Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

15. Pieniądze nie tylko w banku

  • czwartek, 23 lutego 2017
    • Na kopaniu piłki w Polsce nikt nie zarabia więcej, niż on. Ile w Legii wart jest team spirit?

      Legia Warszawa w tej edycji pucharów europejskich Legia zarobiła ponad 20 mln euro. Za wejście do Ligi Mistrzów dostała 12 mln euro, za udział w eliminacjach - 2,7 mln euro. Dodatkowo wpadło 2 mln euro za zdobyte w fazie grupowej punktasy i - jak szacuje Przegląd Sportowy - jakieś 5 mln euro za prawa telewizyjne. Legia co prawda nie wyszła z grupy w Lidze Mistrzów, ale dzięki remisowi z Realem i pokonaniu Sportingu Lizbona nie została odesłana całkiem do domu, lecz dokooptowana do Ligi Europy. Za udział w 1/16 finału zgarnęła 500.000 euro. Największe od lat sukcesy w polskiej piłce klubowej to wynik pracy piłkarzy, nowego trenera Jacka Magiery oraz... team spirit. 

      Legia ma na pokładzie najlepiej opłacanego piłkarza kopiącego w Polsce - Artura Jędrzejczyka. Według doniesień sportowych gazet wynegocjował kontrakt o wartości 800.000 euro rocznie i w tej cenie - jak sugerowali włodarze klubu - oprócz kopania będzie zapewniał spirit. Team spirit. Niektórzy się dziwią, że można tyle płacić za kopanie i usługi duchowe w jednym, ale klub piłkarski to prywatna firma i może płacić komu chce i ile chce (o ile od tego nie zbankrutuje). Dopóki abonenci Canal Plus (pokazuje mecze polskiej ligi), nabywcy gadżetów klubowych, reklamodawcy klubu oraz nabywcy karnetów i biletów chcą za to płacić - wolna droga. A poza tym jeśli dzięki usługom duchowym pana Jędrzejczyka drużyna Legii uwierzy w siebie jeszcze bardziej, może znów awansować do Ligi Mistrzów i znów zarobić 20 mln euro. Czyli na pensję ponad dwudziestu Jędrzejczyków.

      arturjedrzejczykZ budowaniem team spirit jest ten problem, że wymaga skupienia duchowego ;-). Czy nie zakłóci jego kreowania szelest banknotów zasypującej najwyżej opłacanego piłkarze ligi? Przez najbliższe cztery lata pan Artur będzie miał wpływy na ROR w okolicach 3,5 mln zł rocznie, a to może człowieka zdekoncentrować. Policzmy: miesięcznie jakieś 290.000 zł, a dziennie... 10.000 zł. Taką wypłatę przyjmują najlepiej opłacani prezesi banków. Aby pan Artur mógł uzyskać spokój duchowy i przełożyć go na budowanie team spirit w Legii, powinien przyjąć kilka rad dotyczących tej mamony. Pan Artur ma prawie 30 lat, pewnie pogra jeszcze przez pięć, sześć. A potem niechaj dobrze żyje ze zgromadzonego kapitału. Aby po przejściu na sportową emeryturę mieć tylko 20.000 zł miesięcznie "kieszonkowego" (wypłacane do końca życia), powinien zatrzymać w bankach ok. 10 mln zł lub kupić nieruchomości na wynajem za co najmniej 6 mln zł. 

      Najrozsądniejszą strategią byłby miks tych aktywności, aby 40% "emeryturki" płynęło z banku (zapewnią to depozyty warte 5-6 mln zł z oprocentowaniem 3% rocznie), a 50% z czynszów od wynajętych nieruchomości (wystarczy 3-4 mln zł ulokowane w mieszkania na wynajem przy rentowności 4-5% rocznie). Dodatkowo 1-2 mln zł zainwestowałbym w dobrze zapowiadające się spółki niepubliczne. O inwestycjach typu private equity lub venture capital (w spółki we wczesnym stadium rozwoju) wie dużo Robert Lewandowski, który tak lokuje część swojej fortuny. Do którego banku wpłacać kasę, skoro miesięcznie wpływa na konto prawie tyle pieniędzy, ile wynosi maksymalna gwarancja państwowa? Trzymanie kilku milionów złotych w banku, który się przewraca, oznacza utratę większości pieniędzy (gwarancja opiewa na ok. 420.000 zł). Cóż, kto ma dużo kasy, musi je lokować w różnych walutach, by utrzymać ich realną wartość na lata. 25% w dolarach, 20% w euro, trochę w jenach i frankach. A reszta w PKO BP ;-)). Są jeszcze podatki dochodowe oraz drobne wydatki "na życie". I kasa z czteroletniego kontraktu zagospodarowana ;-). Mając tę świadomość pan Artur może spokojnie oddać się budowaniu team spirit zespołu Legii. Powodzenia! 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 23 lutego 2017 18:50
  • niedziela, 19 lutego 2017
    • Wyznania tele-nie-maniaka. Jak wyciągnąć kasę za oglądanie od kogoś, kto... prawie nie ogląda?

      Nie jestem wielkim fanem kina, ani telewizji. Gdyby policzyć ile czasu spędziłem przed ekranem w zeszłym roku, to pewnie wyszłoby nie więcej, niż kilkanaście minut na dobę. Filmy w kinie denerwują mnie tym, że są za długie, za smutne, za głębokie lub za płytkie :-). Kino poza tym denerwuje mnie popcornem i półgodzinną dawką reklam przed każdym seansem. Ale tak naprawdę chyba chodzi o to, że nie będąc kinomaniakiem mam problem z ustaleniem na co warto się wybrać do kina, a nie stać mnie na "zainwestowanie" trzech-czterech godzin w niecelny strzał. W telewizję inwestować czasu nie trzeba (tylko pieniądze), ale tam niewiele dla siebie znajduję. Im więcej kanałów (a mam wykupiony naprawdę wypasiony pakiet w kablówce, zawierający wszystkie dodatkowo płatne opcje), tym większy chaos i przesyt. Zaś zarządzanie chaosem mnie męczy.

      Krótko pisząc: należę do tych konsumentów treści muldimedialnych, którzy potrzebują, żeby podstawić im pod nos to co lubią. Trzeba mi to podstawić wtedy, kiedy akurat - zwykle o dziwnych porach - jestem skłonny poświęcić na oglądanie bardzo niewielką porcję czasu - góra kilkadziesiąt minut. Oczekuję maksymalnej wygody, nie toleruję błędnych wyborów, szybko się zniechęcam, Wymarzony klient VOD, czyli oglądania na żądanie. Tak, ale do niedawna żadnemu serwisowi VOD nie udało się podbić mojego serca, choć próbowałem korzystać z wielu - płatnych (w sensie abonamentu) i bezpłatnych (lub z płatnością "od filmu"). Wszystkie mnie wkurzały tym, że sam musiałem wybierać, metodą prób i błędów, odpowiednie treści. Wkurzały mnie nieprzyjaznym interfejsem, chaotycznym menu, albo niewystarczającymi lub nieprzyswajalnymi opisami filmów, Denerwowały nieprzyjaznym sposobem logowania, skomplikowaną płatnością, albo zbyt małym wyborem, albo zbyt dużym :-).

      JAK WYCIĄGNĄĆ MI Z KIESZENI KILKA DYCH MIESIĘCZNIE? Dość długo sądziłem, że jest ze mną coś nie tak. To zresztą dość wiarygodna hipoteza, biorąc pod uwagę to jak bardzo narzekam na jakość wszelkiego rodzaju usług finansowych :-). Ale odkąd skorzystałem z amerykańskich serwisów VOD - głównie z Netfliksa, a ostatnio też z Amazon Prime (bo w promocji kosztuje tylko 2,99 euro) i ShowMax (bo ma dwa tygodnie za darmo) - dochodzę do wniosku, że to nie ze mną, a ze światem było coś "nie halo". Pochodzę z Poznania i nie cierpię płacić za cokolwiek, a jednak płacę za dostęp do Netfliksa ponad 40 zł miesięcznie. Jego ofiarą padną niechybnie wszystkie darmowe i płatne telewizje oraz usługi VOD dostarczane przez kablówkę oraz poszczególne kanały (może poza usługą HBO GO, z której jeszcze szczątkowo korzystam). I sam się sobie dziwię. Jak udało się namówić gościa, który prawie nic nie ogląda, żeby... płacił za oglądanie? 

      Nie publikuję tu wpisów sponsorowanych, więc mogę sobie powolić na opisanie tego zjawiska na konkretnym przykładzie bez ryzyka, że zostanę posądzony o kryptoreklamę. Być może zresztą przykład, który podaję, jest totalnie nie trafiony, z punktu widzenia tych, którzy są fanami kina (niekoniecznie z poziomu multipleksu, są też przecież małe kina studyjne), łapią w lot nowości z wielkiego ekranu i nęcą ich ambitne produkcje z najwyższej półki. Przywoływany tu amerykański serwis nie cechuje się oferowaniem produkcji najwyższych lotów (choć wypłynął na szerokie wody dzięki głośnemu i bardzo dobremu serialowi "House of cards"). Jest w nim seryjnie aplikowana odbiorcom, porządnie zrobiona za duże pieniądze papka rozrywkowa. Choć oczywiście znaczenie ma fakt, iż jest to produkcja własna w modnej ostatnio formule seriali (przeważnie udostępnianych wszystkimi odcinkami na raz). Lecz ja występuję tu w charakterze "wąsatego Stefana oglądania", czyli osobnika, który zainteresowanie kinem ma ograniczone, a czasu na jego wzbudzanie - jeszcze mniej. I do tej pory w sensie źródła przychodów ze sprzedaży był poza orbitą przemysłu filmowego. Tym niemniej większość moich spostrzeżeń ma wymiar uniwersalny i da się zastosować także w innych branżach - wszędzie tam, gdzie pojawia się klient i można od niego wyciągnąć pieniądze zapewniając mu tzw. UX, czyli user exparience :-).

      "CZY JESTEŚ PEWNY, ŻE CHCESZ NAM PŁACIĆ?". Amerykanie - i dotyczy to wszelkiego rodzaju usług, nie tylko VOD - mają w kontaktach z klientem coś takiego, że nie próbują naciągać. Kiedy wziąłem na próbę Netfliksa, to w trakcie darmowego miesiąca chyba ze trzy razy przypomniał mi e-mailem lub SMS-em, że zbliża się koniec "darmoszki" i że wciąż mogę wyłączyć subskrypcję, żeby nie płacić. Jestem przyzwyczajony do innych standardów - że ukrywa się przede mną koniec promocyjnego okresu korzystania z usług po to, żeby mnie naciągnąć na zapłacenie standardowej ceny. Czy banki informują Was o tym, że lokata roluje się automatycznie i zmienia oprocentowanie na niższe? Czy firmy telekomunikacyjne informują o wejściu w życie nowej, bardziej korzystnej oferty z której moglibyście skorzystać? A po co? Klient niedoinformowany lub frajer daje więcej zarobić. Jestem bardzo wyczulony na uczciwą, pełną informację i na podejście fair do mnie jako do konsumenta.

      OGLĄDANIE PO KAWAŁKU, KTÓRE NIE BOLI. Kiedy korzystam z VOD, video on demand, to chcę, żeby wszystko było rzeczywiście "on demand". Czyli tak jak ja chcę, a nie tak, jak wymyśli sobie architekt systemu. W serwisie VOD mojego kochanego UPC notorycznie zdarzało się, że nie dokończony film musiałem następnego dnia oglądać od początku, bo głupi system nie zapamiętał w którym miejscu przerwałem. Chcę przesunąć scenę, którą już widziałem? Muszę przesunąć jeszcze sąsiednią, bo system nie umie wykonywać "małych kroków". Albo nie daje możliwości podglądu tego, co przesuwam. Chcę kontynuować oglądanie filmu po kilku dniach? Muszę go jeszcze raz znaleźć, bo podsunięcie mi opcji "kontynuuj oglądanie" przerasta możliwości projektantów. U "Amerykańca" oglądane wcześniej filmy i seriale same się "podkładają" i zapraszają, żebym je odtwarzał dalej. Dostęp do opcji zmiany napisów i włączenia/wyłączenia lektora jest "na jeden klik", zaś przesuwanie filmu między kolejnymi scenami nie powoduje ryzyka dużych strat treści ("kroki" są drobne).

