Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

18. Przewodnik po domowych finansach

  • poniedziałek, 20 sierpnia 2018
    • Czy warto dziś wykupić prąd z gwarancją ceny na najbliższe dwa-trzy lata?

      Jest w Polsce grupa osób, która nie czekając na podwyżki już od kilku lat kupuje prąd od innej firmy, niż ta, do której została geograficznie przyporządkowana.

      Na zmianę sprzedawcy prądu zdecydowało się 573 tys. osób. Niewiele jak na 14,5 mln odbiorców. Skoro miesięcznie i tak na prąd wydajemy średnio ok. 130 zł, to nie chcemy sobie zawracać głowy kilku złotowymi oszczędnościami.

      To prawda, ale w marketingu decydują emocje. I gdy media zaczną trąbić o podwyżkach, wielu sprzedawców zwietrzy na tym okazję do przyciągnięcia nowych klientów. Nie oznacza to, że z góry będą to złe oferty, a le to znak, że powinniśmy podwoić czujność.

      Czytaj też:  Czy jesteśmy u progu rewolucji? Przez coraz wyższe ceny prądu energia ze słońca może być… tańsza niż ta z węgla!

      Czytaj też: Prąd z pomocą lekarza, psychologa, a nawet pranie, gotowanie i sprzątanie. Awangardowa oferta Energi

      Najprostszym wabikiem jest oferta z gwarancję cen prądu. Brzmi jak oferta doskonała – idą podwyżki, więc zawrę z firmą coś na kształt zakładu – umawiamy się na stałą cenę przez 3 lata. Jeśli stawki wzrosną – ja wygrywam, firma musi brać je na siebie. Jeśli spadną, to cóż, ja jestem tym przegranym.

      Taryfy dla gospodarstw domowych zatwierdza pod koniec każdego roku na rok następny Urząd Regulacji Energetyki. Wcześniej firmy PGE, Enea, Tauron i Energa (a także jedyna w pełni prywatna firma w tym gronie, Innogy w przypadku taryfy dystrybucyjnej) muszą przekazać mu swoje propozycje cenowe.

      Innogy na przestrzeni lat wywalczyła sobie możliwość nie podpadaniu pod rygor przedstawiania taryf sprzedażowych.

      Dystrybucja to inna historia, bo każda z firm jest na przydzielonym sobie terenie naturalnym monopolistą (należy do niej infrastruktura) więc państwo zostawiło sobie furtkę do kontroli cen.

      Czytaj też:Czy opłaca się wziąć nocną taryfę na prąd? Case study

      Czytaj też: Oni odetną prąd car-sharingowi? Warszawę i kraj zaleją… skutery na minuty. Ja już jeździłem

      Składniki rachunku za prąd rozkładają się mniej więcej po połowie jeśli chodzi o koszty dystrybucji i przesyłu. W ostatnich latach rosły głównie stawki za dystrybucję, bo pieniądze szły na rozbudowę przestarzałej infrastruktury. W tym roku dla odbiorców grupy taryfowej G, czyli gospodarstw domowych u czterech największych sprzedawców energii elektrycznej wzrost cen wyniósł ok. 0,5%.

      Nieduże, trzyosobowe gospodarstwo domowe, które korzysta z taryfy całodobowej, płaci miesięcznie: w Enei o 13 gr mniej, w Enerdze 29 gr mniej, w PGE od 7 gr mniej do 1,16 zł więcej, a w Tauronie od 0,17 gr mniej do 68 gr więcej – różnice wynikają ze zróżnicowania cen i stawek opłat w poszczególnych obszarach działania jednej firmy.

      Działająca na terenie Warszawy grupa Innogy nie przedkłada taryf za sprzedaż prądu, ale tylko za dystrybucję. W tym przypadku opłaty spadły o 73 gr miesięcznie.

      Teraz możemy doznać szarpnięcia w taryfach sprzedażowych – i to tych opłat może dotyczyć gwarancja.

