Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

14. Dobre (i złe) praktyki

  • środa, 30 sierpnia 2017
    • Bank "zapomniał" usunąć negatywnego wpisu o klientce w BIK. Sam zaproponował "karę"!

      Pani Joanna jest moją czytelniczką od kilku lat. Od czasu do czasu wymieniałem się z nią e-mailami, kibicując jej próbom wykaraskania się z problemów finansowych. Straciła pracę, nie była w stanie spłacić długów. Próbowała – m.in. z moją pomocą – dogadać się z kilkoma bankami, by rozłożyły spłaty na mniejsze raty. Z niektórymi bankami udało się dogadać, ale dwa były nieugięte i plan restrukturyzacji długów się nie powiódł. Pani Joanna złożyła więc do sądu wniosek o upadłość konsumencką, godząc się na utratę całego majątku.

      W styczniu 2015 r. sąd rejonowy ogłosił upadłość konsumencką moej czytelniczki. Pod kuratelą syndyka sprzedała mieszkanie i oddała na poczet długów wszystkie cenne rzeczy. Sąd zgodził się umorzyć część długów, w tym te, które miała wobec Citibanku. To oznaczało, że pani Joanna powinna odzyskać dobre imię również na kartach BIK-u, gdzie od lat jej nazwisko widniało jako nierzetelnej klientki z przeterminowanym długiem. Nie spłacona część długu została prawomocnie umorzona.

      Citibank nie spieszył się jednak ze zmianą statusu klientki z “nie spłaca długu” na “dług został umorzony”. Nowy wpis pojawił się dopiero w maju, po pięciu miesiącach od wyroku sądu! I to mimo, że prawo bankowe w takich okolicznościach daje bankowi 7 dni na poprawienie wpisu w BIK. Postanowienie sądu stało się prawomocne na początku marca 2015 r. i wtedy też pani Joanna złożyła w banku pismo z prośbą o zamknięcie zobowiązania i usunięcie wpisu dotyczącego jego niespłacania ze wszystkich baz, w których on mógł figurować.

      Od tego momentu Citibank przez dwa i pół miesiąca nie znalazł czasu na zaktualizowanie statusu długu mojej czytelniczki. Ba, nie raczył nawet – jak twierdzi kredytobiorczyni – w ciągu 30 dni przesłać odpowiedzi na jej prośbę. W połowie maja pani Joanna pobrała z BIK swój raport kredytowy, w którym przeczytała, iż kwota 130.000 zł, którą była winna bankowi i którą są umorzył, wciąż jest otwartym kredytem w fazie windykacji. Dopiero po awanturze bank “wyczyścił” sprawę. Klientka zażądała odszkodowania

      Ile można dostać pieniędzy za takie niedopatrzenie banku? Ile pieniędzy zaproponował Citibank swojej wkurzonej klientce? O tej bardzo ciekawej sprawie piszę na www.subiektywnieofinansach.pl. Bezpośredni link do tego tekstu jest tutaj, ale zapraszam do obejrzenia także innych rubryk - niektóre moje teksty są publikowane  tylko na "Subiektywnie o finansach"!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Bank "zapomniał" usunąć negatywnego wpisu o klientce w BIK. Sam zaproponował "karę"!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 30 sierpnia 2017 08:52
  • czwartek, 23 marca 2017
    • Na foreksie tracimy miliardy? Już wiem dlaczego. Zadzwoniła do mnie niższa kultura naganiania

      Partia rządząca jest urobiona po pachy wyjaśnianiem afery Amber Gold, ale wyczyny Marcina P. to pikuś w porównaniu z tym, co wyrabiają eksperci od wciskania kitu zatrudnieni przez niektóre platformy foreksowe. Forex nadaje się do wciskania kitu znakomicie - można tu inwestować w waluty, surowce, indeksy giełdowe i akcje z wykorzystaniem m.in. kontraktów terminowych, nie posiadając dużego kapitału. Korzysta się w takim przypadku z tzw. dźwigni finansowej, która pozwala zwielokrotnić tempo zarabiania, ale i tracenia pieniędzy. Jest więc szybko, gęsto od emocji i kolorowo. Można roztaczać wizję krociowych zysków i szybkich fortun. Próbkę kitowciskania mogliście zobaczyć w moim niedawnym felietonie o akademii zarabiania kasy im. Abramowicza :-)

      Nie ma w takim sposobie inwestowania nic złego, ale nie nadaje się on dla inwestorów-amatorów, którzy nie mają doświadczenia w lokowaniu oszczędności na rynku kapitałowym. Można o nim powiedzieć wszystko, ale nie to, że jest bezpieczny ;-). Właśnie ujrzał światło dzienne raport Najwyższej Izby Kontroli na temat firm foreksowych i ich klientów. Z raportu wynika, że umowy na takie usługi z brokerami ma w Polsce ponad 130.000 osób, z czego aktywnie gra na foreksie ponad 30.000. Inspektorzy NIK policzyli, że w latach 2012-2016 r. łączne straty klientów krajowych brokerów wyniosły ponad 2,1 mld zł. Moc :-). Chociaż trzeba powiedzieć, że z krótkoterminowych striptizów foreksowych maklerów aż taki obraz nędzy i rozpaczy nie wynika.

      SUBIEKTYWNOŚĆ RZĄDZI W KONSUMENCKOŚCI. Dobrzy ludzie sprawdzili którzy dziennikarze najczęściej poruszają tematy konsumenckie i stają po stronie uciśnionych. Wiedziałem, że w klasyfikacji Robin Hoodów i Janosików subiektywność miała zawsze wiele do powiedzenia, ale nie wiedziałem, że aż tak ;-).

      C69g9hPWoAAOfj4

      Forex jest jak zaraza. Klientów pozyskuje się metodą "na Philipiaka", czyli dzwoniąc po Bogu ducha winnych ludziach i naganiając. Do mnie z uporem lepszej sprawy wydzwaniał niedawno konsultanto-kitowciskacz z Globtrex. Jest to duża firma, której reklamy zalewają internet i która ma na pokładzie m.in. głównego analityka Sławomira Dębowskiego. Jeśli zadzwonią do Was i będą pytali czy znacie analizy Sławomira Dębowskiego, to na wszelki wypadek odpowiadajcie, że znacie, bo inaczej zafundujecie sobie pięć minut rozmowy reedukacyjnej. Są bardzo wrażliwi na punkcie znajomości dzieł pana Sławomira ;-)). Firma chce być postrzegana jako uczciwa, etyczna i troszcząca się o interesy klientów. Na stronie internetowej - choć w niespecjalnie eksponowanym miejscu - znajdują się wszystkie konieczne ostrzeżenia o ryzyku związanym z inwestowaniem. Sęk w tym, że duża część klientów jest do usług tej firmy nakłaniana przez telefon. A to, co wyprawiają jej telemarketerzy, woła o pomstę do nieba.

      Czytaj też: Po drugiej stronie biurka, czyli szczera spowiedź bankowego naganiacza

      Czytaj też: Jak twardziel z twardzielem czyli bankier kontra Samcik. Było ostro

      Dzwonili do mnie z Globtreksu kilka razy. Za każdym razem były to długie i bolesne rozmowy z dobrze wyszkolonymi, wyszczekanymi, momentami wręcz bezczelnymi konsultantami, którzy nie dają sobie przerywać, nie znają granic w aroganckim przekonywaniu, że białe jest czarne i jak trzeba to powiedzą klientowi co myślą o jego małym mózgu. Przedstawiają się jako pracownicy "firmy inwestycyjnej" (słowo forex rzecz jasna nie pada) i oczywiście mają do zaoferowania "korzystną, pewną, bardzo dobrą inwestycję" w akcje jakiejś amerykańskiej spółki, którą każdy zna i podziwia. Oczywiście tak naprawdę nie chodzi o akcje, lecz o kontrakty terminowe, ale tego z rozmowy z konsultantem się nie dowiecie. Jak również nie dowiecie się, że chcą Was zapisać do ultraryzykownej inwestycji z dźwignią finansową sięgającą 100-krotności zainwestowanego kapitału. To ma być "korzystna, pewna, bardzo dobra inwestycja".

      globtrexscreen1

      Jasne: nawet taka inwestycja nie jest rosyjską ruletką. Można wbudować w taką inwestycję tzw. stop-loss, czyli jej automatyczne zamknięcie zanim straty staną się horrendalne. Ale nie zmienia to faktu, iż tego typu lokowanie kapitału nie jest dla każdego. O tym też niestety nie pogadacie przez telefon z konsultantem, bo to nie szkółka niedzielna tylko prawdziwa szkoła życia dla twardych mężczyzn. Żeby nie było, że się czepiam: sam inwestuję malutką porcję swoich oszczędności na rynku instrumentów pochodnych. Np. obstawiam wzrost kursu dolara i już przy 2-groszowym jego umocnieniu zarabiam 100 zł z zainwestowanego 1000 zł. Albo obstawiam spadek ceny ropy naftowej i po półdolarowym zsunięciu się ceny na amerykańskiej giełdzie jestem 10% do przodu.

      Kilkakrotnie wdałem się z takim gadułą globtreksowym w rozmowę. Podczas ostatniej albo przedostatniej (już dobrze nie pamiętam) usłyszałem bajeczkę o tym jak wielkim pewniakiem na najbliższych kilka tygodni jest Tesla. Bo - uwaga - właśnie wprowadza nowy model samochodu elektrycznego (jakby tego typu newsy nie były już od dawna wliczone w ceny akcji :-)). I dlatego, że bank inwestycyjny właśnie teraz zaleca kupowanie jej akcji. I dlatego, że klienci, którzy wcześniej weszli w ten rodzaj inwestycji, średnio zarobili 14% w kilka tygodni. Lubię się droczyć, więc... Jak on do mnie, że ostatnio Tesla poszła tyle a tyle w górę, to ja do niego, że przedostatnio poszła o tyle i tyle w dół. Jak on do mnie, że w przeszłości na dwutygodniowych inwestycjach jego klienci zarabiali tyle-a-tyle, a ja go pytam jak to możliwe, że wciąż pracuje na infolinii zamiast wygrzewać się w swojej rezydencji na Florydzie, skoro tak zarabia.

      A na koniec obowiązkowo pytam o wskaźnik C/Z spółki, którą mi oferuje. On oczywiście nie wie co to jest C/Z, więc ładnie go proszę, żeby oddzwonił jak już się dowie, znawca inwestowania od siedmiu boleści. Zdarzyło się, że nie miałem czasu na pieszczoty, więc od razu powiedziałem, że nie jestem zainteresowany i że dziękuję bardzo. Gość zapytał za co mu dziękuję, a potem rzucił mięsem, zaś w końcu i słuchawką. Nie mam pretensji, rozumiem, że mógł być rozczarowany, że tym razem nie będzie mógł się wykazać swoją elokwentną nawijką, której nauczył się tak perfekcyjnie na szkoleniach z kitowciskania. I zarobić przy okazji trochę grosza z prowizji za kolejnego złowionego jelenia. Co oczywiście nie znaczy, że ów jeleń nie ma czuć, że jego poroże jest w pełni bezpieczne ;-)).

      globtrex2screen

      Niestety, wiem że mnóstwo niezbyt zorientowanych w inwestowaniu osób daje się nabierać na te gadki-szmatki o pewnych jak w banku zyskach z dwutygodniowych inwestycji w znane spółki, które właśnie coś-tam ogłosiły. Być może część z tych osób przypadkiem wychodzi na tym nie najgorzej, bo przecież na amerykańskiej giełdzie jest hossa. Ale - powtarzam - sposób, w jaki telefoniczni konsultanci oferują inwestycje w instrumenty pochodne oparte na cenach akcji woła o pomstę do nieba. Nie ma ani słowa o ryzyku, tylko agresywne wciskanie kitu o zysku bez ryzyka. To jest mniej więcej ta sama kategoria "przestępstwa", co sprzedawanie polis inwestycyjnych jako lokat bankowych. Ta akurat firma jest zarejestrowana na Cyprze i działa w Polsce na mocy tzw. europejskiego paszportu. UOKiK udaje, że jej nie widzi, a KNF jej nie nadzoruje. Zabawa potrwa tak długo, aż ludzie znów będą mieli za złe państwu, że nie zareagowało.

      Firm foreksowych jest wiele, niektóre z nich są zarejestrowane w Polsce i często działają etycznie (choć trudno mówić o etycznym namawianiu szarego Polaka-konsumenta do kupowania akcji, gdy on przeważnie nie wie nawet co to jest fundusz inwestycyjny). Miałem ostatnio pogawędkę z konsultantem telefonicznym TMS Brokers. Nie było naganiania, tylko konkretna informacja, choć może akurat miałem szczęście, że trafiłem na konsultanta od wyjaśniania wątpliwości nowym klientom, a nie kitowciskacza polującego na nowych klientów. Nieważne. Najgorsze jest to, że niektóre firmy foreksowe robią z polskimi klientami co chcą. Czują się bezkarne w tym swoim agresywnym missellingu. A państwo jak zwykle działa teoretycznie. Pozdrowienia dla "muzealników" z komisji sejmowej od rozkminiania afery Amber Gold. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (11) Pokaż komentarze do wpisu „Na foreksie tracimy miliardy? Już wiem dlaczego. Zadzwoniła do mnie niższa kultura naganiania”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 23 marca 2017 07:53
  • poniedziałek, 27 lutego 2017
    • Bank czekał do ostatniej chwili z odpowiedzią na reklamację i... pomylił się? Stawką 1800 zł!