      NAPISY KOŃCOWE, CZYLI KRYTYCZNY MOMENT. To zawsze ten moment, w którym walkę o mój czas może wygrać coś innego (a jeśli będzie wygrywało zbyt często, to przestanę płacić abonament). Pewnie dlatego jeśli oglądam w Netfliksie serial, zaś odcinek się kończy i zaczynają płynąć napisy końcowe, to automatycznie podświetla mi się opcja przejścia do następnego odcinka jednym klikiem. Tym sposobem nie mam czasu, żeby znaleźć sobie inne zajęcie, znudzony oglądaniem napisów. Skończyłem oglądać film lub serial? Trzeba mi podstawić podobny, który też mnie zainteresuje. Jako "niekwalifikowany" konsument multimediów nie znam najnowszych produkcji i nie chcę ich znać - widząc multum obco brzmiących nazw filmów i seriali wpadam w panikę i... znajduję sobie inne zajęcie. A wtedy płacę komuś innemu, co nie jest po myśli serwisu VOD. Trafne podstawienie mi treści podobnych do filmu lub serialu, który obejrzałem do końca (a więc musiał mnie zainteresować) to już połowa sukcesu. Odnoszę wrażenie, że amerykańskie serwisy VOD bardzo sprawnie się uczą moich preferencji, bo duża część "strzałów" jest celna. Mimo wszystko nie mogę się zdecydować? "Zawiesiłem się" na planszy tytułowej? FIlm zaczyna mi się wyświetlać sam. Jeśli pierwsze wrażenie jest dobre (a seriale są robione tak, żeby właśnie to osiągnąć), będę oglądał dalej.

      ZŁY WYBÓR - STRATA CZASU. Nawet jeśli nie wybiorę produkcji podstawionej mi przez serwis VOD jako podobny do właśnie ukończonego, to wchodząc za kilka dni lub tygodni widzę filmy posegregowane nie alfabetem lub kategoriami (bo to dla mnie zbyt chaotyczne), ale poprzez skojarzenia z czymś co już widziałem. "Ponieważ obejrzałeś..." - taki spis treści pozwala mi ominąć cały spis treści i skoncentrować się na gatunkach, które lubię. Jeśli obejrzałem jakiś film lub serial, to dostanę mejla i SMS-a, że jest już dostępny kolejny sezon lub sequel. Oni po prostu robią wszystko, by - przy okazji zarabiania pieniędzy dla siebie - oszczędzać mój czas. Oczywiście: są seriale typu "Wahata", "Pakt", czy "Belfer", dla których da się znieść każdą niedogodność. Ale co do zasady wojnę o mój czas wygrywa ten, kto dostarczy mi swoją produkcję w najbardziej wygodny sposób. Nota bene Netflix manifestuje też chęć szanowania mojego pieniądza, bo dość szybko - już po kilku miesiącach - ogłosił, że będzie pobierał z mojej złotowej karty złotówki, a nie euro. Biorąc pod uwagę spread i kwestie kursu, oznacza to obniżkę kosztów o dobrych kilka złotych. Nie musieli tego robić, wielu globalnych usługodawców uwlelbia zarabiać na spreadzie. Tym zniechęca do siebie klientów AirBnb, czy Ryanair, który bawi się w kantr walutowy. 

      KTO WYGRA WOJNĘ O MÓJ CZAS, ZAROBI PIENIĄDZE. Patrząc na wyniki finansowe Netfliksa dochodzę do wniosku, że nie tylko ja lubię, gdy firma sprzedająca mi jakieś towary lub usługi dba o mój czas i stara się go oszczędzać. Ostatnio ten internetowy serwis VOD podał, że w ciągu kwartału pozyskał 7,1 mln nowych subskrybentów na całym świecie (gdy analitycy oczekiwali góra 5,2 mln). I że ma już 94 mln abonentów, z czego 89 mln płaci za oglądanie, a w sumie w zeszłym roku firma pobrała z kont i kart klientów jakieś 8,8 mld dolarów. Kurs akcji firmy, który niespełna pięć lat temu, we wrześniu 2012 r., wynosił nieco ponad 8 dolarów, dziś sięga już niemal 140 dolarów. Inwestując w połowie 2012 r. powiedzmy 10.000 zł w tę firmę, dziś można byłoby wyjąć 170.000 zł. Albo i więcej, bo w połowie 2012 r. dolar był po 3,5 zł, a teraz jest po 4,1 zł. Wartość rynkowa firmy to 62 mld dol., czyli równowartość ćwierć biliona złotych. Nasz PKO BP jest wart 37,5 mld zł (przy przychodach z prowizji i odsetek 13,2 mld zł), a PKN Orlen - 35 mld zł. Czyli jeden Netfliks to siedem Orlenów, mimo że zarabia znacznie mniej pieniędzy. 

       netflix5lat1

      Czytaj też: Ilu użytkowników w Polsce ma Netflix?

      Na koniec uwaga ogólna. Czasy, które nadeszły, wymagają od dostawców usług większego szacunku do naszego, konsumentów, czasu. Kto nie szanuje mojego czasu, polegnie i to bez względu na to jak wysokiej jakości produkt będzie chciał mi zaproponować (choć oferując produkt wysokiej jakości będzie umierał wolniej ;-)). Dla coraz większej liczby konsumentów najbardziej deficytowym dobrem ze wszystkich kwantyfikowalnych dóbr jest wolny czas, a nie pieniądze. Im bardziej biznes i usługi będą się przesuwać do internetu, tym bardziej rywalizacja o nasz czas będzie się odbywała na poziomie ekranu komputera, tabletu, smartfona. I wiecie co myślę. Zbyt często, do jasnej cholery, jestem traktowany jako ktoś, kto ma zbyt dużo czasu. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (9) Pokaż komentarze do wpisu „Wyznania tele-nie-maniaka. Jak wyciągnąć kasę za oglądanie od kogoś, kto... prawie nie ogląda?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      niedziela, 19 lutego 2017 09:12
  • piątek, 17 lutego 2017
    • Szczyt pecha? Gdy telekom przyzna ci numer z... długiem po poprzednim właścicielu. Jak żyć?

      Ministerstwo Sprawiedliwości pracuje nad projektem ustawy, która ma zmienić zasady przedawnienia roszczeń. To może być duża zmiana z punktu widzenia konsumentów, którzy dziś nierzadko są nękani przez windykatorów nasyłanych przez firmy, które odkupiły - za mały procent ich nominalnej wartości - stare długi od telekomów, banków, czy firm energetycznych. Urzędnicy chcą zmienić dwie rzeczy. Po pierwsze nasze długi wobec usługodawców będą się przedawniały już po sześciu latach, nie zaś po dziesięciu. Po drugie: sąd będzie miał obowiązek sprawdzić z automatu czy dług nie jest przedawniony. A jeśli stwierdzi, że jest, to będzie musiał umorzyć postępowanie. Dziś sąd automatem wspiera wierzyciela i jeśli dłużnik nie podniesie zarzutu przedawnienia, to sąd może zezwolić na wysłanie komornika, by ściągnął nawet przedawniony dług.

      Czytaj też: Gdy bank po kilkunastu latach "przypomni" sobie o rzekomym długu...

      Na pierwszy rzut oka: bomba. Wreszcie skończy się ściganie przez windykatorów długów z zamierzchłych czasów. A więc długów, których istnienie lub nieistnienie trudno jest udowodnić, bo kto trzyma dokumentację przez kilkanaście lat? Znam przypadki ludzi, do których zgłosili się windykatorzy działający w imieniu funduszy sekurytyzacyjnych i przedstawiający żądanie spłaty pieniędzy w oparciu o szczątkową dokumentację przejętą od usługodawcy, który już nie istnieje, albo został przejęty przez inną firmę. A nawet jeśli pierwotny wierzyciel jeszcze istnieje, to często nie chce współpracować, bo dawno już przeniósł dokumentację dotyczącą starych długów i klientów do archiwum. Jak konsument ma sprawdzić, czy kilkanaście lat temu był coś winien i nie oddał? Czasem zdarza się klient rzeczywiście miał jakieś długi, ale nie został o nich prawidłowo poinformowany. Dlaczego miałby płacić odsetki za okres kilkunastu lat? A płacić musi, bo usługodawca przekazał funduszowi sekurytyzacyjnemu tylko część danych - tę część, która mu pasowała.

      Screenshot_20161212154433Sprawy bywają jeszcze bardziej absurdalne. Ostatnio piszą do mnie klienci firmy telekomunikacyjnej Play, do których przychodzą wezwania od firm windykacyjnych. Wynika z nich, że mają liczone w setkach złotych zadłużenie. Oczywiście klienci wpadają w panikę, a część z nich dochodzi do wniosku, że skoro windykator żąda zwrotu, to widać dług istnieje. Proszą o rozłożenie zadłużenia na raty i są przeszczęśliwi, że firma windykacyjna łaskawie się zgadza. Co się potem okazuje? Że dług, owszem, istnieje, ale "nabił" go poprzedni właściciel numeru. Po awanturach firma windykacyjna i Play anulują zadłużenie, ale klienci tracą czas i nerwy, żeby udowadniać, że nie są wielbłądami. Play oczywiście nie ma najmniejszej ochoty wypłacać za ten czas i nerwy jakichkolwiek ekwiwalentów finansowych. Nóż się w kieszeni otwiera.

      Skrócenie terminów przedawnienia roszczeń to jedno, ale ważniejsze może być utrącenie możliwościScreenshot_20161220155258 dochodzenia przedawnionych długów na drodze sądowej. Dziś teoretycznie jest to możliwe (wszystko zależy od tego czy dłużnik podniesie w sądzie zarzut przedawnienia i czy w ogóle wie, że w sądzie jest jakaś sprawa dotycząca jego długów ;-)), pod rządami nowego prawa - będzie niemożliwe. To oczywiście nie zmieni faktycznego statusu dłużnika: jego dług w dalszym ciągu będzie istniał. Jeśli wina nie budzi wątpliwości, to będzie rzutowała na życie tego, kto nie oddał pieniędzy. Dłużnik będzie wpisany na "czarne listy" nierzetelnych płatników, zapewne nie każdy usługodawca będzie chciał z nim współpracować, nie dostanie telefonu na abonament. No i windykatorzy będą mogli nadal takiego delikwenta próbować nakłaniać do spłaty długu. Ale tylko po dobroci, nei zaś nasyłając sądowego komornika.

      Są oczywiście plusy ujemne tej sytuacji. Państwo de facto wycofuje się z ochrony wierzyciela w sytuacji, gdy ten przez sześć lat nie jest w stanie wyegzekwować długu. Czy to może osłabić pozycję wierzycieli wobec dłużników, albo - to już byłoby niefajne - umocnić pozycję tych drugich? Wydaje mi się, że nie. Sześć lat to dużo czasu. Każdy, kto jest wierzycielem, powinien wykorzystać ten czas do odzyskania pieniędzy. Niewątpliwie stratnym w tej sytuacji będzie branża funduszy sekurytyzacyjnych i windykatorów, która dziś w dużej części "żyje" z windykowania długów bardzo starych, kupionych za grosze, ale jednak w pewnej części "odzyskiwalnych" z pomocą państwa. W nowych warunkach wsparcia państwa nie będzie, więc i interes słabszy. A konkurencja o możliwość egzekwowania "nowych" długów większa.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Szczyt pecha? Gdy telekom przyzna ci numer z... długiem po poprzednim właścicielu. Jak żyć?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 17 lutego 2017 09:13
  • wtorek, 31 stycznia 2017
    • Kolejki w przychodni? Oto "Uber dla pacjentów". Lekarz z aplikacji przyjedzie w godzinę?

      W najróżniejszych dziedzinach życia pojawiają się aplikacje, które ułatwiają kontakty między ludźmi, którzy czegoś poszukują i tymi, którzy mają tego w nadmiarze. Są aplikacje towarzyskie ze słynnym Tinderem na czele (nie trzeba już zamienić z nikim słowa ani spojrzenia, żeby wiedzieć, że nas lubi ;-)), są transportowe z Uberem, BlaBlaCarem, Yanosikiem (w przypadku tej ostatniej apki dzielimy się nie tyle samochodem co informacją na temat tego co widać za oknem ;-)), są też turystyczne, ułatwiające znalezienie noclegu poza hotelem (AirBnB). Ba, pojawiły się społecznościowe aplikacje do lokowania oszczędności (Kokos), do wymiany walut (Walutomat) i czego tam jeszcze chcecie. Nie ma bata - to musiało wreszcie dotrzeć do branży medycznej. Musiało tym bardziej, że wszyscy właśnie albo stoją w kolejce do lekarza, albo nie mogą się do niego dodzwonić, albo dodzwonili się do rzeźnika w kitlu, a nie lekarza. Potrzeba bezpieczeństwa związana z dostępem do sprawdzonego lekarza, gdy będziemy w pilnej potrzebie, jest jedną z najważniejszych. Więc ona też musiała trafić do aplikacji ;-).

