Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

18. Przewodnik po domowych finansach

  • piątek, 13 października 2017
  • wtorek, 16 maja 2017
  • sobota, 06 maja 2017
    • Co trzeci klient banku korzysta z usług nie dopasowanych do potrzeb! Jak sobie radzimy?

      Instytut badawczy Kantar TNS dokładnie wypytał nas o gotowość do polecania lub zniechęcania innych osób do usług tych banków, z których korzystacie. To w dzisiejszych czasach bardzo ważny parametr, bo mamy erę mediów społecznościowych i wartość "rynkowa" takich poleceń jest ogromna. Mogą one osiągnąć wielki zasięg i znacznie lepszą skuteczność, niż "zwykła" reklama. Wyniki badań mnie... nieco przygnębiły.

      Tylko co piąty klient banku cieszy się dopasowanymi do swoich potrzeb - pod względem funkcji i opłat - produktami bankowymi lub przynajmniej dobrej jakości serwisem. Z kolei aż 32% klientów banków prawdopodobnie ma usługi wybitnie niedopasowane do potrzeb, zbyt drogie bądź też jakość obsługi jest niewystarczająca - ta grupa klientów jest gotowa zniechęcać znajomych do swojego banku. Neutralność cechuje mniej, niż połowę klientów banków.

      Czytaj też: Ile trzeba płacić za konto, żeby to było drogo? Oni policzyli 

      To nie są żarty, bowiem zadowolony klient nie tylko przyciąga do banku swoich znajomych, ale też daje mu coraz więcej zarabiać. Aż 40% klientów mających ciepłe uczucia do swojego banku jest skłonnych bez szemrania zaakceptować wzrost cen usług, zaś 36% jest skłonna dokupić dodatkowe usługi bądź przynieść do niego więcej oszczędności. Być może w obu przypadkach to te same 36-40% - bo można było wskazać więcej, niż jedną odpowiedź - ale zakładam, że te grupy przynajmniej częściowo są rozłączne. To z kolei by oznaczało, że zdecydowanej większości zadowolonych klientów nie trzeba namawiać do tego, by chcieli być bardziej rentownymi klientami.

      Gorzej jest z klientami niezadowolonymi. Ich postawa - wyrażona w badaniach, ale i w moich obserwacjach - mnie bardzo przygnębiła. Powody tego przygnębienia, a przede wszystkim wyniki tej częsci badań, przedstawiam na www.subiektywnieofinansach.pl, mojej nowej stronie internetowej. Zapraszam na nią - dużo ciekawych rubryk! - a link do tekstu o bankowych badaniach znajdziecie tutaj 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      sobota, 06 maja 2017 10:04
  • wtorek, 02 maja 2017
  • poniedziałek, 17 kwietnia 2017
  • wtorek, 11 kwietnia 2017
  • wtorek, 04 kwietnia 2017
    • "Henryk" czyli przyszłość narodu. Na co wydaje kasę? I dlaczego banki go kochają?

      Tylko 3% Polaków (nieco ponad 700.000 osób w 38-milionowym kraju) przekracza próg dochodów, który powoduje konieczność płacenia 32% podatku dochodowego. A przecież ten próg nie jest jakoś szczególnie wysoki jak na realia społeczeństw Zachodu - 85.000 zł rocznie, czyli 7.000 zł miesięcznie na rękę. Złotych, nie euro. Z kolei liczba osób, które deklarują dochód do opodatkowania wyższy niż milion złotych, wynosi tylko nieco ponad 20.000. Pomiędzy tymi "z drugiego progu", a zwykłymi Polakami, którzy z mniejszym lub większym kłopotem wiążą co miesiąc koniec z końcem, są tzw. "Henryki". To ludzie już wystarczająco dobrze radzący sobie finansowo, że zaspokoili podstawowe potrzeby - z reguły mają mieszkanie, samochód, prywatną polisę medyczną i dzieci w prywatnych szkołach - i bez problemu stać ich na mniejsze lub większe zbytki. Mający wysokie dochody, ale jeszcze nie bogaci. Ich "kryptonim" pochodzi od rozwinięcia skrótu HENRY ("high earnings, not rich yet").