      Czy warto zmienić sprzedawcę prądu? Odpowiedź nie jest jednoznaczna.  Niedawno wymieniliśmy kilka warunków, pod którymi opłaca się zmienić sprzedawcę:

      • a) mamy duże roczne zużycie, np. powyżej 2500 kWh rocznie
      • b) zależy nam na dodatkowych bonusach takich jak ubezpieczenie assistance, pomoc fachowców, czy nawet pakiet zdrowotny
      • c) nasz nowy sprzedawca oferuje kilka umów w jednym, np. prąd i gaz, albo prąd, gaz, ubezpieczenie telefon i kablówkę.
      • d) nowy sprzedawca ma nie tylko tańszy prąd, ale i niską opłatę handlową. To w niej zaszyte są wszelkie opcje dodatkowe. Jej stawka może się wahać o kilku do kilkudziesięciu złotych miesięcznie

      Więcej rad i pomysłów jak oszczędzać na domowych rachunkach znajdziecie w pełnej wersji niniejszego tekstu, która jest pod tym linkiem

      Partnerem porad dla czytelników „Subiektywnie o finansach” w sferze oszczędzania na domowych rachunkach jest fiński dostawca prądu i gazu Fortum, który oferuje m.in. prąd w stałym abonamencie (tutaj szczegóły) oraz „Włącz prąd zawsze 20% taniej”, czyli taryfę z gwarancją ceny o 20% niższej od najtańszej na rynku (tutaj szczegóły).

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Czy warto dziś wykupić prąd z gwarancją ceny na najbliższe dwa-trzy lata?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 20 sierpnia 2018 08:46
  • czwartek, 09 sierpnia 2018
    • Pilnujesz pieniędzy jak oka w głowie? Oto numery złodziei, których na pewno nie znasz

      Kto uważnie czyta blog, zna już główne zasady bezpieczeństwa dotyczące wykorzystywania smartfona do bankowania. To przede wszystkim instalowanie aplikacji mobilnej wyłącznie na "sterylnym" smartfonie (czyli takim, na którym mamy tylko aplikacje ściągnięte ze sklepu Google'a czy Apple'a), nieklikanie żadnych linków przesłanych SMS-ami (mogą tam być wirusy przekierowujące do złodzei to, co dzieje się na smartfonie) oraz wprowadzenie do telefonu PIN-u, który sprawi, że ewentualne zgubienie smartfona nie będzie oznaczało automatycznie otwarcia przez "szczęśliwego znalazcę" skarbca z aplikacjami, w tym finansowymi. Ewentualnie uruchomienie w smartfonie opcji logowania się do niego odciskiem palca.

      Czytaj też: Kradną SMS-y autoryzacyjne, podmieniają numery kont. Triki e-złodziei

      Czytaj też: Poznaj pięć przykazań szefa od bezpieczeństwa bankowości mobilnej

      PO PIERWSZE: ZMNIEJSZ LIMITY W BANKOWOŚCI MOBILNEJ. Dodałbym jeszcze, że nie instaluję w smartfonie aplikacji bankowych, do których hasło pokrywa się z hasłem, które mam w bankowości internetowej. W przypadku "podejrzenia" przez kogoś hasła do apki bankowej nie chcę być narażony na to, że ktoś wejdzie na moje konto z komputera i spróbuje je "wyczyścić". Bankowanie przez smartfona jest przyjemne, ale dopóki nie będzie można autoryzować transakcji biometrycznie (np. odciskiem palca), to bank w smartfonie ma podstawową wadę - żeby spróbować nam ukraść pieniądze wystarczy tylko wejść w posiadanie tego jednego urządzenia i haseł pozwalających na jego odblokowanie. Dlatego tak ważne jest, żeby limity transakcji możliwych do wykonania przez smartfona były niskie. Jeśli ktoś chce się dostać do mojej bankowości internetowej, to ma trudniej - musi nie tylko znać login i hasło do konta, ale i przejąć SMS autoryzacyjny wysyłany na drugie urządzenie, czyli smartfona.

      Czytaj też: Horror. Zbadali czy aplikacje mobilne polskich banków mają dziury i...

      W mBanku testują: nowy,  sensacyjny sposób potwierdzania transakcji. Bezpieczniejszy?

