Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

15. Pieniądze nie tylko w banku

  • wtorek, 25 kwietnia 2017
  • poniedziałek, 24 kwietnia 2017
  • piątek, 21 kwietnia 2017
    • W salonie telekomunikacyjnym chcą robić ksero twojego dowodu? Nie daj się! Jest nowy oręż!

      Kopiowanie dowodów osobistych w urzędach lub przez pracowników firm telekomunikacyjnych, energetycznych, czy nawet banków, jest praktyką ze wszech miar ryzykowną. U wielu moich czytelników wzbudza ona - i słusznie! - niemało kontrowersji. W dowodzie osobistym znajduje się bowiem całkiem spora porcja informacji na nasz temat i przy odrobinie szczęścia jakiś zły człowiek mógłby z tego zrobić użytek np. klonując naszą tożsamość i zaciągając na nasze dane pożyczkę.

      Czytaj też: A jeśli złodziej skopiuje mój dowód osobisty? Co mi grozi?

      W wielu pożyczkodajniach klient po prostu deklaruje, że nazywa się Jan Kowalski, że jego PESEL ma numer taki i taki, że mieszka tu i tu. Login do konta klienta pożyczkodajnia przekazuje przez internet, a hasło - SMS-em na podany numer telefonu, zaś weryfikację danych osobowych załatwia tzw. przelew kontrolny, który trzeba wykonać ze swojego banku. Jeśli w tym banku złodziejowi uda się wcześniej założyć "lewe" konto zdalnie, bez pokazywania dowodu osobistego, to już jest w domu.

      Uwiarygodni się tym kontem w pożyczkodajni i ukradnie pieniądze na nasze nazwisko. Banki co prawda nie chcą już zakładać kont całkiem online, ale przez kuriera - i owszem. Zbałamucić kuriera nie jest łatwo, ale nie jest to niemożliwe - opisywałem takie przypadki. Poza tym mając kopię dowodu można spróbować zrobić lepszą lub gorszą "podróbkę". A wtedy zbałamucić kuriera jest łatwiej, bo przecież nie ma on w oczach skanera, który odróżni prawdziwy dowód od "lewego".

      Czytaj też: Jak nie dać się okraść z tożsamości? Tych rzeczy nigdy nie rób

      Stąd w naszym dobrze pojętym interesie jest nie zostawiać nikomu dowodu osobistego w zastaw, nie wachlować się nim zbyt intensywnie (bo wszędzie są kamery, w których można podejrzeć dane wpisane w dokumencie) i nie rozdawać na lewo i prawo jego skanów i kserokopii. Wiadomo, że w każdej firmie są reguły bezpieczeństwa, ale im więcej firm ma kopie naszych dowodów, tym większe ryzyko, że znajdzie się ktoś, kto "przecieknie". Dlatego w sprawie kopiowania mojego dowodu nigdy nie oddaję pola bez walki. I Wam też to radzę. Wielokrotnie okazywało się, że pracownik firmy lub urzędnik wcale nie musi kopiować dowodu, potrzebuje tylko niektórych danych. A kopiuje tylko z wygodnictwa lub z przyzywczajenia.

      Teraz będziemy mieli dodatkowy oręż w walce o to, żeby nie dać sobie kopiować dowodów osobistych. Generalny Inspektor Ochrony Danych Osobowych wydał kilka dni temu decyzję zobowiązującą firmy telekomunikacyjne do zaprzestania kopiowania naszych dowodów! Zrobił to po sygnałach od konsumentów, którzy skarżyli się, iż telekomy nie chciały podpisywać z nimi umów bez przekazania kopii dokumentu tożsamości, a w niektórych przypadkach również innych dokumentów: prawa jazdy, książeczki wojskowej czy legitymacji studenckiej. A czasem jeszcze trzeba było podpisać zgodę na to, by telekom przetwarzał dane osobowe zawarte w dowodzie osobistym (czyli przechowywał je w swoich bazach danych).

      Z jakiego powodu GIODO zabronił kopiowania naszych dowodów? Jakich argumentów możecie użyć, gdy sprzedawca telefonu będzie chciał skopiować Wasz dowód? Co z bankami? Czy bankowcy również mają bana na kopiowanie naszych dowodów? O tym wszystkim w pełnej wersji tekstu, którą zamieściłem na stronie www.subiektywnieofinansach.pl. Tam również znajdziecie sekcje: "Na wokandzie" (najważniejsze wyroki dla konsumentów), "Portfel i technologie" (o najważniejszych innowacjach dla Waszych portfeli), a także prześwietlenia reklam, porównania produktów finansowych i zaproszenia do spotkań ze mną na żywo, na których możecie zadać mi każde pytanie. Zapraszam do odwiedzenia mojej nowej strony!

      Link do tekstu o zakazie kopiowania naszych dowodów jest tutaj

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 21 kwietnia 2017 08:18
  • poniedziałek, 10 kwietnia 2017
    • Uważajcie na ten numer! Ktoś nie wpisał zastawu do papierów i... człowiek stracił samochód!

      ZAPRASZAM DO NOWEGO SERWISU "SUBIEKTYWNIE O FINANSACH": Znajdziecie tam jeszcze więcej felietonów, prześwietleń, porównań i porad dotyczących Waszych portfeli. Będą też zaproszenia na czaty i webinaria, podczas których będziecie mogli zadać mi pytania na żywo. Zapraszam do nowej odsłony subiektywności! Dodajcie stronę www.subiektywnieofinansach.pl do ulubionych. Od teraz niektóre teksty będą ukazywały się tylko tam. 

      Myślałem, że po prawie ośmiu latach prowadzenia blogu konsumenckiego, przez który przewinęło się już kilka tysięcy Waszych spraw, nic mnie nie może już zdziwić. Ale takiej historii, jaka przydarzyla się panu Piotrowi, nie życzę najgorszemu wrogowi. Wyobraźcie sobie, że kupujecie samochód. Legalnie, dopełniając wszelkich formalności i sprawdzając jego historię we wszystkich dostępnych źródłach. A kilkanaście, kilkadziesiąt miesięcy później do Waszych drzwi puka komornik i dowiadujecie się, że to auto... nie jest już Wasze. Pan Piotr miał takiego właśnie pecha. Rzecz dotyczyła auta kupionego w lutym 2014 r., ale dopiero w 2016 r. mój czytelnik dowiedział się - właśnie od komornika - iż na aucie ciąży... zastaw rejestrowy ustanowiony przez jednego z poprzednich właścicieli tego samochodu. Sytuacja jest o tyle nieprawdopodobna, że pan Piotr przy zakupie prześwietlił dokładnie dowód rejestracyjny i kartę pojazdu (nie było tam żadnej wzmianki o zastawie), był na komendzie Policji (w policyjnych bazach też auto nie wyskakiwało jako podejrzane).

      Kuriozalna, a jednocześnie tragiczne w skutkach – bank, który jest "właścicielem" zastawu ściga bowiem obecnego właściciela samochodu, a nie osobę, która ustanowiła zastaw na tym pojeździe. Bankowi jest zapewne wszystko jedno kto jeździ autem, po prostu chce odzyskać pieniądze, które pożyczył, a których kredytobiorca mu nie oddał. Bankowcy mają to do siebie, że zamiast szukać wiatru w polu po prostu chwytają za gardło pierwszą osobę, która ma cokolwiek wspólnego z długiem (np. żyranta) i z niego ściągają pieniądze. Pan Piotr jest w połowie drogi do utraty swojego samochodu, bo choć poszedł do sądu, by walczyć o swoje, to w pierwszej instancji (w sądzie w Legnicy) przegrał z kretesem. Mój czytelnik zamierza się odwołać, ale na razie wygląda na to, że nie ma w ręku zbyt silnych kart.

      Z ustaleń pana Piotra wynikało, że historia tego samochodu wyglądała następująco: Jesieniu 2011 r. Mazowiecki Bank Spółdzielczy w Łomiankach zawarł ze swoim klientem, panem X, umowę o ustanowienie zastawu rejestrowego na należącym do niego samochodzie. Po trzech miesiącach pan X sprzedał auto na rzecz swojej spółki z ograniczoną odpowiedzialnością. Zastaw został wpisany do rejestru zastawów (ale bez wpisu do karty pojazdu lub dowodu rejestracyjnego). Po niecałych dwóch latach spółka z ograniczoną odpowiedzialnością sprzedała samochód panu Y. Sprzedający w treści umowy oświadczył, że pojazd stanowi jego wyłączną własność i że nie jest przedmiotem jakiegokolwiek zabezpieczenia. Czyste łgarstwo, ale pan Y go nie zweryfikował (a w każdym razie nie dał po sobie poznać, że coś wie o zastawie). Po kolejnych kilkunastu miesiącach auto trafiło do pana Piotra na mocy kolejnej umowy sprzedaży. I właśnie pod adres pana Piotra, który już zdążył pojeździć samochodem przez dwa lata, przybył komornik, żeby zająć autko.

