Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.
sobota, 19 maja 2012

W czwartek bank ING ogłosił wyniki badań, które w całej Europie ludzie spod znaku Lwa przeprowadzili wśród konsumentów. Wśród wielu ciekawych wniosków, które opisał mój redakcyjny kolega Maciek Bednarek, znalazł się też taki, że Polacy są narodem najrzadziej zmieniającym bank. Do sprawy konta osobistego podchodzimy z taką powagą, jakbyśmy co najmniej zawierali małżeństwo. I potem przez 60 lat razem, na dobre i na złe. Z osadem i bez osadu :-). Ale tak sobie myślę, że może ta nasza skłonność wynika po części z zaborczej miłości, którą obdarzają nas banki. Miłości, która nie daje partnerowi zbyt dużo tlenu i wolności. Cóż, banki kochają i jednocześnie osaczają. A jak? Cóż, spróbujcie zamknąć swoje konto osobiste, to się przekonacie. Choć zamykanie konta to i tak pikuś w porównaniu z zamykaniem karty kredytowej. To dopiero potrafi być cyrk :-).

Kierownik z fantazją. Z klientem nie gada, nie ma tego w obowiązkach

Dlaczego bankowcy nie lubią jak się u nich zamyka konta? To oczywiste. Pracownik musi się wtedy tłumaczyć przez dyrektorem placówki, ten dostaje opieprz od regionalnego, regionalnemu polecą po premii, a dyrektor departamentu w Warszawie zostanie wzięty na dywanik na zarządzie. Przy okazji prezes krzywo spojrzy na członka zarządu odpowiedzialnego za detal. I po co to wszystko? Żeby jakiś delikwent w przysłowiowym Pcimiu Dolnym poszedł ze swoim marnym tysiącem złotych do banku na drugim rogu ulicy tylko dlatego, że tam jest o siedem złotych taniej??? No, bez jaj. To powinno być zabronione. Zbyt wiele osób jest narażonych na cierpienia z powodu lekkomyślnych decyzji takich rozrabiaków z Pcima Dolnego (oczywiście to tylko taka personifikacja rozrabiaków w całym kraju, nie tylko w Pcimiu się przenosi ROR-y). Dla wszystkich bankowców zrobionych w ten sposób na szaro - przebój :-)

Pan Wojtek, choć wcale nie mieszka w Pcimiu, też postanowił zmienić konto. Doprowadziły go do tego wydarzenia mrożące krew w żyłach, które trudno nawet w kilku zdaniach opisać. Rzecz dotyczy banku Nordea, który nie raz tu chwaliłem. Cóż, dziś chyba chwalił nie będę: „Pierwszy problem pojawił się bardzo szybko - co wieczór konserwowany był serwis internetowy, czyli bankowość elektroniczna leżała. Miałem raz po raz problemy z wypłatami pieniędzy w bankomatach - ponieważ akurat system się rebootował...”. Potem przyszła załamka większa. Pan Wojtek zauważył, że bank zablokował mu 7000 zł na wniosek egzekucyjny urzędu skarbowego. Pan Wojtek się zdziwił, a potem zaraz wyciągnął z banku informację o który urząd chodziło i sygnaturę akt. „Okazało się, że tytuł egzekucyjny faktycznie został wysłany do banku Nordea, ale nie dotyczył mojej osoby. Wystawiony był na inne imię, nazwisko i PESEL. Dzwonię do banku. Jak zwykle trzech niekompetentnych gamoni z call center zanim dopuszczono mnie do rozmowy z kimś ogarniętym. Sprawdzają i przepraszają. Konto odblokowane. Moje koszty to ok. 100 zł za te wszystkie telefony. Na e-maila z wnioskiem reklamacyjnym nikt mi nawet nie odpisał...

Potem pan Wojtek raczył jeszcze zgubić kartę bankomatową. Bywa. „Jak tylko się zorientowałem, to poleciałem do banku, żeby zablokować kartę i złożyć wniosek o nową. Zablokowali i przyjęli wniosek. Wydali kartę instant, a karty właściwej nie przysłali mi po dziś dzień...”. Oj tam, pan Wojtek nie jest dzieckiem i powinien wiedzieć, że w Polsce prowizorki trwają najdłużej. Nawet te skandynawskie prowizorki :-). W każdym razie po tych trzech przygodach w Nordei pan Wojtek przekierował pieniądze z wynagrodzenia do innego banku. Na konto w Nordei trafiało tylko 700 zł miesięcznie z dodatkowej umowy-zlecenia. „W którymś momencie zorientowałem się, że z konta pobierana jest opłata w wysokości 11 zł bez grosza miesięcznie tytułem prowadzenia konta. Kolejna wizyta w banku i dostaję informację, że w międzyczasie zmieniła się tabela opłat i prowizji (którą naturalnie mi wysłano, ale jak zwykle Poczta Polska...). zaś moje konto jest już darmowe tylko wtedy, jeśli wpływy na nie wynoszą min 1500 zł miesięcznie. Jeśli wynoszą mniej, to pobierana jest opłata”.

Pan Wojtek z pokorą przyjął fakt, że bank - jak mu się wydawało - nie poinformował go o zmianach prowizji i nawet nie zamierzał z tego tytułu robić dymu. Grzecznie drygnął przed panią w oddziale, szeroko otworzył portfel i uzupełnił brakującą kwotę. Zuch pan Wojtek, prawda? Gdyby wszyscy klienci byli tacy ogarnięci, to nie trzeba by było zatrudniać w bankach tylu ochroniarzy. Pan Wojtek, jak już wszystko uregulował, zapragnął po prostu rozstać się z bankiem. Czyli: zamknąć konto. W spokoju, bez wylewania żali i wzajemnych pretensji. Taki rozwodzik bez orzekania o winie. Po prostu dajemy sobie buzi na do widzenia i każdy idzie w swoją stronę. Lecz - jak zeznaje mój czytelnik, w banku Nordea (zapewne z przyczyn opisanych w pierwszym i drugim akapicie) uzmysłowiono mu, że popełnił wielkie faux-pas, inaczej pisząc: fuck-up :-). I teraz musi przeprosić. A propos przepraszania, z pozdrowieniami dla mojego redakcyjnego kolegi Daca :-)

Najpierw oczywiście musiałem się pani w banku wyspowiadać dlaczego postanowiłem opuścić ich bank. Pani nie chciała przyjąć argumentu w stylu „bo tak". A jak już udzieliła mi rozgrzeszenia to wyjawiła, że okres wypowiedzenia umowy prowadzenia konta wynosi 30 dni. W tym czasie nie mam prawa korzystać z konta, ponieważ odbierana mi jest karta bankomatowa i dostęp do konta internetowego! Ale muszę ponieść miesięczną opłatę. Czyli zapłacić 10,99 zł za prowadzenie konta, z którego już nie mogę korzystać. Pięknie. Ale i to nie wszystko. Jeśli zostawię na koncie za dużo pieniędzy, to mogę je odzyskać za jedyne 9 zł prowizji. Czyli może być tak, że jeszcze dołożę do tego interesu...” - pisze zdumiony pan Wojtek. Cóż, pani z okienka, która przyjmowała jego papiery rozwodowe, po prostu postanowiła wyciągnąć z szafy najcięższą bazookę, by klient nie zamykał jednak rachunku. Ale czytelnicy blogu "Subiektywnie o finansach" nie są strachliwi, więc i pan Wojtek nie dał się odwieść od pomysłu zamknięcia rachunku. Cóż, musiało mu bardzo zależeć. A jaki z tej przygody wniosek? Ano taki, że rozwody z bankami bez orzekania o winie zdarzają się znacznie rzadziej, niż w życiu ;-).

”SUBIEKTYWNIE O FINANSACH” JEST NA FEJSIE! Chcesz podyskutować o ofercie swojego banku lub zobaczyć co myślą na jej temat inni? Albo zapytać czy warto uciec do konkurencji? Zajrzyj na stronę „Subiektywnie o finansach” w Facebooku, zarejestruj się jako fan blogu i weź udział w dyskusji. Możesz też zgłosić własny temat, opowiedzieć co Cię spotkało w banku lub zapytać mnie o radę. Zapraszam!

Jak pomnażać oszczędnościKONKURS! WYGRAJ KSIĄŻKĘ "JAK POMNAŻAĆ OSZCZĘDNOŚCI" Z AUTOGRAFEM AUTORA! W Facebooku, na stronie serii wydawniczej "Samo Sedno" jeszcze do wtorku potrwa konkurs, w którym nagrodami są książki "Jak pomnażać oszczędności" z autografem i dedykacją od autora blogu. Zapraszam do udziału, zabawa potrwa tylko kilka dni, do przyszłego wtorku. Książka jest też na półkach sieci salonów Empik, na stronie www.samosedno.com.pl oraz w sklepach internetowych www.empik.pl oraz www.merlin.pl. ”Dziennik Gazeta Prawna” zrecenzowała ją tak: ”Autor wie jak rozprawiać o finansach w sposób zachęcający i zrozumiały. (...). Samcik wielokrotnie powołuje się w książce na swoje długie, bo już prawie 20-letnie doświadczenie inwestora. To uczciwy i dobry sposób, by wciągnąć czytelnika do fascynującej gry w inwestowanie. To czyni tę książkę wiarygodnym źródłem wiedzy o sensownym odkładaniu pieniędzy”. Autorka blogu www.Kreatywa.blogspot.pl pisze tak: "Autor nie sili się na profesorski, sztywny ton, nie operuje nieustannie skomplikowanymi terminami i niezrozumiałymi wykresami. Pozwala sobie czasem na luźniejszą, bardziej przyjazną formę. Szary obywatel sporo wyniesie z takiej lektury, nie będzie czuł się przytłoczony fachową terminologią, a jednocześnie jego wiedza się wzbogaci". Blog "Literacka Kanciapa": "Samcik pisze dość swobodnie, w sposób nieskomplikowany i zrozumiały dla przeciętnego czytelnika. Jeśli ktoś pragnie poznać podstawy działania rynku, zyskać szybko potrzebny zestaw informacji, które ułatwią mu poruszanie się po tej płaszczyźnie życia, to polecam mu właśnie tę pozycję. Nie powinien czuć się zawiedziony"  

piątek, 18 maja 2012

Każdy pomysł na to, by skłonić klientów do oszczędzania jest dobry. Zwłaszcza w sytuacji, kiedy tylko kilkanaście procent Polaków odkłada pieniądze w miarę systematycznie, budując sobie poduszkę finansową. Teraz pewnie odsetek ten będzie rósł, bo banki zaczynają przepędzać na cztery wiatry klientów, którzy chcą wziąć kredyt hipoteczny, a nie mają własnych oszczędności. Kto myśli o dużych pieniądzach w banku, musi przedtem napełnić skarpetę. I to jest dobre. Niestety duża część systematycznie oszczędzających to ci, którzy nie mają innego wyjścia, bo są pod pistoletem - podpisali umowę na 10-letni program oszczędzania z firmą ubezpieczeniową i gdyby ją zerwali, nie dostaliby nawet wszystkich wpłaconych pieniędzy, nie mówiąc już o zyskach. Są ludzie, których tylko pistolet przy skroni może skłonić do oszczędzania, ale generalnie jestem zwolennikiem wymuszania większej skłonności do oszczędzania metodami nieco bardziej wyrafinowanymi. Jak ten song :-)

Od kilku miesięcy w modzie są połączone z bankowością elektroniczną banków programy do kontroli domowego budżetu. Wiosną tego roku aż trzy banki - ING, BPH oraz Bank Millennium - niemal w tym samym czasie uruchomiły w ramach bankowości internetowej aplikacje do zarządzania rodzinnymi wydatkami. Klienci mogą sprawdzać na co idą pieniądze, ustalać limity wydatków na poszczególne kategorie, a ING wprowadzi nawet możliwość porównywania się przez klienta z innymi posiadaczami konta w tym banku. I to jest dopiero wartość dodana do posiadania konta w danym banku. Oczywiście aby rzecz się sprawdziła trzeba się przenieść z całymi domowymi finansami do banku oferującego tego typu analizy, ale przecież bankowcy na to grają. I to jest uczciwy deal. Ale jeszcze ciekawszy pomysł za[proponowały w czwartek mBank i Multibank. Oba detaliczne banki BRE wprowadziły nowy typ rachunków oszczędnościowych. Do tradycyjnego eMax'a w mBanku i MultiMax'a w Multibanku doszedł mSaver i MultiSaver, który jest połączony z możliwością gromadzenia drobnych oszczędności podczas wszystkich transakcji przeprowadzonych przez klienta w banku.