      PO DRUGIE: NIE PRZYJMUJ SMARTFONA OD NIEZNAJOMEGO ;-). Jeśli złodziej namierzy bogatego człowieka, to stanie na uszach, żeby wejść w posiadanie wszystkich potrzebnych elementów. Michał Jarski, eksperta od bezpieczeństwa danych, opowiedział mi niedawno historię nie z tej ziemi. Chcąc okraść prezesa dużej firmy z jego prywatnych pieniędzy złodzieje... podszyli się pod operatora telekomunikacyjnego! W paczce "firmowej" przesłali mu najnowszego smartfona ze wszystkimi możliwymi wodotryskami - z pozdrowieniami od operatora. W smartfonie był oczywiście wirus, który przekierowywał do złodziei wszystkie SMS-y. Wystarczyło, że ów prezes tak się podniecił nową zabawką, iż zaczął jej używać do bankowania. Login i hasło do bankowości internetowej udało się złodziejom podejrzeć za pomocą wirusa "wstrzykniętego" w jego komputer domowy, a potem poszło już z górki. W ramach opcji "konsumenckiej" złodziej może podać się nie za operatora telekomunikacyjnego, ale za... znajomego z Facebooka.

      Czytaj też: Top 5 sposobów cyberzłodziei, by nas okraść. Na który dasz się nabrać? Oby na żaden…

      Czytaj też: Straciła 20.000 zł, bo weszła na fałszywą stronę banku. Czy banki powinny lepiej nas chronić?

      PO TRZECIE: BANKUJĄC UWAŻAJ NA PUBLICZNE WI-FI. Do listy zasad, które stosujemy, żeby nasze bankowanie przez smartfona było bezpieczniejsze, trzeba dodać jeszcze kilka dotyczących sieci wi-fi. W czym rzecz? Ano w tym, że skoro nasze smartfony są stale podłączone do internetu, to przez cały czas możemy być "przedmiotem" ataków złych ludzi. A jeśli ten internet czerpiemy z darmowej, publicznej sieci wi-fi, to nie trzeba być asem, żeby nas "podsłuchiwać". Warto zatem nie uruchamiać aplikacji mobilnej banku (ani żadnych aplikacji finansowych, do których wpisujemy hasła) będąc podpiętym do publicznego, darmowego wi-fi. Zresztą - jak słusznie zauważa Michał Jarski - nawet jeśli będziemy przestrzegali tej zasady, to i tak mamy przerąbane. Bo za darmowy internet może nie zapłacimy pieniędzmi, ale danymi - na pewno.

      "Korzystając z każdego publicznego punktu dostępu do internetu, musimy brać pod uwagę to, że płacimy za ten dostęp własną prywatnością. Galerie handlowe nie oferują darmowego Wi-Fi po to, żeby uczynić nas szczęśliwszymi, a w każdym razie nie tylko po to. Dzięki temu, że nasz smartfon jest podpięty do publicznej sieci internetowej, można łatwiej monitorować ścieżkę naszych zakupów. Inna sprawa, że właściciele galerii nie potrzebują do tego technologii Wi-Fi. Wystarczy, że nasz telefon jest włączony i już można sprawdzić po numerze MAC, że właśnie do galerii "wszedł" ten sam telefon, który pojawił się tu tydzień temu i że wtedy jego właściciel był w alejce numer pięć. Jeśli komuś wydaje się, że robiąc zakupy w galerii handlowej, wtapia się w tłum, to jest w błędzie".

      - mówi Jarski. Co ciekawe, w tzw. krajach cywilizowanych ostatnio konsumenci się zbiesili i zaczęli żądać wyższego poziomu prywatności na zakupach. W Polsce krzykiem mody jest darmowe Wi-Fi, dzięki któremu mamy darmowy internet, a właściciel centrum handlowego może nas dyskretnie "podglądać", a na Zachodzie pojawia się powoli trend do oferowania klientom anonimizacji pobytu w centrum handlowym. W USA przed niektórymi sklepami są tabliczki "w tym miejscu śledzimy ruch klientów". I można wręcz zgłosić żądanie, żeby mój adres MAC nie był śledzony.

      Czytaj też: Wirus zaatakuje cię na smartfonie! Podszyje się pod aplikację mobilną twojego banku i…

      Czytaj: Publiczne wi-fi, czyli brama dla złodziei naszych pieniędzy. Podłączasz się czasem? Jak się ochronić?