      To o tyle kluczowa grupa, że skoro żyjemy w kraju, gdzie 10% Polaków zgromadziło 50% oszczędności, to "Henryki" mogą spróbować trochę namieszać w statystykach i znacząco zwiększyć skalę naszego narodowego bogactwa. A z punktu widzenia firm sprzedających elektronikę, turystykę i dobra luksusowe skuteczne dotarcie do tej grupy konsumentów to gwarancja złotego deszczu w rachunku wyników. "Henrykom" przyjrzała się pracownia badań społecznych GfK wspólnie z firmą Clue PR. Pod lupę trafiły osoby w wieku 25-45 lat, mające co najmniej średnie wykształcenie, 3000 zł indywidualnego dochodu na rękę (59% ma więcej, niż 4000 zł), deklarujące, że nie wydają "na życie" wszystkiego co zarobią (stać je na oszczędzanie lub na oszczędności) oraz korzystające z większości zdobyczy dobrobytu takich jak samochód, zmywarka do naczyń, szybki internet, karta kredytowa czy fundusze inwestycyjne.

      Czytaj też: Co trzeci w pracy się nie męczy, co szósty budzi postrach w sklepie. Tacy smart-Polacy. Aż strach pomyśleć co by było gdybyśmy wszyscy byli smart ;-)

      Próba badawcza nie była nadzwyczaj liczna - nieco ponad 300 osób - ale za to porównano ją z grupą tzw. przeciętnych obywateli, nie spełniających definicji HENRY. Z badania nie wynika też jak liczna w skali kraju jest grupa Polaków, którą można zaliczyć do HENRY, ale biorąc pod uwagę, że mediana zarobków w Polsce to jakieś 2500-2600 zł na rękę (czyli połowa ludzi zarabia więcej, a połowa mniej), można przypuszczać, że jest to co prawda mniejszość, ale dość liczna. Czym więc wyróżniają się "Henryki" wśród Polaków-szaraków? Z badania GfK i Clue wyczytałem następujące prawidłowości.

      "HENRYK": OBYWATEL ŚWIATA I EGOISTA? Wśród "Henryków" większy, niż w całym społeczeństwie jest odsetek osób preferujących aktywne spędzanie czasu, niż leżenie plackiem na plaży (53% vs 48%) i mniejszy odsetek osób lubiących jeździć w to samo miejsce (30% vs 35%). Lubią gdy coś się dzieje, lubią przeżywać emocje (36% vs 28%). Cóż, dla zwykłego Polaka-szaraka emocjonujący jest każdy dzień, bo walka o związanie końca z końcem zwykle wyczerpuje energetycznie. "Henrykom" te emocje odpadają, więc szukają sobie innych. Aż 27% "Henryków" przyznaje, że nie interesuje się sprawami kraju i koncentruje się na własnym życiu (17% wśród ogółu pytanych), aż 40% czuje się obwatelami świata (wśród przeciętnych Polaków 34%). Może i HENRY nie interesuje się niczym poza swoimi sprawami, ale za to interesuje się pracą. 27% z nich to pracownicy umysłowi, 23% reprezentuje wolne zawody, a 20% pełni stanowiska kierownicze.

      "HENRYK": LUBI SOBIE KUPIĆ WYJĄTKOWOŚĆ. Przeciętny "Henryk" ma bardziej nabożny stosunek do pieniędzy, niż przeciętny Polak-szarak. Aż 45% "Henryków" przyznaje, że bez posiadania odpowiednich pieniędzy trudno być szczęśliwym. Większy odsetek deklaruje, że ważne jest, by żyć na odpowiednim poziomie (27% vs 20%). Mniej osób wśród "Henryków" zaklina się, że nie chce być definiowana przez swój stan posiadania (51% vs 61% wśród "zwykłych" Polaków). Tylko 20% "Henryków" mówi, że lubi posiadać to, co ma większość ludzi. Reszta, jak sądzę, lubi mieć to, na co innych ludzi nie stać ;-). Dobra wiadomość jest taka, że mimo charakterystycznego dla "utracjuszy" rysu aż 61% (vs 57% w całej grupie Polaków) deklaruje skłonność do oszczędzania pieniędzy, by coś wyjątkowego sobie kupić.

      ZA CO CHĘTNIE ZAPŁACI "HENRYK"? Aż 45% osób z grupy HENRY ma kupiony przed pracodawcę lub przez nich samych pakiet prywatnych usług medycznych (wśród pozostałych przepytywanych - 33%). Ponad 40% kupiło sobie karnet na pływalnię lub siłownię, 40% ma kredyt mieszkaniowy (w obu przypadkach jest to o mniej więcej 10 punktów procentowych wyższy wynik, niż wśród pozostałych pytanych). HENRY-ki chętniej, niż pozostali konsumenci korzystają z płatnych serwisów wideo (Netflix, Ipla, HBO), nieco chętniej niż inni płacą za treści w internecie (27% vs 23%) i częściej, niż inni posyłają dzieci do prywatnej szkoły lub przedszkola (robi to co piąty). 75% obywateli HENRY ma w domu szybki internet, 93% kupiło sobie samochód.