Każda transakcja - czy to zakup kartą, czy przelew, czy nawet wypłata bankomatowa - może być automatycznie zaokrąglona w górę, a pieniądze z tego zaokrąglenia wynikające trafiać będą na mSaver lub MultiSaver. W ten sposób klient będzie oszczędzał pieniądze, choć nawet tego nie poczuje. Pamiętacie projekt "Reszta dla ciebie", który przez jakiś czas prowadził dla swoich klientów detalicznych Citi Handlowy? To dokładnie ten sam pomysł, tyle że prowadzony nie jako promocja, ale jako stała oferta banku. Klient może wybrać jeden z trzech sposobów oszczędzania. Po pierwsze każdy zakup dokonany kartą lub każda inna transakcja może być automatycznie zaokrąglana do pełnych 10 zł (np. jeśli rachunek ze sklepu wyniesie 78 zł, to bank zaokrągli wydatek do 80 zł). Drugi pomysł przewiduje, że od każdej transakcji bank może odłożyć z konta pewną stałą kwotę (np. 3 zł). Czyli: przelewasz 560 zł na czynsz, ale bank ściąga ci z konta 563 zł, a te 3 zł idą na mSaver lub MultiSaver. Trzecia opcja przewiduje, że bank może odłożyć od każdej transakcji pewien procent (np. 1%). Czyli jeśli przelewasz wspomniane 560 zł, to dodatkowe 5,6 zł wędruje na mSaver lub MultiSaver. Nie boli, prawda? Bo nie lubimy jak boli. Chyba, że...

Największa zaleta tego pomysłu jest taka, że mechanizm działa automatycznie, dzięki czemu klient nie musi o nim pamiętać, nie ponosi też żadnych dodatkowych kosztów. Świetnym pomysłem jest pokazywanie klientom ile by zaoszczędzili, gdyby używali mSavera lub MultiSavera przez ostatnie trzy miesiące. Mnie wyszło średnio 350 zł miesięcznie. Oj, daje to do myślenia. Nowe konta oszczędnościowe są nieco wyżej oprocentowane, niż tradycyjne eMax i MultiMax, które - powiedzmy sobie szczerze - nie zabijają wysokością odsetek. BRE Bank został już zresztą ukarany za to przez klientów, bo w ostatnim kwartale mocno stopniał jego portfel depozytów. Na mSaver i MultiSaver na starcie zarabia się 4% w skali roku, niezależnie od kwoty, która jest na rachunku (MultiMax i eMax płacą 3,5%). Te 4% to nadal marna tarcza przed inflacją (po opodatkowaniu mamy 3,2%, a wskaźnik inflacji za ostatni rok wynosi 4%). Mam nadzieję, że w mBanku pójdą po rozum do głowy i podrasują oprocentowanie. Na nowych rachunkach oszczędnościowych nikt nie będzie przechowywał fortuny, więc chyba można sobie pozwolić na odrobinę fantazji.

Krzysztof Olszewski, rzecznik BRE, powiedział mi na uszko, że mBank i Multibank będą chciały dodatkowo nagradzać osoby systematycznie oszczędzające za pośrednictwem mSavera lub MultiSavera atrakcyjniejszymi stawkami oprocentowania. I to byłby krok w dobrym kierunku, więc trzymam za słowo. Na razie najbardziej ujmuje mnie sposób promowania nowych rachunków. Jest taki, hmmm... przyjemnie dwuznaczny. Czy któraś z Was, drogie czytelniczki blogu, robiła TO kiedyś przy kasie? Albo jeszcze lepiej: NA kasie :-). Jeśli tak to zapraszam do relacjonowania Waszych wrażeń. Do pióra! Najlepszy opis nagradzam książką z dedykacją. Przyjemnie dwuznaczną :-)

mBank mSaver

Choć pomysł mBanku i Multibanku mi się w zarysie podoba, bo lubię wszystko, co pozwala oszczędzać bezboleśnie i bez pistoletu przy skroni, to niestety jest pewien problem, który mąci mój entuzjazm. Większość klientów Multibanku i pewnie niejeden mBankowy ma dołączony do konta kredyt odnawialny i może się zdarzyć, ze w wyniku zaokrągleń wyższych niż klient się spodziewa, może on spaść pod kreskę (bo np. zrobił kilka zakupów za 10,5 zł, co oznaczało przerzucenie na mSaver po 9,5 zł od każdej transakcji (zaokrąglenie w górę do każdych 10 zł). No i jest sobie kasa na mSaver, a na mKoncie bije licznik odsetek od debetu. Bije dużo szybciej, niż odsetki na mSaver. Przydałby się automatyczny wyłącznik, który zawiesza program w sytuacji, w której klient schodzi pod kreskę.

Do mSavera jest dołączony też plan systematycznego oszczędzania w fundusze inwestycyjne o nazwie mSaver Plus i MultiSaver Plus. To też jest nie najgorszy pomysł, choć mówimy tu o funduszach opakowanych w polisę, a więc obłożonych wyższymi prowizjami, niż zwykłe fundusze inwestycyjne. Ale możliwość przerzucania pieniędzy z konta oszczędnościowego na polisę umożliwiającą systematyczne inwestowanie z nadzieją na wyższy zysk, niż nędzne 4%, jest opcją, której z definicji bym nie skreślał tylko dlatego, że jest obudowana formułą polisy (co implikuje dodatkowe prowizje od składek).
Pomysł mBanku i Multibanku wypróbuję w praktyce i Was też do tego zachęcam. Tylko dlaczego bezbolesne odkładanie pieniędzy musi oznaczać tak boleśnie niskie procenty? Nie to co po "Platonku". Nota bene, zupełnie nie wyrafinowanym... :-)

Nie jest to jedyny pomysł banków na wspomaganie klientom w wyciskaniu nawet małych kwot z tego co wpływa na konto. Kilka banków pozwala klientom każdego wieczoru automatycznie przelewać pieniądze na lokatę typu overnight, z której rano wracają już z doliczonymi odsetkami. Niektóre banki dają też klientom możliwość ustalenia poziomu osadu na koncie osobistym, powyżej którego nadwyżka pieniędzy automatycznie trafia na konto oszczędnościowe. No i jest przecież słynny money-back, czyli zwrot 1-5% wartości transakcji zakupowych dokonanych kartą. Ostatnio ten pomysł miewa coraz ciekawsze mutacje o charakterze... motoryzacyjnym. Wszelkie pomysły na zarządzanie nadwyżkami w domowym budżecie przyjmuję z otwartymi ramionami, a ten najnowszy, mBankowo-Multibankowy - w szczególności. A Wam jak się to podoba?.

”SUBIEKTYWNIE O FINANSACH” JEST NA FACEBOOKU! Chcesz podyskutować o ofercie swojego banku lub zobaczyć co myślą na jej temat inni? Albo zapytać czy warto uciec do konkurencji? Zajrzyj na stronę „Subiektywnie o finansach” w Facebooku, zarejestruj się jako fan blogu i weź udział w dyskusji. Możesz też zgłosić własny temat, opowiedzieć co Cię spotkało w banku lub zapytać mnie o radę. Zapraszam!

czwartek, 17 maja 2012

Jeszcze kilka tygodni temu wydawało się, że pomysł Krzysztofa Rybińskiego (dla przyjaciół: "Ryba"), by otworzyć fundusz o nazwie Eurogeddon, który będzie zarabiał jedynie w przypadku ostatecznego bankructwa. Grecji (jeśli przyjąć, że 50%-owa redukcja długów, którą kraj ten ma za sobą, jeszcze nie jest bankructwem), niewypłacalności Włoch, rozpadu strefy euro i plajty kilku dużych banków, jest dość ekscentryczny i należy współczuć popularnemu profesorowi "Rybie", że aż tak odpłynął od rzeczywistości. Ale wydarzenia przyspieszyły i ostatnio przepowiednie prof. Rybińskiego wyglądają jakby mniej ekscentrycznie, niż jeszcze zimą. A jego rady dla naszych domowych budżetów, dotyczące oszczędzania i ostrożnego zarządzania pieniędzmi, z pewnością są warte rozważenia.

Ostatnio portal Bankier.pl wyliczył, że zestaw inwestycji odpowiadających strategii Eurogeddonu przyniósłby inwestorowi w ostatnim kwartale całkiem sensowne dochody.
Krótka pozycja na WIG20 to plus 7,7%. Niemiecki DAX wzięty "na krótko" zarobiłby 6,8%, zaś francuski CAC40 - nawet 10%. Krótkie pozycje na rynku obligacji Włoch (czyli gra na wzrost rentowności) przyniosłaby 2% zarobku, zaś obstawienie osłabienia euro w stosunku do dolara - kolejne 2%. Do idyllicznego obrazu inwestycji Eurogeddonu nie pasuje tylko strata na złocie, które nijak nie chce iść w górę (minus 8,2%). W sumie fundusz zarobił w kwartał 8,2%, co jest wynikiem więcej niż dobrym. A perspektywy - jeszcze lepsze - przynajmniej jeśli spojrzeć na to jak agencja Moody's ostatnio zmiażdżyła włoskie banki. UniCredit i Intesa mają już niższy rating, niż nasz PKO BP.

Kasandryczne wizje ostatnio są ostatnio w modzie, co musi cieszyć również Jacka Marczyka, który jest szefem firmy Ontonix, zajmującej się m.in. budową systemów informatycznych wspomagających zarządzanie. Marczyk od kilku miesięcy lansował w Polsce wizję, iż czeka nas rozpad strefy euro, ale nikt go nie słuchał. Szef Ontonix wrzucił do zbudowanego przez siebie programu dane finansowe z 13 największych banków i... wyszło mu, że sześć z nich w przypadku rozpadu strefy euro stanie u progu bankructwa. Niestety Marczyk nie pisze w swoich opracowaniach które, więc w strachu musimy żyć wszyscy, a nie tylko połowa z nas... Przyznacie, że teza stawiana przez mieszkającego we Włoszech ekonomistę jest dość mocna i chyba nikogo nie dziwi, że dość długo media nie były zainteresowane głoszonymi przez Marczyka wizjami, choć przecież Ontonix niecałe dwa miesiące temu zorganizował w Warszawie dużą konferencję prasową.