      Czytaj też: Jak nie dać się okraść z pieniędzy na koncie przez Facebooka metodą “na wnuczka”? Ostrzegam!

      PO CZWARTE: NIE WIERZ W TO, CO WYŚWIETLA CI SMARTFON. Wiemy, że nie można mieć absolutnej pewności, iż nasz smartfon nie zostanie zdalnie "zhakowany". Podobno można spróbować "zmylić" sterowniki karty sieciowej, która jest w każdym smartfonie. Przestępca wysyła w powietrze pakiet informacji, którzy przyjęty przez moduł wi-fi w telefonie trafia do karty sieciowej, która się "wywraca" i przestaje wykonywać zaplanowany kod, tylko przeskakuje do tego miejsca w pamięci, które pozwala uzyskać uprawnienia administratora. Dzięki temu złodziej może przechwytywać komunikację smartfona z dowolnymi aplikacjami, śledzić klawiaturę, na której wpisujemy hasła. Wymaga to dużo zachodu, ale ponoć nie jest niemożliwe.

      Czytaj teżWyjątkowo podstępny wirus. Wymusi zmianę sposobu, w jaki banki dostarczają nam wyciągi?

      Czytaj też: Perwersja? Ten wirus zaatakuje twoje pieniądze wtedy, kiedy czujesz, że są najbezpieczniejsze

      Czy ktoś będzie się tak "bawił", żeby ukraść nam kilka złotych? Pewnie nie. Ale od teraz - choć uważam, że przestrzegam zasad "sterylności" smartfona - nie wierzę, że wszystko co wyświetla mi smartfon jest prawdziwe. Zresztą kilka razy zdarzyło mi się, że gdy przeglądałem którąś z aplikacji informacyjnych, smartfon wyświetlił mi komunikat, iż mój smartfon jest zagrożony i natychmiast muszę ściągnąć polecaną aplikację. Mam taki odruch, że w smartfonie (w komputerze zresztą też) nie klikam żadnych linków od nieznajomych, więc się nie skusiłem. Ale wiem, że wielu daje się nabrać na ten trik. Skoro korzystamy ze sprawdzonej aplikacji typu Onet.pl, czy Gazeta.pl i ona wyświetla nam jakąś reklamę, to chyba to nie jest niebezpieczne?

      "To malvertising, czyli wprowadzająca odbiorcę w błąd reklama wykorzystująca luki w module smartfona odpowiedzialnym za wyświetlanie reklam. Serwis informacyjny, czy portal, który przeglądamy w smartfonie, nie kontroluje tego kawałka wyświetlanej treści. A zwykle jest to "informacja" o tym, że nasz telefon wymaga pilnej aktualizacji oprogramowania antywirusowego. Klikamy i oczywiście wprowadzamy sobie na smartfon wirusa".

      PO PIĄTE: JEŚLI MASZ WI-FI W DOMU, NIE UFAJ SĄSIADOWI ;-). Podobno są przypadki, gdy ludzi okradano "na sąsiada". Nie, nikt nie podszywał się pod sąsiada i nie dawał w łeb. W dzisiejszych czasach podobno wystarczy wynająć mieszkanie obok i "podsłuchiwać" naszą domową sieć wi-fi. Dopóki korzystamy z internetu przez kabel, można nas "zainfekować" albo podstawić fałszywe dane tylko, gdy sami na to pozwolimy (klikając jakiś "lewy" link, albo ściągając zawirusowany kontent). Ale jeśli mamy w domu wi-fi, to przecież można spróbować "wbić" się w komunikację routera z naszym komputerem lub smartfonem:

      "Routery, których używamy w domach do "rozszczepiania" internetu, miewają luki w oprogramowaniu. Poza tym hasła, z których korzystają, są zwykle hasłami domyślnymi, typu "admin", albo są takie same, jak numer seryjny routera. Zmyślny złodziej jest w stanie je odgadnąć"

      Przejmując kontrolę nad naszą domową siecią internetową, złodziej może przekierować nas na inny serwer i podstawić stronę internetową np. łudząco podobną do strony naszego banku. Kiepsko. Jak żyć?