      Relacje niektórych banków z ich klientami trudno uznać za przyjazne. Przypominają raczej ciągłą walkę o to, by w granicach wyznaczonych prawem, umowami i regulaminem pognębić przeciwnika i wycisnąć z niego jak najwięcej. Obie strony stosują zarówno wysublimowane taktyki, jak i zwykłą, starą jak świat grę na czas. Jeśli można drugiej stronie zrobić pod górkę czekając z wykonaniem kolejnego ruchu do końca dozwolonego prawem terminu - to tak właśnie się robi. Czasem obie strony dochodzą do ściany, bowiem potyczka merytoryczna zaczyna przekształcać się w proceduralną: czy jakiś termin w ramach gry na czas nie został przekroczony? Czy procedura nie została naruszona? Dziś taka właśnie potyczka, której treścią jest termin odpowiedzi banku na reklamację klienta. Jak wiadomo, zgodnie z prawem wynosi on 30 dni pod karą automatycznego uwzględnienia reklamacji. Klient twierdzi, że bank termin przekroczył, a bank - że bynajmniej.

      Poszło o odsetki, które bank BGŻ BNP Paribas miał naliczać klientowi w promocyjnej wysokości. Bonusowe oprocentowanie miało wynosić aż 4% w skali roku, ale oczywiście nie miało dotyczyć wszystkich pieniędzy zgromadzonych na koncie, lecz "do wysokości najwyższego pojedynczego wpływu zaksięgowanego na koncie w miesiącu naliczenia odsetek promocyjnych, nie więcej niż 5000 zł". Ja to rozumiem w taki sposób, że bank wybiera najwyższy w danym miesiącu wpływ (najczęściej jest to przelew wynagrodzenia) i nalicza w tym miesiącu 4% odsetek od tego przelewu (jeśli jest wyższy, niż 5000 zł - to nalicza 4% tylko dla 5000 zł). Klient zrozumiał chyba jakoś inaczej ten warunek, bo policzył, że w ciągu roku bank powinien mu naliczyć 1943 zł, podczas gdy bank naliczył mu łącznie 143 zł.

      Już na pierwszy rzut oka widać, że klient nie ma racji w sporze merytorycznym, ale roszczenie oficjalnym kanałem reklamacyjnym zgłosił, więc należy mu się formalna odpowiedź. O ile kiedyś bank mógł takiego klienta po prostu zignorować (np. wychodząc z założenia, że na głupie pytania nie odpowiada, choć to może niegrzeczne), to od 2015 r. obowiązuje "Ustawa o rozpatrywaniu reklamacji przez podmioty rynku finansowego", która zobowiązuje firmy finansowe do udzielenia odpowiedzi na reklamację "bez zbędnej zwłoki, jednak nie później niż w terminie 30 dni od dnia otrzymania reklamacji". Ustawa dodaje, że "do zachowania terminu wystarczy wysłanie odpowiedzi przed jego upływem", czyli nie musi ona dotrzeć do konsumenta, a jedynie zostać do niego wysłana w ciągu 30 dni. I jeszcze: "W przypadku niedotrzymania terminu (...) reklamację uważa się za rozpatrzoną zgodnie z wolą klienta".

      Mój czytelnik, pan Krzysztof, wysłał reklamację 6 grudnia o godz. 11.02 drogą e-mailową. Czekał na odpowiedź, czekał, czekał, aż się doczekał. Nadeszła - również wysłana e-mailem - 5 stycznia po godz. 17.43. Oczywiście odmowna. Pan Andrzej zaczął szybko liczyć dni i doszedł do wniosku, że literalnie rzecz biorąc bank... nie zmieścił się w terminie.

      "Tak sobie liczę i wyszło mi, że 30 dni to 43.200 minut. Licząc od daty oraz godziny wysłania reklamacji wyszło mi, że odpowiedź powinieniem dostać do godz. 11:02 dnia 5 stycznia. A otrzymałem tego dnia o godz. 17:43. Dla mnie to przypadek, w którym - zgodnie z ustawą o rozpatrywaniu reklamacji - bank "pogrzebał" sprawę. Jeśli podmiot do którego jest skierowana skarga się spóźni lub w ogóle nie odpowie, reklamacja będzie uznana za rozpatrzoną po myśli klienta. W tym wypadku, wg mojego roszczenia, stawką jest 1800 zł"

      Klient zażądał od banku przelania 1800 zł (czyli tej części z 1943 zł, której bank - jego zdaniem - nie wypłacił) w ciągu kolejnych 30 dni. O ile mi wiadomo, bank nie zapłacił. Czy złamał prawo? A może to klient niesłusznie się pieni? Biorąc pod uwagę meritum sprawy jest dla mnie oczywistym, że klient pieni się niesłusznie, bo żadną miarą 4% w skali roku od kwoty nie przekraczającej 5000 zł nie może dać prawie 2000 zł. Ale czy od strony proceduralnej bank się nie zagapił i nie powinien zapłacić? Formalnie od wysłania reklamacji do nadejścia odpowiedzi minęło 30 dni i kilka godzin. Ale są przepisy, które narzucają nieco inną interpretację wydarzeń:

      "Termin na odpowiedź liczy się od następnego dnia po dniu, w którym nastąpiło pewne zdarzenie. Takim zdarzeniem przeważnie jest otrzymanie pisma z urzędu pocztą (decyzji, postanowienia, wezwania) lub ogłoszenie decyzji. Jeśli postanowienie w swojej sprawie otrzymałem w poniedziałek 10 listopada i mam siedmiodniowy termin na zażalenie, to termin zaczyna biec od wtorku, czyli ostatnim dniem terminu jest poniedziałek 17 listopada"

      - piszą dość zgodnie portale prawnicze. A więc - inaczej, niż chciałby klient - odpowiedź z banku została wysłana w 29-tym dniu procedury (bo dzień wysłania reklamacji, czyli 6 grudnia, się nie liczy). Poza tym - i to jest drugi punkt dla banku w tym sporze - "w przypadku, gdy jakiś termin oznaczony jest w dniach, wówczas kończy się z upływem ostatniego dnia". A więc nawet gdyby bank odpowiedział klientowi następnego dnia, czyli 6 stycznia, to i tak miałby czas do północy, zatem godz. 17.43 byłaby całkiem w porządku. Bank jest więc "w prawie" i to podwójnie. Nie bardzo natomiast rozumiem dlaczego jeszcze się z klientem drażnił, czekając z odpowiedzią do ostatniej chwili. Do bankowców mam prośbę: nie prowokujcie takich napięć, bo po pierwsze nie służy to dobrym relacjom z klientami, a po drugie może się zdarzyć, że kiedyś się jednak nie zmieścicie w terminie i będzie obciach.

      Na obciachu może się nie skończyć, bowiem - jak donosi mi mec. Mariusz Korpalski, który jest na pierwszej linii frontu walki sądowej konsumentów z instytucjami finansowymi - Rzecznik Finansowy zajął wreszcie jednoznaczne stanowisko w sprawie skutków prawnych spóźnionej odpowiedzi banku na reklamację klienta. Zdaniem Rzecznika są to skutki bardzo daleko idące. Rzecznik zastanawiał się czy jeżeli w reklamacji klient zaproponuje konkretne rozwiązanie, którego przyjęcie oznacza w istocie zawarcie nowej umowy (np. ugody), to spóźniona reakcja banku oznacza "mimowolne podpisanie" takiej umowy przez bank? Owocem tego zastanawiania się jest konkluzja, iż owszem - tak właśnie należy rozumieć opóźnienie terminu rozpatrzenia reklamacji przez bank.

      To stanowisko Rzecznika jest zgodne z wcześniejszym stanowiskiem Sądu Najwyższego sformułowanym przy okazji rozpatrywania uprawnień konsumenta w umowie sprzedaży (wyrok o sygnaturze IV CSK 75/12). I oznacza, że jeśli składacie jakąś reklamację, to zawsze możecie dodać dla kurażu daleko idącą propozycję rozwiązania sporu. Jeśli bank nie zdąży odpowiedzieć na reklamację, zaś sąd podzieli rozumowanie Rzecznika Finansowego, dostaniecie rekompensatę taką, że ho-ho! Pamiętacie słynną sprawę klienta banku, który postanowił zrobić dopiski do umowy kredytowej, z których to dopisków wynikało, że umowa de facto jest nieoprocentowana? Bank się zagapił i podpisał tak poprawioną umowę, a potem chciał ścigać klienta w sądzie. Ostatecznie rzecz zakończyła się ugodą, ale w obecnych warunkach prawnych tego typu manewry mogą się okazać - co by nie mówić - znacznie łatwiejsze do przeprowadzenia.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (21) Pokaż komentarze do wpisu „Bank czekał do ostatniej chwili z odpowiedzią na reklamację i... pomylił się? Stawką 1800 zł!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 27 lutego 2017 08:54
  • piątek, 03 lutego 2017
    • Atak hakerów na polskie banki? Zaczęło się od... internetowej strony KNF. Czy jest się czego bać?

      Serwis zaufanatrzeciastrona.pl, specjalizujący się w tematyce cyberbezpieczeństwa, podniósł dziś ciśnienie posiadaczom depozytów w bankach, a na pewno samym bankowcom :-)). Poinformował bowiem, że na serwery co najmniej kilku banków przesączyło się złośliwe oprogramowanie, które mogło "wyłudzić" i przekazać złoczyńcom jakieś dane. Nie wiadomo jakie konkretnie i czy również takie, które dotyczyłyby klientów banków (osobowe, adresowe, finansowe). Raczej nie chodzi o dane, które umożliwiłyby wypływ pieniędzy z naszych kont. Co ciekawe, "bramą" do włamań na bankowe serwery miała być... strona internetowa Komisji Nadzoru Finansowego, czyli "firmy", która nadzoruje standardy bezpieczeństwa w całej branży bankowej. Urząd KNF już zresztą potwierdził moim kolegom z Cashless.pl, że "zidentyfikowana została próba ingerencji z zewnątrz w system informatyczny obsługujący stronę internetową". A sama strona została wyłączona (ponoć na prośbę policyjnych ekspertów od cyberprzestępczości).

      Czytaj też: Bank pomoże klientom walczyć z cyberprzestępcami. Zainstaluje im...

      Czytaj też: Wchodzisz do banku przez smartfona, a tam... bywa niebezpiecznie

      Czytaj też: Internetowy szantażysta wykradł dane klientów banku. Precedens? 

      JAK ZADZIAŁALI HAKERZY? Rozejrzałem się w sytuacji i... coś jest na rzeczy. Z tego, co nieoficjalnie mówią mi znajomi będący blisko całej "afery" wynika, iż rzeczywiście na stronie internetowej KNF ktoś zagnieździł wirusa. Teoretycznie mógł na niego trafić każdy, kto wchodził na stronę KNF (nie tylko bankowcy), ale wirus był umieszczony nie na stronie głównej, lecz w sekcji, którą interesują się głównie pracownicy banków. Każdy, kto przeklikał się po tej sekcji był "częstowany" złośliwym oprogramowaniem (być może umieszczonym na jakiejś fałszywej podstronie, "udającej" część serwisu KNF, ale niekoniecznie). To oprogramowanie o charakterze szpiegowskim miało za zadanie wysyłać dane - nie wiadomo jakie - do wskazanych komputerów, prawdopodobnie związanych z organizatorami "akcji". I oczywiście rozprzestrzeniać się w sieci bankowych komputerów, by dotrzeć jak najbliżej miejsc, w których gromadzone są wrażliwe dane o pieniądzach lub klientach. Oprogramowanie ponoć zostało "uszyte" specjalnie pod potrzeby polskich użytkowników, a więc raczej na nasi rodzimi hakerzy za tym stoją (choć nie wiadomo czy stoją :-) hobbistycznie, czy jako czyiś najemnicy).