Ale ostatnio koniunktura na czarnowidztwo jest tak dobra, że wizja bankrutujących banków świetnie się zaczęła sprzedawać. Wywiad z Jackiem Marczykiem czytałem już w "Obserwatorze Finansowym", a omówienie jego wizji - w "Parkiecie". "Polskie banki w tarapatach", "upadłości to kwestia czasu" - w taki sposób tytułują omówienia tych materiałów media internetowe. Popłyńmy więc z falą czarnowidztwa i my. Marczyk posługuje analizą złożoności procesów, które dzieją się w danej instytucji lub systemie. Jeśli ta złożoność jest zbyt duża, to trudniej nad nią zapanować. A wtedy instytucja lub system przestają być sterowalne, a więc się rozpadają, nie będąc wystarczająco skutecznymi, by kontrolować procesy, które się w nich dzieją. Niestety, tylko tyle zrozumiałem :-). "Kiedy system rośnie i się rozwija wzrasta też jego złożoność. Kiedy struktura systemu staje się zbyt duża zaczynają się kłopoty z prawidłowym wykonywaniem funkcji i narasta niezdolność do reagowania. W końcu może to doprowadzić do osiągnięcia punktu krytycznej złożoności. Wtedy system traci sprężystość – jego reaktywność maleje tak bardzo, że traci rację bytu" - opowiada Marczyk w wywiadzie dla "Obserwatora Finansowego". Jego program do analizy złożoności wygląda tak:

Ontonix

"Z analizy oficjalnych wskaźników oceny kondycji strefy euro wynika, że ten system bliski jest przekroczenia poziomu krytycznej złożoności, po którym dojdzie do jego upadku. Dr Jacek Marczyk, autor metody analizy złożoności systemów jest zdania, że ewentualny rozpad strefy euro uderzy w Polskę. Z 13 działających u nas dużych banków sześć stanie w obliczu upadłości. Dodaje, że sytuacja Polski jest mniej krytyczna niż sytuacja innych krajów europejskich, wśród których szczególnie złożona i nieprzewidywalna jest sytuacja Niemiec" - to z kolei fragment z "Parkietu". Odważna teza, biorąc pod uwagę, że akurat gospodarka niemiecka uchodzi za najlepiej zarządzaną w całej strefie euro. A polskie banki mają wysokie współczynniki wypłacalności, kapitał głównie najwyższej jakości (Tier 1) i są bardzo umiarkowanie uzależnione od sytuacji panującej w Grecji, Portugalii, Hiszpanii, czy we Włoszech. Banki nie posiadają obligacji greckich, włoskich, ani innych "podejrzanych" krajów. Mogą się co najwyżej "zarazić" jakimś katarem poprzez nadmierny spadek wartości polskiej waluty (ryzyko portfela kredytów we frankach). Ale z moich rozmów z bankowcami - popartych konkretnymi wyliczeniami - wynika, że dopóki frank nie przekroczy ceny 4,5 zł, większych niebezpieczeństw dla portfeli banków nie ma.

Nie lubię pisać o rzeczach, których dobrze nie rozumiem. A teoria złożoności i sprężystości Ontonix - mimo kilku godzin spędzonych z przedstawicielami tej firmy i nad jej raportami - jest dla mnie wciąż rodzajem czarnej magii, która w świecie ekonomii się jeszcze nie sprawdziła. Aczkolwiek słyszałem, że menedżerowie w kilku polskich bankach zastanawiają się nad hobbistycznym wykorzystaniem badań dra Marczyka, choćby po to, by skonfrontować je z klasycznymi metodami oceny ryzyka. Wiem też, że stosowano ją w bankach we Włoszech. Podobno po wrzuceniu do obróbki odpowiedniej liczby danych system Ontonix jest w stanie wskazać potencjalne słabe punkty w zarządzaniu firmą. Aczkolwiek lansowanie tez mówiących o tym, że po rozpadzie strefy euro połowa dużych polskich banków może zbankrutować, choć medialnie nośne, raczej nie poprawia wiarygodności twórcy Ontonix. Przynajmniej w moich oczach, bo może bankowcy będą się zabijali o jego program, by się przekonać, czy ich bank psim swędem przetrwa. :-)

A prof. Rosati złości i frustruje. Naprawdę coś tracimy na byciu poza euro?

W świecie czarnowidzów zabłysnął też ostatnio Zbigniew Jagiełło, prezes PKO BP, który stwierdził podczas prezentacji wyników finansowych, że jego zdaniem sytuacja w Europie zmierza do powtórki z Lehman Brothers. Depesze z tą katastroficzną wizją poszły w świat (i chyba się dobrze sprzedały, bo widziałem je na paskach światowych telewizji biznesowych), a ja przedsięwziąłem ćwiczenie intelektualne. Zacząłem się mianowicie zastanawiać czy prezes Jagiełło, skoro ma złe przeczucia, powinien je tak zdecydowanie wyrażać. W sumie bowiem jego słowa mogą mieć charakter samosprawdzającej się przepowiedni, przynajmniej w naszej, polskiej mikroskali. Łatwo sobie wyobrazić sytuację, w której część inwestorów, opierając się na opinii prezesa PKO BP, zacznie przygotowywać swoje portfele np. na solidne osłabienie złotego. I w ten sposób wywoła spadek wartości naszej waluty. To mógłby uderzyć w interesy największego akcjonariusza PKO BP, którym jest Skarb Państwa. Słaby złoty to bowiem wyższy dług zagraniczny Polski i kłopoty banków... Ciekawy splot, prawda? Ale z drugiej strony: czy można mieć do prezesa banku pretensje o to, że facet mówi to, co myśli i nie gryzie się w język? Czarnowidztwo jest w cenie, ale akurat prezesa PKO BP nie podejrzewałbym o koniunkturalizm i o to, że mówi co mówi, żeby być w centrum uwagi. Nie podejrzewałbym głównie ze względu na rozmiary jego cojones :-)

”SUBIEKTYWNIE O FINANSACH” JEST NA FACEBOOKU! Chcesz podyskutować o ofercie swojego banku lub zobaczyć co myślą na jej temat inni? Albo zapytać czy warto uciec do konkurencji? Zajrzyj na stronę „Subiektywnie o finansach” w Facebooku, zarejestruj się jako fan blogu i weź udział w dyskusji. Możesz też zgłosić własny temat, opowiedzieć co Cię spotkało w banku lub zapytać mnie o radę. Zapraszam!

Jak pomnażać oszczędnościKUP PORADNIK AUTORA BLOGU "JAK POMNAŻAĆ OSZCZĘDNOŚCI"! Książka jest na półkach sieci salonów Empik, na stronie www.samosedno.com.pl oraz w sklepach internetowych www.empik.pl oraz www.merlin.pl. ”Dziennik Gazeta Prawna” zrecenzowała ją tak: ”Autor wie jak rozprawiać o finansach w sposób zachęcający i zrozumiały. (...). Samcik wielokrotnie powołuje się w książce na swoje długie, bo już prawie 20-letnie doświadczenie inwestora. To uczciwy i dobry sposób, by wciągnąć czytelnika do fascynującej gry w inwestowanie. To czyni tę książkę wiarygodnym źródłem wiedzy o sensownym odkładaniu pieniędzy”. Autorka blogu www.Kreatywa.blogspot.pl pisze tak: "Autor nie sili się na profesorski, sztywny ton, nie operuje nieustannie skomplikowanymi terminami i niezrozumiałymi wykresami. Pozwala sobie czasem na luźniejszą, bardziej przyjazną formę. Szary obywatel sporo wyniesie z takiej lektury, nie będzie czuł się przytłoczony fachową terminologią, a jednocześnie jego wiedza się wzbogaci". Blog "Literacka Kanciapa": "Samcik pisze dość swobodnie, w sposób nieskomplikowany i zrozumiały dla przeciętnego czytelnika. Jeśli ktoś pragnie poznać podstawy działania rynku, zyskać szybko potrzebny zestaw informacji, które ułatwią mu poruszanie się po tej płaszczyźnie życia, to polecam mu właśnie tę pozycję. Nie powinien czuć się zawiedziony"  

środa, 16 maja 2012

Niedawno opisywałem w blogu - i to, zdaje się, w kilku jędrnych odcinkach - bankowe pomysły na to, by uczyć nas efektywnego zarządzania domowym budżetem. To specjalna aplikacja, dobudowana do bankowości internetowej, to dobry pomysł by porządkować wydatki, ustawiać limity i porównywać się z innymi konsumentami. Miodzio. Cel dla banków jest prosty i oczywisty: spowodować, by klient wygenerował w swoim budżecie jakieś oszczędności i zaczął inwestować nadwyżki finansowe. Cała ta zabawa ma tylko jeden feler. Banki przeważnie potrafią namawiać ludzi do systematycznego odkładania pieniędzy, ale jednocześnie rzadko kiedy mają w ofercie wystarczająco atrakcyjne produkty finansowe.

Oprocentowanie depozytów 2011

No bo co to za interes trzymać pieniądze na koncie oszczędnościowym, na którym realnie (po uwzględnieniu inflacji i podatku od zysków z oszczędności) najzwyczajniej w świecie się traci? W sytuacji, gdy inflacja wynosi 4%, każda lokata lub konto oszczędnościowe, oprocentowane na mniej, niż 4,8%, przynosi realną stratę. A więc za pieniądze powiększone o naliczone odsetki będę mógł za czas jakiś kupić mniej, niż mogę kupić dziś. Dopóki bankowcy nie będą potrafili zapewnić swoim klientom realnego zysku z depozytu, nie powinni namawiać do oszczędzania, bo najzwyczajniej w świecie działają na szkodę swoich klientów.

A przecież sporządzenie uczciwej lokaty, zapewniającej ochronę przed inflacją, jest śmiesznie proste. Pisałem jakiś czas temu o pięciu bankach (w tym m.in. Meritum i FM Bank oraz Raiffeisen), które mają w ofercie lokaty oparte o stawkę WIBOR, czyli oprocentowanie pożyczek na rynku międzybankowym. Taka konstrukcja depozytu nie daje pełnej gwarancji ochrony przed inflacją, ale dużą na to szansę, bo ruchy WIBOR-u są jakoś-tam skorelowane z inflacją. WIBOR wynosi dziś  5,05%, a inflacja - 4%. Ale na oferowanie na większą skalę lokat z oprocentowaniem opartym wprost na wskaźniku inflacji bankowcy do tej pory się nie zdecydowali. Próbował tego Idea Bank, próbuje Deutsche Bank w ramach pakietu IKZE. No i oczywiście Skarb Państwa, który oferuje m.in. dziesięcioletnie obligacje z oprocentowaniem opartym o wskaźnik inflacji, powiększony o marżę.

Czytaj też: Gwarantowane 6% rocznie na dziesięcioletniej lokacie. Warto?

To są pomysły, które mi się podobają - nawet jeśli nie generują fantastycznych zysków, to dają klientowi pewność, że realnie nie straci. A tym samym zachęcają do inwestowania na dłuższy termin. Nie rozumiem dlaczego bankowcy tak się boją tego typu rozwiązań. Zwłaszcza w sytuacji, gdy - o czym donosi Open Finance - połowa banków nie zapewniła klientom w ostatnim roku ochrony przed inflacją. Spójrzcie na grafikę poniżej - realna rentowność depozytów nieco się poprawiła w porównaniu z poprzednimi miesiącami, ale nadal większość z nas faktycznie traci na trzymaniu pieniędzy w bankach. Powiem wprost: oczekuję od banków większej dbałości o realną wartość moich oszczędności. 

Realna rentowność lokat 2011

W tym kontekście muszę przyjąć z otwartymi ramionami ogłoszony na początku tego tygodnia pomysł Toyota Banku. Lokata nazywa się e-GOL+19 i oferuje zmienne oprocentowanie uzależnione od stopy inflacji. Odsetki obliczane są na podstawie wskaźnika rocznej inflacji podawanego co miesiąc przez GUS. Co ciekawe, tak otrzymane oprocentowanie jest ubruttowione, czyli powiększane o stopę podatku Belki. A po tym wszystkim jeszcze powiększane o symboliczny bonus w wysokości 0,1 pkt. procentowego. Co to oznacza? W maju oprocentowanie wynosić będzie 4,91%.  A potem - się zobaczy. Lokata jest zakładana na rok, a jej minimalna wartość to 7000 zł. No i - jak to zwykle w Toyota Banku bywa - niestety jest zastrzeżona dla jego klientów. Trzeba mieć w tym banku ROR, który bywa bezpłatny, ale tylko pod warunkiem, że się z niego korzysta.