      "Warto zwrócić uwagę na to, jak wygląda autoryzacja naszego dostępu do sieci Wi-Fi. Warto ustawić sobie wirtualną linię między tym, czym zarządza dostawca usług internetowych i tym, czym zarządzam ja jako użytkownik. Mój punkt dostępowy do internetu powinien mieć zawsze moje hasła i być zarządzany przeze mnie"

      - radzi Michał Jarski. Cóż, czas spróbować zdobyć sprawność informatyka i spróbować zmienić domyślne hasło w domowym reuterze. Albo poprosić kogoś, żeby pomógł. Nie jest to rocket science, ale większość routerów instalują w naszych domach serwisanci z kablówek, więc nie interesujemy się jak to wygląda.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Pilnujesz pieniędzy jak oka w głowie? Oto numery złodziei, których na pewno nie znasz”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 09 sierpnia 2018 09:10
  • wtorek, 07 sierpnia 2018
    • Czy ten e-sklep z tanimi rzeczami to okazja czy oszustwo? Jak to sprawdzić? Moja check-lista!

      Jak odróżnić prawdziwy sklep internetowy od fałszywego? Pewnie zastanawialiście się nad tym nie raz widząc fajne rzeczy w niskich cenach w e-sklepie, o którym nigdy nie słyszeliście. Tutaj check-lista: ja tak przeprowadzam weryfikację każdego e-sklepu. Jest kilka bardzo ważnych cech każdego fałszywego sklepu, po których ustaleniu można powziąć poważne wątpliwości (albo i pewność), że coś tu nie gra. A jakie to cechy?

      1. Brak profilu na Facebooku

      Żaden poważny sklep internetowy nie ignoruje mediów społecznościowych. Jeśli e-sklep nie ma profilu ani na Facebooku, ani na Twitterze, ani na Instagramie, ani na Naszej Klasie… tfu, zagalopowałem się, to coś jest nie tak.

      Chociaż aktywność w mediach społecznościowych nie jest obowiązkiem, to brak profilu dużego sklepu na Facebooku może dać do myślenia. Świadczy ona o tym, że sprzedawca albo nie inwestuje w marketing, albo ma coś do ukrycia.

      2. Dziwna nazwa strony

      Oszuści często mają kilkadziesiąt, kilkaset stron internetowych. Nie mieliby czasu kraść, gdyby wymyślali nazwy związane z rzekomą działalnością swoich „sklepów”. Jeśli więc strona internetowa dziwnie się nazywa, to jest to sygnał ostrzegawczy (choć sam jeden jeszcze nie musi o niczym świadczyć).

      3. Brak adresu firmy

      Fałszywe strony sklepów internetowych albo w ogóle nie podają danych kontaktowych z realnego świata – można tylko skorzystać z formularza kontaktowego – albo podają adres, który po wrzuceniu go do Google Street okazuje się być adresem wirtualnego biura. Prawdopodobnie taki sprzedawca ma coś do ukrycia. Oszuści jako swoją lokalizację podają niekiedy adres własnej domeny internetowej.

      4. Wyjątkowo niskie ceny

      Jeśli coś kosztuje połowę ceny z „normalnych” sklepów internetowych, to jest podejrzane samo w sobie. Oczywiście: są branże, w których marże są tak wysokie, iż nawet obniżenie ceny o 50% nie oznacza, że ktoś dokłada do interesu (wyprodukowanie bluzy w Chinach to koszt kilku złotych, w sklepie ta sama bluza potrafi kosztować kilka stówek).

      Ale z drugiej strony po co ktoś z dobrej woli miał rezygnować z tak dużej części zysku? Poważne firmy wystawiają ceny o 10-20% niższe od konkurentów i starają się manewrować między „okazyjnością” a zyskownością.

      5. Brak dużej liczby opcji płatności

      Chociaż nie wszystkie sklepy online umożliwiają płatności online, to warto zwrócić uwagę na to, ile rodzajów takich płatności jest w ofercie sklepu. Jeśli dany sklep umożliwia płacenie PayPalem, PayU, BLIK-iem, przelewem pay-by-link, to jest mniejsze ryzyko, że mamy do czynienia z oszustami. Każdy system płatności weryfikuje swoich kontrahentów. Jeśli zaś mamy jedynie formatkę pozwalającą na płatność kartą… Warto zachować ostrożność.