      JAKI ZASIĘG MIAŁA AKCJA? Taki atak nazywa się w języku informatyków "watering hole" i trochę przypomina phishing, którego ofiarą padamy przez własną nieostrożność. O ile jednak w przypadku phishingu złodzieje sami wysyłają nam fałszywe linki do stron udających serwisy bankowe, żeby wyłudzić dane do logowania (albo infekują nas wirusami śledzącymi to, co wpisujemy na klawiaturze, żeby trafić na loginy i hasła), o tyle w tym przypadku po prostu umieścili wirusa na stronie KNF i liczyli, że informatycy urzędu go nie zauważą. Pracownicy banków nieświadomie - przy okazji zwykłego klikania na stronie KNF - sobie to-to ściągali. Niektórzy z moich informatorów mówią, że w sumie w ten sposób wirus przedostał się na komputery służbowe pracowników czterech banków. Inni mówią, że ów malware był "widziany" w większości banków (być może w większości z nich został wykryty i unieszkodliwiony "na wejściu"). Być może informacja o czterech narażonych bankach dotyczy właśnie tego, że tam zauważono jakąś aktywność wirusa). Podobno w czwartek wieczorem w Związku Banków Polskich spotkali się spece od bezpieczeństwa kilku banków i ustalali plan działania.

      CZY NASZE DANE I PIENIĄDZE SĄ BEZPIECZNE? Pieniądze raczej na pewno tak, bo to wirus o charakterze szpiegowskim, nastawiony na wykradanie danych. Do prób wykradania z banków pieniędzy używa się innego rodzaju szkodliwego oprogramowania i raczej pomagają w tym przekupieni pracownicy banków, współpracujący przy forsowaniu zapór bezpieczeństwa. A jeśli oni nie chcą współpracować, to przygotowuje się wirusy "uszyte pod klientów" banków. Nawet gdyby tym razem było inaczej i ktoś chciał ukraść nam pieniądze z bankowych serwerów, to i tak bank je zrefunduje. Związek Banków Polskich oficjalnie zapewnił, że pieniądze klientów banków są bezpieczne. Co do danych o naszych nazwiskach, adresach, transakcjach i saldach to nie ma absolutnej pewności, że nic istotnego nie wypłynęło ("straty" są dopiero szacowane, a systemy informatyczne banków przeszukiwane w poszukiwaniu badziewia), ale pracownicy firm pomagających bankom w utrzymywaniu bezpieczeństwa mówią, że trzeba by ogromnego zbiegu niekorzystnych okoliczności, by tego typu wirus wykradł jakieś istotne dane.

      Dlaczego? Zainfekowany użytkownik musiałby się bowiem zalogować do bazy danych zawierających wrażliwe dane i "przekazać" jej wirusa bądź wywołać transfer danych na komputer złodzieja. Zdaniem moich rozmówców bardzo dużo rzeczy musiałoby pójść nie tak, żeby coś takiego się wydarzyło. Po pierwsze wśród pracowników, którzy "poczęstowali się" wirusem umieszczonym na stronie kNF musieliby być tacy, którzy rzeczywiście mają dostęp do baz danych z wrażliwymi informacjami (a takich osób w bankach w praktyce jest niewiele). Po drugie komputer takiego pracownika musiałby być słabo zabezpieczony (już typowa antywirusowa ochrona przeglądarki powinna wyhaczyć jakieś dziwne skrypty, które powodują wzmożony wypływ danych "w świat", a są też inne zabezpieczenia tzw. stacji końcowych w bankach). Po trzecie same serwery bankowe też z reguły mają porządne zabezpieczenia i trudno sobie wyobrazić, by nie pojawiły się alerty bezpieczeństwa wraz z kopiowaniem danych).

      Czytaj też: Wielki wypływ danych z bazy PESEL. Czy jest się czego bać?

      INFORMATYCZNA KOMPROMITACJA KNF? Wygląda więc na to, że my, klienci, nie mamy powodów do wielkich obaw. Oczywiście to wszystko są pierwsze, nieoficjalne informacje, obarczone ryzykiem pomyłki. Nie wiadomo jak bardzo "złośliwe" oprogramowanie pojawiło się na komputerach pracowników banków, ale między posiadaniem wirusa, który coś-tam przekazuje złodziejom (np. to, co wpisujemy na klawiaturze), a kopiowaniem zawartości baz danych o klientach i ich pieniądzach jest spora różnica. Nie mówiąc już o "kopiowaniu" samych pieniędzy klientów. To była raczej próba szpiegowskiej akcji na zasadzie: "wstrzykniemy badziewie tam gdzie przychodzą bankowcy, zobaczymy kto się złapie i co z tego wyjdzie". Jeśli banki mają dobrze skrojone zasady zabezpieczenia i monitorowania dostępu do ważnych danych - powinno wyjść niewiele. Najgorsze jest to, że źródłem wirusa jest Komisja Nadzoru Finansowego. Z opublikowanych przez serwis zaufanatrzeciastrona.pl logów wynika, że skrypt wstrzyknięty przez hakerów na witrynę KNF siedział tam od października 2016 r. Jak to możliwe, że nie zadziałały zabezpieczenia monitorujące integralność strony? Czy strona KNF była hostowana w zewnętrznej firmie, w której standardy bezpieczeństwa nie były tak wysokie, jakie być powinny? W miarę dopływu informacji będę aktualizował ten tekst.

      PRZYPOMINAM ZASADY BEZPIECZEŃSTWA. Oto dekalog działań, które są po mojej stronie i na które - niezależnie od tego jak bank pilnuje i unowocześnia swoje systemy informatyczne - mam wpływ. Hasło do konta staram się co jakiś czas zmieniać (niektóre banki, w których mam konto, taką zmianę same rekomendują) i jest to zawsze nieoczywiste, dość trudne do "obczajenia" hasło, różne od tego, którego używam do zakupów w Allegro, logowania się do chmur i innych rzeczy w internecie, np. otwierania e-poczty. Jest oczywiste, że zainwestowałem w program antywirusowy i nigdy nie wchodzę do banku z nie swojego komputera. Nie wiem jak jest zabezpieczony i czy ktoś nie zainstalował na nim key-loggera, czyli wirusa do czytania haseł. Telefon komórkowy, na który przychodzą hasła SMS, jest w miarę sterylny, a więc nie ma tam miliona aplikacji i gier, które mogłyby żądać co chwilę jakiejś aktualizacji. Trzy razy zastanowię się, zanim zatwierdzę w telefonie jakąkolwiek aktualizację.

      W tych bankach, w których jest to możliwe, mam wykupioną usługę SMS-ów potwierdzających każdą transakcję (mogę szybko zareagować gdyby coś działo się na koncie). Nie wyrzucam też bez czytania e-wyciągów z konta, zawsze przeglądam je w poszukiwaniu podejrzanych transakcji. No i zawsze czytam uważnie SMS-y autoryzacyjne, potwierdzając zgodność kwot i numerów kont, a więc upewniając się czy zatwierdzam właściwą transakcję. Aha, no i wykupiłem usługę informacyjną o tym czy ktoś składa w jakimkolwiek banku lub dużej firmie pożyczkowej zapytanie kredytowe na mój temat. Również po to, bym mógł szybko zareagować, gdybym stał się ofiarą kradzieży tożsamości. A na koniec mam dla Was krótki wideofelieton o tym jak powinno wyglądać naprawdę bezpieczne zatwierdzanie transakcji płatniczych w banku.

      Czytaj też: Złodzieje będą mieli trudniej - oto nowy sposób autoryzowania przelewów

      Czytaj też: Przełom w sprawie kradzieży pieniędzy z naszych kont? Ależ wyrok!

      Czytaj też: Oto pięć przykazaź speca od bezpieczeństwa. Wykuć na blaszkę!

      UOKIK PRZECZYTAŁ BLOG I... ZAPŁACĄ 40 MLN ZŁ! Pamiętacie moje oburzenie ściemą reklam o "LTE bez limitu"? W UOKiK to przeczytali, też im kapcie spadły i właśnie nałożyli na Plusa 40 mln zł kary. Są surowsi, niż ja ). Tutaj więcej o karze dla Cyfrowego Polsatu i Plusa oraz o surowym obliczu prezesa UOKiK. Coś mi mówi, że za pewien czas kary będą też za telekomunikacyjne stręczycielstwo.

      O LOKOWANIU OSZCZĘDNOŚCI W AKCJI "DYWIDENDA JAK W BANKU". Od wiosny 2016 r. w blogu trwa akcja "Dywidenda jak w banku", w której zdradzam sposoby na w miarę bezpieczne lokowanie oszczędności inaczej, niż tylko na depozycie bankowym. Zapisując się na newsletter akcji nie przegapicie żadnego z kolejnych tekstów, klipów wideo, webinarów, ani konkursów. W akcji bierze też udział Longterm.pl, najstarszy bloger zajmujący się inwestowaniem długoterminowym - Giełda Papierów Wartościowych oraz Stowarzyszenie Inwestorów Indywidualnych. Obejrzyjcie też jak - wspólnie z Longtermem - mierzyliśmy się z lękami związanymi z lokowaniem oszczędności, zwiedzaliśmy kasyno, udaliśmy się na ryby. Zabawne i pouczające.

      ZOBACZ MOJE PROGRAMY WIDEO! Zapraszam do obejrzenia pierwszego sezonu tygodnika wideo "KASOWNIK SAMCIKA". Jest tam o sprytnych sposobach na oszczędzanie, o studiowaniu, pracowaniu, zaciąganiu kredytu hipotecznego, o zakupach, kontach bankowych, ubezpieczeniach, lokatach, podatkach... Poza poradami w każdym wydaniu czerstwy żart prowadzącego :-)), ciekawostka o pieniądzach oraz finansowy trik Samcika. Zapraszam do obejrzenia wszystkich zeszłorocznych odcinków. Wkrótce kolejna seria! Subskrybuj kanał YouTube "Subiektywnie o finansach"!

      Zapraszam też do obejrzenia spektakularnego cyklu wideo "OD OSZCZĘDZANIA DO INWESTOWANIA". W ośmiu odcinkach realizowanych przy "wsparciu" wszystkich możliwych żywiołów opowiadam o tym, jak małymi krokami zabrać się do oszczędzania pieniędzy i co można zrobić, żeby namnażały się szybciej.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „Atak hakerów na polskie banki? Zaczęło się od... internetowej strony KNF. Czy jest się czego bać?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 03 lutego 2017 14:02
  • środa, 04 stycznia 2017
    • Nieważne polisy, bezprawne kredyty, zwrot kasy za e-złodziei... Oto najważniejsze wyroki sezonu!

      Jakkolwiek powód do picia dobrego alkoholu zawsze się znajdzie, to to chcę podrzucić jeszcze jeden i to wyjątkowo dobry. Warto wznieść toast za 2016 rok - wyjątkowo dobry pod względem skuteczności walki o przestrzeganie praw konsumenta. Widać to zwłaszcza na rynku finansowym, na którym jeszcze kilka lat temu o prawa konsumenta walczył skutecznie chyba tylko blog "Subiektywnie o finansach" :-). Teraz i walczących jest więcej i efekty lepsze. Wiem, że menedżerowie w bankach i firmach ubezpieczeniowych mogą się ze mną nie zgodzić, ale uważam, że nawet jeśli wahadło wychyli się przesadnie na stronę konsumentów (np. okaże się, że konsument za nic nie odpowiada, nie musi nic czytać, ani nic rozumieć, zaś to sprzedawca odpowiada za to, że klient nie zrozumiał), to będziemy mieli po prostu odreagowanie po latach traktowania nas "per noga", jako frajerów, którym można wcisnąć dowolne badziewie, a potem powiedzieć, że przecież podpisali kwity, więc o co im chodzi. Dziś więc przegląd ciekawych, przełomowych, zmieniających sytuację sędziowskich wyroków z zeszłego roku.

      KREDYTY FRANKOWE: ZWROT KASY W CZTERECH ODSŁONACH. W 2016 r. sądy wydały kilka bardzo ciekawych wyroków dotyczących kredytów frankowych. Były to trzy rodzaje orzeczeń - zasądzające zwrot spreadów, przewalutowanie kredytów bądź unieważnienie umów kredytowych. W dalszym ciągu były też oczywiście wydawane wyroki na korzyść banków, ale zmianę trendu w orzecznictwie na bardziej prokonsumencki widać gołym okiem.

      >>> Zwrot spreadu lub nadpłaconych rat z powodu procentów. Plan minimum to zwrot spreadu walutowego. Niektórym klientom to w zupełności wystarcza, bo nie chcą mieć ani kredytu złotowego, ani nie mają pieniędzy na pokrycie kosztów rozliczenia się z bankiem w efekcie unieważnienia umowy. Taki wyrok zapadł m.in. w Krakowie. Zapadł też drugi, w którym sąd chciał nawet unieważnić kredyt, ale poskromił swoją dzikość, bo nie może orzekać poza roszczeniem, a to dotyczyło tylko spreadów. Mniej więcej taki sam efekt miał wyrok orzekający anulowanie wzrostu oprocentowania kredytów 20 klientom "starego portfela" mBanku (mają oni w umowach oprocentowanie ustalane "decyzją zarządu banku"). Tu nie chodziło o anulowanie spreadu, lecz zmian oprocentowania kredytu, ale logika jest podobna - zwrot nadpłaconych rat. Tego typu wyroki - dotyczące oprocentowania kredytów mających klauzulę o "decyzji zarządu" zamiast LIBOR-ku - zapadały już wcześniej, ale tym razem mieliśmy pierwszy wyrok "hurtowy". Jeden z sądów uznał, że fragmenty dwóch umów kredytowych są... niezgodne z Prawem Bankowym, bo nie określają precyzyjnie warunków zmiany stopy procentowej. W tym przypadku sąd powołał się nie tyle na abuzywność zapisu umowy, co na jego nieważność. Klienci dostali zwrot nadpłaconych rat.