Nie można powiedzieć, by Toyota Bank licytował jakoś szczególnie ostro. Zwłaszcza jeśli porównamy te jego żałosne 0,1 pkt. procentowego premii z wartością 2% marży powyżej inflacji, którą oferuje Deutsche Bank PBC w ramach konta IKZE  Ale tam mamy pakiet, w skład którego wchodzi także druga część, inwestycyjna. Tak czy owak propozycja Toyota Banku raczej nie zachwyci tych z Was, którzy nie mają oporów, by przenosić się co kwartał lub pół roku z banku do banku i korzystać z oferowanych akurat promocyjnych lokat. Ale dla ludzi, którzy już są związani z Toyotą (lub chcą się z tym bankiem związać) i oczekują od niego gry fair, czyli utrzymywania realnej wartości zdeponowanych pieniędzy, może być to pomysł interesujący. Uważam, że każdy bank powinien mieć w ofercie lokatę antyinflacyjną,  niezależnie od innych promocji, w ramach których mogą płacić za depozyty więcej. Chodzi o to, by każdy klient miał do dyspozycji przynajmniej jedną propozycję, która zagwarantuje mu ochronę przed inflacją.  

”SUBIEKTYWNIE O FINANSACH” JEST NA FACEBOOKU! Chcesz podyskutować o ofercie swojego banku lub zobaczyć co myślą na jej temat inni? Albo zapytać czy warto uciec do konkurencji? Zajrzyj na stronę „Subiektywnie o finansach” w Facebooku, zarejestruj się jako fan blogu i weź udział w dyskusji. Możesz też zgłosić własny temat, opowiedzieć co Cię spotkało w banku lub zapytać mnie o radę. Zapraszam!

Jak pomnażać oszczędnościKUP PORADNIK AUTORA BLOGU "JAK POMNAŻAĆ OSZCZĘDNOŚCI"! Książka jest na półkach sieci salonów Empik, na stronie www.samosedno.com.pl oraz w sklepach internetowych www.empik.pl oraz www.merlin.pl. ”Dziennik Gazeta Prawna” zrecenzowała ją tak: ”Autor wie jak rozprawiać o finansach w sposób zachęcający i zrozumiały. (...). Samcik wielokrotnie powołuje się w książce na swoje długie, bo już prawie 20-letnie doświadczenie inwestora. To uczciwy i dobry sposób, by wciągnąć czytelnika do fascynującej gry w inwestowanie. To czyni tę książkę wiarygodnym źródłem wiedzy o sensownym odkładaniu pieniędzy”. Autorka blogu www.Kreatywa.blogspot.pl pisze tak: "Autor nie sili się na profesorski, sztywny ton, nie operuje nieustannie skomplikowanymi terminami i niezrozumiałymi wykresami. Pozwala sobie czasem na luźniejszą, bardziej przyjazną formę. Szary obywatel sporo wyniesie z takiej lektury, nie będzie czuł się przytłoczony fachową terminologią, a jednocześnie jego wiedza się wzbogaci". Blog "Literacka Kanciapa": "Samcik pisze dość swobodnie, w sposób nieskomplikowany i zrozumiały dla przeciętnego czytelnika. Jeśli ktoś pragnie poznać podstawy działania rynku, zyskać szybko potrzebny zestaw informacji, które ułatwią mu poruszanie się po tej płaszczyźnie życia, to polecam mu właśnie tę pozycję. Nie powinien czuć się zawiedziony"  

POMNAŻANIE OSZCZĘDNOŚCI NA TARGACH KSIĄŻKI. Wielu z Was postanowiło nie tylko mieć na półce poradnik "Jak pomnażać oszczędności", ale wręcz mieć ów poradnik z piękną dedykacją autora, więc... odwiedziliście mnie dość licznie w sobotę na warszawskich Targach Książki, które odbywały się w Pałacu Kultury i Nauki. Pogoda sprzyjała :-)), bo było zimno i padał deszcz, więc targi okazały się wielkim sukcesem frekwencyjnym. A ja podpisałem swoją książkę m.in. posłowi Platformy (powitał mnie hasłem: "załatwiłem panu wczoraj dodatkowe dwa lata pracy"), elektoratowi opozycji ("no, panie Samcik, ciekawe co za bzdury pan tam znowu wypisuje"), podpisywałem książki dla Przyszłości Narodu (pomyślcie o takim poradniku dla swoich pociech z okazji Dnia Dziecka!) oraz dla tych, którzy nie chcą mieć z bankami nic wspólnego ("chcemy kupić w przyszłym roku mieszkanie. Nie, nie na kredyt, za własne". tu wstawić dźwięk "opadu szczeny" Samcika). Wszystkim serdecznie dziękuję i do zobaczenia w księgarniach :-)  

wtorek, 15 maja 2012

W zeszłym tygodniu miałem okazję uczestniczyć w dyskusji na Giełdzie Papierów Wartościowych, poświęconej wizerunkowi banków w ostatnich latach i temu jak go można poprawić oraz dlaczego media w tym nie pomagają w wystarczającym - zdaniem bankowców - stopniu. Było to dla mnie o tyle ciekawe przeżycie, że po raz pierwszy wziąłem udział w przedsięwzięciu, w którym większość przedstawicieli mediów (przynajmniej tych biorących udział w panelu, w którym i ja uczestniczyłem) wystąpiła jednocześnie w roli redaktorów i akwizytorów reklam. Piszę to z pewnym przekąsem i przesadą, ale... coś w tym jest. Mimo wszystko próbuję zrozumieć redaktorów i dziennikarzy, którzy są gotowi zrobić wszystko, by nie musieć zwalniać swoich najlepszych (czytaj: najdroższych) ludzi lub aby nie być zwalnianymi tylko dlatego, że są dobrzy w tym co robią (a więc i wynagradzani lepiej, niż stażyści).

Konferencja na GPW o wizerunku banków, maj 2012

Bardziej jednak interesowała mnie odpowiedź na dylemat: czy banki i media powinny grać w jednej drużynie, wspierając wspólnie rozwój gospodarki, czy też powinny być po dwóch stronach barykady.

Jako dziennikarz dużego medium, które - głęboko wierzę: znajdzie swoją drogę w świecie nowych mediów, być może z moją skromną pomocą - jestem skłonny wspierać banki w sytuacji, w której oferują innowacyjne, przynoszące korzyści bankowi i klientom produkty, wspierające długoterminowe oszczędzanie. Natomiast nie jestem skłonny wspierać ich w dążeniu do zarabiania jak największych pieniędzy w jak najkrótszym czasie. Pół-żartem mógłbym napisać, iż Przemek Barbrich ze Związku Banków Polskich próbował mnie przekonywać, że także to ostatnie leży w moim interesie, bo im silniejsze finansowo banki, tym bezpieczniejsze pieniądze ich deponentów, którymi są przecież także czytelnicy "Gazety Wyborczej" :-). Nie przekonał mnie: w sporze klient-bank jako dziennikarz stanę zwykle po stronie słabszego, chyba że uznam, iż ów słabszy zdecydowanie nie ma racji.

Konferencja na GPW o wizerunku banków, maj 2012

Gotów jestem - czego dowód wielokrotnie dawałem i w papierowej "Gazecie" i w blogu ""Subiektywnie o finansach" - wspierać banki, chwalić i zachęcać moich czytelników do korzystania z ich usług, o ile ich działania będą nakierowane na długoterminową, opartą na jasnych, klarownych i partnerskich zasadach, współpracę z klientami. Zdaję sobie sprawę, że żaden bank nie może tak działać w 100%, bo bieżący zysk instytucji finansowej z reguły rośnie odwrotnie proporcjonalnie do natężenia długoterminowej relacji fair z klientem, zaś wprost proporcjonalnie do krótkoterminowej aktywności sprzedażowej, czyli ubieraniu tych samych lub nowych klientów w ciągle to nowe, wysokomarżowe produkty finansowe. Każdy bank powinien wewnętrznie ustalić w jakiej proporcji będzie starał się grać fair wobec klientów, a w jakiej - zarabiał szybkie pieniądze, by menedżerowie mogli dostać premie roczne.

W świetle tej konstatacji mam dla bankowców cztery rady, które - jestem o tym głęboko przekonany - posłużą poprawie ich wizerunku. Zwłaszcza w erze internetu i mediów społecznościowych. Otóż banki mogą zrobić następujące rzeczy: 1. Opracowaniem mechanizmów, które skłonią niezadowolonych klientów, by wyżalili się w banku, a nie poza nim. 90% ludzi przychodzi do mnie z pretensjami do banków nie tylko dlatego, że coś złego im się przydarzyło, ale również - a może nawet przede wszystkim? - dlatego, że ich problem został zlekceważony przez bank lub zostali źle potraktowani przez pracownika. Jeśli bank będzie miał system wczesnego ostrzegania, który takich klientów zidentyfikuje i pozwoli im się wyżalić lub uzyskać pomoc bez np. angażowania do tego Samcika - bank wizerunkowo będzie na plusie. Nie mam gotowego patentu jak to zrobić. Może wystarczy sensownie promowane i aktywnie moderowane forum, może rada klientów, może rzecznik klienta albo osobne biuro, w którym niezadowolony klient zgłosi swój problem?

Albo po prostu sprawnie zorganizowana procedura reklamacyjna, pozwalająca klientowi czuć się panem sytuacji? Niewykluczone, że z pomocą mogą przyjść nowoczesne technologie. Ostatnio czytałem w blogu poświęconym automatyce bankowej o wdrożeniu w kilku europejskich bankach obsługi konsultantów wideo np. przy... bankomatach. "Video banking daje możliwości wspierania klientów poza godzinami pracy personelu placówek. Pracownicy banku pracują w bezpiecznym miejscu i świadczą spersonalizowane usługi. Kilku pracowników pracujących w centrum może znacząco wspierać personel we wszystkich oddziałach banku. To może być bardzo efektywne, zwłaszcza w „szczytowych” godzinach pracy placówek. Pracownik asystuje na przykład przy operacji wpłacania gotówki przez klienta. Ma możliwość sfinalizowania operacji drukując potwierdzenie, wypłacając resztę gotówki czy drukując czeki dla klienta. Ponieważ pracownik w Call Center ma dostęp do danych konta klienta może wykonać dla niego też inne operacje. Może zrealizować przelew, zmianę adresu czy założenie lokaty". Fajne? Ile reklamacji można w ten sposób załatwić nie doprowadzając klienta do stanu, w którym napisze mejla do Samcika? Tylko trzeba byłoby najpierw zainwestować np. w... takie kioski.

Kiosk z technologię wideobankingu

2. Audyt ryzyka wizerunkowego każdego produktu i każdej zmiany cen. Dopóki w bankach więcej do powiedzenia będą mieli liudzie od budowania produktów, dla których najważniejsze jest sporządzenie oferty najbardziej dochodowej dla banku, dopóty tacy upierdliwcy jak Samcik będą mieli używanie. Miałem niezliczoną liczbę rozmów bankowymi rzecznikami, z których wychodziło, że kredyt rzeczywiście jest pełen kantów, karta naszpikowana pułapkami, a lokata korzystna wyłącznie dla banku - oni to przyznawali bez bicia, dodając wstydliwie "ale nikt nas w banku nie pytał co o tym myślimy". I tu jest pies pogrzebany: człowiek, który w banku odpowiada za kreowanie wizerunku, powinien mieć podobny wpływ na budowę portfela produktów oraz na sposób ich promowania. Jeśli departamenty odpowiedzialne za strategie PR będą w bankach traktowane jako pomocnicze, a nie strategiczne, produkty będą sporządzane i promowane tak, by bank na nich zarabiał bez względu na koszty wizerunkowe. I w porządku, byle tylko w banku wiedzieli, że konsekwencją takich a takich zmian w strategii cenowej bądź w ofercie są określone ryzyka reputacyjne, a nie budzili się z ręką w nocniku po dwudziestu krytycznych publikacjach.