      "HENRYK": MIŁOŚNIK BANKÓW. Wygląda na to, że "Henryki" mają większą skłonność do beztroski finansowej, niż przeciętny obywatel. Wynika to zapewne z tego, że życie ich nie zmusza do oglądania każdej złotówki przez lupę. 23% nie przywiązuje wagi do kontrolowania domowych finansów (wśród reszty Polaków deklaruje tę beztroskę tylko 14%, choć nie wiadomo czy szczerze), zaś 57% stara się zarządzać kasą (wśród pozostałych Polaków - 75%). "Henryk" w większym stopniu, niż Polak-szarak uważa, że kredyty są dla ludzi (37% vs 27%), w mniejszym stopniu zaś deklaruje, że lepiej unikać kredytów (42% vs 51%).

      cluehenry

      Procent "Henryków" deklarujących, że warto oszczędzać (44%) jest mniejszy, niż średnia społeczna (68%). Większy zaś jest wśród "Henryków" procent osób uważających, że warto wydawać pieniądze jeśli się je ma (29% vs 19%). Aż 67% obywateli HENRY ma kartę kredytową (biorąc pod uwagę, że w Polsce banki wydały ponad 2 mln kart kredytowych, można by szacować liczebność "Henryków" na 1,5 mln osób. Aż 83% z nich przyznaje, że wystarcza im na życie i odkładają pieniądze, to odkładają je na... przyszłe wydatki: przyjemności, zakupy, wyjazdy. Nie, nie pojawia się w ich deklaracjach dodatkowa emerytura :-).

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „"Henryk" czyli przyszłość narodu. Na co wydaje kasę? I dlaczego banki go kochają?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 04 kwietnia 2017 09:06
  • czwartek, 16 marca 2017
    • Możesz już zlecić urzędnikom przez internet, żeby zajęli się twoim PIT-em! Przetestowałem to i...

      Od wczoraj część z nas, podatników, ma łatwiej: możemy poprosić urząd skarbowy, żeby sam wypełnił za nas PIT-a. Dotyczy to co prawda tylko tych, którzy mieli w zeszłym roku dochody z pracy etatowej lub z umów zlecenia, o dzieło, czy z praw autorskich, ale... i tak ulgę odczują miliony. O ile oczywiście zechcą z tej nowej opcji skorzystać :-)). Skoro w ciągu zaledwie kilku lat dużą popularność zdobyła możliwość składania PIT-a przez internet, to jestem pewny, że i scedowanie "przyjemności" przygotowania kwitów podatkowych na urzędników "skarbówki" stanie się hitem. A wiecie co jest najlepsze? Że dzięki bankom cała procedura "zamówienia PIT-a" w urzędzie skarbowym jest do przeprowadzenia z poziomu domowego fotela! Przetestowałem to na własnej skórze (a właściwie na skórze kogoś z rodziny). Jak było? Posłuchajcie :-). A jeśli lubicie być podatkowymi beta-testerami nowości, to nie widzę przeciwwskazań, żebyście też spróbowali w tym roku odpuścić sobie PIT-olenie i zlecić je Ministerstwu Finansów ;-)).

      Z jakimkolwiek porozumiewaniem się z urzędnikami przez internet jest generalnie taki problem, że aby skorzystać z tego kanału komunikacji trzeba mieć tzw. zaufany profil w ePUAP, czyli w portalu, który jest "cyfrowymi wrotami" do polskich urzędów. A żeby taki profil sobie "urzeźbić" nie wystarczy podać przez internet wszystkich danych na swój temat (nazwisko, adres, PESEL, numer buta), lecz trzeba jeszcze podreptać z dowodem osobistym i paszportem do jednego z punktów weryfikacyjnych (w Warszawie jest nich niespełna 50). Dużo fatygi jeśli celem zakładania profilu ma być poproszenie urzędników, żeby zajęli się wypełnieniem PIT-a. Na szczęście z odsieczą pospieszyły urzędnikom banki. Co najmniej pięć z nich - PKO BP, Bank Millennium, Raiffeisen, BGŻ BNP Paribas oraz ING - umożliwiło swoim klientom złożenie wniosku do "skarbówki" w sprawie sporządzenia PIT-a przez... bankowość internetową.

      Założenie jest proste: skoro klient zalogował się w banku, to znaczy, że jego tożsamość jest potwierdzona i bank może ją "żyrować" w kontaktach z urzędnikami. Na tej samej zasadzie banki przyjmowały już w imieniu urzędw gmin wnioski o wypłatę świadczeń w programie "Rodzina 500+". W trzech bankach - PKO BP, ING oraz Banku Millennium - można też w bankowości internetowej założyć sobie profil na platformie ePUAP i załatwiać niektóre sprawy w urzędach przez internet. Teraz przyszła kolej na pomoc klientom w rozliczaniu podatków. Pisałem już, że dzięki takim usługom banki mogą zachować miejsce w naszych sercach - staną się centrum autoryzacji naszej tożsamości w różnych miejscach, a nie tylko handlarzami pieniądzem.

      Czytaj też: Będzie rewolucja w logowaniu? Jedno mobilne hasło do wszystkiego!

      Czytaj też: Pierwszy bank udzieli kredytu hipotecznego przez internet? No, prawie

      Proces "zamawiania" PIT-a w "skarbówce" testowałem na przykładzie ROR-u w państwowym PKO BP. Po zalogowaniu się na konto trzeba wejść w fiszkę dotyczącą e-Urzędów i tam wypełnić internetowy wniosek, odpowiadając na kilka pytań. Zasadniczo nie jest to jakoś szczególnie trudne - ze spraw merytorycznych system wymaga jedynie potwierdzenia czy korzystamy z ulgi na dzieci (trzeba podać PESEL lub imię, nazwisko i datę urodzenia dziecka oraz określić któremu z rodziców przysługuje prawo do ulgi i w jakiej kwocie) lub rehabilitacyjnej i jakie mamy koszty uzyskania przychodów, czy rozliczamy się wspólnie z mężem/żoną oraz na jaką organizację chcemy przekazać 1% podatku. Denerwował mało przyjazny język formularza. W kilku miejscach znajdują się bełkotliwe wyjaśnienia, które niejednego klienta muszą wprowadzić w rozedrganie i skłonić do "porzucenia koszyka". Nie wiem czy podobnie jest w ING, ale szkoda, że pracownicy PKO BP nie postarali się o mniej oschłą "twarz" wniosku. Zresztą cały system bankowości internetowej w PKO BP jest "oschły" ;-).

      tralala

      Najważniejsze jest jednak to, że po kilku minutach wypełniania formularza udało nam się wysłać wniosek i ściągnąć na komputer potwierdzenie jego złożenia. Od tego momentu urzędnicy mają pięć dni roboczych na odesłanie projektu PIT-u na adres e-mail podatnika (a ściślej pisząc - linku do zeznania, które będzie można zassać po podaniu loginu i hasła). Zeznanie będzie można zaakceptować lub odrzucić na trzy sposoby, z których w zasięgu "normalnego" człowieka są dwa: "podpisać" się profilem zaufanym w ePUAP (można go założyć - powtarzam - metodą "z buta" bądź przez bankowość elektroniczną trzech banków), albo poprzez podanie dokładnej kwoty przychodu z zeszłorocznego zeznania podatkowego. Po przyjęciu wyliczeń urzędu dostaje się potwierdzenie "skarbówki" i po robocie.

      W przypadku członka mojej rodziny, którego namówiłem do scedowania na urzędników wypełniania PIT-a, ów pięciodniowy "licznik" na dostarczenie mu zeznania już bije. I chętnie poinformuję Was o wyniku tego testu. Jednak już dziś mogę powiedzieć, że sama procedura składania za pomocą bankowości internetowej wniosku o rozliczenie PIT-a przez "skarbówkę" jest - mimo pewnych zgrzytów - do przełknięcia. Mam nadzieję, że niedługo będzie dostępna we wszystkich dużych bankach, bo wydatnie ułatwia życie. Mamy gwarancję, że do naszego zeznania nie będzie żadnych pretensji i że nikt nas nie będzie wzywał do poprawienia błędów rachunkowych w zeznaniach. W kolejnych latach urzędnicy chcą umożliwić scedowanie na nich rozliczeń podatkowych następnym grupom podatników, więc o ile w tym roku jest to tylko nowinka dostępna dla części klientów banków, to w przyszłym - jak sądzę - będzie to być może standard. I czak ma być!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Możesz już zlecić urzędnikom przez internet, żeby zajęli się twoim PIT-em! Przetestowałem to i...”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 16 marca 2017 08:48
  • wtorek, 14 marca 2017
    • Przez tę decyzję władz już nigdy nie będziecie zarabiali jak Niemcy. Rząd to ukrywa, a ja... liczę

      Polski rząd wpadł na pomysł, żeby... zachęcać ludzi do dłuższej pracy. Podobno - tak wynika z przecieków, bo na razie nie ma na stole żadnego projektu zmian w prawie - będzie dopłacał w żywej gotówce ludziom, którzy mimo osiągnięcia wieku emerytalnego wciąż będą pracowali i wytwarzali PKB. Co prawda PiS obiecał w wyborach - i przeprowadził przez parlament - ustawę, która obniża wiek emerytalny (Naczelnik obiecał, że będziemy pracować krótko, a pieniądze będą same spadać z nieba). Ale najwyraźniej doszedł do wniosku, że nie byłoby dobrze, gdyby Naród zaczął korzystać z efektów tych obietnic ;-). Chyba ktoś wreszcie puknął się w czoło i przypomniał sobie słynne powiedzenie: "Dlaczegoś biedny? Boś głupi. Czegoś głupi? Boś biedny". Dziś w blogu będzie o tym dlaczego wciąż nie możemy dogonić Zachodu i dlaczego pomysły premier Szydło, wicepremiera Morawieckiego oraz Naczelnika Kaczyńskiego mogą sprawić, że nie dogonimy go już nigdy. 

      Dlaczego za tę samą pracę w Niemczech, czy Wielkiej Brytanii płaci się 3000 euro, a u nas niecały 1000 euro? Dlaczego przeciętny Szwajcar ma na rękę 6000 franków, czyli mniej więcej dziesięć razy tyle, co przeciętny Polak? W najprostszych słowach: bogaci są ci, którzy wytwarzają największe PKB (czyli największą wartość wszystkich dóbr i usług). Jeśli w ciągu ośmiu godzin przykręcasz śrubki, to wytworzysz mniejsze PKB (i zarobisz mniej pieniędzy), niż gdybyś przez te osiem godzin wytwarzał smartfony, silniki do statków kosmicznych, nowe odmiany leków. Produkując nowoczesne, innowacyjne, będące przedmiotem pożądania na całym świecie towary zarabia się więcej. I więcej zarabia nie tylko ten, kto te cuda sprzedaje, ale wszyscy dookoła, bo w kraju, gdzie są wysokie zarobki w branżach innowacyjnych, lepiej się też płaci we wszystkich pozostałych (więcej osób jest skłonnych zapłacić więcej za rzeczy zwyczajne ;-)).

      DWIE PRZYCZYNY NASZYCH NISKICH ZAROBKÓW. Krótka odpowiedź więc brzmi: jesteśmy biedni, bo zajmujemy się sprzedażą jabłek, a nie produkcją Iphone'ów. Montujemy samochody zamiast je produkować. Pracujemy dla Amazona zamiast być Amazonem. Ale to tylko pół prawdy. Druga połowa jest taka, że ci, którzy pracują, oprócz wypracowywać PKB na własny rachunek, muszą też utrzymywać tych, którzy są na emeryturach, rentach, albo nabyli prawa do państwowych świadczeń w wieku 40-50 lat. Tam gdzie więcej ludzi pracuje, wytwarza się więcej PKB i ludzie zarabiają lub zyskują proporcjonalnie więcej (bo podatki są mniejsze, albo są przeznaczane w większym stopniu na poprawę jakości życia pracujących). Jeśli więc masz wrażenie, że za mało ci płacą, to znaczy, że żyjesz w kraju, w którym: a) jest za mało innowacyjnych firm, b) zbyt duża część tego, co mógłbyś zarobić, jest ci zabierana na utrzymanie tych, którzy nie pracują, c) dzieją się obie te rzeczy na raz.

      Jaką wartość przeciętnie wypracowuje przez rok obywatel w Polsce? Różnie liczą, ale jakieś 14.500-16.500 euro, czyli 65.000-70.000 zł. Jest lepiej, bo jeszcze 10 lat temu Polak-szarak wypracowywał mniej więcej połowę tej kwoty. Pracujemy po te osiem godzin dziennie, ale przynajmniej część z nas robi rzeczy bardziej skomplikowane, które da się drogo sprzedać za granicą. Jednak przeciętny Amerykanin w tym samym czasie "wydłubie" PKB o wartości 50.000 euro, Brytyjczyk, Hiszpan i Francuz po 30.000 euro, Norweg aż 90.000 euro (ale oni sprzedają ropę naftową), Szwajcar wypracuje 75.000 euro, a znienawidzony Niemiec 45.000 euro. Gonimy tego Niemca dość wartko, bo jeszcze dziesięć lat temu nasi sąsiedzi mieli pięciokrotnie większe PKB na mieszkańca, niż my, a teraz już "tylko" trzykrotnie większe (a podobno "Polska w ruinie"). Wiem, macie głęboko w dupie całe to PKB, zwłaszcza, że było niesprawiedliwie dzielone przez tych cholernych neoliberałów (tfu, tfu, kanalie). Ale ten wskaźnik jakoś-tam przekłada się na wynagrodzenia. Dziwnym trafem różnica w pensjach między Niemcami a Polakami jest zbliżona do różnicy w PKB przypadającego na mieszkańca.

      KIEDY BĘDZIEMY MIELI NIEMIECKIE PENSJE?  Może nigdy, bo od niedawna rządzą nami populiści, w których interesie jest to, by jak najwięcej osób było na utrzymaniu państwa. A więc, by pracujący - zamiast gospodarować "swoim" coraz większym PKB - musieli oddawać możliwie dużą część zarobków na utrzymanie niepracujących. Zaś niepracujący mają tę piękną cechę, że są uzależnieni od populistów i głosują na nich w wyborach. Nawet jeśli będziemy mieli - jako państwo - coraz większe PKB, to będzie ono dzielone tak, żeby pracujący w jak najmniejszym stopniu odczuli to w swojej kieszeni. Jest to o tyle przykre, że dziś jesteśmy w momencie, w którym - gdyby się porządnie sprężyć - tych cholernych Niemców moglibyśmy dogonić pod względem wynagrodzeń dość szybko. Niestety, ciężko jest gonić, jak wrzucają ci na plecy jeszcze więcej nie pracujących (np. wcześniejszych emerytów oraz tych, którzy nabywają preferencyjne przywileje emerytalne, bo rząd boi się im je zabrać).

      ILU POLAKÓW WYTWARZA PKB? A ILU NIEMCÓW? PORAŻAJĄCE. Wziąłem statystyki Eurostatu dotyczące liczby ludności w kilku krajach. Potem nałożyłem na to dane Banku Światowego dotyczące odsetka ludności w wieku produkcyjnym (czyli po wyjęciu staruszków i dzieci). Nałożyłem na to dane dotyczące odsetka ludności aktywnej zawodowo spośród tych, którzy są w wieku produkcyjnym. A to wszystko porównałem z PKB przypadającym na mieszkańca oraz z wartością globalną PKB dla danego kraju. Co się okazało? Otóż warunki do gonienia bogatych mamy świetne - w Polsce aż 70% wszystkich obywateli jest w wieku, w którym mogą i powinni pracować. W Szwajcarii jest to 67%, w Norwegii i Niemczech 66%, we Francji tylko 62%. Ale co z tego, skoro wśród wszystkich, którzy mogliby pracować, w Polsce rzeczywiście PKB wytwarza tylko 62%? W Austrii jest to 71%, w Niemczech 74%, w Norwegii 75%, a w Szwajcarii 80%! Krótko pisząc: jesteśmy jak nowoczesny samolot, który ma cztery silniki, ale włączył tylko trzy.

      pkbplger

      CO BY BYŁO GDYBYŚMY PRACOWALI JAK NIEMCY?  W Niemczech spośród 80 mln obywateli faktycznie pracuje 39 mln. A więc co drugi. W Norwegii - nawet 53%. W Szwajcarii spośród 8,3 mln obywateli PKB wytwarza aż 4,5 mln (54% wszystkich). A w Polsce? Z 38 mln ludzi po odjęciu starców i dzieci oraz po przemnożeniu pozostałych przez wskaźnik aktywności zawodowej wychodzi, że pracuje 16,5 mln osób, tylko nieco ponad 40% wszystkich. Ze statystyki PKB per capita wychodzi, że każdy obywatel wypracowuje na godzinę - przy założeniu, że pracuje przez 250 dni w roku po osiem godzin - jakieś 6,5-7 euro. Ale tak naprawdę ci, którzy pracują, muszą wytwarzać na godzinę aż 14,5-15,5 euro. I z tego "oddają" 8 euro, żeby utrzymać niepracujących. Gdybyśmy wzięli się do roboty tak jak Niemcy (czyli pracowałaby połowa obywateli), to rocznie do podziału byłoby prawie o 100 mld euro PKB więcej. Gdyby przeliczyć to na każdą godzinę pracy, wyszłoby 2,5 euro ekstra "premii" dla każdego. Oczywiście ci cholerni neoliberałowie (tfu, tfu, kanalie) nie umieliby tego sprawiedliwie podzielić, ale przynajmniej byłoby co dzielić.