      >>> Przewalutowanie kredytu i zwrot nadpłat. Wyższy poziom wtajemniczenia to przewalutowanie umowy frankowej na kredyt złotowy po kursie startowym i ponowne przeliczenie rat, odsetek oraz pozostałego do spłaty długu tak, jak gdyby to był od początku kredyt w złotych. Przewalutowanie przez "wygumkowanie" klauzuli indeksacyjnej następuje w przypadku, gdy sąd uzna abuzywność klauzuli spreadowej i dojdzie do wniosku, że umowa świetnie się czyta jako umowa kredytu... złotowego. Tyle, że opartego na stawce LIBOR. Najważniejsze rozbieżności dotyczące podejścia bankowowych i proklientowskich prawników dotyczące skutków abuzywności klauzul spreadowych przedstawiłem jakiś czas temu w blogu zastanawiając się czy nowe spojrzenie na abuzywność rozwali system.

      >>> Unieważnienie umowy (abuzywność lub "niekredytowość"). Zdarzyło się, że sąd uznał, iż wyrzucenie kawałka klauzuli indeksacyjnej przy utrzymaniu w mocy pozostałego fragmentu tejże, de facto oznacza, że nie ma jak tej umowy wykonać. Bo jak ustalić ile złotych klient ma spłacać, skoro nie wiadomo po jakim kursie? Ten kawałek klauzuli, który ustala sposób ustalania tych kursów jest niepracycyjny i zostaje "wygumkowany". Z drugiej strony w umowie wciąż pozostaje zapis o tym, że kredyt jest indeksowany do obcej waluty. Bywało, że sąd poszedł dalej - unieważnił umowy kredytów frankowych orzekając, że "klient pożyczył, ale nie wiedział ile" (czyli na zasadzie orzeczenia abuzywności całej klauzuli spreadowej, a nie tylko tej części, która mówi o zasadach ustalania kursu walutowego). W Toruniu z kolei sąd doszedł do wniosku, że to w ogóle nie był kredyt, więc też należy to-to unieważnić. Zdarzyło się też unieważnienie umowy kredytu z oprocentowaniem ustalanym decyzją zarządu z takiego powodu, że nawet bank nie znał treści umowy kredytowej. Skoro warunki zmiany oprocentowania stanowiły wynik comiesięcznych spotkań analityków banku, to skąd bank miał wiedzieć co ci analitycy ustalą?

      >>> Cofnięcie wypowiedzenia kredytu. W ciekawej sytuacji znaleźli się też klienci banków, którzy dostali wypowiedzenie swoich kredytów ze względu na mniejsze lub większe opóźnienia w spłacie rat. Jeśli taki klient zwrócił się do banku o podważenie tytułu egzekucyjnego ze względu na "lewe" wyliczenia wysokości długu w złotych, to zdarzało się, że sąd anulował wypowiedzenie kredytu. Stwierdzał, że nie można było umowy wypowiedzieć, bo klient miał nadpłatę (wynikającą z abuzywności klauzuli spreadowej), albo że nie jest w stanie ocenić ile klient jest winien, więc nie może "klepnąć" egzekucji długu.

      POLISY INWESTYCYJNE DO UNIEWAŻNIENIA? Sporo jest wyroków dotyczących zwrotu klientom tzw. opłat likwidacyjnych, które ubezpieczyciele nakładali jako karę za zbyt wczesne wycofanie się przez klienta z umowy. Gdy klienci dochodzili do wniosku, że ich polisy tracą na wartości, liwidowali je i tracili większość pieniędzy. Sądy nakazują zwrot opłat karnych, zaś klienci, którzy do tej pory nie zamknęli swoich umów mogą skorzystać z ugody zawartej niedawno między UOKiK-iem i firmami ubezpieczeniowymi. Na mocy tej ugody opłaty likwidacyjne są obniżane do poziomu od 25% do kilku procent wartości pieniędzy klienta. To jednak nie wszystko - mnóstwo osób ma polisy typu strukturyzowanego, czyli takie, w których problemem nie jest ograniczenie w wycofywaniu pieniędzy, lecz... brak pieniędzy. Ci klienci nadal są w czarnej d...ziurze. Ale zdarzył się wyrok, z którego wynika, że tego typu polisy inwestycyjne są wbrew naturze kontraktu ubezpieczeniowego. To może być początek drogi do unieważnienia umów podpisanych z klientami i zwrotu im pełnych wpłaconych kwot.

      WŁAMANIE NA KONTO KLIENTA TO WINA BANKU? Do tej pory klienci, którzy zostali okradzeni przez internetowych złodziei, mieli małe szanse, by odzyskać pieniądze. Zwykle bank odpowiadał na ich reklamacje w taki sposób, że jego systemy informatyczne są bezpieczne, a jeśli klient dopuścił do "dekonspiracji" loginów, haseł albo dał sobie ukraść SMS-a autoryzacyjnego (ewentualnie padł ofiarą socjotechniki i autoryzował przelew do złodzieja myśląc, że coś sobie "aktualizuje"), to musi ponieść tego konsekwencje. Ale zdarzył się w 2016 r. wyrok, który wywraca to wszystko do góry nogami. Sąd stwierdził, że to bank ma pilnować bezpieczeństwa pieniędzy klienta - powinien więc stosować najnowocześniejsze metody zabezpieczania dostępu do pieniędzy oraz sprawdzać czy duży przelew na obce konto wykonuje na pewno klient. To może być przełom w podejściu banków do okradzionych klientów. Zresztą mBank już wprowadza nowy, bezpieczniejszy sposób autoryzowania transakcji, utrudniający życie e-złodziejom.

      UBEZPIECZENIE KREDYTU: WYŁĄCZENIA ODPOWIEDZIALNOŚCI NIELEGALNE? Odmówili ci wypłaty kasy z ubezpieczenia kredytu? W wielu polisach dokładanych do kredytu są nieprecyzyjne klauzule wyłączające odpowiedzialność ubezpieczycieli. Jeden z sądów w 2016 r. podważył jednak postanowienie, zgodnie z którym ubezpieczyciel jest zwolniony od odpowiedzialności, jeśli śmierć lub całkowita niezdolność do pracy była spowodowana bezpośrednio lub pośrednio chorobami zdiagnozowanymi lub leczonymi przed przystąpieniem do ubezpieczenia. Jego zdaniem taka klauzula jest... klauzulą niedozwolona. Sąd powołał się na art. 385 Kodeksu cywilnego i uznał, że przy tak szeroko zakrojonym wyłączeniu odpowiedzialności, niemal każdy problem zdrowotny może mieć wpływ na przyczynę śmierci.

      UBEZPIECZENIE NISKIEGO WKŁADU WŁASNEGO ŚCIEMĄ? Coraz częściej pojawiają się wyroki, które podważają ubezpieczenie niskiego wkładu własnego dokładane do kredytów hipotecznych. Zdaniem banków dzięki nim można było pożyczać pieniądze klientom nie posiadającym wkładu własnego, ale według coraz liczniejszego grona sędziów to w ogóle nie jest ubezpieczenie, bo jeśli klient płaci, a nie dostaje w zamian żadnej korzyści (to bank jest ubezpieczony i uposażony), to jest to kant, a nie polisa, zaś klient ma dostać zwrot pieniędzy, które na zakup tego "wielkiego nic" wydał.

      ZBYT WYSOKIE KOSZTY KREDYTU? CZĘŚĆ DŁUGU DO UMORZENIA! W 2016 r. jeden z sądów postanowił, że firma pożyczkowa musi umorzyć klientowi część długu, bo przegięła z opłatami za obsługę domową. Sąd uznał, że Provident nie udowodnił, by opłata za obsługę w domu była jakkolwiek związana z poniesionymi przez firmę kosztami przygotowania lub zawarcia umowy. Owszem, firmy pożyczkowe mogą pobierać też "koszty usług dodatkowych w przypadku gdy ich poniesienie jest niezbędne do uzyskania kredytu", ale zdaniem sądu rejonowego oraz okręgowego opłata za obsługę pożyczki w domu w kwocie przewyższającej połowę kwotę udzielonej pożyczki "nie może być uznana za koszty niezbędne do uzyskania kredytu".

      Jak widzicie, wyroków zmieniających radykalnie układ sił między konsumentami, a bankami lub firmami ubezpieczeniowymi jest bardzo dużo. Większość z nich to wyroki nieprawomocne i być może nawet będzie kłopot z ich obronieniem w drugiej instancji oraz w Sądzie Najwyższym. Ale w każdym z omówionych wyżej obszarów miało miejsce w przeszłości niemałe kanciarstwo, więc nie zdziwię się jeśli teraz finansistom przyjdzie za to zapłacić. A niezależnie od wszystkiego - bankowcy zaczynają inaczej patrzeć na skargi i reklamacje klientów, bo nie mają pewności czy spór w sądzie by wygrali. Przykłady? Pewien bank przez pięć lat zapomniał poprawić dane klienta w BIK. Klient się wściekł i zagroził sądem, a bank wolał już nie sprawdzać co będzie dalej, tylko wypłacił 3000 zł zadośćuczynienia. I nikt mi nie powie, że jeśli chodzi o prawa konsumenta nie idzie ku dobremu.

      KAŻDY WAŻNY DLA CIEBIE WYROK WYTŁUMACZĘ I SKOMENTUJĘ. Zapisz się na newsletter, a zawiadomię Cię o przełomowych wydarzeniach w sądach, dzięki którym być może i Ty odzyskasz pieniądze z nieuczciwego produktu finansowego. Za zapis na newsletter są i inne upominki:

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „Nieważne polisy, bezprawne kredyty, zwrot kasy za e-złodziei... Oto najważniejsze wyroki sezonu!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 04 stycznia 2017 09:24
  • czwartek, 24 listopada 2016
    • Koniec z drżeniem o kartki z kalendarza? Będą inaczej rozliczać zakupy kartowe

      Często w blogu banki krytykuję, ale dziś mam coś pozytywnego. Klienci mBanku od początku stycznia wreszcie nie będą musieli zastanawiać się czy w danym miesiącu zapłacą, czy też może nie zapłacą prowizji za konto lub kartę. Dlaczego z harmonogramu trosk życia codziennego "spadnie" im ten bolesny dylemat? Wystarczyła drobna zmiana w procedurach bankowych. O ile dziś wartość transakcji, które trzeba wykonać, by zasłużyć na darmowe usługi w mBanku, jest obliczana na podstawie rozliczonych w danym miesiącu płatności, o tyle od stycznia będą się liczyły transakcje wykonane w danym okresie, niezależnie od tego czy bank zdążył je rozliczyć przed końcem miesiąca, czy nie.

      mBank_poprawia_si2

      Problem nie jest błahy i bynajmniej nie dotyczy tylko tego jednego banku. Wszystko zaczęło się od popularyzacji w Polsce transakcji zbliżeniowych. Żeby klientom się spodobały, płatność musiała przebiegać naprawdę szybko. Część banków, w trosce o zaoszczędzenie kolejnych nanosekund, postanowiła dopuścić transakcje offline, bez łączenia się terminala z bankiem i sprawdzania klientowi salda. Dane o transakcjach wtedy są "zrzucane" do centrum rozliczeniowego tylko raz na jakiś czas. Niektóre banki jeszcze niedawno dawały sobie na rozliczenie transakcji zbliżeniowych... dwa tygodnie! Duży rozdźwięk między datą transakcji, a jej rozliczeniem urodził większy problem - przecież część banków od aktywności płatniczej klienta uzależnia darmowość konta lub karty. Owszem, klient wymagane transakcje mógł w danym miesiącu wykonać, ale bank nie zdążył ich rozliczyć. A w regulaminach bankowych jako podstawę do zwolnienia klienta z prowizji brano transakcje rozliczone w danym miesiącu, nie zaś wykonane w tym czasie. Poza niesprawiedliwie naliczanymi prowizjami problemem były też (a może i są nadal?) bezumowne debety, w które niechcący można było wpaść z powodu opóźnionego rozliczania transakcji.

      Czytaj też: Po drugiej stronie biurka, czyli szczera spowiedź bankowego naganiacza

      Czytaj też: Raty ze sklepu szybsze, niż z internetu? To możliwe. A jak?

