Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

16. Pieniądze nie tylko w Polsce

  • niedziela, 05 marca 2017
    • Płaciłem okiem, a mój mózg "powiedział" jakie auto powinienem kupić. Dziwna ta przyszłość

      GSMA_mobile_world_congress_MWCNa targach Mobile World Congress 2017 w Barcelonie miałem okazję zobaczyć i momentami nawet poczuć na własnej skórze jak w najbliższym czasie będzie się zmieniało nasze życie. Jak będzie w nie wchodziła sztuczna inteligencja, boty, automatyczni asystenci, czujniki monitorujące każdy nasz ruch, biometria. I jak urządzenia nas otaczające będą się ze sobą łączyły i za naszymi plecami "dogadywały się" ze sobą. Formalnie po to, żebyśmy mieli łatwiej, ale tak naprawdę to trudno powiedzieć jak to się skończy. Niektóre z tych pomysłów są jeszcze na etapie wizji i oczekiwania, aż świat pokryje internet nowej generacji 5G (ma to nastąpić już w ciągu czterech najbliższych lat), a niektóre są bardzo realne. O kilku już pisałem w poprzednich relacjach z MWC 2017, a teraz chciałbym zaserwować Wam przegląd tych, które mnie najbardziej zauroczyły, przeraziły albo zadziwiły.

      Czytaj też: Te "inteligentne" okulary zastąpią smartfona i kartę płatniczą?

      Czytaj też: To może być prawdziwa bomba. Ekran, który jest... terminalem płatniczym!

      Czytaj też: Jest jeszcze szybszy i wygodniejszy sposób płacenia smartfonem! Debiut!

      CAŁE MIASTA ZROBIONE Z INTELIGENCJI. To był jeden z motywów przewodnich najważniejszego kongresu telekomunikacyjnego. W wielu miejscach pokazywano technologie służące do tworzenia i zarządzania inteligentnymi usługami, urządzenia, które to ułatwiają, a także systemy informatyczne, które to wszystko mają spinać. W małej skali poczujemy to już w tym roku - pisałem z Barcelony, że Deutsche Telekom testuje już usługę "parkowania przez internet", czyli tworzenia mapy wolnych miejsc parkingowych (tworzonej na podstawie danych ze specjalnych czujników oraz internetu wąskopasmowego). I że będzie oferował liczniki prądu umożliwiające wizualizację i zarządzanie zużyciem energii w naszych mieszkaniach. A w skali miasta to może wyglądać tak, jak na poniższym filmiku. Stopień wypełnienia śmietników miejskich monitorowany online, natężenie ruchu na drogach regulowane inteligentnym systemem sygnalizacji, parki miejskie podlewane zdalnie, w zależności od potrzeb. I sporo danych dotyczących tego co dzieje się w mieście dostarczanych na nasze smartfony, które z wykorzystaniem tych danych będą nam sugerowały najbardziej rozsądne rozwiązania.

      ROBOT-ASYSTENT NA KAŻDE ZAWOŁANIE. DOSŁOWNIE. Samsung na swoim stoisku, poza nowymi urządzeniami i całym przemysłem rozrywkowym opartym na wirtualnej rzeczywistości, zaprezentował swoją wizję naszego życia za lat kilka lub kilkanaście. Życie to będzie przebiegało lekko, łatwo i przyjemnie, gdyż większość prostych decyzji będzie podejmowała za nas automatyczna asysta. Już dziś w niektórych domach jest słynna Alexa i inne tego rodzaju roboty potrafiące rozpoznawać polecenia głosowe. Można je poprosić o włączenie ulubionej muzyki, albo o sprawdzenie prognozy pogody. W przyszłości taki automatyczny asystent ma być na tyle "inteligentny", że zdejmie z nas większość rzeczy, o których powinniśmy pamiętać. Podpowie co mamy do zrobienia danego dnia, zasugeruje kiedy (bo lodówka pusta) i gdzie powinniśmy zrobić zakupy (bo taniej lub bliżej), wybierze za nas bilety na pociąg lub samolot... Na razie to tylko wizja, ale jej realizacja zależy nie tyle od ograniczeń sztucznej inteligencji (bo ją można rozbudowywać w nieskończoność) ile pojemności sieci - automatyczny asystent będzie mógł nas wyręczyć, o ile będzie się łączył z jak największą liczbą urządzeń, baz danych oraz miejsc. I to będzie musiał być internet niezawodny oraz o wysokiej przepustowości. Czyli 5G

      20170228_1447591INTERNET RZECZY... TAKICH, KTÓRE URATUJĄ ŻYCIE. Nie grzeje mnie internet rzeczy. Nie działa na mnie wizja samonapełniającej się lodówki (jestem w stanie się obyć bez automatycznych zakupów przez internet). Trochę cieplej myślę o czujnikach, które pozwalają w sklepie kupować bez przechodzenia przez kasę (jeśli wszystkie produkty, które kupuję, automatycznie "doliczą się" do rachunku, to kwestia kasy przestaje mieć znaczenie). Ale to, co autentycznie mnie podnieciło, to pokazany na stoisku koreańskiej firmy telekomunikacyjnej KT system bezpieczeństwa w górach. Ma być wprowadzony na terenie całej Korei Południowej wiosną tego roku w oparciu o specjalną sieć nadajników telekomunikacyjnych. Żeby z niego korzystać wystarczy specjalna kurtka wyposażona w sensory mierzące podstawowe funkcje życiowe, nadajnik GPS oraz detektor sytuacji awaryjnych, który w razie potrzeby niezależnie od "właściciela" nada sygnał SOS do centrum ratunkowego. Kurtka ma "działać" nawet wtedy, gdy turysta będzie poza zasięgiem "normalnej" sieci telekomunikacyjnej. I taki internet rzeczy to ja rozumiem, a nie jakieś-tam napełnianie lodówki. Kiedy zobaczymy go w Tatrach?

      SPRYTNY SAMOCHÓD WYCZUJE CIĘ LEPIEJ, NIŻ ŻONA. Bardzo dużo było w Barcelonie o tzw. connected cars, czyli samochodach, które są stale podłączone do internetu i dzięki temu mogą aktywnie asystować swojemu właścicielowi. I tu już nie chodzi tylko o przekazywanie informacji o sytuacji na drodze, monitorowanie jazdy samochodu (to istotne dla właścicieli firm, którzy chcą wiedzieć gdzie są kierowcy) oraz o dostarczanie usług typu infotainment (czyli ściąganie z sieci ulubionej muzyki lub informacji określonego typu ze stacji radiowych). Widziałem rozwiązania, które pozwalają przekazywać do "centrum zarządzania" samochodem - i tam przetwarzać - multum informacji ze smartwatchów lub smartfonów. A to już wrota to takiej konfiguracji pracy silSEAT21nika samochodu, by np. nie pozwolił za bardzo rozpędzić się komuś, kto jest bardzo zdenerwowany. Widziałem też systemy, które pozwalają tankować samochód i płacić za paliwo z wykorzystaniem aplikacji mobilnej i komputera pokładowego w aucie. W samochodach czeka nas ewidentnie technologiczna rewolucja.

      NEUROKONFIGURATOR, CZYLI TWÓJ MÓZG WIE LEPIEJ. Miałem okazję testować na sobie również zdobycze neuromarketingu. Firma Seat zaprezentowała neurokonfigurator, czyli urządzenie, które sprawdza co nam się podoba na podstawie sygnałów podprogowych wysyłanych przez nasze mózgi. Rzecz wygląda tak, że nakładam na głowę specjalną obręcz połączoną ze sprzętem do badania reakcji mojego mózgu, kładę ręce na pulpicie (niektóre palce są ułożone na metalowych przyciskach), a potem oglądam wyświetlane na ekranie obrazy. Czasem system każe mi na kilka sekund zamknąć oczy, czasem oglądać ludzi skaczących na spadochronie, albo takich, którzy leżą na hamaku i się nudzą. System sprawdza moje reakcje na wyświetlanie różnych kolorów, a na koniec orzeka jakie parametry auta pasują do mojej osobowości. Ja "zasłużyłem" na silnik 2.0 TDI jako osobnik bardziej wyluzowany, niż zestresowany, a także na więcej elektroniki łączącej mnie ze światem, bo wyszło, że jestem "uspołeczniony" oraz bardziej innowacyjny, niż klasyczny. Bardziej racjonalny, niż emocjonalny o osobowości - uwaga, niektórzy bankowcy mogą nie uwierzyć - "wrażliwy".

      PŁACENIE NA OKO. W sposobach płacenia rewolucja dopiero co była. Najpierw weszły do powszechnego użytku karty zbliżeniowe, a ostatnio różne sposoby płacenia za pomocą smartfona - czy to poprzez BLIK, czy to poprzez zbliżenia (w dwóch opcjach: HCE oraz Android Pay, a wkrótce być może jeszcze jedna technologia zbliżeniowa, która też miała premierę w Barcelonie). Donosiłem Wam, że w ramach zbliżeniowości za chwilę upowszechnią się specjalne ekrany, które nie tylko będą emitowały reklamy, ale będą też terminalami płatniczymi. Na horyzoncie jest płacenie biometryczne, które miałem okazję wypróbować, bo prezentowała takie cuda organizacja płatnicza Visa. Rzecz polega na... płaceniu okiem. Na razie Visa prezentuje ten sposób zatwierdzania zakupów w ramach wirtualnej rzeczywistości, ale wkrótce mają wejść do sprzedaży "inteligentne okulary" (było o nich w blogu w jednej z relacji z Barcelony) i kto wie czy płacenie okiem nie będzie w dalszej przyszłości jedną z ich funkcji.

      Procedura wygląda tak, że trzeba skupić wzrok przez kilka sekund na wskazanym miejscu na ekranie (jest tam niewielkie kółko), a w tym czasie wypełnia się wskaźnik zgody na przeprowadzenie transakcji. Jeśli choćby na moment przeniosę wzrok ze wskazanego miejsca, płatność zostanie anulowana. Proste jak drut. A zamiast loginu i hasła jest oczywiście weryfikacja siatkówki oka. Pewnie nie za rok, ani za dwa, ale za kilka lat ten sposób płacenia - najpierw w grach VR, a potem w prawdziwym życiu - stanie się przynajmniej opcją do wyboru, o ile nie nowym standardem.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      niedziela, 05 marca 2017 20:37
  • poniedziałek, 20 lutego 2017
    • U progu dorosłości wygrała milion. I chce za to pozwać organizatorów gry. Absurd? A może nie?

      Myśleliście kiedyś o tym jak to by było świetnie wygrać milion na loterii? Albo pięć milionów? Rzuciłoby się robotę, kupiłoby się duży dom i porządną furę, rozdało trochę kasy rodzinie (żeby nie zrzędziła) lub potrzebującym (żeby się lepiej poczuć), zwiedziłoby się świat, leżałoby się i pachniało. Pełnia szczęścia? Otóż niekoniecznie. Internet pęka w szwach od opowieści ludzi, którzy wygrali ogromne pieniądze i po kilku latach nie było po nich śladu. Zacytuję tylko jeden, pochodzący sprzed trzech lat i dotyczący osoby, która wygrała w Loto prawie 3 mln zł. "Ponad milion złotych w trzy lata zniknął na różne zakupy, wyjazdy, no i na życie. Przez prawie dwa lata nie pracowaliśmy, a wydawaliśmy krocie. Pierwszą lokatę założyłem dopiero po ponad roku od wygranej, więc dużo pieniędzy wypływało, a nic nie wpływało. Potem i tak musiałem sięgnąć do tych oszczędności, bo postanowiliśmy wrócić do pracy, ale na swoim. Jak to bywa na rynku, interes się nie do końca udał, ale swoje koszty wygenerował" - opowiadał jeden z milionerów serwisowi NaTemat.

      W blogu też było niemało opowieści o tych, którzy wygrali miliony i już ich nie mają. Nie jest to zjawisko nadzwyczajne, takie rzeczy się zdarzają. Podobno 10% zwycięzców loterii bankrutuje w ciągu kilku lat. Nie wiedzą jak się obraca takimi pieniędzmi i tracą cały majątek. Podobne zjawisko dotyczy zresztą również sportowców, którzy kończą kariery i zamiast spokojnie prowadzić żywot rentierów pakują się w finansowe tarapaty. Nie każdy bankrutuje, bo głupio inwestował, za dużo wydawał i naiwnie pożyczał, czasem po prostu okazało się, że depozyt w banku niekoniecznie jest najbezpieczniejszą opcją. Gdy przychodzi hiperinflacja - a od czasu do czasu Polską rządzą "artyści", którzy sztucznie "produkują" inflację, by rozdawać pieniądze bez pokrycia - to banknotami wypłacanymi w banku można sobie tapetować ściany.

      Masz oszczędności i boisz się inflacji? Oto kilka samcikowych rad o tym gdzie umieścić pieniądze w niepewnych czasach

      loteriaLokowanie dużych pieniędzy to sztuka. Nie bez powodu pisałem w blogu poradnik dla osób, które nagle stały się posiadaczami milionowych fortun - niekoniecznie po wygranej w Lotto, czasem po prostu po otrzymaniu spadku. Od czasu do czasu piszą do mnie, jako do niezależnego eksperta, tacy szczęśliwcy prosząc o radę. I wcale nie wyglądają na szczęśliwych, raczej na wystraszonych. Bo jak się ma wiele do stracenia, to i presja człowieka zjada. Ale chyba jeszcze większy problem rodzi się w głowie. Posiadanie milionów potrafi spowodować zmiany w mózgu: człowiek myśli inaczej, zachowuje się irracjonalnie, traci przyjaciół, zmienia się na gorsze i robi sobie krzywdę. Właśnie za to chce pozwać National Lottery, państwowego organizatora loterii Euromillions (to takie Lotto, tylko za większe pieniądze ;-)) oraz innych gier losowych, jedna z uczestniczek, brytyjka Jane Park (to ta dama na zdjęciu, jako żywo nie przypominająca ofiary postępującej depresji ;-)).