3. Budowanie przynajmniej niektórych elementów oferty według zasady "win-win". Czyli w taki sposób, który powoduje, że zarabiają wszyscy: i bank i klient. Wiadomo, że nie zawsze się da, ale czasem zapewne nie jest to tak całkiem niemożliwe. Przykłady? Zwrot części transakcji dokonywanych kartą płatniczą (czyli dzielenie się własną prowizją z klientem). Produkty strukturyzowane nie tylko "modne", ale dające klientowi jak największą szansę na wygraną. Bank wcale nie zarobi dużo mniej, a klient zadowolony być może wróci. Albo lokaty tak skonstruowane, by zapewniały bankowi godziwą marżę, a klientowi ochronę przed inflacją. Kredyty gotówkowe i hipoteczne z jasnymi zasadami, bez dodatkowych kosztów pochowanych po kątach. Niech to wszystko będzie przejrzyście pokazane. Niekoniecznie sprzedacie mniej (klient kredytowy ma zwykle w nosie koszty, chce szybkiej kasy i dobrej obsługi), a na pewno będziecie mieli lepszą opinię wśród dziennikarzy. Ergo: także wśród klientów.

Konferencja na GPW o wizerunku banków, maj 2012

4. Ograniczenie dyktatu planów sprzedażowych. Jestem ich przeciwnikiem, choć prezesi banków, z którymi rozmawiam na ten temat, twierdzą zgodnie, że bez nich ani rusz, bo nie ma lepszego sposobu na mobilizację personelu średniego i niższego szczebla. Nie na wszystkich zadziała strategia marchewki (czyli premii). W porządku, ale przynajmniej spróbujcie zbudować taki program motywacyjny, który poza aspektem sprzedażowym będzie zawierał także ocenę relacji danego pracownika z klientami. Np. jej długoterminowość, wzrost aktywów danego klienta w banku, może wyniki ankiet satysfakcji. Dopóki pracownicy w placówkach będą więźniami planów sprzedażowych, nie będzie im zależało na zadowoleniu klientów. A klient nabity w butelkę przez pracownika, który poszedł już do kasy po 100 zł premii, będzie częstym gościem w blogu Samcika. Zapewniam Was, drodzy bankowcy, nie warto.

No, to teraz, Szanowni Bankowcy, wiecie jak stworzyć bank idealny, choć niekoniecznie idealnie wysokorentowny :-)). A jak już skończycie rekonstrukcję, tworząc fajną, mającą samych szczęśliwych klientów, niskodochodową instytucję finansową, to dajcie cynk, może wystawię Wam Fuck-turrę? Wprawdzie nie jestem Chuckiem Norrisem, pomijając pewne zewnętrzne podobieństwo, gdy się nie ogolę, ale... i tak uważam, że czak ma być!

”SUBIEKTYWNIE O FINANSACH” JEST NA FACEBOOKU! Chcesz podyskutować o ofercie swojego banku lub zobaczyć co myślą na jej temat inni? Albo zapytać czy warto uciec do konkurencji? Zajrzyj na stronę „Subiektywnie o finansach” w Facebooku, zarejestruj się jako fan blogu i weź udział w dyskusji. Możesz też zgłosić własny temat, opowiedzieć co Cię spotkało w banku lub zapytać mnie o radę. Zapraszam!

Jak pomnażać oszczędnościKUP PORADNIK AUTORA BLOGU "JAK POMNAŻAĆ OSZCZĘDNOŚCI"! Książka jest na półkach sieci salonów Empik, na stronie www.samosedno.com.pl oraz w sklepach internetowych www.empik.pl oraz www.merlin.pl. ”Dziennik Gazeta Prawna” zrecenzowała ją tak: ”Autor wie jak rozprawiać o finansach w sposób zachęcający i zrozumiały. (...). Samcik wielokrotnie powołuje się w książce na swoje długie, bo już prawie 20-letnie doświadczenie inwestora. To uczciwy i dobry sposób, by wciągnąć czytelnika do fascynującej gry w inwestowanie. To czyni tę książkę wiarygodnym źródłem wiedzy o sensownym odkładaniu pieniędzy”. Autorka blogu www.Kreatywa.blogspot.pl pisze tak: "Autor nie sili się na profesorski, sztywny ton, nie operuje nieustannie skomplikowanymi terminami i niezrozumiałymi wykresami. Pozwala sobie czasem na luźniejszą, bardziej przyjazną formę. Szary obywatel sporo wyniesie z takiej lektury, nie będzie czuł się przytłoczony fachową terminologią, a jednocześnie jego wiedza się wzbogaci". Blog "Literacka Kanciapa": "Samcik pisze dość swobodnie, w sposób nieskomplikowany i zrozumiały dla przeciętnego czytelnika. Jeśli ktoś pragnie poznać podstawy działania rynku, zyskać szybko potrzebny zestaw informacji, które ułatwią mu poruszanie się po tej płaszczyźnie życia, to polecam mu właśnie tę pozycję. Nie powinien czuć się zawiedziony"  

POMNAŻANIE OSZCZĘDNOŚCI NA TARGACH KSIĄŻKI. Wielu z Was postanowiło nie tylko mieć na półce poradnik "Jak pomnażać" oszczędności, ale wręcz mieć ów poradnik z piękną dedykacją autora, więc... odwiedziliście mnie dość licznie w sobotę na warszawskich Targach Książki, które odbywały się w Pałacu Kultury i Nauki. Pogoda sprzyjała :-)), bo było zimno i padał deszcz, więc targi okazały się wielkim sukcesem frekwencyjnym. A ja podpisałem swoją książkę m.in. posłowi Platformy (powitał mnie hasłem: "załatwiłem panu wczoraj dodatkowe dwa lata pracy"), elektoratowi opozycji ("no, panie Samcik, ciekawe co za bzdury pan tam znowu wypisuje"), podpisywałem książki dla Przyszłości Narodu (pomyślcie o takim poradniku dla swoich pociech z okazji Dnia Dziecka!) oraz dla tych, którzy nie chcą mieć z bankami nic wspólnego ("chcemy kupić w przyszłym roku mieszkanie. Nie, nie na kredyt, za własne". tu wstawić dźwięk "opadu szczeny" Samcika). Wszystkim serdecznie dziękuję i do zobaczenia w księgarniach :-) 

Jak pomnażać oszczędności na Targach Książki

SUBIEKTYWNOŚĆ JEST MULTIMEDIALNA. Zadeklarowanych fanów subiektywności w finansach w wersji wideo zapraszam do obejrzenia programu dla młodzieży z cyklu „Poziom 2.0”, audycji finansowo-religijnej „Etyka w biznesie” w  Religia TV oraz dwóch reportaży o bankach w cyklu „Czarno na białym” w TVN. Pierwszy o kryzysie, a drugi - o hipotekach. Zapraszam też do edukacyjnego cyklu portalu Wyborcza.biz pt. „Babcia z k(l)asą”, a także na nieśmiertelne „Prześwietlamy reklamy” w wersji wideo (cały cykl, wraz z najnowszymi klipami, jest na Gazeta.tv). Polecam też realizowany przez Wyborczą.biz cykl sond gospodarczych pt.„BizPytanie” oraz do radiowej Trójki, gdzie też bywało subiektywnie i finansowo zarazem.

poniedziałek, 14 maja 2012

Kilka dni temu padła kolejna bariera w licytacji banków o nasze oszczędności. Po tym jak Kredyt Bank zaoferował na promocyjnej lokacie 6,5% (oferta już niestety jest zamknięta), a potem dogoniła go BGŻ Optima, też dając 6,5% na koncie oszczędnościowym, do licytacji nieoczekiwanie włączył się Bank Pocztowy. Od kilku dni oferuje lokatę 24-miesięczną, na której można zarobić aż... 7% w skali roku. I to w dość przyjemnej opcji, bo z wypłatą odsetek w trybie "rentierskim" - z ich dostawą co miesiąc. Dla klientów Pocztowego, którzy w dużej części nie należą do osób bankowo wyedukowanych - a więc do banku przyniosą pieniądze na tak długo tylko wtedy, kiedy mają na horyzoncie konkretną i szybko zauważalną korzyść - może to być rzecz do przełknięcia. Ulokujesz 5000 zł, to bank co miesiąc wypłaci ci jakieś 23 zł odsetek (już po uwzględnieniu podatku Belki). I będziesz śpiewał tak:

Posunięcie Pocztowego jest zastanawiające, bo płaci bardzo szczodrze. Ale pewnie nie ma innego wyjścia, bo nawet "normalne" banki - mające klientów o wyższych dochodach, mieszkających w dużych miastach, częściej korzystających z kart płatniczych i nie chodzących z każdym rachunkiem do oddziału - miałyby problem, by złapać chętnych na lokatę 24-miesięczną. Nie bez powodu Kredyt Bank płacił 6,5% w skali roku za depozyt o czasie trwania dużo krótszym, niż rok. A dlaczego Pocztowy poszukuje chętnych na tak długi okres? Cóż, to pozostanie pewnie jego zagadką, ale być może bank po prostu szykuje się, by sprostać wymogom pakietu Bazylea III i szuka długoterminowych depozytów, by pokryć nimi udzielane kredyty hipoteczne.

Sęk w tym, że aby ulokować pieniądze na 7% trzeba związać się z Bankiem Pocztowym więzami nieco silniejszymi, niż ów depozyt.  Bo bank wypłaci odsetki co miesiąc tylko na jedno z dwóch rodzajów kont osobistych, które prowadzi. A konto w Pocztowym bezwarunkowo za darmo możecie mieć tylko o tyle, o ile nie dacie sobie wcisnąć karty do tego konta :-). A jak dacie sobie wcisnąć, to będzie trzeba wykazać się aktywnością, żeby za plastik nie płacić. Można więc powiedzieć, że te 7% Pocztowego to swego rodzaju wabik dla potencjalnych klientów, którym bank gwarantuje bardzo wysokie odsetki i bardziej przyjazny od konkurencji sposób wypłaty tych odsetek, ale stawia warunek. Pozornie niezbyt upierdliwy, ale przecież trudno wykluczyć, że Pocztowy, jak już zgarnie od klientów kasę, to... wprowadzi jakąś dodatkową opłatę za konto. Kapitału na lokacie ruszyć nie wolno aż przez dwa lata, więc... trzeba będzie płakać i płacić. Na razie jednak układ dotyczący 7% jest dziewiczo czysty i gustownie bezkantowy. Na razie :-). Cóż, jeśli chce się pozyskiwać po pół miliona nowych klientów rocznie, to trzeba się mocno spinać. Więc Pocztowy się spiął. O, tak:

Pocztowy lokata 7 proc.

Inne banki też będą się spinały i to coraz bardziej. Na krótkich lokatach,  nie przekraczających kwartału, można trafić nawet 8-9%. Ale co potem? Kiszka. Posze o tym dziś Expander: "Oprocentowanie wynoszące aż 9% w skali roku można uzyskać na lokacie „Wysoki procent” w neoBanku (część Wielkopolskiego Banku Spółdzielczego). Warunkiem promocji jest otwarcie konta osobistego. Jednak nawet po spełnieniu tego warunku można założyć tylko jedną lokatę z tak wysokim oprocentowaniem. Kolejne przyniosą już znacznie mniejsze odsetki wynoszące ok. 6%. Główną wadą oferty jest jednak krótki czas trwania  - tylko dwa miesiące. Trzeba też dodać, że kwota depozytu nie może przekroczyć 10 000 zł.  Podobną ofertę przygotował Meritum Bank. Tu również, aby otrzymać atrakcyjne oprocentowanie lokaty (8,5%) należy otworzyć rachunek osobisty.  Zaletą w porównaniu do poprzedniej oferty jest nieco dłuży okres wynoszący trzy miesiące. Wada: maksymalna kwota przy której obowiązuje wspomniane oprocentowanie to tylko 5000 zł.