      Sporów z klientami spowodowanych tą pułapką było multum. Doszło do tego, że w którymś z wpisów żartowałem, iż zakupy opłacane kartami powinniśmy robić tylko w pierwszej połowie miesiąca, bo tylko wtedy jest 100% pewności, że zostaną przez bank zaliczone na poczet tego właśnie miesiąca. Prosiłem bankowców, żeby się puknęli w czoło - jeśli już uzależniają poziom opłat za konta i karty od obrotów generowanych przez klientów, a z drugiej strony nie są w stanie rozliczać kart na bieżąco, to powinni wszelkie wątpliwości tłumaczyć na korzyść klientów. I część banków mnie posłuchała, automatycznie rozpatrując tego typu reklamacje na korzyść klientów. Choć i to był półśrodek, bo zmuszanie klientów, żeby przy każdej sytuacji granicznej musieli składać reklamację też jest swego rodzaju perwersją.

      Czytaj też: Coraz więcej bonusów przy e-zakupach! Raty za zero, kurier gratis...

      Teraz wreszcie będzie tak, jak powinno być od początku - przynajmniej w mBanku (choć może podobne zasady wprowadziły też inne banki, mające warunkowe opłaty za konta i karty - informujcie mnie o tym w komentarzach). To dobry krok, świadczący o tym, że w banku starają się wyeliminować powody tworzenia niepotrzebnych sporów i napięć z klientami. Spraw i konfliktów rzeczywiście trudnych jest wystarczająco dużo, żeby nie trzeba było sztucznie "produkować" jeszcze więcej wkurzonych klientów. W każdym banku powinni właśnie od tego zacząć poprawianie wizerunku: od ustalenia odpowiedzi na pytanie "w których miejscach naszych procedur jesteśmy nadmiernie upierdliwi"? Zaręczam, że w każdym banku coś się znajdzie. Zresztą tu i ówdzie widać przebłyski świadomości bankowców. Przykłady?

      20161031_123551_resized1W kilku bankach (screen obok to przykład z Raiffeisen Banku) wpadli na pomysł, żeby mimo licznych pokus nie wykorzystywać każdej okazji na dokopanie klientowi, nawet gdyby regulaminowa podstawa do takiego dokopania się znalazła. Klasyczną okazją na dokopanie jest sytuacja, w której klient nie spłaci na czas "obowiązkowej" części długu w karcie kredytowej, Zwyczaje w tej kwestii są w bankach dość sztywne - czeka się z utęsknieniem aż klient nie wypełni obowiązku, a potem łupie się go karą za brak spłaty. Banki dobrze na tym zarabiają, a klient czuje się ofiara na celowniku snajpera. W takich warunkach nie ma szans na zbudowanie jakiejkolwiek relacji z klientem, nie mówiąc już o lojalności. To, że bank raz i drugi zarobi 30 zł, po czym straci klienta, gdyż ten zamknie konto (albo stanie się "martwym rekordem"), nie jest dobrym interesem. Pozyskanie nowego klienta będzie kosztowało równowartość kilkuset euro. Lepiej klientowi przypomnieć, że dał ciała i dać mu jeszcze jedną szansę, zanim łupnie się go prowizją. Cieszy mnie, że bankowcy zaczęli myśleć co tu zrobić, by przestać dopisywać nowe rozdziały do poradnika "jak wkurzyć ludzi". - Nawet jeśli robią to nie z dobrego serca, tylko z zimnej kalkulacji.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (11) Pokaż komentarze do wpisu „Koniec z drżeniem o kartki z kalendarza? Będą inaczej rozliczać zakupy kartowe”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 24 listopada 2016 07:36
  • czwartek, 10 listopada 2016
    • Horror. Wchodzisz na konto przez smartfona? Oni sprawdzili które apki są najbardziej "dziurawe"

      Kilka milionów z nas korzysta z dostępu do konta już nie tylko przez bankowość elektroniczną, ale i przez smartfona. Banki wychodzą ze skóry, żeby nas zachęcić do używania smartfonów do sprawdzania salda, składania wniosków kredytowych, zakładania lokat, kupowania ubezpieczeń, a przede wszystkim do płacenia w sklepach. Z klientem, który płaci smartfonem bank może mieć dużo bardziej zażyłą relację (wysyłać mu komunikaty push) i znacznie skuteczniej zarabiać na jego zakupach (geolokalizacja plus spersonalizowane rabaty i kredyty na jeden klik). Problem w tym, że podłączenie smartfona do głównego konta, na którym trzymamy niekiedy duże pieniądze, rodzi pytania: czy to bezpieczne i rozsądne?

      Smartfon jest często podłączony do publicznego wi-fi (czyli można go "podsłuchiwać"), jest też łatwiejszy do złamania przez złodziei. A płatności autoryzuje się na tym samym urządzeniu, z którego inicjujemy transakcję (a nie na dwóch urządzeniach, jak w przypadku płatności przez bankowość elektroniczną, gdzie kod przychodzi na smartfona, a wpisujemy go na ekranie komputera). Z drugiej strony: bankowcy czasem ograniczają funkcje aplikacji mobilnych (nie można na nich np. zerwać depozytu) albo wprowadzają limity wartości transakcji (by nie można było z użyciem smartfona "obrócić" zbyt dużą wartością pieniędzy). Logowanie do banku przez smartfona odbywa się zwykle poprzez inny identyfikator, niż "zwykły" login i hasło (nawet jeśli zostanie wykradziony, to złodziej nie ma "głównego klucza do skarbca", czyli loginu do wejścia do "dużego" systemu bankowości internetowej).

      Czytaj też: Bank zaproponował ci nowy sposób płacenia. Czy to bezpieczne?

      Czytaj też: Pięć przykazać speca od bankowania przez komórkę

      Jest więc bezpiecznie czy nie? Firma PGS Software opublikowała właśnie bardzo ciekawy raport dotyczący bezpieczeństwa aplikacji mobilnych oferowanych przez banki. Informatycy wzięli pod lupę apki 19 dużych banków przygotowane dla systemu Android. W każdym z banków założyli podstawowe konto, aktywowali dostęp do bankowości elektronicznej oraz ściągnęli i aktywowali aplikacje mobilne. Potem wykonali kilka podstawowych transakcji i jednocześnie sprawdzili czy można - mając wiedzą informatyczną, złe intencje i trochę czasu - "podsłuchać" transmisję danych między smartfonem, a bankowymi serwerami, wykraść dane, podstawić klientowi fałszywe komunikaty na smertfona albo po prostu ukraść pieniądze. Wnioski? Miażdżące. Okazało się, że niektóre aplikacje mobilne są tak niechlujnie zrobione i mają takie dziury, iż bez problemu można ukraść klientowi dane, a może i przyczynić się do obniżenia bezpieczeństwa składowanych na rachunku pieniędzy (choć żaden przykład nie dowodzi, że bezpośrednio można byłoby ukraść komuś pieniądze wykorzystując dziury w aplikacji mobilnej).

      Cały raport znajduje się na stronie internetowej jego autorów, chętnych odsyłam 

      Kilka przykładów. Używając aplikacji mobilnej banku BZ WBK testerzy PGS Software zamówili przez aplikację mobilną kartę płatniczą. Przy okazji wyszło, że dane klienta są przekazywane do formularza nie będącego częścią aplikacji, skąd można je odczytać i to nawet po wylogowaniu klienta z apki mobilnej. W aplikacji mobilnej ING z rzadka mogło się pojawić klientowi pewne ostrzeżenie (nieistotne w tym momencie jest czego dotyczy), które trafiało do tzw. logów systemowych (czyli "dziennika pokładowego" aplikacji mobilnej). A wraz z nim do logów trafiał pewien link, którego kliknięcie... przenosiło do serwisu internetowego banku bez logowania.

      W aplikacji Banku Pekao w tych samych logach pojawiały się cyfry wbijanego przez klienta hasła maskowanego (co oznacza, że ktoś "podsłuchujący" komunikację smartfona z serwerami banku po kilku "posiedzeniach" mógłby ustalić hasło klienta do serwisu bankowego. Aplikacja Idea Banku nie została wystarczająco zabezpieczona przed "podsłuchiwaniem" i ciekawski haker mógłby poznać komplecik danych osobowych klienta, łącznie z numerem PESEL, adresem i nazwiskiem panieńskim matki. Autorzy raportu podkreślają, że nie jest to ranking, z którego można byłoby się dowiedzieć które aplikacje są najsłabiej zabezpieczone. Podali kilka przykładów, a następnie zrobili listę największych grzechów aplikacji mobilnych, wynikających z tego, że programiści byli niedouczeni, niechlujni, leniwi albo zlecili produkcję aplikacji zewnętrznym firmom, które się nie przyłożyły.

      Jakie to grzechy? Po pierwsze brak wystarczająco silnych barier broniących aplikację przed próbami "podsłuchiwania" transmisji danych. To przypomina trochę przestawienie zwrotnicy i skierowanie pociągu (czyli ruchu internetowego klient-bank) na niewłaściwy tor. Jest do tego potrzebny fałszywy certyfikat bezpieczeństwa. Wykrywają go i blokują taki proceder jedynie aplikacje Getinu, Banku Millennium, BNP Paribas, BPH, Aliora, Eurobanku i Credit Agricole. Pozostałe nie są tak "sprytne". Zdarzyły się banki, w których niektóre fragmenty danych były transmitowane w ogóle bez żadnego szyfrowania. Czasem były to linki do dokumentów w formacie PDF, gdzie indziej do regulaminów, stron z ofertą czy odnośniki z głównego menu aplikacji. To o tyle niefajne, że taki niezabezpieczony link może być łatwo zmodyfikowany przez złodzieja, który podstawi razem z nim np. prośbę o podanie loginu i hasła albo odnośnik do "aktualizacji", która okaże się wirusem.

      Inny problem to zezwalanie na screenshoty. Android umożliwia zapisywanie zrzutów ekranu. Z reguły wywołanie tej funkcji ukryte jest pod odpowiednią kombinacją przycisków lub w opcjach menu. Zapewne z tego powodu aplikacje PKO BP, Pekao, mBanku, Orange Finanse, Raiffeisena, Citi, BPH, Eurobanku, ING i Banku Smart nie blokują możliwości robienia zrzutów ekranu podczas logowania. A to oznacza, że z takich screenshotów złodziej może sobie ułożyć sekwencję wciskanych przez klienta klawiszy. Niebezpieczną opcję wykonania zrzutu ekranu zablokowano w aplikacjach BZ WBK, Getin Banku, Millennium, BGŻ i Credit Agricole. Podobno starsze smartfony z Androidem są podatne na wirusy, które automatycznie wykonują co chwilę screenshoty i przesyłają do przestępców.

      Testerzy znaleźli też błędy w budowie aplikacji, które czynią korzystanie z niej mniej komfortowym. Nie wszystkie programy kończyły pracę po pewnym okresie bezczynności klienta. Na ekranie pozostały dane finansowe użytkownika mBanku, BNP Paribas, BPH, Alior Banku, Credit Agricole, Orange Finanse, Banku Smart. Większość tych aplikacji reagowała wylogowaniem dopiero po dotknięciu ekranu. Aplikacja BNP Paribas po wyjściu z widoku mapy (gdy klient np. szukał bankomatu) nie przestawała "pamiętać" tej mapy, co koszmarnie szybko wyczeruje baterię w smartfonie. Obowiązkową (ze względów bezpieczeństwa) aktualizację aplikacji Idea Banku można było ominąć przechodząc do sklepu Play i wracając klawiszem "wstecz". Aplikacja Smart Banku "przegrzała" telefon przez nadmiar komunikatów wysyłanych do tzw. logów.

      Niektóre aplikacje bankowe korzystają z usług serwisów należących do Twittera i Facebooka. A - jak wiadomo - te amerykańskie portale nie stronią od wysysania danych o swoich użytkownikach. O jakie usługi chodzi? Np. o raportowanie wszelkich błędów w działaniu aplikacji. Jeśli się taki zdarzy, informacja o tym jest przesyłana do specjalnej usługi dostarczanej przez... Twittera. A z przekazywanych informacji Twitter może się dowiedzieć z jakiej funkcji programu bankowego korzystał klient, gdy akurat się wykrzaczyła. Czy polski bank ma prawo informować amerykańską korporację Facebook Inc. o tym, że klient banku właśnie rozpoczął pracę z aplikacją mobilną? Nie informując klienta, nie dając mu możliwości wyłączenia tej funkcji oraz nie umieszczając marki Facebook nigdzie w regulaminach? W taki sposób działa aplikacja ING (starsza z dwóch dostępnych), która posłusznie karmi popularnego fejsa danymi o tym, kto, skąd i kiedy rozpoczyna sesję z aplikacją.