      Pani Park nie grała co prawda w "zwykłe" brytyjskie Lotto, ale i tak spotkało ją coś niespodziewanego. Jest najmłodszą osobą, która wygrała w jackpota (a pisząc po ludzku, w "jednorękiego bandytę") okrągły milion funtów (lub coś koło tego, amerykańskie źródła podają wartość 1,25 mln dolarów). Dziś ma 21 lat, ale posiadaczką miliona stała się jako... 17-latka. W Wielkiej Brytanii prawo pozwala grać w niektóre gry losowe już 16-latkom. Pani Park nikt do grania nie zmuszał, ale dziś twierdzi, że jackpot nie tylko uczynił ją bogatą, ale przede wszystkim "zrujnował jej życie". A zrujnował, bo była zbyt młoda, by poradzić sobie z nagłym przypływem bogactwa.

      Jak "zagrać" w Euromillions przez internet? Pan Ryszard pomoże. Ale czy podzieli się wygraną? ;-). Mam wątpliwości ;-))

      Jak mieć 5000 zł gwarantowanej pensji przez 20 lat? Lotto ma na to pomysł. Ale czy warto skorzystać? Policzyłem to!

      "Czasami czuję, że wygrana na loterii zrujnowała mi życie. Bez tych pieniędzy przeżyłabym ostatnie lata 10 razy lepiej" - zwierzyła się pani Park. I zwierzyła się też, że zamierza złożyć pozew przeciwko operatorowi loterii. A co w jej życiu poszło nie tak? Po pierwsze: zakupoholizm. Kiedy 17-latka dostaje do dyspozycji nieograniczony w jej mniemaniu budżet zakupowy, to kupuje bez opamiętania i wchodzi jej to w krew. Po drugie: trudno jest było znaleźć chłopaka, który byłby z nią z powodu jej piękna wewnętrznego, chętni są tylko do tego, by prawić czułe słówka i uprawiać seks w zamian za dostęp do portfela. Pani Park obwiniła też National Lottery o to, że nie ma prawdziwych przyjaciół (patrz punkt wyżej) oraz że jej życie jest "puste". Nie jest tak dosłownie, bo pechowa zwyciężczyni loterii - to trzecie oskarżenie - wydała część pieniędzy na operacje plastyczne (można powiedzieć, że "zainwestowała w siebie", ale chyba nie jest to inwestycja udana, bo 21-latka dziś nie lubi swojego nowego ciała, "ufundowanego" przez organizatora loterii).

      Czwarty punkt oskarżenia to brak pracy. Przed wygraną w loterii Jane pracowała jako asystentka administracyjna w jednej z prywatnych firm, zarabiała 8 funtów za godzinę (przy tamtejszych płacach i sile nabywczej byłoby to w okolicach polskiej płacy minimalnej - 13 zł za godzinę) i mieszkała w skromnym mieszkaniu w szkockim Edynburgu. Oczywiście pracę rzuciła, by rzucić się w wir zakupów. Teraz nie ma co prawda stałej pracy, ale za to jest właścicielką jaskrawo-fioletowego Range Rovera i dwóch nieruchomości. To czego nie wydała na zakupach w galeriach handlowych, na samochody i domy, operacje plastyczne, zanihilowała na podróże po całym świecie. Nie jest tak źle z tą siłą nabywczą funta, skoro skromny milion funtów pozwolił na aż tak wiele ;-).

      Rozumiem, że kiedy po czterech latach Jane ochłonęła (lub kaska zaczęła się kończyć), okazało się, że coś w jej życiu poszło nie tak. Ale czy można obwiniać o to organizatora loterii? Pani Park uważa, że państwowy monopol loteryjny popełnia niegodziwość dopuszczając do jakichkolwiek gier losowych i hazardowych osoby niepełnoletnie, niedojrzałe emocjonalnie, które nie mają szans udźwignąć wygranej. "Nie można dać 17-letniej osobie takich pieniędzy!" - twierdzi pechowa zwyciężczyni gry w jackpota. Rzecznik brytyjskiego operatora loterii powiedział, że firma przekazała jej - razem z nagrodą - wszystkie niezbędne porady finansowe o tym jak zajmować się takimi pieniędzmi. I że skoro prawo pozwala na granie przez 16-latków w jackpota, to nie można mówić o przestępstwie. Na jego miejscu dodałbym też, że skoro milion funtów wygranej tak zniszczył pani Park życie to jak bardzo zrujnowałoby je odszkodowanie przyznane przez ludzie od loterii? ;-)

      Bardzo jestem ciekaw jak oceniacie tę sytuację? Czy 21-latka chce wyłudzić kolejne pieniądze po tym jak zasmakowała w nic-nie-robieniu i wydawaniu kasy w wersji unlimited? A może rzeczywiście powinna mieć pretensje do organizatorów loterii za to, że pozwalają grać i wygrywać osobom, które najprawdopodobniej te pieniądze zniszczą, a nie "ustawią" na całe życie? Ale czy wtedy w ogóle nie trzeba byłoby wprowadzić zasady, iż każdy uczestnik gry losowej musi mieć zaświadczenie od psychologa, że gryby wygrał to mu nie odbije? A poza tym jeśli ktoś miałby się troszczyć o zbyt młodych zwycięzców gier losowych, to może powinien też ogarniać problemy młodocianych sportowców (czyli wprowadzić im limit zarobków) oraz tych, którym kariera rozwija się za szybko (a więc zaczynają za szybko zarabiać pieniądze)? Jakoś nikt nie zakazuje sprzedawania ferrari gówniarzom, którzy potem rozbijają je na pierwszym drzewie. Na drugą nóżkę: ale przecież prawo chroni - a przynajmniej próbuje chronić - obywateli przed lichwą, za frankowicze domagają się unieważnienia ich kredytów stawiają zarzuty, że nie wiedzieli na jakie ryzyko się piszą... Może porównanie nie na miejscu, ale z drugiej strony tu kasyno i tu kasyno. Chociaż na jednym z tych lokali widniał szyld ze stosowną informacją :-). Ale może mimo wszystko panią Park - oraz innych młodocianych, którzy przepuszczają fortuny w automatach nawet jeśli ich nigdy nie wygrają - też należało chronić przed wygraną? Bardzo jestem ciekaw Waszych opinii.

      O LOKOWANIU OSZCZĘDNOŚCI W AKCJI "DYWIDENDA JAK W BANKU". Od wiosny 2016 r. w blogu trwa akcja "Dywidenda jak w banku", w której zdradzam sposoby na w miarę bezpieczne lokowanie oszczędności inaczej, niż tylko na depozycie bankowym. Zapisując się na newsletter akcji nie przegapicie żadnego z kolejnych tekstów, klipów wideo, webinarów, ani konkursów. W akcji bierze też udział Longterm.pl, najstarszy stażem bloger zajmujący się inwestowaniem długoterminowym, a także Giełda Papierów Wartościowych oraz Stowarzyszenie Inwestorów Indywidualnych i BPH TFI. Obejrzyjcie też jak - wspólnie z Longtermem - mierzyliśmy się z lękami związanymi z lokowaniem oszczędności, zwiedzaliśmy kasyno, udaliśmy się na ryby. Zabawne i pouczające.

      ZOBACZ MOJE PROGRAMY WIDEO! Zapraszam do obejrzenia pierwszego sezonu tygodnika wideo "KASOWNIK SAMCIKA". Jest tam o sprytnych sposobach na oszczędzanie, o studiowaniu, pracowaniu, zaciąganiu kredytu hipotecznego, o zakupach, kontach bankowych, ubezpieczeniach, lokatach, podatkach... Poza poradami w każdym wydaniu czerstwy żart prowadzącego :-)), ciekawostka o pieniądzach oraz finansowy trik Samcika. Zapraszam do obejrzenia wszystkich zeszłorocznych odcinków. Wkrótce kolejna seria! Subskrybuj kanał YouTube "Subiektywnie o finansach"!

      Zapraszam też do obejrzenia spektakularnego cyklu wideo "OD OSZCZĘDZANIA DO INWESTOWANIA". W ośmiu odcinkach realizowanych przy "wsparciu" wszystkich możliwych żywiołów opowiadam o tym, jak małymi krokami zabrać się do oszczędzania pieniędzy i co można zrobić, żeby namnażały się szybciej.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „U progu dorosłości wygrała milion. I chce za to pozwać organizatorów gry. Absurd? A może nie?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 20 lutego 2017 09:06
  • piątek, 03 lutego 2017
    • Oto najsolidniejsze marki świata. Warte tyle, co... ćwierć Polski ;-). Ich zmiany niosą nam kłopoty

      Każde dziecko wie, że solidna marka to dobro nieocenione. Nad jej wartością pracuje się latami, a stracić wszystko można w jedną chwilę. Dzięki solidnej reputacji marki jej właściciel może brać za swoje usługi - lub produkty - znacznie więcej pieniędzy, niż konkurenci, nawet jeśli różnica w jakości dostarczanej klientowi jest niewielka. Są firmy, w których najcenniejszym aktywem jest właśnie marka, brand, znak firmowy, logo. Całą resztę można kupić albo outsourcować. Widać to świetnie choćby w świecie finansów, gdzie produkty są w zasadzie takie same, a różnią się głównie "opakowaniem". Cytowałem kiedyś w blogu badania wiarygodności banków, z których wyszło, że duża część klientów nie wyobraża sobie lokowania pieniędzy gdzieś indziej, niż w PKO BP, choć przecież w innych bankach oprocentowanie jest wyższe, a gwarancje państwowe dla depozytów - identyczne. To właśnie dzięki reputacji marki PKO BP może mieć koszt pozyskiwania pieniądza od klientów na poziomie 0,7%, a inne banki muszą płacić dwa razy więcej.

      Nieprzypadkowo wspomniałem o największym polskim banku: kilka dni temu dziennik "Rzeczpospolita" ogłosił wyniki rankingu najcenniejszych polskich marek i PKO BP był w nim na trzecim miejscu, utrzymując miano najcenniejszego brandu finansowego - "skarbonka" została wyceniona na 3,2 mld zł (mniej więcej tyle, ile wynosi roczny zysk banku ;-)). Na drugim miejscu znalazła się Biedronka (3,8 mld zł), zaś na pierwszym - Orlen (3,9 mld zł). Wartość marki wynika po części z sieci dystrybucji i udziałów rynkowych, ale nie tylko. Idąc do PKO BP mamy irracjonalne poczucie większego bezpieczeństwa pieniędzy, niż w banku w Pcimiu, tankując na Orlenie wydaje nam się, że to paliwo będzie wyższej jakości, niż na stacji no-name, a wybierając Biedronkę spośród innych "owadów" wierzymy, że kupimy tam tańsze i świeższe towary. Dzięki temu - między innymi - firmy te zarabiają większe miliardy, niż konkurenci oferujący zbliżoną jakość i może nawet lepsze ceny.

      Żadna polska marka nie zmieściła się jednak w rankingu 500 najbardziej wartościowych marek globalnych, który przygotowuje od ponad 10 lat londyński Brand Finance. Spojrzałem z ciekawości na najnowsze, opublikowane właśnie, cyferki i muszę przyznać, że dzieją się tam rzeczy wielkie. Najcenniejszą marką świata przestało być już nadgryzione jabłko Apple'a, zaś jego miejsce zajął Google. Ten brand wyceniono na 109,5 mld dol., czyli równowartość 440 mld zł. Innymi słowy: na jedną czwartą PKB Polski (czyli wartości rynkowej wszystkich wytworzonych przez nas przez cały rok towarów i usług) oraz na więcej, niż roczne wydatki budżetu państwa (niecałe 400 mld zł). Powyżej 100 mld dol. warte są jeszcze znaki firmowe wspomnianego już Apple'a i Amazon.com. W pierwszej dziesiątce są dwa telekomy, dwaj producenci sprzętu mobilnego, cztery firmy internetowe i tylko dwie firmy ze "starej" gospodarki - chiński bank ICBC oraz sieć marketów Walmart.

      all2017

      W top ten naliczyłem też tylko dwie marki spoza USA - to koreański Samsung oraz ICBC właśnie. Ten ranking, jakkolwiek subiektywny - bo jednak wartość marki nie zawsze pokrywa się z wartością rynkową firmy - pokazuje małość Starego Kontynentu, przynajmniej w sensie tworzenia marek budzących respekt i uwielbienie na całym świecie. Pierwsze marki europejskie pojawiają się dopiero pod koniec drugiej dziesiątki - to niemieckie BMW (wartość 37,1 mld dol.), Deutsche Telekom (36,4 mld dol.) i brytyjski Shell (36,7 mld dol.). To trzy jak najbardziej tradycyjne firmy, ze "starej" gospodarki. Jeszcze 10 lat temu w dziesiątce najcenniejszych marek świata Europa miała HSBC i Nokię, a tuż za dziesiątką mieściły się Vodafone i L'Oreal. Coś musi być nie tak z konkurencyjnością Europy, skoro zjada nas Ameryka i Azja. Zwłaszcza ta druga. Dziesięć lat temu w pierwszej dwudziestce najcenniejszych marek nie było żadnej chińskiej i tylko jedna azjatycka (Toyota). A dziś? Trzy koncerny z Chin (ICBC, China Mobile, China Construction Bank), dwa z Japonii (Toyota, NTT) i koreański Samsung.