W Deutsche Banku na „db Koncie oszczędnościowym” oprocentowanie wynosi 8,1%. Wymagane jest otwarcie konta, a kwota nie może przekroczyć 10.000 zł. Nie ma tu jednak określonego okresu obowiązywania oferty. Została ona wprowadzona jeszcze w 2011 r." - pisze Expander. I to chyba rzeczywiście jest konkurencja dla Optimy, Kredyt Banku (który już zresztą zamknął kramik), czy Pocztowego. O ile oczywiście Deutsche Bank nie obniży procentów z dnia na dzień, bo przecież to konto oszczędnościowe, a nie lokata i wszystko zależy od widzi-mi-się banku (w przypadku lokat też zależy, ale nieco mniej, o ile oprocentowanie jest zakontraktowane jako stałe :-)) 

Co będzie dalej? Ubiegłotygodniowa - pierwsza od dłuższego czasu - podwyżka stóp procentowych, zafundowana nam przez Radę Polityki Pieniężnej (podstawowa stopa poszła w górę z 4,5% do 4,75%), zaostrzyła apetyty posiadaczy lokat na wyższe zyski. Bankowcy co prawda nie muszą z automatu naśladować poczynań Radcy Polityki Pieniężnej, ale stawka WIBOR 3M, obrazująca po ile banki nawzajem pożyczają sobie pieniądze, już ruszyła w górę. W ostatnich tygodniach WIBOR 3M oscylował w okolicach 4,95%, ale po podwyżce stóp nagle wystrzelił powyżej 5,05%. Skoro w górę idzie oprocentowanie na rynku międzybankowym, to w tym samym kierunku nieuchronnie powędrują też stawki płacone klientom przynoszącym do banków swoje oszczędności.

Ale skutki podwyżki stóp Narodowego Banku Polskiego to jeszcze nic w porównaniu z lokatowym trzęsieniem ziemi, które może nas czekać w drugiej połowie roku z powodu pakietu nowych regulacji pod nazwą Bazylea III, wprowadzonego w 2010 r. przez Bazylejski Komitet Nadzoru Bankowego (skupiający nadzorców banków z różnych krajów). Banki w całej Europie muszą zacząć dostosowywać się do regulacji Bazylei III od stycznia przyszłego roku. W pakiecie jej zapisów jest punkt dotyczący tzw. długoterminowej płynności banków. Każdy bank powinien mieć tyle długoterminowych depozytów lub innego finansowania (np. obligacji), ile udzielił klientom długoterminowych kredytów (np. hipotecznych).

Dla wielu polskich banków oznacza to problemy. Po pierwsze dlatego, że cały nasz sektor bankowy jest mocno przechylony na stronę kredytową. Wartość depozytów firm i gospodarstw domowych to 686 mld zł, zaś kredytów - już 794 mld zł. Dziura sięga prawie 110 mld zł, choć jeszcze pod koniec 2009 r. nie przekraczała 70 mld zł. .Druga sprawa to struktura depozytów złożonych w bankach. Według obliczeń Narodowego Banku Polskiego ok. 94% z nich to pieniądze zablokowane na okres nie przekraczający jednego roku. Bankowcy przyznają, że nawet 40% oszczędności klientów to takie, które mogą wyparować w każdej chwili, bo są np. na kontach oszczędnościowych, albo na ROR-ach. Banki będą musiały poprawić bazę depozytową i już się do tego przygotowują, tnąc koszty - m.in. zwalniając ludzi i zamykając placówki. Z zaoszczędzonych pieniędzy będą m.in. więcej płacić za... nasze depozyty. Bo ograniczenie ich własnych zysków chyba jednak nie wchodzi w grę.

”SUBIEKTYWNIE O FINANSACH” JEST NA FACEBOOKU! Chcesz podyskutować o ofercie swojego banku lub zobaczyć co myślą na jej temat inni? Albo zapytać czy warto uciec do konkurencji? Zajrzyj na stronę „Subiektywnie o finansach” w Facebooku, zarejestruj się jako fan blogu i weź udział w dyskusji. Możesz też zgłosić własny temat, opowiedzieć co Cię spotkało w banku lub zapytać mnie o radę. Zapraszam!

niedziela, 13 maja 2012

Kilka dni temu zwierzałem Wam się z niezbyt dobrego pierwszego wrażenia, które wywołała we mnie zmiana logo największego polskiego ubezpieczyciela - PZU. Zamiast nobliwych ornamentów i czcionki symbolizującej dwustuletnią tradycję, odpowiedzialność za klientów i siłę finansową, nasz narodowy ubezpieczyciel będzie teraz pokazywał się w niebieskiej obręczy podobnej do tych na znakach drogowych, z napisem wypisanym najprostszą możliwą czcionką typu bold, na sterylnie białym tle. Na pierwszy rzut oka - ani to ładne, ani podobne do znaków firmowych instytucji finansowych z długą tradycją. Ale, powiedzmy sobie szczerze, twórca nowego logo (po prawej, ten z lewej to chyba człowiek z zarządu PZU, który odpowiada za obsługę klientów, Witold Jaworski) też nie ma w sobie zbyt wiele z dwustuletniej tradycji i nobliwości. Jaki Pan, taki kram :-)

Nowe logo PZU

Jestem świeżo po pierwszych oględzinach oklejonej nowymi znakami centrali PZU, mieszczącej się w samym centrum Warszawy, niedaleko Dworca Centralnego. A także po oglądaniu pierwszych telewizyjnych spotów reklamowych ubezpieczyciela, które mają towarzyszyć rebrandingowi. I cóż, muszę powiedzieć, że mój osąd logo i całego konceptu zmiany w PZU nieco złagodniał. Wcale nie dlatego, że zobaczyłem w nowym logo jakieś zajawki ładności. Zauważyłem natomiast, że z punktu widzenia możliwości marketingowych jest w nim potencjał. Podświetlone wieczorem daje po oczach znacznie bardziej, niż cherlawe, acz nobliwe literki w starym logo. Wygląda to co prawda jak oznaczenie stacji metra, ale być może przy ogromnej rozpoznawalności nazwy PZU nie na znaczenia z czym będzie się kojarzyły jego trzy litery - są widoczne, więc każdy je zauważy i  być może nie będzie próbował wejść do placówki w nocy myśląc, że to nowa stacja podziemnej kolejki :-). Zaś gruba, obleśna niebieska obręcz w multimedialnych formach reklamy może się kręcić, zamykać i otwierać w dowolnych konfiguracjach, czyniąc reklamę dynamiczną.

Czytaj też o PZU na wiosnę: Za rower zapłacą tylko jeśli dostaniesz w zęby

A jeśli takie obręcze - ale zakładane na koła i w wersji odblaskowej - firma zacznie dodawać klientom kupującym ubezpieczenia komunikacyjne, to może w bardzo łatwy sposób pokazać swoją potęgę - wyobraźcie sobie, że co trzecie mijające Was auto ma obleśną, niebieską obręcz. Daje to po oczach, prawda? I zaczynasz się zastanawiać, czy przypadkiem - skoro oni wszyscy mają polisy w tej firmie i nie wyglądają na nieszczęśliwych, to może też trzeba się tam przenieść? Ta obleśna obręcz może być cholernie sprytnym narzędziem marketingowym, o ile wcześniej uda się ją zakotwiczyć w świadomości klientów. Właśnie za pomocą nowoczesnej, multimedialnej reklamy, w której ta obręcz będzie się kręciła, rozprzęgała i sprzęgała na nowo. Tylko czy zmotoryzowani klienci PZU będą chcieli jeździć z kołami w takiej obręczy, która nie dość, że brzydka, to jeszcze symbolizuje, że klient jest "w obroży"? Cóż, może sprawę załatwi 20% zniżki w polisie AC :-). Zresztą co to obchodzi ludzi od marketingu? :-).

Do myślenia dała mi także pierwsza reklama z nową twarzą PZU - znanym komikiem Januszem Rewińskim. Przynajmniej tak wygląda na pierwszy rzut oka, bo przecież może to być też jego sobowtór. Pamiętacie "Kilerów" :-). Spot nie jest może przesadnie dowcipny, bo pokazuje gościa z poprzedniej epoki, który nie może odnaleźć się w nowej erze uproszczonych procedur. Ciekawe, lecz nie powalające. Ale głównym grepsem ma tu być trudny do pominięcia fakt, że Janusz Rewiński (bądź jego alter ego) występuje w reklamie... bez zarostu. Zero brody. Pamiętacie takiego Rewińskiego? Bo ja nie. Przerażającą łysość podbródka podkreślają dodatkowo krzaczaste brwi, które zachowano w stanie nietkniętym. Przyznam, że taki "wykastrowany" Rewiński (o ile to w ogóle on) byłby zupełnie nie do poznania i gdyby nie głos, to chyba nikt by go nie poznał na ulicy.

Byłem ciekaw ile PZU musiało zapłacić Rewińskiemu za takie poświęcenie, ale moi nieocenieni fejsbukowicze twierdzą, że PZU przyszło już na gotowe, bo Rewiński dał się ogolić już w zeszłym roku, za pieniądze Wilkinsona :-). Chyba, ze wtedy to też był jego sobowtór :-). Tym niemniej to ciekawe czy Rewiński - gdyby tym razem to jednak był oryginał - przebił Majewskiego jeśli chodzi o wartość kontraktu. Gdyby miał taki ogolony straszyć z ekranów przez cały rok to szacowałbym jego poświęcenia na najmarniej 1,5 mln zł :-)

PZU i reklama: Pyszczek żąda rozwodu oraz uchachane lalunie bez pasów

Ktoś to sobie w PZU świetnie wymyślił - trudno byłoby znaleźć lepszy sposób na zakomunikowanie fundamentalnej zmiany. Rewiński bez brody to zjawisko nieznane, równie dobrze mogliby w reklamie pokazać Putina w afro na głowie. Jeśli Rewiński, który miał brodę zawsze, teraz jej nie ma, to zmiana w PZU - przynajmniej w sferze komunikacyjnej - też musi być fundamentalna. Czy firma pokaże ją klientom w realu - to już zupełnie inna kwestia. Jak się ma wiele milionów klientów, to przeprowadzenie uproszczenia procedur bywa trudne. Ale to nie mój problem i w ogóle nie o tym chciałem pisać. O Rewińskim chciałem. A Rewiński bez brody wygląda tak: 

Dopiero Rewiński bez brody uświadomił mi, że PZU w nowej odsłonie z pełną premedytacją nie komunikuje tego, że jest firmą z tradycją, bo po prostu chce, by klienci firmy mieli tę tradycję gdzieś! Tradycja, stabilność, wiarygodność (no, może to ostatnie nie do końca), przywiązanie do marki, przechodzenie klientów z pokolenia na pokolenie - te wartości PZU najwyraźniej w sposób celowy i zaplanowany chce wyrzucić na śmietnik. Dlaczego? By otworzyć się na nowych klientów, którzy dziś traktują tę firmę stereotypowo - że moloch, że drogie polisy, że trzeba zawsze gadać z agentem. Jak przekonać takich ludzi, którzy żyją w takim przekonaniu, sączącym się im do głowy od 20 lat? Tylko w bardzo radykalny sposób. Na przykład wyrzucając całą tę 200-letnią tradycję ad acta, razem ze starym logo. I projektując nowy znak, który z poprzednim nie ma nic wspólnego. A niech sobie nawet to nowe logo będzie brzydkie jak noc. Byle nie kojarzyło się z poprzednim PZU :-).