      Autorzy raportu apelują do bankowców o to, by lepiej przygotowali aplikacje mobilne na sytuację, w której smartfon został złamany - i np. złodziej automatycznie przesyła sobie screenshoty z ekranu albo próbuje "podsłuchać" transmisję - a więc odczytywać logi ("dziennik pokładowy" aplikacji) oraz modyfikować pliki tworzone przez aplikacje (samej aplikacji na szczęście testerzy złamać nie potrafili). Testerzy uważają, że dane użytkownika powinny być zawsze szyfrowane, a te dane, których się nie szyfruje powinny być opatrzone przynajmniej podpisem cyfrowym banku, by wykryć ewentualne modyfikacje czynione przez złodzieja danych. Analitycy podkreślają, że od podsłuchania danych, podstawienia klientowi fałszywej strony, czy nawet odczytania tego co wpisuje na klawiaturze ekranowej do kradzieży pieniędzy daleka droga. Ale tak czy owak sytuacja, w której aplikacja mobilna niewystarczająco dobrze chroni dane klienta jest dużym obciachem. Wolałbym, żeby takie numery się nie działy jeśli mamy się zaraz przesiąść z płacenia w sklepach kartami zbliżeniowymi na płacenie smartfonem. Ponoć część dziur już jest załatana. Nad naprawieniem innych banki pracują.

      OBEJRZYJ PIĄTY ODCINEK "KASOWNIKA SAMCIKA"! W kolejnym wydaniu mojego cotygodniowego wideocyklu głównym tematem są prywatni lekarze. Co wybrać: abonament medyczny czy ubezpieczenie zdrowotne? Od czego najbardziej warto się ubezpieczyć?

      Obejrzyj też czwarty odcinek "Kasownika", w którym o internetowych złodziejach twoich pieniędzy. Jakie sposoby stosują, żeby wyczyścić ci konto? Jakich zasad bezpieczeństwa przestrzegać, żeby sobie poszli?

      A poniżej trzeci odcinek "Kasownika Samcika", w którym przedstawiałem sprytne sposoby na oszczędzanie. W poprzednich odcinkach było m.in. o najlepszych zawodach, kasie na studiowanie, czy zaciąganiu kredytu hipotecznego. Poza poradami finansowymi w każdym wydaniu solennie obiecujęczerstwy żart prowadzącego :-)), ciekawostkę o pieniądzachoraz finansowy trik Samcika. Żeby nie przegapić kolejnych odcinków - zapraszam do subskrybowania kanału YouTube "Subiektywnie o finansach"  

      (NIE)BEZPIECZNE POŁOWY. W ramach sprawdzania czy jest dla naszych pieniędzy jakaś alternatywa dla 1% z bankowego depozytu udałem się na ryby. Myślałem, że najgorsze będzie starcie z giełdowymi rekinami, ale nie - cios przyszedł z najmniej oczekiwanej strony. A więcej wstrząsających klipów pod tym linkiem

      A TERAZ... CHŁOŃ SUBIEKTYWNOŚĆ TAK JAK LUBISZ. Subiektywność jest multifunkcyjna i się często dyslokuje ;-). Można ją spotkać tu i tam. W internecie, mediach społecznościowych, na wideo, w prasie, książkach oraz na spotkaniach, odczytach, konferencjach - wszędzie tam, gdzie mówi się o pieniądzach.

      autopromo4Blog "Subiektywnie o finansach" codziennie, od ponad siedmiu lat, zapewnia niezbędną dawkę wiedzy o Waszych pieniądzach. Prześwietlanie produktów finansowych, ekskluzywne wiadomości o nowych produktach oraz piętnowanie skandalicznych praktyk i interwencje w Waszych sprawach. Dołącz do niemal 200.000 czytelników i codziennie zaglądaj na samcik.blox.pl, nowy wpis wpada tu zwykle tuż po godz. 9.00. Jeśli chcesz wiedzieć jeszcze więcej i ze mną podyskutować, zostań fanem blogu na Facebooku (jest nas już 35.000!), na Twitterze (tu wraz ze mną rządzi blisko 10.000 followersów). Zapraszam też do bezpośredniego kontaktu mejlowego:  maciej.samcik@gazeta.pl. Postaram się odpowiedzieć na każdy e-mail, choć nie obiecuję, że odpowiem szybko ;-).

      autopromo2...ZOBACZ MNIE W EKSTREMALNYCH AKCJACH. Opowiadam o domowych finansach nie tylko tekstem, ale i ruchomymi obrazami. Żeby Ci się nie nudziło robię przy tym różne głupie rzeczy: skakałem na spadochronie, dałem sobie obić twarz przez byłego trenera Tomasza Adamka, latałem w tubie aerodynamicznej, w której ćwiczą kosmonauci, ćwiczyłem na najnowocześniejszym w Polsce symulatorze lotów, jeździłem autobusem, gokartem, grałem w golfa i ruletkę. Wszystkie te przygody są na mojej "stronie" youtubowej. Zasubskrybuj mój kanał na Youtube (w tym kinie siedzi już ponad 2000 fanów i jest ponad 70 filmów, które obejrzano więcej, niż ćwierć miliona razy). 

      ekipasamcikanewSUBIEKTYWNA EKIPA SAMCIKA IDZIE NA OSTRO W "WYBORCZEJ". Blog "Subiektywnie o finansach" zyskał tak dużą popularność, że zaowocował autorskimi stronami w "Gazecie Wyborczej". Co czwartek na stronach gospodarczych "Wyborczej" ukazuje się tygodnik "Pieniądze Ekstra", w którym ja i grupa moich kolegów, zwana złowróżbnie Ekipą Samcika, radzi jak sprytnie kupować, jak się nie dać nabrać w sklepie, co zrobić, żeby wyplątać się z finansowych tarapatów i jak mieć więcej pieniędzy. 

      autopromo3SUBIEKTYWNOŚĆ DO PODUSZKI, NA WAKACJE, NA PREZENT: o oszczędzaniu, inwestowaniu i zarządzaniu domowymi pieniędzmi piszę też w moich książkach, które możesz kupić w dobrych księgarniach oraz w internecie. Dowiesz się z nich jak założyć pierwszy plan systematycznego oszczędzania, jak nie dać się okraść przez internet, jak odróżnić tani kredyt od drogiego, jak nie dać się nabić w niby-ubezpieczenie, jak nauczyć dziecko oszczędności...

      DARMOWY KURS O LOKOWANIU KASY! Zastanawiasz się jak zabrać się za systematyczne oszczędzanie? Masz już oszczędności i czujesz, że nie powinieneś ograniczać się do ich trzymania wyłącznie w banku? Masz obawy, że sprawy w kraju nie idą w dobrym kierunku i chcesz zabezpieczyć pieniądze przed ewentualnymi turbulencjami? Wejdź na stronę www.dywidendajakwbanku.pl, gdzie wspólnie z Albertem "Longterm" Rokickim opowiadam o tym jak zapewniam sobie niezależność od nacjonalizacji, inflacji i innych chorób charakterystycznych dla trzymania oszczędności wyłącznie w banku. Solidna porcja wiedzy podana w lekkostrawnej formule. Naprawdę warto!

      dywidwb1

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (9) Pokaż komentarze do wpisu „Horror. Wchodzisz na konto przez smartfona? Oni sprawdzili które apki są najbardziej "dziurawe"”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 10 listopada 2016 09:08
  • czwartek, 08 września 2016
    • Po drugiej stronie biurka, czyli szczera spowiedź naganiacza. Tak wkręca się ludzi w drogi kredyt!

      Każdego dnia przychodzi do mnie kilkanaście lub kilkadziesiąt e-maili i wiadomości od klientów banków, firm ubezpieczeniowych, pośredników finansowych, telekomów, handlarzy prądem, gazem i dobrami wszelakimi. W tym zalewie pytań, problemów i nieszczęść raz na wiele miesięcy zdarza się list od... sprzedawcy, który zdradza kulisy swojej pracy. Trudno powiedzieć, by był to skruszony sprzedawca, bo on wcale się nie kaja z powodu swojej działalności. On po prostu relacjonuje swój stan duszy, pisze, iż czuje się jak mały trybik w wielkiej machinie, której celem jest takie potraktowanie klienta, by przyniósł firmie - bankowi, ubezpieczycielowi, pośrednikowi - jak najwięcej pieniędzy. Dziś mam dla Was właśnie taki list od człowieka, który zatrudnił się w banku pełen ideałów, a dziś jest już tylko maszynką do wyciskania klientów. Zapewne nie jest to fotografia pracy każdego pracownika banku, ale zapewne niejeden pracownik oddziału bankowego czuje podobnie. Przeczytajcie i skomentujcie. A wcześniej zapiszcie się na mój newsletter, żeby nie ominęły Was następne sensacje :-):

      "Szanowny Panie Redaktorze Samcik! Co tydzień w czwartek rano popijam kawę nad redagowanym przez Pana konsumenckim dodatkiem "Pieniądze Ekstra" w "Gazecie Wyborczej", by zaraz po lekturze upchnąć w neseserze służbową sieć, którą zarzucam codziennie na łatwowiernych klientów. Taka moja praca. Oto ja - doradca klienta w dużym ogólnopolskim banku. Gdy lat temu parę, jako finansowy elew, przekraczałem próg swej placówki bankowej, oblepionej plakatami mówiącymi o niesłychanej i niespotykanej we Wszechświecie więzi banku z klientem me sumienie było czyste, czyściutkie wręcz jak łza. Wkraczałem do tej branży, by pomagać, by doradzać, by pięć lat studiów o finansach nie poszło w las. Dziś złowieszczo śmieję się, gdy czytam u redaktora Samcika teksty typu "trzymajcie się foteli - prowizja za kredyt 16%''. To mój chleb powszedni.

      Klient, zwabiony śladowym oprocentowaniem pożyczki, przychodzi do oddziału po 4000 zł. Jeśli nie zasypiał na matmie, to wyliczy sobie, że kredyt powinien go kosztować 200 zł odsetek. Ściskam dłoń petenta, potwierdzając, że odsetki rzeczywiście są niskie, niziutkie. Jaka rata? Niestety, jej wysokość będę mógł podać tylko po złożeniu wniosku kredytowego. A ten będę mógł złożyć tylko wtedy, gdy potencjalny klient założy w banku rachunek osobisty. W połowie przypadków na stół wjeżdża dodatkowo umowa o kartę płatniczą. Wszystko super i za darmo. Wrzucamy wniosek kredytowy do systemu. Ojej! Nie masz, drogi kliencie, zdolności kredytowej!. Uuups... Ale nie martw się, kliencie, właśnie napisał ''główny analityk'. Zdolność kredytowa pojawi się jeśli przyniesiesz do nas swoje kredyty z innych banków. W sumie oplacałoby ci się, Drogi Kliencie, złączyć wszystko w jedną ratę. No dobra, z tym "opłacałoby się" trochę przesadziłem. Wiem, za tę pożyczkę sprzed czterech miesięcy zapłaciłeś z góry 18% prowizji. Ale skoro nie masz zdolności kredytowej, to chyba nie ma wyjścia... 

      A najlepsze, że przy naszym oprocentowaniu (ciii... 10%) na najlepszy dla ciebie okres (ciii... 10 lat) rata spadnie o 55 zł! Dziwisz się, że to aż dziesięć lat? Wzdycham, że inaczej nie będzie możliwości udzielenia kredytu, bo... nie masz zdolności (ciii... miałbyś, ale rata poleciałaby w kosmos i zorientowałbyś się, że coś tu nie gra). Pytasz dlaczego kredyt nie jest na 5%? Odpowiadam, że to oprocentowanie przy okresie spłaty 4 lata, a tu nie ma zdolności... A może teraz zapytasz mnie, czy nie widzę, że te konsolidowane kredyty kończą się już za trzy lata, a ty chcesz tylko 4000 zł i nie chcesz wydłużać spłaty do 10 lat? A może zapytasz co to dla ciebie za interes? Nie, o to, Drogi Kliencie, nigdy nie pytasz. Nie pytasz też ile łącznie zapłacisz za oferowany przeze mnie kredyt. Nie mnożysz liczby rat przez wysokość raty - gdybyś pomnożył, to groziłoby mi z pewnością linczem z twojej strony.

      W najgorszych snach widzę minę klienta w chwili, gdy dowiaduje się, że weźmie 4000 zł, a spłaci 14.000 zł. Albo że weźmie 50.000 zł, a do spłaty będzie miał 107.000 zł. Nie pytasz, więc spłacasz te 107.000 zł, z czego ponad połowa to koszty (gdzie te słynne kontrole UOKiK-u, redaktorze Samcik? Gdzie ci "tajemniczy klienci", którzy mieli być nasyłani przez urząd?). Nie pytasz, więc płacisz 10% odsetek, 24% prowizji, wykupujesz dodatkowe ubezpieczenie, dzięki któremu zostajesz najlepiej zabezpieczonym klientem w całej wschodniej Polsce. Utrata pracy, wypadki, zawały, udary, złamania i zwichnięcia - pomożemy ci spłacać raty w różnych przypadkach, o ile tylko będziesz z odpowiednią determinacją, cierpliwością i nieustępliwością nękał pracowników ubezpieczalni. Oni nie przepadają za twoimi roszczeniami, tak jak ja nie przepadam.

      Mieszkasz z babcią w jednym pokoju? Ubezpieczę ci willę a la Don Wasyl. Sporty wyczynowe znasz z telewizji? Przez najbliższy rok możesz żwawo wyruszać w wysokogórskie linowe eskapady. Jesteś w końcu ubezpieczony. Wąs ci się ledwo wysypał? Spokojnie i z czystym sumieniem możesz już paść na zawał serca, obsypując pieniędzmi uposażonych. Jesteś ubezpieczony. Z serdecznym uśmiechem sąsiada z kościelnej ławy przeprowadzę cię, Drogi Kliencie, przez długi proces finalizacji umowy. Tu podpis, i tu, i tu, i tam, i jeszcze tu. Smutna prawda dla ciebie, Drogi Kliencie, a wesoła dla mnie i mojej ferajny, wygląda tak, że gdybym podsunął ci inne papiery, to złożyłbyś te cztery podpisy nawet pod umową kupna 30 kg powietrza. Nie czytasz co ci podsuwam, więc spłacasz dużo, drogo i bez końca. Taka smutna prawda.

      Dlaczego tak wiele papierków? To wina tych przeklętych posłów. O wszystkim musisz być dokładnie poinformowany, każdy warunek umowy musi być dokładnie rozłożony na czynniki pierwsze. Więc jest. Na dwudziestu stronach, których nie przeczytasz. Aha, od zeszłego tygodnia trzeba na każdy rodzaj ubezpieczenia drukować osobną polisę. Kiedyś starczyła jedna, aj, aj, aj. Wszelkie formularze informacyjne, OWU, drobne druczki lądują na dnie całkiem grubej teczuszki. Na finale jeszcze prośba o przekazanie mego numeru telefonu znajomym, rodzinie, partnerom biznesowym - witamy na pokładzie, Sir! Cieszę się, że udało mi się sprostać oczekiwaniom, Drogi Kliencie. Polecam się na przyszłość!".

      Cytuję ten list właściwie bez skrótów, co najwyżej lekko podredagowałem jakieś drobne niezręczności językowe. Uważam, że powinien go przeczytać każdy, kto wchodzi do banku i widzi człowieka z identyfikatorem "doradca klienta". Ten człowiek nie jest zły, on po prostu wykonuje swoją pracę. Jest kontrolowany, sprawdzany, nagrywany, podsłuchiwany, szkolony, rozliczany z celów sprzedażowych. Wpadł w machinę sprzedażową, która powoduje, że nie ma ani czasu, ani możliwości, żeby porozmawiać z klientem o jego prawdziwych potrzebach, doradzić mu rzeczywiście najlepsze rozwiązanie, odradzić rozwiązanie złe, albo odesłać z kwitkiem jeśli wspólnie dojdą do wniosku, że w palecie oferowanych przez bank rozwiązań nie ma tego najbardziej odpowiedniego. Nie może powiedzieć klientowi: "nie potrzebujesz tej karty, po co ci to ubezpieczenie", bo może za to wylecieć z pracy. Nie najgorzej płatnej i tym lepiej płatnej im więcej kitu wciśnie klientowi. Nie może mrugnąć do klienta okiem, spojrzeć znacząco, chrząknąć. Nie spełni celów sprzedażowych, to też wyleci z pracy.

      Czytaj też: Szczere oświadczenie pośrednika finansowego. "Ściemniałem, bo kazali"

      Czytaj też: Kłamał klientowi w żywe oczy. Został przyłapany, bo zrobił drobny błąd

      To, że ludzi mających wiedzę i chęć, żeby pomagać klientom, przerabia się na maszynki sprzedażowe, jest zasługą dyrektorów, szefów pionów, członków zarządu. To oni, w pędzie do tego, by poprawić zysk netto i zasłużyć na premię, awans bądź kolejną kadencję, niszczą swoich pracowników i robią krzywdę klientom, którzy przychodzą do banku. Dużo rozmawiam z wysoko postawionymi menedżerami w bankach. Zawsze się dziwią: "dlaczego nazywa się nas w mediach banksterami? Przecież my tylko pomagamy klientom spełniać ich finansowe potrzeby!". Zwykle radzę im, żeby zatrudnili się tylko ja jeden miesiąc jako szeregowi pracownicy w banku, którym sami zarządzają. To powinno wystarczyć, żeby przestali zadawać takie pytania. Pewnie nie w każdym banku jest tak, jak napisał mój czytelnik. Ale sądzę, że w tych bankach, które stale chwalą się coraz lepszymi wynikami, które mimo niskich stóp procentowych stale poprawiają zysk z działalności, w których wciąż utrzymuje się wysokie ROE i marża odsetkowa - takie podejście do pracownika i klienta jest częste. Dopóki nie skończy się wyścig o coraz wyższe zyski za wszelką cenę, dopóty wchodząc do oddziału banku trzeba mieć dłoń na kaburze i blog "Subiektywnie o finansach" pod ręką.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (19) Pokaż komentarze do wpisu „Po drugiej stronie biurka, czyli szczera spowiedź naganiacza. Tak wkręca się ludzi w drogi kredyt!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 08 września 2016 08:56
  • piątek, 06 maja 2016
    • Kosmiczne szczęście? Gdy Obcy mają System, który wypłaca klientom... dwa razy więcej ;-)

      optymianiePodobno UFO nie istnieje, ale niektóre reklamy bankowe temu przeczą. Ot, na przykład słynni Optymianie, którzy przybywają z kosmosu, by zaserwować - przepraszam za wyrażenie - "dobrą zmianę" w oszczędzaniu. Kryjący się za tymi dziwnymi przybyszami BGŻ Optima to naprawdę niezły bank do trzymania oszczędności. Nie płaci najlepiej na rynku, ale za to nie różnicuje klientów na lepszych (tych, którzy właśnie teraz przenieśli się od konkurencji) i frajerów (tych, którzy przenieśli się od konkurencji już jakiś czas temu i dlatego można im dawać śmieciowe oferty i traktować jak "klientów gorszego sortu"). Takiego podejścia oczekuję od banków - w miarę stabilnego i nie wołającego o pomstę do nieba oprocentowania. Tego samego oczekiwał zawsze od Optymian pan Remigiusz, jeden z czytelników mojego blogu. Ale dostał znacznie więcej, niż oczekiwał. Sprawa, którą Wam za chwilę przedstawię jest iście kosmiczna, więc lepiej trzymajcie się portfela ;-). Historia działa się już dłuższą chwilę temu, ale jest tak zabawna, że kiedy już dostąpiła zaszczytu stanięcia przed mymi błękitnymi (tak naprawdę są piwne, ale to słabo brzmi) oczętami, to nie mogłem się powstrzymać, by jej nie opublikować.

      "Zadzwoniła do mnie konsultantka z BGŻ Optima - taka z planety Optymian - i zakomunikowała, że mam wpłacić do banku 816 zł i ileś-tam groszy bo się system pomylił i podwójnie zaksięgował mi odsetki. Pani dodała, że jeśli chcę poznać szczegóły, to mam sobie przeczytać pismo z banku, które zostało właśnie "powieszone" na moim koncie w poczcie wewnętrznej"

      - zeznaje pan Remigiusz, który miał prawo poczuć się tak, jak po wizycie UFO (zapewne ściągniętego na naszą planetę przez Optymian i ich wysoki procent). Mój czytelnik zaczął się nawet zastanawiać czy to nie jest jakaś nowa forma wyłudzania pieniędzy przez złodziei. Skoro mogli wymyślić numer "na wnuczka", to dlaczego nie mieliby kraść pieniędzy "na Optymian". Dzwoni taki złodziej i informuje, że albo wpłacam mu na rachunek 816 zł, albo przylecą, rozbiorą do naga, przywiążą do biurka i zrobią badania wziernikiem. I kto by nie zapłacił? :-). Pan Remigiusz jednak porzucił głupie myśli i zalogował się grzecznie na konto, żeby sprawdzić wieści z banku. To było dziwne uczucie. Pismo - jak zeznaje czytelnik - nie było do niego imiennie zaadresowane (nagłówek to: "Szanowny Panie, uprzejmie informujemy, że..."), nosiło raczej znamiona bezosobowego spamu. Nie było przez nikogo konkretnego podpisane imiennie (co w sumie zrozumiałe, być może Optymianie po prostu nie mają imion, albo mają, ale głupie, więc ich nie używają). No i kończyło się ciekawie: uprzejmą prośbą o wyrozumiałość wspartą sankcją w postaci rychłego spotkania na drodze sądowej. Czyli w sumie nie tak daleko od wstępnego wyobrażenia wizyty Optymian - tego ze sceną z wziernikiem ;-).

      "Uprzejmie informujemy, iż w wyniku błędu systemu informatycznego, została naliczona na Pana rachunku podwójna kwota odsetek z tytułu zakończenia "Lokaty inwestycyjnej z Niemiecką Gwarancją". Należne odsetki wyniosły 10% w skali dwóch lat. W związku z zaistniałą sytuacją prosimy o zwrot kwoty nienależnego świadczenia w wysokości 816,65 zł. Zwrot środków powinien nastąpić poprzez ich wpłatę na Pana rachunek główny w terminie do (...), z którego to rachunku wskazana kwota zostanie następnie pobrana celem pokrycia należności. W przypadku braku wpłaty powyższej kwoty, Bank będzie dochodził zwrotu tych środków na zasadach ogólnych. Jednocześnie chcielibyśmy bardzo przeprosić za zaistniałą sytuację i wiążące się z tym niedogodności. Z poważaniem, Zespół BGŻ Optima"

      No i super. W zasadzie mogli równie dobrze napisać, że przylecą w latającym spodku, rozbiorą do naga, przywiążą do stołu i zrobią badania wziernikiem. Taki list byłby równie przyjemny. Zagadka braku jakiegokolwiek ludzkiego spojrzenia na pana Remigiusza ze strony bankierów może być rozwiązana dość łatwo - zapewne nieoczekiwany prezent w postaci podwójnych odsetek został przekazany znacznie większej liczbie klientów, niż tylko panu Remigiuszowi. Gdyby Optymianie mieli się z każdym pieścić, ładnie tytułować pocztę, podawać nazwisko osoby do kontaktu, to by wyłysieli ze zgryzoty. Przywalili więc klientom z grubej rury.

      "Nie powiem, ucieszył mnie fakt pojawienia się okazałej kwoty na moim koncie, bo spodziewałem się o połowę mniejszej. Ale z racji wieku mam problemy z czytaniem regulaminów ze zrozumieniem. Pomyślałem, że pewnie źle zrozumiałem ofertę. Chyba wiem z czego wziął się błąd systemu. Oprocentowanie zwykle jest podawane w skali roku, a haczykiem tej lokaty miał być dwuletni okres zamrożenia moich oszczędności. I uwarunkowane wzrostem ceny niemieckich akcji oprocentowanie też zostało podane w skali dwóch lat. Logicznym wydaje mi się też prośba banku o zwrot pieniędzy, bo zostały mi niesłusznie naliczone. Ale miło by było być potraktowanym jak potencjalnie uczciwy obywatel. Co mam teraz zrobić, ja, Ziemianin, w obliczu żądań cywilizacji Optymian?"

      - zapytuje czytelnik. Rzeczywiście, cywilizacja Optymian jakaś taka mało kulturalna się okazała, bo - przynajmniej w pierwszym rzucie - mogłaby się jakoś p ludzku podpisać i powstrzymać od grożenia wziernikiem. Klient ładnie poproszony poczuje się lepiej i chętnie odda pieniądze. Oczywiście, nastraszony nagłym atakiem kosmitów też odda "w wyznaczonym terminie". Na szczęście kosmici obiecują, że już więcej straszyć nie będą :-)

      "Klienci, którzy skorzystali z oferty lokaty inwestycyjnej otrzymali po dwóch latach odsetki w wysokości 10% ulokowanej kwoty. W tym przypadku, przez błąd systemu zdarzyło się, że odsetki od lokaty inwestycyjnej zostały naliczone podwójnie. Call center natychmiast skontaktowało się z Klientem, aby wyjaśnić sytuację. Ubolewamy także nad tym, że formalny list jaki po rozmowie otrzymał Klient mógł mu wydać się nieuprzejmy, jednak podkreślamy, że został on poprzedzony rozmową, której celem było dobre i uprzejme wyjaśnienie Klientowi sytuacji. Obecnie sprawdzamy jak przebiegała ta rozmowa i jeśli Klient mógł poczuć dyskomfort, zostaną wyciągnięte z tego wnioski. Zaufanie i relacja z Klientami to podstawa i kluczowa kwestia dla BGŻ Optima. Dlatego dołożymy wszelkich starań, aby podobne sytuacje nie miały miejsca w przyszłości" 

      - otrzymałem list z sąsiedniej galaktyki. Dobre i to. Ale pan Arkadiuszowi już i tak to nie pomoże. On tak się wystraszył, że nie tylko natychmiast zerwał ze stratą inną lokatę, żeby zaspokoić żądania Obcych (bo otrzymane wcześniej w prezencie "nadprogramowe" pieniądze zdążył już przehulać), ale i zamknął konto w tym banku, przenosząc oszczędności do takiego z bardziej ludzkim podejściem. A gdy widzi reklamę z Optymianami to wiecie co mu się śni? Że go rozbierają do naga, przywiązują do stołu i... a, nieważne ;-).