      Każdy z tych symptomów to tylko sygnał. Ale jeśli sklep w tych pięciu punktach spełnia kryteria prawdopodobnego oszusta, to na wszelki wypadek zrezygnowałbym z jego usług, nawet jeśli kusi dobrą ceną. A tutaj kilka rad od Niebezpiecznika, który też fajnie ogarnia te tematy.

      Jeśli chcesz przeczytać trzy bolesne przygody moich czytelników ze sklepami internetowymi w roli głównej, to zapraszam na www.subiektywnieofinansach.pl. W moim nowym serwisie razem z kolegami - Maćkiem i Irkiem - pomagamy, prześwietlamy, interweniujemy, radzimy i ostrzegamy. Zapiszcie, zabookmarkujcie, dodajcie do ulubionych, albo jako stronę startową. Codziennie kilka nowych artykułów! A tutaj link do tekstu o przygodach ze sklepami internetowymi. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Czy ten e-sklep z tanimi rzeczami to okazja czy oszustwo? Jak to sprawdzić? Moja check-lista!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 07 sierpnia 2018 07:55
  • piątek, 29 grudnia 2017
  • wtorek, 05 grudnia 2017
  • piątek, 13 października 2017
  • wtorek, 16 maja 2017
  • sobota, 06 maja 2017
    • Co trzeci klient banku korzysta z usług nie dopasowanych do potrzeb! Jak sobie radzimy?

      Instytut badawczy Kantar TNS dokładnie wypytał nas o gotowość do polecania lub zniechęcania innych osób do usług tych banków, z których korzystacie. To w dzisiejszych czasach bardzo ważny parametr, bo mamy erę mediów społecznościowych i wartość "rynkowa" takich poleceń jest ogromna. Mogą one osiągnąć wielki zasięg i znacznie lepszą skuteczność, niż "zwykła" reklama. Wyniki badań mnie... nieco przygnębiły.

      Tylko co piąty klient banku cieszy się dopasowanymi do swoich potrzeb - pod względem funkcji i opłat - produktami bankowymi lub przynajmniej dobrej jakości serwisem. Z kolei aż 32% klientów banków prawdopodobnie ma usługi wybitnie niedopasowane do potrzeb, zbyt drogie bądź też jakość obsługi jest niewystarczająca - ta grupa klientów jest gotowa zniechęcać znajomych do swojego banku. Neutralność cechuje mniej, niż połowę klientów banków.

      Czytaj też: Ile trzeba płacić za konto, żeby to było drogo? Oni policzyli 

      To nie są żarty, bowiem zadowolony klient nie tylko przyciąga do banku swoich znajomych, ale też daje mu coraz więcej zarabiać. Aż 40% klientów mających ciepłe uczucia do swojego banku jest skłonnych bez szemrania zaakceptować wzrost cen usług, zaś 36% jest skłonna dokupić dodatkowe usługi bądź przynieść do niego więcej oszczędności. Być może w obu przypadkach to te same 36-40% - bo można było wskazać więcej, niż jedną odpowiedź - ale zakładam, że te grupy przynajmniej częściowo są rozłączne. To z kolei by oznaczało, że zdecydowanej większości zadowolonych klientów nie trzeba namawiać do tego, by chcieli być bardziej rentownymi klientami.

      Gorzej jest z klientami niezadowolonymi. Ich postawa - wyrażona w badaniach, ale i w moich obserwacjach - mnie bardzo przygnębiła. Powody tego przygnębienia, a przede wszystkim wyniki tej częsci badań, przedstawiam na www.subiektywnieofinansach.pl, mojej nowej stronie internetowej. Zapraszam na nią - dużo ciekawych rubryk! - a link do tekstu o bankowych badaniach znajdziecie tutaj 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      sobota, 06 maja 2017 10:04
  • wtorek, 02 maja 2017
  • poniedziałek, 17 kwietnia 2017

Archiwum

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny