Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

18. Przewodnik po domowych finansach

  • czwartek, 16 marca 2017
    • Możesz już zlecić urzędnikom przez internet, żeby zajęli się twoim PIT-em! Przetestowałem to i...

      Od wczoraj część z nas, podatników, ma łatwiej: możemy poprosić urząd skarbowy, żeby sam wypełnił za nas PIT-a. Dotyczy to co prawda tylko tych, którzy mieli w zeszłym roku dochody z pracy etatowej lub z umów zlecenia, o dzieło, czy z praw autorskich, ale... i tak ulgę odczują miliony. O ile oczywiście zechcą z tej nowej opcji skorzystać :-)). Skoro w ciągu zaledwie kilku lat dużą popularność zdobyła możliwość składania PIT-a przez internet, to jestem pewny, że i scedowanie "przyjemności" przygotowania kwitów podatkowych na urzędników "skarbówki" stanie się hitem. A wiecie co jest najlepsze? Że dzięki bankom cała procedura "zamówienia PIT-a" w urzędzie skarbowym jest do przeprowadzenia z poziomu domowego fotela! Przetestowałem to na własnej skórze (a właściwie na skórze kogoś z rodziny). Jak było? Posłuchajcie :-). A jeśli lubicie być podatkowymi beta-testerami nowości, to nie widzę przeciwwskazań, żebyście też spróbowali w tym roku odpuścić sobie PIT-olenie i zlecić je Ministerstwu Finansów ;-)).

      Z jakimkolwiek porozumiewaniem się z urzędnikami przez internet jest generalnie taki problem, że aby skorzystać z tego kanału komunikacji trzeba mieć tzw. zaufany profil w ePUAP, czyli w portalu, który jest "cyfrowymi wrotami" do polskich urzędów. A żeby taki profil sobie "urzeźbić" nie wystarczy podać przez internet wszystkich danych na swój temat (nazwisko, adres, PESEL, numer buta), lecz trzeba jeszcze podreptać z dowodem osobistym i paszportem do jednego z punktów weryfikacyjnych (w Warszawie jest nich niespełna 50). Dużo fatygi jeśli celem zakładania profilu ma być poproszenie urzędników, żeby zajęli się wypełnieniem PIT-a. Na szczęście z odsieczą pospieszyły urzędnikom banki. Co najmniej pięć z nich - PKO BP, Bank Millennium, Raiffeisen, BGŻ BNP Paribas oraz ING - umożliwiło swoim klientom złożenie wniosku do "skarbówki" w sprawie sporządzenia PIT-a przez... bankowość internetową.

      Założenie jest proste: skoro klient zalogował się w banku, to znaczy, że jego tożsamość jest potwierdzona i bank może ją "żyrować" w kontaktach z urzędnikami. Na tej samej zasadzie banki przyjmowały już w imieniu urzędw gmin wnioski o wypłatę świadczeń w programie "Rodzina 500+". W trzech bankach - PKO BP, ING oraz Banku Millennium - można też w bankowości internetowej założyć sobie profil na platformie ePUAP i załatwiać niektóre sprawy w urzędach przez internet. Teraz przyszła kolej na pomoc klientom w rozliczaniu podatków. Pisałem już, że dzięki takim usługom banki mogą zachować miejsce w naszych sercach - staną się centrum autoryzacji naszej tożsamości w różnych miejscach, a nie tylko handlarzami pieniądzem.

      Czytaj też: Będzie rewolucja w logowaniu? Jedno mobilne hasło do wszystkiego!

      Czytaj też: Pierwszy bank udzieli kredytu hipotecznego przez internet? No, prawie

      Proces "zamawiania" PIT-a w "skarbówce" testowałem na przykładzie ROR-u w państwowym PKO BP. Po zalogowaniu się na konto trzeba wejść w fiszkę dotyczącą e-Urzędów i tam wypełnić internetowy wniosek, odpowiadając na kilka pytań. Zasadniczo nie jest to jakoś szczególnie trudne - ze spraw merytorycznych system wymaga jedynie potwierdzenia czy korzystamy z ulgi na dzieci (trzeba podać PESEL lub imię, nazwisko i datę urodzenia dziecka oraz określić któremu z rodziców przysługuje prawo do ulgi i w jakiej kwocie) lub rehabilitacyjnej i jakie mamy koszty uzyskania przychodów, czy rozliczamy się wspólnie z mężem/żoną oraz na jaką organizację chcemy przekazać 1% podatku. Denerwował mało przyjazny język formularza. W kilku miejscach znajdują się bełkotliwe wyjaśnienia, które niejednego klienta muszą wprowadzić w rozedrganie i skłonić do "porzucenia koszyka". Nie wiem czy podobnie jest w ING, ale szkoda, że pracownicy PKO BP nie postarali się o mniej oschłą "twarz" wniosku. Zresztą cały system bankowości internetowej w PKO BP jest "oschły" ;-).

      tralala

      Najważniejsze jest jednak to, że po kilku minutach wypełniania formularza udało nam się wysłać wniosek i ściągnąć na komputer potwierdzenie jego złożenia. Od tego momentu urzędnicy mają pięć dni roboczych na odesłanie projektu PIT-u na adres e-mail podatnika (a ściślej pisząc - linku do zeznania, które będzie można zassać po podaniu loginu i hasła). Zeznanie będzie można zaakceptować lub odrzucić na trzy sposoby, z których w zasięgu "normalnego" człowieka są dwa: "podpisać" się profilem zaufanym w ePUAP (można go założyć - powtarzam - metodą "z buta" bądź przez bankowość elektroniczną trzech banków), albo poprzez podanie dokładnej kwoty przychodu z zeszłorocznego zeznania podatkowego. Po przyjęciu wyliczeń urzędu dostaje się potwierdzenie "skarbówki" i po robocie.

      W przypadku członka mojej rodziny, którego namówiłem do scedowania na urzędników wypełniania PIT-a, ów pięciodniowy "licznik" na dostarczenie mu zeznania już bije. I chętnie poinformuję Was o wyniku tego testu. Jednak już dziś mogę powiedzieć, że sama procedura składania za pomocą bankowości internetowej wniosku o rozliczenie PIT-a przez "skarbówkę" jest - mimo pewnych zgrzytów - do przełknięcia. Mam nadzieję, że niedługo będzie dostępna we wszystkich dużych bankach, bo wydatnie ułatwia życie. Mamy gwarancję, że do naszego zeznania nie będzie żadnych pretensji i że nikt nas nie będzie wzywał do poprawienia błędów rachunkowych w zeznaniach. W kolejnych latach urzędnicy chcą umożliwić scedowanie na nich rozliczeń podatkowych następnym grupom podatników, więc o ile w tym roku jest to tylko nowinka dostępna dla części klientów banków, to w przyszłym - jak sądzę - będzie to być może standard. I czak ma być!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Możesz już zlecić urzędnikom przez internet, żeby zajęli się twoim PIT-em! Przetestowałem to i...”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 16 marca 2017 08:48
  • wtorek, 14 marca 2017
    • Przez tę decyzję władz już nigdy nie będziecie zarabiali jak Niemcy. Rząd to ukrywa, a ja... liczę

      Polski rząd wpadł na pomysł, żeby... zachęcać ludzi do dłuższej pracy. Podobno - tak wynika z przecieków, bo na razie nie ma na stole żadnego projektu zmian w prawie - będzie dopłacał w żywej gotówce ludziom, którzy mimo osiągnięcia wieku emerytalnego wciąż będą pracowali i wytwarzali PKB. Co prawda PiS obiecał w wyborach - i przeprowadził przez parlament - ustawę, która obniża wiek emerytalny (Naczelnik obiecał, że będziemy pracować krótko, a pieniądze będą same spadać z nieba). Ale najwyraźniej doszedł do wniosku, że nie byłoby dobrze, gdyby Naród zaczął korzystać z efektów tych obietnic ;-). Chyba ktoś wreszcie puknął się w czoło i przypomniał sobie słynne powiedzenie: "Dlaczegoś biedny? Boś głupi. Czegoś głupi? Boś biedny". Dziś w blogu będzie o tym dlaczego wciąż nie możemy dogonić Zachodu i dlaczego pomysły premier Szydło, wicepremiera Morawieckiego oraz Naczelnika Kaczyńskiego mogą sprawić, że nie dogonimy go już nigdy. 

      Dlaczego za tę samą pracę w Niemczech, czy Wielkiej Brytanii płaci się 3000 euro, a u nas niecały 1000 euro? Dlaczego przeciętny Szwajcar ma na rękę 6000 franków, czyli mniej więcej dziesięć razy tyle, co przeciętny Polak? W najprostszych słowach: bogaci są ci, którzy wytwarzają największe PKB (czyli największą wartość wszystkich dóbr i usług). Jeśli w ciągu ośmiu godzin przykręcasz śrubki, to wytworzysz mniejsze PKB (i zarobisz mniej pieniędzy), niż gdybyś przez te osiem godzin wytwarzał smartfony, silniki do statków kosmicznych, nowe odmiany leków. Produkując nowoczesne, innowacyjne, będące przedmiotem pożądania na całym świecie towary zarabia się więcej. I więcej zarabia nie tylko ten, kto te cuda sprzedaje, ale wszyscy dookoła, bo w kraju, gdzie są wysokie zarobki w branżach innowacyjnych, lepiej się też płaci we wszystkich pozostałych (więcej osób jest skłonnych zapłacić więcej za rzeczy zwyczajne ;-)).

      DWIE PRZYCZYNY NASZYCH NISKICH ZAROBKÓW. Krótka odpowiedź więc brzmi: jesteśmy biedni, bo zajmujemy się sprzedażą jabłek, a nie produkcją Iphone'ów. Montujemy samochody zamiast je produkować. Pracujemy dla Amazona zamiast być Amazonem. Ale to tylko pół prawdy. Druga połowa jest taka, że ci, którzy pracują, oprócz wypracowywać PKB na własny rachunek, muszą też utrzymywać tych, którzy są na emeryturach, rentach, albo nabyli prawa do państwowych świadczeń w wieku 40-50 lat. Tam gdzie więcej ludzi pracuje, wytwarza się więcej PKB i ludzie zarabiają lub zyskują proporcjonalnie więcej (bo podatki są mniejsze, albo są przeznaczane w większym stopniu na poprawę jakości życia pracujących). Jeśli więc masz wrażenie, że za mało ci płacą, to znaczy, że żyjesz w kraju, w którym: a) jest za mało innowacyjnych firm, b) zbyt duża część tego, co mógłbyś zarobić, jest ci zabierana na utrzymanie tych, którzy nie pracują, c) dzieją się obie te rzeczy na raz.

      Jaką wartość przeciętnie wypracowuje przez rok obywatel w Polsce? Różnie liczą, ale jakieś 14.500-16.500 euro, czyli 65.000-70.000 zł. Jest lepiej, bo jeszcze 10 lat temu Polak-szarak wypracowywał mniej więcej połowę tej kwoty. Pracujemy po te osiem godzin dziennie, ale przynajmniej część z nas robi rzeczy bardziej skomplikowane, które da się drogo sprzedać za granicą. Jednak przeciętny Amerykanin w tym samym czasie "wydłubie" PKB o wartości 50.000 euro, Brytyjczyk, Hiszpan i Francuz po 30.000 euro, Norweg aż 90.000 euro (ale oni sprzedają ropę naftową), Szwajcar wypracuje 75.000 euro, a znienawidzony Niemiec 45.000 euro. Gonimy tego Niemca dość wartko, bo jeszcze dziesięć lat temu nasi sąsiedzi mieli pięciokrotnie większe PKB na mieszkańca, niż my, a teraz już "tylko" trzykrotnie większe (a podobno "Polska w ruinie"). Wiem, macie głęboko w dupie całe to PKB, zwłaszcza, że było niesprawiedliwie dzielone przez tych cholernych neoliberałów (tfu, tfu, kanalie). Ale ten wskaźnik jakoś-tam przekłada się na wynagrodzenia. Dziwnym trafem różnica w pensjach między Niemcami a Polakami jest zbliżona do różnicy w PKB przypadającego na mieszkańca.

      KIEDY BĘDZIEMY MIELI NIEMIECKIE PENSJE?  Może nigdy, bo od niedawna rządzą nami populiści, w których interesie jest to, by jak najwięcej osób było na utrzymaniu państwa. A więc, by pracujący - zamiast gospodarować "swoim" coraz większym PKB - musieli oddawać możliwie dużą część zarobków na utrzymanie niepracujących. Zaś niepracujący mają tę piękną cechę, że są uzależnieni od populistów i głosują na nich w wyborach. Nawet jeśli będziemy mieli - jako państwo - coraz większe PKB, to będzie ono dzielone tak, żeby pracujący w jak najmniejszym stopniu odczuli to w swojej kieszeni. Jest to o tyle przykre, że dziś jesteśmy w momencie, w którym - gdyby się porządnie sprężyć - tych cholernych Niemców moglibyśmy dogonić pod względem wynagrodzeń dość szybko. Niestety, ciężko jest gonić, jak wrzucają ci na plecy jeszcze więcej nie pracujących (np. wcześniejszych emerytów oraz tych, którzy nabywają preferencyjne przywileje emerytalne, bo rząd boi się im je zabrać).

      ILU POLAKÓW WYTWARZA PKB? A ILU NIEMCÓW? PORAŻAJĄCE. Wziąłem statystyki Eurostatu dotyczące liczby ludności w kilku krajach. Potem nałożyłem na to dane Banku Światowego dotyczące odsetka ludności w wieku produkcyjnym (czyli po wyjęciu staruszków i dzieci). Nałożyłem na to dane dotyczące odsetka ludności aktywnej zawodowo spośród tych, którzy są w wieku produkcyjnym. A to wszystko porównałem z PKB przypadającym na mieszkańca oraz z wartością globalną PKB dla danego kraju. Co się okazało? Otóż warunki do gonienia bogatych mamy świetne - w Polsce aż 70% wszystkich obywateli jest w wieku, w którym mogą i powinni pracować. W Szwajcarii jest to 67%, w Norwegii i Niemczech 66%, we Francji tylko 62%. Ale co z tego, skoro wśród wszystkich, którzy mogliby pracować, w Polsce rzeczywiście PKB wytwarza tylko 62%? W Austrii jest to 71%, w Niemczech 74%, w Norwegii 75%, a w Szwajcarii 80%! Krótko pisząc: jesteśmy jak nowoczesny samolot, który ma cztery silniki, ale włączył tylko trzy.

      pkbplger

      CO BY BYŁO GDYBYŚMY PRACOWALI JAK NIEMCY?  W Niemczech spośród 80 mln obywateli faktycznie pracuje 39 mln. A więc co drugi. W Norwegii - nawet 53%. W Szwajcarii spośród 8,3 mln obywateli PKB wytwarza aż 4,5 mln (54% wszystkich). A w Polsce? Z 38 mln ludzi po odjęciu starców i dzieci oraz po przemnożeniu pozostałych przez wskaźnik aktywności zawodowej wychodzi, że pracuje 16,5 mln osób, tylko nieco ponad 40% wszystkich. Ze statystyki PKB per capita wychodzi, że każdy obywatel wypracowuje na godzinę - przy założeniu, że pracuje przez 250 dni w roku po osiem godzin - jakieś 6,5-7 euro. Ale tak naprawdę ci, którzy pracują, muszą wytwarzać na godzinę aż 14,5-15,5 euro. I z tego "oddają" 8 euro, żeby utrzymać niepracujących. Gdybyśmy wzięli się do roboty tak jak Niemcy (czyli pracowałaby połowa obywateli), to rocznie do podziału byłoby prawie o 100 mld euro PKB więcej. Gdyby przeliczyć to na każdą godzinę pracy, wyszłoby 2,5 euro ekstra "premii" dla każdego. Oczywiście ci cholerni neoliberałowie (tfu, tfu, kanalie) nie umieliby tego sprawiedliwie podzielić, ale przynajmniej byłoby co dzielić.

      Podsumowując: zamiast włączyć czwarty silnik w samolocie, czyli skorzystać z tego, że mamy więcej ludzi zdolnych do pracy, niż inne kraje (dopóki jeszcze ich mamy), my wyłączamy również trzeci (czyli instalujemy sobie wcześniejszy wiek emerytalny). Będziemy gonili Niemców na pół gwizdka, a oni, choć starsi, będą nam uciekali na pełnym gazie. Gdyby w Polsce było "po niemiecku", to prawdopodobnie każdy z nas mógłby proporcjonalnie więcej zarabiać (2,5 euro "premii" w wytwarzaniu PKB przekłada się hipotetycznie na 15% podwyżki pensji). Oczywiście: nie wszystkie przywileje socjalne są głupie i nie każda redystrybucja jest zła, zaś zwiększenie aktywności zawodowej nie dzieje się "samo", lecz wymaga odpowiednich warunków (dziś 50-latek nie ma łatwo żeby znaleźć pracę nawet jeśli chciałby pracować do stu lat). Ale jest cienka, czerwona linia, po której przekroczeniu wyłącza się silnik w samolocie. Na pocieszenie: są kraje, w których jest gorzej. W Grecji na 11 mln obywateli pracuje 3,5 mln. Każdy pracujący musi wytwarzać 33 euro PKB na godzinę, żeby "utrzymać" dwóch niepracujących. Bo PKB per capita wypracowywane w Grecji przez godzinę "pracowniczą" warte jest 11 euro. I tak więcej, niż u nas. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (33) Pokaż komentarze do wpisu „Przez tę decyzję władz już nigdy nie będziecie zarabiali jak Niemcy. Rząd to ukrywa, a ja... liczę”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 14 marca 2017 09:06
  • poniedziałek, 13 marca 2017
    • Boisz się, że wyłudzą pożyczkę na twoje dane? Są już trzy miejsca, które przed tym chronią. Testuję!

      Pojawiła się kolejna możliwość ochrony przed wyłudzeniem pieniędzy na nasze konto. To ważne, bo sposobów na to, by poznać nasze dane z dowodu osobistego, numer PESEL, numer telefonu i dane adresowe - a potem spróbować je wykorzystać w niecnym celu - jest niemało. Największe firmy pożyczkowe uruchomiły portal Bezpiecznypesel.pl, w którym każdy może zarejestrować się jako osoba "zamrożona kredytowo". A więc zadeklarować: "nie chcę zaciągać nowych pożyczek, a jeśli ktoś znający moje dane będzie chciał wziąć - używając ich - jakieś pieniądze, to znaczy, że jest oszustem". Dzięki temu nikt, kto zagląda do takiej bazy, nie udzieli pożyczki osobie, która "wylegitymuje" się naszym numerem PESEL widniejącym jako "zastrzeżony". Oczywiście oznacza to, że my też - dopóki jesteśmy w bazie - nie weźmiemy pożyczki dopóki się z niej nie wykreślimy (nie jest to trudne). Jednak dla tych z nas, którzy nie mają w planach pożyczania pieniędzy, zastrzeżenie PESEL-u może być dobrym pomysłem na zmniejszenie ryzyka, iż staniemy się ofiarą wyłudzenia.

      JAK DZIAŁA BEZPIECZNYPESEL.PL? TESTUJĘ! Niestety, tylko na zmniejszenie, bo partnerami Bezpiecznypesel.pl są na razie tylko firmy pożyczkowe - i to nie wszystkie. Do zaglądania do tej bazy przed udzieleniem jakiejkolwiek pożyczki zobowiązały się m.in. Provident, Vivus, Wonga, czy Bocian i jeszcze kilkanaście firm. Ale nie ma w niej np. ProfiCredit, a także żadnego dużego banku. Jeśli potencjalny złodziej naszej tożsamości uda się do instytucji nie będącej członkiem sojuszu Bezpiecznypesel.pl, to obecność naszego PESEL-u w bazie może nic nie pomóc. Jak działa Bezpiecznypesel.pl? Próbowałem go przetestować na własnej skórze. Trzeba, niestety, podać sporo danych oraz wysłać portalowi skan swojego dowodu osobistego (na szczęście połączenie jest szyfrowane, ale i tak nie jest to komfortowa sytuacja, gdy trzeba przekazać skan dowodu anonimowej w sumie firmie CRIF (z kapitałem 50.000 zł), choć przecież należącej do dużej niemieckiej wywiadowni DeltaVista i "autoryzowanej" przez Związek Firm Pożyczkowych.

      bezpiecznypeselhpscreen

      Poza skanem dowodu - chcąc zastrzec swój PESEL - trzeba podać dane osobowe (razem z własnym nazwiskiem rodowym oraz imionami rodziców), adres zameldowania, numer telefonu i e-mail oraz jeszcze przepisać trochę danych z dowodu osobistego. Widać, że portal jest chałupniczym przedsięwzięciem, bo naprawdę nie widzę powodu, dla którego w XXI wieku, w erze botów, robotów i biometrii muszę podawać numer dowodu, datę wydania, datę ważności i nazwę organu administracyjnego, który wydał mi dokument, skoro skan zawierający te wszystkie numerki jednocześnie przesyłam. Cóż, ergonomia nie jest mocną stroną tej strony :-). Ale główny problem tkwi jednak w tym, że nie mam aż tak wielkiego przekonania co do bezpieczeństwa przekazywanych danych, jak w przypadku BIK-u (który działa już od ponad 20 lat), czy biur informacji gospodarczej (funkcjonujących na podstawie specjalnej ustawy)

      Na koniec znęcania się nad - pozytywną w sumie - inicjatywą Bezpiecznypesel.pl muszę niestety dodać, że po pracowitym wpisaniu wszystkich informacji na swój temat (zabrakło chyba tylko rozmiaru buta i koloru włosów) okazało się, że wyskoczył jakiś błąd i nie mogłem zastrzec swojego PESEL-u. Cóż, był weekend. Gdyby chociaż pojawił się jakiś sensowny komunikat o przyczynach fakapu, który dałby mi pewność, że przy okazji skan mojego dowodu osobistego nie został wysłany w kosmos i że nie przejmą go jakieś "pożyczkowe ufoludki"...

      error

      ALERTY BIK I FAIRPAY - CZY WARTO "SIĘ SPRAWDZIĆ"? Jakkolwiek by nie oceniać umiejscowienia i jakości działania bazy Bezpiecznypesel.pl, jest to kolejna z dostępnych opcji, która - o ile dane zbierane tam nie "wyciekają" do złych ludzi - zmniejsza ryzyko wyłudzenia pieniędzy na nasze konto. Bardzo bym chciał, żeby podobną usługę wreszcie wprowadziło Biuro Informacji Kredytowej, w którym danymi o naszych kredytach wymieniają się banki. Skoro jesteśmy przy usługach, które pozwalają chronić naszą tożsamość, to od razu napiszę o pozostałych, które są na rynku. Wspomniany BIK ma w ofercie internetowe konto, które pozwala zarejestrowanemu klientowi uzyskać wszystkie dane o kredytach, które w przeszłości ów klient spłacał, spłaca obecnie (zwłaszcza o ich statusie - czy nie są oznaczone jako spłacane nierzetelnie) oraz pobrać ocenę punktową - tę samą, której używają banki przy szacowaniu naszej zdolności kredytowej.

      W pakiecie są też alerty, czyli wysyłanie na podany numer telefonu informacji, że jakiś bank lub firma pożyczkowa zaglądała do naszej "szufladki" w bazie BIK. Jeśli zaglądała, to może znaczyć, że ktoś próbował się pod nas podszyć. Całość tych usług na próbę - przez dwa miesiące - jest za darmo lub za symboliczną złotówkę, zaś później trzeba płacić 79 zł rocznie. Ale samą usługę alertów - a to ona tak naprawdę jest nam potrzebna do ochrony przed złodziejami tożsamości - można mieć za 19 zł rocznie. I do skorzystania z takiego pakietu mini zachęcam. Podobną usługę - i to za darmo - ma w ofercie Krajowy Rejestr Długów, czyli prywatna firma, która zbiera dane o rzetelnych i nierzetelnych płatnikach. Na jego stronie internetowej można założyć sobie bezpłatne konto FairPay i sprawdzić czy jakiś bank lub firma pożyczkowa zaglądała do jej bazy i pytała o nas. Usługa alertów w BIK, konto FairPay w KRD oraz zastrzeżenie PESEL-u na stronie Bezpiecznypesel.pl to w sumie może być dść solidny pakiet chroniący naszą tożsamość.

      dywidendalogo11ZAPRASZAM NA WEBINAR O FUNDUSZACH! Jak w miarę bezpiecznie lokować oszczędności w fundusze inwestycyjne i surowce dla dywidendy i nie tylko? O tym - wspólnie z Albertem Rokickim, prowadzącym blog Longterm.pl, opowiem w najbliższy wtorek o godz. 19.00. Będzie coś dla początkujących ciułaczy, którzy myślą co by tu zrobić, żeby ich pieniądze w bankach nie traciły na wartości, jak również coś dla bardziej zaawansowanych inwestorów, którzy chcieliby rekomendacji w które fundusze dziś warto wkładać pieniądze. Formularz zapisu na webinar jest tutaj. Klikajcie, liczba miejsc ograniczona!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (16) Pokaż komentarze do wpisu „Boisz się, że wyłudzą pożyczkę na twoje dane? Są już trzy miejsca, które przed tym chronią. Testuję!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 13 marca 2017 11:09
  • środa, 08 lutego 2017
    • W ciągu jednego roku pożyczyliśmy... 120 mld zł! Gdzie wyparowało 42.000 kredytów frankowych?

      Nie wiem jak Wy to robicie, ale wygląda na to, że macie coraz większą zdolność kredytową. I z przerażeniem stwierdzam, że w coraz większym stopniu ją wykorzystujecie ;-)). Z ogłoszonych właśnie danych Biura Informacji Kredytowej (to baza danych, w której banki umieszczają wszystkie udzielone kredyty, współpracuje z nią także część firm pożyczkowych) wynika, że w zeszłym roku pożyczyliście od różnej maści instytucji finansowych ponad 120 mld zł! Z tego aż dwie trzecie to pożyczki na konsumpcję, zaś reszta - kredyty hipoteczne. Te 120 mld zł to duża kasa, jeśli wziąć pod uwagę, że mediana miesięcznego wynagrodzenia w Polsce to jakieś 2600 zł na rękę, zaś pracuje tu 16 mln osób. Lecz z innych danych, które wyciągnąłem niedawno z KNF i NBP wynika, że w sumie jesteśmy winni bankom już ponad 1,1 bln zł. Powodzenia w spłacaniu ;-)).

      BIK20161

      DO BANKU DRAŁUJEMY PO 11.000 ZŁ. AŻ 7 MLN RAZY! Raport o naszych długach, sporządzony przez BIK, przynosi wiele więcej ciekawych ustaleń. Otóż w zeszłym roku co prawda pożyczyliście w sumie więcej pieniędzy, ale udzielonych pożyczek było "tylko" 7,16 mln sztuk, czyli o ponad pół miliona mniej, niż trzy lata temu. To oznaczać może dwie rzeczy: że coraz więcej osób ma na tyle wysokie dochody, że pożyczanie na konsumpcję przestało ich interesować oraz że te osoby, które nie mają jeszcze statusu "niepotrzebujących kredytów" są w stanie pożyczyć więcej. Pytanie brzmi czy wynika to z coraz większej zdolności kredytowej, czyli z rosnących wynagrodzeń, czy też (co znacznie mniej prawdopodobne) z coraz bardziej liberalnej polityki banków, ich większego apetytu na ryzyko. Średnia wartość kredytu konsumpcyjnego jest dziś o jakieś 1300 zł wyższa, niż dwa lata temu i wynosi niemal 11.000 zł.

      WIĘCEJ ZARABIAMY, ŁADNIE SPŁACAMY. Dlaczego uważam, że pożyczający z banków na konsumpcję najwyraźniej są w coraz lepszej kondycji finansowej? Ano na podstawie innych statystyk BIK, z których wynika, że wśród kredytów udzielonych w 2008 r. po 24 miesiącach "popsuło się" aż 8%, zaś po 36 miesiącach - już 12% spośród nich. Zaś wśród kredytów udzielonych w latach 2014-2015 po 24 miesiącach tzw. default dotknął 3,2-3,3% kredytów, zaś po 36 miesiącach - 4,1%. Tylko dlaczego w takim razie, do wafla, te kredyty są wciąż takie drogie!?

      BIK201611

      CO CZWARTA MAŁA POŻYCZKA JUŻ NIE Z BANKU. BIK przynosi też ciekawe cyferki na temat branży pożyczkowej i tego czym różni się klient bankowy od klienta bankowo-pożyczkowego oraz od tego, który z banku wyleciał już przez okno i jest skazany wyłącznie na pożyczki pozabankowe. Otóż według BIK wśród wszystkich pożyczek konsumpcyjnych, które zaciągnęliśmy w zeszłym roku (80 mld zł) jakieś 10 mld zł to małe pożyczki do 4.000 zł. W tej części rynku aż 25% udział mają pozabankowe firmy pożyczkowe. A więc co czwarta osoba pożyczająca mniej, niż 4.000 zł poszła do firmy pożyczkowej, a nie do banku - choć przecież banki mają również taką, niskokwotową ofertę. Prawdopodobnie to kwestia mniejszej liczby formalności i przyjaznego procesu udzielania pożyczki. Na pewno nie ceny, bo pożyczki pozabankowe są średnio cztery razy droższe, niż bankowe. W pożyczkach do 1.000 zł (stanowią tylko 1,1 mld zł z całej 80-miliardowej puli pożyczek na konsumpcję) firmy pozabankowe mają już prawie 50% udziałów rynkowych.

      KLIENT FIRMY POŻYCZKOWEJ: TYLKO CO TRZECI BEZ SKAZY. Ze statystyk BIK wynika, że tylko 32-33% klientów firm pozabankowych nie ma i nigdy nie miało na koncie żadnych opóźnień w spłatach rat kredytów lub pożyczek. W przypadku klientów banków ten odsetek wynosi 87%. To drastyczna różnica: o ile banki mają tylko co dziesiątego klienta z jakimikolwiek problemami płatniczymi w historii (niekoniecznie bieżącymi!), to firmy pożyczkowe nie mają stresu tylko z co trzecim klientem! Mniej więcej 45% klientów, którzy mają i kredyt w banku i pożyczkę pozabankową miało kiedykolwiek w historii lub obecnie ma opóźnienie w spłacie większe, niż trzy miesiące. W przypadku klientów, którzy mają tylko pożyczki pozabankowe ten odsetek wynosi prawie 50%. Krótko pisząc: co drugi klient firmy pożyczkowej ma "zafajdaną" historię w BIK-u, czyli w przeszłości miał - albo i dziś ma - poważny problem ze zwrotem pieniędzy. Co ciekawe, wygląda na to, że firmy pożyczkowe coraz ostrzej wydzierają sobie tych klientów, bo jak się spojrzy na odsetek nie spłacanych pożyczek, to w przypadku tych udzielonych w 2016 r. krzywa bieżących problemów ze spłatą jest dużo wyżej, niż w przypadku pożyczek udzielonych wcześniej.

      BIK20163

      POD HIPOTEKĘ POŻYCZAMY JUŻ ŚREDNIO 214.000 ZŁ! Jeśli chodzi o kredyty mieszkaniowe, to sprawa też jest ciekawa, bo banki przyznały ich najmniej od wielu lat - 192.000. Wartościowo te kredyty nie odbiegają od statystyk z poprzednich lat, co oznacza, że wartość pojedynczej umowy rośnie (czyli mamy coraz większą zdolność kredytową i wykorzystujemy ją do zakupu nieco większych mieszkań lub też takiego samego metrażu, ale drożej). Średnia wartość jednego kredytu hipotecznego udzielonego w 2016 r. to 214.000 zł. Jeszcze dwa lata wcześniej było to 200.000 zł.

      BIK20164

      GDZIE SIĘ PODZIAŁO 42.000 KREDYTÓW FRANKOWYCH? Już tylko 519.000 kredytów to te udzielone we franku szwajcarskim. Trudno powiedzieć na ile jest to wynikiem spłacania przed terminem niektórych kredytów, a na ile przymusowego przewalutowania kredytów klientom, którzy nie spłacają rat. W ciągu roku "wyparowało" 20.000 kredytów walutowych, zaś w ciągu dwóch lat - już 42.000 kredytów (czyli 7% wszystkich).

      BIK20165

      PROBLEM FRANKOWICZÓW? SPŁACAJĄ RATY PERFEKCYJNIE. Biuro Informacji Kredytowej raportuje, że jakość kredytów walutowych jest dziś lepsza, niż złotowych i podaje te cyferki również w ujęciu po "odessaniu" kredytów przymusowo przewalutowanych na złotowe ze względu na wypowiedzenie umowy przez bank. Jeśli chodzi o kredyty z kluczowego 2008 r., to dziś nie spłacanych w terminie jest 1,9% kredytów frankowych, zaś gdyby uwzględnić kredyty dziś już złotowe, ale przewalutowane "przymusowo", to byłoby 2,9%. Tymczasem według BIK nie spłacanych jest też 6,2% kredytów złotowych, zaciągniętych w 2008 r. Dane z innych lat podpinam w tabelce poniżej.

      BIK20166
      KARTY KREDYTOWE: JESTEŚMY MONO. I Z BUFOREM. No i na koniec jeszcze dwa słowa o kartach kredytowych. Mamy ich tylko 1,06 mln, zaś limity kredytowe do wykorzystania to 35 mld zł. Wykorzystaliśmy tylko co trzecią złotówkę z przyznanych limitów (13 mld zł), więc marsz mi do sklepu ;-). Coraz więcej Polaków posiadających kredytowy plastik ma tylko jedną kartę, co zapewne jest wymuszane przez banki - karty niewystarczająco często używane są po prostu obciążane coraz wyższymi prowizjami.

      BIK20167

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „W ciągu jednego roku pożyczyliśmy... 120 mld zł! Gdzie wyparowało 42.000 kredytów frankowych?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 08 lutego 2017 13:55
  • sobota, 28 stycznia 2017
    • Tak wyciskam ze sprzedawców ostatnie soki. Krótki przewodnik po wyprzedażach

      Z początkiem roku zaczął się też sezon wyprzedaży. Miałem ostatnio przyjemność występować w różnych mediach jako ekspert od oszczędzania pieniędzy na okazyjnych zakupach. Sprawa jest trudna, bo przecież oszczędzanie podczas wydawania pieniędzy jest nawet trudniejsze, niż ich oszczędzanie tak po prostu ;-)). Gdy widzisz przed sobą okazję, to często rzucasz się w wir zakupów bez pamięci i... dajesz się ograć. Bo wyprzedaż jest jak wojna - obie strony testują nawzajem swoją wytrzymałość. Sprzedawca stara się wystawić najwyższą możliwą cenę, po której sprzeda towar, zaś klient czeka na kolejną obniżkę. I jeśli wygra wojnę nerwów, to się doczeka. Oto kilka zasad, które ja stosuję podczas wyprzedażowych tygodni.

      WYPRZEDAŻ DWÓCH PRĘDKOŚCI. Przed każdym sezonem wyprzedażowym robię - w pamięci, w "elektronicznych kanałach komunikacji" bądź na kartce - coś w rodzaju listy życzeń. A nawet dwie. Na pierwszej są rzeczy, które i tak miałem w najbliższym czasie kupić. Nawet gdyby nie było wyprzedaży to i tak bym się wybrał na te zakupy, ale dzięki przecenom jest szansa na nieco tańsze zakupy. Na drugiej liście są rzeczy, których tak naprawdę teraz nie potrzebuję, ale gdyby zdarzyła się megaokazja... Rzeczy z pierwszej listy kupuję widząc pierwszą przyzwoitą zniżkę. Nie bawię się w jakieś głębokie wojny psychologiczne - nawet jeśli rabat nie jest wstrząsająco duży, to przy dużym wyborze przecenionych rzeczy i tak się rzucam w wir zakupów. Zaoszczędzić 10-20% na czymś, co i tak muszę kupić - to jest coś. Przedmiotem wojny psychologicznej jest druga lista - tu czekam, aż sprzedawca wymięknie. Przychodzę do sklepu co jakiś czas (albo dzwonię i pytam o cenę) i kalkuluję. Mam czas, nic nie muszę. Jeśli cena spadnie po raz kolejny - wchodzę do gry. Jeśli nie - mała strata.

      NAJLEPSZE CENY NA POCZĄTKU I NA KOŃCU. Kiedy można trafić najlepsze ceny? Zasadniczo w ostatnich tygodniach wyprzedaży. Wtedy co prawda wybór jest już nędzny, ale ceny potrafią spaść do 10-20% ceny bazowej. W pierwszych tygodniach wyprzedaży rabaty są dużo mniej atrakcyjne, ale wybór duży. Dlatego jeśli już idę na wyprzedażowe zakupy, to obstawiam jeden z tych dwóch terminów. Albo liczę na duży wybór i umiarkowane obniżki cen, albo przeciwnie - godzę się z małym wyborem i możliwość zakupu po cenach nie z tej ziemi. Wszystko co pośrodku mnie nie dotyczy i nie interesuje - mam za mało czasu, żeby trzymać rękę na pulsie wyprzedaży przez cały czas. Owszem, zachodzę czasem do sklepu z listy numer dwa i sprawdzam czy sprzedawca już wymiękł, ale ni są to zbyt częste wycieczki. I nastawione raczej na tortury psychiczne gnoma za ladą, niż na realne zakupy.

      NAJPIERW WYWIAD, POTEM ZAKUP. W każdym sklepie jest magiczna data zwana "dniem dostawy". Nie ma ona większego znaczenia praktycznego z punktu widzenia cen (choć czasem nowa dostawa to nowy asortyment i nowe ceny - przynajmniej poza okresem wyprzedaży), ale za to w taki dzień wybór towarów jest największy. Zanim więc zacznę kupować dokonuję inwazji wywiadowczej i dowiaduję się kiedy zwyczajowo "rzucają" nowy towar. Alternatywą jest strona internetowa danej sieci. Nawet jeśli w stacjonarnym sklepie towar jest przebrany lub wybór ogólnie marny, to idę do internetu, a tam zwykle wystawione są całe zasoby magazynowe dostępne w danym momencie.

      W NECIE WIĘKSZE PRAWA. Czasem nawet zapędzę się na strony zagranicznych sklepów danej sieci - tam wyprzedaże bywają bardziej atrakcyjne, niż w Polsce - nawet po uwzględnieniu kosztów dostawy. Przed większymi zakupami internetowymi w strefie euro zaopatruję się w konto walutowe oraz kupuję w internetowym kantorze trochę euro po dobrym kursie. Chodzi o to, żeby przy zakupach zagranicznych zawsze płacić przelewem z konta walutowego lub kartą walutową. Zakup przelewem ze złotowego konta lub z karty kredytowej w złotych polskich oznacza duże koszty dodatkowe (nawet do 10% wartości zakupu). Internet - ten polski - ma też tę zaletę, że każdy internetowy dostawca ma obowiązek przyjąć towar, który zwracam, nawet jeśli nie jest wadliwy. Wystarczy, że w ciągu 30 dni oddam rzecz, bo uznam, że jest niepotrzebna. Takie jest prawo! W stacjonarnym sklepie mają obowiązek przyjąć towar tylko wadliwy, więc prawa konsumenta są tu mniej wyuzdane, niż przy sprzedaży internetowej.

      WYPRZEDAŻ PLUS. Wyprzedaże się zdarzają i nie są żadną rocket science. Prawdziwą atrakcją jest możliwość połączenia "zwykłej" wyprzedaży z jakimś innym programem rabatowym. Oczywiście sprzedawcy nie są głupi i zwykle wyłączają przeceniony towar z jakichkolwiek innych promocji, programów lojalnościowych itp. Ale przecież zawsze mogę zapłacić za przecenione zakupy kartą banku, który daje mi zniżkę w określonej sieci sklepów. Łączenie wyprzedaży z innymi programami rabatowymi daje efekt bomby atomowej i jest tym, co tygrysy lubią najbardziej. Aby możliwie najlepiej wykorzystać potencjał programów zniżkowych oferowanych przez banki zawsze warto być na bieżąco z listą sieci handlowych, w których dany bank "załatwił" nam opust przy płatności kartą. Jak na wojnie - wygrywa ten, kto ma przewagę na polu informacji ;-).

      UWAGA NA KONTRATAK. Wojny bywają bezwzględne, a przeciwnik jest silny - to sieć handlowa, która ma po swojej stronie zastępy pracowników, zasoby informatyczne, marketingowe i sprzedażowe. My jesteśmy tylko prostym konsumentem, który stara si nie zostać wy... dutkany, a jeśli się uda to wydutkać odrobinkę tego potężnego przeciwnika. A jakie pułapki czekają na nas na handlowym polu minowym? Oj, będą nas dutkać... fałszywe promocje (cena obniżona o 20%, ale poprzedniego dnia była podwyższona o 25%, by można było "na legalu" dziś ją obniżyć), manipulowanie cenami (niewyraźne oznaczenia, stawianie tabliczek z niższymi cenami i przekreślanie ich wyższymi w niezbyt wyraźny sposób), mieszanie promowanych towarów z niepromowanymi. W tej wojnie wygrywa się tylko mając portfel dookoła głowy i oczy szeroko otwarte. Jeśli macie jeszcze jakieś wyprzedażowe rady - walcie śmiało.

      ZOBACZ MOJE PROGRAMY WIDEO! Zapraszam do obejrzenia pierwszego sezonu tygodnika wideo "KASOWNIK SAMCIKA". Jest tam o sprytnych sposobach na oszczędzanie, o studiowaniu, pracowaniu, zaciąganiu kredytu hipotecznego, o zakupach, kontach bankowych, ubezpieczeniach, lokatach, podatkach... Poza poradami w każdym wydaniu czerstwy żart prowadzącego :-)), ciekawostka o pieniądzach oraz finansowy trik Samcika. Zapraszam do obejrzenia wszystkich zeszłorocznych odcinków. Wkrótce kolejna seria! Subskrybuj kanał YouTube "Subiektywnie o finansach"!

      Zapraszam też do obejrzenia spektakularnego cyklu wideo "OD OSZCZĘDZANIA DO INWESTOWANIA". W ośmiu odcinkach realizowanych przy "wsparciu" wszystkich możliwych żywiołów opowiadam o tym, jak małymi krokami zabrać się do oszczędzania pieniędzy i co można zrobić, żeby namnażały się szybciej.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Tak wyciskam ze sprzedawców ostatnie soki. Krótki przewodnik po wyprzedażach”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      sobota, 28 stycznia 2017 09:49
  • niedziela, 22 stycznia 2017
    • Moje życzenia dla babć i dziadków. Pięć życzeń. Niektórym wnusiom to się nie spodoba! ;-)

      dzie_babciDzień Babci i Dzień Dziadka to takie chwile w życiu, w których życzymy naszym kochanym seniorom wszystkiego najlepszego: zdrowia, pogody ducha i wszelkiej pomyślności. Ale żeby to najlepsze mogło nadejść, potrzebne są jeszcze życzenia "szczegółowe" :-), a więc wytyczne, których przestrzeganie zapewni ogólne powodzenie babciom i dziadkom. Tak się składa, że w swojej pracy blogerskiej (a i w tej dziennikarskiej) bardzo często mam okazję doradzać starszym osobom w różnych sprawach i pomagać w rozwiązywaniu ich problemów - przynajmniej tych związanych z pieniędzmi bądź ich brakiem :-)). Dziś więc - z wiadomej okazji - moje życzenia dla każdego seniora. Przekażcie je "potrzebującym"!

      DUŻO TROSKI O OSZCZĘDNOŚCI! Wielu emerytów ma niespecjalnie wysokie świadczenia, więc i oszczędności nie gromadzą, bo brakuje im od pierwszego do pierwszego. Ale generalnie jest to nie najgorzej sytuowana grupa społeczna. Nie spłacają kredytów hipotecznych, nie utrzymują dzieci w wieku szkolnym, potrafią żyć skromnie i mają niewielkie potrzeby. A przede wszystkim: mają nawyk oszczędności, którego u młodych już brakuje. A czego emerytom brakuje? Czasem troski o swoje oszczędności. Jeśli trzymają je w banku - to często na zwykłym rachunku osobistym, bez żadnego oprocentowania. Jeszcze częściej - trzymają w państwowym banku oferującym najniższy procent, bo innym bankom nie ufają. Niesłusznie, gdyż państwowe gwarancje dotyczą też oszczędności w bankach prywatnych, które są oprocentowane nawet dwa razy wyżej, niż u państwowego giganta. Część emerytów w ogóle nie ufa bankom, więc trzyma pieniądze w domu. Póki nie ma inflacji - nie jest to wielka strata. Tyle, że trzymanie dużych pieniędzy w mieszkaniu (często zamykanym tylko na jeden zamek) jest znacznie mniej bezpieczne, niż w bankowej skrytce, czy na koncie.

      Czytaj też: Bank obiecał, że będzie zwracał część wydatków na leki. A jak zwraca?

      MNIEJ KREDYTÓW, SAMOCHODÓW I TELEFONÓW "NA DZIECI"! Najstarsi członkowie rodzin często są "ostatnim kołem ratunkowym" dla swoich dzieci i wnuków jeśli chodzi o zaciąganie zobowązań. Nie chodzi tylko o pożyczenie od babci lub dziadka 100 zł "do pierwszego" Jeśli młodzież - z powodu braku historii kredytowej, nie spłaconych rat z przeszłości (i wpisów na ten temat znajdujących się w BIK), niskiej pensji lub formy zatrudnienia (na umowę cywilno-prawną) - nie ma szans na pożyczkę lub kredyt, to często zwraca się do babci lub dziadka. Oni, ze względu na stałość dochodów (emerytura jest dożywotnia), mają w bankach i firmach pożyczkowych otwartą drogę. Podobnie jak w firmach ubezpieczeniowych czasem można taniej ubezpieczyć auto, jeśłi zarejestrować je na dziadka (znam takiego, który jest właścicielem trzech aut, choć żadnego nie widział na oczy ;-)). Rzecznik jednej z firm telekomunikacyjnych opowiadał mi jak to czasem przychodzą do salonów emeryci i upierają się, że koniecznie muszą mieć najnowszy model Samsunga albo Apple'a. Mają nawet kartkę z napisaną nazwą modelu wraz z najdroższym abonamentem ;-)).

      Czytaj też: Ta firma gwarantuje, że... zapłaci za studia twoich dzieci lub wnuków. A co trzeba zrobić w zamian? I czy to się opłaca?

      Nie chcę nikomu odmawiać prawa do pomagania bliskim (choć w świecie finansów jest powiedzenie, że z rodziną to się najlepiej wychodzi na zdjęciu). Chodzi o to, by - o ile nie mamy takiego zamiaru - nie dać się "ubrać" w rolę bezzwrotnej skarbonki rodzinnej. Warunki zwrotu pożyczanych pieniędzy powinny być określone precyzyjnie, a jeśli członkowie rodziny nie wywiązują się z terminów zwrotu pożyczki, to senior nie powinien brać na siebie kolejnych obciążeń, bo to obniża jego własny standard życia. Jeśli będzie musiał zwracać pożyczki lub płacić rachunki ze swoich pieniędzy, to obniża go w sposób trwały. Podobny skutek ma wystąpienie - pod presją młodszych członków rodziny - po pieniądze do firmy pożyczkowej, w której oprocentowanie bywa lichwiarskie. Warto nie dać się "utopić" drogim długiem do końca życia. Głowę dam, że duża część z 4 mln kredytów i pożyczek, które mają na koncie polscy seniorzy (których żyje w Polsce 6 mln) to pożyczki zaciągnięte na konto dzieci. Spośród nich rat nie spłaca w terminie 125.000 osób w wieku emerytalnym, a średni dług to aż 13.800 zł

      Czytaj też: Dorzucili 78-latce do kredytu... ubezpieczenie na życie. I to jakie! Nóż się...

      Czytaj też: Babcia uzależniona od szybkich pożyczek. Jak przepędzić tych gnomów?

      Czytaj też: Rodzice pomogli ci zaciągnąć kredyt? Dbaj o ich zdrowie, bo... 

      Czytaj też: Mocne. 9-latek ścigany za długi... dziadka! Takie rzeczy tylko w Polsce

      MNIEJ ZAUFANIA DO OBCYCH! Niestety, wciąż plagą są różni telefoniczni i obwoźni sprzedawcy różnych rzeczy oraz usług. Niestety, jako obiekt swoich awansów zwykle obierają sobie właśnie naszych kochanych seniorów. Kiedyś nie potrafiłem zrozumieć jak to jest możliwe, że starsza osoba chwyta, niczym młody pelikan, każdy wciskany przez obwoźnego złodzieja kit. Teraz już się nie dziwię. Kiedyś świat był prostszy, usług było mniej, umowy były nie tak skomplikowane jak dziś (większość z nich było oferowanych na zasadzie monopolu przez jedną, państwową firmę, więc problem wyboru odpadał), a naciągacze nie tak świetnie wyszkoleni (kiedyś byli samoukami, dziś są "produktem" zaprogramowanego systemu wypuszczającego zawodowych naganiaczy i oszustów). Pamiętaj seniorze - to, że ktoś mówi, że coś będzie dla Ciebie dobre, to nie znaczy, że mówi prawdę. Czytajmy to, co podpisujemy. Jeśli czegoś nie rozumiemy - nie podpisujmy. Albo dopytujmy (to żaden wstyd czegoś nie wiedzieć). Konsultujmy się z bliskimi przed podpisaniem czegokolwiek (nie bójmy się odesłać naganiacza, wziąć do "na przeczekanie"). A jak już coś podpiszemy naganiaczowi, to pamiętajmy, że mamy 14 dni na odstąpienie od umowy bez podania przyczyn (w przypadku produktów finansowych - 30 dni).

      DUŻO TROSKI O ZDROWIE! W pewnym wieku najważniejsze staje się zdrowie. Zdrowie niestety dużo kosztuje. Część emerytów nie zdaje sobie sprawy, że możliwości leczenia nie kończą się dziś na państwowej służbie zdrowia i na "pani Zdzisi" z przychodni, w której leczymy się od stu lat. Dziś zamiast "pani Zdzisi", która czasem o nowoczesnym leczeniu ma blade pojęcie, nie ma w sobie odwagi, by stosować inne leki, niż 50 lat temu, można wybrać innego lekarza domowego. Do ubezpieczenia mieszkania - o ile ktoś się ubezpiecza - lub w banku można kupić medyczne assistance (prywatny lekarz w razie nagłego zachorowania przyjedzie do domu, za darmo zbada, zaś leki dostarczy przez telefon). Są też specjalne prywatne abonamenty medyczne przeznaczone dla osób starszych (można z nich korzystać do 80-tki).

      Czytaj też: Wszedłeś w okres pogwarancyjny? Ta polisa zapłaci w ciężkiej chorobie. I będzie płaciła do końca życia. Pod jakimi warunkami? Prześwietlam!

      Czytaj również: 10-letnia renta i kasa za chorowanie. Dobra polisa dla naszych rodziców?

      Czytaj też: Młodzi bogowie i kubka miętolenie. Komu opłaci się gwarantowana emerytura?

      Prześwietliłem tego typu oferty i wiem, że za mniej więcej 100 zł miesięcznie można kupić możliwość nieograniczonych wizyt u internistów i specjalistów (bez skierowania) w ryczałtowej cenie (zwykle 10-20 zł za wizytę) i bez większych kolejek. W takim pakiecie są też najprostsze badania diagnostyczne (krwi i moczu), czasem też rentgen (przeważnie nie ma już USG i rezonansu magnetycznego). Jasne, nie każdego seniora stać na takie karesy jak prywatny pakiet medyczny. Ale wiem też, że wielu ma uciułane oszczędności na "czarną godzinę" (część z nich można byłoby przeznaczyć na poprawienie sobie jakości życia). I że część mogłaby przeznaczyć te 100 zł miesięcznie na abonament na prywatnego lekarza, ale z jakichś przyczyn tego nie robi (gdyby nie była obciążana pożyczkami wziętymi "na dzieci"...). Są tacy, którzy uważają, że to zbyt wysoka cena (albo i tak wydają po 200-300 zł miesięcznie na leki zapisane przez państwowego lekarza). W wielu przypadkach jest to nie do przeskoczenia. Jeśli kogoś byłoby stać na abonament do prywtanego lekarza, ale uważa, że to za drogo i że lepiej trzymać pieniądze w bieliźniarce na "wieczne nigdy" - niech to przemyśli. Zdrowie jest najważniejsze, a możliwości, by utrzymywać je we względnie dobrym stanie - jest dziś coraz więcej. Oczywiście: oszczędności też warto mieć. Ale o zdrowie też warto dbać jak najlepiej.

      Tutaj: przykład jednej z wielu - niekoniecznie najlepszej - oferty prywatnego ubezpieczenia dla seniora. Jako materiał porównawczy z innymi polisami i abonamentami tego typu, które znajdziecie w sieci. A tu inny przykład od mniej znanej firmy

      ODWRÓCONEJ HIPOTEKI (?!) Jedni mówią, że to by otworzyło drzwi banksterom i ubezpieczeniowych cwaniakom, którzy za bezcen "wywłaszczaliby" staruszków tak jak dziś robią to prywatne firmy. Inni mówią, że to jedyny sposób dla wielu seniorów, by żyć godnie i móc sobie pozwolić np. na wakacje lub prywatnego lekarza. O co chodzi? O to, że w Polsce nie ma regulacji, która pozwoliłaby zamienić własnościowe mieszkanie na wypłatę - dożywotnio lub np. przez 20 lat - comiesięcznych rat przez bank lub firmę ubezpieczeniową. Wielu seniorów ma duży majątek w formie nie obciążonego hipoteką mieszkania. Jest zamrożony, a jednocześnie te same osoby wegetują, spędzając "najdłuższe wakacje życia" znacznie poniżej standardu, na który byłoby ich stać, gdyby nie mieli mieszkania, lecz gotówkę w wartości choćby 60-70% tego mieszkania. Pewnie przekażą nieruchomość spadkobiercom, ale czasem byłoby lepiej podpisać umowę, na podstawie której np. bank zabierze prawo do mieszkania po naszej śmierci, a w zamian będzie wypłacał nam np. 1000 zł miesięcznie do końca życia.

      Czytaj też: Najważniejsze pytania i odpowiedzi o odwróconej hipotece

      Dziś taką opcję proponują prywatne fundusze hipoteczne, ale ich wiarygodność jest mniejsza, niż dużego banku, który w dodatku byłby pilnowany przez specjalną ustawę i nadzorowany przez Komisję Nadzoru Finansowego. Trzeba by to wszystko mądrze ustawić pod względem prawnym i procedur, ale życzę seniorom, żeby mieli wreszcie otwartą opcję pt. dodatkowa, dożywotnia renta od banku w zamian za oddanie prawa do mieszkania po śmieci. Wiadomo, że najwięcej na tym zyskałyby instytucje finansowe, ale wielu emerytów też by zyskało - możliwość życia na dobrym poziomie także podczas "najdłuższych wakacji". A to jest dobro bezcenne.

      ZOBACZ MOJE PROGRAMY WIDEO! Zapraszam do obejrzenia pierwszego sezonu tygodnika wideo "Kasownik Samcika". Jest tam o sprytnych sposobach na oszczędzanie, o studiowaniu, pracowaniu, zaciąganiu kredytu hipotecznego, o zakupach, kontach bankowych, ubezpieczeniach, lokatach, podatkach... Poza poradami w każdym wydaniu czerstwy żart prowadzącego :-)), ciekawostka o pieniądzach oraz finansowy trik Samcika. Zapraszam do obejrzenia wszystkich zeszłorocznych odcinków. Wkrótce kolejna seria! Subskrybuj kanał YouTube "Subiektywnie o finansach"!

      Zapraszam też do obejrzenia spektakularnego cyklu wideo "Od oszczędzania do inwestowania". W ośmiu odcinkach realizowanych przy "wsparciu" wszystkich możliwych żywiołów opowiadam o tym, jak małymi krokami zabrać się do oszczędzania pieniędzy i co można zrobić, żeby namnażały się szybciej.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Moje życzenia dla babć i dziadków. Pięć życzeń. Niektórym wnusiom to się nie spodoba! ;-)”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      niedziela, 22 stycznia 2017 10:29
  • środa, 18 stycznia 2017
    • Nie uwzględnili twojej reklamacji? Jest nowy bat, który ich do tego skłoni. Oto instrukcja obsługi!

      Zwykły, szary konsument ma coraz więcej kart w ręku w starciu z potężnymi instytucjami finansowymi. Kiedyś ten konsument był skazany na pożarcie w wojnie ze sztabami najlepszych prawników, zatrudnianych przez finansisów, a teraz... Jest moc. Pojawił się nowy urząd - Rzecznik Finansowy - który może wydać tzw. istotny pogląd w sprawie (bardzo szanowany w sądach). Urząd Ochrony Konsumenta i Konkurencji też może go wydać, a dodatkowo dostał do ręki nowe narzędzia - UOKiK może teraz nasłać na każdą firmę "tajemniczego klienta", prewencyjnie zakazać sprzedaży jakiegoś produktu, a nawet sam uznać jakąś klauzulę w umowie za niewiążącą klienta (nie czekając na orzeczenie Sądu Ochrony Konkurencji). A sądy zaczęły patrzeć na konsumentów przychylnym okiem, powoli odchodząc od filozofii "skoro podpisał, to musi za to odpowiadać". Teraz dochodzi do tego pakieciku jeszcze jeden, bardzo ważny instrument: obowiązkowe postępowanie polubowne.

      JAKIE NOWE PRAWA OTRZYMALIŚMY? Od początku stycznia działa ustawa, dzięki której każdy konsument usług finansowych, który czuje się zrobiony w konia przez sprzedawcę lub pośrednika, może zażądać postępowania polubownego przed Rzecznikiem Finansowym. Ma to być taki rodzaj arbitrażu - coś pomiędzy złożeniem reklamacji, a pójściem do sądu. O ile w przypadku firm niefinansowych jest pewien "bezpiecznik" (taka firma może zastrzec w umowie z klientem, że nie zgadza się na postępowanie polubowne - klient może wtedy po prostu nie korzystać z jej usług), o tyle finansiści nie mają żadnej opcji ucieczkowej - muszą przystąpić do postępowania. Do tej pory najważniejszą tego typu instytucją był Arbiter Bankowy działający przy Związku Banków Polskich. Można też było udać się do Sądu Polubownego przez Urzędzie Ochrony Konkurencji i Konsumentów (tu jednak był problem, bo firmy finansowe nie zawsze zgadzały się na jego arbitraż). Teraz dochodzi obowiązkowe postępowanie polubowne przed Rzecznikiem Finansowym.

      KIEDY WARTO PÓJŚĆ DO "SĄDU" PRZY RZECZNIKU FINANSOWYM? Kiedy przyda się postępowanie polubowne przed Rzecznikiem Finansowym? Przede wszystkim w sytuacjach, gdy firma finansowa odmówi uwzględnienia reklamacji, a my czujemy, że mamy rację. I że zostaliśmy odesłani z kwitkiem tylko dlatego, iż oni wiedzą, że nie pójdziemy do sądu (bo np. chodzi o kilkaset lub "małe" kilka tysięcy złotych). Postępowanie polubowne przed Rzecznikiem Finansowym jest tanie (50 zł płatne przelewem) i nieskomplikowane (może odbyć się nawet zdalnie), więc opłaci się w każdej sytuacji. Do takiego "sądu" warto pójść w sytuacji, gdy jesteśmy gotowi pójść na jakiekolwiek ustępstwa. Zwykle bowiem szuka on rozwiązania nie tyle sprawiedliwego, co akceptowalnego przez obie strony. Nawet mając 100% racji trzeba być gotowym, żeby się posunąć o 20%. Jeśli liczymy na wgniecenie firmy finansowej w błoto - możemy się zawieść.

      JAK WYGLĄDA POSTĘPOWANIE POLUBOWNE? Wypełniamy wniosek, który można znaleźć na stronie internetowej Rzecznika Finansowego (opisujemy w nim problem i klarujemy dlaczego mamy rację), załączamy dowód wpłaty 50 zł na wskazane konto i podpinamy do tego pakietu kopie podstawowych dokumentów (w tym odrzucone pisma reklamacyjne). W ciągu 14 dni od dostarczenia dokumentów Rzecznik Finansowy wszczyna postępowanie arbitrażowe, zaś termin jego zakończenia to 90 dni (może być dłużej w sprawach szczególnie skomplikowanych). Najczęściej sprawa toczy się na poziomie wymiany dokumentów - w ciągu kilku tygodni obie strony dostają od arbitrów pisma z propozycją zakończenia sporu i mają 7-14 dni, by się do nich odnieść lub zaproponować jakieś inne rozwiązania. Może się zdarzyć, że Rzecznik Finansowy zorganizuje regularne posiedzenio-spotkanie stron i spróbuje mediować w wersji "live".

      JAKIE SĄ MOŻLIWE ROZWIĄZANIA? Rzecznik Finansowy to nie sąd, a postępowanie jest polubowne, więc teoretycznie wynik powinien być gdzieś pomiędzy stanowiskiem firmy finansowej i klienta. Ten wynik - ile strony się z nim zgodzą - jest kończący dla sprawy, tzn. finalnie i nieodwołalnie kończy spór. Firma finansowa nie może odmówić udziału, ale może bojkotować postępowanie, sabotując wszelkie proponowane rozwiązania i grając na czas. Co wtedy? Rzecznik Finansowy przygotowuje pismo, w którym przedstawia swój osąd sprawy i wręcza je konsumentowi. Może się bardzo przydać w sądzie, bo sędziowie z dość dużym nabożeństwem podchodzą do tego typu poglądów w sprawie.

      CZTERY KROKI ZANIM PÓJDZIEMY DO SĄDU. Zanim pójdziemy do sądu polubownego przy Rzeczniku Finansowym warto wykonać trzy lub nawet cztery kroki. Pierwszy to oczywiście złożenie formalnej reklamacji do firmy finansowej na jej postępowanie. Jeśli reklamacja będzie solidnie napisana i umotywowana, może zakończyć się sukcesem. Jeśli nie - proponuję napisać odwołanie od wyniku reklamacji (często pomaga umieszczenie w polu "do wiadomości" adresu blogu "Subiektywnie o finansach" lub prośba o to, bym przyjrzał się sprawie i poprosił bank o zmianę stanowiska). Po trzecie można skorzystać ze ścieżki wstępnej w postaci poreklamacyjnego postępowania interwencyjnego - to rodzaj bezpłatnej interwencji Rzecznika Finansowego w naszej sprawie. Powstaje w jego urzędzie pismo z prośbą np. o ponowne przyjrzenie się sprawie i z sugestią, że klient jednak ma rację. Jeśli to nic nie da - to jest dobry moment na rozpoczęcie postępowania polubownego lub też - alternatywnie - na Sąd Polubowny przy UOKiK, ewentualnie na Arbitra Bankowego. Kolejną instancją jest już sąd.

      JAKIE BŁĘDY POPEŁNIAMY? Najczęściej spotykanym błędem jest zaplątanie się w procedurach reklamacyjnych firmy finansowej. Składamy reklamację w taki sposób, żeby po kilku miesiącach można było nam wmawiać, że jej w ogóle nie złożyliśmy (bo nie mamy w ręku żadnego dowodu). Warto składać reklamację w fizycznej placówce (za potwierdzeniem odbioru na kopii) lub listem poleconym (za pocztowym potwierdzeniem odbioru, tzw. zwrotką). Jeśli nie wpadniemy w tę pułąpkę, to już czeka następna: po otrzymaniu negatywnej odpowiedzi od finansistów zaplątujemy się w długą wymianę korespondencji, która z czasem przekształca się w wymianę obelg. W sądzie lub arbitrażu - jeśli dojdzie do tego etapu - firma finansowa może to wykorzystać, żeby udowadniać, że jesteśmy pieniaczami. No i ważna uwaga na koniec: w każdym piśmie reklamacyjnym warto zaznaczyć jakie mamy roszczenie i jakie następne kroki planujemy podjąć. Niech to nie będą słowa rzucane na wiatr, lecz po prostu zapowiedź naszych dalszych działań. Tylko wtedy firma finansowa nie pokpi sprawy i potraktuje nas poważnie.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (9) Pokaż komentarze do wpisu „Nie uwzględnili twojej reklamacji? Jest nowy bat, który ich do tego skłoni. Oto instrukcja obsługi!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 18 stycznia 2017 09:24
  • wtorek, 17 stycznia 2017
    • Wreszcie sensowna opcja oszczędzania na prądzie? Cena jak wszędzie, darmowe godziny...

      Z początkiem 2017 r. większość sprzedawców prądu - za zgodą URE - obniżyła klientom ceny prądu, ale za to wzrosną opłaty za jego dostarczenie (będziemy w ramach tego "ukrytego podatku" dokładać się do kopalń). W sumie więc rachunki za prąd w tym roku wzrosną o 2-3%. To oczywiście nie znaczy, że za prąd wszędzie płacimy tyle samo. W relatywnie taniej Enerdze za prąd w taryfie G-11 zapłacę 0,285 zł brutto (plus 5 zł opłaty handlowej miesięcznie). W PGE całodobowa taryfa G-11 określa cenę na nieco ponad 0,29 zł brutto za 1kWh energii (ale tu trzeba doliczyć aż 10 zł co miesiąc w opłacie handlowej). Niemal identyczne ceny są w Enei - 0,29 zł (i też aż 10 zł opłaty handlowej). W Tauronie cena prądu dochodzi do 0,30 zł (plus 8 zł opłaty handlowej), zaś w Innogy jest najdrożej - niemal 0,34 zł (plus ok. 5 zł opłaty handlowej w jej najpopularniejszym wariancie). A tzw. alternatywni dostawcy energii? Dość tanio jest w Plusie, gdzie poza telefonem można też kupić prąd za 0,28 zł plus 3 zł opłaty handlowej miesięcznie (a więc nawet taniej, niż w Enerdze).

      Czytaj też: Lekcja Energi, czyli dziwne rachunki w promocji producenta prądu

      ILE OSZCZĘDZĘ NA TAŃSZYM PRĄDZIE? Różnice w cenach prądu za jeden kilowat energii u poszczególnych dostawców wyglądają na aptekarskie, ale trzeba pamiętać, że rocznie zużywamy tego prądu sporo. Gospodarstwo domowe o małym zużyciu "przepala" jakieś 2000 kWh, u mnie "pękło" niedawno 4000 kWh (bo mam kuchenkę indukcyjną i nie używam gazu). Przy takim zużyciu każdy grosik oszczędności na cenie energii oznacza o 40 zł więcej w portfelu. A każde 5 groszy (a taka jest różnica między Energą, a Innogy) - to już 200 zł rocznie w kieszeni. Do tego można dodać oszczędności (lub straty) na opłatach handlowych. To właśnie one odpowiadają za to, że tak trudno porównać ceny prądu w poszczególnych firmach energetycznych. Drugim kłopotem są długie kontrakty - niektóre firmy energetyczne, oferując stałą cenę (czyli gwarancję braku podwyżek), żądają aż 3-letniego kontraktu z wysokimi karami umownymi!

      JAK SPRAWDZIĆ KTÓRY DOSTAWCA GRA FAIR? Biorąc pod uwagę to, że z początkiem tego roku część firm obniżyła ceny prądu (kto ma długi kontrakt podpisany jakiś czas temu - nie skorzysta na tych obniżkach), a także to, że w końcu przecież ceny zostaną uwolnione (co powinno docelowo spowodować wojnę cenową i spadek cen, na której też skorzystają tylko "wolni" klienci), wiązanie się z jednym sprzedawcę sztywnym kontraktem na trzy lata jest ryzykowne. To może być dobry strzał tylko pod takim warunkiem, że ceny prądu w najbliższych latach pójdą w górę, zaś rynek nie zostanie uwolniony. Stąd wyznacznikiem fair-oferty jest dla mnie taka, w której cena prądu będzie atrakcyjna, opłata handlowa niska, zaś kontrakt obarczony karami umownymi - krótkoterminowy.

      Z tego punktu widzenia największe nadzieje wiążę z niezależnymi sprzedawcami prądu. Takimi, którzy sami nie mają elektrowni, w których wytwarzają energię, lecz kupują ją na giełdzie mocy i odsprzedają nam z pewną marżą, korzystając z sieci przesyłowej innych dostawców. Oni mogą sobie pozwolić na większą elastyczność. I chyba zaczynają wykorzystywać tę przewagę. Zerknąłem ostatnio na najnowszą - mającą dopiero kilka tygodni - ofertę firmy Fortum. To marka u nas nieznana, skandynawski producent i sprzedawca energii, który niedawno przejął trójmiejski Duon. Razem z Duonem przejął też część jego pomysłów na sprzedawanie energii. Pamiętacie jak Duon chciał sprzedawać prąd w kioskach z gazetami, albo dawać go za darmo? No to mam dla Was wiadomość - teraz znów to robi ;-). 

      Czytaj też:  Kogoś pogięło? Sprzedawca gazu bawi się z nami w... przewidywanie pogody

      PRĄD ZA DARMO PRZEZ 10 GODZIN. O CO TU CHODZI? Otóż Fortum obiecuje, że przez 10 godzin można "tankować" prąd zupełnie za darmo i bez żadnych limitów. Nie płacę ani grosza, a zużywam ile chcę. Oczywiście chodzi o godziny, w których popyt na prąd jest najmniejszy - od 22.00 do 6.00 oraz między 13.00 a 15.00. W pozostałych godzinach cena nie różni się bardzo od oferowanej przez największych sprzedawców prądu na rynku - wynosi 0,31 zł za kWh prądu (a więc o 2,5 gr. więcej, niż w Enerdze oraz o 3 gr. taniej, niż w Innogy). W górnych widełkach ofert rynkowych jest jedynie opłata handlowa, która w tej promocji wynosi 9,9 zł miesięcznie. Tak czy owak "straty" wynikającego z zakupu energii po ciut wyższej cenie (i przy nieco wyższej opłacie handlowej), niż u większości wiodących dostawców można próbować zrekompensować sobie przestawiając część zużycia prądu na pory, w których opłata za zużycie nie jest w ogóle naliczana.

      fortumdarmoweh

      ILE PRĄDU DA SIĘ ZUŻYĆ W NOCY? Pytanie brzmi: jak dużą część zużycia prądu da się przekierować na czas po 22.00 lub na porę między godzinami 13.00 a 15.00? Teoretycznie sporą: ładować komórki i laptopy można przecież w nocy. Pranie i zmywanie zaprogramować na późny wieczór (nowe urządzenia mają opcję timera). A odkurzanie mieszkania - na weekend po 13.00. Nic nie da się natomiast zrobić z lodówką (jej na noc nie wyłączymy), kuchenką elektryczną, telewizorami i żarówkami oświetlającymi nam mieszkanie. Ile więc realnie da się zaoszczędzić? Ładowarka do laptopa pożera przeciętnie 50W energii na godzinę, a ładowarka do smartfona - 4W. Zakładając, że ładujemy te urządzenia przez trzy godziny na dobę zużywamy 0,2 kWh energii w skali doby i jakieś 180 kWh rocznie. Jedno pranie - w zależności od mocy pralki - kosztuje mniej więcej 2-3 kWh, co czyni roczne zużycie w okolicach 200-300 kWh. Jedno zmywanie automatycznej zmywarki to 1 kWh energii, czyli kolejne 300 kWh w skali roku. Odkurzacz zużywa 1-2 kWh na godzinę, co oznacza, że rocznie - przy cotygodniowym sprzątaniu - będzie "kosztował" 50 kWh.