      Czytaj też: Tego boimy się w życiu najbardziej. Oto nowy pomysł na ratowanie zdrowia

      W poniedziałek wystartował serwis HomeDoctor.pl, który ma łączyć lekarzy pierwszego kontaktu, dysponujących akurat wolnym czasem, z pacjentami potrzebującymi szybkiej i wygodnej porady, diagnozy albo konsultacji. Pomysł jest prosty jak drut - pacjent rejestruje się na platformie (wymagane są jedynie dane osobowe i adresowe, e-mail, numer telefonu i hasło, nie trzeba wypełniać żadnej ankiety medycznej), zamawia wizytę domową internisty na cito bądź na później - w określonym przez siebie, dwugodzinnym przedziale czasowym - płaci kartą kredytową bądź przelewem pay-by-link i czeka na wizytę. Twórcy serwisu twierdzą, że średni czas oczekiwania na wizytę to 49 minut, zaś maksymalny przewidziany zasadami działania serwisu to jedna godzina. A ceny? Cóż, nie jest tanio. Podobno najtańsza wizyta domowa jest od 99 zł, przy odrobinie szczęścia można trafić wizytę za 129 zł, zaś standardowa stawka to 149 zł.

      homeform

      Na razie usługa jest dostępna jedynie dla Warszawy i okolic. Nie dziala też jeszcze w ramach aplikacji mobilnej (ma się pojawić w sklepach Apple'a i Androida pod koniec lutego). Nie można niestety zaprosić do domu lekarza żadnej konkretnej specjalności (są tylko interniści, podczas gdy mi przydałby się dziś raczej laryngolog), ani wezwać człowieka w kitlu w sytuacjach innych, niż zwykła konsultacja (jeśli czujemy się naprawdę źle - po staremu musimy dzwonić po pogotowie). Należy się spodziewać, że przez HomeDoctor.pl nie da się zamówić do domu żadnego uznanego lekarza "z nazwiskiem". Oni nie mają ani nadmiaru czasu, ani nie "uprawiają" wizyt domowych, mają za to listę stałych pacjentów, którzy w razie potrzeby dzwonią do nich na komórkę. Nie potrzebują żadnej aplikacji. Mówimy o usługach młodych lekarzy na dorobku, którzy - tak, jak kierowcy Ubera - mogą poświęcić kilka godzin dziennie na jeżdżenie do pacjentów w zamian za wypłacaną przez pośrednika prowizję. A jest się czym dzielić. Próbowałem zamówić lekarza na popołudnie:

       homedoctor51

      Możliwość ominięcia kolejek w przychodniach i dojazdu lekarza do miejsca zamieszkania pacjenta (oraz fakt, że najpewniej jest to jakoś-tam zweryfikowany lekarz, a nie przysposobiony do leczenia ludzi weterynarz ;-)) to niewątpliwe zalety serwisu. O atrakcyjności cen możemy dyskutować, ale znajoma lekarka - bardzo doświadczona pediatra - za wizytę domową liczy sobie ponad 200 zł (a i tak nie może się opędzić od pacjentów), więc ceny w granicach 100-150 zł dla pewnej grupy potencjalnych pacjentów mogą być akceptowalne. Kłopot w tym, że na razie chyba lekarzy współpracujących z serwisem nie ma zbyt wielu. W poniedziałek, tuż po udostępnieniu serwisu pacjentom, zamówiłem lekarza na cito i po kilkudziesięciu sekundach "mielenia" mojego zamówienia serwis oświadczył, że nie ma homedoctor21lekarza, który by się podjął wizyty domowej w ciągu godziny. Próbowałem od razu zamówić lekarza na 14.00 i... też się okazało, że nie ma chętnych. Aplikacja więc jest, ale gwarancji, że ktoś przyjedzie i nas zbada - nie ma. Owszem, może i czas dojazdu do pacjenta wynosi 49 minut, ale jaka część chętnych w ogóle zostaje obsłużona? Tym serwis HomeDoctor.pl się nie chwali.

      Czytaj też: Bank miał zwracać część wydatków na leki. Ale.. nie zawsze zwraca. O co chodzi?

      Czytaj też: Złotą rączkę i domowego lekarza dokupisz już nawet do... czynszu za mieszkanie. Ale czy warto?

      Cóż, pierwsze koty za płoty, może system się rozkręci (choć wiele zależy od tego jaką część z ceny zapłaconej przez pacjenta inkasuje pośrednik, a co za tym idzie - czy usługa będzie atrakcyjna dla lekarzy, a nie tylko dla pacjentów). Trochę wody w Wiśle upłynie zanim usługa będzie dostępna nad Wartą lub Odrą, czy też nad Bałtykiem ;-)), nie mówiąc już o mniejszych miastach. Choć sam pomysł na łączenie lekarzy z pacjentami za pomocą nowoczesnych technologii jest dobry. Sam się dziwię dlaczego aplikacja LuxMedu, którą mam w smartfonie, daje tak mało możliwości - przecież spokojnie mogłaby być platformą otwartą, zapewniającą nie tylko możliwość rezerwacji w ramach usług tej konkretnej sieci medycznej. Dostęp do lekarzy bez kolejek to dziś usługa, która bywa dołączana do najróżniejszych usług - do szybkich pożyczek pozabankowych, do najbardziej wypasionych kont i kart bankowych, a nawet do usług telekomunikacyjnych (w tym wypadku są to porady lekarza zdalnego, ale telemedycyna też będzie się w najbliższym czasie mocno rozwijać).

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Kolejki w przychodni? Oto "Uber dla pacjentów". Lekarz z aplikacji przyjedzie w godzinę? ”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 31 stycznia 2017 09:39
  • poniedziałek, 30 stycznia 2017
    • Ruszyła "bankowa" aplikacja z rabatami, jakiej jeszcze nie było! Wolą Goodie, niż bankowanie?

      Zwiastowałem już w blogu tę "dobrą" nowinę: banki szykują się do zmiany modelu działania. Zamiast zarabiać głównie na pośredniczeniu między właścicielami depozytów, a potrzebującymi kredytów (i może też trochę na prowizjach od płatności i przelewów), będą czerpały dochody również z kojarzenia swoich klientów ze sprzedawcami różnych dóbr i usług. Pomoże w tym smartfonowa rewolucja, czyli przenoszenie się banków z komputerów do naszych kieszeni. Banki, mając dostęp do ogromnej liczby konsumentów, potrafiąc ich w bezpieczny sposób zidentyfikować, czerpiąc ogromną wiedzę z historii ich rachunków i mogąc ich zlokalizować oraz "uzbroić" w pieniądze na jeden klik, są dla handlowców złotym partnerem. I jest kwestią czasu, gdy my, klienci banków, staniemy się kartą przetargową w ich interesach. Dlatego banki zachęcają nas do płacenia smartfonem (a nie kartą) i tworzą najróżniejsze programy lojalnościowe oraz rabatowe. Model biznesowy wygląda tak: sklep daje rabat klientom banku, klienci mają tańsze zakupy, a bank bierze "działkę" od obrotu i czasem jeszcze kredytuje te zakupy wspomnianym już kredytem na jeden klik.

      BANK STWORZYŁ "INTELIGENTNY SŁUP OGŁOSZENIOWY". Ostatnio dwa banki zrobiły coś dziwnego. PKO BP kupił sobie firmę, która wprowadziła na rynek "zdecentralizowany" program lojalnościowy. Opisywałem go zresztą jako pierwszy w kontekście alternatywy dla coraz bardziej kulawego Paybacka. Klienci mogą zapisać się dzięki niemu do lokalnego programu lojalnościowego już przy sklepowym terminalu. PKO BP ma udziały w spółce eService zarządzającej terminalami, więc pewnie zaoferuje firmom korzystającym z jej usług możliwość lojalizowania klientów i będzie brał za to pieniądze. Z kolei Bank Millennium zrobił nieco inną, ale też nietypową rzecz: kilkanaście dni temu uruchomił aplikację, która... ułatwia znalezienie zakupowych okazji. Apka nazywa się Goodie i jest otwarta dla wszystkich, a nie tylko dla klientów banku (żeby się zapisać wystarczy podać numer telefonu, e-mail i hasło). A do tego nie wymaga spełniania żadnych warunków (przepisywania kodów, skanowania pasków, wysyłania SMS-ów). Ot, po prostu nowoczesny "słup ogłoszeniowy", na którym każdy może sobie nalepić ogłoszenie: "dziś u mnie rabat 25% na to i tamto". Każdy kto podejdzie do "słupa" może przeczytać jakie są najnowsze okazje i albo z nich skorzystać, albo nie.

      goodiemarketplace

      SZUKASZ PREZENTU NA WALENTYNKI? APKA PODRZUCI POMYSŁ. Gdzie tu sens, gdzie logika? Po co bank, zamiast zajmować się wymyślaniem sposobów na zarabianie miliardów złotych na swoich klientach, bawi się w stawianie w internecie "słupów ogłoszeniowych"? Sens tkwi w tym, że to nie jest zwykły "słup ogłoszeniowy". Jest bardziej wygodny i bardziej "inteligentny". Goodie podchodzi do zakupów od bardzo praktycznej strony. Wszystkie promocje, które się na niej pokazują, są posegregowane na trzy sposoby. Po pierwsze "okolicznościami". Gdy zbliżał się Dzień Babci i Dzień Dziadka, to na głównej stronie był taki właśnie dział, a w nim rabaty ze sklepów z prezentami. Teraz pojawiły się "Okazje na Walentynki". Ponieważ jest zima, to jest dział "Zimowe Wyprzedaże". Oczywiście jest też dział "Jestem głodny" oraz "Okazje w okolicy" (jeśli użytkownik pozwoli się zgeolokalizować, to będą mu się wyświetlały rabaty z okolicznych sklepów". Jest też oczywiście osobna szuflada na najnowsze promocje. Chodzi o to, żeby wyrobić w użytkowniku nawyk pt. "jeśli mam jakikolwiek dylemat dotyczący zakupów, to idę do Goodie". Nie mam pomysłu na prezent? Idę do Goodie. Nie wiem co bym zjadł, a nie chcę przepłacać? Zaglądam do Goodie. Muszę kupić kask narciarski, a mam mocno przycięty budżet? Szukam okazji w Goodie.

      MASZ ULUBIONE MARKI? APKA DONIESIE O PRZECENACH. Okazje są pokazywane też pod innym kątem: każdy użytkownik może jednym kliknięciem wskazać marki, które aplikacja ma śledzić pod kątem okazji cenowych. Jeśli pojawi się jakaś okazja zakupowa - wyświetli się na smartfonie wraz z adresem najbliższego sklepu. Z użyciem aplikacji można też "infiltrować" zawartość ulubionych gazetek sieci handlowych oraz wybrać sobie ulubione centra handlowe w swoim mieście i kazać aplikacji śledzić najciekawsze obniżki cen. W połączeniu z geolokalizacją robi się z tego całkiem solidna - a przy tym przyjazna w użytku - baza danych o najlepszych okazjach w okolicy. A przy okazji też podręczny "rozwiązywacz problemów zakupowych", pozwalający szybko znaleźć pomysł na zakupy pod kątem zbliżających się świąt i innych okoliczności przyrody. Oczywiście to wszystko pod warunkiem, że na platformie znajdzie się duży procent wszystkich sklepów w okolicy. Bo tego typu baza danych, jeśli jest mocno niekompletna, nie ma racji bytu. Dlatego Goodie nie bierze też żadnych prowizji od sklepów wystawiających swoje rabaty w aplikacji. Dla handlowców też wszystko jest za free!