      Przebiegłem po najcenniejszych markach z poszczególnych branż. Czołowe pozycje mogą być ważne dla tych z Was, którzy lubią zadawać szyku i pokazywać się wyłącznie w towarzystwie najbardziej cenionych marek ;-). Powinniście więc zajechać do pracy Toyotą (ponad 46 mld dol. wartości trademark) lub BMW, w ostateczności Mercedesem (wartości marki 35,5 mld dol.). W ręku raczej Coca-cola, niż Pepsi (32 mld dol. vs 18 mld). W ręku iPhone (w ostateczności Samsung, cała reszta odpada w przedbiegach). W barku Budweiser (jest nawet cenniejszą marką, niż Heineken) i Johnnie Walker (najcenniejsza marka alko). Jeśli kosmetyki to tylko Johnson's i L'Oreal, w ostateczności Nivea. Zakupy mimo wszystko w Tesco (wygrywa z Carrefeourem i Lidlem). Na nogach raczej Nike, niż Adidas, nie mówiąc już o innych markach. Torebka od Louis Vuitton, cała reszta ostatecznie może być z H&M. Może nie będzie zbyt ekskluzywnie, ale za to marka najsilniejsza ;-)). Polisa na życie najpewniej od Allianza. Podczas weekendowego zwiedzania mieszkamy w Hiltonie (od biedy może być Marriott, gorzej z Hyattem lub Sheratonem ;-)). W telewizji oglądamy tylko Disneya (broń Boże Warner Bros!) i dziennik Fox News (marka BBC schodzi na psy). W lekach najszybciej efekt placebo pojawia się przy produktach Roche (ewentualnie Pfizer). Na kanapkę oczywiście tylko do McDonald's, a po meble - do... Ikei.

      Na koniec przyjrzę się jeszcze mojej ukochanej branży bankowej. W setce najcenniejszych światowych marek jest dziś 14 banków mniej więcej tyle samo, ile było 10 lat temu. Ale jest zmiana jakościowa. Przed dekadą najbardziej wartościową marką bankową był zarejestrowany w Wielkiej Brytanii (choć faktycznie pochodzący z Hong-Kongu) bank HSBC, zaś w setce mieściło się jeszcze siedem banków europejskich: Santander i BBVA z Hiszpanii, Credit Suisse i UBS ze Szwajcarii, BNP Paribas, Barclays i Deutsche Bank. Dziś ostały się ledwie trzy - HSBC ze zdewaluowaną prawie o połowę wartością marki, Santander i BNP Paribas. Siłę brandów trzech europejskich bankowych potęg razem wziętych podliczono na kwotę mniejszą, niż wycena logotypu chińskiego lidera ICBC (prawie 48 mld dol.). Choć akurat w siłę marek chińskich banków za bardzo nie wierzę (zobaczymy co z nią będzie jak trzeba będzie urealnić ryzyko w "książkach").

      UOKIK PRZECZYTAŁ BLOG I... ZAPŁACĄ 40 MLN ZŁ! Pamiętacie moje oburzenie ściemą reklam o "LTE bez limitu"? W UOKiK to przeczytali, też im kapcie spadły i właśnie nałożyli na Plusa 40 mln zł kary. Są surowsi, niż ja ). Tutaj więcej o karze dla Cyfrowego Polsatu i Plusa oraz o surowym obliczu prezesa UOKiK. Coś mi mówi, że za pewien czas kary będą też za telekomunikacyjne stręczycielstwo.

      "SPRAWA...", CZYLI OD ZERA DO MILIONERA I Z POWROTEM. Miałem ostatnio przyjemność znów gościć w programie "Sprawa dla reportera". Tym razem p. red. Elżbieta Jaworowicz zaprosiła mnie do skomentowania sprawy dużego producenta konserw rybnych i jego żony. Sprzedali firmę za grube miliony, mąż zniknął z kasą, a żona została z długami i ze skarbówką na karku. Zapraszam do obejrzenia ;-)

      sprawawittbrodt3sprawawittbrod1

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „Oto najsolidniejsze marki świata. Warte tyle, co... ćwierć Polski ;-). Ich zmiany niosą nam kłopoty”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 03 lutego 2017 08:47
  • piątek, 27 stycznia 2017
    • Banki płaczą, że nikt ich już nie lubi? To niech przejdą na... Islam. Są już takie konta!

      Banki w Polsce nie mają dobrej opinii i - szczerze pisząc - może się to dla nich źle skończyć. Bankowcy co prawda przy każdej okazji wachlują się danymi z różnych badań opinii publicznej, z których wynika, iż ufamy im bardziej, niż własnej matce, ale obawiam się, że wynika to raczej z państwowych gwarancji dla depozytów, niż z reputacji samych banków. Dziś jeszcze nie ma twardej alternatywy dla trzymania oszczędności w bankach, bo finanse pozabankowe i społecznościowe nie uzyskały wystarczającej popularności. Wiele osób o nich nie wie, wiele się ich obawia (lub nie rozumie), wielu konsumentów jeszcze nie korzysta z nowoczesnych narzędzi, bez których nie da się lokować, inwestować i transferować pieniędzy bez pośrednictwa banków. Ale to się będzie zmieniało. Według McKinseya tylko w ciągu najbliższych pięciu lat banki stracą 10% przychodów, a na niektórych rynkach - nawet 25%.

      Jak bankowcy mogą się uratować? Pomysłów jest kilka. Po pierwsze: mogą się nam podlizać będąc w tle innych naszych konsumenckich aktywności, np. oferując nam rabaty dopasowane do naszych potrzeb tak dobrze, że nie będziemy umieli się oprzeć. Po prostu: doceniając nas za lojalność lepiej i w sposób bardziej dopasowany, niż dziś to robią. Opowiadałem o tym m.in. w niedawnym "Kasowniku Samcika":

      Po drugie: stając się "centrum autoryzacji", korzystają z naszych danych. Skoro w banku się już zidentyfikowaliśmy i jesteśmy znani z imienia, nazwiska oraz innych identyfikatorów, to nic nie stoi na przeszkodzie, by konto bankowe pozwalało autoryzować nam dostęp do różnych miejsc i usług. Wtedy bankowcy nie przestaną być postrzebni. Trzecia droga to... skończyć z lichwą. Odciąć się od oferowania bandyckich produktów, które opłacają się tylko bankowcom. Przestać myśleć o klientach w kategoriach rekordów w excelu i marży odsetkowej, cross-sellingu i przychodów prowizyjnych. Przestać przetwarzać depozyty na kredyty, lecz inwestować te pieniądze dla wspólnego dobra i dzielić się z klientami zyskiem.

      bankowoscislamska2Czy to możliwe? W zasadzie oznaczałoby to spadek rentowności o 90% oraz wzrost uczciwości o 990% ;-).Tak sobie myślę, że może bankowcy, chcą się nam pokazać z najlepszej strony - nie jako banda chciwych spekulantów - powinni zacząć oferować w Polsce... rachunki islamskie. To nic nowego, widziałem w bankach zachodnich specjalne odmiany rachunków bankowych (oraz całych pakietów usług) autoryzowane przez islamskie autorytety, których klienci - nazywa się to-to "islamic account" mają pewność, że pieniądze będą "używane" zgodnie z wytycznymi Islamu. A te powinny być bliskie każdemu polskiemu klientowi banku, który został naciągnięty na polisę inwestycyjną, kredyt frankowy oraz ubezpieczenie niskiego wkładu własnego. Bo gdyby taki klient miał "islamic account", to ani razu naciągnięty by nie został.

      Bankowość islamska charakteryzuje się tym, że nie ma w niej pojęcia odsetek - nie wolno ich formalnie naliczać od złożonych w banku pieniędzy. Bank może natomiast zainwestować te pieniądze w legalne, bezpieczne i korzystne dla społeczeństwa przedsięwzięcia (czyli w tzw. realną gospodarkę). Ewentualnie może też handlować z użyciem tych pieniędzy - coś kupić taniej i sprzedać drożej. A jeśli coś na tym zarobi, to klient ma zysk. W bankowości islamskiej teoretycznie nie ma odsetek, więc... nie ma też lichwy. Banki islamskie kiedyś w ogóle nie udzielały klasycznych kredytów, poza pożyczkami "bezpłatnymi", przy czym bardzo drastycznie różniły się one od "pożyczki bezzwrotnej" oferowanej jakiś czas temu przez jeden z polskich banków. Gdyby jakiś wyznawca Islamu zobaczył polską "pożyczkę bezzwrotną", to albo by się przekręcił, albo nawrócił ;-).

      "Bank działający w oparciu o model bankowości islamskiej nie pomnaża pieniędzy na zasadzie kreacji długów, ale operuje rzeczywistym kapitałem pochodzącym z depozytów. Deponent ponosi zatem rzeczywiste ryzyko, które daje mu prawo do udziału w realnie osiągniętym zysku. Wielkość zysku nie jest wcześniej znana, nie wynika bowiem z ustalonego wcześniej procentu tylko z zysku wypracowanego w procesie gospodarowania. Zgodnie z bankowością islamską bank i klient działają razem, dzieląc między siebie zarówno zysk oraz ryzyko straty, jak i samą stratę"

      - przeczytałem w Wikipedii. Pierwszy bank islamski w pełnym znaczeniu tego zwrotu powstał w Dubaju w 1977 r. (Dubai Bank, istnieje zresztą do dziś). Teraz są ich dziesiątki, a i w niektórych europejskich bankach pojawiają się produkty mające odpowiadać na popyt wyznawców religii islamskiej. No, ale skoro np. we Francji mieszka ponad 5 mln wyznawców Islamu... Ostatnio świat obiegła informacja, że trzy największe banki w Maroku będą działały po islamsku. Nota bene są ekonomiści, którzy uważają, że jak już cały system bankowy się rozpadnie jako oparty na rezerwie cząstkowej, czyli na kreowaniu kredytu przez banki komercyjne (bank w oparciu o posiadany kapitał kreuje 10x więcej kredytu, niż wartość tego kapitału), to tylko bankowość islamska zostanie :-).

      islamic_banking1

      Ja na islamski rachunek bankowy natrafiłem w brytyjskim banku Lloyds, który przecież jest jak najbardziej tradycyjną (czytaj: "lichwiarską") instytucją finansową. Mimo swej "lichwiarskiej" natury wyodrębił cały dział, który działa na innych zasadach i poddał go audytowi. Pieczątkę jakości przybili Mufti Muhammad Nurullah Shikder oraz szejk Nizam Yaquby. Nie znam gości, ale sądząc po nazwiskach - mogą znać się na prawie Szariatu.

      Przejrzałem to, co Lloyds oferuje w ramach bankowości islamskiej - a przynajmniej co deklaruje w specjalnym przewodniku udostępnianym klientom - i przyznam, że mógłbym ewentualnie w taki sposób lokować oszczędności i używać takiego rachunku bankowego na co dzień ;-)). Bank deklaruje, że pieniądze zdeponowane na rachunku islamskim nie będą używane do żadnych działań nakierowanych na uzyskiwanie przez bank odsetek (nie mówiąc już o wysokich, lichwiarskich odsetkach). Na tym rachunku nie ma też kart kredytowych, nie ma odsetek od debetu i nie ma produktów typu kredyt odnawialny, czyli planowego długu w rachunku. Bank wydaje oczywiście karty debetowe, ma usługi mobilne (czyli możliwość bankowania przez smartfona), oferuje wypłaty gotówki z bankomatów (wszystkie bankomaty Lloyds są darmowe, z obcych można bez opłat dziennie wypłacić do 500 funciaków, darmowy jest też cashback w sklepach do 50 funtów dziennie).

      bankowoscislamska3Bank nie oferuje co prawda możliwości planowanego zejścia z saldem pod kreskę (jest drobny, bezpłatny limit od 25 do 500 funtów, w zależności od klienta), ale może się zdarzyć, że klient popełni grzech i popadnie w debet nieplanowany. Wówczas już bankowcy mogą naliczyć 1,5% opłaty w skali miesiąca (choć wcześniej wyślą SMS-a ostrzegającego, spłacając pieniądze do godz. 15.30 każdego dnia można uniknąć opłaty). Kiedyś nieplanowany debet był w ogóle bezpłatny, ale bank się z tego wycofał, bo został oskarżony o dyskryminowanie klientów nie-islamskich, którzy płacili za przekroczenie limitu debetowego. Od "zwykłego" kredytu, o ile klient będzie miał potrzebę coś pożyczyć - Lloyds naliczy 2% w skali roku. Od transakcji zagranicznych kartą pobiorą też opłaty rzędu 3%. Przelew przychodzący z zagranicy kosztuje maksymalnie 7 funtów. Miesięczna opłata za prowadzenie konta wynosi 3-25 funtów (w zależności od "jakości" i aktywności klienta). Aha, no i nie ma gwarantowanych odsetek ;-)

      Lloyds nie jest oczywiście jedynym bankiem islamskim. Wspomniany przeze mnie wcześniej Dubai Islamic Bank zamiast klasycznego debetu oferuje coś takiego jak "salary in advance", czyli możliwość pociągnięcia z rachunku kwoty odpowiadającej do 90% wynagrodzenia miesięcznego, które wpływa na rachunek. Samo konto kosztuje równowartość 6 euro miesięcznie, ale w tej cenie wszystko jest już gratis (no, poza pożyczką na zakup samochodu lub domu ;-)). Dubai Islamic Bank co prawda nie oferuje gwarantowanych odsetek od depozytów, ale publikuje tabele ze "spodziewanymi" zyskami z depozytów i są to wartości niemałe. Mają tam produkt depozytowy Maximizer Wakala, który jest odpowiednikiem naszej lokaty progresywnej. "Oprocentowanie" (nazywane tu "spodziewanym zyskiem") w pierwszych miesiącach wynosi 1% w skali roku, w ostatnich - a produkt jest osiemnastomiesięczny - już 6% w skali roku.

      johara_account

      Jest też w Dubai Islamic Bank zwykły depozyt na termin - Wakala Deposit - który ma minimalny próg 25.000 dirhamów (jeden dirham jest wart trochę więcej, niż nasz złoty, dziś kurs to 3,9 dirhamów za euro), termin pięcioletni i spodziewany zysk w granicach 12,6%. Podobny depozyt na trzy lata daje jakieś 7%. Oczywiście to tylko spodziewany zysk, żadna gwarancja. Nie ma też ochrony kapitału, ani żadnych gwarancji państwowych ;-). Aha, mają też w dubajskim banku specjalne odmiany rachunków dla kobiet (chociaż w tabeli opłat i prowizji nie zauważyłem, żeby się czymś różniły od "męskich"). Jest też  ubezpieczenie od poważnych chorób kobiecych, w tym od siedmiu najpoważniejszych odmian raka - suma ubezpieczenia wynosi równowartość ok. 10.000 euro (więc relatywnie niewiele), a miesięczna opłata to jakieś 2 euro ściągane bezpośrednio z rachunku.

      flydubai

      O dziwo są w dubajskim banku najróżniejsze karty kredytowe, łącznie z kartą partnerską z liniami lotniczymi. Jak wiadomo nie wolno naliczać odsetek, bo to by była lichwa, więc w tej karcie kredytowej żadnych odsetek nie ma. Są za to opłaty za posiadanie tej karty. Nie żeby były lichwiarskie, równowartość 50 euro miesięcznie ;-)). A jak się takiej karty w terminie nie spłaci, to oczywiście też nie pobierają żadnych odsetek, co najwyżej 50 euro prowizji.

      W sumie więc ta bankowość islamska aż tak bardzo nie różni się od naszej, "lichwiarskiej". Różni się tym, że odsetki od depozytów nie są gwarantowane i można się ich co najwyżej "spodziewać". I tym, że pieniądze klientów inwestowane są w jakieś islamskie przedsięwzięcia, a nie konwertowane na kredyty, a bank i klient dzielą się ewentualnym dochodem (nie mając żadnych gwarancji, że ten dochód będzie). I że nie ma związanych z rachunkiem bankowym klasycznych produktów kredytowych, takich jak płatny debet. I że zamiast tego można liczyć na darmowe zejście pod kreskę do pewnego poziomu. Fajna ta bankowość islamska, nie? No, jest jeszcze drobiazg - nie mają tam żadnych "kont za zero", ani money-backów, ani innych gratisów. Ale może jakiś polski bank powinien wprowadzić taki "islamski rachunek", bez lichwy i bez procentów na depozycie? Procentów na depozycie już i tak nie ma więc, jesteśmy w połowie drogi do islamskiej rewolucji bankowej. Ale nie ma co kryć - to ta łatwiejsza połowa ;-)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Banki płaczą, że nikt ich już nie lubi? To niech przejdą na... Islam. Są już takie konta!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 27 stycznia 2017 09:09
  • niedziela, 04 grudnia 2016
    • Wszystko za zero? Jasne, ale myślałem, że są granice. A oni chcą za zero sprzedawać mi akcje!

      Era internetu, mobilności i związana z tym swoboda przepływu wszystkiego zabiła już niejeden biznes, a nawet znosi z powierzchni ziemi całe branże. Jeśli chodzi o branżę finansową, to banki na razie jakoś się trzymają (pewnie po części dzięki państwowym gwarancjom dla klientowskich depozytów, a po części ze względu na nasze konserwatywne podejście do lokowania pieniędzy), ale i tak niebankowe firmy pożyczkowe zabrały im już co najmniej 25% rynku najmniejszych pożyczek (do 4000 zł), a niebankowe kantory internetowe - może i połowę rynku handlu walutami. Są już pierwsze firmy oferujące za pomocą smartfonów usługi quasibankowe (konta, rozliczenia, karty debetowe i kredytowe, tanie transfery międzynarodowe - że wymienię tylko włoski DiPocket, czy naszą rodzimą grupę Lew), nadchodzi era społecznościowego pożyczania i inwestowania pieniędzy (czyli uberyzacja finansów).

      Te rewolucje nie omijają rynku usług maklerskich. Dawniej, chcąc kupić akcje, trzeba było iść do biura maklerskiego mającego fizyczne placówki, by tam złożyć zlecenie i zapłacić prowizję. Teraz zlecenia składa się przez internet, a polscy maklerzy stracili monopol na pośrednictwo przy inwestowaniu. Obok nich działają internetowe platformy zarejestrowane za granicą i ułatwiające inwestowanie nie tylko w akcje, ale i na rynku walutowym oraz w instrumenty pochodne (czyli z "lewarem"). Od dwóch lat tradycyjne biura maklerskie toczą też wspólny bój z holenderskim biurem DeGiro. Działa ono już w 18 krajach, ma jakieś 135.000 klientów, a w niektórych krajach ma już solidny udział w rynku (np. we Francji 8%, a za trzy lata chce mieć 25%).

      DeGiro najbardziej wkurza maklerów tym, że pobiera kilka razy niższe prowizje od transakcji, niż przeciętne polskie  biuro maklerskie, oferując przy okazji możliwość handlowania akcjami na całym świecie. Jak oni mogą sobie na to pozwolić? Oczywiście to efekt skali (jedna plastofma działająca w wielu krajach), brak kosztów stacjonarnej sieci placówek i brak jakichkolwiek usług dodatkowych (serwisów informacyjnych, usług analitycznych itp.). Na stronie internetowej firmy są podane przykładowe prowizje dla zakupu np. akcji PKO BP za 10.000 zł (w DeGiro prowizja wynosi 9 zł, a średnia w tradycyjnych biurach to 35 zł), albo Heinekena za 10.000 euro (8 euro, gdy w polskich biurach maklerskich średnio jest to prawie 100 euro). Trzeba przyznać, że jest różnica. Poza tym w DeGiro można kupić ułamkowe części akcji, co otwiera możliwość inwestowania pieniędzy nawet dla posiadaczy niewielkiego kapitału. Generalnie: taki Uber, tylko że wśród maklerów. I tak samo nie lubiany przez maklerów, jak Uber wśród taksówkarzy. Ostatnio Izba Domów Maklerskich pokazała Holendrom środkowy palec i nie przyjęła ich do swojego grona. W głosowaniu tajnym łamane przez poufne. Cóż, Ubera też nikt by nie przyjął do stowarzyszenia taksówkarzy ;-).

      Oczywiście: tak jak Uber, mimo swej taniości, ma wady (brak ubezpieczenia klientów od skutków wypadków, niżej wykwalifikowani kierowcy, brak możliwość poruszania się po bus-pasach), tak samo ma je też DeGiro. Nie podlega polskiemu nadzorowi, więc w razie jakichś kłopotów z obsługą nie można się poskarżyć do Komisji Nadzoru Finansowego (w razie sporów trzeba się zdać na procedury reklamacyjno/arbitrażowe DeGiro albo na zagraniczny sąd), nie ma tych samych gwarancji finansowych, którym podlegają polskie biura na wypadek bankructwa (mając na rachunku w polskim biurze do 100.000 zł zdecydowaną większość pieniędzy można odzyskać z systemu gwarancji). Gdyby nagle firma rozpłynęła się w powietrzu, to procedura odzyskiwania pieniędzy byłaby zapewne trudniejsza i bardziej długotrwała, niż w przypadku polskiego biura. Aczkolwiek w tej sprawie Holendrzy mają swoje zdanie:

      "Gwarancje kolenderskiego regulatora są zakontraktowane na najwyższym europejskim poziomie. W przypadku bankructwa biura maklerskiego aktywa klientów są odseparowane od majątku biura, a więc wierzyciele nie mają do nich dostępu. Nie ma też powodu, by przypuszczać, że ochrona finansowych praw polskich obywateli na terenie innych krajów Unii Europejskiej miałaby być gorsza, niż na rodzimym rynku" -

      zapewnia Gert Jan Holstege, szef wschodnioeuropejskiej części DeGiro. Co by nie mówić, firma nie jest zarejestrowana w Polsce, lecz w innym kraju unijnym, więc ochrona instytucjonalna pieniędzy klientów też działa na zasadach "zewnętrznych". I to jest pewien czynnik ryzyka, aczkolwiek można się kłócić, czy znaczący. Ale za to jest... tanio. Bardzo tanio. Cholernie tanio. Potwornie tanio. Zwłaszcza w przypadku inwestowania w zagraniczne akcje (a to dziś zaczyna być modny temat, bo nie każdy inwestor lubi jak mu repolonizują aktywa). Zapłacić 10 euro a 100 euro od identycznej transakcji... nooo, jest różnica.

      deziro1To, że DeGiro robi dziś mnóstwo zamieszania na rynku - to pikuś. On dopiero tu zacznie mieszać, gdy otworzy - a może się to zdarzyć już w ciągu najbliższych kilku miesięcy - możliwość kupowania i sprzedawania akcji zupełnie bez prowizji. Nie tanio, za półdarmo, za drobne... Całkiem za free. Ma być tak: po prostu zakładasz rachunek, kupujesz, sprzedajesz i nic na to nie płacisz. W tym modelu biznesowym DeGiro otwiera bliźniaczą platformę DeZiro. Na czym to-to będzie zarabiało? Firma nie podaje szczegółów działalności, bo dopiero startuje (klienci w Polsce mogą podać adres e-mail i poprosić o dostęp w fazie testowej), ale z oficjalnych doiesień wynika, że zamiast prowizji za prowadzenie rachunku i kupowanie oraz sprzedawanie akcji będzie wyświetlanie reklam. Nie wiadomo jeszcze ile i jakich, ale prawdopodobnie dostosowanych do zainteresowań użytkownika (jeśli kupił akcje Heinekena, to będzie mu się wyświetlała reklama Warki Strong, albo jakoś tak ;-)).

      deziro2Nie wiadomo czy skończy się na wyświetlaniu reklam. Żeby zarabiać pieniądze być może DeZiro będzie robiło jakiś użytek z danych, które zbierze o inwestorach. Facebook też jest za darmo tylko dlatego, że wie o nas wszystko i tym handluje. W zagranicznych portalach poświęconych inwestowaniu o pomyśle DeZiro huczy już od kilku miesięcy. W końcu skoro DeGiro jest w stanie w ostatnich trzech latach niemal rok w rok podwajać liczbę obsługiwanych klientów, to wprowadzenie możliwości handlu akcjami za zero może "wywrócić stolik". Ale niekoniecznie. Wiadomo, że nowa platforma na początku udostępni tylko niektóre, najppularniejsze i najbardziej płynne akcje spółek. Czy koncepcja DeZiro może się udać? Jeśli ktoś już podjął ryzyko współpracy z biurem tak innym, niż wszystkie, jak DeGiro, to być może ani reklamy, ani dodatkowe obostrzenia go nie wystraszą. To może być przyszłość nie tylko w handlu akcjami. Może daleka, ale jednak.

      No bo spójrzcie: kiedyś wydawało się niemożliwe, że bank nie pobiera opłat za prowadzenie rachunku. Potem pojawiły się banki "bezplacówkowe", jak mBank, a wraz z nimi "konta za zero". Teraz już to "za zero" spowszedniało i jest mocno względne, ale już pojawiają się banki działające tylko na smartfonie i też... obiecują, że będą low-costowe i "za zero". Kiedyś wydawało się, że przelewy i przekazy międzynarodowe muszą kosztować 5-10% ich wartości. A dziś są platformy, które zbijają te koszty niemal do zera (nie mówiąc już o Bitcoinie, to przecież jest jego największa zaleta). Spready walutowe w kantorach za wysokie? Są kantory internetowe oferujące zjazd niemal do zera (są może i mniej bezpieczne, niż banki, ale jakoś nikt się nie przejmuje). Przewalutowania transakcji kartowych muszą kosztować 5-7% prowizji? Nie muszą, bo wymyślono karty wielowalutowe. I tak dalej, i tak dalej. Kupowanie akcji też za jakiś czas być może będzie za darmo, a niektóre firmy maklerskie będą zarabiały na handlowaniu danymi inwestorów i reklamowaniu spółek wśród nich. 