      Teoretycznie więc w darmową strefę da się "zepchnąć" zużycie energii rzędu 800-900 kWh. W moim przypadku to mniej więcej jedna czwarta łącznego zużycia. Dlaczego więcej zużycia przekierować się nie da? Kuchenka indukcyjna - to mój główny pożeracz prądu - przez godzinę potrafi pożreć od 2 do 8 kW, co przez rok oznacza 1000-2000 kWh zużycia (w zależności jak długo i ile pól jest wykorzystywanych). Lodówka zjada 300-400 kWh energii rocznie i niewiele da się z tym zrobić (poza minimalnym podwyższeniem temperatury "docelowej", co zmniejsza pobór prądu). Na pocieszenie można powiedzieć, że siłą rzeczy jedna trzecia pracy lodówki przypada na "darmowe godzinki" siłą rzeczy (więc jestem 100 kWh do przodu).

      A inne sprzęty? Telewizor "kosztuje" jakieś 100 kWh rocznie (mam dwa) i raczej nie jest oglądany po 22.00. Są i inne sprzęty, jak kuchenki mikrofalowe, czajniki elektryczne, toster, gofrownica, maszyna do robienia soków, frytkownica, gofrownica, ekspres do kawy, okap kuchenny, piekarnik... Godzina używania większości z tych urządzeń "kosztuje" od 0,5 do 2-3 kWh. Szacuję, że łącznie pożerają mi 300-400 kWh rocznie. Dochodzą zwykłe żarówki - 100W i 12 żarówek czyni 1,2 kWh na godzinę i - powiedzmy - jakieś 2 kWh na dobę (żarówki świecą się przez kilka godzin na dobę, ale nigdy wszystkie naraz). W sumie kolejne 600 kWh energii, której zużycia żadną miarą nie da się przenieść na darmowe godziny, nie będąc "nocnym Markiem".

      CZY TO SIĘ MOŻE OPŁACIĆ? Czas na bilans. Jeśli uda mi się nie płacić za 1000 kWh energii rocznie, to zaokrąglając cenę jednego kWh do 0,3 zł otrzymuję oszczędność rzędu 300 zł Trochę z tej korzyści (pewnie jakieś 50 zł) odpada mi z powodu wyższej opłaty handlowej, niż u większości dużych sprzedawców prądu, ale i tak oferta Fortum wydaje mi się ciekawa. Wcześniej - jeszcze jako Duon - firma chachmęciła koszmarnie, bo przedstawiając podobne oferty oferowała dużo wyższe od standardowych ceny prądu "w szczycie" i domagała się podpisywania długoterminowych umów. Nikt przy zdrowych zmysłach - nie mogąc przetestować ile tak naprawdę zużycia jest w stanie przenieść do tańszej lub darmowej strefy - nie podpisze cyrografu ze zobowiązaniem na dwa lata (to jest też - nota bene - główna wada taryf "ekologicznych" u największych sprzedawców prądu). W przypadku oferty Fortum wady zostały wyeliminowane. Cena prądu "w szczycie" już nie straszy, zaś krótki okres umowy - tylko rok - zmniejsza do minimum ryzyko klienta, że nie będzie w stanie zaoszczędzić tyle, by zrekompensować sobie wysoką opłatę handlową. Pewną niedogodnością może być konieczność opłacania dwóch faktur - osobną od dostawcy prądu, a osobną od firmy, która jest właścicielem sieci przesyłowej (alternatywni dostawcy energii nie mają własnej sieci).

      -----------------------------------------------------------------------

      ZOBACZ MOJE PROGRAMY WIDEO! Zapraszam do obejrzenia pierwszego sezonu tygodnika wideo "Kasownik Samcika". Jest tam o sprytnych sposobach na oszczędzanie, o studiowaniu, pracowaniu, zaciąganiu kredytu hipotecznego, o zakupach, kontach bankowych, ubezpieczeniach, lokatach, podatkach... Poza poradami w każdym wydaniu czerstwy żart prowadzącego :-)), ciekawostka o pieniądzach oraz finansowy trik Samcika. Zapraszam do obejrzenia wszystkich zeszłorocznych odcinków. Wkrótce kolejna seria! Zapraszam do subskrybowania kanału YouTube "Subiektywnie o finansach"  

      CHŁOŃ SUBIEKTYWNOŚĆ TAK JAK LUBISZ. Subiektywność jest multifunkcyjna i się często dyslokuje ;-). Można ją spotkać tu i tam. W internecie, mediach społecznościowych, na wideo, w prasie, książkach oraz na spotkaniach, odczytach, konferencjach - wszędzie tam, gdzie mówi się o pieniądzach. Blog "Subiektywnie o finansach" codziennie, od ponad siedmiu lat, zapewnia niezbędną dawkę wiedzy o Waszych pieniądzach. Prześwietlanie produktów finansowych, ekskluzywne wiadomości o nowych produktach oraz piętnowanie skandalicznych praktyk i interwencje w Waszych sprawach. Dołącz do dziesiątek i setek tysięcy czytelników - codziennie zaglądaj na samcik.blox.pl, nowy wpis wpada tu zwykle tuż po godz. 9.00. Jeśli chcesz wiedzieć jeszcze więcej i ze mną podyskutować, zostań fanem blogu na Facebooku (jest nas już 38.000!), na Twitterze (tu wraz ze mną rządzi 10.000 followersów). Zapraszam też do bezpośredniego kontaktu mejlowego:  maciej.samcik@gazeta.pl. Postaram się odpowiedzieć na każdy e-mail, choć nie obiecuję, że odpowiem szybko ;-).

      dywidenda222O LOKOWANIU OSZCZĘDNOŚCI W AKCJI "DYWIDENDA JAK W BANKU". Od wiosny 2016 r. w blogu trwa akcja "Dywidenda jak w banku", w której zdradzam sposoby na w miarę bezpieczne lokowanie oszczędności inaczej, niż tylko na depozycie bankowym. Zapisując się na newsletter akcji nie przegapicie żadnego z kolejnych tekstów, klipów wideo, webinarów, ani konkursów. W akcji bierze też udział Longterm.pl, najstarszy bloger zajmujący się inwestowaniem długoterminowym - Giełda Papierów Wartościowych oraz Stowarzyszenie Inwestorów Indywidualnych. Obejrzyjcie też jak - wspólnie z Longtermem - mierzyliśmy się z lękami związanymi z lokowaniem oszczędności, zwiedzaliśmy kasyno, udaliśmy się na ryby. Zabawne i pouczające.

      Więcej na ten temat czytajcie na stronie akcji (www.dywidendajakwbanku.pl)

      Zapraszam też do obejrzenia najbardziej spektakularnego mojego cyklu wideo - "Od oszczędzania do inwestowania". W ośmiu odcinkach realizowanych przy "wsparciu" wszystkich możliwych żywiołów opowiadam o tym, jak małymi krokami zabrać się do oszczędzania pieniędzy i co można zrobić, żeby namnażały się szybciej.

      "SUBIEKTYWNOŚĆ" OBSYPANA NAGRODAMI. Pod koniec 2016 r. miałem przyjemność odebrać "Nagrodę Dziennikarstwa Ekonomicznego" w konkursie organizowanym przez "Press Club". Nie mam wątpliwości, że tę nagrodę - jak i wszystkie poprzednie - zawdzięczam w dużej części Wam, moim Czytelnikom. Dziękuję za to, że jesteście ze mną i że wspólnie możemy walczyć o lepsze jutro finansowe. Do tej pory odebrałem między innymi nagrody: >>> Dwukrotnie Grand Press: w 2005 r. w kategorii "Dziennikarstwo Specjalistyczne" oraz w 2014 r. Grand Press Economy dla najlepszego dziennikarza ekonomicznego; >>> Nagrodę im. Władysława Grabskiego w konkursie organizowanym przez Narodowy Bank Polski (w 2013 r.); >>> Nagrodę im. Eugeniusza Kwiatkowskiego w konkursie organizowanym przez Uniwersytet Ekonomiczny w Krakowie (w 2011 r.); >>> Nagrodę Specjalną Prezesa UOKiK w konkursie Auxilium et Libertas (w 2012 r.); >>> Nagrodę "Heros Rynku Kapitałowego" przyznawaną przez Stowarzyszenie Inwestorów Indywidualnych (w 2014 r.). 

      NagrodaDziennikarstwaEkonomicznego2016laureatMaciejSamcik995x498

       Poza tym byłem jednym z laureatów nagrody im. Dariusza Fikusa za dziennikarstwo najwyższej próby (w 2014 r.). Cieszyłem się też z nagrody im Mariana Krzaka w konkursie Związku Banków Polskich (w 2004 r.) za publikacje poświęcone sektorowi bankowmu, nagrody Izby Zarządzających Funduszami i Aktywami za publikacje poświęcone inwestowaniu i funduszom inwestycyjnym (2007 r. ), nagrody "Złote Skrzydła"w konkursie Krajowego Rejestru Długów (w 2010 r.) za edukację ekonomiczną, III Nagrody w konkursie "Tylko Ryba nie bierze" organizowanym przez Fundację Batorego za publikacje demaskujące nieprawidłowości w sferze publicznej (w 2006 r.). Byłem też Dziennikarzem Roku Kongresu Gospodarki Elektronicznej (w 2011 r. ) oraz laureatem nagrody Ekonomiczny Blog Roku w konkursie organizowanym przez Money.pl (w 2014 r.)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (15) Pokaż komentarze do wpisu „Wreszcie sensowna opcja oszczędzania na prądzie? Cena jak wszędzie, darmowe godziny...”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 17 stycznia 2017 11:39
  • niedziela, 15 stycznia 2017
    • Jak dorzucić się do Wielkiej Orkiestry Owsiaka i nie wydać już ani grosza? Trzy sposoby!

      wosp1Dziś jest taki dzień, w którym dobre rzeczy dzieją się same. I nie jest to Boże Narodzenie ;-)). Niezależnie od tego czy ktoś lubi Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy, czy też uważa, że przelicznik szumu do zysków finansowych w jej przypadku mógłby być bardziej korzystny, musi przyznać, że to narodowe święto pomagania. Z roku na rok to pomaganie jest łatwiejsze. Kiedyś można było wrzucić pieniądze do puszki, wysłać przelew albo SMS-a premium. A teraz? Część wolontariuszy chodzi z terminalami do płatności zbliżeniowych (a więc nie trzeba będzie mieć nawet drobnych :-)), w bankomatach można - przy okazji wyciągania pieniędzy - zrobić przelew do owsiakowej fundacji, a wśród najróżniejszych sposobów przekazywania Orkiestrze kasy będzie np. płatność Bitcoinami (o ile Wam jeszcze ich nie ukradli). Bardziej drobiazgowo przyglądałem się nowoczesnym sposobom wspierania Owsiaka w zeszłym roku. Od tego czasu niewiele się zmieniło, więc odsyłam do tamtego tekstu.

      Przeczytaliście? No to już widzicie, że nie ma wymówki ;-)). W poprzednim wpisie - jako rasowy Poznaniak-liczykrupa - sprawdzałem, pół-żartem, pół serio - ile pieniędzy należałoby wrzucić do puszki, żeby wolontariusz nie pomyślał, że też jesteście z Poznania ;-)). Jeśli ma pomyśleć, że macie wielkopański gest, to pomnóżcie tę kwotę przez dwa ;-). Ale oczywiście znajdą się tacy, którzy powiedzą, że kasy nie mają (albo przeciwnie: że nie mają drobnych, bo pensję minimalną odbierają w "dwusetkach"), że zapomnieli portfela, że aplikacja mobilna w smartfonie się zawiesiła, że mają zablokowane wysyłanie SMS-ów premium (to akurat rozumiem, bo sam zachęcam do ich autmatycznego blokowania), że internet w domu nagle zwolnił i nie da się zrobić przelewu...

      Mnóstwo rzeczy może stanąć na przeszkodzie do dobroczynności, ale... ja mam coś i dla Was - największych poszukiwaczy wymówek w historii. Jak również dla tych, którzy zasilili już wszystkie możliwe puszki i wciąż im mało ;-)). Oto trzy proste i dostępne prawie dla każdego (a przynajmniej dla większości z Was) sposoby na to, by pomóc chorym dzieciom i osobom w podeszłym wieku (na to Owsiak zbiera kasę), nie wydając... ani grosza własnych pieniędzy. Można poczuć się lepszym człowiekiem (a nawet nim obiektywnie być :-)) za cudze. No i kto powie, że to nie jest magiczny dzień? Gotowi? No to zaczynamy! Krótki kurs pomagania Wielkiej Orkiestrze Świątecznej Pomocy nie swoimi pieniędzmi.

      POMAGANIE PRZEZ OGLĄDANIE. Firma telekomunikacyjna Play - swoją drogą z okazji Wielkiej Orkiestry robi w centrum Warszawy niezły młyn i to w dosłownym znaczeniu: będzie można zobaczyć panoramę stolicy z perspektywy 32 metrów - przygotowała specjalny teledysk. Nie byłoby w tym nic dziwnego, ale sprawa jest taka, że wystarczy sobie go wyświetlić i obejrzeć, żeby "zarobić" pieniądze dla owsiakowej fundacji. Nie ma ograniczeń w liczbie obejrzeń, można puszczać sobie na okrągło jeśli chcecie doprowadzić Playa do bankructwa ;-)). Jedynym ograniczeniem jest to, że YouTube zalicza obejrzenie kontentu wideo nieco później, niż po pięciu sekundach ;-)). Play nie podaje ile płaci za jedno obejrzenie, ale z prostego rachunku wartości zebranej kasy i liczby obejrzeń klipu wnoszę, iż jest to 10 groszy za każde obejrzenie. Zalecam serię co najmniej dziesięciu ;-)). Klip jest tutaj.

      POMAGANIE PRZEZ HASZTAGOWANIE. Nieco bardziej rentowną formą pomagania nie swoimi pieniędzmi jest "ćwierkanie" na Twitterze. Jeśli używacie tego portalu społecznościowego, to zapewne używacie też tzw. hasztagów, czyli tych znaczków "#" określających obszar tematyczny tego, co piszecie. W czasie wielkiego finału Orkiestry możecie generalnie pisać o tym, co zwykle, ale jeśli dacie na końcu coś takiego "#MasterCardGrazWOSP", to MasterCard wpłaci na konto fundacji Jurka Owsiaka 5 zł. Jeśli podobny manewr zrobicie wrzucając coś na Instagram, to dorzucą jeszcze złotówkę. W tej "promocji" jest niestety ograniczenie polegające na tym, że jeden użytkownik jest liczony tylko raz, niezależnie od liczby postów okraszonych zacnym hasztagiem. Ale nic nie stoi na przeszkodzie, żeby powiadomić rodzinę oraz bliskich i dalszych znajomych, żeby też, za przeproszeniem, zhasztagowali ;-)).

      POMAGANIE PRZEZ PUNKTOWANIE. Jeśli macie w portfelu kartę z logo MasterCarda, to sprawdźcie czy przypadkiem nie bierze ona udziału w programie MasterCard Priceless. Polega to na przyznawaniu punktów za płatności w niektórych sklepach (kiedyś przyznawali za wszystkie, ale im się znudziło). Jeśli macie takie punkty na koncie, to teoretycznie możecie je wymienić na nagrody, ale te przeważnie w programach lojalnościowych są takie sobie (zaś przelicznik punktów na rabat cenowy jest jeszcze bardziej taki sobie). Być może dojdziecie do wniosku, że zamiast nagrody w postaci kubka termicznego albo innej niepotrzebnej rzeczy - albo zamiast ciułać punkty w nieskończoność - jesteście w stanie przekazać punkty jako donację dla Jurka Owsiaka. "Kupony" są od wartości 5 zł do 100 zł. A lista kart biorących udział w programie jest na stronie www.pl.priceless.com.

      wosp2

      I JESZCZE... POMAGANIE PRZEZ KUPOWANIE. Dodałbym jeszcze do tego - niezobowiązująco, bo to już nie jest do końca "model biznesowy" polegający na pomaganiu tylko za cudzą kasę - promocje takie jak ta organizowana przez producenta herbaty Lipton, który wypuścił specjalną serię produktów, a część dochodu (niestety nie wiadomo jaką) przekazuje na fundację Jerzego Owsiaka. Lipton nie jest zresztą jedyną marką, która oddaje część dochodów ze sprzedaży swoich usług lub towarów na Wielką Orkiestrę. Jest ich więcej, np. portal dla lubiących pić kawę i nie lubiących sieciowych kawiarni KofiUp.pl. Albo portal FaniMani.pl, za pomocą którego można kupować w sklepach internetowych. Za każdy zakup firma odprowadzi kilka procent wartości transakcji do fundacji Wielkiej Orkiestry (np. robiąc rezerwację na Booking.com oddajemy na fundację od 1,8% do 3,5% wartości zakupu. No i jest jeszcze Bank Pekao, który zobowiązał się, że będzie odprowadzał do Orkiestry część pieniędzy zarabianych dzięki transakcjom klientów dokonywanym specjalną kartą debetową z logo Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy.

      I JESZCZE... POMAGANIE PRZEZ BLOCKCHAINOWANIE. A już całkiem na koniec opiszę najdziwniejszy i chyba najbardziej przyszłościowy sposób wspierania Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, czyli... blockchain. Nie myślę tu o wspomnianym wyżej wpłacaniu donacji bitcoinami, ale o... cyfrowych czerwonych serduszkach, które można sobie ściągnąć na telefon, płacąc 6,15 zł (z VAT plus jakieś opłaty, bo gdy testowałem ten pomysł, to "zrzucono" mi z konta 7,55 zł). Cyfrowe serduszko jest wyświetlane na ekranie smartfona za pomocą specjalnej aplikacji o nazwie MobileCash. Ponieważ owo serduszko tak naprawdę jest - tak samo, jak cyfrowa waluta, bitcoin - kryptograficznym kodem, można je komuś przekazać (podarować) na jego smartfona (o ile też ma tę aplikację do kodowania szyfrów kryptograficznych). Kto chciałby zrozumieć o co chodzi z bitcoinami i innymi cyfrowymi serduszkami, ma okazję, żeby zacząć tę przygodę "na miękko", od przetestowania cyfrowych serduszek. W porównaniu z wcześniej nakreślonymi metodami różnica jest taka, że tu już trzeba wyjąć (a raczej dopisać do rachunku telekomunikacyjnego) prawdziwe pieniądze.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Jak dorzucić się do Wielkiej Orkiestry Owsiaka i nie wydać już ani grosza? Trzy sposoby!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      niedziela, 15 stycznia 2017 15:50
  • sobota, 14 stycznia 2017
    • Ile powinieneś wrzucić Jurkowi do puszki, żeby nie wyjść na skąpca i liczykrupę? Liczę! ;-)

      Początek każdego roku zwiastuje już tradycyjnie największą w kraju charytatywną imprezę - kolejny finał Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. W całym zeszłym roku zebrała ona rekordowe 75 mln zł, w kilku wcześniejszych latach urobek wyniósł mniej więcej 50-55 mln zł. Łącznie do tej pory fundacja pana Jerzego wydała na sprzęt do ratowania życia już mniej więcej 720 mln zł. Jakiś czas temu liczyłem ile wynosi "charytatywna wartość" jednego kilograma Jerzego Owsiaka i wyszło, że jest to mniej więcej tyle, ile... sześć kilogramów złota. Dziś można powiedzieć, że jest jeszcze większa i to nie dlatego, że Owsiak przytył ;-). Owsiakową zbiórkę przelicza się na różne rzeczy, portal Bankier.pl przeliczył je na kilogramy złota (wyszło mu, że do tej pory orkiestra zebrała 10,4 tony złota, czyli mniej więcej tyle, ile są warte całe rezerwy złota banku centralnego Słowacji i mniej więcej 10% tego, co w brytyjskich skarbcach trzyma nasz NBP.

      Czytaj też: Tylu opcji, żeby czynić dobro, jeszcze nie mieliście! Poradnik dla leniuszków

      Dość frustrujące jest przeliczenie wyników kolejnych finałów Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy na nasze wynagrodzenia. Otóż wychodzi na to, że grube miliony zbierane przez 120.000 wolontariuszy pana Jerzego, zbiegają się mniej więcej do takiej kwoty, która jest równa miesięcznym pensjom raptem 13.000-14.000 osób (przy założeniu, że każda z nich zarabia średnią krajową). Szczerze pisząc jeszcze dziwniej wygląda fakt, że zamiast tych 14.000 osób oddających jedną miesięczną pensję mogłoby się zebrać... dziesięciu Lewandowskich (miesięczna wypłata na poziomie nieco ponad 5 mln zł), którzy zrobiliby to samo, a wtedy cała reszta Kowalskich mogłaby się już nie wysilać (chyba, że już tylko dla czystej przyjemności :-)). Wiem, wiem, tu nie chodzi tylko o pieniądze (chociaż podobno już 2,5 mln potrzebujących zetknęło się ze sprzętem ufundowanym przez owsiakową orkiestrę), ale o sumę dobra, które rodzi się w sercach Polaków.

      Mnie dręczy inny problem: ile warto wrzucić do puszki, żeby nie wyjść na skąpca i liczykrupę? ;-). To też pytanie na pół-serio, bo wiadomo, że każdy wrzuca ile może lub ile chce. I niekoniecznie musi wrzucać Owsiakowi (zawsze tak samo gorąco zachęcałem do wspierania Wielkiej Orkiestry, Caritasu i dowolnej innej organizacji dobroczynnej). Tym niemniej jeśli weźmiemy średnią kwotę zbieraną podczas ostatnich finałów, porównamy to z liczbą kwestujących (i przyjmiemy założenie, że jedna trzecia "urobku" każdego finału pochodzi ze zbiórki "detalicznej", a reszta z "grubszych" rzeczy oraz ze zdalnych donacji) oraz założymy, że jeden kwestujący przeciętnie namówi do wrzucenia pieniążka 30 osób - wychodzi, że aby nie było substandardowo, wypada włożyć do puszki nie mniej, niż 5,5 zł. Z tego wynikałoby również, że Jerzego Owsiaka i jego armię wolontariuszy zasili pieniędzmi jakieś 3,6 mln osób.

      Czytaj też: Jak wypłacając pieniądze z bankomatu poczuć się lepszym człowiekiem?

      Nie jest to liczba z kosmosu, bo jeśli wziąć statystyki dotyczące naszej dobroczynności, to w 2014 r. udział w akcji typu "owsiakowego" (czyli z wrzuceniem pieniążka do puszki) zadeklarowało 41% Polaków (a 19% stwierdziło, że wysłało charytatywnego SMS-a, ale te dwie grupy prawdopodobnie się pokrywają). Te 41% dorosłych Polaków minus dzieci (8 mln), osoby już prawdopodobnie niemobilne z powodu wieku (1,5 mln), część osób nie posiadających dochodów czyni... jakieś 10 mln ludzi skłonnych do tego, by mniej lub bardziej drobną kwotą pomagać organizacjom charytatywnym. Jest całkiem prawodpodobne, że przynajmniej trzeci (a być może połowa) weźmie udział w owsiakowym szaleństwie. Naprawdę warto!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      sobota, 14 stycznia 2017 20:24

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


użytkowników on-line