      KASOWNIK SAMCIKA: O CZYSZCZENIU BIK I NIE TYLKO.  W pilotowym odcinku "Kasownika Samcika": >>> radzę co zrobić, żeby jak najlepiej przygotować się do zaciągnięcia kredytu hipotecznego, >>> sprawdzam jakie zdolności najbardziej liczą się u faceta, >>> odpowiadam na pytanie dlaczego kurs złotego leci na pysk, >>> zdradzam kiedy podwoją się Wasze oszczędności. Jeśli ta formuła Wam się spodoba, będzie cała seria "Kasowników..." 

      OBYWATELU! SUBSKRYBUJ MÓJ KANAŁ NA YOUTUBE!. Subiektywność jest nie tylko w blogu, ale i na wizji. Na kanale blogu "Subiektywnie o finansach" w YouTube jest już prawie 70 wideofelietonów. Ostatnio mówiłem m.in. o tym jak mądrze zagospodarować 500 zł na dziecko, a wcześniej zastanawiałem się czy mógłbym zostać milionerem, gdybym zaczął jeździć na... rowerze. Zapraszam do oglądania i subskrybowania subiektywności w wersji wideo.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (20) Pokaż komentarze do wpisu „Kosmiczne szczęście? Gdy Obcy mają System, który wypłaca klientom... dwa razy więcej ;-)”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 06 maja 2016 08:57
  • środa, 04 maja 2016
    • To się w głowie nie mieści! Nic się nie zgadzało, a jednak odcięli mu "prąd". Na trzy miesiące

      Działalność komorników sądowych to dla bankowców drażliwy temat. Komornicy wysyłają do banków dziesiątki tysięcy próśb o zajęcie kont osobistych, oszczędnościowych, rachunków lokat terminowych klientów banków. Zrobił się z tego cały przemysł, bo dla każdego komornika położenie łapy na koncie bankowym dłużnika to najłatwiejsza droga, by go dopaść i odzyskać pieniądze. Nic dziwnego, że komornicy czerpią z tego źródełka pełnymi garściami. Bankowcy są tutaj tylko tępym narzędziem w komorniczych rękach, a jedyną ich "winą" są wysokie opłaty za przelewy egzekucyjne - przeważnie prowizja pobierana od klienta wynosi 20-30 zł, więc słono. Opisywałem kiedyś w blogu sytuację klienta, któremu na zajęte konto wpływały jakieś niewielkie kwoty i bank za każdym razem pobierał za ich przelewanie komornikowi po 30 zł. Tym sposobem opłaty za przelewy egzekucyjne kosztowały klienta znacznie więcej, niż same przelewy. Na tle klienci-banki często też pojawiają się nieporozumienia dotyczące tego od jakiej kwoty (i do jakiej) liczy się kwotę wolną od zajęcia. W sytuacji, gdy klient korzysta z debetu może się okazać, że bank zabiera mu pieniądze, które najpierw mu pożyczył. Czasem takie rzeczy dzieją się, gdy bank zorganizuje... nieoficjalny "dzień dobroci dla skarbówki" ;-)

      Czytaj też: Nadgorliwość gorsza niż faszyzm. Gdy bank chce pomóc komornikowi

      Ale o takiej historii, którą Wam dziś opowiem, jeszcze nie słyszałem. Pan Jacek, mieszkaniec Trójmiasta i szczęśliwy posiadacz depozytu w Getin Banku, pewnego pięknego dnia w październiku zeszłego roku dowiedział się, że jego pieniądze na sześciomiesięcznej lokacie w wysokości ponad 21.000 zł są zajęte przez komornika sądowego z Łodzi. Kłopot w tym, że pan Jacek o żadnym przeterminowanym długu nie wiedział i byłby gotów sobie rękę uciąć, że to musi być jakaś pomyłka. Pan Jacek zadzwonił do banku, gdzie od pracownika dowiedział się, że może to i pomyłka, ale jego numer PESEL zgadza się z numerem PESEL rzekomego dłużnika, więc zajęcie jest jak najbardziej prawidłowe. Pan Jacek jakoś nie dowierzał, że ma jakieś pieniądze do spłacenia i dlatego skontaktował się z komornikiem. Od niego z kolei dowiedział się, że zajęcie miało dotyczyć kobiety, zaś jedyny szczegół, w jakim "parametry" dłużniczki zgadzały się z jego danymi to... nieszczęsny numer PESEL. Poza nim nie zgadzało się nic - ani nazwisko, ani adres zamieszkania. Po prostu komornik miał błędny PESEL bądź źle go przepisał z kwitów sądowych i na tej podstawie zrobił "najazd" na konto Bogu ducha winnego pana Jacka.

      Czytaj też: Klient prostym trikiem przechytrzył komornika. Niegrzeczne, lecz...

      Czytaj też: Komornik się pomylił, bank się zagapił. A ja wsiadam na koń i...

      Sprawa wydawała się prosta i oczywista. Komornik powinien natychmiast napisać do banku pismo z informacją, że doszło do pomyłki, a bank powinien niezwłocznie "uwolnić" pieniądze klienta. Aby przyspieszyć całą procedurę pan Jacek złożył w Getin Banku formalną reklamację. Niestety, jak to z reklamacjami bywa, w banku powiedzieli, że być może będzie trzeba czekać aż 30 dni (bo taki jest maksymalny termin rozpatrywania reklamacji, nawet tych najbardziej oczywistych i trywialnych). No i pan Jacek czekał. Miesiąc czekał. Potem drugi. W końcu zacząl się niepokoić, bo tak się składało, że pieniądze z lokaty zaczynały mu być potrzebne na zakup samochodu. Jakiś czas wcześniej klient wpłacił 11.000 zł zadatku, ale nieuchronnie zbliżał się termin wpłaty pozostałej części. Bank na szczęście przymusowo nie zlikwidował depozytu, ale blokadę utrzymywał, bo - jak twierdził - dopóki komornik nie zdejmie z tych pieniędzy swojej łapy, bank samodzielnie też nic zrobić nie może. A więc pat.

      Czytaj też: Perpetum mobile? Gdy komornik zablokuje puste konto, a bank... kasuje

      Jak długo taki pat może trwać? Na logikę nie dłużej, niż tydzień, góra dwa. Do tego czasu nawet najbardziej leniwy komornik powinien odkręcić całą sytuację lub najbardziej leniwy bankowiec powinien go złapać za cojones. Bo w tej sytuacji bankowcy powinni stanąć po stronie klienta. Bank, owszem, stanął, ale niezbyt stanowczo, bo po prostu wysłał do komornika pismo z prośbą o wyjaśnienie sytuacji i grzecznie czekał na odpowiedź. Komornik - jak twierdzi bank - nie odpowiadał bardzo długo. Jego pismo do banku z prośbą o zwolnienie blokady dotarło do banku dopiero... 25 stycznia 2016 r. Trzy i pół miesiąca od daty omyłkowego zajęcia! W tym czasie pan Jacek zaczął się zastanawiać czy może ma jakieś halucynacje, skoro wciąż nie odzyskuje dostępu do swoich pieniędzy. Poszedł do BIK-u i wykupił sobie tzw. profil kredytowy, czyli informację o swoim scoringu, z której wynikało, że ma maksymalną ocenę - pięć gwiazdek. Żaden klient z przeterminowanym długiem nie miałby w BIK-u pięciu gwiazdek. A więc to nie pan Jacek jest nienormalny, tylko świat. Komornik przerzuca się z bankiem odpowiedzialnością za fatalne nieporozumienie. Że niby jakieś pismo nie dotarło, czy też nie miało jakiejś pieczątki. Nieważne.

      "Zgodnie z obowiązującym prawem, bank po otrzymaniu w październiku 2015 r. zajęcia komorniczego dokonał blokady rachunków osoby o wskazanym przez komornika numerze PESEL. Jednak ze względu na rozbieżności w danych przesłanych przez komornika, bank dochowując należytej staranności, nie wykonał przelewu środków, lecz niezwłocznie wystąpił do komornika z pisemną prośbą o wyjaśnienie zaistniałej sytuacji. Warto zauważyć, iż do czasu uzyskania odpowiedzi ze strony komornika, co nastąpiło dopiero po ponad trzech miesiącach od momentu wysłania pisma, na banku spoczywał formalny obowiązek utrzymania blokady. Dopiero pod koniec stycznia br. komornik poinformował bank, iż może nie realizować zajęcia komorniczego. Bank niezwłocznie, w tym samym dniu, odblokował rachunki klienta"

      - wyjaśnił Wojciech Sury z Getin Banku. Niestety, w tym czasie klient stracił już 11.000 zł zadatku na samochód, bo przez to, że nie miał dostępu do depozytu, wygasła jego umowa ze sprzedawcą auta. Pan Jacek odgraża się, że będzie domagał się odszkodowania od banku. W banku tłumaczą, że nie ma żadnych przepisów, które regulowałyby tego typu sytuację. Gdyby komornik miał np. tylko 7 dni na wyjaśnienie ewentualnych rozbieżności w danych rzekomego dłużnika pod sankcją zwolnienia blokad rachunków, to do skandalu by nie doszło. I o taką zmianę prawa apeluję. Jednak czy bank naprawdę nie mógł sobie pozwolić na odrobinę szaleństwa i zdjąć blokady, która - jak widać już gołym okiem - jest oparta na "lewym" zajęciu komorniczym? Być może bank powinien teraz wesprzeć klienta w domaganiu się od komornika odszkodowania? Zwłaszcza, że sam niespecjalnie energicznie domagał się odkręcenia błędu? W końcu jeśli komornik zawalił sprawę, to powinien za to odpowiedzieć.

      dywidendalogo1JAK ZMONTOWAĆ SOBIE PLAN OSZCZĘDZANIA Z... DYWIDEND? Wspólnie z Giełdą Papierów Wartościowych, Stowarzyszeniem Inwestorów Indywidualnych oraz blogiem o długoterminowym inwestowaniu "Longterm" zachęcam Was do sprawdzenia jak można sobie zmontować dodatkową emeryturę - lub plan systematycznego inwestowania - z dywidend wypłacanych przez największe, najstabilniejsze i najbardziej wiarygodne koncerny - polskie i zagraniczne. O tym dlaczego sam lokuję w ten sposób część swoich oszczędności pisałem w blogu kilka dni temu, zachęcam Was do lektury. Przeczytajcie też  zaproszenie do udziału oraz o liście prezentów, jakie przygotowali dla Was partnerzy akcji. Zerknijcie również na klipy wideo: 

      W kolejnych odcinkach cyklu w blogu przedstawię firmy płacące najbardziej stabilną dywidendę i opowiem jak się zabrać za inwestowanie w takie spółki, żeby nie wiązało się ze zbyt wysokim ryzykiem. "Longterm" ma dla Was też e-booka o tym jak - krok po kroku - zacząć zarabiać na dywidendach. Można go mieć za darmo w zamian za zapisanie newsletter o inwestowaniu dywidendowym

      KASOWNIK SAMCIKA: O CZYSZCZENIU BIK I NIE TYLKO.  W pilotowym odcinku "Kasownika Samcika": >>> radzę co zrobić, żeby jak najlepiej przygotować się do zaciągnięcia kredytu hipotecznego, >>> sprawdzam jakie zdolności najbardziej liczą się u faceta, >>> odpowiadam na pytanie dlaczego kurs złotego leci na pysk, >>> zdradzam kiedy podwoją się Wasze oszczędności. Jeśli ta formuła Wam się spodoba, będzie cała seria "Kasowników..." 

      OBYWATELU! SUBSKRYBUJ MÓJ KANAŁ NA YOUTUBE!. Subiektywność jest nie tylko w blogu, ale i na wizji. Na kanale blogu "Subiektywnie o finansach" w YouTube jest już prawie 70 wideofelietonów. Ostatnio mówiłem m.in. o tym jak mądrze zagospodarować 500 zł na dziecko, a wcześniej zastanawiałem się czy mógłbym zostać milionerem, gdybym zaczął jeździć na... rowerze. Zapraszam do oglądania i subskrybowania subiektywności w wersji wideo.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (18) Pokaż komentarze do wpisu „To się w głowie nie mieści! Nic się nie zgadzało, a jednak odcięli mu "prąd". Na trzy miesiące”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 04 maja 2016 09:02

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


użytkowników on-line