      To oczywiście nie musi się nam podobać. Teraz jesteśmy zachłyśnięci wszystkim, co jest za zero. Ochoczo płacimy naszą prywatnością za darmowe konta w portalach społecznościowych, dajemy się ochoczo inwigilować korzystając z darmowego wi-fi w centrach handlowych, nie płacimy za oglądanie filmów w smartfonach w zamian za to, że od czasu do czasu wyświetlą nam reklamę... Banki też za chwilę nie będą zarabiały na przelewach, tylko na handlowaniu naszymi przyzwyczajeniami konsumenckimi. W końcu się nam to znudzi i powstaną dualne oferty finansowe. Część będzie - jak w rewolucyjnym pomyśle na DeZiro - za darmo, ale będziemy płacili "w naturze", a część będzie kosztowała, być może nawet słono, ale w zamian zaoferuje maksymalny poziom bezpieczeństwa, gwarancji i prywatności oraz usługi dodatkowe - analizy, doradztwo ekspertów od inwestowania, platformę edukacyjną, sieć stacjonarnych placówek. Tak, jak taksówkarze nie uciekną od Ubera, tak maklerzy nie uchronią się przed DeGiro, DeZiro i innymi tego typu "wynalazkami". Mogą je zneutralizować oferując klientom usługi dodane, których w tanich, internetowych biznesach nigdy nie będzie.

      UWAGA, WEBINARIUM! Już w najbliższy wtorek, 6 grudnia, o godz. 19.00 organizuję wspólnie z blogiem Longterm.pl webinarium online. Opowiemy na nim dlaczego - naszym zdaniem - warto przynajmniej część swoich oszczędności lokować w spółki dywidendowe i jak się do tego zabrać. Żeby posłuchać i zadawać pytania trzeba się zarejestrować pod tym linkiem. Warto się pospieszyć, bo liczba miejsc ograniczona! Jest to część akcji "Dywidenda jak w banku". W jej ramach ukazało się do tej pory około dwudziestu tekstów, pięć klipów wideo, odbyły się też trzy webinaria. Wszystkie te rzeczy są zebrane na stronie www.dywidendajakwbanku.pl. Znajdziecie tam również e-booka, którego można uzyskać zapisując się na nasz newsletter.

      ebinariumdywidenda

      A poniżej wszystkie klipy, które powstały w ramach akcji "Dywidenda jak w banku". Zobacz czym się kończą nieleczone choroby, co robią inwestorzy na rybach i kto przy ruletce obżerał się BigMac'ami ;-)

      OBEJRZYJ KOLEJNY ODCINEK "KASOWNIKA SAMCIKA"! W dzisiejszym wydaniu mojego cotygodniowego wideocyklu głównym tematem jest pytanie czy i na jakich warunkach warto kupić polisę od raka. Wiadomo, że już jedna czwarta opuszczających ten padół łez opuszcza go z powodu nowotworu. Być może część z nich udałoby się wykaraskać z problemów, gdyby odpowiednio wcześnie badziewie zostało wykryte, zdiagnozowane i leczone według najlepszych światowych standardów, niekoniecznie w ramach państwowej służby zdrowia. Jaką polisę od raka warto rozważyć, a jaka będzie tylko wyrzucaniem pieniędzy w błoto? O tym dziś w "Kasowniku". A jeśli chcesz prześwietlenia konkretnych ofert antyrakowych, to zapraszam do wpisów blogowych. Poza tym tematem w programie rozkminiam też polisy ze zwrotem składki oraz sprawdzam na ile trzeba się ubezpieczyć, żeby zapewnić naszym bliskim bycie rentierami.

      Przed tygodniem radziłem jak zapłacić za zakupy, gdy zapomnisz wziąć z domu portfel. Policzyłem też ile pieniędzy tracimy przy bankomacie, sprawdzałem dlaczego warto pilnować smartfona przed kolegami oraz jak nie wpaść w pułapkę wielkiej prowizji od debetu:

      W poprzednim odcinku było o konieczności sprawdzenia czy przypadkiem nie przepłacasz za konto i kartę. Sprawdź ile płacą inni i czy nie jesteś przez swój bank robiony w trąbę. Drugi temat to bonusy wypłacane nam przez banki za lojalność:

      Obejrzyj też odcinek poświęcony kredytom hipotecznym. Na co zwracać uwagę przeglądając oferty banków, a co jest tylko "zasłoną dymną"? Jak banki mierzą nam zdolność kredytową? Czy można ją sobie legalnymi sposobami poprawić? Zapraszam!

      A TERAZ... CHŁOŃ SUBIEKTYWNOŚĆ TAK JAK LUBISZ. Subiektywność jest multifunkcyjna i się często dyslokuje ;-). Można ją spotkać tu i tam. W internecie, mediach społecznościowych, na wideo, w prasie, książkach oraz na spotkaniach, odczytach, konferencjach - wszędzie tam, gdzie mówi się o pieniądzach.

      autopromo4Blog "Subiektywnie o finansach" codziennie, od ponad siedmiu lat, zapewnia niezbędną dawkę wiedzy o Waszych pieniądzach. Prześwietlanie produktów finansowych, ekskluzywne wiadomości o nowych produktach oraz piętnowanie skandalicznych praktyk i interwencje w Waszych sprawach. Dołącz do 200.000 czytelników i codziennie zaglądaj na samcik.blox.pl, nowy wpis wpada tu zwykle tuż po godz. 9.00. Jeśli chcesz wiedzieć jeszcze więcej i ze mną podyskutować, zostań fanem blogu na Facebooku (jest nas już 37.000!), na Twitterze (tu wraz ze mną rządzi blisko 10.000 followersów). Zapraszam też do bezpośredniego kontaktu mejlowego:  maciej.samcik@gazeta.pl. Postaram się odpowiedzieć na każdy e-mail, choć nie obiecuję, że odpowiem szybko ;-).

      autopromo2...ZOBACZ MNIE W EKSTREMALNYCH AKCJACH. Opowiadam o domowych finansach nie tylko tekstem, ale i ruchomymi obrazami. Żeby Ci się nie nudziło robię przy tym różne głupie rzeczy: skakałem na spadochronie, dałem sobie obić twarz przez byłego trenera Tomasza Adamka, latałem w tubie aerodynamicznej, w której ćwiczą kosmonauci, ćwiczyłem na najnowocześniejszym w Polsce symulatorze lotów, jeździłem autobusem, gokartem, grałem w golfa i ruletkę. Wszystkie te przygody są na mojej "stronie" youtubowej. Zasubskrybuj mój kanał na Youtube (w tym kinie siedzi już ponad 2000 fanów i jest ponad 70 filmów, które obejrzano więcej, niż ćwierć miliona razy). 

      ekipasamcikanewSUBIEKTYWNA EKIPA SAMCIKA IDZIE NA OSTRO W "WYBORCZEJ". Blog "Subiektywnie o finansach" zyskał tak dużą popularność, że zaowocował autorskimi stronami w "Gazecie Wyborczej". Co czwartek na stronach gospodarczych "Wyborczej" ukazuje się tygodnik "Pieniądze Ekstra", w którym ja i grupa moich kolegów, zwana złowróżbnie Ekipą Samcika, radzi jak sprytnie kupować, jak się nie dać nabrać w sklepie, co zrobić, żeby wyplątać się z finansowych tarapatów i jak mieć więcej pieniędzy. 

      autopromo3SUBIEKTYWNOŚĆ DO PODUSZKI, NA WAKACJE, NA PREZENT: o oszczędzaniu, inwestowaniu i zarządzaniu domowymi pieniędzmi piszę też w moich książkach, które możesz kupić w dobrych księgarniach oraz w internecie. Dowiesz się z nich jak założyć pierwszy plan systematycznego oszczędzania, jak nie dać się okraść przez internet, jak odróżnić tani kredyt od drogiego, jak nie dać się nabić w niby-ubezpieczenie, jak nauczyć dziecko oszczędności...

      DZIĘKUJĘ WAM ZA KOLEJNĄ NAGRODĘ! W zeszłym tygodniu miałem przyjemność odebrać Nagrodę Dziennikarstwa Ekonomicznego w konkursie organizowanym przez polską odnogę stowarzyszeń dziennikarskich Press Club. W uzasadnieniu napisano, że splendor spływa na subiektywność, gdyż jest ona "przewodnikiem po finansach osobistych i zakamarkach ekonomii" oraz że ma "szerokie horyzonty, potoczysty język i jasny wywód". Nie mam wątpliwości, że tę nagrodę - jak i wszystkie poprzednie - zawdzięczam w dużej części Wam, moim Czytelnikom. Dziękuję za to, że jesteście ze mną i że wspólnie możemy walczyć o lepsze jutro finansowe. To także Wasza nagroda.

      NagrodaDziennikarstwaEkonomicznego2016laureatMaciejSamcik995x498

      Dziękuję Kapitule konkursu, która doceniła moją pracę oraz gratuluję wyróżnionym dziennikarzom, Ani Popiołek z "Wyborczej" oraz Mateuszowi Gawinowi z Bankier.pl. Szacun!

      15000745_10154230509256843_6389221167363564547_o

      To już kolejna nagroda na mojej półce z trofeami. W zasadzie zastanawiałem się, czy już nie czas umierać :-). Do tej pory odebrałem między innymi nagrody:

      >>> Dwukrotnie Grand Press: w 2005 r. w kategorii "Dziennikarstwo Specjalistyczne"za cykl tekstów o nieprawidłowościach w SKOK-ach (wspólnie z Bianką Mikołajewską) oraz w 2014 r. Grand Press Economy dla najlepszego dziennikarza ekonomicznego

      >>> Nagrodę im. Władysława Grabskiego w konkursie organizowanym przez Narodowy Bank Polski (w 2013 r.) dla najlepszego dziennikarza ekonomicznego (cenne są również dwa wyróżnienia w tym konkursie, które zdobyłem w poprzednich latach)

      >>> Nagrodę im. Eugeniusza Kwiatkowskiego w konkursie organizowanym przez Uniwersytet Ekonomiczny w Krakowie (w 2011 r.) dla najlepszego dziennikarza ekonomicznego

      >>> Nagrodę Specjalną Prezesa UOKiK w konkursie Auxilium et Libertas (w 2012 r.) za podejmowanie tematyki konsumenckiej na łamach "Gazety Wyborczej"

      >>> Nagrodę "Heros Rynku Kapitałowego" przyznawaną przez Stowarzyszenie Inwestorów Indywidualnych za napełnianie Polaków wiedzą dotyczącą inwestowania, długoterminowego oszczędzania oraz rynku kapitałowego (w 2014 r.). 

      Poza tym byłem jednym z laureatów nagrody im. Dariusza Fikusa za dziennikarstwo najwyższej próby (w 2014 r.). Cieszyłem się też z nagrody im Mariana Krzaka w konkursie Związku Banków Polskich (w 2004 r.) za publikacje poświęcone sektorowi bankowmu, nagrody Izby Zarządzających Funduszami i Aktywami za publikacje poświęcone inwestowaniu i funduszom inwestycyjnym (2007 r. ), nagrody "Złote Skrzydła"w konkursie Krajowego Rejestru Długów (w 2010 r.) za edukację ekonomiczną, III Nagrody w konkursie "Tylko Ryba nie bierze" organizowanym przez Fundację Batorego za publikacje demaskujące nieprawidłowości w sferze publicznej (w 2006 r.). Byłem też Dziennikarzem Roku Kongresu Gospodarki Elektronicznej (w 2011 r. ) oraz laureatem nagrody Ekonomiczny Blog Roku w konkursie organizowanym przez Money.pl (w 2014 r.)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Wszystko za zero? Jasne, ale myślałem, że są granice. A oni chcą za zero sprzedawać mi akcje!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      niedziela, 04 grudnia 2016 20:44
  • czwartek, 20 października 2016
    • Ściągawka dla posłów z okazji "Dnia franka". Jak inni poradzili sobie z kredytami walutowymi?

      Dziś posłowie wrzucają "na warsztat" trzy projekty ustaw mających załatwić lub przynajmniej "załatać" problem kredytów frankowych. Sprawa jest trudna, bowiem stowarzyszenia frankowiczów domagają się uchwalenia ustawy automatycznie odwalutowującej wszystkie umowy kredytów frankowych (taki projekt złożył klub Kukiz'15). A premier Beata Szydło w wywiadzie na falach Radia Maryja nie dała wielkich szans na takie pieszczoty. Alternatywą dla pomysłów kukizowych jest projekt zgłoszony przez prezydenta, z którego wynika, że klienci mają dostać z powrotem tylko część pobranych przez banki spreadów walutowych. Tu z kolei okoniem stają stowarzyszenia frankowiczów, które uważają ten projekt za szkodliwy (sądy, mając taką ustawę na podorędziu, mogą mniej chętnie uwzględniać dalej idące roszczenia frankowiczów). Chyba nad tym projektem będzie pracował Sejm. Jest też trzeci projekt ze "stajni" PO, ale nie ma żadnych szans na uchwalenie. Porównanie wszystkich trzech projektów było niedawno w blogu, więc odsyłam do niedawnego wpisu.

      Bardzo jestem ciekaw jak posłowie wybrną z frankowego bagna. Może powstanie jakiś miks projektu prezydenckiego z niektórymi elementami pomysłu kukizowego? Moje oczekiwania wobec parlamentu znacie: zwrócić spread (cały), ułatwić klientom dochodzenie praw (grupowo) w sądzie, zobowiązać banki do "odmiejscowienia" hipoteki. Być może dobrym pomysłem byłoby wprowadzenie zasady "klucze za kredyt", czyli uczynienie mieszkania jedynym i pełnym zabezpieczeniem kredytu. Ale nie wiadomo czy da się to zrobić wstecz. Przecież kredyt, którego zabezpieczeniem nie są dochody kredytobiorcy, a wyłącznie mieszkanie klienta, wymagałby znacznie wyższego wkładu własnego. Tak czy owak, polscy posłowie stają przed ważną - także w skali Europy - misją. Bowiem mimo licznych opowieści o tym jak to inne kraje mają rozwiązanie systemowe problemu kredytów walutowych, a my wciąż nie, tak naprawdę przypadków krajów, w których frankowa bomba została "po całości" rozbrojona, jest jak na lekarstwo. Dziś krótkie podsumowanie tego, co z frankami zrobiono ostatnio w innych europejskich krajach:

      WĘGRY. Na Węgrzech rozplątano sprawę franków na raty (i to nie do końca). W 2011 r. urzeźbiono program, w którym klienci mogli spłacać raty po nieco niższym kursie od rynkowego, ale różnica nie była umarzana, lecz odkładana na specjalnym rachunku. W 2012 r. rozszerzono tę opcję, umożliwiając spłatę całego kredytu po preferencyjnym kursie (ale nie rekompensującym klientowi całości strat kursowych). Mogło sobie na to pozwolić tylko 20% kredytobiorców, bo reszta nie miała kasy na spłatę całości kredytu na raz (nawet jeśli miałoby być taniej). W 2014 r. Węgrzy przeprowadzili ustawę zwracającą klientom spread i przewalutowującą ich dług na forinty po kursie o jakieś 10% niższym od ówczesnego rynkowego (kto nie chciał - mógł się wypisać z programu, ale musiał złożyć specjalne oświadczenie). To "zalegalizowało" klientom wzrost długu z tytułu różnic kursowych, ale zmniejszyło im nieco raty (bo z kolei umorzono część zadłużenia wynikającego ze spreadu i braku obniżek stóp procentowych kredytów w przeszłości). Dziś większość węgierskich kredytobiorców hipotecznych narzeka, że wciąż tonie w długach.

      CHORWACJA. W tym kraju 60.000 osób miało kredyty frankowe, co w proporcji do wielkości kraju oznaczało problem podobny, jak w Polsce. I Chorwacja zrobiła stosunkowo dużo dla swoich "ugotowanych" w walutowy kredyt obywateli, choć w porównaniu z tym, czego żądają polscy frankowicze - to wciąż nie jest to. Po pierwsze na fali ogromnego wzrostu kursu franka w styczniu 2015 r. zamroziła kredytobiorcom kurs do spłaty rat na poziomie sprzed katastrofy. Po drugie po kilku miesiącach urzeźbiła specjalny program, na mocy którego kredyty mogły być przewalutowane - i to po kursie z dnia ich zaciągnięcia - ale... nie na lokalną walutę, czyli kunę, lecz na euro. Klient na tym trochę zyskiwał, bo kurs euro w poprzednich latach rósł trochę wolniej, niż franka, a więc część niekorzystnych różnic kursowych siłą rzeczy brały na klatę banki.

      Z drugiej jednak strony stopy procentowe w euro są wyższe, niż we frankach, więc oprocentowanie "nowych", nieco mniejszych kredytów jest wyższe, niż było. Cała operacja dotyczyła kredytów o wartości 4,5 mld euro, a koszty przewalutowania dla banków miały wynieść ok. miliarda euro. Nota bene chorwacki związek banków zaproponował, żeby klienci, których nie stać na spłacanie rat, oddawali własność nieruchomości państwu lub bankowi, zachowując prawo do zamieszkiwania jej. W zamian część długu byłaby "zamrażana", a klient miałby prawo pod pewnymi warunkami "wykupić" nieruchomość (najpewniej musiałby spłacić ów "zamrożony" dług, albo jego część). Takie rozwiązanie nie zostało jednak zaakceptowane przez chorwacki rząd i padło. Czasem pojawia się w dyskusjach polskich ekspertów od finansów jako ewentualna opcja na "miękkie" załatwienie sprawy franków.

      SERBIA I CZARNOGÓRA. W Serbii za franki zabrał się bank centralny, który przyjął rekomendację, która zobowiązuje banki do wzięcia na siebie znacznej części kosztów umocnienia franka. Uznano, że rata kredytu od momentu jego udzielenia może "na legalu" rosnąć wraz ze wzrostem kursu franka maksymalnie o 8% rocznie. Jeżeli rośnie więcej, to bank ma wziąć koszty na siebie. Jak wynika z obliczeń National Bank od Serbia, w momencie przyjęcia rekomendacji nie spłacanych w terminie było 11% kredytów frankowych. To sporo (cały portfel takich kredytów to 10 mld euro) i ten fakt może tłumaczyć zainteresowanie sprawą zgłoszone przez bank centralny. A tamtejsze banki ochoczo poinformowały, że się dostosują, bo nie ma takiego banku na świecie, który miałby olewczy stosunek do próśb, zaleceń lub rekomendacji nadzoru bankowego ;-). W Czarnogórze postawili na rozwiązanie podobne, jak w Chorwacji. Tamtejszy parlament też doszedł do wniosku, że banki będzie stać na przewalutowanie kredytów na euro. Rzecz dotyczyła niecałego tysiąca kredytobiorców, a w pakiecie z przewalutowaniem zaproponowano im "świetny" pomysł w postaci zafiksowania ich oprocentowania kredytów w euro na 8,2%. 

      UKRAINA. Na Ukrainie w parlamencie głosowano w zeszłym roku bardzo mocno zaawansowaną formę przewalutowania kredytów, ale nie frankowych, tylko dolarowych. W czasie, gdy u nas popularne były franki, tam udzielano kredytów w dolarach. Parlament zdecydował, że kredyty mają być przewalutowane po kursie z czasu ich zaciągnięcia, co oznaczało dla klientów powrót do kursu 5 hrywien za dolara, choć w momencie głosowania ustawy dolar kosztował już 22 hrywny. To mniej więcej tak, jak gdyby Polak zaciągnął kredyt przy kursie franka 2 zł, a teraz frank kosztowałby 8 zł. Niestety, nie wiem czy to rozwiązanie weszło ostatecznie w życie, bo okazało się, że tamtejsze banki - które i bez tego są w złym stanie - musiałyby zapłacić 18 mld zł. Część posłów, jak się zorientowała za czym zagłosowała, zapragnęła wycofać swój głos. Nie mogę wykluczyć, że rozwiązanie ukraińskie dla kredytów dolarowych ostatecznie nie weszło w życie.

      HISZPANIA. W Hiszpanii swego czasu bardzo modne były kredyty multiwalutowe, czyli dług częściowo zależał od euro, a częściowo np. od japońskiego jena. Tu co prawda - o ile się orientuję - nie ma żadnego rozwiązania systemowego w formie ustawy, ale za to bardzo daleko idącą interpretację sytuacji kredytobiorców wydał Sąd Najwyższy. Uznał on, że kredyty walutowe to de facto inwestycyjne instrumenty finansowe, a to oznacza, że klient przy ich zasysaniu powinien być poinformowany nie tylko o ryzyku kursowym, ale też skontrolowany pod kątem skłonności do podejmowania ryzyka. W Hiszpanii ten wyrok Sądu Najwyższego działa trochę jak ustawa, bowiem inne sądy powinny się do niego stosować. Jedyny problem polega na tym, że Sąd Najwyższy nie powiedział w jaki sposób wyliczać odszkodowania wobec klientów, którym pod przykrywką kredytu hipotecznego zaoferowano instrument inwestycyjny. I - jeśli prawidłowo czytam sytuację - dziś to jest główny kłopot dla tamtejszych "frankowiczów".

      RUMUNIA. Na Bałkanach problem z frankami jest nie mniejszy, niż u nas. Ludzie się burzą, że zostali wciągnięci w nadmierne ryzyko kursowe i wytaczają bankom procesy. A na dodatek wysoki jest tam odsetek kredytów nie spłacanych w terminie - dla całej branży wynosi 17% (w Polsce 7%), zaś w niektórych bankach portfele kredytowe są zagrożone nawet w 35% (i nie mówimy tu o bankach specjalizujących się w consumer finance, tylko bankach uniwersalnych, udzielających różnych rodzajów kredytów). W parlamencie rumuńskim w tych dniach jest już procedowana ustawa, której celem jest odwalutowanie kredytów frankowych po historycznym kursie. Rozważają trzy opcje. Pierwsza to przewalutowanie po kursie z dnia zaciągnięcia kredytu. Druga – przewalutowanie po kursie o 20% wyższym, niż startowy. Trzecia - redukcja długów klientów w zamian za gwarancje tamtejszego Skarbu Państwa dla banków (banki dostałyby chyba jakieś obligacje). Decyzji jak na razie brak.

      To wszystko jest taka mała ściągawka dla polskich posłów. W kilku krajach, jak widać, o rozwiązanie problemu kredytów frankowych się próbowano pokusić, ale też nie można powiedzieć, żeby jakiś kraj spełnił marzenia swoich frankowiczów. W Chorwacji i Czarnogórze przewalutowano kredyty, ale na euro (czyli tylko część różnic kursowych została zdjęta z klientów). Na Węgrzech odcięto spread i zwrócono trochę niesprawiedliwie napompowanego oprocentowania kredytów, ale... samo przewalutowanie było po kursie tylko o jakieś 10% niższym od aktualnego. W Hiszpanii Sąd Najwyższy porządnie ochrzanił banki, ale nie wiadomo co z tego wynika. W Serbii ustalili coś w rodzaju "kursu sprawiedliwego". Tak naprawdę tylko na Ukrainie poszli na całość, ale nie mam pewności czy nie cofnęli się w ostatniej chwili. W Rumunii też sytuacja jest jeszcze niejasna. No i co, Panowie Posłowie i Panie Posłanki? Tańczymy czy wychodzimy?

      CO PONIEDZIAŁEK MÓJ NOWY PROGRAM WIDEO! Zapraszam do oglądania nowego tygodnika wideo o wdzięcznej nazwie "Kasownik Samcika". Będzie o sprytnych sposobach na oszczędzanie, o studiowaniu, pracowaniu, zaciąganiu kredytu hipotecznego, o zakupach, kontach bankowych, ubezpieczeniach, lokatach, podatkach...Poza poradami w każdym wydaniu czerstwy żart prowadzącego :-)), ciekawostka o pieniądzach oraz finansowy trik. Żeby nie przegapić kolejnych odcinków - zapraszam do subskrybowania kanału YouTube "Subiektywnie o finansach"  

      (NIE)BEZPIECZNE POŁOWY. W ramach sprawdzania czy jest dla naszych pieniędzy jakaś alternatywa dla 1% z bankowego depozytu udałem się na ryby. Myślałem, że najgorsze będzie starcie z giełdowymi rekinami, ale nie - cios przyszedł z najmniej oczekiwanej strony. A więcej wstrząsających klipów pod tym linkiem

      A TERAZ... CHŁOŃ SUBIEKTYWNOŚĆ TAK JAK LUBISZ. Subiektywność jest multifunkcyjna i się często dyslokuje ;-). Można ją spotkać tu i tam. W internecie, mediach społecznościowych, na wideo, w prasie, książkach oraz na spotkaniach, odczytach, konferencjach - wszędzie tam, gdzie mówi się o pieniądzach.

      autopromo4SPOTKAJ MNIE W NECIE... Blog "Subiektywnie o finansach" codziennie, od ponad siedmiu lat, zapewnia niezbędną dawkę wiedzy o Waszych pieniądzach. Prześwietlanie produktów finansowych, ekskluzywne wiadomości o nowych produktach oraz piętnowanie skandalicznych praktyk i interwencje w Waszych sprawach. Dołącz do niemal 200.000 czytelników i codziennie zaglądaj na samcik.blox.pl, nowy wpis wpada tu zwykle tuż po godz. 9.00. Jeśli chcesz wiedzieć jeszcze więcej i ze mną podyskutować, zostań fanem blogu na Facebooku (jest nas już 35.000!), na Twitterze (tu wraz ze mną rządzi blisko 10.000 followersów). Zapraszam też do bezpośredniego kontaktu mejlowego:  maciej.samcik@gazeta.pl. Postaram się odpowiedzieć na każdy e-mail, choć nie obiecuję, że odpowiem szybko ;-).

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (8) Pokaż komentarze do wpisu „Ściągawka dla posłów z okazji "Dnia franka". Jak inni poradzili sobie z kredytami walutowymi?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 20 października 2016 15:59
  • sobota, 06 sierpnia 2016
    • Mogą zdobyć 3700 zł miesięcznie do końca życia. Złoto w Rio warte tyle, co dwa dni pracy "Lewego"

      rio_logotypIgrzyska Olimpijskie to najważniejsza impreza sportowa w życiu każdego zawodnika. A zawieszony na szyi medal olimpijski to z reguły rzecz bezcenna (chociaż słyszałem, że np. tenisiści bardziej cenią sobie tytuły wielkoszlemowe). Z poprzednich trzech igrzysk Polacy wracali z dziesięcioma krążkami, ale teraz - gdy startują igrzyska w Rio de Janeiro - podobno jest szansa, żeby ten wynik poprawić. Skoro piłkarze pokazali, że Polska jest warta znacznie więcej, niż w ostatnich 30 latach, to być może sportowcy z innych "branż" się przyłączą do "dobrej zmiany". Najpopularniejsza wśród ekspertów liczba to "12". Niemal "murowanych" faworytów do złotych medali jest trzech: Piotr Małachowski (rzut dyskiem), Paweł Fajdek oraz Anita Włodarczyk (rzuty młotem).

      Ale ruszające właśnie Igrzyska Olimpijskie w Rio to dla Polaków nie tylko szansa na rozbicie banku z medalami, ale i na rozbicie tego prawdziwego, z żywą kasą. Tak solidnych nagród za zdobycie medali olimpijskich jeszcze nie było. Pieniądze dla naszych gwiazd popłyną z wielu źródeł i będzie to kasa, po którą naprawdę warto się schylić. Podstawa to nagrody wypłacane przez Polski Komitet Olimpijski. Są one dokładnie takie same, jak cztery lata temu podczas igrzysk w Londynie - maksymalnie 120.000 zł za złoty medal w konkurencjach indywidualnych, do 80.000 zł za srebro i najwyżej 50.000 zł za brąz. Nieco inna jest "wycena" medali w konkurencjach drużynowych, w których złoto jest warte 90.000 zł (a w konkurencjach typu siatkówka - 720.000 zł do podziału w drużynie).

      Do nagród przyznawanych przez komitet olimpijski dochodzą nagrody ministerialne, które są dwa razy wyższe, niż w poprzednich latach. Złoty medalista może liczyć na 64.400 zł, a inne kruszce - na 46.000 zł i na niecałe 37.000 zł. Poza tym pulę finansową na nagradzanie najlepszych polskich sportowców na igrzyskach przygotował Kulczyk Investment, sponsor strategiczny Polskiego Komitetu Olimpijskiego. Tu przelicznik jest jednak nieco skomplikowany, bo firma zamierza "wyrównywać" sportowcom różnicę między czystym złotem, a tym, które może się potencjalnie znaleźć w ich złotych medalach olimpijskich. Ponieważ taki medal waży 494 gramy, a jest w nim nędzne 6 gramów złota, W ramach "akcji wyrównawczej" każdy złoty medalista olimpijski dostanie od Kulczyk Investments równowartość 488 gramów złota. Nie wiem po jakim kursie wyliczą należność, ale do "dopłaty" będzie jakieś 15,7 uncji, z których każda dziś warta jest na światowych giełdach jakieś 1343 dolary. W sumie mówimy więc o gratyfikacji sięgającej 21.100 "zielonych", co przy obecnym kursie amerykańskiej walucie przełożyłoby się na mniej więcej 81.500 zł.

      Czytaj też: W wieku 40 lat mieć 10.000 zł miesięcznie emerytury? On to zrobił!

      W poprzednich imprezach tej rangi swoje nagrody ustalały także niektóre związki sportowe, wysyłające swoich sportowców na olimpiadę. Np. Polski Związek Lekkiej Atletyki płacił dodatkowo od 20.000 zł do 60.000 zł. Teraz nie udało mi się znaleźć w internecie żadnych informacji o dodatkowych nagrodach z "branżowych" związków sportowych, choć domyślam się, że przynajmniej niektóre (te zamożniejsze) coś ewentualnym medalistom wypłacą. Podobnie jak ich sponsorzy (co bardziej popularni sportowcy mają swoich "prywatnych" sponsorów, np. w przypadku tenisistki Agnieszki Radwańskiej jest to producent samochodów Lexus). Na razie jednak tych ewentualnych bonusów nie bierzemy pod uwagę, bo - w odróżnieniu od nagród od Polskiego Komitetu Olimpijskiego, Ministerstwa Sportu oraz firmy Kulczyk Investments - nie są pewne jak w banku.

      Medaliści olimpijscy mają do zdobycia jeszcze jeden niebagatelny bonus - dożywotnią emeryturę olimpijską. Zdobycie jakiegokolwiek medalu oznacza (przy spełnieniu kilku dodatkowych, ale niezbyt wyśrubowanych warunków), że od 40-go roku życia zacznie im wpływać na konto 2623 zł miesięcznie, czyli niecałe 31.500 zł rocznie. Wypłata jest dożywotnia, co oznacza, że jeśli olimpijczyk-beneficjent dożyje np. 80-tki, to do tego czasu zainkasuje 1,26 mln zł. W tym wypadku niekoniecznie trzeba zdobyć medal złoty, wystarczy jakikolwiek. Może nie jest to najłatwiejsza droga do bycia milionerem, ale jeśli szukacie prostszej, to zapraszam do wysłuchania kilku moich rad:

      Jaka jest więc stawka walki o olimpijskie złoto? Policzmy: 120.000 zł nagrody olimpijskiej (załóżmy, że mówimy o konkurencji indywidualnej) plus 64.400 zł nagrody ministerialnej, 81.500 zł od Kulczyk Investments... wychodzi 266.000 zł jednorazowo, nie licząc ewentualnych bonusów od związków sportowych i sponsorów poszczególnych zawodników. Lokując te pieniądze w banku na 2% w skali roku dostaniemy jeszcze 443 zł odsetek miesięcznie. Zakładając, że nasz złoty medalista dziś ma 25 lat, to po kolejnych 15 latach oprócz kwoty głównej na depozycie uciuła jeszcze 78.000 zł odsetek (nie licząc ewentualnego dochodu z lokowania tychże odsetek). Wniosek? Umieszczając w banku nagrody pieniężne za ewentualne złoto olimpijskie można u schyłku kariery sportowej mieć do dyspozycji prawie 350.000 zł. 

      Co dalej? Przez kolejne np. 40 lat życia nasz złoty medalista będzie mógł pobierać ok. 2620 zł miesięcznie olimpijskiego dożywotniego świadczenia i dodatkowo żyć z ulokowanego kapitału - mógłby sobie wypłacać po 1050 zł miesięcznie z 350.000 zł ulokowanych w banku na 2% (przy takiej kwocie kasy i odsetek wystarczy akurat na 40 lat). Stawką złota olimpijskiego jest więc możliwość przejścia na emeryturę w wieku 40 lat i inkasowania już do końca życia 3700 zł miesięcznie.  Mam nadzieję, że ta świadomość nie sparaliżuje żadnego z naszych potencjalnych "złotek". Dla rozluźnienia zawsze można sobie obejrzeć tabelkę wypłat, o które ubiegają się sportowcy z innych krajów, które również nagradzają swoich olimpijczyków za medale.

      Czytaj też: Prawie pół miliona złotych... miesięcznie. Za użeranie się z piłkarzami

       636056877879628098

      Prawie 270.000 zł premii za złoto olimpijskie i perspektywa inkasowania 3700 zł miesięcznie gwarantowanej emerytury już w wieku 40 lat to oczywiście fajny widok, ale pamiętajmy, że są w Polsce sportowcy, którzy zarabiają prawie milion miesięcznie. I nie złotych, lecz euro. Piłkarz Robert Lewandowski na pieniądze za złoty medal olimpijski musi pracować... dwa dni. Przez kolejne dwa pracuje już na drugie "złotko" ;-). Miesięcznie zarabia tak, jakby na olimpiadzie zdobył 15 złotych medali. A jego kolega Grzegorz Krychowiak na równowartość wypłaty za olimpijskie złoto pracuje przez cztery dni, bo tyle podobno płacą mu w PSG. W przypadku tenisistów jest jeszcze ciekawiej - Agnieszka Radwańska w zeszłym roku z jednego turnieju "wycisnęła" prawie 8 mln zł. A więc jednym szybkim ruchem zgarnęła tyle kasy, jak gdyby zdobyła 30 złotych medali na igrzyskach. Oj, nie ma sprawiedliwości na świecie. Tym niemniej z okazji igrzysk w Rio życzmy polskim sportowcom, żeby płatnicy nagród dostali nieźle w kość ;-)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Mogą zdobyć 3700 zł miesięcznie do końca życia. Złoto w Rio warte tyle, co dwa dni pracy "Lewego"”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      sobota, 06 sierpnia 2016 12:02
  • piątek, 22 lipca 2016
  • sobota, 16 lipca 2016
    • W Turcji próba zamachu stanu. Klienci tych funduszy inwestycyjnych mogą mieć stres

      To nie będzie spokojny weekend dla części polskich turystów oraz oszczędzających. Nie umilkły jeszcze echa kolejnego zamachu terrorystycznego we Francji, a już zaczęło się kolejne trzęsienie ziemi - w Turcji część generałów próbowała dokonać regularnego zamachu stanu i odsunąć od władzy autokratycznego przywódcę Recipa Erdogana. Na ulicach są czołgi, w Stambule w nocy były wielkie demonstracje, a agencje informacyjne piszą o kilkudziesięciu zabitych. Wygląda na to, że wierna Erdoganowi część armii przywróciła mu kontrolę nad sytuacją, ale lotnisko w Stambule jest zamknięte. Polscy turyści, którzy wybierali się do Turcji, albo zmieniają termin, albo miejsce wypoczynku - biura podróży proponują zamienne kierunki (choć samoloty z Warszawy do kurortów na południu Turcji podobno latają normalnie). Turyści, którzy już są w Turcji, mogą mieć problem ze skorzystaniem z bankomatów, bo część z nich jest - jak czytam - wysuszona.

      Czytaj też: Jak na tureckim kazaniu, czyli fundusze straciły 20% w dwa tygodnie

      TURECKA WALUTA ZANURKOWAŁA. A CENY TURECKICH AKCJI? Jakie mogą być konsekwencje natury finansowej tej - chyba nieudanej - próby zamachu stanu i czy mogą dotknąć również posiadaczy oszczędności w Polsce? Na próbę przejęcia władzy przez wojsko błyskawicznie zareagował rynek walutowy - już w ciągu godziny po pierwszych informacjach o zamachu kurs tureckiej liry zanurkował o 2% względem amerykańskiego dolara. Biorąc pod uwagę dużą niestabilność notowań tureckiej waluty w przeszłości - był to dość umiarkowany spadek. Na zamieszanie nie zdążyła zareagować giełda akcji i szczerze pisząc trudno powiedzieć kiedy zareaguje, bo nie jestem przekonany, czy w poniedziałek zostanie otwarta. Skoro w kraju nie działają lotniska i są zamknięte granice, to nie ma pewności jak będzie z notowaniami akcji. Zresztą być może będzie lepiej jak handel zostanie wznowiony po uspokojeniu się sytuacji. Wykres głównego indeksu giełdy tureckiej macie poniżej.

       turcjagielda5lat

      JAKI LOS PIENIĘDZY ZAINWESTOWANYCH W TURCJI? W Polsce działa kilka funduszy inwestycyjnych, które ulokowały w Turcji pieniądze swoich klientów. Był to od lat jeden z najmodniejszych kierunków inwestowania dla inwestorów oczekujących solidnego zysku z inwestycji w szybko rozwijającym się, choć zarządzanym autorytarnie kraju. Duży rynek wewnętrzny (ponad 80 mln ludności), gigantyczne inwestycje zagraniczne (choć w dużej części finansowane kredytem lub pieniędzmi funduszy wysokiego ryzyka), w miarę zdrowy budżet i porządnie zabezpieczone przed kryzysem banki - to zalety Turcji, które podkreślają do znudzenia menedżerowie funduszy lokujących tam pieniądze klientów.

      W latach 2010-2011 r. turecka gospodarka rosła w tempie 8% rocznie, a zdarzały się lata (np. 2014 r.) w których fundusze lokujące pieniądze w Turcji zajmowały pierwsze miejsca w rankingach najbardziej zyskownych (30-40% zysku). Dość powiedzieć, że na tureckiej giełdzie są notowane takie giganty jak Turk Hava Yollari, właściciel linii Turkish Airlines, Koc Holding (właściciel banku Yapi Credi, firmy energetycznej Tupras oraz firm produkujących części samochodowe), czy Arcelik (producent sprzętu AGD pod znaną w świecie marką Beko). Turcja to także duży miś w branży bankowej - takie firmy jak Garanti Bank, Turkiye Bankasi, czy AK Bank nie tylko należą do najbardziej innowacyjnych na świecie, ale też są większe od naszego PKO BP. W zeszłym roku wartość przychodów ze sprzedaży 500 największych firm tureckich wzrosła o 7% - osiągając w sumie 155 mld dolarów. W zeszłym roku turecka gospodarka, mierzona PKB, urosła o 4%. Turcja to potęga gospodarcza (PKB na mieszkańca wynosi tam 9500 dolarów, czyli wprawdzie mniej niż "polskie" 12.500 dolarów, ale to kraj dwa razy ludniejszy) oraz militarna, jeden z filarów NATO i mocarstwo atomowe. 

      investorturcjaquotesUczestnicy których polskich funduszy inwestycyjnych mogą czuć dziś mały stresik? Fundusz Investor Turcja - według danych na koniec maja 2016 r. - zebrał od inwestorów 95 mln zł (w czasie swojej działalności od 2009 r. zarobił w Turcji 86%, wykres macie obok). Funduszowi Quercus Turcja Polacy powierzyli prawie 60 mln zł (od 2012 r. osiągnął 5% zysku). Fundusz UniAkcje Turcja dysponuje 40 mln zł aktywów (i w ciągu czterech lat stracił jedną czwartą pieniędzy klientów). Prawie 185 mln zł zainwestował w Turcji fundusz Arka Akcji Tureckich, zarządzany przez bank BZ WBK (wynik: 7% zysku w ciągu pięciu lat działalności, ale przez pewien czas działał jako fundusz akcji bałkańskich). Fundusze Caspar Akcji Tureckich i Aegon Akcji Tureckich w sumie mają nad Bosforem 30 mln zł oszczędności swoich polskich klientów.

      Łącznie krajowi oszczędzający umieścili w działających głównie na terenie Turcji funduszach ponad 400 mln zł. Ale tak naprawdę znacznie więcej, bo warto NNrodkowoeuropejskiportfelwspomnieć, że w tureckie akcje pakowały pieniądze klientów fundusze, które teoretycznie z Turcją nie powinny mieć wiele wspólnego. Np. fundusz NN Akcji Środkowoeuropejskich - wg danych z karty funduszu (dowód rzeczowy jest w tabelce obok) - miał niedawno aż 47% aktywów ulokowanych w Turcji! A aktywa tego funduszu dobijały ostatnio do 200 mln zł. Prawie jedną trzecią pieniędzy swoich klientów inwestuje w Turcji fundusz Arka Akcji Środkowej i Wschodniej Europy (w sumie ma 160 mln zł aktywów), a niewiele mniej - porównywalny co do wielkości fundusz zamknięty o tej samej nazwie. Można powiedzieć, że pula pieniędzy zainwestowanych przez polskie fundusze w Turcji na pewno przekroczyła 600 mln zł. Nie wiadomo czy fundusze akcji tureckich - oraz te mocno zaangażowane w Turcji - nie będą zmuszone do zamknięcia inwestorom na kilka dni możliwości odkupień jednostek uczestnictwa.

      WZROŚNIE NIEUFNOŚĆ DO KRAJÓW WSCHODZĄCYCH? Jak rozwinie się sytuacja nad Bosforem i jak zostanie oceniona przez świat inwestorów? Gdyby nastąpił kolejny odpływ kapitału związany z poszukiwaniem przez inwestorów bezpiecznych przystani w niepewnych czasach, to oznaczałoby droższe euro i tańsze akcje, a także wyższe raty walutowych kredytów hipotecznych. Takie wydarzenia jak w Turcji na pewno nie uspokajają rynków i tak już rozedrganych widmem Brexitu. I na pewno nie budują dobrego klimatu do inwestowania na tzw. emerging markets, do których Polska też jest zaliczana. Ale próba przewrotu wojskowego w Turcji może być też na dłuższą metę epizodem bez znaczenia. Choć, niestety, pokazuje, że inwestowanie w USA, Niemczech, czy Japonii tym różni się od inwestowania w krajach rozwijających się, że tam nie ma ryzyka, że nagle czołgi wyjadą na ulice, bo ktoś zechce ogłosić "przedterminowe wybory"... 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (8) Pokaż komentarze do wpisu „W Turcji próba zamachu stanu. Klienci tych funduszy inwestycyjnych mogą mieć stres”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      sobota, 16 lipca 2016 09:02
  • czwartek, 23 czerwca 2016
    • Brexit: czarny scenariusz. Policzyłem ile mógłby nas kosztować. Kto najbardziej oberwie?

      Brexit, jakkolwiek może mieć dla Brytyjczyków dobre strony, skoro dziś dokładają się do budżetu Unii Europejskiej kwotą 9 mld euro rocznie i czują się z tym źle, to jednak - przynajmniej przejściowo - może spowodować turbulencje w ich gospodarce. Odpływ inwestorów obawiających się "zwijania się" gospodarki brytyjskiej, turbulencje w branży finansowej, która zdecydowanie woli wolne przepływy kapitału od ograniczonych (zmniejszą się więc zyski banków, które są ważnym pracodawcą w Londynie), spadek kursu funta, a więc i siły nabywczej dochodów Brytyjczyków... Ogólnie: niezły burdel ;-)

      Na dłuższą metę może okazać się, że to bardziej Unia Europejska potrzebuje Wielkiej Brytanii, niż Anglicy Unii. I efekt będzie taki, że podpisze się między Brukselą i Londynem nowe traktaty, bardziej korzystne dla Brytyjczyków, lecz dające im dużo przywilejów w handlu z Unią. Może się też okazać, że Unia Europejska i tak jest już trupem (albo raczej ledwo trzymającą się na nogach szkapą, którą każdy kraj ciągnie w swoją stronę), więc ten, kto z niej wyjdzie pierwszy, na tym wygra. Kto wie? Na krótką metę może być jednak nerwowo. A jak jest nerwowo to kto obrywa po uszach? Tak, Polak obrywa. Postanowiłem, uprzedzając sytuację, sprawdzić ile - w czarnym scenariuszu - moglibyśmy stracić na tym, że Brytyjczycy sobie wyszli z Unii, a my nie. Od razu zastrzegam: nie bardzo wierzę w ten czarny scenariusz. Ale we franka po 4 zł też nie wierzyłem, więc to żadna pociecha ;-).

      PRZEKAZY Z LONDYNU: 8 MLD ZŁ W PLECY? Jednym z "docelowych" skutków wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej byłoby zapewne utrudnienie pracy zarobkowej imigrantom. Wyspy brytyjskie są jednym z najpopularniejszych miejsc zarobkowych wśród polskich emigrantów. Spośród ponad 2 mln Polaków pracujących na stałe za granicą mniej więcej 800.000 mieszka w Wielkiej Brytanii. Dużej części z nich - niektórzy mówią, że wszystkich, ale nie wierzę, by Brytyjczycy byli tak głupi, by wyrzucać polskich lekarzy, czy informatyków - nie uda się spełnić kryteriów koniecznych do otrzymania prawa starego pobytu na Wyspach. Co by oznaczało? Statystyczny polski emigrant zarobkowy przesyła do kraju 300 funtów miesięcznie, co oznacza, że cała armia Polaków-pracusiów rocznie przesyła z Anglii 3 mld funtów. Gdyby połowa z nich została zmuszone do wyjazdu, to wysechłby strumień półtora miliarda funtów rocznie. Te pieniądze - w przeliczeniu 8 mld zł - w większości wydawane są w Polsce na konsumpcję i zasilają nasze PKB.

      brexinfo1

      EKSPORT POLSKICH FIRM NA WYSPY: 3 MLD ZŁ W PLECY? Brexit może osłabić funta względem innych walut, co oznaczać będzie wzrost cen w sklepach (większość artykułów spożywczych Brytyjczycy importują z Europy kontynentalnej) i spadek stopy życiowej mieszkańców Wysp. Być może przejściowy, bo na dłuższą metę może okazać się, że to bardziej Unia Europejska potrzebuje Wielkiej Brytanii, niż Anglicy Unii. Na razie jednak stopa życiowa Brytyjczyków może spaść. A to odbiłoby się na polskim eksporcie do Wielkiej Brytanii, który w zeszłym roku przekroczył 45 mld "zielonych". Gdyby spadł tylko o 10%, polskie firmy byłyby w plecy najmarniej o 15 mld zł, licząc po obrotach. Przy rentowności eksportu rzędu 20% byłoby to najmarniej 3 mld zł mniejszych zysków.

      brexinfo2

      CENY AUT I ELEKTRONIKI: 3 MLD ZŁ W PLECY? Efektem wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej byłoby w krótkim terminie osłabienie złotego. Choćby dlatego, że mielibyśmy odpływ inwestorów do bezpiecznych inwestycji - obligacji amerykańskich, lokat w szwajcarskich bankach, złota... Oczywiście: euro też osłabiłoby się wobec dolara, franka szwajcarskiego i jena, ale złoty osłabiłby się jeszcze bardziej - wskutek awersji do ryzyka. Gdyby - w co nie bardzo wierzę i dałem temu wyraz we wczorajszym wpisie - takie osłabienie złotego wobec i tak słabego euro miało potrwać dłużej niż kilka dni lub tygodni, to mogłoby oznaczać wzrost tcen elektroniki i samochodów. Z kolei wzrost ceny dolara mógłby spowodować droższe paliwo na stacjach benzynowych (choć tu grają rolę jeszcze kwestie dotyczące zapasów). Skupmy się na autach i elektronice. Nowych samochodów kupujemy 350.000 rocznie i przy średniej cenie egzemplarza 15.000 euro ewentualny wzrost kursu tej waluty o 25-35 gr. (np. do 4,75 zł, co nie jest nierealne) oznaczałby, że cena przeciętnego auta z importu mogłaby wzrosnąć o 4000 zł. W skali całych naszych zakupów - o 1,5 mld zł rocznie. A elektronika? To rynek wart 30 mld zł rocznie, z czego większość najdroższych towarów jest importowana. Gdyby przeliczeniem z euro po wyższym kursie była objęta tylko połowa naszych zakupów elektroniki, to bylibyśmy w plecy o kolejne półtora miliarda złotych.

      Akcja Dywidenda jak w banku

      Kliknij baner i zapisz się do zabawy! Szczegóły konkursu i warunki uczestnictwa: tutaj

      POLSKI TURYSTA: MILIARD ZŁOTYCH W PLECY? Tylko 17 mln Polaków będzie w tym roku stać na urlop za granicą, a z tego za granicę wybiera się 4,5 mln osób. Ze statystyk Polskiej Izby Turystyki wynika, że przeciętny turysta spędzając urlop za granicą wydaje 2.900 zł. A to oznacza, że łącznie wydamy - w dużej części w krajach strefy euro (Francja, Włochy, Hiszpania, Grecja) - 13,5 mld zł. Po obecnym kursie euro (w okolicach 4,4 zł) byłoby to jakieś 3,1 mld euro. Jeśli kurs podskoczy tylko o 25 groszy - byłby to już o miliard złotych więcej. Gdyby nastąpił Brexit i kurs euro podskoczyłby w większym stopniu, np. o 50 gr., to dodatkowe koszty polskich turystów mogłyby wynieść nawet 2 mld zł. Ale z drugiej strony prawo zabrania rewidować w górę cen wycieczek zagranicznych (a w ten sposób odbywa się duża część naszych podróży) na mniej, niż 60 dni przed wylotem. Część turystów może być więc bezpieczna.

      POLSKI KREDYTOBIORCA: 100 MLN ZŁ CO MIESIĄC W PLECY. Wielką zagadką jest kurs franka po tym, gdyby doszło do Brexitu. W Szwajcarii oprocentowanie depozytów jest zerowe lub nawet minimalnie ujemne, ale to nie ma najmniejszego znaczenia dla lokujących tam pieniądze instytucji i osób - oni uważają Szwajcarię za oazę bezpieczeństwa i w każdej kryzysowej sytuacji kupują aktywa wyrażone w tej walucie. Kurs franka w przypadku Brexitu musi więc pójść w górę i to prawdopodobnie dwukrotnie bardziej, niż kurs euro wobec złotego. Trzeba więc brać pod uwagę nawet taki scenariusz, że złoty do euro straci np. 25 gr., a do franka - jakieś 50 gr. Co by oznaczał frank po 4,6 zł? Cóż, jeśli chodzi o wzrost zadłużenia - dziś nasz dług wyrażony we frankach wynosi jakieś 35 mld "franciszków" - mielibyśmy skok o 25 mld zł. Jeśli chodzi o wzrost przeciętnej raty do zapłacenia - pewnie ze 100 mln zł miesięcznie, licząc wszystkich frankowiczów razem.

      brexinfo3

      BANKI: MILIARD ZŁOTYCH W PLECY? Osobnym problemem jest ewentualny wzrost liczby niewypłacalnych kredytobiorców. Dziś jest ich ok. 30.000, ale gdyby wskutek wyższych rat swoje kredyty przestało spłacać np. kolejnych 20.000 osób, to banki - licząc, że średnia wartość kredytu to równowartość 50.000 franków - musiałyby wrzucić w rezerwy miliard złotych. Robiłem kiedyś taki stress-test dla franka po 4 zł :-). Ale chyba przesadziłem z pesymizmem, bo frank już jest po 4 zł, a bankrutów wciąż jakby mniej, niż prognozowałem. 

      W sumie - gdyby wszystkie te czynniki (a pomieszałem krótko- i długoterminowe) się ziściły, to wychodzi jakieś... 17 mld zł. Czyli niecałe 500 zł na głowę Polaka-szaraka. Słono. Na szczęście nie musicie jeszcze szykować portfeli ;-). To są zabawy liczbami, ale tak naprawdę nikt nie wie co się stanie, kiedy okaże się - najpewniej w piątek - że Brytyjczycy powiedzieli "nie" Unii Europejskiej. Cokolwiek się nie stanie, jestem dziwnie spokojny, że za kilka tygodni to się wszystko poukłada. Brytyjczycy zrozumieją, że odcinanie polskich pracowników od miejsc pracy na Wyspach to dla nich strzał w stopę, że warto na nowo ułożyć sobie relacje z Unią Europejską, nawet jeśli będzie to układanie się z wychodzoną szkapą ciągniętą... i tak dalej ;-). Przy takim założeniu drżączka nie powinna trwać dłużej, niż kilka tygodni, a większość opisanych przeze mnie skutków ubocznych Brexitu - być może nie nadejdzie, będzie miała mniejszą skalę bądź szybko zostanie odwrócona. W coś, do cholery, trzeba wierzyć, nie? ;-). Trzymajmy się foteli, zanosi się na ultraciekawy koniec tygodnia.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (9) Pokaż komentarze do wpisu „Brexit: czarny scenariusz. Policzyłem ile mógłby nas kosztować. Kto najbardziej oberwie?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 23 czerwca 2016 12:49

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


użytkowników on-line