodzielnie, albo jako współwłaściciel. Jeśli chodzi o tę jedną piątą "bezROR-owców", to rekrutują się oni głównie z młodzieży (42% osób między 18-tym a 24-tym rokiem życia) oraz z emerytów (43% osób po sześćdziesiątce). Przeciętny bezROR-owiec to singiel z dochodem poniżej 2000 zł miesięcznie (odpowiednio 37% i 46%).

      ROR1

      Połowa posiadaczy kont osobistych twierdzi, że jest to konto darmowe. Mam pewne obawy, że część z nich ma jedynie takie subiektywne odczucie, że za konto nie płaci (bo w niektórych bankach nie jest łatwo spełnić warunki darmowości ROR-u), ale załóżmy, że większość z tych 50% rzeczywiście jest posiadaczami darmowych ROR-ów. To i tak byłby niezły wynik.

      ROR15

      Najczęściej za ROR płacą starsi klienci, którzy od lat mają konto w jednym banku, często w państwowym molochu, który ich nie rozpieszcza, ale daje poczucie bezpieczeństwa. Młodzież, jeśli już ma ROR, to dba o to, by było to konto darmowe. Większy dostęp do darmowego konta jest w dużych miastach (to pewnie kwestia większej "internetowości" mieszkańców).

      ROR3

      ROR4

      ROR5

      Mniej więcej taki sam odsetek osób, który nie ma konta, nie używa też karty debetowej, co oznacza, że jak już ktoś ma ROR, to zwykle bierze z też z banku plastik (choćby do wypłacania kasy z bankomatu, rzadziej do płacenia w sklepach, o czym będzie dalej). Im więcej kasy mamy do wydawania, tym chętniej do jej wypłacania bądź do zakupów bierzemy kartę.

      ROR6

      Trzy czwarte Polaków korzysta z bankowości internetowej (im większy dochód tym chętniej bankujemy online), zaś 28% - z bankowości mobilnej (tu akurat niezależnie od dochodu, a bardziej od wieku).

      ROR7

      ROR8

      NBP przepytał nas też o comiesięczne rachunki. Przeciętnie płacimy 6-7 rachunków rocznie (oczywiście im mniejsze gospodarstwo domowe i im mniejszy dochód, tym comiesięcznych faktur też jest mniej). Jakieś 22% z nas płaci je wciąż na poczcie. W tym oczywiście aż 38% osób po 60-tce.

      ROR9

      ROR10

      Odsetek płacących rachunki na poczcie mniej więcej pokrywa się z odsetkiem osób nie posiadających rachunku w banku. Ale NBP-owcy zapytali nas też w jaki sposób regulujemy jeden, konkretny rachunek - za energię elektryczną. Identyczne badania przeprowadzone w 2009 r. obnażyły naszą "gotówkowość". Otóż tylko 20% płaciło za prąd przelewem, zaś kolejne 6% jakimś zleceniem stałym, poleceniem zapłaty lub innym automatem. Aż 41% z nas szło z tym rachunkiem na pocztę, 20% do punktu obsługi klienta firmy energatycznej, zaś kolejne 11% - wpłacało cash w jakimś innym miejscu, w którym można zapłacić rachunek (bank, pośrednik finansowy).

      A dziś? Już 60% wykonuje płatność do zakładu energetycznego przez internet, 19% idzie na pocztę, zaś kolejne 17% idzie do banku (z gotówką bądź żeby wypełnić polecenie przelewu), do punktu obsługi klienta firmy energetycznej lub do pośrednika (sklep, firma przyjmująca płatności za rachunki). Zmiana w kierunku bezgotówkowości niewątpliwie jest, ale wciąż 36% ludzi traci czas na płacenie rachunków w staroświecki sposób. I to w kraju, w którym 80% ludzi ma konto bankowe, 75% używa bankowości przez internet, zaś więcej niż 25% - przez smartfona.

      ROR11

      ROR12

      ROR13

      No i na koniec jeszcze małe potwierdzenie naszej dużej "gotówkowości" - struktura płatności za zakupy. Otóż do sklepu 63% Polaków chodzi wciąż z gotówką. Co trzeci płaci kartą debetową (co oznacza, że więcej, niż co drugi posiadacz debetówki używa jej wyłącznie przy bankomacie!), a 4% przelewem - prawdopodobnie jest to ta część zakupów internetowych, która nie jest opłacana przy odbiorze.

      ROR14

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Polak lubi nowoczesność? Oni sprawdzili jak jest naprawdę na przykładzie... rachunku za prąd”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 14 lutego 2017 19:26
  • czwartek, 09 lutego 2017
    • Jak często płacicie bez gotówki? Średnia jest... wstydliwa, ale oni już wiedzą co z tym zrobić :-)

      Jeśli wierzyć analitykom z firm doradczych, najbliższe 10 lat może przynieść nam istną rewolucję w sposobach płacenia. Według firmy AT Kearney do 2025 r. liczba transakcji bezgotówkowych, które przeprowadzają mieszkańcy Starego Kontynentu, może się podwoić (ze 128 do 238 transakcji rocznie). O ile dziś tylko co czwarta transakcja płatnicza w Europie jest bezgotówkowa (w Polsce co piąta), to za blisko 10 lat będzie to już niemal co druga transakcja. Nie wiem jak często używacie do płacenia czegoś innego, niż gotówka (karty, przelewy, BLIK, płatności telefonem, płatności przelewami pay-by-link w sklepach internetowych, PayPal), ale wydaje mi się, że większość z moich czytelników jest powyżej przeciętnej, czyli jednej transakcji bezgotówkowej co trzy dni. Za 10 lat macie płacić bez-cashowo dwa razy częściej, niż dziś. Połowę tych transakcji wciąż będą stanowiły zakupy kartowe, co trzecią - przelewy, zaś 12% to będą płatności nowymi sposobami (telefonem, bitcoinami).

      ATkearney1

      AT Kearney prezentuje - a ja wklejam poniżej - ciekawy wykres, z którego wynika, że duży wpływ na tempo rozwoju płatności bezgotówkowych ma... gęstość sieci bankomatów. Tam, gdzie liczba transakcji bankomatowych na osobę w skali roku rośnie (ale bankomaty nie są tak dostępne, jak w innych krajach, oś Y), tam stosunkowo niewielki jest też przyrost transakcji bezgotówkowych (oś X). To oznacza, że wykres pokazujący zmianę trendów płatniczych w danym kraju jest stromy. Tam, gdzie transakcji bankomatowych było w przeszłości bardzo dużo, a dziś ich liczba na osobę spada (ludzie nasycili się już bankomatami), tam bardzo szybko rośnie liczba transakcji bezgotówkowych (to te długie, spadające linie w Holandii, Szwecji, Finlandii, Wielkiej Brytanii). Krótko pisząc: trzeba dać się ludziom "wyszumieć" stawiając bankomaty na każdym rogu, a sami dojdą do wniosku, że już im się nie chce.

       ATkearney21

      Dwa kolejne wykresy pokazują w jakich miejscach płacimy - na każdego Europejczyka rocznie przypada 800 transakcji - i w jaki sposób można w związku z tym rozwijać płacenie bez gotówki. Z tych 800 transakcji jakieś 80 transakcji to te dokonywane w urzędach i w ramach różnych biznesów, 140 transakcji rocznie to comiesięczne, stałe rachunki, 30 transakcji to zakupy w sklepach internetowych, 100 transakcji to zdalne przekazywanie pieniędzy między osobami (pożyczki, składki na wspólne imprezy, przekazywanie rodzinie pieniędzy, gdy pracujemy w innym mieście itp.), zaś aż 450 to transakcje, w których fizycznie widzimy przed sobą osobę, której płacimy.

       ATkearney31

      I w tych dwóch ostatnich obszarach jest potencjał, by umożliwiać ludziom płacenie inaczej, niż gotówką. W przypadku rozliczeń rodzinnych zdalnych mogą to być systemy przelewów z telefonu na telefon (już w Polsce takie są, choćmy BLIK), zaś w przypadku transakcji face-to-face - bankowość mobilna. Transakcje przez smartfona mają o tyle przyszłość, że już dziś połowa mieszkańców świata jest połączona z internetem stale lub przynajmniej raz na godzinę. I już dziś te osoby wykorzystują smartfony do kupowania, dzielenia się wiadomościami o zakupach, szukaniu produktów do zakupu, geolokalizacji i płacenia.

       ATkearney41

      No i na koniec o tym na czym będą zarabiały europejskie firmy finansowe w przyszłości. Dziś w przychodach z działalności "bezgotówkowej" 25 mld euro pochodzi z wydawania kart, 21 mld euro z rozliczania transakcji, 21 mld euro z transakcji transgranicznych, 6 mld euro z płatności alternatywnych, 4 mld euro z przelewów pay-by-link i 3 mld euro z bankomatów. Jak to będzie wyglądało za mniej, niż 10 lat? Rozliczanie transakcji kartowych będzie rządziło (35 mld euro) oraz bardzo szybko urosną przychody z nowych rodzajów płatności (smartfonem, peer-to-peer, czyli bezpośrednio między ludźmi, pieniędzmi podobnymi do bitcoinów itp.).

      ATkearney51

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „Jak często płacicie bez gotówki? Średnia jest... wstydliwa, ale oni już wiedzą co z tym zrobić :-)”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 09 lutego 2017 19:52

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


użytkowników on-line