      Podsumowując: zamiast włączyć czwarty silnik w samolocie, czyli skorzystać z tego, że mamy więcej ludzi zdolnych do pracy, niż inne kraje (dopóki jeszcze ich mamy), my wyłączamy również trzeci (czyli instalujemy sobie wcześniejszy wiek emerytalny). Będziemy gonili Niemców na pół gwizdka, a oni, choć starsi, będą nam uciekali na pełnym gazie. Gdyby w Polsce było "po niemiecku", to prawdopodobnie każdy z nas mógłby proporcjonalnie więcej zarabiać (2,5 euro "premii" w wytwarzaniu PKB przekłada się hipotetycznie na 15% podwyżki pensji). Oczywiście: nie wszystkie przywileje socjalne są głupie i nie każda redystrybucja jest zła, zaś zwiększenie aktywności zawodowej nie dzieje się "samo", lecz wymaga odpowiednich warunków (dziś 50-latek nie ma łatwo żeby znaleźć pracę nawet jeśli chciałby pracować do stu lat). Ale jest cienka, czerwona linia, po której przekroczeniu wyłącza się silnik w samolocie. Na pocieszenie: są kraje, w których jest gorzej. W Grecji na 11 mln obywateli pracuje 3,5 mln. Każdy pracujący musi wytwarzać 33 euro PKB na godzinę, żeby "utrzymać" dwóch niepracujących. Bo PKB per capita wypracowywane w Grecji przez godzinę "pracowniczą" warte jest 11 euro. I tak więcej, niż u nas. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (35) Pokaż komentarze do wpisu „Przez tę decyzję władz już nigdy nie będziecie zarabiali jak Niemcy. Rząd to ukrywa, a ja... liczę”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 14 marca 2017 09:06
  • poniedziałek, 13 marca 2017
    • Boisz się, że wyłudzą pożyczkę na twoje dane? Są już trzy miejsca, które przed tym chronią. Testuję!

      Pojawiła się kolejna możliwość ochrony przed wyłudzeniem pieniędzy na nasze konto. To ważne, bo sposobów na to, by poznać nasze dane z dowodu osobistego, numer PESEL, numer telefonu i dane adresowe - a potem spróbować je wykorzystać w niecnym celu - jest niemało. Największe firmy pożyczkowe uruchomiły portal Bezpiecznypesel.pl, w którym każdy może zarejestrować się jako osoba "zamrożona kredytowo". A więc zadeklarować: "nie chcę zaciągać nowych pożyczek, a jeśli ktoś znający moje dane będzie chciał wziąć - używając ich - jakieś pieniądze, to znaczy, że jest oszustem". Dzięki temu nikt, kto zagląda do takiej bazy, nie udzieli pożyczki osobie, która "wylegitymuje" się naszym numerem PESEL widniejącym jako "zastrzeżony". Oczywiście oznacza to, że my też - dopóki jesteśmy w bazie - nie weźmiemy pożyczki dopóki się z niej nie wykreślimy (nie jest to trudne). Jednak dla tych z nas, którzy nie mają w planach pożyczania pieniędzy, zastrzeżenie PESEL-u może być dobrym pomysłem na zmniejszenie ryzyka, iż staniemy się ofiarą wyłudzenia.

      JAK DZIAŁA BEZPIECZNYPESEL.PL? TESTUJĘ! Niestety, tylko na zmniejszenie, bo partnerami Bezpiecznypesel.pl są na razie tylko firmy pożyczkowe - i to nie wszystkie. Do zaglądania do tej bazy przed udzieleniem jakiejkolwiek pożyczki zobowiązały się m.in. Provident, Vivus, Wonga, czy Bocian i jeszcze kilkanaście firm. Ale nie ma w niej np. ProfiCredit, a także żadnego dużego banku. Jeśli potencjalny złodziej naszej tożsamości uda się do instytucji nie będącej członkiem sojuszu Bezpiecznypesel.pl, to obecność naszego PESEL-u w bazie może nic nie pomóc. Jak działa Bezpiecznypesel.pl? Próbowałem go przetestować na własnej skórze. Trzeba, niestety, podać sporo danych oraz wysłać portalowi skan swojego dowodu osobistego (na szczęście połączenie jest szyfrowane, ale i tak nie jest to komfortowa sytuacja, gdy trzeba przekazać skan dowodu anonimowej w sumie firmie CRIF (z kapitałem 50.000 zł), choć przecież należącej do dużej niemieckiej wywiadowni DeltaVista i "autoryzowanej" przez Związek Firm Pożyczkowych.

      bezpiecznypeselhpscreen

      Poza skanem dowodu - chcąc zastrzec swój PESEL - trzeba podać dane osobowe (razem z własnym nazwiskiem rodowym oraz imionami rodziców), adres zameldowania, numer telefonu i e-mail oraz jeszcze przepisać trochę danych z dowodu osobistego. Widać, że portal jest chałupniczym przedsięwzięciem, bo naprawdę nie widzę powodu, dla którego w XXI wieku, w erze botów, robotów i biometrii muszę podawać numer dowodu, datę wydania, datę ważności i nazwę organu administracyjnego, który wydał mi dokument, skoro skan zawierający te wszystkie numerki jednocześnie przesyłam. Cóż, ergonomia nie jest mocną stroną tej strony :-). Ale główny problem tkwi jednak w tym, że nie mam aż tak wielkiego przekonania co do bezpieczeństwa przekazywanych danych, jak w przypadku BIK-u (który działa już od ponad 20 lat), czy biur informacji gospodarczej (funkcjonujących na podstawie specjalnej ustawy)

      Na koniec znęcania się nad - pozytywną w sumie - inicjatywą Bezpiecznypesel.pl muszę niestety dodać, że po pracowitym wpisaniu wszystkich informacji na swój temat (zabrakło chyba tylko rozmiaru buta i koloru włosów) okazało się, że wyskoczył jakiś błąd i nie mogłem zastrzec swojego PESEL-u. Cóż, był weekend. Gdyby chociaż pojawił się jakiś sensowny komunikat o przyczynach fakapu, który dałby mi pewność, że przy okazji skan mojego dowodu osobistego nie został wysłany w kosmos i że nie przejmą go jakieś "pożyczkowe ufoludki"...

      error

      ALERTY BIK I FAIRPAY - CZY WARTO "SIĘ SPRAWDZIĆ"? Jakkolwiek by nie oceniać umiejscowienia i jakości działania bazy Bezpiecznypesel.pl, jest to kolejna z dostępnych opcji, która - o ile dane zbierane tam nie "wyciekają" do złych ludzi - zmniejsza ryzyko wyłudzenia pieniędzy na nasze konto. Bardzo bym chciał, żeby podobną usługę wreszcie wprowadziło Biuro Informacji Kredytowej, w którym danymi o naszych kredytach wymieniają się banki. Skoro jesteśmy przy usługach, które pozwalają chronić naszą tożsamość, to od razu napiszę o pozostałych, które są na rynku. Wspomniany BIK ma w ofercie internetowe konto, które pozwala zarejestrowanemu klientowi uzyskać wszystkie dane o kredytach, które w przeszłości ów klient spłacał, spłaca obecnie (zwłaszcza o ich statusie - czy nie są oznaczone jako spłacane nierzetelnie) oraz pobrać ocenę punktową - tę samą, której używają banki przy szacowaniu naszej zdolności kredytowej.

      W pakiecie są też alerty, czyli wysyłanie na podany numer telefonu informacji, że jakiś bank lub firma pożyczkowa zaglądała do naszej "szufladki" w bazie BIK. Jeśli zaglądała, to może znaczyć, że ktoś próbował się pod nas podszyć. Całość tych usług na próbę - przez dwa miesiące - jest za darmo lub za symboliczną złotówkę, zaś później trzeba płacić 79 zł rocznie. Ale samą usługę alertów - a to ona tak naprawdę jest nam potrzebna do ochrony przed złodziejami tożsamości - można mieć za 19 zł rocznie. I do skorzystania z takiego pakietu mini zachęcam. Podobną usługę - i to za darmo - ma w ofercie Krajowy Rejestr Długów, czyli prywatna firma, która zbiera dane o rzetelnych i nierzetelnych płatnikach. Na jego stronie internetowej można założyć sobie bezpłatne konto FairPay i sprawdzić czy jakiś bank lub firma pożyczkowa zaglądała do jej bazy i pytała o nas. Usługa alertów w BIK, konto FairPay w KRD oraz zastrzeżenie PESEL-u na stronie Bezpiecznypesel.pl to w sumie może być dść solidny pakiet chroniący naszą tożsamość.

      dywidendalogo11ZAPRASZAM NA WEBINAR O FUNDUSZACH! Jak w miarę bezpiecznie lokować oszczędności w fundusze inwestycyjne i surowce dla dywidendy i nie tylko? O tym - wspólnie z Albertem Rokickim, prowadzącym blog Longterm.pl, opowiem w najbliższy wtorek o godz. 19.00. Będzie coś dla początkujących ciułaczy, którzy myślą co by tu zrobić, żeby ich pieniądze w bankach nie traciły na wartości, jak również coś dla bardziej zaawansowanych inwestorów, którzy chcieliby rekomendacji w które fundusze dziś warto wkładać pieniądze. Formularz zapisu na webinar jest tutaj. Klikajcie, liczba miejsc ograniczona!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (16) Pokaż komentarze do wpisu „Boisz się, że wyłudzą pożyczkę na twoje dane? Są już trzy miejsca, które przed tym chronią. Testuję!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 13 marca 2017 11:09

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


użytkowników on-line