      Dlaczego sąd w pierwszej instancji poparł bank? Sędzia Sądu Rejonowego w Legnicy zgodził się z panem Piotrem, że zastaw, aby był skuteczny, musi być publicznie ujawniony publicznie w rejestrze zastawów. Zgodził się też, że sprzedaż przedmiotu zastawu (w tym wypadku samochodu) powoduje wygaśnięcie tego zastawu jeśli nabywca w chwili finalizowania zakupu nie wiedział i przy zachowaniu należytej staranności nie mógł wiedzieć o istnieniu zastawu (oczywiście z drugiej strony umowa zastawu może zabraniać sprzedaży rzeczy, która jest zabezpieczeniem np. kredytu przed jego spłatą). Sąd przyjął też do życzliwej wiadomości, że pan Piotr został poinformowany przez pana Y, iż auto jest wolne od jakichkolwiek obciążeń. Ale - według sędziego - nie oznacza to jeszcze zachował należytą staranność.

      "Pozwany nie wykazał, aby zaszły jakiekolwiek okoliczności umiemożliwiające mu pozyskanie wiedzy z rejestru zastawów. Pozwany nie zwrócił się z odpowiednik zapytaniem do rejestru, co zdaje się być nieuzasadnione w szczególności, gdy badał przeszłość pojazdu np. poprzez zasięgnięcie informacji na policji"

      - ogłosił sąd, przyznając rację bankowi żądającemu wydania mu samochodu. Sąd uznał, iż bez znaczenia jest fakt, iż zastaw na samochodzie nie był umieszczony w dowodzie rejestracyjnym. Nie przekonało go również to, że bank powinien był na czas istnienia zastawu przejąć kartę pojazdu, by fizycznie uniemożliwić jego sprzedaż (kto kiedyś miał kredyt samochodowy wie, że banki lubią chować kartę pojazdu w swoich skarbcach do czasu zwrotu ostatniej raty). Według sędziego nawet jeśli sprzedający podpisuje własną krwią oświadczenie, że auto jest wolne od zastawów, nawet jeśli w dowodzie rejestracyjnym nie ma żadnej adnotacji bankowej, nawet jeśli sprzedający ma kartę pojazdu i ona też nie ma żadnych podejrzanych wpisów i nawet jeśli sprawdził auto w bazach policyjnych, to i tak powienien jeszcze zajrzeć do bazy zastawów. A jeśli tego nie zrobił, to jest frajer. A jeśli jest frajer, to nie może jeździć samochodem.

      Pan Piotr zapowiada, że będzie walczył do upadłego. Zamierza podnieść w odwołaniu m.in. argument, że to przede wszystkim bank nie dołożył należytej staranności, by zabezpieczyć swoje interesy, bo w umowie kredytowej znalazło się zobowiązanie, iż klient w ciągu 7 dni od jej podpisania przyniesie do banku dowód rejestracyjny z wpisem zastawu. Kredytobiorca tego obowiązku nie wyegzekwował, przez co kolejni nabywcy auta byli pozbawieni najłatwiejszej możliwości sprawdzenia czy auto jest wolne od jakichś praw i roszczeń osób trzecich. Pan Piotr zauważył też, że kredytobiorca, pan X, sprzedał auto do swojej spółki z ograniczoną odpowiedzialnością jeszcze zanim sąd wpisał zastaw rejestrowy. A to może oznaczać naruszenie procedury, które mogłoby uniemożliwić bankowi ściąganie długu z późniejszych właścicieli auta. Z całą pewnością pan Piotr miał wyjątkowego pecha i nie ma dwóch zdań, że bank nie powinien zrzucać na niego całej odpowiedzialności za dług. Zwłaszcza, że pan Piotr i tak okazał się bardziej skrupulatny w badaniu stanu auta, niż 90% innych nabywców samochodów. A mimo wszystko dał się oszukać.

      C69g9hPWoAAOfj41

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Uważajcie na ten numer! Ktoś nie wpisał zastawu do papierów i... człowiek stracił samochód! ”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 10 kwietnia 2017 09:01
  • sobota, 11 marca 2017
    • Uber był u mnie skończony. Ale... zaczął się wszystkiego "domyślać". UberPool nadchodzi

      ubergraphŚwiat pędzi coraz szybciej i to, co wczoraj było megainnowacją, dziś jest normalnością. Jeszcze kilkanaście miesięcy temu taxi z aplikacji było absolutną nowością. Kiedy Uber wszedł do Polski ze swoimi kontrowersyjnymi usługami społecznościowych przejazdów, dosłownie "pozamiatał" rynek. Możliwość zamówienia taksówki jednym klikiem, z poziomu aplikacji w smartfonie, a później zapłacenia w ogóle bez klikania była rzeczą nie do pomyślenia w "zwykłej" korporacji taksówkowej. Teraz już nie jest, bo aplikacje do mobilnego zamawiania taksówek mają już nawet drugorzędne korporacje. Być może nie tak ergonomiczne, jak ta uberowa, ale też znośne. W pewnym sensie korporacje taksówkowe odzyskały przewagę konkurencyjną. Uber wciąż jest od nich tańszy, ale... nie jest już jedyną opcją zamówienia samochodu przez smartfona, a jego kierowcy już nie są tacy uśmiechnięci i zadowoleni, jak kiedyś (bo coraz częściej to przepracowani obcokrajowcy, wyzyskiwani przez pośredników i samego Ubera).

      Czytaj też: Taksówką taniej, niż własnym samochodem? Zapłać z aplikacji, 50% zniżki

      Czytaj też: Nowy pomysł taksówkarzy! Zamówisz ich przez.... bank w smartfonie

      Czytaj też: A to dobre! Pomysł kolejarzy. Wysiadasz z pociągu, a tu już czeka szofer

      Mając do wyboru: jechać "tradycyjną" taksówką zamawianą przez aplikację lub gruchotem z niezorientowanym w topografii miasta uberowcem za kierownicą, będąc w czasie tej podróży nieubezpieczonym (taksówkarze mają specjalne ubezpieczenie dla zawodowych kierowców, a uberowcy klasyczną polisę OC/AC, która jednak też chroni pasażerów, choć nie wiem czy równie dobrze) i nie mogąc poruszać się bus-pasami - coraz częściej wybieram to pierwsze, choć jest to opcja trochę droższa. Ale Uber nie dlatego jest Uberem, że daje się bezkarnie doganiać. Niedawno opisywałem aplikację UberEats, dzięki której można zamówić do domu jedzenie. W Indiach Uber testuje usługę UberHire, czyli auto na wyłączność przez określoną liczbę godzin (idealna opcja dla turystów, którzy chcieliby jak najwięcej zwiedzić w krótkim czasie). Wkrótce pewnie będzie też wprowadzał UberPool, czyli jeszcze tańszą opcję przewozową, dzięki której kilka osób znajdujących się na trasie przejazdu kierowcy będzie mogło się dosiąść, dzięki czemu przejazd będzie w cenie biletu tramwajowego.

      Czytaj też: Uber wprowadza ofertę dla klientów pragnących wygody. Lux-torpedy!

      Czytaj też: UberNITE, czyli tani powrót z nocnej impry. Taksówkarze mogą iść spać?

      Czytaj: Kolejki w przychodni? Jest już Uber dla pacjentów. Lekarz z aplikacji! Z dostawą

      ZACZNIJ OD KOŃCA, CZYLI WKURZAJĄCY KROK W TYŁ... Jakkolwiek zniechęciłem się trochę do Ubera po tym jak został technologicznie "dogoniony" przez tradycyjne korporacje - które najwyraźniej przeczytały moje trzy punkty, dzięki którym "zabiją" tańszego konkurenta -  to ostatnio "uberek" znów zaczął mnie przyciągać. Portale poświęcone nowinkom technicznym już w zeszłym roku zapowiadały nową aplikację Ubera jako kolejny hit, ale ja miałem okazję z niej skorzystać dopiero niedawno. I przyznam szczerze, że to jest znowu ucieczka do innego świata. Co można wymyślić nowego w prostej apce, której istotą jest zamawianie taksówki jednym klikiem i płacenie bez żadnych klików? Wydawałoby się, że niewiele, ale jednak oni znów zmiażdżyli taksówkarzy. W pierwszym rzucie trochę mnie wkurzyli, bo apka od razu po uruchomieniu wymusza wpisanie miejsca docelowego. W poprzedniej wersji wystarczyło kliknąć, by auto przyjechało w miejsce, w którym akurat się znajdujemy. Można było wpisać też miejsce docelowe, ale nie było to konieczne. Teraz apka to wymusza.

      ubenew3

      ... ŻEBY ZROBIĆ CZTERY WPRZÓD. UBERPOOL NADCHODZI! Chyba wiem dlaczego: aby możliwie najlepiej wykorzystać czas kierowcy, m.in. na potrzeby usługi UberPool. Apka musi wiedzieć dokąd chcemy się udać, gdyż łącząc miejsca startowe i docelowe zgłaszających się klientów uberowy "silnik" będzie w stanie ułożyć trasę kierowcy w taki sposób, by pasowała jak największej liczbie użytkowników. A następnie zaproponować tym ostatnim atrakcyjną cenę. UberPool - jeśli wypali - to może być usługa, która na dobre odróżni Ubera od korporacji taksówkowych. A w dodatku trafiająca w potrzeby młodych ludzi, którzy mniej potrzebują luksusów, a bardziej zależy im na dobrej cenie, być może porównywalnej do ceny biletu na autobus. Startowanie od pytania "dokąd jedziemy" jest więc krokiem w tył, który Uber wykonuje po to, by za chwilę wykonać cztery kroki wprzód. Na szczęście dalej są już zmiany, które już dziś są zmianami na lepsze.

      UBER JUŻ "WIE" DOKĄD CHCIAŁBYŚ POJECHAĆ. Widzę więc w nowej aplikacji Ubera podpowiedzi: trzy miejsca, w które mógłbym chcieć pojechać. Podobno apka jest "inteligentna", a więc uczy się na podstawie tego gdzie się regularnie poruszamy. I jeśli w każdy wtorek jadę na trening tenisowy, to po odpaleniu apki Uber zaproponuje mi właśnie kurs do klubu tenisowego. Nota bene ostatnio tak samo zaczął mi "pomagać" smartfon. Dziwnym trafem za każdym razem, gdy wsiadam do samochodu, na telefonie pojawia mi się powiadomienie push z informacją jak długo będę jechał tam, gdzie - zdaniem "pana smartfona" - zamierzam jechać. I wiecie co? W 75% przypadków mój smartfon dobrze się domyśla dokąd jadę. Takie "domyślanie się" dokąd zamierzam się właśnie przemieścić to klucz do sukcesu każdej aplikacji transportowej. Uber to wie i właśnie na to stawia. Tej funkcjonalności nie zauważyłem na razie w żadnej innej aplikacji taksówkowej. A używam ich kilka (w tym wszystkich najpopularniejszych).

      KLIKASZ MORDKĘ ZNAJOMEGO I... JUŻ ZAMÓWIŁEŚ KIEROWCĘ. To wstęp do bardziej zaawansowanych usług - łączenia aplikacji Ubera z kalendarzem google'owym (dzięki temu podpowiedzi gdzie chciałbym pojechać będą jeszcze bardziej precyzyjne - apka nie będzie się musiała niczego "domyślać", tylko będzie podpowiadała "na pewniaka") oraz z listą wybranych znajomych. Dzięki czemu ci znajomi będą widzieli gdzie aktualnie się znajdujemy, a jeśli udostępnią apce swoją lokalizację, to nie będzie trzeba wpisywać nawet adresu docelowego, wystarczy kliknąć mordkę znajomego, a Uber już będzie wiedział gdzie ma jechać. Apka już dziś od razu wyświetla spodziewaną cenę za przejazd - w przyszłości będzie wyświetlała wszystkie dostępne opcje, czyli nie tylko UberPop i UberSelect (czyli wygodniejsze samochody w nieco wyższej cenie), ale i UberPool.

      ubernew2

      WRESZCIE NIE TRZEBA SIĘ "GANIAĆ" Z KIEROWCĄ? Zauważyłem też w nowej apce (choć nie w każdym przypadku) wskazówki, które mają mi pomóc trafić do zamówionego samochodu szybciej. Tu też Uber trafił w sedno: jedną z największych wad smartfonowych korporacji taksówkowych jest bowiem konieczność wzajemnego znajdowania się klienta i kierowcy. Kiedyś, gdy na dużym skrzyżowaniu straciłem 10 minut, by spotkać się z kierowcą, tłumaczył mi wtedy, że geolokalizacja nie jest wystarczająco precyzyjna i nie pokazuje dokładnie miejsca pobytu klienta. Z kolei kierowca nie wszędzie może wjechać i zaparkować. No i Uber zaczął podpowiadać użytkownikom gdzie najlepiej się udać, żeby zbyt długo nie szukać kierowcy. To jest coś.

      Wydawało mi się, że spokojnie może uberową aplikację "przenieść do archiwum" - mam apki MyTaxi, mam iTaxi, inne korporacje też mają swoje aplikacje taksówkowe. "Prawdziwa" taksówka ma wykwalifikowanego, znającego miasto kierowcę (coraz częściej nie stęka i nie narzeka), może poruszać się szybciej, bo bus-pasami i jest tylko trochę droższa od Ubera (nie czeka się też dużo dłużej na samochód, choć muszę przyznać, że przeważnie Uber przyjeżdża szybciej, niż jakakolwiek taksówka). Poza tym Uber wyzyskuje pracowników (albo pozwala to robić pośrednikom, którzy go oplatają), nie płaci podatków w Polsce, są podejrzenia, że uprawia nieuczciwą konkurencję (choć żaden sąd prawomocnie tego nie potwierdził, a gdyby nie ten Uber... świat taksówkowych korporacji nadal byłby przaśny, jak w latach 80-tych). Jednak wygląda na to, że Uber znów "odjeżdża" konkurentom. A jak "odpali" UberPool, to może być jeszcze ciekawiej.

      dywidendalogo11ZAPRASZAM NA WEBINAR O FUNDUSZACH! Jak w miarę bezpiecznie lokować oszczędności w fundusze inwestycyjne i surowce dla dywidendy i nie tylko? O tym - wspólnie z Albertem Rokickim, prowadzącym blog Longterm.pl, opowiem w najbliższy wtorek o godz. 19.00. Będzie coś dla początkujących ciułaczy, którzy myślą co by tu zrobić, żeby ich pieniądze w bankach nie traciły na wartości, jak również coś dla bardziej zaawansowanych inwestorów, którzy chcieliby rekomendacji w które fundusze dziś warto wkładać pieniądze. Formularz zapisu na webinar jest tutaj. Klikajcie, liczba miejsc ograniczona! 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Uber był u mnie skończony. Ale... zaczął się wszystkiego "domyślać". UberPool nadchodzi”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      sobota, 11 marca 2017 09:47
  • sobota, 04 marca 2017
    • Bitcoin wart już tyle, ile uncja złota. Co to jest? Dlaczego drożeje? Czy warto go mieć?

      Zapytało mnie w piątek kilkoro czytelników o to czy warto inwestować w bitcoina. Powód jest oczywisty: przeczytaliście w wielu mediach, że bitcoin jest teraz tak cenny jak złoto i poczuliście głód wiedzy. Pokrótce przypomnę, że bitcoin - czyli najsłynniejsza cyfrowa waluta - osiągnął w piątek cenę rynkową 1380 dolarów, co przelicza się na prawie 5200 zł. Tymczasem uncja złota warta jest teraz "tylko" 5000 zł, a w oryginalnej walucie - 1330 dolarów. Brzmi to fantastycznie. A magia jest jeszcze większa jeśli dodamy, że w ciągu ostatnich trzech lat wartość bitcoina podskoczyła z niecałych 2000 zł ponad dwukrotnie. W tym samym czasie jedna z najsilniejszych walut świata, czyli amerykański dolar, zwiększyła swoją wartość o 25%.

      btcquotes6y

      Skoro to jest takie fajne, tanie cenne i tak zwiększa swoją wartość, to może mogłoby być dobrą lokatą kapitału? I co to w ogóle jest ten bitcoin? Wbrew pozorom nie jest to żadna czarna magia, już kilka lat temu w centrum Warszawy zapłaciłem w kawiarni bitcoinem za kawę i w blogu opublikowałem relację z tego wydarzenia ;-).

      CO TO JEST BITCOIN I JAK WYGLĄDA? Bitcoin w ogóle nie wygląda, bo jest cyfrowy. Możesz mieć pieniądz w formie materialnej (gotówki, czeku), w formie elektronicznej (zapis na koncie w banku, saldo na wydanej przez bank karcie płatniczej) lub w formie cyfrowej. A więc jako plik zakodowany w smartfonie lub na twardym dysku komputera, będący odpowiednikiem banknotu. Tak jak banknot ma liczne zabezpieczenia w formie znaków wodnych, nitek zabezpieczających itp., tak pieniądz cyfrowy jest zabezpieczony kryptograficznie przed skopiowaniem lub fałszerstwem. Cyfrowy pieniądz przechowujemy w cyfrowym "portfelu", czyli w specjalnej aplikacji w smartfonie. Przekazujemy go innym osobom wysyłając po prostu na innego smartfona. Oczywiście można go też zamieniać na "normalną" walutę na giełdzie (jest podzielny na części do ośmiu miejsc po przecinku), a nawet połączyć wymianę z wypłatą bankomatową. Na świecie jest już 840 bankomatów wypłacających bitcoiny (z czego połowa w USA i Kanadzie).

      MWEC115_bitcoi_20151228130939_ZHCZYM RÓŻNI SIĘ BITCOIN OD PIENIĄDZA BANKOWEGO? Czym różni się cyfrowy pieniądz od bezgotówkowego, czyli po prostu złotówek zdeponowanych na naszych kontach, czyli zapisanych na serwerach banków? Przekazywanie pieniądza bezgotówkowego z miejsca A do miejsca B uwierzytelniają instytucje finansowe. Przelewy, płatności kartami, czy transakcje dokonywane za pośrednictwem smartfona, trafiają do banków pośredniczących, izb rozliczeniowych, agentów rozliczeniowych lub organizacji płatniczych, które zatwierdzają transakcję i zezwalają na przeksięgowanie pieniędzy. Klient tylko loguje się do konkretnej instytucji finansowej i wydaje jej zlecenie, a za cały transfer odpowiada system bankowy. Ten system kosztuje, bo potrzebuje pośredników, instytucji rozliczających, serwerów na których przechowuje się wszystkie dane i salda, a także systemu kontroli, który ma ograniczyć oszustwa i fraudy.

      DO CZEGO PRZYDAJE SIĘ BITCOIN? Zwolennicy cyfrowego pieniądza - technologia służąca do jego wytwarzania nazywa się blockchain - twierdzą, że niedługo cyfrowy pieniądz będzie podstawową formą rozliczeń między ludźmi. W przypadku cyfrowej gotówki, takiej jak bitcoin, nie zlecasz przelewu, czy albo płatności, rozumianej jako przeksięgowanie pieniędzy z konta osoby A w jednym banku na konto osoby B w drugim banku (za pośrednictwem izby rozliczeniowej oraz agregatora płatności, takiego jak PayU lub organizacji płatniczej takiej jak Visa). Tu po prostu wysyłasz zaszyfrowany "banknot" ze swojego wirtualnego portfela na wirtualny portfel osoby B, z pominięciem banków. Dzięki temu przesunięcie pieniądza na drugi koniec świata prawie nic nie kosztuje. Gdyby były w to zaangażowane banki, Skoro sam cyfrowy pieniądz, znajdujący się w naszych smartfonach, jest zabezpieczony kryptografią, to nie ma potrzeby budowania sieci pośredników, którzy będą uwierzytelniali, że taka a taka kwota przeszła od tego konsumenta do innego.

      bitcoinminerDLACZEGO BITCOIN JEST ANTYINFLACYJNY? Poza tym transakcja bitcoinem zawsze będzie anonimowa, podczas gdy z banku do banku nie można przelać pieniędzy nie ujawniając swojego nazwiska. Jeśli coś kupujesz lub sprzedajesz, a nie chcesz pozostawić śladów - bitcoin się do tego bardzo dobrze nadaje. Z tego powodu nie jest lubiany przez banki centralne i rządy. Natomiast lubiany przez sprzedawców twardej pornografii, narkotyków, handlarzy bronią i innych przyjemniaczków. Oczywiście nie tylko przez nich, ale przez nich też ;-)). Trzecia zaleta bitcoina polega na tym, że nie jest podatny na inflację. "Zaszyty" w nim algorytm powoduje, że nie można go "emitować" w nieskończoność, jak tradycyjnych dolarów, euro, czy złotówek. Maksymalna liczba bitcoinów może wynieść 21 mln. Co ciekawe, nie gwarantuje tego żaden bank centralny, tylko zdefiniowany na początku istnienia tego pieniądza algorytm tworzenia nowych bitcoinów. "Wykopuje się" je za pomocą komputerów o ogromnej mocy obliczeniowej. Im bliżej granicy 21 mln bitcoinów tym moc obliczeniowa konieczna do "zainwestowania" jest większa. I tym większe jest ryzyko, że cena rynkowa, za którą będzie można sprzedać bitcoina nie pokryje kosztów "kopalnianych".

      DLACZEGO BITCOIN DROŻEJE? Wartość bitcoina zmienia się w sposób wyjątkowo gwałtowny, ale częściej jego notowania idą w górę, niż w dół. Teraz cena jest rekordowa co wynika z rosnącego zainteresowania tym pieniądzem w Azji (głównie w Chinach) oraz z planów wprowadzenia pierwszego funduszu inwestycyjnego (tzw. ETF), który inwestowałby w bitcoina, co otworzyłoby ten pieniądz na nowe rynki. Wartość wszystkich bitcoinów znajdujących się dziś w obrocie to zaledwie 18-20 mld dolarów, gdy w samej tylko Polsce w obrocie jest równowartość 300 mld dolarów. W tej sytuacji wystarczy choćby niewielki wzrost popytu, by cena szybowała w górę (lub niewielki wzrost podaży, by dramatycznie spadała). Roczne wydobycie złota to 180.000 ton, zaś w ziemi jest złoto warte jeszcze 7 bilionów dolarów. Bitcoina - coraz częściej porównywanego do "cyfrowego złota" - jest znacznie mniej. Moda na bitcoina nasila się w czasach obaw o to, że świat znalazł się w rękach wariatów, zaś liczba dolarów i euro drukowanych przez banki centralne rodzi wzrost inflacji. Ludzie szukają lokat kapitału, które są niepodatne na inflację.

      CZY TO MOŻE BYĆ DOBRA INWESTYCJA? Mówienie o bitcoinie w kategorii klasycznej inwestycji trochę mnie drażni. Inwestowanie to dla mnie lokowanie kapitału w coś, czego wartość zależy od jakichś obiektywnych czynników, nie zaś od czystej spekulacji. Jeśli mam akcje, to jej wycena związana jest z tym czy dana spółka zarabia pieniądze i czy jego dobrze zarządzana. W przypadku bitcoina głównym elementem wyceny jest jego rzadkość oraz moda na jego posiadanie wynikająca z możliwości anonimowego przesuwania oraz niepodatności na inflację (im więcej osób chce posiadać dobro rzadkie, tym ono jest więcej warte). Z tego samego powodu dobrą inwestycją bywają alkohole inwestycyjne, znaczki pocztowe, stare samochody... Jest tego mało, a ludzie akurat mają fanaberię, żeby to mieć. O ile w przypadku dobrze zarządzanej firmy brak mody wśród inwestorów na posiadanie jej akcji raczej nie sprowadzi wyceny do śmieciowej wartości, o tyle w przypadków dóbr, których wycena "wisi" na modzie - nie jest to wykluczone. Bitcoin przeżywał krachy, które zbijały jego wartość o kilkadziesiąt procent w ciągu kilku godzin. Co będzie jeśli powstanie jakiś fajniejszy, lepiej promowany cyfrowy pieniądz?

      bitcoindigital

      Czytaj też: Największa polska giełda bitcoina okradziona! Wyparowało 5 mln zł!

      Czytaj też: Pewien Czech dla jaj kupił w 2009 r. pakiecik 5000 bitcoinów za równowartość 70 zł. I zapomniał o sprawie. Jeśli nie pozbył się tych bitcoinów, to dziś jest posiadaczem 6,5 mln dolarów, czyli 26 mln zł. Powinszować ;-) 

      CZY BITCOIN MOŻE BYĆ NIC NIEWART? Na niekorzyść bitcoina jako "poważnej waluty" przemawiają ogromne wahania jego wartości (kto chciałby np. przechowywać oszczędności "na czarną godzinę" lub przyjmować wynagrodzenie za pracę w pieniądzu, który z dnia na dzień może być wart np. połowę poprzedniej wartości?), ale też ciągle nowe afery ze "znikaniem" giełd bitcoinowych, które są okradane przez internetowych złodziei (a przecież jeśli chcesz np. sprzedać bitcoina i zamienić go na dolary, euro czy złotówki, to musisz iść na giełdę i tam dokonać transakcji wymiany). Poza tym trzeba pamiętać, że bitcoin nie będzie nigdy pieniądzem masowo używanym w realnym świecie. Nie zanosi się, by sieć sklepów akceptujących płatności bitcoinem oplotła glob (karty płatnicze sprawdzają się wystarczająco dobrze), więc będzie to zawsze pieniądz "internetowy". Jakkolwiek coraz częściej kupujemy w sieci, to jeszcze przez chwilę większe pieniądze będziemy wydawali w realnych sklepach. Jedynym gwarantem wartości bitcoina jest zaufanie jego użytkowników - jeśli ktoś lub coś to zaufanie poderwie, może to być pieniądz bez żadnej wartości, bo nie stoi za nim żaden konkretny majątek. Gdyby pojawił się inny cyfrowy pieniądz, który zdobyłby popularność bitcoin również może ucierpieć.

      Czytaj też: Bitcoinowy forex, czyli tu bitcoina kupisz i sprzedasz z... dźwignią!

      ILE W PRZYSZŁOŚCI MOŻE KOSZTOWAĆ BITCOIN? Nie wykluczam, że bitcoin będzie za kilka lat wart jeszcze znacznie więcej, niż uncja złota ;-). Biorąc prognozy analityków z początku tego roku można było usłyszeć, że bitcoin w 2017 r. zdrożenie do 1500 dolarów, a najwięksi optymiści mówili o 2000-3000 dolarów na koniec roku (ale warto wziąć poprawkę, że o cenach wypowiadają się zwykle ludzie "z branży", którym może zależeć, by bitcoin drożał). Efekt dobra rzadkiego, rosnąca moda na aktywa niepodatne na inflację, coraz więcej osób zainteresowanych przeprowadzaniem transakcji internetowych w sposób anonimowy - to czynniki, które mogą powodować, że bitcoin będzie coraz cenniejszy. Prawo popytu i podaży i tyle. Sam mam w swoim smartfonie kawałek bitcoina, który jest wart coraz więcej. Ale warto pamiętać, że to jest klasyczna inwestycja alternatywna - uzależniona od mody. No i oczywiście bez gwarancji ochrony kapitału ;-)). Może się zdarzyć, że nielegalne transakcje, do których nierzadko wykorzystywany jest bitcoin, sprowokują władze najważniejszych krajów do zdelegalizowania tej "waluty" (na razie ją tolerują, choć z trudem), a to mogłoby wywołać kolejny krach.

      Więcej o prognozach cen dla bitcoina znajdziecie tutaj i tutaj

      Więcej o bitcoinieo przyczynach wzrostów cen bitcoina było w CNBC

      JAK SIĘ KUPUJE BITCOINA? Jeśli ktoś chciałby się bawić w kupowanie i sprzedawanie bitcoinów, to nie jest to szczególnie skomplikowana sprawa. Trzeba sobie ściągnąć którą z aplikacji bitcoinowych, a w tej aplikacji założyć wirtualny portfel, w którym będą przechowywane nasze bitcoiny. Potem idzie się do internetowego kantoru bitcoinowego (działa ich w sieci sporo), podaje się kilka danych oraz adres posiadanego portfela, płaci się przelewem, PayPalem bądź kartą płatniczą i czeka się na zaksięgowanie bitcoinów w swoim portfelu. Oczywiście instytucje organizujące handel bitcoinami nie są pod nadzorem Komisji Nadzoru Finansowego i przeważnie mają nieustalony poziom reputacji, więc warto najpierw poczytać w internecie na temat wybranego serwisu, z którego usług chcemy skorzystać. Na każdym etapie tej "zabawy" pamiętajmy, że bitcoin to jednak nie jest złoto i można sobie wyobrazić sytuację, że będzie kiedyś wart zero lub coś koło tego. Więcej o kupowaniu i sprzedawaniu bitcoinów piszą tutaj.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (15) Pokaż komentarze do wpisu „Bitcoin wart już tyle, ile uncja złota. Co to jest? Dlaczego drożeje? Czy warto go mieć?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      sobota, 04 marca 2017 10:05
  • wtorek, 28 lutego 2017
    • "Ja tylko oglądam"? Żarty się kończą, gdy ekran jest jednocześnie... terminalem płatniczym!

      GSMA_mobile_world_congress_MWCWitryna sklepu to przede wszystkim przestrzeń reklamowa. Sklepy coraz częściej inwestują więc w ekrany próbujące "porozumiewać się" z przechodzącymi ludźmi. Powiedzmy sobie szczerze: atrakcyjna, spersonalizowana treść wyświetlająca się na ekranie może skłonić przypadkową osobę, żeby zajrzała do sklepu, do którego zwykle nie zagląda, bo nie zna danej marki. Wiem, że są już technologie, które "badają" przechodzących obok sklepów ludzi. A więc ekran wystawiony w witrynie "wie", że przechodzi obok niego mężczyzna w średnim wieku, albo studentka biegnąca na zajęcia. I może dostosować przekaz reklamowy do tej osoby, zwracając się bezpośrednio do niej. Dzięki temu sklepowa witryna przestaje być tylko miejscem na plakaty, czy banery. Zresztą wiem, że również banki myślą o wykorzystaniu tej technologii, bo to jest ta kategoria miejsc, do których mało kto wejdzie z własnej woli. Zwłaszcza, że banki chcą być tam, gdzie robimy zakupy, czyli w centrach handlowych. I walczyć z nimi w nowoczesny sposób o uwagę klientów.

      Czytaj też: Magiczne okulary, czyli... smartfon już niepotrzebny

      Ale spersonalizowana reklama wyświetlana na ekranie to nie wszystko. Ekran potrafi także... sprzedawać. Na WMC 2017 w Barcelonie firma Think&Go (część Ingenico, znanego u nas głównie z dostarczania do sklepów terminali płatniczych) pokazała mi jak można przerobić ekran na angażujące miejsce robienia zakupów. Przechodzicie obok sklepu, biura podróży, albo banku i możecie kupić coś bez wchodzenia do środka. Ekran jest po prostu terminalem płatniczym. Widziecie ofertę, wyjmujecie kartę płatniczą, albo smartfona (o ile ma funkcję płatności mobilnych), zbliżacie i gotowe. W ten sposób w centum handlowym można wydawać pieniądze znacznie szybciej, niż "tradycyjną" metodą, czyli poprzez zwiedzanie sklepów. Kiedyś tę funkcję próbowano wprowadzić za pomocą QR kodów, ale wygląda na to, że świat zmienia się tak szybko, że zastąpią je po prostu interaktywne ekrany.

      20170227_151240

      Co ciekawe, takie ekrany (co zobaczycie na poniższym filmiku prosto z Barcelony) nie muszą służyć wyłącznie do zakupów, ale np. do wciągania przechodzących klientów do rozwiązywania zagadek, quizów, do konkursów z nagrodami. Elementem, który komunikuje się z ekranem nie musi być wcale karta płatnicza, może to być np. karta lojalnościowa, na którą za pomocą ekranu możemy nabić sobie punkty. Ekrany mogą też służyć do wpłacania darowizn na cele charytatywne (wyobrażam sobie, że właśnie w ten sposób mógłby promować się w witrynie bank - a obok ekranu mogłaby być drukarka, z której wypadałoby piękne potwierdzenie, że jesteśmy dobrym człowiekiem oraz ze sprytnie zawoalowaną ofertą, iż dla dobrych ludzi ten bank ma ofertę niedostępną dla innych).

      Ekran, który nie tylko wyświetla, ale potrafi "scharakteryzować" klienta (a więc zaserwować mu konkretny przekaz) oraz ma funkcję płatniczą, a do tego może wciągnąć go do zabawy...  no, to może być ciekawa opcja dla centrów handlowych. A i dla branży finansowej, bo cóż szkodzi, by na takim ekranie pojawiły się rabaty oferowane klientom danego banku? "Rejestracja" do skorzystania z oferty odbywałaby się poprzez przyłożenie karty bankowej do ekranu będącego elementem wirtyny banku, zaś sam rabat byłby automatycznie naliczany przy zakupie konkretnego towaru. Jeśli banki mają "władzę" nad milionami posiadaczy kart płatniczych, to takie interaktywne ekrany mogą im pomóc tę "władzę" wykorzystać do lojalizowania klientów i nakłaniania ich do tego, by podejmowali takie decyzje zakupowe, w których bank będzie miał prowizję od sklepu.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „"Ja tylko oglądam"? Żarty się kończą, gdy ekran jest jednocześnie... terminalem płatniczym!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 28 lutego 2017 18:57
    • MWC 2017: magiczne okulary zamiast smartfona oraz karty płatniczej. Pomogą też zaparkować

      GSMA_mobile_world_congress_MWCNa World Mobile Congress w Barcelonie, czyli chyba najbardziej prestiżowej konferencji telekomunikacyjno-technologicznej na świecie, największymi wydarzeniami są oczywiście debiuty najnowszych modeli smartfonów i tabletów. Swoje najnowsze flagowce zaprezentowały m.in. Huawei i Sony, ale ja przeczesuję stoiska wystawców głównie pod kątem nowinek finansowych. I trochę w poszukiwaniu wiedzy o tym jak będzie wyglądało nasze życie za kilka lat. Wygląda na to, że szumnie zapowiadany przez firmy technologiczne internet rzeczy (w skrócie ioT) jest już tuż-tuż. Najróżniejsze rozwiązania dotyczące inteligentnych domów oraz inteligentnych miast w zasadzie są już gotowe (np. systemy sterowania ruchem samochodowym w skali miasta, określające stopień wypełnienia miejskich koszy na śmieci, systemy wyszukiwania miejsc parkingowych), a najbardziej zaawansowane z nich czekają już tylko na internet nowej generacji 5G, którym świat ma być opleciony do 2020 r. Internet piątej generacji wygląda tak: 

      5ggraph

      INTERNET RZECZY, CZYLI TY JUŻ NIC NIE MUSISZ. Ma być tak pojemny i niezawodny, że zniesie wszystkie bariery, które dziś sprowadzają się do słabego zasięgu lub zbyt dużej liczby użytkowników, by sieć mogła ich "udźwignąć". Pierwsze testy się już odbywają, a po rozmowach z przedstawicielami firm telekomunikacyjnych wnoszę, że główne pytanie brzmi nawet nie "kiedy to będzie gotowe", ale "kto za to zapłaci". Samsung - poza nowym tabletem i kilkoma innymi gadżetami - pokazał w Barcelonie (na specjalnej makiecie) jak będzie wyglądało nasze życie pod rządami internetu 5G. Otóż będzie nim zarządzała połączona z internetem nasza asystentka-bot, która przypomni o ważnym spotkaniu, urodzinach żony, podpowie trasę dojazdu do pracy bez korków, zamówi bilet na samolot (wszystko w oparciu o komendę głosową swojego "właściciela"), a także powie co trzeba zjeść na śniadanie, żeby nie przytyć. Aha, jeśli będziecie chcieli zrobić zakupy, to w bazie danych znajdzie najbliższy lub najtańszy sklep z danym produktem. Tak, generalnie Wasz mózg przestanie być potrzebny, bo robo-asystent będzie myślał za Was. 

      MARNUJESZ PRĄD? WSKOCZYSZ DO WYŻSZEJ TARYFY. Na razie jednak internetu 5G nie ma, więc schodzimy na ziemię. A tu już w tym roku będziemy mieli prostsze, ale też ciekawe rozwiązania opierające się na IoT. Już w tym roku w ośmiu krajach - w tym w Polsce - Deutsche Telekom wspólnie z dostawcą urządzeń pomiarowych Ista zaoferują nowe usługi dla odbiorców energii elektrycznej. Liczniki będą nie tylko przekazywać zdalnie wyniki zużycia prądu do centrali bez konieczności wizyty inkasenta (to niektóre z nich potrafią już dzisiaj), ale - w oparciu o specjalną sieć, którą zapewni telekom - będzie można za ich pomocą monitorować zużycie prądu, zapisywać, wizualizować klientom i wyceniać w dużo bardziej zaawansowany sposób energię elektryczną. Zapewne w oparciu o systemy Ista i Deutsche Telekom powstaną niedługo jeszcze bardziej wysublimowane taryfy na prąd, niż tylko "ekologiczne", z taryfą dzienną i nocną. Wiedząc kto, gdzie i ile prądu zużywa będzie też można profilować taryfy dla użytkowników na danym osiedlu (bo np. mają inny profil zużycia, niż przeciętna).

      smartparkingMIEJSCA PARKINGOWE ZNAJDZIESZ W SMARTFONIE. To już się dzieje. Również w tym roku prawdopodobnie będziemy mieli na większą skalę testy systemów ułatwiających znajdowanie miejsc parkingowych w centrach miast. Wiem, że w Warszawie prowadzone są już pierwsze testy kilku technologii. M.in. takiej, w której dane o wolnych miejscach są przekazywane za pomocą kamer przemysłowych do centrali i udostępniane użytkownikom specjalnej aplikacji. W niemieckim Bonn w październiku zeszłego roku ruszył pilotażowy system zarządzania miejscami parkingowymi w oparciu o specjalne czujniki oraz wąskopasmowy internet. Dzięki pożerającej mało internetu i mało energii technologii taki czujnik będzie działał na jednej baterii nawet przez 10 lat. Użytkownicy systemu będą mogli już w drodze dowiedzieć się czy tam, gdzie się wybierają, są wolne miejsca parkingowe. W przyszłości system będzie mógł np. kierować kierowców na najbliższe parkingi mające więcej wolnych miejsc lub różnicować opłaty za parkowanie w zależności od "obłożenia" poszczególnych miejsc. To melodia przyszłości, ale zmora szukania przez pół godziny miejsca do zaparkowania może odejść w niebyt już za kilkanaście miesięcy.

      zeissglassesINTELIGENTNE OKULARY POKAŻĄ CI DROGĘ. Deutsche Telekom i produkująca m.in. okulary firma Zeiss pokazały też w Barcelonie prototyp "inteligentnych okularów". Zapytacie: co z tego, przecież były już Google Glass i na razie się nie przyjęły. Ale te okulary z wyglądu nie różnią się od normalnych. A od produktu Google różnią się tylko tym, że moc obliczeniową pobierają z sieci telekomunikacyjnej. Szkła są jednocześnie ekranem, na którym można wyświetlać dowolne dane w ramach tzw. rozszerzonej rzeczywistości (nawigacja, wspomniane wyżej dane o miejscach parkingowych w okolicy itp.). W tym roku mają być gotowe pomysły na komercyjne wykorzystania tego cacka i zobaczymy czy to będzie przełom, czy strzał kulą w płot. Nie jest to zresztą jedyny przykład inteligentnych okularów, w tym roku ma być gotowy konkurencyjny projekt prowadzony przez firmę Vuzix i Toshibę.

      Według prezesów niemieckiej firmy telekomunikacyjnej w przyszłości takie inteligentne okulary mogą zastąpić smartfona - przynajmniej w niektórych aktywnościach - bowiem... nie zajmują rąk. Mając nie tylko połączenie z internetem, ale i czujniki rozpoznawania głosu mogą służyć np. do prowadzenia rozmów. Choć nie wyobrażam sobie wysyłania z takich okularów SMS-a, to podobno w erze 5G będą już tylko wideokonferencje, żadnych SMS-ów ;-)). Okulary mogą też łączyć się przez internet z samochodem, którym kierujemy i np. podpowiadać najlepszą trasę bądź ostrzegać przed zagrożeniami (taki Yanosik, tylko bez smartfona ;-)). Ale idźmy dalej: skoro okulary mogą być moim smartfonem, to niewykluczone, że mogą być też... kontem bankowym, a już na pewno "kartą płatniczą" z wbudowaną opcją biometrycznego potwierdzania transakcji. I w ten sposób wizja "płacenia bez płacenia" przestaje być bajką. 

      Wygląda więc na to, że internet rzeczy już tu jest, a na przykładach z życia wziętych zobaczymy go najdalej za kilka miesięcy. Pewnie w pierwszym rzędzie będą to różnego rodzaju czujniki "przyczepione" do sprzętów które używamy, ale wizja samonapełniającej się lodówki, samoprowadzącego się samochodu i tego, że każdy z nas będzie tylko furą liczb przetwarzanych przez wielką sieć internetową, też nie jest już kosmicznie odległa. Nie wiem czy się z tego cieszyć, czy wręcz przeciwnie, ale są tego wszystkiego plusy dodatnie: dzięki tym wszystkim czujnikom będziemy mogli żyć zdrowiej, bo np. będzie możliwe monitorowanie na bieżąco tego co dzieje się z naszym ciałem po wypiciu butelki coli, co bardzo mocno może wpłynąć na konsumpcję ;-). Więcej wieści o technologicznych nowościach prosto z Barcelony - wkrótce w blogu.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „MWC 2017: magiczne okulary zamiast smartfona oraz karty płatniczej. Pomogą też zaparkować”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 28 lutego 2017 08:54
  • czwartek, 23 lutego 2017
    • Na kopaniu piłki w Polsce nikt nie zarabia więcej, niż on. Ile w Legii wart jest team spirit?

      Legia Warszawa w tej edycji pucharów europejskich Legia zarobiła ponad 20 mln euro. Za wejście do Ligi Mistrzów dostała 12 mln euro, za udział w eliminacjach - 2,7 mln euro. Dodatkowo wpadło 2 mln euro za zdobyte w fazie grupowej punktasy i - jak szacuje Przegląd Sportowy - jakieś 5 mln euro za prawa telewizyjne. Legia co prawda nie wyszła z grupy w Lidze Mistrzów, ale dzięki remisowi z Realem i pokonaniu Sportingu Lizbona nie została odesłana całkiem do domu, lecz dokooptowana do Ligi Europy. Za udział w 1/16 finału zgarnęła 500.000 euro. Największe od lat sukcesy w polskiej piłce klubowej to wynik pracy piłkarzy, nowego trenera Jacka Magiery oraz... team spirit. 

      Legia ma na pokładzie najlepiej opłacanego piłkarza kopiącego w Polsce - Artura Jędrzejczyka. Według doniesień sportowych gazet wynegocjował kontrakt o wartości 800.000 euro rocznie i w tej cenie - jak sugerowali włodarze klubu - oprócz kopania będzie zapewniał spirit. Team spirit. Niektórzy się dziwią, że można tyle płacić za kopanie i usługi duchowe w jednym, ale klub piłkarski to prywatna firma i może płacić komu chce i ile chce (o ile od tego nie zbankrutuje). Dopóki abonenci Canal Plus (pokazuje mecze polskiej ligi), nabywcy gadżetów klubowych, reklamodawcy klubu oraz nabywcy karnetów i biletów chcą za to płacić - wolna droga. A poza tym jeśli dzięki usługom duchowym pana Jędrzejczyka drużyna Legii uwierzy w siebie jeszcze bardziej, może znów awansować do Ligi Mistrzów i znów zarobić 20 mln euro. Czyli na pensję ponad dwudziestu Jędrzejczyków.

      arturjedrzejczykZ budowaniem team spirit jest ten problem, że wymaga skupienia duchowego ;-). Czy nie zakłóci jego kreowania szelest banknotów zasypującej najwyżej opłacanego piłkarze ligi? Przez najbliższe cztery lata pan Artur będzie miał wpływy na ROR w okolicach 3,5 mln zł rocznie, a to może człowieka zdekoncentrować. Policzmy: miesięcznie jakieś 290.000 zł, a dziennie... 10.000 zł. Taką wypłatę przyjmują najlepiej opłacani prezesi banków. Aby pan Artur mógł uzyskać spokój duchowy i przełożyć go na budowanie team spirit w Legii, powinien przyjąć kilka rad dotyczących tej mamony. Pan Artur ma prawie 30 lat, pewnie pogra jeszcze przez pięć, sześć. A potem niechaj dobrze żyje ze zgromadzonego kapitału. Aby po przejściu na sportową emeryturę mieć tylko 20.000 zł miesięcznie "kieszonkowego" (wypłacane do końca życia), powinien zatrzymać w bankach ok. 10 mln zł lub kupić nieruchomości na wynajem za co najmniej 6 mln zł. 

      Najrozsądniejszą strategią byłby miks tych aktywności, aby 40% "emeryturki" płynęło z banku (zapewnią to depozyty warte 5-6 mln zł z oprocentowaniem 3% rocznie), a 50% z czynszów od wynajętych nieruchomości (wystarczy 3-4 mln zł ulokowane w mieszkania na wynajem przy rentowności 4-5% rocznie). Dodatkowo 1-2 mln zł zainwestowałbym w dobrze zapowiadające się spółki niepubliczne. O inwestycjach typu private equity lub venture capital (w spółki we wczesnym stadium rozwoju) wie dużo Robert Lewandowski, który tak lokuje część swojej fortuny. Do którego banku wpłacać kasę, skoro miesięcznie wpływa na konto prawie tyle pieniędzy, ile wynosi maksymalna gwarancja państwowa? Trzymanie kilku milionów złotych w banku, który się przewraca, oznacza utratę większości pieniędzy (gwarancja opiewa na ok. 420.000 zł). Cóż, kto ma dużo kasy, musi je lokować w różnych walutach, by utrzymać ich realną wartość na lata. 25% w dolarach, 20% w euro, trochę w jenach i frankach. A reszta w PKO BP ;-)). Są jeszcze podatki dochodowe oraz drobne wydatki "na życie". I kasa z czteroletniego kontraktu zagospodarowana ;-). Mając tę świadomość pan Artur może spokojnie oddać się budowaniu team spirit zespołu Legii. Powodzenia! 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 23 lutego 2017 18:50
  • niedziela, 19 lutego 2017
    • Wyznania tele-nie-maniaka. Jak wyciągnąć kasę za oglądanie od kogoś, kto... prawie nie ogląda?

      Nie jestem wielkim fanem kina, ani telewizji. Gdyby policzyć ile czasu spędziłem przed ekranem w zeszłym roku, to pewnie wyszłoby nie więcej, niż kilkanaście minut na dobę. Filmy w kinie denerwują mnie tym, że są za długie, za smutne, za głębokie lub za płytkie :-). Kino poza tym denerwuje mnie popcornem i półgodzinną dawką reklam przed każdym seansem. Ale tak naprawdę chyba chodzi o to, że nie będąc kinomaniakiem mam problem z ustaleniem na co warto się wybrać do kina, a nie stać mnie na "zainwestowanie" trzech-czterech godzin w niecelny strzał. W telewizję inwestować czasu nie trzeba (tylko pieniądze), ale tam niewiele dla siebie znajduję. Im więcej kanałów (a mam wykupiony naprawdę wypasiony pakiet w kablówce, zawierający wszystkie dodatkowo płatne opcje), tym większy chaos i przesyt. Zaś zarządzanie chaosem mnie męczy.

      Krótko pisząc: należę do tych konsumentów treści muldimedialnych, którzy potrzebują, żeby podstawić im pod nos to co lubią. Trzeba mi to podstawić wtedy, kiedy akurat - zwykle o dziwnych porach - jestem skłonny poświęcić na oglądanie bardzo niewielką porcję czasu - góra kilkadziesiąt minut. Oczekuję maksymalnej wygody, nie toleruję błędnych wyborów, szybko się zniechęcam, Wymarzony klient VOD, czyli oglądania na żądanie. Tak, ale do niedawna żadnemu serwisowi VOD nie udało się podbić mojego serca, choć próbowałem korzystać z wielu - płatnych (w sensie abonamentu) i bezpłatnych (lub z płatnością "od filmu"). Wszystkie mnie wkurzały tym, że sam musiałem wybierać, metodą prób i błędów, odpowiednie treści. Wkurzały mnie nieprzyjaznym interfejsem, chaotycznym menu, albo niewystarczającymi lub nieprzyswajalnymi opisami filmów, Denerwowały nieprzyjaznym sposobem logowania, skomplikowaną płatnością, albo zbyt małym wyborem, albo zbyt dużym :-).

      JAK WYCIĄGNĄĆ MI Z KIESZENI KILKA DYCH MIESIĘCZNIE? Dość długo sądziłem, że jest ze mną coś nie tak. To zresztą dość wiarygodna hipoteza, biorąc pod uwagę to jak bardzo narzekam na jakość wszelkiego rodzaju usług finansowych :-). Ale odkąd skorzystałem z amerykańskich serwisów VOD - głównie z Netfliksa, a ostatnio też z Amazon Prime (bo w promocji kosztuje tylko 2,99 euro) i ShowMax (bo ma dwa tygodnie za darmo) - dochodzę do wniosku, że to nie ze mną, a ze światem było coś "nie halo". Pochodzę z Poznania i nie cierpię płacić za cokolwiek, a jednak płacę za dostęp do Netfliksa ponad 40 zł miesięcznie. Jego ofiarą padną niechybnie wszystkie darmowe i płatne telewizje oraz usługi VOD dostarczane przez kablówkę oraz poszczególne kanały (może poza usługą HBO GO, z której jeszcze szczątkowo korzystam). I sam się sobie dziwię. Jak udało się namówić gościa, który prawie nic nie ogląda, żeby... płacił za oglądanie? 

      Nie publikuję tu wpisów sponsorowanych, więc mogę sobie powolić na opisanie tego zjawiska na konkretnym przykładzie bez ryzyka, że zostanę posądzony o kryptoreklamę. Być może zresztą przykład, który podaję, jest totalnie nie trafiony, z punktu widzenia tych, którzy są fanami kina (niekoniecznie z poziomu multipleksu, są też przecież małe kina studyjne), łapią w lot nowości z wielkiego ekranu i nęcą ich ambitne produkcje z najwyższej półki. Przywoływany tu amerykański serwis nie cechuje się oferowaniem produkcji najwyższych lotów (choć wypłynął na szerokie wody dzięki głośnemu i bardzo dobremu serialowi "House of cards"). Jest w nim seryjnie aplikowana odbiorcom, porządnie zrobiona za duże pieniądze papka rozrywkowa. Choć oczywiście znaczenie ma fakt, iż jest to produkcja własna w modnej ostatnio formule seriali (przeważnie udostępnianych wszystkimi odcinkami na raz). Lecz ja występuję tu w charakterze "wąsatego Stefana oglądania", czyli osobnika, który zainteresowanie kinem ma ograniczone, a czasu na jego wzbudzanie - jeszcze mniej. I do tej pory w sensie źródła przychodów ze sprzedaży był poza orbitą przemysłu filmowego. Tym niemniej większość moich spostrzeżeń ma wymiar uniwersalny i da się zastosować także w innych branżach - wszędzie tam, gdzie pojawia się klient i można od niego wyciągnąć pieniądze zapewniając mu tzw. UX, czyli user exparience :-).

      "CZY JESTEŚ PEWNY, ŻE CHCESZ NAM PŁACIĆ?". Amerykanie - i dotyczy to wszelkiego rodzaju usług, nie tylko VOD - mają w kontaktach z klientem coś takiego, że nie próbują naciągać. Kiedy wziąłem na próbę Netfliksa, to w trakcie darmowego miesiąca chyba ze trzy razy przypomniał mi e-mailem lub SMS-em, że zbliża się koniec "darmoszki" i że wciąż mogę wyłączyć subskrypcję, żeby nie płacić. Jestem przyzwyczajony do innych standardów - że ukrywa się przede mną koniec promocyjnego okresu korzystania z usług po to, żeby mnie naciągnąć na zapłacenie standardowej ceny. Czy banki informują Was o tym, że lokata roluje się automatycznie i zmienia oprocentowanie na niższe? Czy firmy telekomunikacyjne informują o wejściu w życie nowej, bardziej korzystnej oferty z której moglibyście skorzystać? A po co? Klient niedoinformowany lub frajer daje więcej zarobić. Jestem bardzo wyczulony na uczciwą, pełną informację i na podejście fair do mnie jako do konsumenta.

      OGLĄDANIE PO KAWAŁKU, KTÓRE NIE BOLI. Kiedy korzystam z VOD, video on demand, to chcę, żeby wszystko było rzeczywiście "on demand". Czyli tak jak ja chcę, a nie tak, jak wymyśli sobie architekt systemu. W serwisie VOD mojego kochanego UPC notorycznie zdarzało się, że nie dokończony film musiałem następnego dnia oglądać od początku, bo głupi system nie zapamiętał w którym miejscu przerwałem. Chcę przesunąć scenę, którą już widziałem? Muszę przesunąć jeszcze sąsiednią, bo system nie umie wykonywać "małych kroków". Albo nie daje możliwości podglądu tego, co przesuwam. Chcę kontynuować oglądanie filmu po kilku dniach? Muszę go jeszcze raz znaleźć, bo podsunięcie mi opcji "kontynuuj oglądanie" przerasta możliwości projektantów. U "Amerykańca" oglądane wcześniej filmy i seriale same się "podkładają" i zapraszają, żebym je odtwarzał dalej. Dostęp do opcji zmiany napisów i włączenia/wyłączenia lektora jest "na jeden klik", zaś przesuwanie filmu między kolejnymi scenami nie powoduje ryzyka dużych strat treści ("kroki" są drobne).

      NAPISY KOŃCOWE, CZYLI KRYTYCZNY MOMENT. To zawsze ten moment, w którym walkę o mój czas może wygrać coś innego (a jeśli będzie wygrywało zbyt często, to przestanę płacić abonament). Pewnie dlatego jeśli oglądam w Netfliksie serial, zaś odcinek się kończy i zaczynają płynąć napisy końcowe, to automatycznie podświetla mi się opcja przejścia do następnego odcinka jednym klikiem. Tym sposobem nie mam czasu, żeby znaleźć sobie inne zajęcie, znudzony oglądaniem napisów. Skończyłem oglądać film lub serial? Trzeba mi podstawić podobny, który też mnie zainteresuje. Jako "niekwalifikowany" konsument multimediów nie znam najnowszych produkcji i nie chcę ich znać - widząc multum obco brzmiących nazw filmów i seriali wpadam w panikę i... znajduję sobie inne zajęcie. A wtedy płacę komuś innemu, co nie jest po myśli serwisu VOD. Trafne podstawienie mi treści podobnych do filmu lub serialu, który obejrzałem do końca (a więc musiał mnie zainteresować) to już połowa sukcesu. Odnoszę wrażenie, że amerykańskie serwisy VOD bardzo sprawnie się uczą moich preferencji, bo duża część "strzałów" jest celna. Mimo wszystko nie mogę się zdecydować? "Zawiesiłem się" na planszy tytułowej? FIlm zaczyna mi się wyświetlać sam. Jeśli pierwsze wrażenie jest dobre (a seriale są robione tak, żeby właśnie to osiągnąć), będę oglądał dalej.

      ZŁY WYBÓR - STRATA CZASU. Nawet jeśli nie wybiorę produkcji podstawionej mi przez serwis VOD jako podobny do właśnie ukończonego, to wchodząc za kilka dni lub tygodni widzę filmy posegregowane nie alfabetem lub kategoriami (bo to dla mnie zbyt chaotyczne), ale poprzez skojarzenia z czymś co już widziałem. "Ponieważ obejrzałeś..." - taki spis treści pozwala mi ominąć cały spis treści i skoncentrować się na gatunkach, które lubię. Jeśli obejrzałem jakiś film lub serial, to dostanę mejla i SMS-a, że jest już dostępny kolejny sezon lub sequel. Oni po prostu robią wszystko, by - przy okazji zarabiania pieniędzy dla siebie - oszczędzać mój czas. Oczywiście: są seriale typu "Wahata", "Pakt", czy "Belfer", dla których da się znieść każdą niedogodność. Ale co do zasady wojnę o mój czas wygrywa ten, kto dostarczy mi swoją produkcję w najbardziej wygodny sposób. Nota bene Netflix manifestuje też chęć szanowania mojego pieniądza, bo dość szybko - już po kilku miesiącach - ogłosił, że będzie pobierał z mojej złotowej karty złotówki, a nie euro. Biorąc pod uwagę spread i kwestie kursu, oznacza to obniżkę kosztów o dobrych kilka złotych. Nie musieli tego robić, wielu globalnych usługodawców uwlelbia zarabiać na spreadzie. Tym zniechęca do siebie klientów AirBnb, czy Ryanair, który bawi się w kantr walutowy. 

      KTO WYGRA WOJNĘ O MÓJ CZAS, ZAROBI PIENIĄDZE. Patrząc na wyniki finansowe Netfliksa dochodzę do wniosku, że nie tylko ja lubię, gdy firma sprzedająca mi jakieś towary lub usługi dba o mój czas i stara się go oszczędzać. Ostatnio ten internetowy serwis VOD podał, że w ciągu kwartału pozyskał 7,1 mln nowych subskrybentów na całym świecie (gdy analitycy oczekiwali góra 5,2 mln). I że ma już 94 mln abonentów, z czego 89 mln płaci za oglądanie, a w sumie w zeszłym roku firma pobrała z kont i kart klientów jakieś 8,8 mld dolarów. Kurs akcji firmy, który niespełna pięć lat temu, we wrześniu 2012 r., wynosił nieco ponad 8 dolarów, dziś sięga już niemal 140 dolarów. Inwestując w połowie 2012 r. powiedzmy 10.000 zł w tę firmę, dziś można byłoby wyjąć 170.000 zł. Albo i więcej, bo w połowie 2012 r. dolar był po 3,5 zł, a teraz jest po 4,1 zł. Wartość rynkowa firmy to 62 mld dol., czyli równowartość ćwierć biliona złotych. Nasz PKO BP jest wart 37,5 mld zł (przy przychodach z prowizji i odsetek 13,2 mld zł), a PKN Orlen - 35 mld zł. Czyli jeden Netfliks to siedem Orlenów, mimo że zarabia znacznie mniej pieniędzy. 

       netflix5lat1

      Czytaj też: Ilu użytkowników w Polsce ma Netflix?

      Na koniec uwaga ogólna. Czasy, które nadeszły, wymagają od dostawców usług większego szacunku do naszego, konsumentów, czasu. Kto nie szanuje mojego czasu, polegnie i to bez względu na to jak wysokiej jakości produkt będzie chciał mi zaproponować (choć oferując produkt wysokiej jakości będzie umierał wolniej ;-)). Dla coraz większej liczby konsumentów najbardziej deficytowym dobrem ze wszystkich kwantyfikowalnych dóbr jest wolny czas, a nie pieniądze. Im bardziej biznes i usługi będą się przesuwać do internetu, tym bardziej rywalizacja o nasz czas będzie się odbywała na poziomie ekranu komputera, tabletu, smartfona. I wiecie co myślę. Zbyt często, do jasnej cholery, jestem traktowany jako ktoś, kto ma zbyt dużo czasu. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (9) Pokaż komentarze do wpisu „Wyznania tele-nie-maniaka. Jak wyciągnąć kasę za oglądanie od kogoś, kto... prawie nie ogląda?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      niedziela, 19 lutego 2017 09:12

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


użytkowników on-line