Czytaj też: Powiedz pół prawdy, a potem zrób z tego reklamę. PZU naciąga

To pomysł nieco mniej ryzykowny, niż się na pierwszy rzut oka wydaje, bo razem z 200-letnią historią PZU nie wyrzuca na śmietnik swoich "historycznych" klientów. Część z nich to osoby, które zapewne nie zrozumieją nowego podejścia marketingowego. Ale nie muszą. Pewnie z 97% z nich jest przywiązanych do swojego agenta. Takie osoby raz w roku ubezpieczą mieszkanie lub samochód w PZU nawet gdyby ten agent miał wyryte na czole to nowe, obleśne logo i nawet jeśli na tym czole będzie się ono świeciło tudzież błyskało jak na radiowozie policyjnym. Ci ludzie kochają swoich agentów i mają kompletnie gdzieś jak wygląda logo na papierach firmowych oraz w reklamach. Choć widzę, że PZU stara się im wytłumaczyć, że nowe logo też coś oznacza :-).

Mamy na warsztacie przypadek (by nie powiedzieć "kejs") podobny do - w sumie dość udanej, przynajmniej do tej pory - próby zmiany wizerunku przez PKO BP. Wprowadzenie do reklam największego polskiego banku Szymona Majewskiego, faceta żyjącego z wygłupów, też na pozór było pomysłem wziętym z sufitu. Tyle, że ten Majewski nie miał mówić do kilku milionów emerytów, którzy w PKO BP mają konta. Do nich mówi wciąż pani Lusia z okienka w przysłowiowym oddziale na Willowej. Lecz, jak przyznaje z rozbrajającą szczerością Zbigniew Jagiełło, prezes PKO BP - klienci pani Lusi to grupa na wymarciu, która "odchodzi z banku w sposób naturalny" (genialny cytat!).

Majewski ma przemawiać do następców wymierających klientów PKO. Ma prawić do klienteli, która w życiu nawet nie pomyślałaby o założeniu w PKO BP konta, bo to byłby dla nich życiowy obciach.  Bo to ta klientela zapewni PKO BP utrzymanie wiodącej pozycji na rynku. I cała ta hucpa ze zmianą logo PZU z dość ładnego na brzydkie - choć, jak pisałem wcześniej, cholernie funkcjonalne i multimedialne - jest najzwyczajniej w świecie kopią strategii PKO BP. Tyle że dużo odważniejszą, przeprowadzaną na dużo większą skalę.  O ile bowiem w przypadku PKO BP mamy do czynienia z delikatnym odwróceniem uwagi od molochowatej tradycji instytucji finansowej, o tyle PZU chce tę tradycję najzwyczajniej w świecie pogrzebać. Biorąc pod uwagę ilu klientów wciąż pamięta krzywdy wyrządzone im przez PKO BP i PZU z powodu książeczek mieszkaniowych, polis posagowych, polis na życie i innych, na których wkłady pożarła hiperinflacja, nie można wykluczyć, że bycie firmą incognito może się PZU na dłuższą metę opłacić...  :-)

A współczesny konsument... jest jaki jest, dość mało wymagający i patrzący przez pryzmat prostego, konkretnego przekazu i bieżącej korzyści. Krzysztof Najder, szef i założyciel firmy doradztwa marketingowego Stratosfera Added Value, ubrał w fachowe słowa to, co i ja myślę o nowym logo PZU. "Sygnalizuje przełom, ale jednocześnie sugeruje, że po tej zmianie PZU będzie jak proszek do prania. Nie ma w nim opieki, tradycji, ciągłości, solidności czy wiarygodności, tylko chęć zrobienia czegoś ładnego i wesołego. Jest łatwe, przyjemne, ma efekciarsko puszczone światełko, które jest typowym zabiegiem konsumenckim mającym się podobać masowemu odbiorcy". No to jeszcze na koniec porównajmy sobie nowe ze starymi.

Nowe logo PZU

”SUBIEKTYWNIE O FINANSACH” JEST NA FACEBOOKU! Chcesz podyskutować o ofercie swojego banku lub zobaczyć co myślą na jej temat inni? Albo zapytać czy warto uciec do konkurencji? Zajrzyj na stronę „Subiektywnie o finansach” w Facebooku, zarejestruj się jako fan blogu i weź udział w dyskusji. Możesz też zgłosić własny temat, opowiedzieć co Cię spotkało w banku lub zapytać mnie o radę. Zapraszam!

Jak pomnażać oszczędnościKUP PORADNIK AUTORA BLOGU "JAK POMNAŻAĆ OSZCZĘDNOŚCI"! Książka jest na półkach sieci salonów Empik, na stronie www.samosedno.com.pl oraz w sklepach internetowych www.empik.pl oraz www.merlin.pl. ”Dziennik Gazeta Prawna” zrecenzowała ją tak: ”Autor wie jak rozprawiać o finansach w sposób zachęcający i zrozumiały. (...). Samcik wielokrotnie powołuje się w książce na swoje długie, bo już prawie 20-letnie doświadczenie inwestora. To uczciwy i dobry sposób, by wciągnąć czytelnika do fascynującej gry w inwestowanie. To czyni tę książkę wiarygodnym źródłem wiedzy o sensownym odkładaniu pieniędzy”. Autorka blogu www.Kreatywa.blogspot.pl pisze tak: "Autor nie sili się na profesorski, sztywny ton, nie operuje nieustannie skomplikowanymi terminami i niezrozumiałymi wykresami. Pozwala sobie czasem na luźniejszą, bardziej przyjazną formę. Szary obywatel sporo wyniesie z takiej lektury, nie będzie czuł się przytłoczony fachową terminologią, a jednocześnie jego wiedza się wzbogaci". Blog "Literacka Kanciapa": "Samcik pisze dość swobodnie, w sposób nieskomplikowany i zrozumiały dla przeciętnego czytelnika. Jeśli ktoś pragnie poznać podstawy działania rynku, zyskać szybko potrzebny zestaw informacji, które ułatwią mu poruszanie się po tej płaszczyźnie życia, to polecam mu właśnie tę pozycję. Nie powinien czuć się zawiedziony"  

sobota, 12 maja 2012

Zaczyna się sezon pierwszych komunii świętych, więc domyślam się, że wielu z Was żyje w niezłym stresie. Wybór prezentu to zawsze spory dylemat. Z jednej strony chciałoby się nie brać udziału w tym całym wyścigu finansowych szczurów, a z drugiej - sprawić "komuniście" trochę radości. A w mieście można się nasłuchać opowiadań, jak to teraz "w standardzie" są iPady albo laptopy. Horror. Gdyby to ode mnie zależało, to administracyjnie zabroniłbym obdarowywania jakimikolwiek prezentami dzieci przystępujące do pierwszej komunii. Bo z tego mogą być tylko przykrości - jeden przyjdzie następnego dnia do szkoły z laptopem, a drugi, którego rodzina nie ma drukarni z banknotami, będzie zazdrościł. Miejcie to proszę na uwadze, zanim zdecydujecie się zaszaleć z prezentem komunijnym. Bo nawet obdarowanemu zaszkodzicie - święto duchowe będzie mu się kojarzyło tylko z kapustą, a to ze wszech miar demoralizujące.

Tym niemniej dostałem od kilkorga moich czytelników "zamówienie" na odcinek o pierwszej komunii, więc o prezentach kilka słów napiszę. Ale tych mądrych, które nie demoralizują. Najpierw jednak słów kilka o preferencjach dzieciaków. Wiem, powinny myśleć o tym co będą przeżywać w jedną z najbliższych majowych niedziel, ale ankieterzy wynajęci przez porównywarkę Nokaut.pl postanowili wodzić je na pokuszenie i pytać o wymarzone prezenty. 40% ankietowanych pierwszo-komunistów ma prosty pomysł - najbardziej ucieszyłaby ich koperta z kasą (banknotów ma być kilka i to nie o najniższych dostępnych nominałach). Na drugim miejscu listy preferencji znalazł się... laptop (ponad 30% ośmiolatków ma taką koncepcję prezentową). Co trzeci ankietowany chciałby dostać grę komputerową lub konsolową, zaś co szósty... smartfona. Z mody wyszły już rowery (12%) oraz zegarki (3% wskazań ośmiolatków).

Prześwietliłem też fora internetowe pod kątem rynkowej "wyceny" wartości prezentu. Z prześwietlania kilkunastu forów internetowych, na których wre teraz dyskusja o prezentach pierwszokomunijnych wyłania się następujący obraz: większość internautów, którzy w tym roku wystąpią na pierwszej komunii w roli ojców lub matek chrzestnych, zamierza włożyć do koperty bądź przeznaczyć na prezent 400-500 zł. Ci, którzy w imprezie będą uczestniczyli w roli "zwykłych" gości wyceniają swoje aspiracje finansowo-prezentowe na 100-300 zł (w większości bliżej górnej, niż dolnej granicy).

Jeśli miałbym  obdarować ośmiolatka sensownym prezentem, to wolałbym, by nie była to ani droga elektronika (komputer, konsola, smartfon, tablet), ani żywa gotówka, którą dzieciak bądź jego rodzice prędzej czy później przejedzą. Pomyślałbym raczej o jakiejś monecie kolekcjonerskiej, która za lat kilkanaście, gdy osesek osiągnie pełnoletniość, będzie warta wielokrotnie więcej, niż dziś. Taka pamiątka, prezent będący jednocześnie inwestycją, to moim zdaniem mądra i sensowna rzecz. Inna sprawa, że nie każda moneta może przynieść zyski, a poza tym łatwo można dać się nabrać i kupić jeden z reklamowanych w telewizji medali pamiątkowych, które fajnie wyglądają na półce, ale dodatkowej wartości nie wykreują. Idealnym pomysłem na finansowy prezent pierwszokomunijny byłyby najzwyklejsze w świecie obligacje skarbowe.

Takie dziesięcioletnie, które są w stałej ofercie w banku PKO BP, po 100 zł za sztukę. Ich oprocentowanie zależy od inflacji i jest powiększane o stałą marżę. Teraz w PKO BP można kupić obligacje dające bardzo dobrą rentowność 6,5% w pierwszym roku i zyski uzależnione od wskaźnika inflacji, powiększonego o 2,75% marży w latach kolejnych..Czy może być fajniejszy prezent dla obecnego ośmiolatka, niż bezpieczne papiery wartościowe, które po osiągnięciu pełnoletniości rząd wykupi od niego, płacąc np. 170 zł za każdą obligację kupioną dziś za 100 zł i sprezentowaną na pierwszą komunię? Taki prezent nie tylko z czasem zyska na wartości i nie tylko będzie użyty w bardziej sensowny sposób, niż dziś, ale też uczy oszczędności i cierpliwości. A to walor edukacyjny, którego przecenić nie wolno.

Jest tylko jeden problem - obligacje nie mają materialnej postaci (poza wydrukiem z komputera) i to sprawia, że na prezent nadają się średnio. Nie wiem też czy rząd może sprzedawać je osobie niepełnoletniej (żeby były przypisane od początku do konta 8-latka). Nie jestem w stanie pojąć dlaczego nikt w Ministerstwie Finansów nie wpadł na pomysł, by na życzenie kupującego przygotować efektowną, materialną formę takiego papieru wartościowego i możliwość sprezentowania obligacji wskazanej osobie. Dzięki temu setki tysięcy osób kupowałyby obligacje swoim dzieciakom, chrześniakom, wnuczkom z najróżniejszych okazji - zamiast iPadów, konsol do gier, czy zwykłych kopertówek.  Czy to nie byłoby piękne, dobre, użyteczne? No, nie byłoby? 

SPOTKAJ SIĘ Z AUTOREM BLOGU NA TARGACH KSIĄŻKI. W najbliższą sobotę o godzinie 13.00 znajdziecie mnie na Targach Książki w warszawskim Pałacu Kultury. Jeśli ktoś kupił lub kupi mój najnowszy poradnik "Jak pomnażać oszczędności" i chciałby sympatyczną dedykację - zapraszam. Jeśli chcielibyście przyjść i pogadać o domowych finansach - też zapraszam! ”Dziennik Gazeta Prawna” zrecenzowała książkę tak: ”Autor wie jak rozprawiać o finansach w sposób zachęcający i zrozumiały. (...). Samcik wielokrotnie powołuje się w książce na swoje długie, bo już prawie 20-letnie doświadczenie inwestora. To uczciwy i dobry sposób, by wciągnąć czytelnika do fascynującej gry w inwestowanie. To czyni tę książkę wiarygodnym źródłem wiedzy o sensownym odkładaniu pieniędzy”. 

piątek, 11 maja 2012

Jednym z głównych czwartkowych newsów w branży finansowej była prezentacja nowego logo największej polskiej firmy ubezpieczeniowej PZU. Od soboty będzie można je podziwiać w reklamach telewizyjnych, a szyldy na najważniejszych oddziałach ubezpieczyciela zostaną wymienione za kilka, kilkanaście tygodni. Przyznam szczerze, że gdy zobaczyłem nowy znak firmowy PZU, to pomyślałem: „ot, chłopaki zaszaleli”. Bo to nie jest delikatna zmiana z gatunku tych, które w zeszłym roku przeprowadził PKO BP. To jest rozwalenie starego logo i zbudowanie na jego gruzach nowego znaku, nie mającego z poprzednim zbyt wiele wspólnego. Nieczęsto zdarzają się takie historie dotyczące najcenniejszych marek. A PZU przecież do takich właśnie należy, w grudniowym rankingu „Rzeczpospolitej” wartość jego marki została wyceniana na 2,35 mld zł i był to drugi wynik wśród firm finansowych (cenniejszy jest tylko brand PKO BP). Rewolucja wizerunkowa PZU wygląda tak:

Nowe logo PZU

Nie wiem jakie były przyczyny decyzji o radykalnej zmianie logo PZU: być może dotychczasowe źle się ludziom kojarzyło? Owszem, nie było przesadnie nowoczesne, ale wryło się w pamięć milionów klientów i to też warto brać pod uwagę przy tego typu zmianach znaków firmowych. O ile pamiętam w PKO BP również mieli kilka pomysłów na bardziej radykalne ruchy „unowocześniające” logo, ale ostatecznie zrejterowali. Prezes PZU Andrzej Klesyk zagrał va banque i zatwierdził projekt znaku firmowego, który aż bije po oczach. Tyle, że nie jestem przekonany, czy bije w pozytywnym znaczeniu, bo bije surowością i prostotą tak prostą, że aż bolesną. Pierwsze moje skojarzenie – znak drogowy. A gdzie odniesienie do dwustuletniej tradycji (PZU jest przecież, do cholery, firmą z historią sięgającą 1803 r.)? Gdzie podkreślenie nobliwości, stabilności, pewności i zaufania, które powinny znajdować się w znaku firmowym każdej szanującej się firmy finansowej, instytucji zaufania publicznego? To jest znak, który pasuje do firmy-krzaka, która powstała dwa tygodnie temu. Ale jeśli miałby go używać największy koncern ubezpieczeniowy w tej części Europy, jedna z największych polskich firm, spółka z 200-letnią tradycją... Oj, zaszaleli chłopaki...

Czytaj też: W jakim kolorze najlepiej czują się instytucje finansowe?

Nowe logo, zachowując uniwersalny i ponadczasowy charakter, symbolizuje uproszczenie procedur, troskę o klienta i nowoczesność stosowanych rozwiązań” – takie jest oficjalne uzasadnienie szefów PZU. No tak, proste to logo na pewno jest, ale bardziej niż z uproszczeniem procedur kojarzy mi się z jeżdżeniem w kółko po jakimś rondzie. W koło Macieju i czekaj na odszkodowanie? „Nowy wizerunek ma pokazywać zmiany, jakie w ostatnich latach zaszły w PZU. Jakie? Chodzi o szersze wykorzystanie internetu w działalności firmy, m.in. możliwość zgłaszania szkód przez internet, skrócenie procesu likwidacji szkód oraz połączenie większości oddziałów PZU i PZU Życie”. Ja tego wszystkiego nie widzę. Widzę natomiast znak drogowy. Dobrze chociaż, że nie jest to znak zakazu. :-) Jeden cel PZU tą zmianą na pewno osiągnęło: nowy znak nie przywodzi mi na myśl żadnych wspomnień dotyczących starych czasów. A że należę do tej grupy klientów, którzy zostali zrobieni kiedyś przez PZU w trąbę przy okazji polisy posagowej (firma wypłaciła mi nędzne grosze twierdzą, że resztę kasy zjadła inflacja), to może nawet lepiej, że nowe logo zupełnie nie kojarzy się ze starymi przykrościami?

PZU WTFMyślałem, że może jestem jakiś dziwny, więc wrzuciłem pytanie o nowe logo PZU na stronę blogu w Facebooku. Cóż, wśród mnóstwa komentarzy, które się posypały, przygniatająca większość ocenia nowy projekt znaku firmowego PZU słowem „brzydactwo”. Tylko kilka cytatów. „To logo jest beznadziejne” (Ania). „Naprawdę żenujące” (Patryk). „Najbardziej głupio wydane pieniądze” (Paweł). „Wygląda jak zakaz wjazdu” (Ania). „Odzwierciedla tandetę wciskaną klientom” (Karol). Przy okazji: od razu miałem kilka protestów od klientów PZU, którzy wcale nie uważają oferty firmy za tandetną. „Wygląda jak przycisk w pralce” (Małgosia). „Totalna porażka” (Joasia). „A może guzik? Wyobrażacie sobie pracowników PZU z takimi guzikami” (Darek). „Rzeczywiście, sugeruje prostotę, a nawet prostactwo” (Wojciech). „Do kitu, stare logo kojarzyło się z pewnego rodzaju nobliwością i tradycją tej firmy, nowe wygląda jak logo firmy produkującej wózki do supermarketu”. Cóż, może wszyscy się zbiorowo mylimy, nie dostrzegając wartości, które niesie za sobą nowe logo PZU. Ale jego główną wartością na pewno jest 25 mln zł, które PZU wyda na rebranding i kampanię reklamową. A Wam z czym kojarzy się nowe logo PZU? Dobrze, że nie z półtuszami

SPOTKAJ SIĘ Z AUTOREM BLOGU NA TARGACH KSIĄŻKI. W najbliższą sobotę o godzinie 13.00 znajdziecie mnie na Targach Książki w warszawskim Pałacu Kultury. Jeśli ktoś kupił lub kupi mój najnowszy poradnik "Jak pomnażać oszczędności" i chciałby sympatyczną dedykację - zapraszam. Jeśli chcielibyście przyjść i pogadać o domowych finansach - też zapraszam! ”Dziennik Gazeta Prawna” zrecenzował książkę tak: ”Autor wie jak rozprawiać o finansach w sposób zachęcający i zrozumiały. (...). Samcik wielokrotnie powołuje się w książce na swoje długie, bo już prawie 20-letnie doświadczenie inwestora. To uczciwy i dobry sposób, by wciągnąć czytelnika do fascynującej gry w inwestowanie. To czyni tę książkę wiarygodnym źródłem wiedzy o sensownym odkładaniu pieniędzy”. 

00:41, maciek.samcik
Link Komentarze (24) »
czwartek, 10 maja 2012

Niedawno wpadł mi w ręce ciekawy pomysł jednej z firm ubezpieczeniowych, która postanowiła powalczyć o kierowców w niestandardowy sposób. O ile zwykle firmy ubezpieczeniowe nęcą zniżkami na OC i AC lub dodatkowymi opcjami dorzucanymi do polisy AC, to Link 4 postanowił pójść drogą nietypową - dorzucił ciekawy gadżet, ale.... do polisy OC. Tak, do tej, którą z reguły kupuje się tam, gdzie najtaniej. I to w sumie nie bez powodu, bo i tak to nie my z niej będziemy korzystać, tylko ten, któremu zrobimy krzywdę na drodze. Niestety, to bardzo popularne podejście do polis OC. Owszem, pewna część kierowców nie kieruje się najniższą ceną OC, ale tylko dlatego, że kupuje pakiet łącznie z AC, które jest dużo droższe i bardziej zróżnicowane. Cena polisy obowiązkowej rozmywa się wówczas w cenie AC i przestaje mieć decydujące znaczenie. Ale już ci, którzy kupują samo OC bądź zależy im głównie na najtańszym pakiecie OC plus AC, zwykle idą do firmy, która da im najtańsze ubezpieczenie obowiązkowe.

Czytaj też: Blitzkrieg właściciela HDI w Polsce. Zmienią rynek ubezpieczeń?

Bo też i założenie, że z punktu widzenia sprawcy wypadku lub kolizji wszystkie OC są takie same, w sumie jest słuszne. A jeśli tak, to z wielu identycznych produktów po prostu trzeba brać najtańszy. I z tym stereotypem postanowił powalczyć Link 4. Czyli dorzucić do OC coś, co będzie czyniło taką polisę użyteczną także dla osoby, która ją wykupuje. A konkretnie: usługę ”Assistance Opony”. Na czym polega? Otóż jeśli moje auto, ubezpieczone w ramach polisy OC, stanie w lesie, bo zostanie uszkodzona opona (np. złapię gumę, najechawszy na gwóźdź lub szkło), to w ramach OC mogę się domagać od Link 4 wymiany koła na zapasowe,  holowanie auta do warsztatu (jeśli nie mam koła zapasowego lub nie da się go wymienić na miejscu) lub naprawę opony w serwisie wulkanizacyjnym. (choć niestety tylko we wskazanym przez Link 4 warsztacie). Lub u Strażaka Sama :-)

Dla kogoś, kto i tak ma dokupioną do OC dodatkową polisę AC są to rzeczy kompletnie bez znaczenia - assistance dołączony do AC ma zwykle podobny zakres. Ale jeśli mam niezbyt drogi samochód, dla którego AC jest drogie i najzwyczajniej w świecie nie stać mnie na cały pakiet, to wykupienie OC wyposażonego w dodatkowe opcje może być bardzo dobrym pomysłem. Tym bardziej, że OC w Link 4 daje też możliwość odholowania auta po wypadku, który spowodowałem. Do pełni szczęścia brakuje tylko tego, by naprawili mi samochód na swój koszt. No, ale niestety, tego problemu bez wykupienia AC nie da się już przeskoczyć. Pomysł Link 4 podoba mi się głównie dlatego, że skoro polisę OC i tak muszę wykupić - z myślą o tym, że mogę kiedyś zawinić jakiemuś wypadkowi na drodze - to fajnie jest, jeśli taka polisa daje jakieś bonusy również mi. Np. w postaci darmowej pomocy w sytuacji, gdy złapię gumę w podróży. A Wy co o tym myślicie?

SPOTKAJ SIĘ Z AUTOREM BLOGU NA TARGACH KSIĄŻKI. W najbliższą sobotę o godzinie 13.00 znajdziecie mnie na Targach Książki w warszawskim Pałacu Kultury. Jeśli ktoś kupił lub kupi mój najnowszy poradnik "Jak pomnażać oszczędności" i chciałby sympatyczną dedykację - zapraszam. Jeśli chcielibyście przyjść i pogadać o domowych finansach - też zapraszam! ”Dziennik Gazeta Prawna” zrecenzował książkę tak: ”Autor wie jak rozprawiać o finansach w sposób zachęcający i zrozumiały. (...). Samcik wielokrotnie powołuje się w książce na swoje długie, bo już prawie 20-letnie doświadczenie inwestora. To uczciwy i dobry sposób, by wciągnąć czytelnika do fascynującej gry w inwestowanie. To czyni tę książkę wiarygodnym źródłem wiedzy o sensownym odkładaniu pieniędzy”.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 130
wyborcza.pl
wyborcza.biz
Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.

top | © Agora SA | design by kate_mac | zmiany: mawal
Subiektywnie o finansach na Facebooku! -----------------------------------------
Online Users