      JESTEŚ BLISKO ULUBIONEGO SKLEPU? APKA ZAALARMUJE. Właśnie dlatego Goodie nie pobiera żadnych opłat od handlowców, a w gratisie oferuje wiele. Kampanie takie, siakie i owakie, targetowane geograficznie i po zainteresowaniach odbiorców. Wszystko za uroczą darmochę. Na razie dla Banku Millennium jest to projekt non-profit, czyste dopłacanie do interesu. Oczywiście: tylko do czasu. Platforma wygląda na prostą jak drut, ale na zapleczu czai się potężny "silnik" big data, który zbiera potężne porcje informacji o każdym użytkowniku. Co prawda nie podaje on imienia i nazwiska, adresu zamieszkania i numeru konta bankowego, ale... nie musi. Wystarczy, że aplikacja z czasem "dowie się", gdzie właściciel danego telefonu się szwenda w czasie zakupów, do jakich marek ma słabość, a których nie trawi, które promocje wstawia do obserwowanych, a których nie. Oczywiście: byłoby jeszcze lepiej, gdyby te dane można było skojarzyć z informacjami z historii rachunków bankowych, ale to ma być otwarty, jak to mówią w marketingu, "marketplace".

      CHCESZ SIĘ ZAREKLAMOWAĆ? IDŹ DO APKI, NIE DO TELEWIZJI. Bycie "inteligentnym słupem ogłoszeniowym" to pierwszy etap rozwoju Goodie, który zapewne jest obliczony na zebranie jak największej liczby użytkowników (a po drugiej stronie handlowców) i zebranie jak największej ilości danych o każdym z nich. Ale założę się, że menedżerowie odpowiedzialni za projekt - a wiem, że jest on firmowany przez samego Ricardo Camposa, odpowiedzialnego w Banku Millennium za bankowość elektroniczną - myślą już nad dalszymi krokami. Mobilność daje gigantyczne możliwości wystawiania promocji w atrakcyjny sposób, np. w formie wideowizytówek. Taka niby-reklama w telewizji, ale dopasowana do potrzeb użytkownika i wykorzystująca geolokalizację, czyli wyświetlana wtedy, kiedy ma to największy sens biznesowy, a nie "przypadkowo". Nie ma jeszcze takiej funkcji w Goodie, ale zerknijcie na apkę zakupową Yeay, jedną z nowości np. w Appstore. To też jest słup ogłoszeniowy (aczkolwiek umożliwiający też sfinalizowanie zakupu online), w którym zamiast tekstowo-zdjęciowej informacji wyświetlają się krótkie reklamy. Gdybym chciał kupić jakiś ciuch, czy gadżet elektroniczny, to chętnie obejrzę na wideo jak wygląda.

      yeayapp

      TERAZ RABATY, A POTEM... PROFILOWANIE I KARTY DO ZAKUPÓW? Pozyskanie informacji dotyczących preferencji konkretnego "numeru telefonu" z czasem pozwoli obciążać sieci handlowe prowizjami za targetowane kampanie promocyjne. Im bardziej dopasowane będą profile konsumentów do ich rzeczywistych preferencji, tym skuteczność Goodie będzie większa, a bank będzie mógł brać większe pieniądze za kojarzenie klientów z handlowcami. A z czasem zapewne w Banku Millennium "przypomną sobie", że przecież za Goodie stoi licencja bankowa, więc uruchomią model płatności i zaczną wydawać użytkownikom platformy jakieś karty płatnicze (a w zasadzie dorzucą je do tej aplikacji jako karty wirtualne), może pojawi się przycisk "weź szybką pożyczkę". Niewykluczone, że pojawi się płatne członkostwo premium, w którym płacisz roczny abonament, ale w zamian dostajesz oferty zniżek i promocji niedostępnych dla innych? To może być sposób na pozyskiwanie klientów w modelu: najpierw niezobowiązująca informacja o rabatach, a potem konto, karta i kredycik.

      A może nie, może po prostu bank będzie miał coś a la drugą nóżkę. Z jednej strony będzie pośredniczył między deponentami i kredytobiorcami (żyjąc z marży odsetkowej), zaś z drugiej - będzie pośrednikiem między konsumentami mającymi konkretne preferencje i zainteresowania, a sieciami handlowymi (zarabiając na prowizji od ponadprzeciętnie skutecznego kojarzenia ich ze sobą). W sumie dość ciekawe jest to przedsięwzięcie Banku Millennium. O ile inne banki stawiają nóżkę "marketplace" jeszcze na własnym terenie (dla własnych klientów i wyselekcjonowanych partnerów komercyjnych), to Bank Millennium postanowił wystawić ją na zewnątrz, poza własne terytorium. To z jednej strony duża szansa na sukces (próba wzięcia nie "małych" kilku, tylko "dużych" kilkunastu milionów konsumentów), a z drugiej - większe ryzyko (programów rabatowych i lojalnościowych jest tyle, że wcale nie jest pewne czy uda się osiągnąć masę krytyczną po stronie konsumentów). Jak sądzicie: uda się "millennialsom" czy polegną? I czy w ogóle chcemy żeby im się udało? ;-).

      CZY GOODIE ZDOŁA PODNIECIĆ SAMCIKA? Oczywiście zainstalowałem sobie Goodie zaraz pierwszego dnia po opublikowaniu aplikacji (a więc w pierwszych dniach stycznia) i doceniając jej zalety (wymienione powyżej) znalazłem też jedną, lecz podstawową wadę - Goodie może mieć problem ze zbudowaniem nawyku użytkownika, by do niej często zaglądał. Zdefiniowałem kilka ulubionych marek, wrzuciłem do "wirtualnego notesu" kilka ofert, ale aplikacja wciąż wysyła mi mocno ogólne powiadomienia push w rodzaju "sprawdź rabaty w Galerii Mokotów" gdy przejeżdżam obok. Prawdopodobnie wynika to z faktu, że apka niewiele o mnie wie (aczkolwiek mogłaby przynajmniej kusić rabatami na produkty moich ulubionych marek), ale tu właśnie jest niekorzystne sprzężenie zwrotne. Im rzadziej będę otwierał Goodie, tym mniejsza będzie baza danych na mój temat. Im mniej danych, tym mniej kuszące powiadomienia push. I tym rzadziej będę zaglądał do apki. Albo w Banku Millennium znajdą sposób na to, bym częściej przypominał sobie, że mam w smartfonie Goodie, albo będzie to jeszcze jedna z kilkudziesięciu nie używanych przeze mnie aplikacji.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „Ruszyła "bankowa" aplikacja z rabatami, jakiej jeszcze nie było! Wolą Goodie, niż bankowanie?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 30 stycznia 2017 09:09
  • piątek, 20 stycznia 2017
    • Masz przy duszy 800 zł? Oni dadzą ci Fiata. Na rok lub dwa lata ;-). Nowy stan posiadania

      Nadeszły czasy, w których posiadanie czegoś na własność to problem. Potrzebne rzeczy wynajmuje się na chwilę, albo - jeśli nie da się pożyczyć - to kupuje się w modelu "płacę wtedy, kiedy używam". Jeśli chodzi o sprawy związane z mobilnością i przemieszczaniem się widać ten trend jak na dłoni. Jeżdżenie po mieście samochodem nie wymaga już samochodu, ani fortuny na taksówki. Wsiadam do przygodnego samochodu Ubera i jadę za pieniądze tylko trochę większe, niż wydałbym, gdybym jechał własnym autem, doliczając parkowanie i amortyzację (choć jadę mniej bezpiecznie, mniej niezawodnie i mniej wygodnie - historii o fakapach kierowców-uberowców mam na pęczki). A jak nie lubię Ubera, to wsiadam do BMW, które wynajmuję na minuty przez aplikację mobilną. Auto mogę w centrum zostawić gdzie chcę i nie płacić za parkowanie, a kasa sama ściąga się z karty.

      Można też wynajmować auto na dłużej. Jakiś czas temu opisywałem ofertę Raiffeisen Banku, w którym bierzesz auto np. na dwa lata, płacisz co miesiąc ratę za jego używanie, a potem je oddajesz. Nie martwisz się o to czy uda ci się je odsprzedać po dobrej cenie, nie masz problemu z przechowywaniem opon, nie płacisz za serwis, ani za ubezpieczenie. I możesz często zmieniać auto na nowe. Ile to kosztuje i czy się opłaca? Liczyłem to w blogu, zainteresowanych odsyłam do tamtego wpisu. Niedawno było też w blogu o Idea Banku, w którym można wziąć auto w leasing na takiej zasadzie, że płacisz wyższe raty gdy auto jest "w użyciu" i niższe, gdy stoi w garażu. Dziś zrecenzuję kolejną ofertę tego typu. Ale przedtem...

      Być może już widzieliście w telewizji reklamę programu "Fiat Abonament". Polega to na wynajęciu od współpracującej z dealerami Fiata firmy leasingowej samochodu na 11 lub 23 miesiące. Wybór aut jest na razie niewielki (Fiat 500, 500X lub 500L, tylko z rocznika 2016), ale dealerzy ciągnięci za język w ramach mojego małego mystery shopping twierdzą, że ma być wkrótce poszerzony. Podstawowa zaleta oferty Fiata polega na tym, że nie musisz mieć dużo pieniędzy, by pójść do salonu i wyjechać z niego nowiutkim samochodem. I że nie musisz się martwić, iż niedługo ten samochód będzie wart połowę tego, co za niego zapłaciłeś. Jedyne co musisz mieć, to zdolność płatniczą, by co miesiąc regulować ratę za używanie samochodu. Firma Masterlease, która jest operatorem programu, może poprosić o oświadczenie lub (częściej) zaświadczenie o zarobkach i na tej podstawie oceni Twoją wiarygodność. Niewykluczone, że zajrzy też do baz nierzetelnych konsumentów (tzw. BIG-ów) i sprawdzi czy płacisz terminowo rachunki za prąd i telefon.

      fiatfoto

      Ile to kosztuje? Najtańszy model Fiat 500 (w dwóch salonach dealerskich w Warszawie już kilka dni temu mi powiedzieli, że nie mam szans, by się na niego załapać, bo mają w ofercie nędzne resztki tych modeli) w miesięcznym abonamencie kosztuje 762 zł. Jeśli wynajmujemy go na 11 miesięcy, to zapłacimy niecałe 8.400 zł, jeśli zaś na 23 miesiące - w sumie wydamy 17.500 zł. Czy to dużo czy mało? Cóż, nowy samochód Fiat 500 w wersji Pop z rocznika 2016 (czyli w takiej, jaka jest w ofercie abonamentowej) na wolnym rynku kosztuje 40.100 zł. Wynajmując je przez rok płacę de facto 20% jego wartości nie dostając nic w zamian (poza przyjemnością podróżowania tym cackiem). Gdybym chciał takie auto kupić za własne pieniądze, to po niecałym roku pewnie byłoby warte jakieś 33.000-35.000 zł, więc wyszedłbym na tym ciut lepiej. Ale doszłaby cena ubezpieczenia i ewentualnie finansowania. No i raczej musiałbym nim kilka lat pojeździć, bo nikt przy zdrowych zmysłach nie kupuje nowego auta, żeby po roku je wymieniać na jeszcze nowsze.

      Jeśli chodzi o większe odmiany "pięćsetki" to długość - jak w życiu - zaczyna mieć znaczenie. Wynajem modelu 500L na 11 miesięcy kosztuje 1.122 zł miesięcznie, a na 23 miesiące - niecałe 960 zł. Model 500X to już koszt rzędu 1.710 zł (przy krótszym najmie) i niecałe 1.450 zł przy niespełna dwuletnim. Przy dwuletnim wynajmie największy model będzie mnie łącznie kosztował 33.300 zł. Dziś w salonie takie auto kosztuje (w zależności od konfiguracji wyposażenia) 56.000-60.000 zł, co oznacza, że w ciągu dwóch lat "oddaję" w cenie wynajmu nieco ponad połowę wartości auta (może trochę mniej, bo ze 4.000 zł będzie mnie kosztowało ubezpieczenie i pewnie jeszcze z 1000 zł przegląd). Trudno powiedzieć, by był to interes życia, aczkolwiek możliwość oddania auta do leasingodawcy i nie przejmowania się jego wartością w tym momencie jest ogromną zaletą.

      A wady? Na razie przede wszystkim mały wybór samochodów. Tylko jeden model i tylko z jednego rocznika. W dodatku - jak się zdążyłem zorientować - są to głównie auta z najmniejszymi silnikami i ze standardową, choć komfortową konfiguracją wnętrza. Może się zdarzyć, że dealer zażąda np. dopłaty za lepszy lakier. Jest też limit kilometrów, którego nie należy przekroczyć, by utrzymać cenę miesięcznego abonamentu zakontraktowaną na początku. Przekroczenie to zło, bo potem za każdy dodatkowy kilometr trzeba dopłacać 0,2 zł, czyli np. za 1000 kilometrów ekstra dopłata wyniesie 200 zł. Dla 11-miesięcznego najmu ów limit kilometrowy wynosi 12.000 km, zaś dla niespełna dwuletniego - 25.000 km.

      Nie jest to mało, ale na pewno nie wystarczy komuś jeżdżącemu nie tylko po mieście, z pracy i do pracy - ja jeżdże dużo i po całej Polsce, spotykając się z czytelnikami i występując dla różnych gremiów, więc rocznie wykręcam 25.000 km. Ta oferta nie jest na pewno dla kogoś, kto prawie nie wysiada z samochodu. A dla pozostałych? Komunikat jest następujący: "Płacisz w ratach 20% wartości samochodu i używasz go niezbyt intensywnie przez 11 miesięcy, a potem oddajesz i bierzesz nowy". Oczywiście, możesz też auto odkupić i dalej go używać, o ile tak mocno się z nim zżyjesz. Nie oddaje się łatwo auta, w którym np. dobijało się najlepszy interes życia. I którym jechało się na najbardziej romantyczną wycieczkę w życiu. W którym dostało się pierwszy mandat w życiu, w którym uprawiało się najlepszy seks w życiu... I - o ile się orientuję - dotyczy to nie tylko mężczyzn, ale i kobiet ;-)).

      -----------------------------------------------------------------------

      ZOBACZ MOJE PROGRAMY WIDEO! Zapraszam do obejrzenia pierwszego sezonu tygodnika wideo "Kasownik Samcika". Jest tam o sprytnych sposobach na oszczędzanie, o studiowaniu, pracowaniu, zaciąganiu kredytu hipotecznego, o zakupach, kontach bankowych, ubezpieczeniach, lokatach, podatkach... Poza poradami w każdym wydaniu czerstwy żart prowadzącego :-)), ciekawostka o pieniądzach oraz finansowy trik Samcika. Zapraszam do obejrzenia wszystkich zeszłorocznych odcinków. Wkrótce kolejna seria! Subskrybuj kanał YouTube "Subiektywnie o finansach"!

      Zapraszam też do obejrzenia spektakularnego cyklu wideo "Od oszczędzania do inwestowania". W ośmiu odcinkach realizowanych przy "wsparciu" wszystkich możliwych żywiołów opowiadam o tym, jak małymi krokami zabrać się do oszczędzania pieniędzy i co można zrobić, żeby namnażały się szybciej.

      O LOKOWANIU OSZCZĘDNOŚCI W AKCJI "DYWIDENDA JAK W BANKU". Od wiosny 2016 r. w blogu trwa akcja "Dywidenda jak w banku", w której zdradzam sposoby na w miarę bezpieczne lokowanie oszczędności inaczej, niż tylko na depozycie bankowym. Zapisując się na newsletter akcji nie przegapicie żadnego z kolejnych tekstów, klipów wideo, webinarów, ani konkursów. W akcji bierze też udział Longterm.pl, najstarszy bloger zajmujący się inwestowaniem długoterminowym - Giełda Papierów Wartościowych oraz Stowarzyszenie Inwestorów Indywidualnych. Obejrzyjcie też jak - wspólnie z Longtermem - mierzyliśmy się z lękami związanymi z lokowaniem oszczędności, zwiedzaliśmy kasyno, udaliśmy się na ryby. Zabawne i pouczające.

      CHŁOŃ SUBIEKTYWNOŚĆ TAK JAK LUBISZ. Subiektywność jest multifunkcyjna i się często dyslokuje ;-). Można ją spotkać tu i tam. W internecie, mediach społecznościowych, na wideo, w prasie, książkach oraz na spotkaniach, odczytach, konferencjach - wszędzie tam, gdzie mówi się o pieniądzach. Blog "Subiektywnie o finansach" codziennie, od ponad siedmiu lat, zapewnia niezbędną dawkę wiedzy o Waszych pieniądzach. Prześwietlanie produktów finansowych, ekskluzywne wiadomości o nowych produktach oraz piętnowanie skandalicznych praktyk i interwencje w Waszych sprawach. Dołącz do dziesiątek i setek tysięcy czytelników - codziennie zaglądaj na samcik.blox.pl, nowy wpis wpada tu zwykle tuż po godz. 9.00. Jeśli chcesz wiedzieć jeszcze więcej i ze mną podyskutować, zostań fanem blogu na Facebooku (jest nas już 38.000!), na Twitterze (tu wraz ze mną rządzi 10.000 followersów). Zapraszam też do bezpośredniego kontaktu mejlowego:  maciej.samcik@gazeta.pl. Postaram się odpowiedzieć na każdy e-mail, choć nie obiecuję, że odpowiem szybko ;-).

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Masz przy duszy 800 zł? Oni dadzą ci Fiata. Na rok lub dwa lata ;-). Nowy stan posiadania”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 20 stycznia 2017 09:07
  • środa, 11 stycznia 2017
    • Które samoloty najrzadziej się spóźniają? A w których masz tylko 50% szans, by być na czas?

      Zastanawialiście się kiedyś z czego biorą się różnice w cenach biletów lotniczych? Wiadomo, że jedne linie oferują nieco lepszy serwis, inne mniej komfortowy (na lotnisku i na pokładzie), ale tak naprawdę dla osób wybierających komunikację lotniczą najważniejsze jest, żeby dotrzeć do celu na czas. Im ktoś więcej zapłacił za bilet, tym bardziej nie trawi opóźnień, czekania na lotniskach, odwołanych lotów. Punktualność jest oczywiście dopiero na drugim miejscu, po bezpieczeństwie (lepiej się spóźnić niż paść ofiarą katastrofy lotniczej), ale gdyby punktualność samolotów zaburzały tylko względy bezpieczeństwa (np. pogoda), to odsetek opóźnionych lotów musiałby być statystycznie podobny we wszystkich liniach. A nie jest. Jeśli trafisz na linię lotniczą zarządzaną przez bałaganiarzy, masz 55% szans, że nie dolecisz na czas. Jeśli trafisz do najbardziej punktualnej linii - ryzyko opóźnienia lotu spada do 11%.

      Czytaj też: Dopłaciłeś do lepszej godziny lotu? I tak mogą cię wysłać w środku nocy

      Czytaj też: Na ten samolot nie stać nawet Roberta Lewandowskiego. Superluksus!

      Takie dane wynikają z rankingu najbardziej i najmniej punktualnych linii lotniczych, który przygotował już po raz ósmy serwis FlightStats. Zbiera on dane dotyczące ruchu lotniczego z 500 różnych źródeł na całym świecie (z radarów, lotnisk, linii lotniczych, firm sprzedających bilety, które mają mnóstwo informacji dotyczących anulowanych biletów oraz oczywiście od organów regulujących ruch lotniczy, jak Eurocontrol, czy Federal Aviation Administration). Wszystkie te cyferki trafiają do bazy danych, gdzie są uwspólniane, weryfikowane i wykorzystane do obliczania wskaźników punktualności poszczególnych linii. Nie jest to oczywiście jedyny czynnik, który powinni brać pod uwagę pasażerowie, ale można przypuszczać, że tam gdzie maszyna jest dobrze naoliwiona, a spóźnień mało, jest też mniej chaosu jeśli chodzi o przestrzeganie zasad bezpieczeństwa. Które linie lotnicze są więc najbardziej punktualne?

      CO JEST BARDZIEJ PRAWDOPODOBNE? Wygrana w Lotto czy udział w katastrofie lotniczej? Zapraszam do sprawdzenia w "Kasowniku Samcika". A potem napiszcie: gracie czy latacie? ;-))

      W rankingu światowym linii lotniczych rządzi holenderski KLM, który w zeszłym roku spośród prawie 235.000 lotów spóźnił tylko 11%. Przeciętne opóźnienie wynosiło 40 min., ale zdarzało się rzadko. Na drugim miejscu wśród najbardziej punktualnych międzynarodowych przewoźników znalazła się hiszpańska Iberia, w której wskaźnik opóźnionych lotów nie przekroczył 12%. Na trzecim miejscu są linie Japan Airline (w skrócie JAL), zaś na czwartym i piątym - Qatar Airways i operujące bardzo często na polskim niebie Austrian. Resztę najlepszych linii lotniczych pod względem terminowości macie w tabelce poniżej. Co ciekawe, w dziesiątce najlepszych linii lotniczych znalazła się amerykańska Delta Airlines, która w zeszłym roku zaliczyła katastrofalną awarię informatyczną i przez kilka dni nie była w stanie obsługiwać klientów. Odwołanych lotów było multum, ale - jak się okazuje - "rozwodniły" się one w masie lotów zrealizowanych terminowo. Delta rocznie wykonuje prawie 1,9 mln lotów, czyli mniej więcej dziesięć razy tyle, co KLM, Iberia, czy Qatar Airways.

      flightstats1

      A jeśli chodzi o największe linie lotnicze w Europie? Oczywiście siłą rzeczy tu na pierwszych miejscach też są linie lotnicze rządzące w rankingu globalnym, ale jest też więcej marek, które znamy z własnych podróży. Na trzecim miejscu zameldowała się niemiecka Lufthansa ze wskaźnikiem spóźnionych lotów na poziomie 16% (gorzej, niż w takiej np. Iberii, ale Hiszpanie wykonują rocznie 200.000 lotów, a Niemcy - 500.000). Gorzej spisał się Norwegian, który spóźnia co piąty lot. Według szwajcarskich zegarków nie regulują się natomiast piloci pracujący w tamtejszych liniach lotniczych Swiss, w których poziom spóźnień zbliża się do 25%. Mniej więcej tyle samo lotów spóźnia British Airways (choć ma ich do wykonania mniej, niż Lufthansa, bo "tylko" 370.000). Z dużych europejskich tanich linii - nie licząc Norwegian, bo oni też chyba mieszczą się w fiszce "tani" - najlepiej spisały się Condor i EasyJet (25% spóźnień), gorzej Vueling - 65%. Wśród mniejszych tanich linii rządzi Iberia Express (mało znana u nas) i Air Baltic, łotewski państwowy przewoźnik) - tylko 12% spóźnień.

      flightstats2

      A najgorsi z najgorszych? Na szczęście w większości nie kojarzycie nawet ich nazw, więc nie grozi Wam niebezpieczeństwo wsiadania na pokład samolotu zarządzanego przez tych przyjemniaczków. Korean Air spóźnia co trzeci lot, podobnie jak AirChina (ale tam się nikt nie skarży, bo mógłby zostać wsadzony do więzienia za podjudzanie ;-)) oraz Hong Kong Airlines. W Asiana Airlines współczynnik spóźnionych lotów wynosi 37%, nieco więcej w Philippine Airlines oraz w Air India. Islandczycy z Icelandair mają na koncie 41% spóźnień, a izraelska państwowa linia lotnicza El Al ponad połowę lotów kończy niezgodnie z "rozkładem jazdy" (a dokładnie - 55%). Ale kto zna izraelskie realia chyba się nie dziwi, że punktualność nie jest tam na pierwszym miejscu. 

      Czytaj też: LOT nie odleciał, klient na lodzie. Bo "zapomnieli" zaproponować przesiadki

      Czytaj też: Zmiany w dużym programie lojalnościowym! Trudniej będzie zbierać mile!

      Czytaj też: Gdy linia lotnicza oferuje ci ubezpieczenie od anulowania biletu. Warto?

      Wśród najbardziej punktualnych linii lotniczych nie znalazł się nasz LOT, co wygląda trochę dziwnie, bo ani nie wydaje się zbyt mały (60.000 startów i lądowań rocznie), ani chyba nie jest aż tak niepunktualny, by nie zmieścić się w rankingu top 10 choćby dużych europejskich przewoźników (linia będąca na dziesiątym miejscu, wspomniany Vueling, ma wskaźnik 65%). Choć np. jednym z parametrów kwalifikujących było przewiezienie określonej liczby pasażerów (4-5 mln osób, w zależności od kategorii). Kontaktowałem się z autorami raportu i potwierdzili, że LOT nie spełnił wszystkich warunków udziału w zestawieniu (ale nie powiedzieli których konkretnie nie spełnił).  W 2015 r., w rankingu brytyjskiej firmy OAG nasz narodowy przewoźnik znalazł się na dziesiątym miejscu w globalnym rankingu oraz na czwartym w regionalnym - ze wskaźnikiem 12% spóźnionych lotów. W 2016 r. taki wskaźnik dałby LOT-owi miejsce w absolutnej czołówce, obok KLM, Iberii, linii japońskich czy katarskich (a przed Lufthansą). 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Które samoloty najrzadziej się spóźniają? A w których masz tylko 50% szans, by być na czas?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 11 stycznia 2017 19:32
    • Telekomy jak stręczyciele? Zamiast chronić swoich klientów, "wystawiają" ich oszustom?

      Ostatnio zapadła bardzo ważna dla wszystkich posiadaczy telefonów decyzja Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów. T-Mobile dostał solidną karę (15 mln zł po 30-procentowym "rabacie") za to, że domyślnie włączał swoim klientom płatne serwisy (chodziło o aż trzy: "Granie na Czekanie", czyli odtwarzanie muzyczki w czasie czekania na połączenie, a także serwis rozrywkowy "Szafa Gra" i informacyjny "Prenumerata"). Można było się ich pozbyć, ale wymagało to kontaktu z operatorem i wyłączenia tego, co automatycznie zostało klientowi "wciśnięte". Wiadomo, że przy takiej sprzedaży pakietowej duża część klientów zapomni o wyłączeniu usług, część w ogóle się nie zorientuje, że je ma, a firma zarabia na czymś, czego klient by z własnej woli zapewne nie zamówił. Tak to jest jak chce się mieć jednocześnie niskie ceny i utrdzymać wysoką rentowność. Uczciwie się nie da. Ten jeden przypadek naciągania klientów został skasowany (od grudnia 2016 r. T-Mobile nie włącza domyślnie klientom dodatkowych usług, a kara finansowa jest tak wysoka, że nie będzie mu się to opłacało również w przyszłości), ale problem jest głębszy.

      Czytaj też: Smartfoneria, czyli słowna inżynieria. Najtańsze smartfony na start, czy najtańszy start do smartfonów? Prześwietlenie kontrowersyjnej oferty

      Czytaj też: Bezwstydna dziewica, czyli ile musisz zapłacić, żeby dostać 5 GB netu za 5 zł?

      Czytaj też: Najtańszy prąd płynie w kablu... telefonu? Prześwietlam!

      Czytaj też: Telekomy sprzedają już nie tylko prąd i telewizję, ale i... porady lekarzy online

      Firmy telekomunikacyjne generalnie traktują swoich klientów tak, jak robiły to banki i sieci pośredników finansowych kilka lat temu - jak ciemną masę. Zamiast być rzecznikami klienta i dostarczać usługi telekomunikacyjne w połączeniu z wartością dodaną: sprzętem, usługami dotyczącymi bezpieczeństwa, ochrony prywatności itp., wystawiają go na strzał, podają na tacy oszustom i kanciarzom. Dlaczego wciąż jest tak, że to klient musi zabiegać, żeby wyłączyć możliwość dzwonienia na numery premium? Dlaczego firmy telekomunikacyjne nie wyłączają takich usług z automatu, żeby ochronić ludzi przed nieświadomym z nich korzystaniem? Przecież wiemy, że złodzieje z różnych teleserwisów zrobili się bardzo sprytni i niektóre serwisy włącza się np. pisząc "STOP"? Na Facebooku roi się od skarg klientów na to, że usługi premium nie są z definicji blokowane. Owszem, odcina to też możliwość np. brania udziału w zbiórkach charytatywnych, ale dziś możliwości zasilania takich zbiórek jest tyle, że nawet wyłączenie SMS-ów premium nie zabiera możliwości bycia dobrym człowiekiem.

      premiumrateskan

      Dostaję też listy od wkurzonych czytelników, którzy mają firmom telekomunikacyjnym za złe, że pozwalają ich okradać. Polskie telekomy rzeczywiście zachowują się trochę tak, jak jacyś stręczyciele. Powiem Wam, drodzy telekomowcy, jak takie sprawy załatwia się w cywilizowanym świecie (najbardziej uważnych czytelników blogu przepraszam, bo pewnie znają już tę historię - cytowałem ją kiedyś). Ktoś z znajomych korzystał z telefonu Apple'a w ustawieniach fabrycznych dotyczących płatności w Appstore, tzn. ważność zgody na pobieranie pieniędzy z podpiętej karty wynosiła 30 minut. Ów znajomy coś-tam kupił (jakąś muzyczkę), a potem ze smartfona korzystało dziecko - fan gier online. Następnego dnia do znajomego zaczęły spływać faktury za zakupy jakichś ludzików i broni - w sumie na 1200 zł. Zadzwonił do mnie przerażony. Rozłożyłem bezradnie ręce: "nie do odkręcenia".

      Znajomy napisał do helpdesku Apple i zapytał czy da się coś z tym zrobić. Sprawa beznadziejna - transakcje były przecież autoryzowane prawidłowo. Odpisał jakiś John czy James z Londynu, zapytał czy na pewno ów mój znajomy nie chciał kupić tych ludzików, następnie bardzo przeprosił za kłopot, zapowiedział zwrot pieniędzy i pomógł podkręcić profil bezpieczeństwa w taki sposób, by każda pojedyncza transakcja wymagała potwierdzenia hasłem albo odciskiem palca. John (lub James) pięć razy pisał jak bardzo mu przykro, iż klient firmy musiał przeżyć stres związany z transakcją, której nie chciał przeprowadzić z powodu takich a nie innych ustawień fabrycznych smartfona. Od tego czasu mój znajomy dał zarobić tej firmie kilka razy i to takie pieniądze, że te 1200 zł zwróciło się jej z nawiązką. Znając polskie standardy powiedziałem znajomemu - jeszcze zanim napisał do helpdesku - że ma się nie wygłupiać, że sprawa przegrana, że za takie rzeczy nikt nie zwraca kasy. Myliłem się. Zapewne takie wizerunkowe kroki są po prostu wliczone w kosmiczną cenę sprzętów i usług tej firmy. A jak to wygląda u nas? U nas wszystko jest "tanio" albo "prawie za zero", ale za to... Zobaczcie co napisała do mnie nie tak dawno czytelniczka,  abonentka Plusa.

      "Dostałam niepodziewanie SMS o treści: "Znamy się z widzenia i bardzo mi sie podobasz... Wstydziłem się zagadać. Ja: własna firma, dom, samochód - tylko miłości brak. Masz teraz chwilkę?" Chwilę się zastanawiałam, co za bogacz jest moim dyskretnym wielbicielem, ale rozsądek mi podpowiedział, że to jest zbyt piękne, aby mogło być prawdziwe. Za kilka minut przyszedł następny SMS o treści: "Organizatorem uslugi jest MMC Sp.z o.o. Regulamin usługi znajduje sie na e-reg.eu. Koszt wysłanego SMS to 3,69 zł z VAT. By się wypisać, wyślij "STOP".

      W Plusie, gdzie moja czytelniczka ma umowę na abonament, wyłączała usługę płatnych SMS-ów. Jak to możliwe, że taki SMS przyszedł? Nawet nie chcę się zastanawiać, ale ważniejsze jest to, co usłyszała abonentka Plusa, gdy na wszelki wypadek zadzwoniła na infolinię. Konsultant potwierdził, że jest to próba oszustwa - wysłanie SMS o treści "STOP" na ten numer aktywuje płatną usługę i prowadzi do obciążenia abonenta dodatkowymi kosztami.

      "Konsultant powiedział również, że zgłaszanie tej sprawy na policję nic mi nie da, ponieważ te firmy są zarejestrowane w rajach podatkowych i zanim dojdzie do wydania prawomocnego wyroku, sprawa się przedawnia"

      Zapytałem przedstawicieli Plusa co robić w takiej sytuacji i czy firma rzeczywiście nie ma żadnych narzędzi, żeby chronić swoich klientów przed oszustami. Bo chyba powinna taką ochronę zapewnić? Moja czytelniczka sprawdziła w internecie co pisze się o nadawcy SMS-ów, które do niej dotarły i nie ma wąpliwości, że są to oszuści i naciągacze. Na forach wypowiadają się osoby, które straciły na rzecz właściciela tego numeru nawet 500 zł. Co na to Plus?

      "Abonenci Plusa mają w każdym czasie możliwość zlecenia blokady możliwości wysyłania wiadomości SMS Premium lub MMS Premium, inicjowania połączeń Premium, uruchamiania subskrypcji MT (wiadomości przychodzących o o podwyższonej opłacie). Nasi Klienci mogą też określić maksymalną cenę za minutę połączenia/SMS/MMS/MT albo maksymalnej ceny, powyżej której usługi dla numerów o podwyższonej opłacie nie będą realizowane. Oznacza to w praktyce, że Abonent może np. zażyczyć sobie całkowitej blokady połączeń Premium, MMS-ów Premium i serwisów MT oraz SMS-ów Premium droższych niż 2,46 zł za szt. W takiej sytuacji będzie on mógł nadal wysyłać SMS-y o podwyższonej opłacie, jednak nie droższe niż 2,46 zł brutto za pojedynczą wiadomość"

      Inna moja czytelniczka, pani Anna, zgłosiła mi z kolei jakiś czas temu problem z Digitalną Dziewicą. Pani Anna jest klientką T-Mobile i to nie najgorszą, bo miesięcznie płaci 110 zł abonamentu. O takich klientów się dba, chucha się na nich i dmucha (choć nie do końca, bo w Polsce panuje debilny obyczaj, że nie mogę mieć abonemantu z miesięcznym okresem wypowiedzenia, muszę zobowiązać się na układ dwuletni).

      "We wrześniu 2016 poszłam do punktu obsługi klientów T-Mobile i zapytałam dlaczego płacę wysokie rachunki, dwukrotnie przekraczające abonament. Odpowiedź: "będzie taniej, jak wyłączę pani usługę premium". Ja do pracownika: "ale ja nie zamawiałam usługi premium". Pracownik: "były włączone automatycznie". Sprawdziłam wszystkie wcześniejsze faktury. W każdym miesiącu dostawałam 13 SMS-ów nazwanych "WAP Specjalny" po 6,15 zł brutto każdy. Podobno zamówiłam sobie horoskopy od wróża Macieja. Ale ich nie zamawiałam! Za "WAP-em Specjalnym" stoi firma Digital Virgo ("Cyfrowa Dziewica"). Dobre. Każdy, kto nie wyłączy od razu usługi Premium w T-Mobile, ale i w innych sieciach w Polsce - może płacić za wrzucane mu SMS-y"

      - pisze pani Anna. A na stronie Digital Virgo czytamy, że "jest wiodącym dostawcą mobilnych usług dodanych w Polsce i na Słowacji". I że poprzednio funkcjonowała pod nazwą Avantis. I że oferuje usługi dodane przez operatora. Widać T-Mobile dzieli się pieniędzmi z faktur klientów z Digitalną Dziewicą.

      "Jasne, że napisałam do T-Mobile wniosek o zwrot pieniędzy za "WAP Specjalny". Jasne, że nie pójdę do sądu kłócić się o 629 zł. Jasne, że oni o tym wiedzą tak dobrze, jak ja. Jasne, że nie zamawiałam usług dodanych, tylko zostały mi włączone z automatu. Jasne, że nikt się tym nie przejmie"

      - tak kończy swojego mejla do mnie pani Anna. Nie wiem czy są w Polsce usługi dodane, które polegają na tym, że operator telekomunikacyjny sprzedaje bazy numerów telefonów swoich klientów zewnętrznym firmom, a te wysyłają im SMS-y o podwyższonej płatności bez ich zgody. Na moje oko to byłoby niezgodne z prawem. Niewykluczone, że pani Anna dała się kiedyś wciągnąć w jakąś wymianę SMS-ów z "Digitalną Dziewicą" i nieświadomie zakupiła płatną usługę. Nie mam jednak powodu, by jej nie wierzyć, a twierdzi, że tego nie zrobiłą.

      "Każdy ma możliwość korzystania z usług premium od początku trwania umowy. Nie jest to dodatkowa funkcjonalność, jest to jedna z usług, takich jak SMS, MMS czy transmisja danych. Każdy klient ma też możliwość, w dowolnym momencie trwania umowy zablokować wysyłanie i otrzymywanie SMS Premium"

      - tak odpisano mi w sprawie pani Anny z T-Mobile. A jeśli sobie nic nie aktywowała? Ja sam kiedyś zapłaciłem Plusowi kilkadziesiąt złotych za jakieś żarty lub horoskopy, które zaczęły przychodzić do mnie codziennie mimo, że ich świadomie nie zamawiałem. Nie odpowiadam na SMS-y od nikogo nieznajomego, a mimo wszystko byłem obciążany płatnością za usługi dodane, zaś w infolinii twierdzili, że nie są w stanie sprawdzić kiedy i w jaki sposób je rzekomo zamówiłem. Ciekawe czy tak samo odpowiadają, gdy przyjdzie do nich np. ABW.

      "Zgodnie z ustawą o prawach konsumenta, najpóźniej w chwili wyrażenia przez konsumenta woli zawarcia umowy przedsiębiorca ma obowiązek uzyskać jego wyraźną zgodę na każdą dodatkową płatność wykraczającą poza uzgodnione wynagrodzenie za główne obowiązki umowne przedsiębiorcy"

      - to fragment stanowiska UOKiK w sprawie usług dodanych. Mam nadzieję, że 15 mln zł kary dla T-Mobile sprawi, że sieci komórkowe zmienią podejście także do automatycznego aktywowania klientom korzystania z SMS-ów premium. Nie będzie to łatwe, biorąc pod uwagę, że telekomy uważają, iż to taka sama usługa jak transmisja danych. Ale może ktoś jednak stuknie się w czoło i pomyśli mózgiem?

      KLIKNIJ I ZAPISZ SIĘ NA NEWSLETTER. Jeśli chcesz być na bieżąco z moimi śledztwami, prześwietleniami, wsiadaniem na koń i interweniowaniem w Waszych sprawach, to zapiszcie się na mój newsletter. Spamu nie rozsyłam, za to raz na jakiś czas dostaniecie ode mnie prezent-niespodziankę, która będzie niedostępna dla innych czytelników. Kiknij baner i zostaw mi swój adres, przyda się!

      "SUBIEKTYWNOŚĆ" OBSYPANA NAGRODAMI. Pod koniec 2016 r. miałem przyjemność odebrać "Nagrodę Dziennikarstwa Ekonomicznego" w konkursie organizowanym przez "Press Club". Nie mam wątpliwości, że tę nagrodę - jak i wszystkie poprzednie - zawdzięczam w dużej części Wam, moim Czytelnikom. Dziękuję za to, że jesteście ze mną i że wspólnie możemy walczyć o lepsze jutro finansowe. Do tej pory odebrałem między innymi nagrody: >>> Dwukrotnie Grand Press: w 2005 r. w kategorii "Dziennikarstwo Specjalistyczne"za cykl tekstów o nieprawidłowościach w SKOK-ach (wspólnie z Bianką Mikołajewską) oraz w 2014 r. Grand Press Economy dla najlepszego dziennikarza ekonomicznego; >>> Nagrodę im. Władysława Grabskiego w konkursie organizowanym przez Narodowy Bank Polski (w 2013 r.) dla najlepszego dziennikarza ekonomicznego (cenne są również dwa wyróżnienia w tym konkursie, które zdobyłem w poprzednich latach); >>> Nagrodę im. Eugeniusza Kwiatkowskiego w konkursie organizowanym przez Uniwersytet Ekonomiczny w Krakowie (w 2011 r.) dla najlepszego dziennikarza ekonomicznego; >>> Nagrodę Specjalną Prezesa UOKiK w konkursie Auxilium et Libertas (w 2012 r.) za podejmowanie tematyki konsumenckiej na łamach "Gazety Wyborczej"; >>> Nagrodę "Heros Rynku Kapitałowego" przyznawaną przez Stowarzyszenie Inwestorów Indywidualnych za napełnianie Polaków wiedzą dotyczącą inwestowania, długoterminowego oszczędzania oraz rynku kapitałowego (w 2014 r.). 

      NagrodaDziennikarstwaEkonomicznego2016laureatMaciejSamcik995x498

       Poza tym byłem jednym z laureatów nagrody im. Dariusza Fikusa za dziennikarstwo najwyższej próby (w 2014 r.). Cieszyłem się też z nagrody im Mariana Krzaka w konkursie Związku Banków Polskich (w 2004 r.) za publikacje poświęcone sektorowi bankowmu, nagrody Izby Zarządzających Funduszami i Aktywami za publikacje poświęcone inwestowaniu i funduszom inwestycyjnym (2007 r. ), nagrody "Złote Skrzydła"w konkursie Krajowego Rejestru Długów (w 2010 r.) za edukację ekonomiczną, III Nagrody w konkursie "Tylko Ryba nie bierze" organizowanym przez Fundację Batorego za publikacje demaskujące nieprawidłowości w sferze publicznej (w 2006 r.). Byłem też Dziennikarzem Roku Kongresu Gospodarki Elektronicznej (w 2011 r. ) oraz laureatem nagrody Ekonomiczny Blog Roku w konkursie organizowanym przez Money.pl (w 2014 r.)

      dywidenda222O LOKOWANIU OSZCZĘDNOŚCI W AKCJI "DYWIDENDA JAK W BANKU". Od wiosny 2016 r. w blogu trwa akcja "Dywidenda jak w banku", w której zdradzam sposoby na w miarę bezpieczne lokowanie oszczędności inaczej, niż tylko na depozycie bankowym. Zapisując się na newsletter akcji nie przegapicie żadnego z kolejnych tekstów, klipów wideo, webinarów, ani konkursów. W akcji bierze też udział Longterm.pl, najstarszy bloger zajmujący się inwestowaniem długoterminowym - Giełda Papierów Wartościowych oraz Stowarzyszenie Inwestorów Indywidualnych. Zapraszam do odwiedzenia strony akcji "Dywidenda jak w banku". Obejrzyjcie też jak - wspólnie z Longtermem - mierzyliśmy się z lękami związanymi z lokowaniem oszczędności, zwiedzaliśmy kasyno, udaliśmy się na ryby. Zabawne i pouczające.

      Więcej na ten temat czytajcie na stronie akcji (www.dywidendajakwbanku.pl)

      A TERAZ... CHŁOŃ SUBIEKTYWNOŚĆ TAK JAK LUBISZ. Subiektywność jest multifunkcyjna i się często dyslokuje ;-). Można ją spotkać tu i tam. W internecie, mediach społecznościowych, na wideo, w prasie, książkach oraz na spotkaniach, odczytach, konferencjach - wszędzie tam, gdzie mówi się o pieniądzach. Blog "Subiektywnie o finansach" codziennie, od ponad siedmiu lat, zapewnia niezbędną dawkę wiedzy o Waszych pieniądzach. Prześwietlanie produktów finansowych, ekskluzywne wiadomości o nowych produktach oraz piętnowanie skandalicznych praktyk i interwencje w Waszych sprawach. Dołącz do dziesiątek i setek tysięcy czytelników - codziennie zaglądaj na samcik.blox.pl, nowy wpis wpada tu zwykle tuż po godz. 9.00. Jeśli chcesz wiedzieć jeszcze więcej i ze mną podyskutować, zostań fanem blogu na Facebooku (jest nas już 37.000!), na Twitterze (tu wraz ze mną rządzi blisko 10.000 followersów). Zapraszam też do bezpośredniego kontaktu mejlowego:  maciej.samcik@gazeta.pl. Postaram się odpowiedzieć na każdy e-mail, choć nie obiecuję, że odpowiem szybko ;-).

      autopromo4

      autopromo2

       

       

       

       

       

       

      ZOBACZ MOJE PROGRAMY WIDEO! Zapraszam do obejrzenia pierwszego sezonu tygodnika wideo "Kasownik Samcika". Jest tam o sprytnych sposobach na oszczędzanie, o studiowaniu, pracowaniu, zaciąganiu kredytu hipotecznego, o zakupach, kontach bankowych, ubezpieczeniach, lokatach, podatkach... Poza poradami w każdym wydaniu czerstwy żart prowadzącego :-)), ciekawostka o pieniądzach oraz finansowy trik Samcika. Zapraszam do obejrzenia wszystkich zeszłorocznych odcinków. Wkrótce kolejna seria! Zapraszam do subskrybowania kanału YouTube "Subiektywnie o finansach"  

      Zapraszam też do obejrzenia cyklu wideo "Od oszczędzania do inwestowania", w którym opowiadam o tym jak małymi krokami zabrać się do oszczędzania pieniędzy i co można zrobić, żeby namnażały się szybciej.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „Telekomy jak stręczyciele? Zamiast chronić swoich klientów, "wystawiają" ich oszustom?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 11 stycznia 2017 09:45
  • piątek, 06 stycznia 2017
    • Co czwarty chce rzucić papierami. Co trzeci da się ubłagać. Ale jak błagać, żeby się udało?

      Podobno mamy w Polsce tzw. rynek pracownika, a więc sytuację, w której to pracodawcy powinni całować nas po stopach za to, że łaskawie pojawimy się w biurze, nie zaś my ich za to, że w ogóle mamy wejściówkę do tego biura ;-). Bezrobocie w kraju jest jednocyfrowe, zaś średnia płaca w przedsiębiorstwach wynosi już 4330 zł i w skali roku poszła w górę o 5% przy prawie zerowej inflacji. Jeśli jednak tyle nie zarabiacie, to nie oznacza, że jesteście już całkiem na dnie, bo te cyferki nie uwzględniają ani budżetówki, ani najmniejszych firm. Natomiast uwzględniają płace prezesów, członków zarządów, dyrektorów wszelkiej maści i całe to towarzystwo, którego pensje są kilkanaście, kilkadziesiąt razy wyższe, niż wynagrodzenie zwykłego śmiertelnika. Mediana wynagrodzenia w kraju jest dużo niższa, wynosi jakieś 3400-3500 zł (czyli połowa pracowników zarabia więcej, a połowa mniej). Aha, mówimy oczywiście o pensji brutto, do ręki taki "średniak-szarak" dostaje jakieś 2500-2600 zł.

      Czytaj też: Ile zarabia najlepiej opłacany prezes banku w Polsce. Nie zgadniesz!

      Poznaj też: jeden z najlepiej opłacanych "etatowców". Zarabia setki tysięcy dziennie  

      Jakiś czas temu pisałem w blogu o tym jakie zawody mogą w najbliższym czasie wyginąć, gdyż robotę będą w nich wykonywać roboty ;-). Było też o zawodach najbardziej stresujących (sprawdzałem czy dobrze Wam płacą za nerwową robotę). Było też o tym jak sobie w robocie radzą smart-Polacy, czyli ci z Was, którzy doszli do wniosku, że życie jest po to, by wyciągać z niego jak najwięcej. Dziś dwa słowa o tym co myślicie o swojej obecnej robocie (oprócz tego, oczywiście, że za mało Wam płacą, bo to akurat jest konstatacja oczywista, niezależnie od tego ile Wam płacą ;-)). Raport na ten temat opracowała polska odnoga globalnej firmy rekrutacyjnej Hays na podstawie rekrutacji, które sama przeprowadziła, przy okazji biorąc na spytki rekrutowanych oraz firmy poszukujące pracowników. Dane dotyczą elity pracowników, czyli tych wykształconych, pracujących umysłowo. Co wynika z analizy Hays?

      hays1CO DRUGI ZARABIA ZA MAŁO, CO TRZECI DOSTAŁ PODWYŻKĘ. Jakkolwiek kilka linijek wyżej postawiłem pół-żartem hipotezę, że wszyscy uważamy, iż za mało nam płacą, to prawda jest taka, iż za finansowo skrzywdzonych uważa się "tylko" połowa przepytanych przez Hays (49% pracowników uważa, że zarabia za mało). Jednocześnie połowa pracowników zadeklarowała, że w minionym roku przynajmniej raz zrobiła dym o podwyżkę (nie wiemy czy była to ta już zadowolona część, czy ta jeszcze niezadowolona ;-)). Z tych, którzy dymili, dwie trzecie wytargowała wzrost wynagrodzeń (na tym chyba polega rynek pracownika, bo kilka lat temu zapewne proporcje byłyby odwrotne ;-)). Co ciekawe, raport Hays potwierdza, że dymić warto będzie również w 2017 r., bo co siódma firma (15%) w najbliższym roku spodziewa się, że podwyższy ludziom pensje w sposób zauważalny (o więcej, niż 5%).

      hays3

      CO CZWARTY ZAMIERZA RZUCIĆ ROBOTĘ. Nie przywiązuję dużej wagi do pogróżek pracowników, że zaraz znajdą sobie nową pracę. Od gadania do rzucenia papierami daleka droga. Natomiast trzeba powiedzieć, że w gębie jesteśmy coraz mocniejsi. Aż 25% przepytanych przez Hays rozważa w najbliższym półroczu zmianę pracy. To dość wysoki odsetek, choć biorąc pod uwagę, że przecież połowa z nas wciąż jest niezadowolona z wynagrodzenia można się dziwić trochę mniej. Połowa tych, którzy rozważają rzucenie papierami uważa, że nie docenia się ich finansowo. Co czwarty widzi, że nie ma możliwości rozwoju - od lat robi to samo, nudzi go to, a w firmie nie dają mu rozwijąć skrzydeł. Z cyferek prezentowanych przez Hays wynika, że rozważających zmianę pracy jest więcej, ale mówią o dłuższej perspektywie decyzyjnej, co oznacza, że nie należy traktować ich deklaracji z przesadną powagą. A poniżej obrazek pokazujący w jakich specjalizacjach rzucanie roboty jest najmniej ryzykowne ;-):

      hays2

      RZUCIŁ PAPIERAMI? JEST TYLKO JEDNA SZANSA NA TRZY. Dobrym sposobem jest kontroferta finansowa, która w niektórych wypadkach pozwala ukoić ból istnienia pracownika. Ale z raportu wynika, że według pracodawców nawet jeśli uda się na chwilę zatrzymać rzucającego papierami pracownika, to 30% z "ocalonych" i tak najdalej w ciągu roku po raz kolejny spróbuje odejść (tym razem skutecznie), zaś 36% w ogóle nie daje się zatrzymać, bo po prostu propozycji podwyżki nie przyjmują. Wychodzi na to, że pracodawca ma tylko jedną trzecią szans, by argumentem finansowym "przekupić" naprawdę wkurzonego pracownika. Czym więc hays4powinien go przekupić, jeśli nie pieniędzmi?

      NIE KOCHA? CO ZROBIĆ ŻEBY POKOCHAŁ? Poniżej ciekawa grafika, która to pokazuje. Najczęściej oferowanym i najbardziej cenionym przez pracowników bonusem jest prywatna opieka medyczna (biorąc pod uwagę jej lecącą na zbity pysk jakość sądzę, że ten bonus niedługo przestanie być ceniony przez pracowników. Poza tym jednym argumentem preferencje obu stron się rozjeżdżają. Pracodawcy dają nam w prezencie karty sportowe, ale my wolelibyśmy możliwość elastycznej pracy (żeby samemu sobie układać grafik, móc pracować z domu albo w nietypowych godzinach). Oni nam wrzucają opłacane przez firmę ubezpieczenie na życie, a my chcielibyśmy, żeby nam dofinansowali edukację. My chcielibyśmy dodatkowych dni urlopu (poza to, co gwarantuje nam kontrakt lub prawo pracy), a oni chcą nam dać zniżkę na produkty lub usługi firmy, w której pracujemy. Tylko co do auta służbowego w miarę się zgadzamy z pracodawcami, że to fajna rzecz, acz fajna umiarkowanie ;-). W zaistniałej sytuacji życzę nam wyższej mediany, a naszym pracodawcom żebyśmy mieli więcej dodatkowego płatnego urlopu ;-)).

      hays5

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Co czwarty chce rzucić papierami. Co trzeci da się ubłagać. Ale jak błagać, żeby się udało?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 06 stycznia 2017 09:39
  • poniedziałek, 19 grudnia 2016
    • Dolar szaleje, euro i frank za drogie? Ich to wcale nie martwi. Nasz strach to dla nich żniwa

      Dwie branże są w Polsce wizytówką hipotezy, że banki mają przerąbane, bo są za ciężkie i za mało zwrotne. Pierwsza to oczywiście firmy zapewniające konsumentom finansowanie pozabankowe. Takie asy jak Vivus, czy Wonga wcisnęły się na rynek drobnych, niskokwotowych pożyczek dostępnych od ręki, z poziomu smartfona. Prawdopodobnie Polacy pożyczają w tego typu firmach już kilka miliardów złotych (są dane, które mówią, że banki straciły już jedną czwartą rynku najmniejszych pożyczek!). Drugą branżą, która zdążyła już zrobić bankowcom realne kuku są kantory internetowe. Bankowcy sami sobie to-to wyhodowali, narzucając bandyckie spready przy fikcyjnej wymianie walut dotyczącej kredytów hipotecznych we frankach. Zebrało się kilku ziomków i zbudowali platformy internetowe, które z jednej strony przyjmują zlecenia zakupu waluty, z drugiej zlecenia sprzedaży i biorąc tę walutę z foreksu po minimalnej marży przekazują je klientom z konta na konto.

      Na początku sprawy wyglądały chałupniczo, bowiem trzeba było przelać pieniądze na konto takiej firmy-krzak, prowadzącej w sieci kantor, a potem modlić się, żeby ona odsyłała ją nam w innej walucie na wskazane konto walutowe. Teraz już klienci zakładają w takich serwisach coś a la elektroniczne portmonetki w kilku walutach i wpłacają na nie pieniądze, a potem klikają ikonę "kup". Obca waluta, przeliczona po wskazanym kursie (z reguły niewiele odchylonym od kursu NBP) trafia do sąsiedniej portmonetki. Można ją potem przelać do banku-kredytodawcy (jeśli potrzebne są franki) albo na swoje konto walutowe w banku. Jedyną wadą internetowych kantorów jest to, że z reguły nie umożliwiają dostępu do obcych walut w gotówce. Niektóre banki tak się wkurzyły, że walczyły z nimi nakładając prowizje od przelewów przychodzących.

      kantoryonline1Ale te defekty nie zmieniają faktu, że internetowe kantory robią furorę. Z wartego 150-160 mld zł rynku wymiany walut zgarnęły już co najmniej 20%. Najprawdopodobniej korzysta z ich usług 600-700 tysięcy Polaków, co jest bardzo dużą liczbą biorąc pod uwagę, że grupa osób mających potrzebę wymiany walut jest z definicji ograniczona - np. na letnie wakacje za granicę wyjeżdża nie więcej, niż 3-4 mln osób rocznie. Z niepełnych jeszcze wieści z największych internetowych kantorów wychodzi, że prawdopodobnie w tym roku pośredniczyły (i jeszcze będą pośredniczyć) przy wymianie walut za 40 miliardów złotych. Jak na "garażowy" interes założony tylko po to, żeby dało się jakoś uniknąć bandyckich spreadów bankowych - nieźle. Z wyliczeń e-kantorowców wynika, że na różnicy spreadów na wymianie każdych 100 euro średnia oszczędność klienta w porównaniu z innymi miejscami wynosi 20 zł. Obecność internetowych kantorów zmniejszyła też spready w kantorach fizycznych, w których klient dostaje do ręki pachnącą gotóweczkę. Kiedyś spread w takich kantorach obowiązkowo wynosił te 4-5% (a było i 10-15%), a teraz zdarzają się kantory, które zadowalają się stawką 2-3%. Tylko banki są wciąż niereformowalne.

      kursywalutomat

      Wygląda na to, że kończy się wojna na wyniszczenie między dziesiątkami kantorów online. Spready u internetowych handlarzy walutami są tak niskie (często poniżej jednej dziesiątej punktu procentowego), że zarobić mogą tylko ci, którzy mają ogromne obroty. Przynajmniej 80% rynku kontrolują tylko trzy internetowe serwisy wymiany walut: InternetowyKantor.pl, Walutomat.pl oraz Cinkciarz.pl. Wszystkie powstały w 2010 r., kiedy frank szybował, a frankowicze byliby gotowi zrobić wszystko, byleby zaoszczędzić na spreadach. Dwa pierwsze z wymienionych kantorów należą do jednego właściciela, firmy CurrencyOne. Z trójki liderów każdy ma ponad 200 tysięcy klientów. Walutomat.pl ma odmienną od konkurentów formułę działalności - tam klienci nie tyle zlecają zakup lub sprzedaż walut, którą kantor przeprowadza na rynku forex, lecz sami wymieniają się pieniędzmi, handlując między sobą (platforma tylko między nimi pośredniczy).

      Niewykluczone, że dla internetowych kantorów przychodzi czas żniw. Bowiem tak, jak np. dla sprzedawców złota czasem wzmożonego popytu jest wzrost cen kruszcu (choć na logikę powinno być odwrotnie, bo lepiej jest kupować tanio, niż drogo), tak dla kantorowców złote czasy przychodzą w erze drogich walut. No bo tak: każdy kredytobiorca, który chce spłacać raty bezpośrednio w walucie obcej, chciałby sobie jej trochę kupić na zapas. Przedsiębiorcy, którzy ściągają z zagranicy półprodukty albo surowce - tak samo. Ludzie wreszcie zamieniają część swoich złotowych oszczędności na walutowe, żeby uchronić się przed spadkiem realnej wartości złotówek. Słabnąca w oczach gospodarka, Brexity, Trumpy, wybory w Niemczech i we Francji - to wszystko będzie napędzało niepewność i zwiększało wahliwość kursów walut. Handlarzom walutami przez internet to pasuje.

      walutenCurrencyOne właśnie pochwaliła się, że jego dwa serwisy w listopadzie pobiły rekordy popularności, notując najwyższe obroty w historii. Użytkownicy InternetowyKantor.pl oraz Walutomat.pl w zeszłym miesiącu wymienili waluty o łącznej wartości ponad 1,6 miliarda złotych. Wyższa o 25% niż w poprzednich miesiącach była też liczba transakcji - 200 tysięcy (przeciętna wartość jednej - 8200 zł). Najwyższa transakcja wykonana przez klienta indywidualnego dotyczyła kwoty... 1,3 mln zł. Widać ktoś miał do spłacenia dużą miniratkę, albo nie wytrzymał nerwowo i postanowił wyemigrować z kraju. Nie wiem niestety jaką walutę kupował. Są tylko statystyki ogólne: frank to 6% walut wymienianych przez serwisy CurrencyOne, zaś najpopularniejsze jest euro - 57% (dolar - 28%, funt - 9%)

      kantoryonline2Jak napisałem wcześniej, główną "ofiarą" rozwoju internetowych kantorów nie są wcale kantory tradycyjne, z papierowymi banknotami "na składzie" (dla ich klienteli internet nie jest atrakcją, bo potrzebują dostępu do fizycznej gotówki), lecz bankowe usługi wymiany walut. Nie ma danych ilu klientów walutowych straciły w ostatnich latach banki, ale musi to być znacząca liczba, skoro bankowcy próbują z tym trendem walczyć. Internetowy kantor Alior Banku jest uznawany przez obserwatorów rynku za czwarte-piąte najpopularniejsze miejsce wymiany walut w sieci (żeby z niego korzystać nie trzeba mieć konta w tym banku), zaś Raiffeisen Bank wszedł na rynek z ofertą internetowej wymiany walut połączonej z możliwością wypłaty gotówki. Bank dogadał się w tej sprawie z właścicielem bankomatów Euronet, którego niektóre maszyny wypłacają nie tylko złote, ale i euro.

      Pożyczki online i internetowe kantory online to pierwsze innowacje, które dały znak do ataku firm technologicznych na banki. Pozabankowe firmy coraz bardziej opanowują już rynek pośrednictwa przy płatnościach (aplikacje typu SkyCash, mPay, PayU, Android Pay albo przelewy ekspresowe wprowadzone w pierwszej kolejności przez BlueMedia), transferów pieniężnych (także tych międzynarodowych, chociaż opisywany przeze mnie serwis Valuto.com niestety się wykrzaczył), a nawet zapędzają się na rynek usług quasibankowych (np. usługa DiPocket bardzo podobna do konta bankowego, czy karta kredytowa firmy Lew). Na ile bankowcy będą w stanie odpowiedzieć na tę ofensywę mając tak nędzną reputację, jak obecnie?

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Dolar szaleje, euro i frank za drogie? Ich to wcale nie martwi. Nasz strach to dla nich żniwa”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 19 grudnia 2016 19:05

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


użytkowników on-line